Hiszpania · Refleksje · W podróży · Zapiski podróżne

Za co kocham Hiszpanię?

To, że Hiszpania jest moim ukochanym miejscem na ziemi wiadomo nie od dzisiaj. Uwielbiam zarówno wracać w ulubione miejsca, jak i odkrywać te nowe. Mam taki rytuał, że każdego roku muszę polecieć do tego kraju, choćby nie wiem co się działo. Na samą myśl o tym kraju robi mi się ciepło na sercu. Z Hiszpanią wiążą mnie piękne wspomnienia i apetyt na więcej. W związku z tym, w międzyczasie planowania mojej kolejnej wyprawy do Hiszpanii i polowania na tanie bilety lotnicze, naszła mnie pewna refleksja. Co sprawiło, że tak ześwirowałam na punkcie tego kraju? Czemu ciągle chcę tam wracać? Zaczęłam wyliczać konkretnie, co przyciąga mnie do Hiszpanii, no i znalazło się „kilka” takich rzeczy 🙂 Zaznaczam, że kolejność jest zupełnie przypadkowa 😀

Za radość i podejście do życia

Hiszpanie nie traktują go zbyt poważnie, bo i po co? I tak wszyscy kiedyś umrzemy. Potrafią cieszyć się z małych rzeczy, godzinę delektować filiżanką kawy, nigdzie się nie spieszyć. Co prawda ich „mañana” i notoryczne spóźnianie doprowadzają mnie do szału, to mimo wszystko podziwiam ich za to. Nie są tak zestresowani jak np. my Polacy, traktują wszystko na luzaku, nie spinają się i niepotrzebnie martwią na zapas. Nie denerwują głupotami, na które nie mają wpływu – autobus się spóźnia?- no trudno kiedyś przyjedzie, albo będzie kolejny. Sklep jest już zamknięty? – nic się nie dzieje i przyjdziemy jutro. I za to ich bardzo szanuję. Ciągle uczę się takiego podejścia do życia, ale póki co średnio mi to wychodzi.

Za to, że zawsze wpadam tam w zachwyt i wracam z głową pełną pięknych wspomnień (i dwoma milionami zdjęć w aparacie)

Niezależnie, w który region Hiszpanii mnie poniesie, ZAWSZE wracam zachwycona i jeszcze bardziej zakochana w tym kraju. Zawsze mam ochotę na więcej, ale rozsądek podopowiada, żeby sobie dawkować Hiszpanię. Zawsze też przydarza mi się tam coś magicznego i niesamowitego, czasami trudne do wyjaśnienia, a do czego powracam wspomnieniami. Natomiast jeśli faktycznie zatęsknię, a Hiszpania nie jest w moich najbliższych planach, odpalam te  dwa miliony zdjęć, które tam nacykałam i po raz kolejny cieszę oko hiszpańskimi widokami.

Za tapas

Nigdy nie ukrywałam, że jedzenie sprawia mi największą radość. A jeśli chodzi o dobre jedzenie, to dam się za nie pokroić 🙂 Kiedy jestem w Hiszpanii, to praktycznie łażę od knajpy do knajpy, próbując to nowych tapasów, albo zajadając się swoimi ulubionymi. Te małe, obłędnie pyszne przekąski w przeszłości były tylko przystawką, obecnie wiele restauracji serwuje tylko i wyłącznie tego rodzaju dania, które dumnie nazywają „kuchnią w miniaturze”. Dla Hiszpanów tapas to nie tylko jedzenie, ale przede wszystkim sposób życia – dzięki nim podtrzymywane są kontakty międzyludzkie. Więcej o tym pisałam tutaj. Na samą myśl o chrupiących croquetas czy patatas bravas z idealnie pikantnym sosem cieknie mi ślinka 🙂

Za przystojnych Hiszpanów

Oj taaak! Nie będę ukrywać, że panowie z tego kraju są bardzo w moim typie. Zawsze, jak jestem w Hiszpanii – niezależnie w którym rejonie – to głowa wykręca mi się na wszystkie strony i nie wiem, gdzie mam się patrzeć 😀 Tam jest największe skupisko przystojniaków na m2 😀 Wiem co mówię – dla kilku panów z Hiszpanii straciłam głowę 🙂

Za churros con chocolate

Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez tego obłędnego deseru. Hiszpańskie śniadanie bez churros to żadne śniadanie. Te smażone rarytasy obsypane obficie cukrem i moczone w gęstej czekoladzie sprawią, że dzień będzie bardzo udany. W Madrycie mam nawet swoją ulubioną knajpkę churros, w którym serwowane są te łakocie o różnych smakach (zarówno na słodko, jak i w wersji wytrawnej), o różnych kolorach i kształtach 🙂

