Nostalgia i zachwyt. Zachody słońca na Santorini

W Grecji nie byłam ładnych kilka lat. Nie planowałam tam zawitać w tym roku, miałam inne plany podróżnicze, jednak Grecja nie była na mojej tegorocznej liście. W czasach pandemii trudno przewidzieć, jak sytuacja w danym kraju będzie się rozwijać. W tym okresie miałam lecieć do Hiszpanii, ale intuicja podpowiedziała mi, żebym na razie sobie darowała. Z ciężkim bólem serca zrezygnowałam z wyjazdu do mojego ukochanego kraju i kupiłam bilet na Santorini, chociaż nie wiedziałam, co się wydarzy. Miałam obawy czy mój upragniony urlop dojdzie do skutku i na jakich warunkach. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i spędziłam tam wspaniałe chwile. Dziękuję mojej intuicji za zmianę destynacji i przypomnienie mi o tym, jak bardzo za Grecją tęskniłam.

O samym Santorini pisałam wcześniej (link do wpisu tutaj), cóż ja jednak wtedy mogłam wiedzieć o tej cudowniej wyspie, spędzając na niej zaledwie niecały jeden dzień? Jednak dzisiejszy wpis nie będzie o jej atrakcjach (o tym napiszę później), ale o zachodach słońca. Chociaż swoją drogą śmiało można je wpisać na listę najpiękniejszych atrakcji Santorini, bo do tej pory nigdzie nie widziałam piękniejszych.

Oia

To pocztówkowe miejsce reklamuje nie tyle samo Santorini, ale nawet i całą Grecję. To właśnie tutaj zjeżdżają się wszyscy turyści z całej wyspy, by podziwiać bajkowy zachód słońca. Trudno się dziwić, bo robi piorunujące wrażenie. Poza tym Oia jest piękna nie tylko o zachodzie słońca. Faktycznie, ludzi szukających skrawka ziemi było od groma, influenserzy, profesjonalni fotografowie (i ci mniej profesjonalni również) szukali najlepszego miejsca, żeby uwiecznić ten magiczny moment. Sama nacykałam chyba z tysiąc zdjęć, by mieć pewność, że zrobiłam najlepsze ujęcie 🙂 Swoja drogą, nawet nie chcę myśleć, co się tam dzieje, w „normalnych” warunkach bez pandemii, kiedy w sezonie turystów jest pięć razy więcej!

Imerovigli

Na ten zachód słońca trafiłam przez przypadek. Tego dnia zafundowałam sobie 10 kilometrowy „spacer” z miasteczka Oia do Firy – stolicy wyspy. Zajęło mi to zdecydowanie nieco więcej czasu niż przypuszczałam, a nie chciałam po nocy włóczyć się po stromych zboczach Santorini, dlatego też w połowie trasy dostałam speeda, bo słońce szybko chyliło się ku zachodowi. Ostateczny zachód słońca zastał mnie w miasteczku Imerovigli, które znajduje się na trasie trekkingowej. Tego dnia nawet nie planowałam podziwiać zmierzchu, a jedynie przetrwać swój „spacer”, nie dostać udaru i w jednym kawałku dotrzeć do celu. Los zdecydował inaczej, za co jestem mu wdzięczna – dostarczył mi niezapomnianych widoków.

Skaros Rock

Czy będę dziwna, jeśli powiem, że ten zachód słońca zrobił na mnie dużo większe wrażenie od tego w malowniczym i pocztówkowym miasteczku Oia? Na Skaros wybrałam się w ciągu dnia, by pochodzić po tych skałkach, ale stwierdziłam, że posiedzę tam i poczekam na zachód słońca. Chociaż widok z góry był imponujący, to jednak zachwycający pejzaż rozgrywał się u stóp skały, gdzie znajdował się uroczy kościółek z widokiem na wulkan i cypel wyspy.

Pyrgos

To był mój ostatni zachód słońca na Santorini. Specjalnie pojechałam do niewielkiego miasteczka Pyrgos, by móc nacieszyć oko słońcem zmierzającym ku horyzontowi. Co prawda nie był tak malowniczy jak pozostałe, ale i tak robił wrażenie.

Perissa – wschód słońca

Skoro podziwiałam tyle zachodów słońca, nie mogłam przegapić chociaż jednego wschodu. Ostatniego dnia mojego pobytu namówiłam współlokatorów z pokoju, wstaliśmy rano i poszliśmy na plażę obejrzeć wschodzące słońce. Cóż mogę powiedzieć, nie należę do rannych ptaszków (zdecydowanie zaliczam się do nocnych marków), dlatego udało się tylko z jednym wschodem, ale powiem jedno: żałowałabym, gdybym wyjechała nie widząc tego cudownego zjawiska, jakim jest wschód słońca na sanatorskiej czarnej plaży.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Szczeliniec Wielki. Między Piekiełkiem a niebem

Nigdy nie byłam miłośniczką gór. Nie przepadałam za tego typu wyprawami, a jak trzeba było wejść po jakimś wzniesieniu, to następowała czarna rozpacz, a co dopiero wspinaczka po prawdziwych górach! Brak kondycji, lęk wysokości, brak odpowiedniego przygotowania i sprzętu potrafił mocno demotywować. Natomiast ludzi uciekających w góry w każdej możliwej chwili uważałam za szaleńców. Cóż, nadal co niektórych uważam za takich, ale teraz już pod nieco innym względem. Bakcyla złapałam kilka lat temu, ale chyba tak naprawdę miętę do górskich klimatów poczułam w tamtym roku. Do tego chyba trzeba po prostu dorosnąć. W góry wkręciłam się do tego stopnia, że praktycznie każdy weekend września i października spędzę właśnie buszując po górach 🙂 A wszystko za sprawą mojej ostatniej wycieczki w przecudowne Góry Stołowe, w których się totalnie zakochałam. Dzisiaj opowiem o najwyższym szczycie tych gór, czyli o niesamowitym Szczelińcu Wielkim.

Jednym z najbardziej charakterystycznych piaskowych płaskowyżów  podciętych urwiskami skalnymi, a spłaszczonych od góry, jest Szczeliniec. Rozdzielony niewielką przełęczką na dwa płaskowyże – mniejszy i nieco niższy Szczeliniec Mały oraz najwyższy w Górach Stołowych Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.). Wraz z Błędnymi Skałami i Skalniakiem należą do jednych z najlepiej zachowanych fragmentów powierzchni skał piaskowych. Spękania w piaskowcu z czasem coraz bardziej się poszerzały i pogłębiały w wyniku działalności wody, a zróżnicowana odporność części skały sprawiła, że erozja wypreparowała w nich fantastyczne kształty. To właśnie one decydują o atrakcyjności gór, w tym trasy turystycznej na szczyt Szczelinca Wielkiego.

Sam Szczeliniec Wielki do końca XVIII wieku pozostał nieznany dla turystów. Przełom nastąpił po zakończeniu wojen śląskich, kiedy władze pruskie chciały zbudować na pograniczu sieci fortów, które miały chronić świeżo podbitą prowincję. Powstał wtedy Fort Wilhelma w Górach Bystrzyckich, fort w okolicach Kamiennej Góry oraz Fort Karola – naprzeciwko Szczelińca. Zainteresowaniem budowniczych cieszył się także Szczeliniec Wielki i postanowiono wysadzić w nim skały, tworząc przejścia. Dzięki temu można dzisiaj wejść pod schronisko. Pierwszym oprowadzającym po Szczelińcu, jeszcze w trakcie prac przy budowie fortu, był Franciszek Pabel. Przewodnictwem trudnił się do końca swojego życia, a poświęcił temu zajęciu 71 lat.

Droga na szczyt Szczelińca Wielkiego prowadzi po krętych kamiennych schodach (łącznie jest ich 665), w otoczeniu lasu i mniejszych formacji skalnych. Schodki te zostały ułożone w 1814 roku przez wspomnianego Franciszka Pabela, sołtysa pobliskiej wioski Karłów oraz pierwszego przewodnika i autora pierwszej broszury o Szczelińcu. Pokonanie tej okrężnej, jednokierunkowej trasy o długości około 5 km nie powinno zająć dłużej niż 30-40 min. Chociaż nieco obawiałam się drogi na górę, to zanim się obejrzałam a już byłam na szczycie. Przejście jest banalnie proste i nawet dziecko sobie da z nim radę.

Schodki prowadzą do Schroniska PTTK na Szczelińcu, który jest jednym z dwóch (drugie to Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach) w Polsce obiektów, do którego nie można dojechać samochodem. Nie prowadzi tu żadna droga, po której mógłby się poruszać jakikolwiek pojazd. Jedynym sposobem dotarcia jest wybranie się piechotą po wspomnianych kamiennych schodkach. To także jeden z najstarszych tego typu obiektów w Sudetach. Pierwsze całoroczne schronisko powstało już w 1845 roku i istnieje do dzisiaj. Po II wojnie światowej budynek przez wiele lat stał zaniedbany i popadł w ruinę. Dzisiaj nie przypomina budowli sprzed lat, odrestaurowano go i można tam zjeść ciepły posiłek albo napić się gorącej herbaty czy czekolady i odpocząć przed buszowaniem pośród fantastycznych formacji skalnych w labiryncie.

Nie trafiliśmy na pogodę, bo ze wszystkich stron Szczeliniec Wielki spowiła mgła. Muszę jednak przyznać, że miało to swój urok – niczym sceneria z podrzędnego horroru klasy B. Widoków ze szczytu nie mogliśmy niestety podziwiać, więc po prostu udaliśmy się w stronę Skalnego Labiryntu, gdzie klimat grozy czuć znacznie bardziej.

Trasa po Labiryncie Skalnych rozpoczyna się tuż przy schronisku. Za bilet wstępu trzeba zapłacić 12 zł (dokładny cennik znajduje się tutaj). Z uwagi na bardzo wąskie przejścia, zwiedzanie Labiryntu odbywa się jednokierunkowym szlakiem czerwonym. Trzymając się stricte szlaku, można wyruszyć w najbardziej efektowne rejony Szczelińca. Ścieżka biegnie po skałkach, doprowadzając do najwyższych partii masywu, gdzie dochodzimy na widokową skałkę o wdzięcznej nazwie „Tron Pradziada”. Wędrując dalej natykamy się na:

  • Wielbłąda,
  • Mamuta,
  • Słonia,
  • Kwokę,
  • Małpoluda,
  • Psa,
  • Żółwia,
  • Koński Łeb,
  • Sowę

Jednak największe wrażenie robi tzw. Piekiełko, gdzie ścieżka prowadzi przez głęboką rozpadlinę pomiędzy skałami. Niekiedy nawet wręcz trzeba przeciskać przez jego ciasne zakamarki i czołgać na kolanach. Wewnątrz licznych korytarzy Labiryntu panuje swoisty mikroklimat, a w niektórych miejscach śnieg utrzymuje się nawet do lipca. Co ciekawe, właśnie w Piekiełku powstały zdjęcia do filmu „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”.

