Bydgoszcz. Muzeum Mydła i Historii Brudu

Istnieje takie muzeum, które jest bardzo nietypowe. Muzeum Mydła i Historii Brudu – bo o nim mowa – znajduje się w Bydgoszczy i oferuje mocno oryginalną ekspozycję 🙂 O ile historia mydła może zaciekawić, to już opowieści o samym brudzie mogą wzbudzać odrazę. Faktycznie, nie ma nic przyjemnego w brudzie, jednak słuchanie o nieczystym życiu naszych przodków jest fascynujące. Naprawdę! Momentami nawet zabawne, bo powody, przez które w średniowieczu zaniechano higienę osobistą i to, jak szukano wszelakich zamienników zwyczajnego mycia się, są po prostu groteskowe. No i faktycznie – czasami wręcz obrzydliwe, ale to właśnie jest w tym wszystkim fascynujące 🙂

Dlaczego tego typu muzeum powstało akurat w Bydgoszczy? Miasto ma bogate tradycje dotyczące przemysłu chemicznego, który najlepiej rozwijał się tutaj w XIX wieku. Bydgoskie mydło eksportowano do wielu europejskich krajów. Co więcej, jest to jedna z nielicznych tego typu placówek w Europie.

Wizyta trwa około godziny. Na samym początku przewodnicy zapraszają nas na warsztaty robienia mydła. W „Maglu u Ciotki Hejtki” można sobie zrobić własne mydełko, w ulubionym kolorze, zapachu i kształcie oraz z wybranymi dodatkami. Każdy ma swoje stanowisko i akcesoria do wyrobu pachnącego mydła. Po kolei uczestnicy wąchają, oglądają, macają, aż w końcu wybierają i mieszają wybrane składniki, według własnego upodobania. Oczywiście wszystko zgodnie z „tradycyjną” recepturą, którą dyktują nam przewodnicy. Po skończonej pracy, udajemy się na zwiedzanie muzeum i słuchanie opowieści o historii brudu.

W tym nietypowym muzeum można poznać historię brudu i higieny od czasów starożytnych po współczesność. Samo muzeum nie jest duże, ale we wnętrzach zaaranżowano m.in. XIX-wieczny pokój kąpielowy, średniowieczną łaźnię, a także dobrze znane wnętrze łazienki z czasów PRL-u z kultową pralką „Franią” na czele. Wśród zbiorów znajdują się: pierwsza przenośna ubikacja, pierwowzór prysznica, żeliwne wanny z XIX wieku, szczotki do szorowania ciała wykonane z końskiego włosia, pralki, maglownice i suszarki. Na ścianach wiszą przedwojenne fotografie i reklamy mydeł z gazet i czasopism sprzed 1939 roku. Oczywiście zobaczyć można również bogatą kolekcję mydeł oraz proszków do prania pochodzących z różnych zakątków świata. Wszystkich eksponatów można dotknąć i powąchać! Najciekawszym z nich jest chyba pierwsze mydło, którego receptura została opracowana tysiące lat temu, i które jest – ładnie mówiąc – odrażające, zarówno w „zapachu”, jak i samej konsystencji.

Na sam koniec zwiedzania można udać się do sklepiku oraz zakupić naturalne i ekologiczne mydełka. W ofercie znajduje się wiele ciekawych mydlarskich wyrobów, które mają cudowne właściwości upiększające. Od ich zapachu aż kręci się w głowie.

Jeśli zamierzacie się tam wybrać, lepiej zarezerwujcie miejsce wcześniej. Muzeum cieszy się dużą popularnością, więc i miejscówki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.

FB: Muzeum Mydła i Historii Brudu

Adres: Bydgoszcz, ul. Długa 13-17

Cena biletu: 18 zł

Buchara. W krainie meczetów, medres i minaretów

Siedziałam na tarasie restauracji, popijając aromatyczną uzbecką herbatę i rozkoszując się widokiem Po-i Kalon, rozświetlonego złotymi promieniami zachodzącego słońca, gdy nagle zjawił się on. Przepraszając nieśmiało zapytał, czy może zrobić mi zdjęcie, bo moja sukienka, uroda i ogólnie ten moment idealnie wtapiają się w tło. Rzadko zgadzam się, by ktoś obcy robił mi zdjęcia na własny użytek, ale biła od niego jakaś szczerość i wzbudził moje zaufanie. Zgodziłam się. Efektem naszego spotkania jest to zdjęcie.

Uwielbiam te momenty w podróży, kiedy zupełnie przez przypadek, niespodziewanie poznajesz kogoś, kto okazuje się być fascynującą osobą. Nasze spotkanie miało miejsce w Bucharze, która była moim drugim przystankiem w trakcie podróży po Uzbekistanie. To chyba moje ulubione miejsce, bo w przeciwieństwie do Chiwy nie było to miasto na 3 godziny zwiedzania i w odróżnieniu od zatłoczonej i rozległej Samarkandy, było w sam raz – nie za duże, nie za małe. Buchara to jedno z najstarszych miast Uzbekistanu. Jeszcze w czasach antycznych istniała tu osada z centrum w twierdzy Ark. Miasto znajdowało się na Jedwabnym Szlaku i było ważnym centrum gospodarczym Azji Środkowej. Swego czasu nazywane było „muzeum pod gołym niebem” i uznawane za święte miasto kraju. Zachowało się bardzo dużo zabytków architektonicznych tworzonych przez tysiące lat. Można tu zobaczyć prawie w całości zachowane centrum historyczne i poczuć klimat średniowiecznego islamskiego miasta. W 1993 roku zabytkowe centrum Buchary zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto pęka w szwach od meczetów, medres i minaretów, od których po pewnym czasie zaczyna kręcić się w głowie. Wszystkie z nich są do siebie bardzo podobne. Medresy (szkoły muzułmańskie) budowane były w oparciu o taki sam schemat, wyłożone mozaikami we wszystkich odcieniach koloru niebieskiego. Większość z nich to pięknie zachowane zabytki, ale dużo jest też podupadłych i zaniedbanych. Wiecie, że uwielbiam płytki, mozaiki i azulejos, ale takie nagromadzenie na jednym obszarze sprawia, że można oczopląsu dostać 🙂

Plac Po-i Kolon

Jednym z najpiękniejszych miejsc w Bucharze jest wspomniany wcześniej kompleks Po-i Kolon, czyli najbardziej charakterystyczny plac, który wytaczają ustawione frontami do siebie medresa Mir-i Arab oraz meczet Kalon, z górującym nad nimi minaretem Kalon o wysokości 47 m. Ciekawostka jest, że swego czasu był on najwyższą budowlą w całej Azji Środkowej i pełnił funkcję swego rodzaju drogowskazu dla karawan przemierzających Jedwabny Szlak. Jak dla mnie to najpiękniejsze miejsce w całej Bucharze.

Obok minaretu znajduje się nadal działająca medresa Mir-i Arab, w której mieści się ponad 100 pokoi dla studentów. Została wybudowana w latach 30-tych XVI wieku. W czasach Związku Radzieckiego medresa ta była jedną działającą na całym sowieckim terytorium. Nauki pobierali nie tylko uczniowie z Azji Centralnej, ale także z Kaukazu i rejonów dzisiejszej Rosji. Nad budynkiem górują dwie zachwycające turkusowe kopuły, między którymi znajduje się monumentalne wejście.

Naprzeciwko medresy znajduje się XVI-wieczny meczet Kolon, który może pomieścić nawet 10 tysięcy osób. Wewnątrz znajduje się 209 kolumn. Dach meczetu wydaje się być płaski, ale w rzeczywistości pokrywa go aż 288 kopuł. Co ciekawe, w czasach radzieckich meczet wykorzystywany była jako magazyn, a jego funkcje modlitewne przywrócono w 1991 roku.

Cytadela Ark

Ark to najstarsza budowla w Bucharze, która stanowi swego rodzaju miasto w mieście. Twierdza ma powierzchnię 3,9 ha. Jest to  prostokątny budynek otoczony charakterystycznym murem, który mierzy do 20 m. Pierwsze fortyfikacje w tym miejscu powstały w czasach antycznych, a przez kolejne stulecia Ark pełnił funkcję rezydencji emirów Buchary.

Mauzoleum Samanidów

Jest to najstarszy zachowany muzułmański budynek Buchary – wzniesione na przełomie IX i X wieku. Nie jest ono typowym tradycyjnym muzułmańskim grobowcem, ponieważ elementy jego konstrukcji wywodzą się ze struktur zoroastyryjskich. Wzniesiono je w z wypalonych cegieł w piaskowym kolorze układanych naprzemiennie poziomo i pionowo. Całość sprawia wrażenie misternie plecionego koszyka.