Za pogodę

W Hiszpanii byłam kilkanaście razy, o różnych porach roku. I zawsze pogoda bardzo dla mnie przystępna i łaskawa. Okej, nie wliczam lata, bo tam o tej porze roku dosłownie mózg mi się topi od upału, ale to nie tylko w Hiszpanii. Jednak w drugiej połowie listopada w Andaluzji na spokojnie można chodzić w t-shircie z krótkim rękawie. Tam dla mnie słońce zawsze świeci 😀

końcówka listopada w Andaluzji

Za język

Według mnie to najpiękniejszy język świata. Ale ja mogę być mało obiektywna 🙂 Jednak 100 lat temu, wybór mojego liceum opierał się w dużej mierze właśnie na języku hiszpańskim – wówczas liceum w mojej mieścinie, do którego uczęszczałam było jedyne, które oferowało naukę tego języka obcego. Kilka lat temu, po latach przerwy, rozpoczęłam ponowne podejście do jego nauki, ale póki co do tej pory przeżywam mały kryzys egzystencjalny w tej kwestii 😀 Co prawda un poco hablo espanol, ale nie na satysfakcjonującym mnie poziomie. Postanowiłam jednak, że w niedalekiej przyszłości będę płynnie posługiwać się językiem hiszpańskim i przeczytam wszystkie hiszpańskie książki, które posiadam w swojej domowej biblioteczce.

Za duże miasta, które nieustannie fascynują

Madryt, Bilbao, Sewilla, Barcelona, Malaga – to tylko kilka dużych miast, które nieustannie mnie fascynują. W kilku z nich byłam kilkukrotnie, a i tak się nimi nie nasyciłam – ciągle coś mi pozostało do zobaczenia. Uwielbiam ten wielkomiejski zgiełk i gwar, ten pośpiech, który sprawia, że czujemy że żyjemy. W takich miastach zawsze jest co robić: kina, galerie, teatry, muzea, centa handlowe, kluby, liczne bary i restauracje, parki – nigdy nie będziemy się nudzić. Ja zdecydowanie jestem stworzona do życia w dużym mieście, które ciągle mnie fascynuje i sprawia, że za każdym razem odkrywam coś nowego.

Za małe miasteczka, które urzekają

Pewnie teraz powiecie, że coś ze mną nie tak – wyżej pisze, że jest stworzona do dużych miast, ale do tych małych jednak też… No cóż, zodiakalne ryby mają to do siebie, że są niezdecydowane 😀 I chociaż nie wyobrażam sobie mieszkać w małej mieścinie, to czasem bardzo lubię uciec od zgiełku dużego miasta i odpocząć w małym, spokojnym miejscu bez dzikich tłumów. I tu właśnie odzywa się moja natura osoby, która urodziła się w małym mieście 🙂 Małe hiszpańskie miasteczka, a nawet wsie są tajemnicze, urokliwe i mają interesującą historię. Przykładem takich miejsc, które totalnie mnie urzekły są Ronda, Cuenca, Kordoba czy Toledo.

Za sztukę

Hiszpanie umieją w sztukę. Pablo Picasso, Diego Velázquez, Francisco Goya, Salvador Dalí – to m.in. oni sprawili, że jest się tam czym zachwycać. Muzea pękają w szwach od ich dzieł, a chętnych do ich podziwiania są całe tłumy. Wiem to z własnego doświadczenia, bo pamiętam, jak musiałam przepychać się przez dziki tłum turystów w madryckim Prado Muzeum albo zapuszczać żurawia w Muzeum Picassa w Maladze, żeby cokolwiek zobaczyć.

Za Enrique Iglesiasa

Moja miłość do tego hiszpańskiego piosenkarza trwa nieustannie od 25 lat. Jako mała dziewczynka śliniłam ekran telewizora oglądając jego teledyski. Teraz co prawda już tego nie robię, ale i tak trudno mi oderwać od niego wzrok. Jego „Bailando” sprawia, że wpadam w taneczny trans, a z kolei na jego koncertach dostaję małpiego rozumu  – piszczę jak małolata i śpiewam tak, że zdzieram sobie gardło. Ale mimo wszystko – warto 🙂

Za tinto de verano

Jak usłyszałam o tym „wynalazku”, to aż mnie odrzuciło – jak można profanować dobre wino?!? Jednak jak spróbowałam, to zrozumiałam. Tinto de verano to połączenie czerwonego wina z gazowanym napojem: z Fantą, Colą, Spritem lub wodą gazowaną i plasterkiem cytryny. Znakomity napój na upalne dni, który orzeźwia i co najważniejsze – nie jest tak zdradziecki jak sangría.