Przejście przez ścieżkę na Szczelińcu Wielkim zajmuje około godziny, jednak w moim przypadku było to „nieco” dłużej, bo musiałam obfotografować każdą znajdującą się tam skałkę 🙂  Jedynym minusem tego spaceru były tłumy ludzi, a przez nich w niektórych miejscach nie dało się zatrzymać na dłużej, bo nie wiadomo czemu, ale spieszyło im się gdzieś 😦 Szkoda także, że nie udało się podziwiać widoków ze szczytu Szczelińca, ale to znaczy, że muszę tam wrócić, co z przyjemnością uczynię. Może jesień to będzie dobry czas na kolejną wizytę w Szczelińcu Wielkim? 🙂

 

Zalipie. Najpiękniejsza polska wieś

Zalipie – mała wioska znajdująca się w województwie małopolskim, gdzieś pomiędzy Tarnowem, Krakowem a Kielcami. Ciągnęło mnie tam od pewnego czasu, w końcu udało się tam dotrzeć. Wioska znana jest na całym świecie i przyciąga wielu turystów. To jedna z atrakcji województwa małopolskiego. Co jest w niej takiego niezwykłego? Zalipie słynie z kolorowych domków, a konkretniej ręcznie dekorowanymi niezwykłymi i misternymi wzorkami domków. Można powiedzieć, że to swego rodzaju sztuka uliczna, a jeśli nie uliczna to na 100% jest to sztuka – i to jedyna w swoim rodzaju. Zalipie uznawane jest za najpiękniejszą i najbardziej kolorową wioskę w Polsce. Trudno się dziwić, bo malowane budynki to unikat, a turyści ochoczo przybywają podziwiać malunki miejscowych ludzi. Ja totalnie oszalałam i piałam z zachwytu nad ozdobionymi domkami, aczkolwiek spodziewałam się czegoś innego, no i pojawił się pewien szkopuł, ale o tym później.

Chociaż wioska jest popularna i przyjeżdżają do niej turyści z całego świata, to nie przypomina typowych turystycznych miejsc i tak naprawdę trudno doszukać się tam jakiejkolwiek komercji. Zalipie nie jest żadnym skansenem, a w domach mieszkają zwyczajni ludzie. Mieszkańcy malują swoje domy nie dla turystów, ale dla siebie.

Jak dostać się do Zalipia?

Zalipie znajduje się około 40 minut od Tarnowa oraz 1,5 h od Krakowa i Kielc. Nie ma się co oszukiwać – najlepiej i najwygodniej będzie przyjechać własnym autem. Trudno powiedzieć, czy znajduje się tam jakaś miejscowa komunikacja. Tego dnia, kiedy tam byliśmy, razem z nami byli turyści, którzy przyjechali wynajętymi busami. Poza tym, wioskę najlepiej zwiedzać właśnie samochodem albo rowerem, ponieważ – jak się potem okazało – odległości są dość duże. My natomiast postanowiliśmy zrobić sobie kilkukilometrowy spacer, co nie było takie złe. Autem na pewno byłoby szybciej, ale nie sądzę, żebyśmy wtedy tak wnikliwie i dogłębnie zobaczyli wszystkie atrakcje.

Skąd wzięła się tradycja malowania domów?

Na początku XX wieku w wiejskich domach, w centralnej izbie dominowały wielkie piece. Były one nieco problematyczne dla domowników, ponieważ sadza pokrywała ściany, a to dla ówczesnej gospodyni domowej było nie do zaakceptowania. Sprytne panie domu znalazły jednak sposób, by zamaskować uciążliwe zabrudzenia: najpierw wybieliły wapnem wszystkie ściany a za pomocą pędzla wykonanego z prosa lub żyta malowały nieregularne plamki. Z czasem tego typu dekoracja ścian zagościła w kolejnych domach zdobywając coraz większą popularność. Wtedy też panie zaczęły tworzyć ozdoby z motywem roślinnym, głównie w odcieniach brązu i beżu.

Jednak prawdziwy szał nastąpił po II Wojnie Światowej. Wtedy też piece odeszły do lamusa i zaczęto budować murowane domy. W raz z rozwojem techniki pojawiało się więcej kolorowych i trwalszych barwników, a dzięki temu nie trzeba było malować domu każdego roku. Na ścianach zaczęło pojawiać się coraz więcej barwniejszych i artystycznych ozdób.

Co ciekawe, każdego roku, w pierwszy weekend po Bożym Ciele odbywa się rozstrzygnięcie  – szalenie istotnego dla zalipiańskiej społeczności – konkursu na najbardziej kreatywną i kolorową zagrodę. Jury ocenia zarówno pierwszy raz zdobione gospodarstwa, jak i te przemalowane przez kreatywnych twórców. Jest nawet kategoria dziecięca, któa ma zachęcać najmłodszych do kontynuowania tej tradycji.

 

Co trzeba zobaczyć w Zalipiu?

Dom Malarek

Od tego miejsca zaczęliśmy nasze zwiedzanie. To swoiste centrum Zalipia, a jednocześnie lokalny Dom Kultury. Odbywają się tam różne warsztaty plastyczne, podczas których można zglebić wiedzę i odkryć talent artystyczny. Wejście jest bezpłatne, w środku znajduje się wystawa zdjęć z całej okolicy oraz sklepik z lokalnymi pamiątkami.

Na zewnątrz zaś znajdują się pokazowe „rekwizyty”, które mają zachęcić do dalszej wędrówki po okolicy.  Naprzeciwko wejścia jest pokazowa mała chata ze studnią i rowerem, zegar słoneczny oraz bogato zdobione stoły.

Strona internetowa: Domu Malarek

 

Muzeum Felicji Curyłowej

Za prekursorkę sztuki ozdabiania zalipiańskich domów uważa się Felicję Curyłową. Muzeum jej imienia to jedna z największych atrakcji tej wioski. W Zagrodzie Felicji Curyłowej znajdują się 3 chaty, a za opłatą można zwiedzić je w środku i posłuchać o malowanej kulturze Zalipia.

Nam jednak nie było to dane. W związku z szalejącym koronawirusem,do muzeum jednocześnie mogło wejść 10 osób na godzinę. Jednak trzeba mieć wcześniej rezerwację, ale o tym już nie wiedzieliśmy. Poza tym, przez najbliższe 3 godziny nie dało rady wejść, bo miały przyjechać wycieczki. Niepocieszeni i lekko zdezorientowani (a ja nawet zrozpaczona), musieliśmy opuścić teren zagrody. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie sposób, w jaki pani przewodniczka się z nami obeszła. Przegoniła nas jak jakieś natrętne komary krążące nad bezbronną ofiarą…

Strona internetowa Muzeum Felicji Cyryłowej

Kościół parafialny pod wezwaniem św. Józefa

Nie jestem fanką sztuki sakralnej i zwiedzania kościołów, ale muszę przyznać, że ten wyjątkowo mnie uwiódł. Z zewnątrz wygląda niepozornie, a wewnątrz urzeka swoim artystycznym wykonaniem. Nie ma przepychu, nie ma kiczu i ociekającego złotem ołtarza. Jest za to prostota, umiar oraz charakterystyczne zalipiańskie ozdoby.

Co poza tym?

Przegonieni z zagrody Curyłowej, nieco zniesmaczeni (oraz ja zrozpaczona :)) poszliśmy przed siebie, ale kierując się do punktu wyjścia.  Już straciłam nadzieję, że uda mi się wejść do środka którejś chaty, aż tu nagle okazało się, że na samym końcu (albo na początku – w zależności, od której strony się idzie :)) znajdowały się najpiękniejsze „okazy”. W rzędzie ustawione były domy, do których można było normalnie wejść, nawet panie same zapraszały do środka. Zazwyczaj jednak okazywało się, że to jedynie budynek na pokaz z jedną przyozdobiona izbą, zaś w drugiej znajdował się sklepik z pamiątkami. Nie mniej jednak warto było tam zajrzeć.

 

 

Idąc dalej, przyglądając się przypadkowemu gospodarstwu z ogromnym domem, staruszka siedząca na ławce na podwórku powiedziała, że mogę wejść na posesję i tam na spokojnie zrobić zdjęcia. Nie wahając się ani sekundy, weszłam i znalazłam się w artystycznym raju. Okazało się, że nie tylko dom był ozdobiony, ale także doniczki, buda dla psa, kamień oraz… drzewo! Co więcej, staruszka zaprosiła mnie do środka, do prawdziwego, autentycznego domu, do swojej kuchni i sypialni.  Starsza pani ma niesamowitą cierpliwość i niebywały talent, bo maluje wszystko, co się da 🙂 Ja po prostu oszalałam do końca 🙂

Zalipie – czy warto?

Powiem tak – oczywiście, że warto. To piękna, jedyna w swoim rodzaju wieś z własną tradycją kulturową, którą trzeba odwiedzić. Jednak przyjeżdżając tam, nastawiłam się, że będzie to coś w rodzaju skansenu, a wszystkie budynki znajdują się w jednym miejscu. Tak niestety nie jest. Trzeba przejść (albo przejechać) całą wioskę, żeby zobaczyć wszystkie malowane domki. I nie jest tak, że każdy dom jest barwnie przyozdobiony. Zalipie liczy ponad 200 domów, a jedynie kilkadziesiąt z nich jest pomalowanych. Trzeba mieć również na uwadze, że w większości domów mieszkają ludzie i nie wolno wejść na teren ich posesji, chyba że sami nas do siebie zaproszą. I nie – Zalipie nie jest przereklamowane, jak niektórzy twierdzą.

 

Troki. Malowniczy zamek na wodzie

Ta niewielka litewska miejscowość kryje w sobie bogactwo historycznych pamiątek, na czele ze średniowiecznym zamkiem położonym na samym środku jeziora. To jedno z najciekawszych i najbardziej atrakcyjnych turystycznie miejsca na całej Litwie. Również ze względu na swoje niezwykle malownicze położenie, ponieważ Troki leżą na pagórkowatym, porośniętym lasami terenie, obfitującym w jeziora.

Krótka historia Troków

Troki były drugą stolicą Litwy. Początkowo siedziba władzy znajdowała się w Starych Trokach, potem przeniesioną ją do Nowych Trok, których położenie było bardziej dogodne pod względem strategicznym. Pierwsze wzmianki o tej miejscowości pochodzą z drugiej połowy XIV wieku.  Zamek odgrywał ważną rolę obronną podczas walk z Krzyżakami. Pod koniec XIV wieku do Trok zostali sprowadzeni z Krymu Karaimowie. Był to jeden z elementów polityki zaludniania mało rozwiniętych obszarów Wielkiego Księstwa. Troki były pierwszym miejscem osiedlenia Karaimów i na długie lata pozostały ich głównym ośrodkiem na Litwie.

Kilka słów o Karaimach

Karaimowie, obok Tatarów, to jedno z najstarszych plemion tureckich. Religia karaimska jest odłamem judaizmu, który wyodrębnił się w VIII wieku wśród Żydów mieszkających w Mezopotamii. Karaimowie uznają wyłącznie Stary Testament, odrzucając tradycję, zarówno pisaną, jak i ustną. Język karaimski należy do grupy języków tureckich. W średniowieczu wpływy Karaimów zaczęły się rozszerzać również na państwa Europy Wschodniej – zaczęli się osiedlać na wybrzeżu Morza Czarnego.