Czor Minor

Dalej od centrum miasta, ukryty w labiryncie mało urzekających uliczek, kryje się Czor Minor. Kiedyś pełnił funkcję bramy wejściowej do nieistniejącej już medresy, ale aktualnie znajduje się tam mały sklepik z pamiątkami. Za niewielką opłatą można wejść na górę, zobaczyć turkusowe minarety z bliska i zobaczyć okolicę, ale widok nie jest urzekający. Sam budynek jest ciekawy, ale okolica z całą pewnością do najprzyjemniejszych nie należy.

Lab-i Hauz

To duży miejski staw ze wszystkich stron otoczony medresami, i meczetami. Stanowi serce starego miasta i centralny punkt Buchary. Niegdyś był elementem systemu zaopatrzenia miasta w wodę. To tutaj toczy się życie towarzyskie miasta. Mieszkańcy Buchary bardzo chętnie spędzają tu czas wolny, np. grając w szachy. Wieczorami Lab-i Hauz zamienia się w tętniące życiem miejsce, a w restauracjach rozbrzmiewa rosyjskie disco lub muzyka na żywo. Ja akurat trafiłam na uzbecki koncert, co było bardzo interesującym doświadczeniem 🙂

Lab-i Hauz to także jeden wielki stragan z pamiątkami, można tam kupić niemal wszystko: aromatyczne przyprawy, kolorowe szale czy przepiękną ceramikę, przez którą wręcz oszalałam. Ja oczywiście przywiozłam ze sobą wszystkie wymienione suveniry, w tym dwa zestawy do serwowania herbaty i do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że dowiozłam je w jednym kawałku 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Park Güell. Najpiękniejsze miejsce w Barcelonie

Mój pierwszy raz w Barcelonie miał miejsce prawie 5 (!) lat temu. Tak, czas nieubłaganie pędzi, a ja pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Od tego czasu odwiedziłam mnóstwo fascynujących miejsc, którymi się zachwyciłam – również tymi w innych częściach Hiszpanii. Mimo wszystko Barcelona nadal pozostaje moim number 1, moim miastem marzeń. Miastem, w którym kiedyś chciałabym się osiedlić. Mam do tego miejsca ogromny sentyment i wiele wspaniałych wspomnień, na myśl których robi mi się ciepło na sercu. W listopadzie ubiegłego roku powróciłam tam na chwilę i nic się nie zmieniło – magia, która mną zawładnęła w 2014 roku nadal trwa.

Chociaż już raz byłam w Parku Güell wiedziałam, że muszę do niego wrócić. Miejsce to ma jakieś specjalne moce, które przyciągają. Chcąc uniknąć kolejek przed wejściem i nie tracić cennego czasu, którego tak naprawdę nie miałam za wiele, bilet kupiłam online znacznie wcześniej. Na stronie internetowej można sobie wybrać dzień i dogodną dla nas godzinę. W listopadzie za bilet zapłaciłam 7 euro, ale teraz widzę, że wejście kosztuje około 10 euro. Może się wydawać, że to spora kwota jak na zwiedzanie parku, ale warto wydać te pieniądze, bo to nie byle jaki park.

Duma Gaudiego

Antonio Gaudi był promotorem i wizjonerem, znacznie wyprzedzającym epokę, w której  żył. Swoje ukochane miasto – Barcelonę – przemienił w miejsce, w którym ludzie zachwycają się kolorowymi budynkami i magicznymi miejscami. Jednym z nich jest Park Güell, bez wątpienia  najbardziej charakterystyczne dzieło tego katalońskiego architekta. Prawdę mówiąc – moje ulubione miejsce w całej Barcelonie. Żeby się do niego dostać, trzeba się trochę wspiąć i napocić, ponieważ położony jest na wzgórzu.

Nazwa tego magicznego parku pochodzi od nazwiska Eusebiego Güella, bogatego przedsiębiorcy, partnera biznesowego i dobrego przyjaciela Gaudiego. Początkowo Park Güell miał być osiedlem mieszkaniowym przeznaczonym dla zamożnych mieszkańców, położonym na wzgórzu z widokiem na oddalone morze i panoramę miasta. Inspiracją miały być angielskie „miasta ogrody”, a projekt zakładał powstanie aż 60. domów. Budowa osiedla rozpoczęła się w 1900 roku, ale w związku ze skomplikowanym projektem, realizację porzucono w 1914 roku. Ostatecznie powstało 5 budynków, a w jednym z nich zamieszkał sam Antonio Gaudi – obecnie znajduje się tam muzeum poświęcone temu artyście. W 1922 r. teren został zakupiony przez władze miejskie i zmieniony na park. Od 1984 roku Park Güell widnieje na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Natura kontra architektura

Założeniem Gaudiego było stworzenie miejsca, w którym architektura i natura zespoli się w jedną całość. Każdy, kto przebywał na terenie Parku Güell doskonale rozumie, co architekt miał na myśli. Na szczególną uwagę zasługuje tam wiele miejsc i elementów. Jednym z nich jest słynny taras widokowy z panoramą Barcelony oraz najdłuższą i najbardziej kolorową ławką świata. Wijąca się niczym wąż ławka mierzy 110 metrów i jednocześnie może pomieścić aż 200 osób! Została ona zaprojektowana w taki sposób, by każdy, kto na niej siedzi miał swoją prywatną przestrzeń. Kolory i kształty małych kawałeczków ceramiki  w głównej mierze rozmieszczone są w sposób przypadkowy, ale jest w tym pewna logika. Przyglądając się dokładniej, można dostrzec znaki zodiaku, gwiazdy, ryby, kwiaty i motywy religijne. Dominujące są trzy kolory: niebieski, zielony i żółty, które dla Gaudiego oznaczały wiarę, nadzieję i miłość. Taka metoda układania stłuczonych kawałków ceramiki w jednolitą całość nazywa się trencadis.

Żeby zrobić fotkę na tle charakterystycznej mozaiki, trzeba się trochę naczekać na swoją kolej. Mnóstwo zahipnotyzowanych turystów pragnie mieć pamiątkowe zdjęcie z „piernikowymi” domkami i panoramą tego wspaniałego miasta. Nie ma się co dziwić, ja za pierwszym razem wpadłam taki amok, że krążyłam wokół parku robiąc zdjęcia niemalże każdej mozaice 😊 Mój ówczesny towarzysz wykazał się dużymi pokładami cierpliwości, za co jestem mu niezwykle wdzięczna 😊

Pod tarasem widokowym znajduje się sala kolumnowa, wyglądem przypominająca greckie i rzymskie budowle. W zamyśle Gaudiego miejsce to miało służyć mieszkańcom osiedla jako ryneczek. Jednak jej nazwa – Sala Stu Kolumn wprowadza w błąd, ponieważ wszystkich filarów jest łącznie 86, a nie 100. Kolumny nawiązują do architektury klasycznej w porządku doryckim, chociaż co ciekawe – abakus nie jest prostokątny, ale ośmioboczny.

Na taras widokowy prowadzą pnące się do góry długie schody przedzielone czterema rzędami wysepek: trzy liczące 11 stopni i jeden z 12. stopniami. Pośrodku, w centralnym punkcie jednego z nich znajduje się wysepka z charakterystyczną rzeźbą przypominającą salamandrę. Jaszczurka jest nie tylko swoistym symbolem, ale także uważa się ją za strażniczkę parku. Niektórzy doszukują się w niej  odpowiednika mitologicznego Pytona ze świątyni w Delfach. Inna teoria mówi, że zwierzę to nawiązuje do krokodyla z herbu francuskiego miasta Nîmes, w którym wychował się Euzebi Güell. Salamandra pokryta została kolorową mozaiką, która stanowi jeden z symboli nie tylko samego Parku Guell, ale również całej Barcelony.

Innymi, niemniej charakterystycznymi elementami  Parku Güell są „piernikowe” chatki, które wyglądają niczym żywo wyjęte z jakiejś bajki. Zostały one wzniesione w latach 1901-1902. Niegdyś stanowiły one najważniejszą część całego obiektu, czyli główną bramę wejściową z bocznymi pawilonami. Aktualnie znajdują się w nich dom portiera (ten z dachem w kształcie grzyba) oraz ten zwieńczony czteroramiennym krzyżem to księgarnia i sklep z pamiątkami. Co ciekawe, krzyż ten wskazuje cztery główne strony świata. Zniszczono go w 1936 roku w trakcie wojny domowej, ale po jej zakończeniu został odbudowany.

Magia za murami Parku Güell

Park Güell to pod kątem ukształtowania terenu najtrudniejszy z projektów Antonio Gaudiego. Kataloński architekt zawsze mocno inspirował się naturą. Parku Güell jest perfekcyjnym dowodem, że można dopasować architekturę do otaczającego nas środowiska. Doskonale czuć magię tego miejsca, siedząc na mozaikowej ławeczce i rozkoszując się cudownym widokiem na Barcelonę. Ja osobiście uwielbiam ten stan siedząc na ławeczce, rozkoszując się momentem i bezmyślnie gapiąc się na panoramę mojego ukochanego miasta. Na chwile zapomnieć o problemach i po prostu ciesząc się tą chwilą, chłonąc energię tego miejsca.

