Świątynia Wang w Karpaczu. Kościółek z niesamowitą historią w tle

Do tej pory nigdy nie byłam w Karpaczu (shame on me), ale dużo słyszałam o tej miejscowości. Właściwie nie tyle o samej miejscowości, ale o jednym z niezwykłych obiektów znajdujących się tam, a mianowicie norweskiej Świątyni Wang. Kościół ten stanowi swoistą atrakcję turystyczną Karpacza. Nic dziwnego, bo brzmi oraz wygląda egzotycznie i tajemniczo, a historia tego miejsca również jest nieszablonowa. I chociaż nie jestem wielbicielką obiektów sakralnych (z kilkoma wyjątkami), to ten enigmatyczny obiekt bardzo przypadł mi do gustu. Nie widziałam jeszcze tak oryginalnego kościoła z tak interesującą historią w tle.

Norweski skarb narodowy w sercu polskich Karkonoszy

Jednym ze skarbów narodowych Norwegii jest grupa średniowiecznych drewnianych kościółków. Charakteryzują się one nietypową  konstrukcją wykonaną z pionowych słupów umocowanych w podwalinie i wieńcu, a stabilizowanych krzyżulcami. Prawdopodobnie są to najstarsze budowle drewniane w Europie, które zachowały się w całości. Część elementów dekoracyjnych pokryta została skomplikowanymi plecionkami, wśród których wyrzeźbiono smoki, ptaki i wojujących rycerzy.

Tego typu kościółki przetrwały dzięki surowemu klimatowi północy, ale też solidnemu wykonaniu i dobrej opiece nad nimi. Najstarszy z nich pochodzi z połowy XIII wieku, ale większość jednak zbudowano w kolejnym stuleciu. Obecnie pozostało ich już niewiele, dlatego też norwescy konserwatorzy zabytków obchodzą się z nimi jak z najcenniejszymi klejnotami.

Dziwnym trafem jeden z tych kościółków, za sprawą norweskiego malarza, króla pruskiego oraz pewnej śląskiej hrabinie, znalazł się w polskim Karpaczu. Świątynia malowniczo komponuje się z surową, górską przyrodę u podnóża masywu Karkonoszy. Bez wątpienia ten średniowieczny norweski kościółek Wang jest największą atrakcją Karpacza.

Co norweska świątynia robi w śląskich górach?

Świątynię wzniesiono na początku XIII-wieku i przez ponad 600 lat służyła początkowo katolickiej, a później luterańskiej ludności mieszkającej  na dalekiej północy, w południowej części Norwegii w regionie Valdres, nad otoczonym wysokimi górami jeziorem Vangsmjøsa. Stąd też wywodzi się jego nazwa. W XIX wieku kościółek okazał się za mały i wymagał kosztownej naprawy. Gmina postanowiła go sprzedać, by zdobyć pieniądze potrzebne na budowę nowej, znacznie większej świątyni. Dzięki staraniom zamieszkałego w Dreźnie norweskiego malarza Jana Christiana Dahla, zabytek został zakupiony przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV. Po sporządzeniu dokumentacji architektonicznej kościół rozebrano na części i w 1841 roku przewieziono w skrzyniach statkiem do Szczecina, a następnie do Muzeum Królewskiego w Berlinie.

Ostatecznie król jednak się rozmyślił i zrezygnował z postawienia kościoła w skansenie na Wyspie Pawiej koło Berlina. Zaprzyjaźniona z królem hrabina Fryderyka von Reden przekonała go, by świątynie przewieść do Karkonoszy, by mogła służyć tamtejszym ewangelikom. Miejsce pod budowę na zboczu Czarnej Góry (885 m n.p.m.), które leży w połowie drogi z dolnego Karpacza na Śnieżkę, ofiarował hrabia Christian Leopold von Schaffgotsch. Okazało się, że znaczna część oryginalnych elementów kościoła nie nadawała się do użytku, a z Norwegii przewieziono jedynie jedną piętnastą jego fragmentów. Brakujące części dorabiano w trakcie budowy na podstawie rysunków.  2 sierpnia 1842 roku król Fryderyk Wilhelm IV osobiście położył kamień węgielny, a dwa lata później nastąpiło uroczyste otwarcie i poświęcenie kościoła przy udziale króla i jego małżonki oraz wielu innych znanych i ważnych osobowości.