Za flamenco

Co prawda tańczącą siebie flamenco nie widzę, ale za to uwielbiam patrzeć na całe to flamenckie show. I nie chodzi tylko o sam taniec, który jest podstawą, ale także o inne elementy: muzyka (dźwięk la guitarry wywołuje u mnie gęsią skórkę), śpiew oraz falujące w tańcu kolorowe stroje. W takim show tańcem opowiada się pewną historię, a ruchy ciała i gesty wyrażają pewne stany emocjonalne tancerza lub podkreślają znaczenie słów i charakteru melodii, która im towarzyszy. Coś fascynującego!

Za to, że zawsze jest tam co robić

Nigdy się tam nie nudziłam. Za każdym razem znajdowałam sobie miejsca, do których muszę zajrzeć. I za każdym razem brakuje mi czasu, żeby zrobić wszystko, co Sobie zaplanowałam. Niezależnie czy to wielkie miasto jak Madryt czy miasteczko, które teoretycznie można obejść w dwie godziny jak Campo de Criptana. W każdej, nawet najbardziej „zapyziałej dziurze” jest co robić.

Za espadryle

Kiedyś ten hiszpański obuwniczy wynalazek wydawał mi się obciachowy… Do czasu, gdy zakupiłam swoją pierwszą parę. Teraz w mojej szafie mam ich kilkanaście par, różne typy i rodzaje obcasa – uważam je za najwygodniejsze buty na świecie. Idealnie komponują się ze zwiewnymi, letnimi sukienkami. Nie wyobrażam sobie lata bez espadrylów na swoich nogach 🙂

Za serial „Dom z papieru”

Kiedy świat zachwycał się tym hiszpańskim serialem, ja pozostawałam wobec niego co najmniej obojętna. Dopiero pandemia zmusiła mnie do nadrobienia serialowych zaległości – wtedy też sięgnęłam po „La casa de papel”. Trzy lata temu dostępne były 3 sezony, a kolejne były w produkcji. Po pierwszym odcinku wiedziałam, że już przepadłam – genialny Profesor, uwodzicielski Berlin, przystojny Rio i fenomenalna w każdym calu Nairobi totalnie mnie kupili. Z kolei do premiery czwartego sezonu odliczałam sekundy – w dniu kiedy pojawił się na Netflixie, do 3 w nocy w napięciu i ze skupieniem go oglądałam. Wyłączyłam nawet wtedy Internet, żeby broń Boże nikt od mnie nie wydzwaniał i pisał w tym czasie. W ciągu tych trzech lat jeszcze kilkukrotnie ponownie go obejrzałam i chyba zrobię to po raz kolejny, coby nie zapomnieć szczegółów 😀

Za paellę z owocami morza

Moja pierwsza styczność z paellą nie należy do udanych – wtedy jeszcze brzydziłam się owocami morza. Dlatego też na pierwszy rzut wybrałam paellę z mięsem, która była ohydna… 😀 Dopiero stopniowo oswajałam się nie tylko z tym daniem, ale głównie – a może przede wszystkim – z owocami morza. No i się udało. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez krewetek, ostryg czy smażonych kalmarów, a paella wskoczyła na listę moich ulubionych dań ever. I już wiem, że prawdziwa paella to ta z tymi morskimi zwierzątkami, a nie z jakimś innym mięsem.

Za sangríę

To dla mnie niebezpieczny trunek. Ten z pozoru niewinnie wyglądający napój opiera się na winie z dodatkiem owoców, soków owocowych, lodu oraz wzmacniaczy smakowych w postaci różnych winiaków lub innych napojów wysokoprocentowych. Zawsze, jak dorwie się do sangríi, źle się to dla mnie kończy. Piję ją ja zwykły soczek (no bo tak też smakuje) w dużych ilościach, zajadając się przy tym nasiąkniętymi owocami, które są najbardziej zdradliwe. Potem – nie wiadomo kiedy – świat zaczyna mi wirować przed oczami. Mimo wszystko nie potrafię odmówić sobie tego pysznego trunku.