Na Litwie Karaimowie pojawili się prawdopodobnie w XIV wieku. Według przekazów miał ich tu sprowadzić z Krymu książę Witold. Początkowo zamieszkiwali jedynie obszar między trockimi zamkami – dzisiaj jest to ulica Karaimska. Później zaczęli osiedlać się w wielu innych miastach, między innymi Birżach i Poiewieżu.  Troki pozostały ich centrum administracyjnym i religijnym. Karaimowie do dnia dzisiejszego mieszkają w tym mieście w skromnych, kolorowych i drewnianych domkach, których cechą charakterystyczną są trzy okna od ulicy: jedno dla Boga, drugie dla Witolda, a trzecie dla domowników.

Zamek na wyspie

To jedyny zamek w Europie Wschodniej położony na wyspie. Był ulubioną siedzibą księcia Witolda, który wzniósł go w miejscu poprzedniej drewnianej budowli. Zamek był także siedzibą kilku kolejnych wielkich książąt litewskich. Później pełnił rolę więzienia politycznego, a potem popadł w ruinę. Podczas wojny z Moskwą w XVII wieku został doszczętnie zniszczony. Odrestaurowano go dopiero w XX wieku, wcześniej zaś turyści mogli podziwiać jedynie ruiny.

Gotycka budowla składa się z dwóch części: zamku górnego i dolnego. Całość otaczają mury i fosa. Wewnątrz znajduje się muzeum z ekspozycją poświęconą historii Trok i przyległym terenom oraz trockim Karaimom. Na zwiedzenie zamku najlepiej poświęcić około 2 godzin. W salach można zobaczyć stroje z dawnych czasów, materiały z jakich zbudowany był pierwszy zamek oraz pieniądze, których używano w czasach jego świetności. Na ścianach niektórych komnat wiszą mapy i obrazy, które ukazują potęgę Wielkiego Księstwa Litewskiego. Uzupełnieniem tego są liczne eksponaty oręża rycerskiego oraz sztuki użytkowej z tamtych czasów (pieczęcie szlacheckie, numizmaty, kolekcja fajek itp).

Na zewnątrz zamek robi piorunujące wrażenie, zwłaszcza z odległości – świetnie kontrastuje z błękitem otaczającej go wody.

Jak z Wilna dojechać do Trok?

Troki znajdują się około 25 km od stolicy Litwy. Z dworca autobusowego kursuje kilkanaście autobusów w ciągu dnia, a przejazd trwa 30-50 minut. Cena za bilet wynosi ok. 2 euro. Warto spędzić tam połowę dnia – tyle czasu wystarczy, by dojść do zamku, zwiedzić go, podziwiać po drodze karaimską zabudowę oraz zjeść lokalny obiad.

Godziny pracy:

październik – kwiecień:
Poniedziałek – piątek:  8:00  – 17:00
Sobota, niedziela:  10.00 – 17.00

maj – wrzesień:
Poniedziałek – niedziela:  9:00  – 18:00

Ceny biletów od 1 lipca:
8,00 € dla dorosłych
4,00 € dla uczniów i studentów,
4,00 € dla seniorów

Strona internetowa ze szczegółowymi informacjami: http://trakai-visit.lt/pl/

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Amman. Stolica kurzu, hałasu i korków

Amman… Na samą myśl o tym mieście przechodzą mnie dreszcze. Do tej pory nie byłam jeszcze w tak brudnym, hałaśliwym i zatłoczonym mieście. Zawsze marzyłam, by przemierzać ulice magicznych, egzotycznych bliskowschodnich miast rodem z „Baśni 1001 nocy”. Jak się okazało, Amman nie wliczał się do tego marzenia. Niestety nie dało rady ominąć na mojej trasie, bo przylot i wylot odbywał się właśnie ze stolicy Jordanii. Chcąc nie chcąc, musiałam się tam pojawić. Muszę powiedzieć, że Amman to najbrzydsze miasto, w jakim kiedykolwiek byłam. Poza tym, ciekawskie, wścibskie i momentami złowrogie spojrzenia mieszkańców sprawiały, że czułyśmy się tam bardzo niepewnie.

Stolica Jordanii zamieszkiwana jest przez co najmniej 2,5 mln mieszkańców, ale łącznie z terenami podmiejskimi liczba ta może wynosić nawet 4 mln! Oznacza to, że Amman jest nie tylko największym miastem w kraju, ale gromadzi też ponad połowę mieszkańców całej Jordanii. Czuć to na każdym kroku: niekończące się korki, gwar i hałas, tłumy ludzi na ulicach. Amman zazwyczaj traktowany jest jako baza wypadowa do centralnej Jordanii, np. nad Morze Martwe, Dżaraszu czy Madaby.

Tak naprawdę historia miasta sięga czasów biblijnych. W Starym Testamencie przeczytamy o mieście Rabbath Ammon, stolicy Ammonitów, w której rządził Król Dawid. Około trzysta lat przed narodzinami Chrystusa miasto podbili Egipcjanie, którzy zmienili jego nazwę na Filadelfię. Następnie po przejęciu terenów przez Bizancjum, Nabatejczycy zaczęli stosować nazwę Amman. Od 635 roku Amman pozostawał pod panowaniem Arabów. Znaczenie Ammanu stopniowo spadało od chwili nadejścia islamu, szczególnie po przeniesieniu stolicy kalifatu z Damaszku do Bagdadu. W końcu od XVI wieku pozostawał Amman pod panowaniem tureckiego imperium osmańskiego. Od tego czasu aż do modernizacji i rozwoju w XX wieku, dzisiejsza stolica Jordanii pozostawała nikomu nieznaną, małą i nic nie znaczącym punktem na mapie.

Amman wyrósł niemal od postaw po I wojnie światowej na pustyni, na stromych zboczach i w głębokich dolinach okresowych rzek. To właśnie dzięki temu położeniu miasto może być dumne z wielu oryginalnych punktów widokowych. Właśnie z tego powodu nie ma tu praktyczne prostych ulic, a stromość zboczy może przyprawić o zawrót głowy i palpitacje serca. Co chwila pomiędzy budynkami przeciskają się wąskie przejścia i schody, skracające drogę między tarasowo ułożonymi ulicami. Przybywając do Ammanu zobaczymy głównie ogromne osiedla mieszkaniowe, które przecinają dziesiątki zatłoczonych dróg. Patrząc na panoramę miasta odnosi się wrażenie, że te wszystkie domy zbudowane są dykty, a w najlepszym przypadku z gliny. Miasto nie może poszczycić się wieloma zabytkami. Miłośnicy wielkich miast, tym bardziej egzotycznych, mogą czuć się zawiedzeni. Jeśli jednak znajdziecie się w Ammanie, jest kilka wartych uwagi miejsc do zobaczenia.

Co warto zobaczyć w Ammanie?

Teatr antyczny

To chyba najbardziej znana zabytkowa budowla Ammanu, która jest doskonale zachowana i robi wrażenie. Obiekt prawdopodobnie powstał za czasów Marka Aureliusza. Leży u podnóża cytadeli i jest dobrze widoczny z jej szczytu. Jego obecny wygląd to efekt rekonstrukcji podjętej w latach 50-tych ubiegłego wieku. Odsłonięto wtedy widownię przysypaną gruzem i pyłem, ale także odtworzono znaczne fragmenty oraz część proscenium. Warunki terenowe pozwoliły, by widownię wykuto w skałach stromego zbocza doliny. Mogło tu zasiąść co najmniej 6 tysięcy widzów, najzamożniejsi mieli miejsce w dolnych rzędach, a górne zajmowali biedniejsi. Niegdyś u stóp teatru znajdowała się niewielka świątynia, w której odkryto fragment posągu bogini Ateny, który obecnie przechowywany jest w Muzeum Jordańskim.

Na wyższe poziomy prowadzą strome schodki, na których trzeba zachować szczególną ostrożność, ponieważ wypolerowane stopnie są bardzo śliskie. Obiekt usytuowano względem stron świata, bo przez znaczną część dnia widownia pozostaje w cieniu, natomiast scena jest lepiej oświetlona.

Cytadela

Od strony północnej miasta dominuje wyniosłe wzgórze Dżabal al-Kalat, czyli cytadela. To właśnie tutaj przed wiekami znajdowała się forteca, nazywana Rabbat Ammon – dawna stolica państwa Ammonitów. Z murów roztaczają się piękne widoki na sąsiednie wzniesienia i doliny. To najwyższy punkt miasta położony na wysokości 850 metrów nad poziomem morza. Ze szczytu doskonale widać teatr oraz ogromne tereny miasta, które okazuje się nie mieć końca. Na obszarze cytadeli znajduje się kilka interesujących pozostałości budynków.

  • Świątynia Herkulesa

Do dnia dzisiejszego z budowli stojącej na kamiennym postumencie zachowały się tylko dwie całe kolumny z korynckimi kapitelami oraz pozostałości innych kolumn. Niegdyś była to najważniejsza świątynia w mieście. To najbardziej imponująca budowla na terenie Cytadeli. Robi duże wrażenie, zwłaszcza na tle zachodzącego słońca.

  • Pozostałości kościoła bizantyjskiego

Wykopaliska archeologiczne odsłoniły fundamenty i fragmenty kolumn bazyliki z V lub VI wieku.

  • Pałac Umajjadów

Pozostałości murów i ścian labiryntu różnych pomieszczeń, które były częścią wielkiej rezydencji kalifów z dynastii Umajjadów. Mury zostały wzniesione pod koniec VII lub w pierwszej połowie VIII wieku.

Meczet króla Abdullaha

Ten ogromny dom modlitwy muzułmanów upamiętnia pierwszego króla Jordanii, Abdullaha. Wyróżnia go błękitna kopuła o średnicy 35 m, zaś sala modlitewna jest w stanie pomieścić 7 tysięcy wiernych. Obiekt powstał w latach 80-tych XX wieku. Co ciekawe, po drugiej stronie ulicy, na wprost do meczetu, znajduje się kościół chrześcijański – główna świątynia ammańskiego patriarchatu Koptów egipskich. Takie sąsiedztwo nie byłoby tolerowane w innych krajach muzułmańskich, ale Jordania jest tolerancyjnym krajem i obie religie koegzystują pokojowo i są pod ochroną państwa.

Downtown – kolorowe oblicze Ammanu

No dobrze, żeby nie było – gdzieniegdzie w Ammanie pojawiają się jakieś kolory i przyjemniejsze miejsca. Samo centrum miasta to zbiorowisko licznych sklepów z pamiątkami, przepięknymi tradycyjnymi strojami oraz całą masą street foodów. Na straganach można kupić kosmetyki z minerałami z Morza Martwego, lokalne przysmaki, przyprawy, rękodzieło czy spróbować miejscowych smakołyków, np. słynną kuftę.