Czy to faktycznie kościół katolicki czy pogańskie miejsce kultu?

No właśnie, o co tutaj chodzi? Bo to kościół katolicki, a jednak wiele elementów na elewacji i ołtarzu temu zaprzecza. Świątynia wykonana jest z sosny norweskiej, która – nasycona żywicą – wykazuje niezwykłą trwałość, dlatego też nieliczne tylko elementy wymagały podczas odbudowy napraw i uzupełnień. Zrekonstruowano otaczające kościół podcienia, zwane w Polsce sobotami. Służyły one jako izolacja przed zimnem ścian nawy i prezbiterium oraz jako miejsce oczekiwania na rozpoczęcie nabożeństwa. Co ciekawe, konstrukcja kościoła wykonana jest bez użycia gwoździ, a wszystkie połączenia wykonano przy pomocy drewnianych złączy ciesielskich. Tutaj też przed wejściem do kościoła zostawiano broń. Wysokie, pokryte gontem dachy zdobią przy kalenicach sterczyny w kształcie otwartych smoczych paszcz, przypominające dzioby długich łodzi wikingów. Do bocznej ściany dostawiono wieżę-dzwonnicę, zbudowaną już ze śląskiego granitu, która chroni drewniany kościółek przed ostrymi podmuchami wiatru wiejącego od strony Śnieżki.

Główny portal, przez który wchodzi się do wnętrza, ozdobiony jest półkolumienkami ozdobioną gęstą plecionką wężów i roślin. Wyrzeźbione twarze wojowników w szpiczastych hełmach – z wysuniętymi, rozdwojonymi jak u wężów językami – mają symbolizować przekazywanie wiedzy i mądrości kolejnym pokoleniom. Na kolumienkach stoją stylizowane lwy, które występują w symbolicznej roli strzegących bram. W górnych narożnikach XIII-wiecznych portali umieszczono uskrzydlone smoki, trzymające w paszczach poziomo położoną ósemkę, czyli pętlę nieskończoności. Są też na nich znaki pisma runicznego.

Runy to znaki pisma zgłoskowego, którego używali na początku naszej ery przez ludy Europy północnej i północno-zachodniej. Znaki te ryto zazwyczaj w kamieniu, metalu, kości i drewnie. Wzorowano je na alfabecie greckim lub łacińskim. Aż do XIX wieku utrzymywały się one pośród narodów skandynawskich jako pismo chłopskie i zdobnicze. Podobno w samej Norwegii znajduje się około 1600 napisów runicznych.

W kościele nie brakuje jednak typowo chrześcijańskich odniesień. Kolumny stojące przed ołtarzem przedstawiają zwycięstwo Dawida nad Goliatem oraz proroka Daniela w jaskini lwów. Elementy te zostały zrekonstruowane w trakcie odbudowy kościoła przez rzeźbiarza Jakuba z Janowic. Także krucyfiks wykonany w 1844 roku z jednego pnia dębowego, jest dziełem tego samego artysty. Ambona – chociaż wykonana na miejscu – powstała z drewna sprowadzonego z Norwegii. Jedynie barokowa chrzcielnica jest miejscowym elementem i pochodzi z rozebranego kościoła z okolic Wałbrzycha.

Niestety wtedy, kiedy tam byłam Świątynia była zamknięta, dlatego też zdjęcia wnętrza pochodzą z internetu 😦

Kościół to nie wszystko

Sam kościół jest nie lada atrakcją, ale także plac, na którym znajduje się Świątynia stanowi nie lada atrakcję. Na przykościelnym cmentarzu pochowani zostali zarówno wierni z miejscowej parafii (np. Henryk Tomaszewski) oraz ich duszpasterze, jak również osoby, które zginęły w górach (np. Julianne Caroline Korber – właścicielka Riesenbaude, zmarła 22 listopada 1884 i pochowana 6 dni później). 29 kwietnia 2014 roku na cmentarzu przy świątyni Wang został pochowany Tadeusz Różewicz – polski poeta, dramaturg, prozaik i scenarzysta, autor m. in. „Niepokoju”, „Szarej strefy” czy „Kartoteki”.

Informacje praktyczne

Adres: ul. Na Śnieżkę 8, 58-540 Karpacz

Godziny otwarcia: w okresie od 15.04 do 31.10 zwiedzanie w godz. 9.00 – 18.00, w okresie od 1.11 do 14.04 zwiedzanie w godz. 9.00 – 17.00. W niedziele i święta zwiedzanie rozpoczyna się o godzinie 11.30.