Dojazd: Metrem, stacja Lesseps, linia zielona (L3). Ze stacji czeka nas ok 15- 20 min spacer. Trasa oznaczona jest licznymi kierunkowskazami, więc łatwo tam dotrzeć.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Wokół Baku. Gobustan, Yanar Dag i Wulkany Błotne

Ostatnio na pewnej imprezie urodzinowej poznałam świetną dziewczynę, która pochodzi z Baku. Tak mi się ciepło na sercu zrobiło i naszło mnie na wspomnienia. Zorientowałam się, że przecież nie opowiedziałam Wam o wszystkim, czego doświadczyłam w trakcie swojej podróży po Azerbejdżanie. Bo wbrew pozorom – jak wielu ludzi sądzi – Azerbejdżan to nie tylko Baku, to także przepiękne parki narodowe i niezwykłe zjawiska przyrodnicze. Dzisiaj napiszę o trzech miejscach, które znajdują się w okolicach Baku, jednak są one od siebie nieco oddalone.

W związku z tym, że są one rozsiane po okolicy, bez samochodu trudno będzie to zorganizować w jeden dzień. Chciałam to zrobić na własną rękę, ale kosztowałoby mnie to zbyt wiele energii i nerwów, dlatego zdecydowałam się pójść na łatwiznę – wykupiłam całodniową wycieczkę z przewodnikiem polecanym w moim hostelu. Nie żałuję tej decyzji, bo wszystko, co chciałam zobaczyć udało się objechać w kilkanaście godzin, z podwózką pod same atrakcje. Bez nerwów, biegania i szukania transportu 🙂

Wulkany Błotne

Pierwszym przystankiem były wulkany błotne. Pamiętam, że wiało tam niemiłosiernie, myślałam, że głowę mi urwie. Trudno było podziwiać tamtejsze zjawisko, kiedy silny wiatr dosłownie zwalał z nóg. Trzeba było się mocno nagimnastykować, żeby się nie poślizgnąć i nie zaliczyć kąpieli błotnej 🙂 O robieniu zdjęć już nie wspomnę – toż to  sport ekstremalny był, ale coś tam się udało pstyryknąć 🙂

Krajobraz przypominał powierzchnię księżyca. Wulkany błotne to jedna z największych atrakcji turystycznych w Azerbejdżanie – znajduje się tam połowa z 800 wulkanów błotnych, które występują na świecie w 36 krajach. Ich występowanie jest ściśle związane z obecnością złóż gazu i ropy. Gaz zalegający zwykle na bardzo dużych głębokościach unosi się ku górze, napotyka na przeszkodę w postaci wód podziemnych, ta „wybuchowa” mieszkanka wody i gazu porywa iły, dolomity, łupki oraz piasek i unosi ku górze, by na koniec wyrzucić je na zewnątrz z ogromną siłą. I tak właśnie powstają tego typu zjawiska jakim są wulkany błotne.

Co ciekawe, wulkany błotne podobno posiadają właściwości lecznicze i upiększające. Można się nim śmiało wysmarować, a potem położyć na słońcu, żeby „maseczka” wyschła. Przewodnik powiedział, że taki „zabieg” znakomicie działa na skórę. Nie wiem, nie sprawdzałam, ale zrobię to przy najbliższej okazji 🙂

Rezerwat Petroglifów Gobustan (albo Qobustan)

To miejsce zrobiło na mnie największe wrażenie. Rezerwat wpisany jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, gdzie objęto ochroną rysunki wyryte w skale które liczą około 12 tys. lat. Ich tematyka związana jest ze zwierzętami dzikimi i gospodarskim, polowaniem oraz szamanami. Nie ma większego problemu z rozpoznaniem ich. Prawdopodobnie zdobiły one ściany jaskiń, które w ciągu tysięcy lat rozpadły się, tworząc skaliste rumowisko.

Przyznam szczerze, że czasami nie dowierzałam, że owe rysunki naskalne mają ileś tam tysięcy lat… Nie są one chronione w żaden szczególny sposób, niczym nie odgrodzone, jedynie ochroniarz krąży wokół nich i świdruje oczami ciekawskich turystów. Jednak chwila jego nieuwagi i każdy może sobie wyskrobać swój petroglif… Ale ok, nie będę taka czepialska – wierzę, że to pamiątka po przodkach sprzed kilku tysięcy lat 🙂

Nie da się pozostać obojętnym wobec niesamowitego krajobrazu Gobustanu, a także widoków ze wzgórz obejmujących odległe szyby naftowe i turkusowe wody Morza Kaspijskiego. Przewodnik powiedział, że kilkanaście tysięcy lat temu w miejscu, w którym staliśmy znajdowało się wspomniane morze. Widoki zapierają dech, a kiedy zdajemy sobie sprawę, że stoimy na dnie morza, które kiedyś się tu było jest niesamowite. Z resztą – sami zobaczcie.

Yanar Dag

Kojarzycie może płonącą, gigantyczną dziurę w Turkmenistanie, miejsce zwane Wrotami Piekieł? Robi ona ogromne wrażenie, jakby faktycznie ziemia się rozstąpiła i zapraszała grzeszników na imprezę do piekła. BTW – Turkmenistan to mój cel na przyszły rok 😉 Azerskie płonące wzgórza zwane Yanar Dag również reklamowane są jako coś niezwykłego, coś ŁAŁ, coś co wprawi w osłupienie przeciętnego turystę. W rzeczywistości byłam nimi rozczarowana, a nawet bardzo zniesmaczona – może dlatego, że nie jestem przeciętym turystą, który łyka wszystko jak młody pelikan. Obiecywali nam co najmniej widok samego diabła, góry pokryte ogniem ciągnące się bez końca, a tak naprawdę to kawałek niskiego pagórka, który w niektórych miejscach płonie 🙂

O co chodzi z tymi płomieniami? Yanar Dag dosłownie oznacza „płonące wzgórze”. Tuż pod powierzchnią ziemi znajdują się złoża gazu i ropy, a wiec przez szczeliny w piaskowcu wydobywają się etan i propan, które ulegając samozapłonowi, tworzą fantastyczne płomienie rozprzestrzeniające się na zboczach całego wzgórza. A jak to się stało, że zaczęły płonąć? Przyczyną takiego stanu rzeczy była nieumyślność jednego z pasterzy, kiedy to przypadkowo wyrzucił w ich okolicę niedopałek papierosa…  Płoną one od lat 50-tych ubiegłego wieku przez cały czas, niezależnie od pogody. ja byłam tam w styczniu, więc mogę potwierdzić, że śnieg i mróz im nie straszne. Co ciekawe, Yanar Dag było celem pielgrzymek czcicieli ognia – zoroastrian, którzy przybywali do tego miejsca aż z Iranu oraz Indii i prawdopodobnie (chociaż w nieco mniejszym stopniu) robią to do dzisiaj.

Chyba jedynym plusem wizyty w tym miejscu było to, że przy styczniowej temperaturze i po całodniowej tułaczce można było się nieco przy nich ogrzać 🙂 Okej, nie będę taka sroga – marketing zrobił swoje i pobudził moją wyobraźnię oraz zaostrzył apetyt. Przyznaję, że Yanar Dag to bardzo rzadko spotykane zjawisko i jak najbardziej warto zobaczyć je na własne oczy, jednak nie spodziewajcie się nie wiadomo czego – na pewno nie tego, co Wam obiecują przewodnicy 🙂 Czekam na Wrota Piekieł w Turkmenistanie – mam nadzieję, że one spełnią moje oczekiwania 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Kotor. Czarna perła Adriatyku

Wyjazd do Czarnogóry planowałam kilka razy, ale dopiero za trzecim razem w końcu udało mi się tam dotrzeć. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tyle zwlekałam i ciągle przekładałam ten wyjazd. Zdaje się, że na swoją obronę mam tylko nieświadomość tego, jak wspaniałe krajobrazy i zjawiska przyrodnicze tam występują. Coś musi być w tym powiedzeniu, że „do trzech razy sztuka” 🙂

Kraj wielkości województwa mazowieckiego kryje w sobie wspaniałe skarby natury i architektury. Tak, jak w tamtym roku wróciłam zachwycona Słowenią, to wierzcie mi – Czarnogóra jeszcze bardziej skradła moje serce 🙂 Przede wszystkim Kotor i cała malownicza Boka Kotorska, dlatego zacznę najpierw od tego miejsca.