Hashem Restaurant – obowiązkowe miejsce na kulinarnej mapie Ammanu

Żeby zjeść prawdziwy jordański posiłek, koniecznie trzeba się wybrać do restauracji Hashem. To legendarne miejsce, znane zarówno wśród turystów, jak i miejscowych, gdzie serwowane są przekąski w stylu bliskowschodnim, między innymi falafele, hummus, mutabal czy baba ghanusz. Podobno nawet sam król Jordanii wraz z rodziną czasami pojawia się w tym miejscu. Restauracja nie robi piorunującego wrażenia, wręcz przeciwnie, a nazywanie tego miejsca restauracją to za dużo powiedziane. Szczerze przyznam, że sama z siebie bym tam nigdy nie weszła i ominęła szerokim łukiem, gdybym nie przeczytała tyle świetnych rekomendacji na jego temat. To nieco ponure i obskurne miejsce, z przezroczystą folią zamiast porządnej ceraty i bez posługiwania się sztućcami. Jednak potrawy tam serwowane rekompensują wszelkie niedogodności i łagodzą negatywne wrażenie – nigdzie nie jadłam lepszych falafeli i hummusu, a na samą myśl cieknie mi ślinka 🙂

Co z tym Ammanem?

Czy przybyłabym ponownie do stolicy Jordanii? Chyba nie. Nie – po prostu. O ile do samej Jordanii bardzo chciałabym jeszcze zawitać (kilka miejsc do zobaczenia jeszcze mi zostało), o tyle następnym razem zaplanuję swoją podróż w taki sposób, żeby ominąć Amman. A przynajmniej znaleźć się tam tylko przejazdem. Chociaż Jordańczycy z południa kraju są przemiłym narodem, to w samej stolicy miałam zupełnie inne odczucie. Przechadzając się ulicami robiłyśmy furorę i wzbudzałyśmy nie lada sensację – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Ludzie zachowywali się tam, jakby po raz pierwszy widzieli białą, blondwłosą kobietę. Kobiety patrzyły na nas z pogardą, mężczyźni zaś z agresywnym pożądaniem. Miałyśmy jeszcze kilka nieprzyjemnych i momentami niebezpiecznych sytuacji, ale o tym nie chcę pisać. Może kiedyś stworzę osobny post na ten temat.

Tutaj więcej postów na temat Jordanii:

Wadi Rum. Jeden dzień na czerwonej planecie

To był mój pierwszy raz na pustyni. Czy tak go sobie wyobrażałam? Chyba nie. Po pierwsze kolor piasku był nietypowy (czyli inny niż na filmach), chociaż byłam na to przygotowana. Miedziano-pomarańczowa barwa sprawiała wrażenie jakbyśmy wylądowaliśmy na Marsie. I nie byłoby to wcale kłamstwem, bo widoki były iście kosmiczne. Wydawało mi się, że po intensywnym dniu w Petrze, zasiądę na pace swojego jeepa i jak rasowa damulka będę podziwiać piękno pustynnego krajobrazu, a jedynym wysiłkiem miało być robienie zdjęć. No cóż, rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię, bo już na pierwszym przystanku poprzeczka została wysoko postawiona. Potem było coraz ciekawiej. Tak jak wtedy sądziłam, że wspinaczka na wzgórze do Monastyru była ekstremalna, to muszę sprostować swoje zeznania – Petra przy Wadi Rum to pikuś. Dawno nie miałam takich zakwasów jak po wizycie na tej pustyni. Zaś w nocy zamiast podziwiania rozgwieżdżonego nieba, obserwowaliśmy gromadzące się chmury, by w końcu podający deszcz rozgonił nas do swoich namiotów. Beduini mówili, że opady zdarzają się tylko kilka razy w ciągu roku. Tak, pierwszy raz na pustyni i musiałyśmy trafić na deszcz… No cóż, taka karma.

Mówią, że Wadi Rum robi bardziej spektakularne wrażenie od samej Petry i najlepiej spędzić tam co najmniej 3 dni, z czym ja pozwolę się nie zgodzić. Byłoby okrutnym kłamstwem, gdybym powiedziała, że pustynia mnie nie urzekła, ale jednak Petra pozostaje dla mnie numerem 1. Poza tym, po całym dniu jeżdżenia rozklekotanym jeepem po czerwonym piasku i wspinaniu się po skałach stwierdzam, że pod koniec dnia każdy następny głaz i kamień nie różnił się od poprzednich. Co więcej – nawet zdjęć nie chciało mi się robić, a to już nie było dobrą oznaką. Według mnie jeden cały dzień na pustyni z noclegiem jest optymalną opcją na spędzenie czasu na Wadi Rum.

Pustynię można zwiedzać na 3 sposoby: samochodem terenowym (najpopularniejszy i najszybszy), na wielbłądach, albo… pieszo. Tak, widzieliśmy po drodze śmiałków przemierzających bezkres pustyni na własnych nogach. Jednak zawsze muszą być z nami lokalni przewodnicy, czyli Beduini. Od stuleci zamieszkiwali oni tereny pustynne Wadi Rum, a ich dziedzictwo kulturowe jest ważnym elementem tego krajobrazu. Jeszcze niespełna 50 lat temu wiedli oni koczowniczy tryb życia, pędząc przez pustynię stada wielbłądów i kóz. Dzisiaj Beduini żyją przede wszystkim z turystyki, organizując wycieczki z noclegami dla spragnionych wrażeń turystów. Naszym gospodarzem był niejaki Hilal, którego wujek miał 34 dzieci – tyle zdołałam o nim zapamiętać 🙂

Pustynne tereny Doliny Wadi Rum są oszałamiająco piękne i spektakularne krajobrazy, które zmieniają swój wygląd zależnie od pory dnia – inaczej wyglądają oświetlone wschodzącym słońcem, inaczej w ciągu dnia, ale najpiękniej pustynia prezentuje się wieczorem, kiedy ostatnie promienie słońca jeszcze bardziej podkreślają miedzianą barwę piasku. Sceneria przypominająca powierzchnię obcej planety sprawiła, że obszar Wadi Rum „zagrał” w wielu hollywoodzkich produkcjach, m.in. w „Marsjaninie” czy „Gwiezdnych wojnach”. Chociaż na pierwszy rzut oka pustynia wydaje się niegościnna, pusta i sucha, to wcale tak nie jest. O pradawnych mieszkańcach świadczą do dziś w wielu miejscach rezerwatu inskrypcje i rysunki naskalne, a niektóre z nich liczą nawet 12 tys. lat. Przez wieki żyły tu  plemiona koczowników, a niezwykła dolina pośród pustynnych formacji pozostawała nieznana. Na Zachodzie rozsławił ją dopiero Lawrence z Arabii – angielski podróżnik, archeolog i szpieg, który razem z szarifem Mekki w trakcie I wojny światowej poderwał arabskie plemiona do walki przeciwko Turkom władającym tymi ziemiami. Także on przyczynił się do przybliżenia Europie świata arabskiego.

W trakcie wędrówki po Wadi Rum można zauważyć nie tylko Beduinów z wielbłądami i kozami, ale także wiele innych stworzeń tu zamieszkujących. Na terenie rezerwatu żyją także dzikie stworzenia, które  z uwagi na ekstremalnie wysokie temperatury w ciągu dnia prowadzą nocny tryb życia. A żyje tu sporo małych ssaków, jak pustynne jeże, góralki, wilki, szakale, antylopy, a także jadowite węże i skorpiony. My na szczęście nie miałyśmy przyjemności obcowania z dzikimi mieszkańcami pustyni.

Wadi Rum – jakie atrakcje czekają na spragnionego wrażeń turysty?

No cóż, jak wspomniałam wcześniej, przejażdżka po pustyni to żaden relaks, a wręcz przeciwnie – porządna dawka gimnastyki i wspinaczki. Beduini dbają, żeby ich goście się zbytnio nie nudzili. Już na pierwszym przystanku Hilal kazał się nam wspinać po stromym, niemalże pionowym bloku skał i głazów. Ponoć na szczycie bije niewielkie źródło Lawrence’a, którego jednak tam nie dostrzegłam. Jednak widok z góry był bardzo urzekający. Najśmieszniejsze jest to, że razem z nami wspinał się Azjata, który na nogach miał ubrane… japonki i skarpetki 🙂

Nieco dalej nad równinnym dnem doliny wyrasta ogromna formacja skalna w kształcie siedmiu coraz wyższych kolumn zwana Siedmioma Filarami Mądrości. Jej nazwa pochodzi od tytułu autobiograficznej książki Thomasa Lawrence’a.

Kolejnym przystankiem na trasie była czerwona wydma i chociaż wdrapanie się na nią wydaje się nie za bardzo wymagające, uwierzcie – dojście na szczyt tej usypanej kopy piachu było mega wyzwaniem. Aczkolwiek wspinaczka warta była tego wysiłku, ponieważ widoki były powalające.

Hilal dbał, żebyśmy się przypadkiem nie nudzili. Następnym punktem wycieczki był piękny, naturalny skalny most Umm Fruth. Most robił ogromne wrażenie, ale droga do niego już nie za bardzo – prostopadłe wejście po skale z lekko wyżłopanymi „schodkami. Oczywiście ci odważniejsi weszli po tej pionowej ścianie, ale ja nie chciałam ryzykować. Potem stwierdziłam, że jednak dałabym radę, no ale trudno się mówi.

Najciaśniejszy kanion w okolicy to wąska szczelina skalna nazywana Kanionem Khazali (Siq Khazali).  Znany jest z imponującej liczby starożytnych petroglifów i napisów na skalnych ścianach. Pierwsze 100 metrów jest dostępne dla wszystkich odwiedzających, ale dalsza eksploracja wymaga posiadania sprzętu wspinaczkowego. Po opadach deszczu jest trudno się tam poruszać, bo jego dno wypełnia woda. Nawet, gdy kanion jest suchy, trudno jest się po nim przemieszczać – wąskie szczeliny umożliwiały przejście tylko jednej osobie, która na dodatek musiała wykazywać się niebywałą gibkością i sprawnością ruchową.

Inny kanion, który znajduje się na terenie Wadi Rum jest Siq Burrah, który jest piękniejszy i znacznie dłuższy od Khazali. Spacer po nim jest bardzo przyjemny, można rzec, że to niemal swego rodzaju oaza, bo można się skryć przed prażącym słońcem na pustyni.

Niedaleko kanionu Khazali znajduje się masyw skalny, na grzbiecie którego znajduje się najmniejszy z naturalnych skalnych mostów w Wadi Rum, zwany Małym Mostem. Sam most nie robi tak wielkiego wrażenia, ale widoki z niego są powalające. W pewnym momencie zaczęło tak mocno wiać, że Beduini zabronili nam po nim chodzić.

Na sam koniec wycieczki Hilal zabrał nas do ostatniego punktu naszej wycieczki – podziwianie zachodu słońca. Nie powiem, widok był urzekający, ale zmęczenie sprawiło, że nie potrafiłam się nim cieszyć, tak jak powinnam. Ale było to bardzo miłe zakończenie pełnego przygód dnia.

Jak wygląda nocleg na Wadi Rum?

Pustynia Wadi Rum kryje w sobie nie tylko miliony ton miedzianego piasku i piękne formacje skalne, ale także mnóstwo tzw. campów. Generalnie standard jest do siebie zbliżony, ale jest kilka dosłownie kosmicznych beduińskich namiotów. Do wyboru, do koloru. My nie zdecydowałyśmy się na jakąś super ekskluzywną opcję noclegową, bo po prostu uważam to za zbędny wydatek. Nasz camp był bardzo przyzwoity, mieliśmy własne namioty z wygodnymi łóżkami, a nawet znajdowała się łazienka z prysznicem  (bez ciepłej wody, ale to nie przeszkadzało) w murowanym budyneczku, natomiast jedzenie było przepyszne.