Ceny biletów: normalny – 10 zł , ulgowy – 5 zł, wstęp na plac kościelny – 2 zł.

Strona www: http://wang.com.pl/

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Skaros Rock. Sekretna atrakcja Santorini

Santorini słynie z wielu atrakcji, takich jak kolorowe plaże czy białe domki z niebieskimi kopułami. Jednak ilu ludzi słyszało o Skaros Rock? Przyznam się bez bicia, że zanim przybyłam na wyspę, nie słyszałam o tym miejscu, dopiero jeden z lokalesów powiedział mi, żebym koniecznie tam poszła. Oczywiście skałę doskonale widać z całej wyspy i nawet kilkukrotnie przechodziłam obok niej, ale do głowy mi nie przyszło, że można się tam wdrapać. Dopiero po sugestii i rekomendacji N., pognałam tam następnego dnia.

Cypel z dużym potencjałem

Czym jest to tajemnicze Skaros Rock? To duży skalny cypel na egejskiej wyspie Santorini. Formacja ta powstała w wyniku aktywności wulkanicznej (prawdopodobnie w wyniku erupcji datowanej na 68 tys. lat p.n.e.) pobliskiej kaldery Santorini i od tego czasu jest dalej kształtowana przez erozję i trzęsienia ziemi. W związku z tym, że był to doskonały punkt obserwacyjny, podwyższone położenie skały uczyniło z niej znakomite miejsce do utworzenia fortyfikacji obronnych.

Początki tego miejsca sięgają początku XIII wieku, a pomysłodawca i zleceniodawcą tego przedsięwzięcia było Cesarstwo Bizantyjskie, które zatrudniło znakomitego weneckiego architekta Giacomo Barozziego do budowy fortecy wokół cypla. Początkowa konstrukcja, znana jako „La Roka” (po grecku „Górny Zamek”), została ukończona w 1207 r. W kolejnych latach osada stopniowo rozrastała się, a wokół cypla zbudowano wiele domów mieszkalnych i pozostałych fortyfikacji. U podstawy formacji zbudowano zespół kościelny, kaplicę Panagia Theoskepasti oraz mały port. Do czasu przejęcia wyspy przez Republikę Wenecką w 1336 roku, osada liczyła ponad 200 domów i kilkuset mieszkańców. Ponieważ Skaros było największą osadą na wyspie, twierdza stała się stolicą weneckiego Santorini. Przez kolejne wieki wyspa stała się celem najazdów wielu wrogich wojsk, między innymi tureckich. Podczas gdy inne osady ucierpiały, fortyfikacje Skaros i położenie tego punktu wysoko na klifach zachodniego Santorini chroniły miasto przed najeźdźcami.

Skaros był znaczącą osadą do momentu, kiedy wulkan zaczął o sobie dawać znać – stał się aktywny, a pierwszy wybuch nastąpił w 1650 roku. Erupcja ta spowodowała kilka silnych trzęsień ziemi, które skutkowały zawaleniem się znacznej części miasta do morza. Wulkan kontynuował okresy aktywności: od 1701 do 1711 i ponownie od 1866 do 1870. Erupcje z XVIII wieku miały znaczący wpływ, ponieważ spowodowały, że większość mieszkańców Skaros w strachu przeniosła się do Firy (obecnej stolicy wyspy) lub pobliskiej wioski Imerovigli. Stara wenecka forteca została później opuszczana i na początku XIX wieku składała się z zaledwie kilku zniszczonych ruin, które możemy do dzisiaj podziwiać. 

Skała z widokiem na całą kalderę

Spacerując po czerwonawej skale, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś było tam ważne miasto z murami obronnymi. Teraz pozostał jedynie skrawek lądu, po którym trzeba balansować, a przy wietrznej pogodzie (czyli zawsze) trudno utrzymać równowagę. Z dawnych licznych mieszkań pozostało tylko kilka ruin. Na cyplu wiało niemiłosiernie, a spódnica powiewała mi na wszystkie strony. Dodam, że była to spódnica sięgająca samych kostek, którą próbowałam trzymać z ze wszystkich stron, ale i tak dzięki kapryśnej pogodzie co niektórzy mogli podziwiać moje majtki.