Kotor to jedno z najlepiej zachowanych na terenie byłej Jugosławii średniowiecznych miast. Otoczony z trzech stron górami był trudno dostępny, a opasany dodatkowo grubymi murami obronnymi – wręcz nie do zdobycia. Miasto ma śródziemnomorski charakter: pełne jest wąskich uliczek, nieregularnych  placyków, świątyń i pałaców. Niesymetryczny układ Kotoru pochodzi jeszcze z okresu średniowiecza. Wiele spośród zabytków jest nieodrestaurowanych, zwłaszcza te znajdujące się na uboczu głównych tras turystycznych. W 1979 r. Kotor został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Przechadzając się po wąskich uliczkach Kotoru, można poczuć magię tego miasta. Już na samym wejściu przy głównej bramie witam przybyszów przysadzista wieża zegarowa, zwana Gradskim toranjem, która została wybudowana przez Wenecjan w 1602 r. Chociaż starówka jest maleńka, nie da się tam nudzić. Ulice na starym mieście nie mają nazw, a w ich plątaninie bardzo łatwo zabłądzić. Przechadzając się nimi możemy napotkać między innymi kameralny placyk, przy którym stoi romańsko-gotycki kościół św. Michała czy katolicka katedra św. Tryfuna, która jest najbardziej znaczącym romańskim zabytkiem na terenie Czarnogóry.

Największą jednak atrakcją jest twierdza rozciągająca się nad miastem. Z placu Pijaca od salate pną się schody, które prowadzą do usytuowanych na zboczu murów obronnych. Część przybrzeżną miejskich fortyfikacji zbudowali jeszcze Ilirowie, jednak zdecydowana większość umocnień została wzniesiona przez Wenecjan, a prace nad nimi trwały do XVIII wieku. Długość murów, które pną się do wysokości 260 m n.p.m. wynosi 4,5 km, a szerokość dochodzi do 15 metrów. Dzięki tak potężnemu systemowi obronnemu, miasto mogło skutecznie odpierać ataki zarówno od strony morza, jak i lądu.

Trzeba się jednak napocić, by dostać się na szczyt, by podziwiać prawdziwe piękno tej perełki. Upał nie ustawał, dlatego postanowiłam się wspiąć na twierdzę wieczorem, kiedy będzie nieco chłodniej, a zachód słońca pięknie oświetli zatokę. Zdecydowałam się na alternatywną trasę, trochę „na dziko”. Nie jest ona nigdzie oznaczona, bo mapy turystyczne wskazują tylko jedno wejście, za które naturalnie trzeba zapłacić (8 euro). Jednak uprzejme dziewczyny w moim hostelu wytłumaczyły, jak dostać się na górę inną drogą. Szczerze powiem, że wcale nie żałuję tej decyzji, bo schodząc później po schodkach na „głównej” trasie było bardzo ślisko. Zaczęłam wspinać się sama, dopiero później dostrzegłam na sobą innych turystów. Jednak w pewnym momencie wyprzedził mnie chłopak, który powiedział mi potem na szczycie, że miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z wężem. Nic mu się na szczęście nie stało, na strachu jedynie się skończyło, ale gdyby nie on, to wtedy ja spotkałabym tego gada, a wtedy zawał serca murowany 🙂

O widokach po drodze i na szczycie nie będę opowiadać, bo brak mi słów na opisanie tego, co tam widziałam. Po prostu zobaczcie sami, czym tak bardzo się zachwyciłam 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

 

Zapiski podróżne: Uzbekistan

Uzbekistan nie widniał długo na mojej podróżniczej liście marzeń. Właściwie pojawił się na niej w czasie mojej zeszłorocznej wyprawy do Kazachstanu, w trakcie której poznałam dużo Polaków odbywających podróż po całej Azji Centralnej. Opowiadali oni, że kraj jest niesamowity, a Uzbecy są jeszcze bardziej przyjaźnie nastawieni niż Kazachowie, w co nie chciało mi się wierzyć. Właśnie wtedy powstał plan na 2019 rok: kierunek Uzbekistan.

Od początku tego roku mną miotało, jakby tu zaplanować wyprawę, ale żeby nie wydać miliona monet. Dostałam wręcz jakiejś obsesji, kombinowałam, myślałam, bo dostać się do Uzbekistanu nie było tak łatwo: mnóstwo formalności, dodatkowych opłat i papierkowej roboty, a ceny biletów lotniczych były astronomiczne. Zastanawiałam się nawet, czy nie pojechać na jakąś zorganizowaną (!) wyprawę. Aż tu nagle, 1 lutego 2019 roku świat obiegła informacja, że wizy i zaproszenia do Uzbekistanu zostały zniesione! To był znak od niebios, że powinnam działać. Kilka dni później kupiłam bilety i powoli planowałam swoją wojażkę.

Mój początek w tym kraju nie należał do najprzyjemniejszych. W podróży spędziłam 24 godziny i odbyłam 3 loty tego samego dnia. Kilka dni przed przyjazdem, poprosiłam w hostelu o transfer lotniskowy, bo miałam przylecieć dosyć późno, około godziny 23:00. Normalnie nie używam tego typu środków, bo zawsze korzystam z komunikacji miejskiej, ale za 5$ i po całym dniu podróży zdecydowałam – niechaj będzie, zafunduję sobie ten „ekskluzywny” przejazd. Hostel odpisał mi, że z wielką radością wyśle samochód i ktoś będzie na mnie czekać z karteczką z moim imieniem i nazwiskiem. „Wow! Jak na filmach amerykańskich” – pomyślałam. Uradowana wyszłam z lotniska i skierowałam się w stronę zbiorowiska natrętnych taksówkarzy, którzy od razu mnie osaczyli, oferując swoje usługi. Nieco zdenerwowana i zdezorientowana musiałam na siłę ich odpychać i z „lekką” nutką irytacji oznajmić, że nie jestem zainteresowana, bo ktoś na mnie czeka. Rozglądając się dookoła i patrząc, jak kolejni kierowcy z piskiem opon odjeżdżali z tłumem turystów, a ja prawie sama stojąc pośrodku z walizą zdałam sobie sprawę, że osoby trzymającej kartkę z moim imieniem nie ma. Wpadłam w panikę, bo nawet nie sprawdziłam alternatywnego dojazdu (co ZAWSZE robię), a bez miejscowego internetu nic nie zdziałam. „No to pięknie, nocuję dzisiaj albo na lotnisku, albo na ulicy” – pomyślałam. W ostatniej chwili złapałam ostatniego taksówkarza i desperacko zapytałam za jaką kwotę zawiezie mnie pod wskazany adres. Nie mając wyboru wpakowałam bagaż do samochodu i ruszyliśmy w kierunku hostelu. Trafiłam na pana w podeszłym wieku, który nawet w okularach nie był w stanie przeczytać literek na potwierdzeniu mojej rezerwacji. Poprosił o przeczytanie adresu, a że ja nie umiem czytać płynnie po rosyjsku, powstała tragikomiczna sytuacja. W takim razie poprosił o podanie numeru telefonu, to zadzwoni do hostelu i sam ustali gdzie to jest. Podyktowałam numer, ale po drugiej stronie słuchawki nikt nie odbierał, a nawet słychać było dźwięk: nie ma takiego numeru.Wpadłam w panikę, ale kierowca zachował zimną krew. Powiedział, że podjedziemy do jakiegoś innego hotelu, to oni mu tam wszystko wytłumaczą. Siedząc w pustym samochodzie i czekając na starszego pana, rozpłakałam się jak dziecko. Pierwszy raz w życiu przestraszyłam się nie na żarty. Po całym dniu podróży, zmęczeniu, niewyspaniu i głodu, będąc samej w obcym kraju, ba – na innym kontynencie, w obcej kulturze, pierwszy raz w trakcie podróży puściły mi nerwy. Zawsze staram się zachować zimną krew, ale tym razem totalnie się rozkleiłam. Na szczęście taksówkarz dodzwonił się do mojego hostelu i wytłumaczyli mu, jak ma dojechać. Właściciel, widząc mnie zapłakaną przepraszał mnie potem przez dwa dni. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo próbuję wyprzeć z pamięci ten nieprzyjemny incydent. Na szczęście potem było tylko lepiej, ale o tym napiszę niebawem 🙂 Póki co, mam kilka przemyśleń związanych z Uzbekistanem, którymi chciałam się z Wami podzielić.

Uzbecy mówią po angielsku

Po zeszłorocznym pobycie w Kazachstanie i komunikacją w języku polsko-rosyjsko-kazachskim, przeplatanym z językiem ciała, nastawiłam się, że i tutaj będzie identycznie. Wychodząc z założenia, że skoro tam dałam radę się dogadać, to i w Uzbekistanie również sobie poradzę. A tu wielkie zaskoczenie, bo nie musiałam się wysilać – w Uzbekistanie mówią płynnie po angielsku! Na początku był szok i niedowierzanie, potem zaprzeczenie, aż wreszcie akceptacja i wielka radość 🙂 Spokojnie można się tam dogadać po angielsku w sklepie spożywczym, na bazarze, w restauracji czy nawet w aptece, co w tej części świata wcale nie jest takie oczywiste. Nawet jeśli ktoś nie umie mówić, chociaż rozumie prawie wszystko, to woła np. kolegę ze straganu obok albo 10-letnią wnuczkę, by przetłumaczyć konwersację.