No właśnie jak to jest z tym jedzeniem? Kolacja na pustyni jest spektakularnym show, ponieważ… wyciągana jest z ziemi. A dokładniej ze specjalnego metalowego pojemnika, który przez kilka godzin utrzymuje w cieple dwu- lub trzypoziomową konstrukcję z siatki. Na każdym z poziomów umieszcza się mięso i warzywa. Całość przykrywa się srebrną folią i zasypuje piaskiem. Posiłek spożywa się w wielkim namiocie, w którym też można się ogrzać – wieczory na pustyni są chłodne. Na kolację jest  grillowane mięso i warzywa (ziemniak, cukinia, cebula, marchew), potrawka warzywna w sosie pomidorowym, ryż, sałatka warzywna, a do tego hummus, świeży chlebek i deser (lokalne słodkości). Och, jakież to wszystko było przepyszne, lepsze niż z grilla!

Niezbędnik pustynnego odkrywcy

Przed przyjazdem na Wadi Rum musimy się zaopatrzyć w kilka niezbędnych rzeczy, które pozwolą przetrwać intensywny i pełen wrażeń dzień na pustyni:

  • woda – koniecznie trzeba zrobić zapasy wody, bo potem nie będzie jej gdzie kupić przez cały dzień, a trzeba się nawadniać. Woda na pustyni to towar deficytowy. Jedynie wieczorem w trakcie kolacji dostaniemy nieograniczoną ilość herbaty.
  • wygodne buty – to podstawa, najlepiej stabilne i z grubszą podeszwą. Nie muszą to być buty trekkingowe, ale na pewno zrezygnujcie z sandałów i japonek (chyba, że jesteście tak odważni jak wspomniany wcześniej Azjata 🙂 ).  Na pustyni jest co robić, a na niemal wszystkie atrakcje trzeba się było wdrapać. Ja miałam tenisówki i spokojnie dałam radę.
  • strój – jeśli chcecie uniknąć poparzenia słonecznego (ja byłam tam w listopadzie, a po całym dniu na pustyni byłam cała czerwona – nie dało się tego uniknąć), to ubierzcie długie spodnie, t-shirt i koniecznie jakąś zwiewną koszulę do ochrony przed słońcem. Po drugie – dziewczyny – jeśli nie chcecie być zaczepiane przez Beduinów, to lepiej unikajcie szortów. Ja miałam długie spodnie, a mimo to kilka razy otrzymałam ofertę matrymonialną. No i zrezygnujcie z białych ubrań, bo po powrocie z pustyni będą miały kolor miedziano-pomarańczowy.
  • chusta, okulary przeciwsłoneczne i olejek z filtrem – nie trzeba chyba dodawać, że pustynia rządzi się swoimi prawami, a słońce nieustannie tam świeci. Okulary i olejek to konieczność, natomiast chusta ochroni nie tylko głowę przed słońcem, ale także zakryjemy nią twarz w czasie jazdy jeepem – przejażdżka bardzo zawiewa piach z pustyni, a przecież nie chcemy nabawić się pylicy.
  • przekąski – nie trzeba zabierać ze sobą tony jedzenia, żeby przetrwać, bo obiad na pustyni mamy zapewniony (oczywiście jeśli wcześniej dogadamy ofertę wycieczki z Beduinem). Wystarczy wrzucić do plecaka jakieś batoniki i inne energetyzujące przekąski, żeby móc zająć czymś żołądek, gdy dopadnie nas mały głód.
  • dobry humor, dystans i otwartą głowę – wycieczka po Wadi Rum to prawdziwa przygoda, nie ma co do tego wątpliwości. Beduini dbają o atrakcje dla turystów, ale mają oni inne podejście do życia. Są bardzo mili i pomocni, ale jednak ich kultura jest zupełnie odmienna od naszej. Wszystkie ich zaczepki trzeba traktować z przymrużeniem oka. Poza tym, na trasie spotka się wiele ludzi z różnych zakątków świata, więc trzeba mieć otwartą głowę na nowe znajomości.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Samarkanda. W baśni z 1001 nocy

Na samo wspomnienie o Uzbekistanie robi mi się ciepło na sercu a na twarzy pojawia szczery uśmiech radości. Tęsknię za tym ciepłym, wiosennym słoneczkiem (na początku maja temperatury wynosiły tam ok. 30 stopni – nawet nie chcę wiedzieć, jak gorąco jest tam w środku lata!), za wspaniałymi, pomocnymi i gościnnymi mieszkańcami oraz kolorowymi mozaikami, od których można było oczopląsu dostać. Kiedy pomyślę, że jakiś rok temu przygotowywałam się do swojej „wyprawy życia”, a teraz siedzę zamknięta w czterech ścianach domu, płakać mi się chce. No trudno, jest jak jest, trzeba zacisnąć zęby i przeczekać to szaleństwo. Im szybciej się to skończy, tym szybciej wrócimy do normalności i zaczniemy podróżować, nie tylko palcem po mapie.

Samarkanda była moim przedostatnim przystankiem na trasie, najbardziej wyczekiwanym miejscem. Wszystko za sprawą „Aladyna”, „Baśni z 1001 nocy” i marzeń z dzieciństwa, a zdjęcia Registanu w przewodnikach podkręcały tylko temperaturę. Nie ma co się dziwić, bo na żywo robi piorunujące wrażenie, chociaż moim namber łan jest nekropolia Szah-i-Zinda. Bez dwóch zdań Samarkanda jest fascynującym miejscem, ale…

Kiedy przybyłam do miasta, byłam nieco rozczarowana. Moje pierwsze wrażenie było negatywne, a przecież najbardziej czekałam właśnie na Samarkandę. Nie tego się spodziewałam. Dwa poprzednie miasta miały swój niepowtarzalny urok i klimat, natomiast Samarkandzie czegoś zabrakło. Miała być egzotyka pełną gębą (chociaż sama nie wiem, co to miało wtedy oznaczać), tancerki brzucha kręcące biodrami na każdym rogu (zabawne, co nie? 😀 ), a Aladyn miał czekać na mnie ze swoim latającym dywanem (ach te dziewczęce marzenia). W zamian dostałam hałaśliwe, zakorkowane, śmierdzące i brudne miasto, z ogromnymi odległościami do przejścia. Miejsca, które warto odwiedzić są rozproszone na dużym obszarze, a do wielu z nich jesteśmy zmuszeni iść pieszo. W rezultacie nie zobaczyłam wszystkiego, co chciałam, bo po całodziennym „spacerze” w upale byłam zwyczajnie padnięta. A komunikacja miejska? No cóż, raz autobus jechał, a raz nie, albo spontanicznie zmieniał swoją trasę. Nie ma tego złego, ponieważ na 1000% tam jeszcze pojadę, a wtedy nadrobię wszystkie zaległości.

Głównym ośrodkiem południowo-wschodniego Uzbekistanu jest magiczna Samarkanda, która swoim dziedzictwem sięga czasów antycznych. Aktualnie obok Buchary i Chiwy jest to najbardziej turystyczne miejsce w Uzbekistanie, a śmiem powiedzieć, że to najważniejszy punkt na mapie tego kraju. Bardzo często porównuje się te trzy miasta, jednak prawda jest taka, że każde z nich ma zupełnie inny charakter i klimat. Samarkanda to miasto, gdzie na każdym kroku kryje się historia. To właśnie tutaj znajdziemy wszystko to, z czego słynie i kojarzy się Uzbekistan: pokryte niebieskimi kafelkami kopuły meczetów i medres za czasów Timurydów, uzbecką kuchnię czy nadal tętniące życiem bazary. Samarkanda to wizytówka Uzbekistanu, której nie wolno pominąć.

Krótka historia Samarkandy

Samarkanda to jedno z najstarszych osad w Azji Środkowej. Jej nazwa prawdopodobnie odnosi się do słów asmara (oznaczającego kamień lub skałę) oraz kand – tłumaczonego jako miasto, gród lub fort. Starożytne miasto pod nazwą Marakanda najprawdopodobniej powstało w VI wieku p.n.e. Przez teren miasta biegł starożytny Jedwabny Szlak, łączący Chiny z Europą. Dzięki niemu Samarkanda rozwinęła się gospodarczo i stanowiła ważny punkt komunikacyjny w ówczesnym świecie, a przez pewien czas była największym miastem w całej Azji Środkowej. Na początku VIII wieku Samarkanda została podbita przez Arabów, którzy wprowadzili na jej terenie religię muzułmańską.  Co więcej, od chińskich niewolników wydarli oni tajemną recepturę produkcji papieru i otworzyli tu pierwszą wytwórnię papieru w całym arabskim świecie.

W XIII wieku większa część Samarkandy uległa zniszczeniu w wyniku najazdu wojsk Czyngis-Chana. Potem odbudowano je w ciągu 36 lat, by w XIV wieku pełniło już funkcję stolicy państwa za sprawą  Timura Chromy. Władca odznaczał się wyjątkowym okrucieństwem.Historycy szacują, że zabił około 5 procent ówczesnej populacji świata. Za jego rozkazem sprowadzono do miasta architektów, artystów i rzemieślników, którzy zrobili wszystko, by miasto odzyskało dawną świetność i sławę. W rezultacie Samarkanda zaczęła przeżywać kolejny okres rozkwitu gospodarczego i politycznego, który trwał przez cały XV wiek. W następnym stuleciu została włączona w granice Chanatu Bucharskiego i utraciła funkcję stolicy. Kolejne wieki to okres powolnego upadku miasta, gdy przechodziło ono z rąk Iranu we władzę Rosji. W XIX i XX wieku status administracyjny miasta ustabilizował się i na długo zostało stolicą radzieckiego Uzbekistanu. W 2001 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę UNESCO.

Co ciekawe, w historię Samarkandy wpisany jest również polski akcent. Miasto było jednym z miejsc, do których zsyłano uczestników walk powstania listopadowego i styczniowego. To właśnie o tym mieście Ksawery Pruszyński napisał opowiadanie „Trębacz z Samarkandy”.

Jakie są obowiązkowe miejsca do odwiedzenia w Samarkandzie?

Plac Registan

Z tym kompleksem kojarzy się właśnie Samarkanda, to swoista wizytówka tego miasta, ikoniczne miejsce całego Uzbekistanu. Ba! Śmiem stwierdzić, że to najwspanialszy zespół architektoniczny w całej Azji Środkowej. Trzy strzeliste madrasy robią piorunujące wrażenie. Wyłożone od fundamentów po same szczyty połyskującymi płytkami ceramicznymi w odcieniach błękitu, wznoszą się wokół otwartej przestrzeni tworząc zespół o niesamowitej symetrii. Registan (dosłownie oznacza”piaszczyste miejsce”) pierwotnie był targowiskiem, na którym zbiegało się sześć głównych ulic Samarkandy. Później odbywały się tu parady wojskowe i publiczne egzekucje (z tego względu zasypywany był piaskiem), a bolszewicy urządzali polityczne wiece i procesy. Słowem registan określa także najważniejsze miejsca innych miast, coś takiego jak nasze dzisiejsze rynki. Aktualnie jest on odrestaurowany, a wieczorami odbywają się tu spektakle światła i dźwięku.