Na samym szczycie znajduje się najwyższy punkt widokowy na wyspie, ale przy tak silnym wietrze nie miałam odwagi wspiąć się na samą górę. Już przy samych schodzeniu w dół po schodkach wiatr miotał mną jak szalony. Mimo, że zrezygnowałam z wdrapywania, to widok z niższych partii skały był całkiem zacny. Co do jednego Wenecjanie mięli rację, bo widok jest zdumiewający – ze skały widać niemal całą zatokę.

Skarb ukryty u podnóża skały

Jednak to, co najcenniejsze znajduje się u stóp Skaros Rock. Gdy dotarłam (jak mi się wydawało) na kraniec skały, postanowiłam wracać na górę, ale coś mnie zastanowiło – schodki prowadzące jeszcze niżej. Niepewnym krokiem ruszyłam w dół, chociaż doskonale zdawałam sobie sprawę, że czeka mnie podwójna ilość schodów prowadzących w górę do pokonania w drodze powrotnej. Zaufanie intuicji było dobrym pomysłem. U podnóża skały znajduje się uroczy kościółek niewielkich rozmiarów, z którego widok jest jeszcze lepszy niż ze szczytu skały.

Budynek z niebieską kopułą i dzwonnicą nazywany jest Chapel of Panagia Theoskepasti. Nie jest to znana atrakcja turystyczna, słabo widać go z góry – dopiero jak się wychyli, to wtedy można go dostrzec. W związku z tym, że nie jest on popularny i nie każdemu chce się zejść na sam dół skały, niewielu turystów tam dociera. Ja miałam farta, bo kiedy się tam pojawiłam, jakaś para robiła sobie artystyczne zdjęcia, więc i ja się na takie załapałam 🙂

Jak się tam dostać?

Szlak prowadzący do tego miejsca prowadzi przez strome kręte schody z miasteczka Imerovigli, tuż pod hotelem Grace. Ścieżka zaczyna się betonowymi schodami prowadzącymi w dół i cienką drucianą poręczą, która przechodzi w żwirową ścieżkę bez żadnej barierki. Przy samym wejściu na skałę znajduje się klimatyczny kościółek Agios Georgios oraz betonowa platforma, z której również można podziwiać widok na kalderę i wulkan. Wiele osób wybiera się na skałę na krótką wycieczkę podczas wędrówki szlakiem z Firy do Oia.  Wizyta na Skaros powinna zająć co najmniej godzinę w jedną stronę, a jeśli – tak jak ja – chcemy zrobić zdjęcie każdemu kamieniowi, to spacer zajmie znacznie więcej czasu. Zdecydowanie lepiej jest wybrać się tam po południu, tak po godzinie 17:00, bo trasa w pełnym słońcu jest dość uciążliwa. Droga powrotna w górę jest męcząca, bo trzeba pokonać setki kamiennych schodów, a upał daje się we znaki. Jednak widok ze skały wart jest każdego wysiłku.

Powiedziano mi, żebym na wędrówkę po skale założyła sportowe buty, bo będzie wygodniej i bezpieczniej. Absolutnie nie neguję tego, ale na wakacje zazwyczaj nie zabieram sportowych butów, więc  jedynym „sportowym” obuwiem jakie spakowałam do walizki były baleriny 🙂 Akurat tego dnia miałam na sobie sandałki i mimo wszystko zdecydowałam się tam pójść, chociaż ostrzegali mnie, że nie dam rady w nich nigdzie dojść. No cóż, nogi nie złamałam, zębów nie wybiłam, nawet żadnego siniaka nawet nie nabiłam, a i sandałki ocalały 🙂 Aczkolwiek rozsądek podpowiada, że lepiej jest założyć jakieś stabilniejsze buty.

Skała najpiękniej prezentuje się o zachodzie słońca. Tutaj pisałam więcej o santoryńskich zachodach słońca.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Pozostałe posty o Santorini:

Warszawa. Osiedle Przyjaźń – kolorowe oblicze stolicy

Istnieje takie miejsce w Warszawie, które jest wyjątkowe. Nie tylko ze względu na swój unikatowy styl i urok, umiejscowienie pośród pięknej i zadbanej zieleni, ale przede wszystkim na burzliwą historię. Co ciekawe, miejsce to znajduje się o „rzut beretem” od mojego obecnego domu. A żeby było jeszcze zabawniej, przez około 2 lata mieszkałam w bezpośrednim sąsiedztwie Osiedla Przyjaźń – bo o nim właśnie mowa. Wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, żeby udać się tam na spacer. Jak to mówią – pod latarnią najciemniej. W końcu, po latach kręcenia się w pobliżu, dotarłam tam w pewne jesienne, słoneczne, pandemiczne popołudnie.