Uzbecy są bardzo mili i pomocni

Już w Kazachstanie myślałam, że nie ma milszego narodu. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że jest – w Uzbekistanie. Mieszkańcy tego kraju są nie tylko bardzo gościnni, ale również uprzejmi i gotowi w każdej chwili pomóc. Widząc samotnie spacerującą białą turystkę, sami podchodzili i zagadywali, czy czegoś nie potrzebuję albo czy się nie zgubiłam. Co więcej, ludzie dawali mi rzeczy za darmo! Mój ząb mądrości postanowił o sobie przypomnieć akurat w trakcie mojej podróży życia, w związku z tym zmuszona byłam udać się do apteki po jakieś maści i żele. Farmaceutka dała mi w prezencie (chociaż usiłowałam zapłacić) chusteczki antybakteryjne do rąk, żebym koniecznie od razu zaaplikowała sobie maść. Z kolei sprzedawca na jednym straganie, zagadując mnie skąd jestem i co tutaj robię stwierdził, że chciałby mi coś podarować na pamiątkę i mam sobie coś wybrać z jego asortymentu. Po kilkuminutowej zażartej konwersacji, że nic nie chcę, albo zapłacę za tę rzecz, wybrałam sobie pocztówkę.

W Bucharze trafiłam na przemiłego właściciela hostelu, który na wieść, że mam problem z zakupem biletu pociągowego do Samarkandy, postanowił wkroczyć do akcji. Zadzwonił na stację z zapytaniem czy są bilety na ten konkretny pociąg, po czym nie pytając mnie o zdanie, zamówił taksówkę, wpakował mnie do samochodu i pojechał ze mną kupić ten bilet. To nic, że w hostelu czekała spora grupa turystów na zameldowanie, on powiedział, że jeśli nie pojedziemy od razu, to bilety się wyprzedadzą i zostanę w Bucharze. A że ja nie mówię po rosyjsku, on wszystko załatwił, ja tylko zapłaciłam. Prawda, że anioł? 🙂

Dla wszystkich byłam Rosjanką

Każdy, dosłownie KAŻDY, kogo napotkałam na swojej drodze myślał, że pochodzę z Rosji. Nie lubię być porównywana do Rosjanek, chociaż powinnam już do tego przywyknąć. Wszędzie, gdzie nie podeszłam, czy to na straganie z pamiątkami, czy w restauracji, czy na ulicy i lotnisku zawsze ktoś zagadywał mnie po rosyjsku. Co zrozumiałam, to zrozumiałam, ale gdy wdawał się w głębszą konwersację, od razu uprzedzałam, że nie mówię w tym języku. Zawsze padała odpowiedź: „Och, wybacz, myślałam/em, że jesteś Rosjanką, bo tak wyglądasz”. Gdy mówiłam, że pochodzę z Polski, następowało powszechne oburzenie, no bo jak to tak – z Polszy i nie gawari pa ruski?!? O ile na początku wspólne heheszki, uśmieszki i tłumaczenie, dlaczego Polka nie mówi po rosyjsku było zabawne, o tyle pod koniec mojego pobytu miałam ochotę ich wszystkich rozszarpać. Ja wiem, że dla niektórych Rosja jest całym wszechświatem, ale czasy, w których obywatele mieli obowiązek nauki rosyjskiego w szkołach, dawno już minęły.

Przechodzenie przez ulicę to sport ekstremalny

To chyba sport narodowy Uzbeków. Żeby przejść przez ulicę trzeba posiadać umiejętności godne superbohaterów. Nawet przemierzając jezdnię na zielonym świetle na pasach trzeba biec, bo światło zmienia się z zawrotną prędkością. Czasami nawet samochody ruszają jeszcze na czerwonym sygnale. A co, jeśli świateł nie ma w pobliżu? Ano, trzeba cierpliwe czekać na swoją kolej, aż jakiś uprzejmy kierowca raczy się zatrzymać. Może to potrwać nawet i godzinę. Wiem to z autopsji – tyle zdarzyło mi się czekać na łaskę, prażąc się w piekielnym skwarze uzbeckiego słońca.

Linia lotnicza Uzbekistan Airways jest całkiem przyzwoita

Przyznam szczerze, że miałam obawy, żeby wsiąść na pokład lokalnych linii lotniczych. Głównie z tego względu, że najwięcej katastrof następuje właśnie na regionalnych trasach, samolotami podrzędnej klasy. Za każdym razem wsiadałam do samolotu z duszą na ramieniu, bo nie wiedziałam jaki czeka mnie los. Mimo wszystko zdecydowałam się na podróż Uzbekistan Airways przede wszystkim ze względu na ograniczony czas, a jak wiadomo, podróż samolotem jest szybka. Odbyłam łącznie 5 lotów tą linią i nadal żyję 🙂 Co więcej, uważam, że to całkiem przyzwoita linia lotnicza, z profesjonalną obsługą, monitorami pozwalającymi śledzić trasę lotu, a także zapewnia nawet niewielki darmowy poczęstunek. Uzbekistan Airways lata do wielu miejsc w kraju, wszystkie główne miasta znajdują się na trasie, a loty trwają około godziny. Za swoje bilety (z miesięcznym wyprzedzeniem) zapłaciłam ok. 60 zł za każdy. Jest to więc znaczna oszczędność czasu i pieniędzy 🙂

Uzbekistan to bezpieczny kraj

Na kilka dni przed wyjazdem zawładnął mną stres i panika, ale to żadna nowość. Miałam obawy (jak zawsze z resztą), że może samotna podróż blondwłosej białaski na inny kontynent, do innej kultury nie była najlepszym pomysłem. Teraz śmiem stwierdzić, że Uzbekistan jest bardzo bezpiecznym krajem. Ulice i okolice najważniejszych zabytków patroluje policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo przyjezdnych. W razie jakiejkolwiek nietypowej sytuacji, w każdej chwili można zgłosić incydent. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Zdarzyło mi się parokrotnie wracać do hostelu po zmroku, ale nawet wtedy nie odczuwałam żadnego zagrożenia. Nawet sprzedawcy pamiątek na ulicy w Khivie nie chowali swojego towaru na noc – stragany były pełne i nikt nawet nie odważył się wyciągnąć ręki. O tym, że jestem panikarą niejednokrotnie już wspominałam, ale powinnam się jednak jakoś ogarnąć i utemperować swoją wyobraźnię 🙂 Pomimo histerii przed samym wyjazdem, wróciłam w jednym kawałku, cała i zdrowa, z obiema nerkami, a na dodatek zachwycona i szczęśliwa 🙂

Najazd zagranicznych turystów

Nie wiem co się stało, ale chyba po zniesieniu wiz nastąpił najazd zagranicznych turystów. Dosłownie tłumy ciekawskich urlopowiczów napływało do miast każdego dnia, atakując i osaczając każdy zabytek. Hiszpanie, Polacy, Portugalczycy, Azjaci, Niemcy… Multi – kulti pełną gębą. Sądziłam, że napływ turystów nastąpi za kilka, kilkanaście miesięcy. W maju nawet się sezon jeszcze nie zaczyna, nawet nie chcę wiedzieć, co się dzieje później!

Jest czysto i spokojnie

Muszę przyznać, że dawno nie miałam tak przyzwoitych warunków w hostelach. Było schludnie, przytulnie i przede wszystkim – czysto! Na ulicach nie widziałam żadnych śmieci, nawet bezpańskie psy się nie błąkały. Nie widziałam tam żadnego bezdomnego, żadnego kloszarda, nikt do mnie nie podszedł i nie poprosił o pieniądze. Nikt mnie nie zaczepiał w nieprzyjemny sposób i nikt nie gwizdał za mną na ulicy. Nie spotkałam pijanych ludzi na ulicy, nawet nie widziałam nikogo z butelką alkoholu w ręce w miejscu publicznym. Jeśli Uzbecy piją, to robią to w bardzo dyskretny sposób.