Przestrzeń Registanu wyznaczają fasady trzech monumentalnych medres. Pierwsza z nich, która stoi po zachodniej stronie w latach1417-1420 wybudował Uług Beg. Budynek wieńczą 33-metrowe minarety i bogato zdobią go motywy gwiazd, geometryczne ornamenty, mozaiki oraz ceramiczne płytki. W zamyśle fundatora medresy, miało to być miejsce nauczania nauk przyrodniczych, astronomii, matematyki i astronomii.

Dopiero po dwóch stuleciach zbudowano po wschodniej stronie, jako lustrzane odbicie tej pierwszej, madresę Szir Dar (1619-1636). Jej nazwa pochodzi od mozaikowych lwów w promieniach słońca (shir), które zdobią naroża wejścia i stanowią tradycyjny symbol Samarkandy. W tym przypadku architekci pogwałcili islamską zasadę nieprzedstawiania żywych istot (ludzi, zwierząt i roślin) w sztuce.

Ukoronowaniem zespołu jest trzecia madrasa Tillja Kari (1646-1660), szersza od poprzednich, z potężną turkusową kopułą i bogato złoconym wnętrzem.

Meczet Bibi Chanum

Jest to największy i jeden z najbardziej charakterystycznych meczetów w całej Samarkandzie. Powstał na cześć ukochanej żony Timura Bibi Chanum. W zamyśle miał być największym w całym muzułmańskim świecie. Do jego budowy zatrudniono architektów i budowniczych z całego imperium. Budowa została sfinansowana z łupów ostatniej kampanii w Delhi (1398 rok), a przy pracach wykorzystywano 95 sprowadzonych z Indii słoni. Potężny, 35-metrowy łuk wejściowy, flankowany 50-metrowymi minaretami, prowadzi na wyłożony marmurowymi płytami dziedziniec, przy którym znajdują się meczety. Kompleks wybudowano w pośpiechu (Timur osobiście rzucał robotnikom złote monety i kawałki pieczonego mięsa, aby przynaglić ich do pracy) i chwiejne ściany zaczęły się walić niemal natychmiast po ukończeniu. Aktualnie meczet czynny jest dla odwiedzających, a jego kopuła widoczna jest z wielu miejsc Samarkandy.

Gur-i Mir

Nazwa tego mauzoleum dosłownie oznacza „grób króla”, a w tym miejscu pochowano Timura Chromego – jedną z najważniejszych postaci historycznych Uzbekistanu. Początkowo mauzoleum było przeznaczone dla ulubionego wnuka Timura, Muhammada Sułtana (sam Timur zawsze chciał być pochowany w Shahrisabzie), ale to właśnie Samarkanda została uznana za bardziej odpowiednie miejsce ostatniego spoczynku wielkiego wodza. Obok Timura pochowano tu z czasem jego synów: Szach Ruch i Miranszch, a także wnuków: Muhammad Sułtan i Uług Beg. Głównym elementem zewnętrznej konstrukcji jest portal i charakterystyczna, turkusowa kopuła nad centralną, ośmioboczną salą.

Chciaż Gur-i Mur jest architektonicznym dziełem, w tamtych czasach tak naprawdę stanowił swego rodzaju prototyp innych powstających budowli, między innymi Tadż Mahal w Agrze. Z pochówkiem Timura związana jest pewna legenda, która do tej pory krąży pośród mieszkańców Samarkandy. Nawiązuje do inskrypcji znajdującej się na sarkofagu: „Ktokolwiek naruszy mój grobowiec, wyzwoli pogromcę straszniejszego niż ja”. Pod koniec lat 30-tych XX wieku radzieccy archeolodzy chcieli odrestaurować mauzoleum i otworzyć sarkofag wodza, ale mieszkańcy stanowczo się temu sprzeciwili. W czerwcu 1941 roku Józef Stalin wysłał do Uzbekistanu ekipę badaczy, która odważyła się otworzyć grób. Kilka dni później nastąpiła inwazja III Rzeszy na ZSRR.

Nekropolia Szah-i-Zinda

To chyba moje ulubione miejsce na mapie Samarkandy. Poszłam tam dwukrotnie w ciągu jednego dnia (chociaż znajdowało się na saaaaamym krańcu miasta): pierwszy raz pojawiłam się tam z rana, a potem wróciłam po południu, kiedy złote promienie zachodzącego słońca pięknie oświetlały cały kompleks. To swoiste dzieło sztuki, gdzie spoczywa timurydzka arystokracja (urzędnicy imperium i ważne osobistości sułtańskiego dworu). Groby i inne budowle funeralne pokrywają reliefy i płytki ceramiczne w różnych odcieniach błękitu, a całość zdobią motywy roślinne i kaligraficzne.

Cały zespół architektoniczny obejmuje 20 budowli, niemal tonących w błękicie i turkusie misternych mozaik. Wszystkie z nich są bogato zdobione oraz zwieńczone kopułą, z wielkimi portalami wejściowymi. Szah-i-Zinda z całą pewnością jest miejscem imponującym i gdybym mogła, zostałabym tam przez cały dzień. Nekropolia robi piorunujące wrażenie, ma coś hipnotyzującego w sobie. W 2001 roku kompleks Shah-i-Zinda wraz z innymi zabytkami Samarkandy, w pełni zasłużenie został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Moje ulubione miejsca na Bałkanach. Gdzie warto pojechać?

Fascynacją do Bałkanów pałam od kilku lat. Wcześniej z niesmakiem patrzyłam na znajomych, którzy proponowali mi wyjazd właśnie w tamten zakątek Europy. Teraz nie wyobrażam sobie, żebym tam nie zawitała, przynajmniej raz do roku. Do tej pory odwiedziłam: Macedonię Północną, Grecję, Słowenię, Czarnogórę, Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę. Zdaję sobie sprawę, że to jedynie niewielki procent tego niezwykłego Półwyspu, ale nie zmienia to faktu, że mam już kilka swoich ulubionych miejsc, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie i do których kiedyś chciałabym powrócić.

Bałkany nadal niesłusznie mają złą sławę (oczywiście poza Chorwacją, która jest hitem pośród naszych rodaków) i prawdę mówiąc nie mam pojęcia dlaczego. Co niektórzy nadal obawiają się krajów bałkańskich. Ludzie uważają, że są dzikie i nieokiełznane, mentalność ludzi zatrzymała się w XVIII wieku, a piętno wojny ciągle nad nimi wisi. Prawda jest taka, że nigdzie nie spotkałam tak przyjaźnie nastawionych i pomocnych ludzi, przepysznego jedzenia oraz niskich cen. No i oczywiście wspaniałych miejsc, do których chciałabym Was zachęcić, żeby czym prędzej je odwiedzić.

Ateny – Grecja

Jako miłośniczka antyku, nie mogło zabraknąć tego miejsca na liście. Do tego miasta żywię szczególne uczucia. Ponad 10 lat temu Grecja była moją pierwszą daleką zagraniczną destynacją, w trakcie której odwiedziłam to miasto po raz pierwszy. Po kilku latach wróciłam ponownie, by zatracić się w magii tego miasta i poczuć ducha starożytności. Ateny to miasto z imponującą historią, cudownymi zabytkami, zapierającymi widokami, wspaniałymi ludźmi oraz słoneczną pogodą – nawet w grudniu nie brakowało tam ciepłych promieni słońca. Akropol, Plaka, Anafiotika, Wzgórze Likavitos – to tylko niektóre miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić.

Więcej o Atenach pisałam tutaj: Ateny. Powrót do przeszłości

Kotor – Czarnogóra

Kotor to jedno z najlepiej zachowanych na terenie byłej Jugosławii średniowiecznych miast. To też jedno z tych miejsc, które totalnie skradły moje serce. Otoczony z trzech stron górami był trudno dostępny, a opasany dodatkowo grubymi murami obronnymi – wręcz nie do zdobycia. Miasto ma śródziemnomorski charakter: pełne jest wąskich uliczek, nieregularnych placyków, świątyń i pałaców. Niesymetryczny układ Kotoru pochodzi jeszcze z okresu średniowiecza. Wiele spośród zabytków jest nieodrestaurowanych, zwłaszcza te znajdujące się na uboczu głównych tras turystycznych. Jedną z nich jest właśnie trasa na twierdzę, gdzie widok na całą Bokę Kotorską jest po prostu oszałamiający.

Więcej o Kotorze pisałam tutaj: Kotor. Czarna perła Adriatyku

Ochryda – Macedonia

Ochryda jest przepięknym miastem z burzliwą i barwną historią, interesującymi zabytkami i znakomitym zapleczem turystycznym. Pomimo, że jest niewielkim miasteczkiem, liczącym zaledwie 55 tys. mieszkańców, jest prawdziwą letnią stolicą Macedonii, do której zjeżdża niemal cała elita kraju. Jest to także najpopularniejszy kurort na całych Bałkanach. Nie ma żadnych wątpliwości, że Ochryda jest jednym z najciekawszych, najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Macedonii. Fascynująca, wielowiekowa tradycja, zabytki przeszłości, życzliwi ludzie, przepiękna przyroda, ciepłe i przejrzyste wody Jeziora Ochrydzkiego – wszystko to sprawia, że Ochryda może kwalifikować się do miana kolejnego raju na ziemi 🙂

Więcej o Ochrydzie pisałam tutaj: Ochryda. Perła Macedonii

Lovcen – Czarnogóra

To jedno z tych miejsc, które wywołało u mnie szybsze bicie serca. Mauzoleum Niegosza znajduje się w Parku Narodowym Lovcen, z którego rozciąga się widok na niemalże całą Czarnogórę. By się do niego dostać, trzeba pokonać tunel z 461 kamiennymi schodami, ale warto, bo widok z niego jest po prostu oszałamiający, a niekończące się górskie szczyty zapierają dech. Zachwyciłam się totalnie, z resztą – kto by nie był?

Więcej o Parku Lovcen pisałam tutaj: Lovćen. Miejsce, w którym mogłabym umrzeć

Jezioro Szkoderskie – Czarnogóra/Albania

Chociaż nad Jeziorem Szkoderskim (do strony Czarnogóry) byłam przejazdem, zatrzymując się na chwilę, to wystarczyło, żebym totalnie zachwyciła się tym miejscem. Jest takie dzikie i nieokiełznane. Marzy mi się rejs statkiem albo łódka po tym jeziorze. Jedno jest pewne – niebawem tam powrócę 🙂

Wodospady Kravica – Bośnia i Hercegowina

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że taka perełka istnieje, ponieważ wszyscy zmierzają do Wodospadów Krka w Chorwacji. Te bośniackie nie są jeszcze tak popularne jak chorwackie, całe szczęście! W związku z tym można spokojnie poplażować i popluskać się w wodzie, bez przeciskania się przez tłumy turystów i szukania ustronnego miejsca na relaks. Wodospady Kravica znajdują się niedaleko Mostaru, są nieco mniejsze od swojego chorwackiego odpowiednika, ale absolutnie niczego im nie brakuje.