Osiedle Przyjaźń mieści się między największymi ulicami na Bemowie/Woli: Górczewską, Jana Olbrachta, Powstańców Śląskich oraz trasą kolejową. Pomimo tego, że umiejscowione jest pomiędzy ruchliwymi trasami samochodowymi i tramwajowymi, skręcając w boczną uliczkę odnosi się wrażenie, że przenieśliśmy się na obrzeża stolicy, na spokojną wioskę, ukrytą perełkę z dala od miejskiego zgiełku. Przechadzając się pomiędzy uliczkami miałam wrażenie, że znalazłam się w warszawskiej wiosce Smerfów, a tamtejsze budynki kojarzyły mi się z  cerkwiami na Podlasiu, chyba przez te kolory 🙂 To ewenement zarówno w skali Warszawy jak i całego kraju. Na próżno szukać drugiego takiego osiedla.

Burzliwa historia „Przyjaźni”

Niegdyś Jelonki – teren, na którym znajduje się dzisiejsze osiedle – były osobną wsią, która została przyłączona do Warszawy w 1951 roku. Rok później wybudowano tam barakowe osiedle „Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”, które miało zasiedlić kilka tysięcy radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki wraz ze swoimi rodzinami.  Właścicieli ziem, którzy tam mieszkali w przyspieszonym tempie eksmitowano, a w zamian zaoferowano grunty zamienne pod Warszawą lub na Ziemiach Odzyskanych.

Na osiedlu wybudowano dwa rodzaje drewnianych pawilonów: hotelowe dla robotników oraz domki jednorodzinne dla kadry kierowniczej i technicznej. Elementy konstrukcji zostały przywiezione spoza Warszawy i zmontowano je na miejscu. Niektóre z nich przypominają staropolskie dworki, a inne zaś typowe baraki. Jak się okazuje, część z nich zostało zbudowane z materiałów pochodzących  z rozbiórki obozu jenieckiego Stalag I-B „Hohenstein” koło Olsztynka. Gdyby było za mało skojarzeń z obozem, to pikanterii doda fakt, że osiedle otaczał drut kolczasty, a bramy strzegli wartownicy. Inna część domków przybyła z Finlandii – pierwsza dostawa dotarła do Polski rok po zakończeniu wojny. Polska zawarła kontrakt: domki za narodowy węgiel, a pomysłodawcą transakcji wiązanej z Finami był Jan Mitręga, ówczesny minister górnictwa i energetyki.

Początkowo domki malowano jedynie w dwóch wariantach kolorystycznych: niebiesko-białym oraz czerwono-białym, ale dzisiaj widać tam cała paletę barw i odcieni. Na terenie osiedla znajdowały się wszystkie niezbędne obiekty, między innymi: siłownia, kino, łaźnia, dom kultury, biblioteka, przychodnia lekarska,  kotłownia oraz dwa boiska sportowe. Dodatkowo wybudowano ponad 8 km osiedlowych dróg i ulic, posadzono około 4 tysiące drzew i 40 tysięcy krzewów, a w celu odprowadzania ścieków w 1952 roku oddano do użytku Stację Pomp Kanałowych „Jelonki”. W szczytowym czasie budowy Pałacu Kultury i Nauki na osiedlu mieszkało około 4,5 tys. osób. Odbywały się tam również festyny, spotkania młodzieży radzieckiej i polskiej, okolicznościowe akademie i zawody sportowe. Takie trochę miasto w mieście.

Ku chwale nauki

Po zakończeniu budowy Pałacu Kultury i Nauki w maju 1955 roku, z polecenia Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, osiedle przekazano z zamysłem przekształcenia je na domy studenckie warszawskich uczelni. We wrześniu tego samego roku domki zamieszkiwało już około 3 tysiące studentów oraz pracowników naukowych. To właśnie wtedy osiedlu nadano nazwę „Przyjaźń”. Na terenie o powierzchni 32 ha powstały 33 domy studenckie, 9 hoteli asystenckich, 19 bloków asystenckich, 77 domów jednorodzinnych dla pracowników uczelni oraz 2 hotele robotnicze. Każdego roku odbywało się święto studenckie nazywane „Jelonkaliami”.