Jedzenie jest ciężkostrawne

Będąc w podróży zawsze próbuję lokalnej kuchni i tradycyjnych produktów. Tak również było i w tym przypadku. Kuchnia uzbecka obfituje w grillowane mięso, tłuste makarony noodle oraz (ku mojemu zaskoczeniu) różnego rodzaju pierogi. Nie mówię, że jedzenie było niedobre, wręcz przeciwnie, jednak taka ilość tłuszczu dała się we znaki mojemu organizmowi. Już po trzech dniach mój żołądek wołał o coś lekkostrawnego, a pod koniec wyjazdu jadłam już tylko sałatki warzywne 🙂 Za to śniadania były przepyszne, „na bogato”, a te z widokiem na miasto smakowały najlepiej 🙂

Tamtejsi panowie są bardzo kulturalni 🙂

Muszę przyznać, że panowie w Uzbekistanie są bardzo dżentelmeńscy. Miałam okazję (nie nazwę tego przyjemnością) przemieszczać się komunikacją publiczną, co było, hmmm… ciekawym doświadczeniem. Ledwo wsiadłam do autobusu, a pewien młodzieniec do razu wzdrygnął się i pospiesznie udostępnił mi swoje miejsce siedzące… Tak – pierwszy raz w życiu ktoś ustąpił mi miejsca  😀 Zawsze sądziłam, że ten moment nastąpi za jakieś 40-50 lat, a tu taka niespodzianka 😀

Uzbecy nie żerują na turystach

Może śmiesznie to zabrzmi, ale Uzbecy nie czyhają tylko na pieniądze naiwnych turystów. Oczywiście zdarzają się i tacy, ale są w znacznej mniejszości. W kraju oficjalną walutą jest uzbecki sum, 100000 som to w przeliczeniu ok. 10 euro. Wymieniając tamtejsze pieniądze warto mieć ze sobą jakiś neseser na pokaźny zastrzyk gotówki. Niejednokrotnie od tych zer kręciło mi się w głowie i kilkanaście razy przepłaciłabym za obiad czy bilet wstępu do muzeum. Zamiast kilku tysięcy, rzucałam na ladę setkami tysięcy. Za każdym razem reakcja była taka sama: kelner/kasjer łapał się za głowę i mówił: „Madam, to zdecydowanie za dużo!”. Po czym brał wyznaczoną kwotę, a resztę pieniędzy oddawał. Za każdym razem nie mogłam uwierzyć, że w tak łatwy sposób mogłam od razu pozbyć się swojego „majątku” 🙂 W innym kraju, w innej kulturze, sprzedawca/kelner wziąłby pieniądze od nieświadomej turystki, nawet by się nie zająknął, że to za dużo i cieszył w duchu, że zdobył ekstra „napiwek”.

Szczecin: Be Happy Sweet Art & Illusion Museum

Podobno szczęścia nie można kupić. Nieustannie za nim gonimy, tak naprawdę nie wiedząc, czym ono dla nas jest. Mówią, że szczęście jest bezcenne i nie łatwo je odnaleźć. Bzdura, bo można kupić bilet do Muzeum Szczęścia, a to prawie to samo 🙂 W sumie przez przypadek odkryłam, że jest takie nietypowe miejsce w odległym Szczecinie. Od razu jednak wiedziałam, że to jeden z głównych punktów mojego weekendowego wypadu do tego miasta. Zabawne, jak kawałek kolorowego plastiku może wywołać taką dziecięcą radość 🙂 Eksplozja endorfin gwarantowana, uśmiech nie schodził mi z twarzy przez dwa dni. Dlatego też niezwłocznie musiałam się z Wami podzielić wrażeniami z tego magicznego miejsca.

Be Happy Museum to miejsce gdzie marzenia się spełniają a wyobraźnia zamienia się w słodkie i kolorowe doznania. To miejsce, gdzie iluzja wprawia w osłupienie i rozbawia do łez. Misją tego miejsca jest kultywowanie szczęścia, dzielenie się dobrymi wspomnieniami i uczynienie świata jeszcze bardziej słodkim!

Już na samym wejściu wita nas lada pełna pachnących słodyczy i kolorowych gadżetów. Dalej jest tylko lepiej. Wszechobecny róż doprowadził mnie do eksplozji szaleństwa i radości. Jako, że mam obsesję na punkcie tego koloru (to mój ulubiony), czułam się tam wspaniale, jakbym znowu miała 10 lat.

W kolejnych pomieszczeniach spotkamy takie osobistości jak flamingi, jednorożca czy też zmienimy się w piękną lalkę Barbie z limitowanej kolekcji. Możemy „popływać” w basenie wypełnionym piankami Marshmallow, pobujać się na bananowej huśtawce, zawisnąć na bambusie ze słodką pandą czy zakręcić kołem fortuny.

Jak trafić do Be Happy Museum?

Muzeum znajduje się w centrum Szczecina, 100 m od C.H. KASKADA. Dokładny adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 3-4

Jednak Szczecin to nie tylko Be Happy Museum, to również przepyszne jedzenie. Chciałam Wam polecić kilka knajpek z obłędnym jedzeniem. Ja na samo ich wspomnienie dostaję ślinotoku 🙂 Pragnę na wstępie zaznaczyć, że przyjeżdżając do Szczecina pragnęłam rozkoszować się smakiem najróżniejszych ryb i innych morskich stworzeń. Dlatego też, jeśli ktoś nie jest miłośnikiem tego typu dań, muszę go rozczarować, bo skupiłam się na konkretnych kulinarnych doznaniach 🙂 Jeśli kiedyś będziecie w stolicy województwa Zachodniopomorskiego i chcecie spróbować dobrych dań rybnych, koniecznie idźcie do tych restauracji. Zlokalizowane są w centrum miasta, więc łatwo można je odnaleźć.

Paprykarz

Z czym najbardziej kojarzy się Szczecin? Oczywiście z paprykarzem! Szczerze przyznam, że nigdy nie byłam jakąś wielką fanką tego smakołyku. Od czasu do czasu zajadałam się nim, głównie w trakcie niskobudżetowych wakacji w czasach liceum 🙂 Dawno też nie jadałam paprykarzu, ale skoro przejechałam taki kawał drogi, grzechem byłoby nie spróbować tego regionalnego przysmaku. I wiecie co? Doznałam kulinarnego orgazmu, a to był dopiero początek kulinarnej rozpusty 😀 Na danie główne zamówiłam tagiatelle z krewetkami w sosie ziołowym, zaś Aga wybrała pieczoną rybę. Prawda, że apetyczne? 🙂

Adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 42

Spiżarnia Szczecińska

Weszłyśmy tam z lekką nutą niepewności. Na piętrze restauracja świeciła pustkami, a to nie zachęcało do stołowania się tam. Na szczęście to w podziemiach ukryła się cała magia tego miejsca. Na przystawkę zamówiłyśmy paprykarz z żelem z kiszonych ogórków i przyznaję, że był on jeszcze lepszy niż w „Paprykarzu” 🙂 Tym razem byłyśmy zgodne, bo danie główne wybrałyśmy takie samo: rybę z puree z białych warzyw w sosie z zielonej herbaty. Brzmi egzotycznie, tak też smakowało. Pierwsze wrażenie: dziwne, bo sos był słodki. Jednak z każdym kolejnym kęsem smakowało nam coraz bardziej, a na sam koniec stwierdziłyśmy, że jednak było pyszne 🙂

Adres: plac Hołdu Pruskiego 8

Bananowa Szklarnia

Na śniadanie udałyśmy się do uroczego miejsca, nieopodal „Paprykarza”. Knajpka specjalizuje się w śniadaniach, które serwowane jest przez cały dzień. Wszystkie pozycje w menu wyglądały smakowicie, dlatego też miałam dylemat, co wybrać. Po długim namyśle zdecydowałam się (w końcu) na placuszki bananowe z musem mango, bitą śmietana, nutellą i świeżymi owocami. Tak, wiem – niezła bomba kaloryczna na sam początek dnia, ale kto by się tym przejmował, gdy takie pyszności czekają na talerzu 🙂 Szakszuka mojej towarzyszki podobno też była wyborna, na pewno smakowicie wyglądała 🙂

Adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 45

Czego warto nauczyć się od Hiszpanów?

O tym, że mam „lekką” obsesję na punkcie Hiszpanii wiedzą już chyba wszyscy 🙂 Z resztą niejednokrotnie  o tym pisałam. Kiedy tylko mogę, bez wahania kupuję bilet, pakuję walizkę i lecę na dłuższy weekend do ulubionego miasta, albo odkrywać nowe terytoria na hiszpańskiej ziemi. Co więcej, jeśli co najmniej raz w roku tam nie polecę, to jestem chora 🙂 Usnułam nawet teorię, że w poprzednim życiu zdecydowanie byłam Hiszpanką 🙂

Hiszpania jest dla mnie wyjątkowym krajem, mam do niego wielki sentyment. Co więcej, dla mnie jest jak druga ojczyzna 🙂 Jeśli kiedykolwiek miałabym się przeprowadzić za granicę, to właśnie tam. Inspiruje mnie w Hiszpanii niemal wszystko: architektura miast, wspaniała natura, wyśmienite tapas, ale przede wszystkim ludzie. I to o nich chcę dzisiaj co nieco napisać. Miałam okazje poznać wielu Hiszpanów, zarówno w samej Hiszpanii, jak i Warszawie. Oczywiście nie będę pisać eseju o ich wspaniałości, bo nikt nie jest idealny. Trochę rozprawię o tym,  jakie nawyki warto od nich przejąć, by żyło się lepiej i przyjemniej.