Za los molinos, czyli wiatraki

Jeśli czytaliście „Don Kichota” autorstwa Cervantesa, to wiecie dokładnie o co chodzi. Ten literacki błędny rycerz walczył właśnie z wiatrakami znajdującymi się w regionie Kastylia La Mancha. Od jakiegoś czasu moim marzeniem było właśnie zobaczenie tych słynnych donkichotowych wiatraków. I w ubiegłym roku spełniłam to marzenie – pojechałam do małej mieściny o nazwie Campo de Criptana, znajdującej się w okolicach Madrytu. Chociaż sądziłam, że będę w pełni usatysfakcjonowana, to tak naprawdę rozochociłam się na więcej 🙂

Za sery

Tak jak średnio przepadam za mięsem (chociaż ogólnie jestem mięsożerna), to sery są podstawą mojego jadłospisu. Wiem, że może nie jest to za zdrowe, ale nie wyobrażam sobie dnia, bez kawałka sera. I chociaż polskie sery całkowicie zaspokajają moje kulinarne potrzeby, to za kawałek świeżego hiszpańskiego Manchego jestem w stanie zrobić wszystko 😀

Za azulejos

Azulejos to cienkie ceramiczne płytki, najczęściej kwadratowe, pokryte błyszczącym szkliwem. Takich płytek używano jako elementów mozaik składających się z wielu, czasem ponad kilku tysięcy elementów, pokrywających całe ściany, oraz jako oddzielnych kompozycji dekoracyjnych. I nadal tak jest. Pierwszy raz spotkałam się z nimi w trakcie mojej pierwszej wizyty w Andaluzji i totalnie oszalałam na ich punkcie. Dopiero potem zaczęłam je dostrzegać wszędzie. Uwielbiam je i gdybym mogła, to udekorowałabym nimi całe swoje mieszkanie 🙂

Za Barcelonę

To od tego miasta zaczęła się moja miłość do Hiszpanii i hiszpańskiej kultury. Właściwie jeszcze chwilę przed, kiedy to poznałam mojego pierwszego hiszpańskiego księcia z bajki, który zaprosił mnie do swojej Barcelony i pokazał mi nie tylko miasto, ale też zapoznał z tamtejszą kulturą 🙂 Mam ogromny sentyment do stolicy Katalonii i zawsze ciepło myślę o tym mieście. Lubię też tam wracać i dumać nad życiem siedząc na ławeczce w Parku Güell, zajadając się tapasami w La Boqueria czy spacerując po klimatycznych uliczkach Barri Gòtic. Kiedyś byłam przekonana, że chcę tam zamieszkać, a dzisiaj – mam dylemat, za dużo hiszpańskich miast mnie urzekło i nie potrafię się zdecydować 🙂

Za Zarę

Nie będę ukrywać, że sklep Zara jest jednym z moich ulubionych. Ostatnimi czasy większość moich ubrań i dodatków nabywam właśnie tam. Gdy tylko pojawia się zapowiedź wyprzedaży, zacieram ręce i czatuję na godz. 21:00 (bo o tej zazwyczaj rozpoczyna się wyprzedaż na stronie internetowej sklepu). Może nie są to jakieś wyżyny jakości, ale w porównaniu do innych sieciówek jest o level wyżej. No i podobają mi się kolekcje, które w większości trafiają w mój styl 🙂

Zara total look 🙂

Za liczne festiwale i inne święta

To coś, co Hiszpanom wychodzi idealnie. Nie ma co ukrywać, że naród ten stworzony jest do fiesty (i sjesty). Każdy powód jest dobry do świętowania. W każdym regionie znajdą się lokalne festiwale ludowe – jedne z nich są ciekawe, inne dziwaczne. Do najpopularniejszych festiwali i świąt, które Hiszpanie hucznie celebrują należą: Semana Santa (Wielki Tydzień), Las Fallas (Święto Ognia), La Tomatina (rzucanie się pomidorami), San Fermin (gonitwa po ciasnych uliczkach miasta, w której uczestniczą byki i ludzie), Feria de Abril (tysiące osób tańczą taniec ludowy oraz delektują się smakiem lokalnych trunków). Ja mam kilka tych fiest na swojej bucket list.

fot. fotoalquiler.com

Za biesiadowanie przy dobrym jedzeniu i winie

Nie chodzi o jakieś specjalne okazje czy rodzinne zjazdy. Chodzi o codzienne spotkania z przyjaciółmi, takie szczere i niewymuszone. Też uważam, że jak najczęściej warto otaczać się dobrymi i ważnymi dla nas osobami oraz pysznym jedzeniem i dobrym winem. Życie jest zbyt brutalne, żeby odmawiać sobie takich przyjemności 🙂