Jezioro Bled – Słowenia

Zakochałam się w tym miejscu, dosłownie przepadłam z kretesem, zostawiłam tam kawałek serca. Z resztą, trudno się nie zakochać, skoro Bled ma tak romantyczną otoczkę. Godzinami można się gapić na widok rozciągający się z Małej Osojnicy, na jezioro ukryte pomiędzy ośnieżonymi szczytami gór Alp Julijskich. No i ta malutka wysepka na samym środku – coś pięknego. A tamtejsze kremówki po prostu niebo w gębie. Już na samo wspomnienie o tym miejscu robi mi się ciepło na duszy.

Więcej o Bledzie pisałam tutaj: Bled. Opowieść o pewnej miłości

Jeziora Plitwickie – Chorwacja

Jeziora Plitwickie odwiedziłam dawno temu, kiedy jeszcze nie miałam w sobie smykałki podróżnika. W kilkuosobowej grupie trafiliśmy tam przejazdem, więc na szybko obeszliśmy to miejsce. Oczywiście teraz wiem, że poświęciłabym temu miejscu co najmniej kilka godzin, albo może i cały dzień. Nie mniej jednak, nawet zwiedzając je w biegu, Jeziora Plitwickie urzekają. Krystalicznie czysta woda ma kolor od błękitnego po ciemnozielony i nieustannie się zmienia, a wszystko za sprawą żyjących tam bakterii i rozpuszczonych w wodzie minerałów. Na powierzchni 200 hektarów parku znajduje się 16 jezior położonych na różnych wysokościach i około 90 mniejszych i większych wodospadów. Na miejscu czeka sieć dobrze oznakowanych ścieżek i kładek, które ułatwiają poznawanie i odkrywanie piękna tutejszej przyrody. A zdecydowanie jest co odkrywać. Prawdziwa perełka na Bałkanach.

Sarajewo – Bośnia i Hercegowina

To chyba moje ulubione miasto na Bałkanach. Nie oszukujmy się, stolica Bośni nie cieszy się dobrą opinią – piętno wojny nadal ciąży nad miastem. W wielu miejsca nadal unoszą się powojenne zgliszcza: ślady po kulach w ścianach budynku czy róże sarajewskie. Kiedy jednak zatapiamy się w bukowanych uliczkach Baščaršiji, przenosimy się do zupełnie innego miejsca i epoki. Natomiast kiedy wejdziemy na Żółty Bastion albo jeśli damy radę wdrapać się wyżej na Białą Twierdzę, możemy z zachwytem zobaczyć panoramę tego wspaniałego i boleśnie doświadczonego przez historię miasta. Achh… Pisząc ten tekst aż mam ochotę kupić bilet, spakować walizkę i czym prędzej tam polecieć.

Więcej o Sarajewie pisałam tutaj: Sarajewo. Tam, gdzie Wschód spotyka Zachód

Kanion Matka – Macedonia

Zaledwie kilkadziesiąt minut jazdy miejskim autobusem ze Skopje, dotrzemy do tego rezerwatu przyrody. W magicznym Kanionie Matka odpoczniemy od wielkomiejskiego stresu, zrelaksujemy się na łonie przyrody i zachwycimy się naprawdę wyjątkowymi widokami. Spędzając tu cały dzień, możemy zdecydować się na piknik w cieniu okolicznych szczytów lub aktywny trekking po miejscowych trasach turystycznych. Cały kanion kryje mnóstwo nieodkrytych jeszcze niespodzianek, podwodnych jaskiń i opuszczonych chatek.

Meteory – Grecja

Osadzone na gigantycznych stromych skałach w Tesalii, w masywie Meteora między górami Koziaka i Antihasionu, górują nad okolicą słynne klasztory, zwane meteorami. Z wyglądu przypominają orle gniazda, zawieszone między niebem a ziemią. Meteory stanowią jedną z niezwykłych atrakcji turystycznych na świecie. To bez wątpienia jedno z tych miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć przed śmiercią, określane jest przez wielu ludzi jako ósmy cud świata. I całkowicie się z nimi zgadzam.

Więcej o Meteorach pisałam tutaj: Meteory. Ósmy cud świata

Perast – Czarnogóra

Kilka kilometrów od Kotoru znajduje się mała mieścinka, która urzeka swoja malowniczością. Spacer po Peraście można spokojnie odbyć w 2-3 godziny. To pocztówkowe miasteczko potrafi zachwycić, chociaż nie ma tam zbyt dużo atrakcji. Jeśli jesteście zmęczeni turystycznych i zatłoczonym Kotorem, warto wyskoczyć na obiad do Perastu.

Dubrownik – Chorwacja

Ach ten Dubrownik. Mam mieszane uczucia co do tego miasta, ale jednak postanowiłam go umieścić w zestawieniu. Tłumy turystów, żar lejący się z nieba oraz ceny prosto z kosmosu mogą skutecznie odstraszyć. Ja wybrałam się tam w sierpniu, czyli w szczycie sezonu i srogo tego pożałowałam. Nie tylko ze względu na atak turystów (głównie z Polski), ale także dlatego, że w dwa dni wydałam połowę swojego zaplanowanego budżetu na kolejny tydzień, a temperatury sięgały chyba 100 stopni C. Jednak spacer wąskimi i uroczymi uliczkami czy słynnymi murami obronnymi zachwycają i sprawiają, że zapomina się o niedogodnościach. Pomimo tłumów spragnionych wrażeń i podążających śladami mega popularnego serialu „Gra o tron”, warto tam się zatrzymać.

Piran – Słowenia

Piran to miasto otoczone murem, jednak zawsze miało ono otwarty, wielkomiejski charakter. Pełne życia bazary w stylu śródziemnomorskim zlokalizowane nad morzem i w wąskich uliczkach wiodących na wzgórze kościelne odbijają echem rytm fal. Z miejsca narodzin wirtuoza skrzypiec i kompozytora Giuseppe Tariniego wiele ścieżek prowadzi do przyrodniczych i kulturalnych atrakcji wybrzeża i pobliskich wzgórz Istrii. Klimatyczne wąskie uliczki, kolorowe budynki, widok na zatokę i morska bryza – wszystko to sprawia, że chce się tam wracać.

Więcej o Piranie pisałam tutaj: Piran. Słona miłość

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Český Krumlov. Malowniczy zakątek Czech

Czechy to moja pierwsza podróż w nowym roku, w nowej dekadzie. Co ciekawe, 10 lat wcześniej witałam poprzednią dekadę także w Pradze 🙂 Prawda jest taka, że na długi weekend chciałam pojechać do Rygi, ale jednak coś sprawiło, że kupiłam bilety do Czech. Przypadek czy przeznaczenie?

Jeśli znudziła Wam się wizyta w oklepanej i zadreptanej przez turystów Pradze, zaledwie trzy godziny drogi od czeskiej stolicy znajduje się prawdziwa perełka tego kraju. Gdzieś na południu Czech, kryje się niewielkie miasteczko, o którym niewiele osób wie o jego istnieniu. Mowa o Českým Krumlovie – małym, średniowiecznym miasteczku Europy Środkowej, które rozwijało się bez zakłóceń przez pięć wieków, zachowując w ten sposób nienaruszone dziedzictwo architektoniczne. Pomimo tego, że liczy niecałe 15 tys. mieszkańców, w tym czeskim miasteczku roi się od turystów, głównie z Azji. Swoją drogą zastanawiające jest, skąd oni wiedzą o takiej mieścinie, umiejscowionej gdzieś na samym krańcu Czech.

W 1992 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę UNESCO. Nie ma się co dziwić, bo Český Krumlov urzeka od pierwszej chwili. Malownicze uliczki, historyczny zamek, imponujący wiadukt, a klimat czeskiej bohemy czuć na każdym rogu – wszystko to sprawia, że warto zarezerwować sobie kilka godzin w tym mieście. To właśnie tutaj kręcono film „Iluzjonista” z Edwardem Nortonem w roli głównej.

Największą atrakcją miasta jest kompleks pałacowo-zamkowy, który jest jednym z największych tego typu zabytków w tej części Europy. Co więcej, jest drugim co do wielkości w Czechach (zaraz za tym na praskich Hradczanach) oraz zalicza się do najważniejszych zabytków w Europie Środkowej. Już samo wejście robi wrażenie, ponieważ pierwsza w oczy rzuca się przepięknie zdobiona wieża (72 m), z której rozciąga się widok zarówno na sam zamek, jak i na to malownicze miasteczko.

Most zwany Płaszczowym („Plášťový Most„) znajdujący się na terenie kompleksu, pełni także rolę bramy do zabytkowego centrum miasta. Trójpoziomowa kondygnacja sprawia, że wiadukt robi niesamowite wrażenie. Zbudowano go w 1761 roku i rozciąga  się pomiędzy zamkiem a teatrem i ogrodami.

Jednak to, co robi największe wrażenie to wąskie uliczki z pięknie zdobionymi fasadami i udekorowanymi budynkami. Spacerując po miasteczku ma się wrażenie, że przenieśliśmy się do czasów średniowiecza. Wszystkie budynki są zadbane i odpowiednio odrestaurowane, można krążyć godzinami między nimi i bez końca cykać zdjęcia każdej kamieniczce.

Rynek (náměstí Svornosti) znajduje się w sercu miasta. W styczniu nadal tam trwał Jarmark Bożonarodzeniowy, a budki ze smakołykami i grzanym winem porozstawiane były na całym rynku, dlatego też za bardzo nie można było nacieszyć oko. Chociaż z tego, co zaobserwowałam, tam również widnieją kolorowe kamieniczki. Pośród nich znajduje się symboliczna Kolumna Maryjna, ale wśród wszystkich budowli króluje biały budynek ratusza w którym obecnie znajduje się centrum informacji turystycznej.

Wokół Českýego Krumlova płynie Wetława, po której latem można pływać pontonem lub kajakiem. Spacerując wzdłuż rzeki dostarcza kolejną dawkę malowniczych widoków na miasto.

Chętnie bym tam jeszcze powróciła, o innej porze roku. Małe miasteczko, chociaż zapełnione azjatyckimi turystami, to tak naprawdę jest tam cisza i spokój. Kilkugodzinny wypad do tego miasta przyniesie ukojenie od wielkomiejskiego zgiełku i hałasu jakim jest Praga 🙂

Petra. Tajemnicze królestwo Nabatejczyków

Ukryta w skalnych labiryntach Petra, znajduje się w południowej części Jordanii, nieopodal miasteczka Wadi Musa. Wpisane na listę UNESCO ( od 1985 r.) starożytne miasto, jeden z Siedmiu Cudów Świata (okrzyknięty tym mianem w 2007) jest najczęściej odwiedzanym miejscem w całej Jordanii.  To właśnie dla tego miejsca warto przyjechać do tego kraju, chociażby nawet na jeden dzień. Petra warta jest każdej spędzonej tam minuty. Nie ma się co dziwić, że tłumy turystów z całego świata przemieszczają się tędy każdego dnia – to absolutnie unikatowe miejsce na skalę ogólnoświatową. Trudno o bardziej spektakularne widoki: wykute w skałach ogromne grobowce, tajemnicze i głębokie na setki metry kaniony w skalnych rozpadlinach, ogromne góry stołowe oraz skały o fantastycznych kształtach i kolorach. Takie doznania oferuje Petra.