Radość z jedzenia i przebywania z przyjaciółmi

Hiszpanie nie jedzą tylko po to, żeby się najeść. Dla nich jedzenie to pewien rytuał, a nawet świętość. Kolacja to dla nich najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Wieczorami umawiają się z tuzinem znajomych na mieście, by celebrować tę najprzyjemniejszą porę dnia. Jednak wyjście na tapas to nie tylko samo jedzenie. To raczej wydarzenie społeczno-towarzyskie, styl bycia, pretekst do spotkań ze swoimi przyjaciółmi. I nie jest to przesiadywanie w jednej knajpie, wręcz przeciwnie. Po każdej spożytej przekąsce i napoju, udają się do następnego baru spróbować tamtejszych smakołyków.

Istnieje nawet określenie w języku hiszpańskim „ir de tapas”, co dosłownie oznacza „wyjście na tapas”. Czynność ta polega na spożywaniu przekąsek na stojąco i popijaniu ich winem lub piwem. Idea jedzenia i picia na stojąco ma proste wyjaśnienie: tak można łatwiej konwersować z większą ilością osób w mniej formalny sposób.

Sjesta

Kiedyś uważałam, że Hiszpanie wymyślili sjestę, bo są… leniwi. Tak, tak – kiedyś miałam wąskie, ograniczone horyzonty i myślałam bardzo stereotypowo. Po latach zrozumiałam, że nie mogli oni wymyślić niczego lepszego! No, może poza tapasami 🙂 Czym zatem jest ta sjesta? To niezwykle ważna część codziennego życia każdego Hiszpana,a także obcokrajowca mieszkającego w Hiszpanii. Między godziną 14:00 a 17:00 bary, agencje, urzędy, mniejsze sklepiki czy biura są zamknięte. Jest to czas przeznaczony na posiłek, który traktuje się jak świętość. Nie ma takiej możliwości żeby coś załatwić w tym czasie czy też chwilę przed sjestą, dlatego też ważne sprawy najlepiej załatwiać z rana. Sjesta to przede wszystkim pora lunchu i najważniejszego posiłku w ciągu dnia, więc dla Hiszpanów niezwykle ważny czas dnia. W tym czasie spożywa się posiłek w restauracji w tapas barze lub w domu. Ale oczywiście czas sjesty to także czas na kilkunastuminutową, poobiednią drzemkę.

Hiszpanie tłumaczą, że sjesta zrodziła się w związku z klimatem panującym w ich kraju. Najgorętsze temperatury osiągane w ciągu dnia nie są produkcyjne i wydajne dla nikogo. Sjesta rodzi się zupełnie naturalnie, iż kiedy przychodzi największy upał trzeba przestać pracować, zjeść coś chłodnego i po prostu odpocząć. W Hiszpanii dzień pracy wydłuża się i trwa wiele godzin po zachodzie słońca, kiedy nie ma już upału i znośniej jest wyjść na ulicę.

Ile ja bym dała, żeby u nas panował zwyczaj sjesty! Nie musiałoby to być kilka godzin, ale maksymalnie godzinna przerwy w pracy na szybką drzemkę i regenerację. Albo chwilowy odpoczynek czy spacer w ciągu dnia, zwłaszcza latem, by móc cieszyć się słońcem i pogodą. Albo zimą ulepić bałwana 🙂

Otwartość

W jaki sposób Polacy witają się z nowo poznaną osobą? Przedstawiają się i podają prawą dłoń. W jaki sposób Hiszpanie witają się z nowo poznaną osobą? Pierwsze padają słowa „Hola! Cómo estás?”, a za chwilę serdeczne „buziaczki” po obu stronach policzka. Co niektórzy nawet robią typowego „niedźwiedzia”, ściskając mocno, niczym dawno niewidzianego, najlepszego przyjaciela. Poza tym, wchodząc z Hiszpanami w dłuższą konwersację, możemy spodziewać się przelotnych dotyków w ramię czy inną górną część ciała. I nie, nie są to tanie sposoby na kiepski podryw, oni po prostu już tacy są. Czują, że nawiązują lepszą relację z drugim człowiekiem nie tylko przez samą rozmowę, ale także przez subtelny, serdeczny i spontaniczny dotyk.

Początkowo była to dla mnie bariera nie do pokonania. Wręcz uciekałam i z wielkim oburzeniem lamentowałam, że naruszają oni moją strefę intymną. Zachowywałam się jak typowa Polka, oschle podając na przywitanie jedynie prawą dłoń. Na dłuższą metę ich mania bliskości i kontakt cielesny może być męczące. Co prawda już nie jestem takim towarzyskim dzikusem, jak choćby jeszcze pięć lat temu, ale przyznaję, że czasami nadal mi to przeszkadza. Dzisiaj jednak nie wyobrażam sobie, żebym witała się z kimś w inny sposób jak „buziaczki” w policzek, to dla mnie jak chleb powszedni 🙂

Podejście do życia

Hiszpanie uważani są za wyluzowany naród, który czerpie z życia pełnymi garściami. Warto poznać te hiszpańskie słowa: „tranquila” (spokojnie) oraz „mañana” (jutro), bo to ulubione słowa każdego Hiszpana 🙂 Trzeba coś załatwić? Spokojnie, załatwimy to jutro. Trzeba coś kupić? Spokojnie, kupimy to jutro. Trzeba iść do lekarza? Spokojnie, możemy iść jutro 🙂 Okej, na dłuższą metę zdecydowanie może to być uciążliwe, gdy trzeba załatwić jakąś ważną sprawę w urzędzie czy banku. Chodzi jednak o to, że nie trzeba się tak spinać i brać wszystkiego na serio, gonić ślepo za wszystkim. Można chwilę odczekać, nabrać powietrza, pomyśleć dokładnie, a potem zacząć działać. To czyni ich wyluzowanych, ze zdrowym podejściem do życia.

Baku. Kraina szklanych domów

Pamiętacie „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego? Pojawia się tam mit szklanych domów, który jest jednym z najważniejszych symboli pojawiających się w tej książce,  będący wyobrażeniem marzenia o idealnym kształcie nowej Polski. Historię o szklanych domach opowiada Cezaremu Baryce jego ojciec w trakcie podróży z Baku do ojczyzny. Seweryn Baryka tłumaczy synowi, że Polska to kraj o najwyższym poziomie cywilizacyjnym, w którym buduje się domy ze szkła. Surowiec ten jest wytwarzany w nadmorskich fabrykach, a następnie wykorzystywany do konstrukcji nowoczesnych budowli. Domy wykonane ze szkła są czyste, niezwykle wygodne i higieniczne. Zostały wyposażone w specjalny system grzewczy i chłodzący. Stanowią więc idealne połączenie estetyki i komfortu. Mit o szklanych domach w pierwszej kolejności można więc odczytywać jako synonim postępu cywilizacyjnego, a Baku z całą pewnością jest miastem, które w szaleńczym tempie zalicza rozwój technologiczny i architektoniczny. Dlaczego wspominam o szklanych domach, które miały przecież znajdować się w Polsce? W stolicy Azerbejdżanu szklane domy nie są żadnym mitem, a rzeczywistością.

Przed wyjazdem wielu moich znajomych pukało się w czoło i zastanawiało, co ja znowu wymyśliłam. Pytali: „Ale, że gdzie?”, „Nie ma takiego kraju” albo „Gdzie Ciebie znowu niesie?”. Dla mnie tajemniczy, fascynujący i egzotyczny kraj. Dla innych niebezpieczny, zacofany i dziki koniec świata. Jak to jest z tym Azerbejdżanem?

Azerbejdżan nazywany jest „Krainą Ognia” i z całą pewnością jest państwem pełnym kontrastów i przeciwieństw, zawieszone gdzieś pomiędzy Europa a Azją. Można w nim znaleźć zarówno ślady starożytnych imperiów, jak i nowoczesny naród, ulegający ekspresowej transformacji dzięki ogromnym dochodom z ropy naftowej. Stolica kraju – Baku – to kosmopolityczne miasto położone nad Morzem Kaspijskim. Niewiele jest miast  na świecie, które zmienia się w tak szaleńczym tempie. W ostatnim dziesięcioleciu w Baku „wyrosło” wiele drapaczy chmur, które zastępują lub zasłaniają ponure bloki mieszkalne z czasów ZSRR. Swoje miejsca maja też zakochani spacerujący po zielonych parkach czy promenadzie nad brzegiem Morza Kaspijskiego, którego zielono-błękitne wody pozwalają szybko zapomnieć o tym, że miasto otaczane jest przez rozległe pustynie.