Do dnia dzisiejszego osiedle funkcjonuje jako akademiki studenckie. Dawne osiedle budowniczych Pałacu Kultury i Nauki składa się z dwóch części: budynki wielorodzinne pełnią funkcje domów studenckich, a w domkach jednorodzinnych mieszkają pracownicy naukowi lub ich potomkowie. Aktualnie funkcjonuje 25 domków studenckich, 35 domków mieszkalnych, 77 domków jednorodzinnych, 3 nowe akademiki studenckie, Ratusz Gminy Bemowo oraz wspomniane obiekty socjalne, kulturalne i administracyjne. Mieszka tu obecnie około 1300 studentów. Osiedle Przyjaźń jest własnością Skarbu Państwa. Mają tam swoje siedziby Klub Karuzela, Biblioteka Publiczna Warszawa-Bemowo z czytelnią oraz sala zabaw dla dzieci Kolorado.

Wylęgarnia celebrytów

Przechadzając się po uliczkach w ogóle nie odczuwa się, że znajdujemy się w stolicy kraju, w obrębie ruchliwych i zatłoczonych ulic. Pomimo położenia w dużej dzielnicy, można poczuć się jak na  spokojnych przedmieściach, albo leniwej wiosce, gdzie czas płynie własnym tempem. Jesienna sceneria drzew i krzewów daje przyjemne ukojenie i wytchnienie od zatłoczonego miasta. Drewniana zabudowa, momentami podniszczona i zbutwiała, przypomina trochę klimaty jak z westernu. Jednak pomimo całego mojego zachwytu nad tym miejscem, nie chciałabym tutaj mieszkać. Można odczuć, że brakuje tutaj anonimowości, którą bardzo sobie cenię. Pochodzę z dużo mniejszej miejscowości niż stolica i wiem, czym jest spoufalanie się i plotkowanie z sąsiadami – to prawie nigdy nie kończy się happy endem.

Wracając do tego wątku. Na Osiedlu Przyjaźń mieszkało wielu znanych dzisiejszych celebrytów, między innymi: Leszek Balcerowicz (były Minister Finansów), Tomasz Borecki (rektor SGGW), Andrzej Walicki (historyk), Andrzej podsiadło (Prezes PKO BP), Jerzy Bralczyk (językoznawca) oraz Krzysztof Tyniec (aktor).

Poza tym Osiedle Przyjaźń pojawiło się jako główna lokalizacja w etiudzie Jana Komasy „Fajnie, że jesteś” (2003), która została nagrodzona na Festiwalu Filmowym w Cannes w 2004 roku.

Niepewna przyszłość

W związku z tym, że osiedle jest własnością Skarbu Państwa, jego losy są niepewne. Mieszkańcy sami do końca nie wiedzą, jak przyszłość ich czeka – od kilkunastu lat słyszą sprzeczne informacje o likwidacji osiedla, a tym samym nie mogą wykupić tych mieszkań i domów na własność. Wyraźnie widać przemijający czas, bo niektóre budynki są w złym stanie, np. z odklejającą się farbą ze ścian, starymi oknami, z coraz częstszymi problemami z kanalizacją i instalacją elektryczną. Poza tym część działek objętych jest roszczeniem potomków mieszkańców, których wywłaszczono z tego terenu w latach 50. ubiegłego wieku.

Plan zagospodarowania Warszawy niestety nie jest jasno sprecyzowany. Nieopodal „Przyjaźni” powstało nowoczesne, ogromne osiedle mieszkaniowe „Przyjaciół”, niewykluczone zatem, że jakiś deweloper w najbliższej przyszłości nie położy łapy na tym obszarze. Jedynym rozwiązaniem jest wpisanie Osiedla przyjaźń do rejestru zabytków, o co mieszkańcy walczą od lat. Oby im się udało, bo Warszawa straci unikalną, kolorową idyllę.

Jak dojechać do Osiedla Przyjaźń?