Będąc małą dziewczynką marzyłam, że któregoś dnia stanę u wrót Skarbca Faraona, niczym jak nieustraszony Indiana Jones sama rozwiążę jakąś zagadkę i uratuję świat przed szponami zła. Prawdę mówiąc stojąc przy Skarbcu nie odkryłam niczego nowego, ale za to utwierdziłam się w przekonaniu, że warto było ruszyć tyłek i przebyć te tysiące kilometrów, by spełnić swoje marzenie. I wiecie co? Perta mnie nie zawiodła – do tej pory, w całym swoim 31-letnim żywocie i 33 odwiedzonych krajach, nie widziałam piękniejszego miejsca.

Krótko o historii Petry

Kiedy w 1812 roku do wrót Petry dotarł podróżnik Johann L. Burckardt, miasto było zapomniane i owiane tajemnicą. By tam wejść, szwajcarski odkrywca musiał się solidnie przygotować. Wymagało to od niego nauki języka arabskiego, konwersji na islam a przede wszystkim zdobycie zaufania miejscowych Beduinów, którzy zaprzysięgli chronić tajemnicy istnienia starożytnego miasta. Burckardt zdołał wjechać do miasta pod pretekstem ślubowania, że złoży ofiarę przy grobie Aarona.

Petra była najważniejszym miastem niejakich Nabatejczyków – ludu pochodzenia arabskiego, który majątek zdobył na handlu karawanowym. Ściślej mówiąc kontrolował transport najbardziej pożądanych na szlaku śródziemnomorskim przypraw korzennych pochodzących z głębi Półwyspu Arabskiego i Azji. Dzięki temu Nabatejczycy założyli potężne królestwo w III w. p.n.e. oraz zbudowali stolicę ukrytą pośród niezwykłych formacji skalnych. Nazwa „Petra” wywodzi się ze starożytnej greki i oznacza „skałę”. Kres świetności królestwa zakończyli Rzymianie, którzy nie tylko przejęli kontrolę nasz szklakami morskimi, ale także w końcu zdobyli osłabione kryzysem królestwo nabatejskie, zmieniając je w rzymską prowincję.

W okresie wypraw krzyżowych rycerze wybudowali ad miastem niewielki fort i utworzyli biskupstwo podlegające łacińskiemu patriarchatowi w Jerozolimie. Jednak potem nad całą okolicą przejęły kontrolę niezależne i koczownicze plemiona Beduinów. Przez wieki strzegły one tajemnicy, nie dopuszczając do ruin miasta obcych. Ich członkowie uważali się za strażników i dziedziców dawnego państwa nabatejskiego. O tajemniczym mieście zapomniano w Europie, aż do początku XIX wieku i przybycia szwajcarskiego odkrywcy.

Achhh, ta Petra!…

… to najczęstszy okrzyk wydobywający się z moich ust. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tam jestem, że w końcu stanęłam u wrót Skarbca, że dotarłam na szczyt do Monastyru! Cały czas prosiłam Kamilę, żeby mnie uszczypała, czy to aby na pewno nie sen i czy naprawdę tutaj jestem. Zachwyt nad zachwytem, ochom i achom nie było końca. Ale może zacznę od początku. Czym tak bardzo się zachwyciłam?

Grobowiec Obelisków (Bab Al Siq)

Już na samym początku naszej wędrówki przenosimy się na… Księżyc. Tak, tak – dobrze czytacie. Wszystkie formacje skalne przypominają powierzchnię tej ziemskiej satelity (nie żebym tam była).  A pośród nich widnieje Grobowiec Obelisków oraz poniżej Triclinium, czyli wykute w skale pierwsze grobowce Nabatejczyków pochodzące z I w. n.e. Znajdują się tam bloki skalne wyraźnie obrobione ręką człowieka. Widać na nich cztery kamienne piramidy, a poniżej wnękę, w której spłonęło niegdyś pięć osób. Te foremne prostopadłościany to tzw. dżiny (w języku arabskim słowo to oznacza duchy), które mogą symbolizować ołtarze bóstw nabatejskich.

Wąwóz Siq

Idąc dalej, wchodzimy w spektakularny i zapierający dech wąwóz Siq, który ciągnie się przez ponad 1 km. To właśnie tędy przed wiekami wiodła ceremonialna droga do miasta. Wąwóz głęboki jest na ponad 100 m, o szerokości miejscami nieprzekraczającej 3 m. Ta skalna szczelina wbrew pozorom nie powstała przez płynącą tędy wodę – to tektoniczna rozpadlina, która jedynie została pogłębiona przez erozję wodną. Spacer wzdłuż tego kanionu, pośród wijących się alejek jest niesamowitym przeżyciem. Zaskakująca jest barwa skał oraz całkiem bujna roślinność.

Skarbiec Faraona (Al Khazna)

Na końcu dróżki biegnącej przez wąwóz, nieśmiało zza szczelin skalnych wyłania się najpopularniejsza budowla w Petrze, TA hipnotyzująca budowla – Skarbiec Faraonów. To chyba najbardziej obfotografowane miejsce w całej Petrze. Wysoka na 40 metrów fasada udekorowana jest korynckimi kolumnami, frazesami i licznymi figurkami. Wbrew pozorom ten imponujący wykutą w skale fasadą grobowiec nie ma nic wspólnego z władcami starożytnego Egiptu. Według jednej z beduińskich legend, w środku znajduje się ukryty złoty skarb jednego z faraonów. Niestety nie było mi dane to sprawdzić, ponieważ wstęp był zakazany 😦 Pomimo tłumu turystów, leżakujących po środku wielbłądów i agresywnie nagabujących Beduinów, byłam w siódmym niebie. W końcu ziściłam swoje marzenie, w końcu poczułam się jak Indiana Jones. Większość turystów kończy swoją wędrówkę właśnie przy Skarbcu. My jednak głodne wrażeń i kolejnych zachwytów, poszłyśmy dalej. Co  jeszcze na nas czekało?

Teatr

Idąc kawałek dalej od Skarbca, dojdziemy do wykutego w skale w I w. p.n.e. teatru. Kryjąca się u zboczy gór arena widowiskowa mogła pomieścić 4 tysiące widzów! W późniejszych wiekach został on rozbudowany przez Rzymian, którzy podbili miasto. Co ciekawe, teatr ten jest jedyną tego typu areną na świecie, który został wykuty w skale.

Grobowce Królewskie

Za teatrem, na górze po prawej stronie znajdują się cztery imponujące Grobowce Królewskie. Ich wspaniałe fasady całkowicie wykuto w kolorowych skałach. Wśród nich możemy wyróżnić:

  • Grobowiec Urnowy – z ogromną kamienną urną wieńczącą 25-metrową fasadą, poprzedzoną wielkim tarasem. W 446 roku n.e. grobowiec ten był zaadaptowany na kościół bizantyjski;
  • Grobowiec Jedwabny – nazwano go tak z powodu niezwykłych kolorów piaskowca, w których został wykuty;
  • Grobowiec Koryncki – przypomina kształtem fasady Skarbiec. Grobowiec jest połączeniem dwóch elementów architektonicznych: nabatejskiego oraz klasycznego stylu antycznego;
  • Grobowiec Pałacowy – górną część tego grobowca nadbudowano z kamiennych bloków, ponieważ skała w tym miejscu była za niska. Prawdopodobnie ta część służyła za salę bankietową lub pogrzebową.

Ulica kolumnowa

Idąc dalej szlakiem, ciągnie się ulica kolumnowa. Poprzedza ją typowy rzymski łuk triumfalny, wzniesiony na cześć cesarza Hadriana, który odwiedził miasto w 130 r. n.e. Prawdopodobnie była to główna ulica handlowa dawnej Petry.

Wielka Świątynia

Idąc ulicą kolumnową, po lewej stronie znajdują się majestatyczne pozostałości Wielkiej Świątyni, która reprezentuje jedną z najważniejszych architektonicznych i archeologicznych zabytków centralnej Petry. Znajduje się na obszarze 7 tysięcy metrów kwadratowych, wliczając południowe i północne wejścia oraz dolny i górny poziom Świątyni. Jej wysokość w przybliżeniu wynosi 15 metrów. Nabatejczycy lubili mieszać swój własny styl architektoniczny z duchem antycznego klasycyzmu, co doskonale przekłada się na unikatowość Wielkiej Świątyni.

Droga do Monastyru

To najtrudniejszy odcinek na całej trasie. Trzeba się wspiąć po kamiennych schodach na szczyt, by zobaczyć położony na pustkowiu klasztor. Szczerze przyznam, że wspinaczka nie była jakoś specjalnie trudna, nawet za bardzo się nie spociłam, chociaż nie jestem wielką miłośniczką gór i brak mi odpowiedniego przygotowania kondycyjnego 🙂 Jednak widoki po drodze zapierają dech. Z resztą sami zobaczcie.

Monastyr (Al Deir)

Trud (wydawać by się mogło) niekończącej się wspinaczki wynagradza widok położonej na pustkowiu pośród potężnych skalnych urwisk fasada Monastyru. Ta wysoka na 48 metrów i prawie tyle samo szeroka budowla pochodzi z I w. n.e. Wbrew nazwie był to kolejny grobowiec – największy w całej Petrze, ale nigdy całkowicie nieukończony. W środku miały miejsce spotkanie o charakterze religijnym. W późniejszych czasach sala została zaadaptowana na chrześcijańską kaplicę. Na szczycie znajduje się też niewielka restauracja serwująca nie tylko zimne napoje, ale także widok na ten imponujący cud architektoniczny.

Nadal, nawet pisząc tego posta, nie mogę uwierzyć, że tam byłam 🙂 Pięknie jest spełniać swoje marzenia, do czego ochoczo Was zachęcam 🙂

Garść informacji praktycznych

Generalnie Jordania jest droga (dla przypomnienia: 1 JOD= ok. 5,6 zł). Również sam wstęp do Perty jest drogi, ale zapewniam Was – wart każdej ceny 🙂 Najbardziej opłaca się kupić Jordan Pass, który poza wizą do kraju, zawiera także wejściówki do 40 atrakcji w całym kraju, w tym również do Petry. Cena za Jordan Pass uzależniona jest od tego, ile dni chcemy spędzić w samej Petrze:

Jeśli natomiast nie chcecie inwestować w Jordan Pass, wówczas cena za sam jednodniowy wstęp do Petry wyniesie 50 JOD plus do tego oczywiście wiza jordańska (ok. 40 JOD). Godziny otwarcia Petra Visitors Center w sezonie (maj-wrzesień) 6:00-18:00, a poza sezonem (październik-kwiecień) – 6:00-17:00.

Ile czasu poświęcić na zwiedzanie Petry? My zainwestowałyśmy w dwudniową wizytę w starożytnym mieście. Jednak główną trasę (czerwona), na której znajdują się wszystkie wymienione wyżej obiekty, można spokojnie przejść w jeden dzień, zaczynając wcześnie rano. Oczywiście w tym skalnym mieście znajduje się kilka różnych tras, także dla miłośników trekkingu, którzy chcą przebyć wszystkie szlaki, najlepszym rozwiązaniem będzie zakup dwu- albo trzydniowego Jordan Passa. Aha! Na „spacer” po Petrze załóżcie wygodne buty, z solidną podeszwą, bo jest kilka ładnych kilometrów do przejścia 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.