Za Ikera Casillasa

Były bramkarz Realu Madryt i reprezentacji Hiszpanii w piłce nożnej to mój przyszły mąż. Choć on o tym jeszcze nie wie 😀

fot. live.staticflickr.com

Za chorizo, jamon i fuet

Jak wspomniałam wcześniej, nie jestem jakąś wielką miłośniczką mięsa, ale dobrej hiszpańskiej wędlinki nie odmówię. Zawsze, jak tam jestem to zajadam się tymi smakołykami, pod każda postacią. Natomiast, kiedy w Lidlu pojawia się tydzień hiszpański, czym prędzej lecę na polowanie moich ulubionych rarytasów. Aczkolwiek zawsze jakiś biedronkowy fuet znajdzie się u mnie w lodówce 🙂

Za otwartość ludzi

Chodzi mi tutaj o otwartość na świat i ogólne postrzeganie, otwartość na innych ludzi, na inne wartości, itp.  Kiedy my maszerujemy z posępnymi minami i jesteśmy nabuzowani złymi emocjami, tam ludzie uśmiechają się do mnie na ulicy. Czasem do mnie podchodzą i zagadują pytając „Hola, que tal?” Tak po prostu. Co więcej, że i ja sama z siebie uśmiecham się tam do obcych ludzi! W Warszawie to dla mnie nawet nie do pomyślenia.

Za niesamowitą architekturę

Czym byłaby Barcelona bez zabytków Gaudi’ego, Madryt bez Pałacu Królewskiego, Bilbao bez Muzeum Guggenheima albo Andaluzja bez architektury mauretańskiej? Każdy z tych obiektów jest z totalnie innej bajki, ale zachwyca tak samo. Niesamowite jest to, że każdy region w Hiszpanii jest inny; co prawda w każdym z nich znajdziemy elementy wspólne, ale też i te oryginalne, które je wyróżniają. I to właśnie w Hiszpanii jest piękne.

Za to, że czuję się tam jak w domu

Za każdym razem, kiedy jestem w Hiszpanii (w 90% podróżuję tam solo), to zawsze czuję się tam bezpiecznie. Nie muszę bez przerwy rozglądając się na boki (jak to bywa w przypadku moich wizyt we Włoszech), ale mogę spokojnie rozkoszować się tamtejszymi krajobrazami. Zdaję sobie sprawę, że wszędzie są zwyrole i kryminaliści, dlatego jestem uważna i ostrożna, zwłaszcza gdy podróżuję solo. Mimo wszystko za każdym razem jak tam jestem, to utwierdzam się w swoim przekonaniu, że to kraj idealny dla mnie; że bardzo chciałabym tam kiedyś zamieszkać; że zdecydowanie powinnam urodzić się w Hiszpanii. I życzę sobie, żebym tam kiedyś stworzyła swój dom.

Powinnam dodać jeszcze jeden punkt: za to, że tak gładko i przyjemnie pisze mi się na temat Hiszpanii. Ciekawe, że do innych wpisów nie chce mi się ostatnio siadać i ociągam się jak tylko mogę, podczas gdy pomysł na ten tekst urodził się w mojej głowie w ciągu kilku sekund, zaś całość powstała w niespełna 40 minut 🙂 Być może niebawem napiszę coś na temat tego, czego nie lubię w Hiszpanii, bo takie rzeczy – o dziwo – też istnieją.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Jeśli podobał Ci się mój wpis, albo czujesz się zainspirowana/y to zostaw komentarz lub lajka. Możesz także pomóc w rozwoju bloga niewielką wpłatą – symbolicznym kosztem kawy! Z góry dzięki! 🙂

Czego warto nauczyć się od Hiszpanów?

Dlaczego tak bardzo kocham Andaluzję?

4 myśli na temat “Za co kocham Hiszpanię?

  1. Przeczytałam ten wpis z uśmiechem na twarzy, jest cudowny! Widać i czuć Twoją miłość do Hiszpanii. Dużo tu przyjemnego humoru i pięknych zdjęć. Coś czuję, że też by mi się w tej Hiszpanii spodobało, przekonuje mnie wszystko (łącznie z Ikerem :D), oprócz owoców morza 🙂

  2. Niestety nigdy nie byłam w Hiszpanii, choć bardzo bym chciała odwiedzić ten piękny kraj. A churrosy też uwielbiam! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s