Stare Miasto

Zabytkowym sercem Baku jest Stare Miasto, które widnieje na liście UNESCO. To właśnie tam znajdują się najciekawsze zabytki, klimatyczne restauracje z lokalnym jedzeniem i całe rzesze barwnych sklepów z dywanami, od których można oczopląsu dostać. Krążąc po zaułkach i uliczkach Starego Miasta, wielu sprzedawców zachęcało mnie, żebym kupiła od nich jedwabny dywan za 16 tys. euro, ale akurat nie miałam  przy sobie drobnych 😉 A tak na serio, to miałam wielka ochotę kupić jakiś dywan, bo były cudowne, ale niestety nie dałabym rady go ze sobą zabrać – tylko bagaż podręczny wchodził w rachubę 😦 Kiedy w odpowiedzi na pytanie skąd jestem, odpowiadałam zgodnie z prawdą, że z Polski, to zapraszali mnie na herbatkę do siebie do sklepu 🙂 Z jednej propozycji nawet skorzystałam, miło spędzając czas i plotkując przy aromatycznym caju o mojej podróży, o moim kraju i Azerbejdżanie. Zaskakujące było to, że Azerowie posiadają dużą wiedzę o Polsce i z fascynacją opowiadają o swoich doświadczeniach. Każdy, z kim zamieniłam kilka zdań, albo pracował kiedyś w moim kraju, albo był na wycieczce, albo ktoś z rodziny tam wyjechał. Bardzo miłe i rzadko spotykane zjawisko.

Strzelista kamienna wieża o wysokości 29 m i licząca ponad 1000 lat to jeden z najbardziej znanych zabytków Baku. Ze szczytu rozpościera się widok na Zatokę Bakijską i stare Miasto. Jej nazwa tłumaczona jest jako „Baszta Dziewicza” i wiąże się z tym, że była niedostępna dla wrogich wojsk, które miały problem z jej zdobyciem. Dokładnie naprzeciwko Baszty Dziewiczej znajdują się liczne wykopaliska archeologiczne. Idąc dalej natkniemy się na Meczet „Piątkowy” zbudowany w 1899 r., ozdobiony misternymi płaskorzeźbami. Do dnia dzisiejszego służy mieszkańcom miasta.

Promenada

Do Starego Miasta najlepiej (i najprzyjemniej) dostać się piechotą, przechadzając się po tamtejszej promenadzie, która ma się wrażenie – ciągnie się przez pół miasta. Po jednej stronie możemy podziwiać liczne parki, karuzele i malutkie kawiarenki, zaś po drugiej rozciąga się widok na Zatokę Bakijską. Na końcu bulwaru można wsiąść do Funtrain, czyli kolejki, która zawiezie nas na wzgórze w okolice Ognistych Wież. Tam rozpościera się przepiękny widok na miasto i całą Zatokę.

Ogniste Wieże

Ogniste Wieże to najbardziej charakterystyczne drapacze chmur w Baku. Trzy faliste wieże z błękitnego szkła tworzą architektoniczną wizytówkę tego miasta. Mają od 28 do 33 pięter wysokości i są tak potężne, że największe wrażenie robią, gdy się je podziwia z odległości. W jednej wieży znajduje się hotel, w drugiej biurowce, a w trzeciej ekskluzywne apartamenty. Najpiękniej prezentują się nocą, tworząc ogromny ekran, na którym odbywa się pokaz świateł. O ile mi się wydaje, to mają 5 albo 6 animacji, na pewno zapamiętałam flagę Azerbejdżanu, krople wody, ale najpiękniejsza gra świateł to płomienie.

Muzeum Dywanów

Na uwagę zasługuje nietypowe muzeum, a mianowicie Muzeum Dywanów. Niestety nie udało mi się wejść do środka, bo akurat wtedy było zamknięte 😦 Z zewnątrz wygląda przekomicznie: muzeum zostało zaprojektowane na wzór zawiniętego  dywanu 🙂 Mnie osobiście przypominał ogromnego naleśnika 😀 Można tam obejrzeć zbiór (ponoć przepiękny) azerskich dywanów, a także poznać ich niezwykłą historię.

„Szklane domy”

Na koniec powracam do wspomnianego wcześniej wątku o szklanych domach. Mowa o bakijskich drapaczach chmur, które co prawda z tradycyjnym domem nie mają nic wspólnego, ale z całą pewnością należą do czołówki najnowocześniejszych budynków świata. Różne kształty i rozmiary przyprawiają o zawrót głowy.

Centrum Kuturalne im. Hejdara Alijewa

Do najnowocześniejszych budynków zalicza się Centrum Kulturalne im. Hejdara Alijewa. To przeogromny budynek zaprojektowany przez muzułmankę, znakomitą architekt  Zahę Hadid. Jest to doskonały przykład bryły charakterystycznej dla XXI wieku. Mnie osobiście przypominał ogromny statek kosmiczny. W środku organizowane są koncerty i wystawy. Podobny gdy się patrzy na budynek z lotu ptaka, można zauważyć, że kształtem przypomina sygnaturę podpisu Hadid.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Wspomnienia zamknięte w książce

Uwielbiam zdjęcia. Zarówno robić je, jak i do nich pozować. Chociaż nie jestem żadną profesjonalistką, to staram się robić ładne i estetyczne fotki. Nie posiadam też aparatu z wymiennym obiektywem i milionem opcji, za to mój sprzęt sprawuje się całkiem nieźle 🙂 W mieszkaniu mam całą „galerię” z własnymi zdjęciami. Może to brzmi trochę egoistycznie, ale lubię spoglądać na uchwycone wspaniałe momenty, piękne miejsca czy inspirujące mnie obrazy. Zawsze marzyłam o takiej „galerii”, więc w końcu się jej doczekałam 🙂 Chociaż jak dla mnie jest już za mała, ale miejsca w mieszkaniu już brak na kolejne ramki ze zdjęciami 🙂

Ze swoich podróży zawsze przywożę setki zdjęć. Chociaż niektóre z nich umieszczam na portalach społecznościowych, to cała resztę trzymam zapomnianą w czeluściach mojego komputera. Czasami do nich powracam, żeby przypomnieć sobie te wszystkie piękne miejsca, ale szczerze to rzadko kiedy mam na to czas. Kiedyś od razu po powrocie z danego miejsca wywoływałam najciekawsze fotografie i umieszczałam je w albumie.  Teraz już tego nie robię i szczerze przyznam nie wiem dlaczego. Długo zwlekałam, ale w końcu skonstruowałam swoją pierwszą foto książkę! 🙂 To nie tylko sentymentalny powrót, może to być również świetny prezent dla bliskich osób. Dzięki takiej fotoksiążce nie muszę przeszukiwać swojego komputera, by przenieść się do , tylko sięgam po taką skarbnicę wspomnień, w której umieściłam najciekawsze i najpiękniejsze zdjęcia.

Zdecydowałam się na foto książkę tematyczną o Hiszpanii.  W sumie to nie wiem, ile razy byłam już w tym kraju (wydaje mi się, że 8 albo 9), ale niezależnie od tego ZAWSZE mogę do niego powracać. Tak na marginesie, właśnie jestem świeżo po powrocie z Hiszpanii, dlatego wzięło mnie na sentymenty 🙂 W fotoksiążce skupiłam się na Andaluzji, południowym regionie tego państwa, do  którego mam wielki sentyment i na samo wspomnienie serce zaczyna mi mocniej bić. Przepiękne wąskie uliczki udekorowane kwiatami, słoneczne plaże czy zapierająca dech niesamowita architektura – wszystko to musiałam uwiecznić w tej fotoksiążce. Z łezka w oku przeglądam kolejne karty, a serce rwie się do kolejnej podróży w tamten hiszpański region.

Pojawiły się również momenty z Barcelony – to właśnie podczas pierwszej wizyty w tym mieście (a co za tym idzie – również kraju) zakochałam się w Hiszpanii. Chociaż stolica Katalonii to zupełnie inna (dosłownie) bajka, nie mogłam jej pominąć. Sagrada Familia, Park Guell, Casa Batllo, Casa Mila – chociaż raz w życiu wszystkie dzieła Gaudiego trzeba zobaczyć na własne oczy. Mam to szczęście, bo widziałam je dwukrotnie i nie zamierzam na tym poprzestać 🙂 Poza tym Barcelona to również sentymentalne wspomnienie mojej pierwszej hiszpańskiej miłości 😉

Jeśli nie macie pomysłu na prezent dla najbliższych albo po prostu chcecie mieć fajną pamiątkę z podróży czy jakiegoś ważnego dla Was wydarzenia, zróbcie sobie taką fotoksiążkę. Ja swoją zamówiłam na stronie Printu. Dostępnych jest tam wiele ciekawych gotowych szablonów, a jeśli Wam jednak żaden nie odpowiada, możecie sami stworzyć książkę od podstaw 🙂 Więcej o fotoksiążce dowiecie się tutaj: https://printu.pl/fotoksiazka/.

Ja jestem bardzo zachwycona swoją i niebawem mam zamiar skonstruować kolejne. Jaki kierunek? To się jeszcze okaże 😉