Dojazd do osiedla nie jest skomplikowany, ale może zająć nieco czasu – w zależności z którego krańca Warszawy przybywamy. Od ul. Górczewskiej należy wysiąść na przystanku Konarskiego, zaś od ul. Powstańców Śląskich na przystanku Czumy.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Dean Village. Tajemnicza wioska ukryta w centrum Edynburga

Lubicie nieoczywiste atrakcje danego miejsca czy wolicie zwiedzać utartym szlakiem? Ja lubię jedno i drugie. Przybywając do Edynburga wiedziałam, co chcę zobaczyć, a Dean Village było w moim planie. Dean Village zalicza się do nieoczywistych atrakcji Edynburga, o którym nie każdy wie. W konsekwencji miejsce to omijane jest przez turystów, co jest dużym plusem, bo nie ma tam tłumów ciekawskich weekendowiczów. Dean Village to urocza i malownicza dzielnica mieszkaniowa Edynburga położona w dolinie rzeki Water of Leith. Jest idealnym miejscem na krótki spacer pośród bardzo atrakcyjnych widoków. To swoista oaza spokoju, zieleni oraz z kamiennymi domami rozciągającymi się tuż nad rzeką.

O samym Edynburgu napiszę innym razem 🙂

Dean Village – co nieco o historii tego miejsca

Kiedyś była to osobna wieś, położona w niewielkiej odległości od centrum miasta, która przez ponad 800 lat stanowiła centrum lokalnego młynarstwa. W czasach średniowiecznych na przepływającej tędy rzece Water of Leith funkcjonowało aż 11 młynów, które czerpały z jej silnych nurtów. Dean Village przestało być oddzielną miejscowością dopiero na początku XIX wieku, po tym jak w 1833 roku otwarto nowy most nad wąwozem Dean, łącząc wioskę z edynburską dzielnicą West End. Z czasem, ze względu na rozwój znacznie większych i nowocześniejszych młynów nad rzeką Leith, handel Dean Village znacznie się zmniejszył. Wieś przez wiele lat kojarzona była jedynie z brudem i biedą, a około 1960 roku osiągnęła krytyczny punkt. W kolejnej dekadzie rozpoczęto rewitalizację tych terenów. Dopiero od połowy lat siedemdziesiątych XX wieku, dzielnica ta została uznana za oazę spokoju – z jednej strony znajduje się na uboczu, a z drugiej bardzo blisko centrum miasta. Rozpoczęto przebudowę i renowację, przekształcając chaty robotnicze, magazyny i budynki młyńskie na domy mieszkalne. 

Obecnie obszar ten stał się najbardziej pożądanym  i drogim obszarem mieszkalnym w Edynburgu – mieszkanie z 2 sypialniami kosztuje około 300 000 funtów. Dzisiaj można przemierzać pozostałości po dawnej wsi, między innymi XVII-wieczną wiejską zabudowę, malowniczo kontrastującą z Nowym Miastem, które znajduje się nieopodal.

Dean Bridge – ważny węzeł komunikacyjny

Dean Village miało strategiczne położenie komunikacyjne – biegała tędy główna droga z Edynburga na północny-zachód. Jednak nieco później, bo najprawdopodobniej w XVI wieku, wybudowano wąski kamienny mostek, którym można przejść do dziś. Wtedy za przekroczenie mostka pobierano opłatę, a wąska i kręta uliczka biegła na dno dolinki, a następnie stromo prowadziła po przeciwnej stronie rzeki.

Dopiero w latach 80-tych XVIII wieku postanowiono wybudować Dean Bridge, a przeprawa przez ten most była znacznie łatwiejsza, bezpieczniejsza i mniej stroma. Istnieje plotka, że most został ukończony przed czasem, ale zarządca budowy odmówił oddania go do użytku przed wyznaczonym terminem. W międzyczasie pozwolił korzystać z niego zwiedzającym, ale pobierał przy tym opłatę w wysokości pensa od osoby za możliwość przejścia po tej niezwykłej budowli i podziwiania rozciągających się z niego widoków. Most został oficjalnie otwarty na początku 1832, ale konie i powozy mogły poruszać się po nim dopiero od 1834.

Dean Bridge to imponująca konstrukcja, która liczy 136 metrów długości, wsparta jest na 4 przęsłach o wysokości sięgającej 32 metry. Most znacznie ułatwił przeprawę na drugą stronę rzeki. Wiadukt jest używany do dnia dzisiejszego i biegnie nim główna droga z centrum do północno – zachodniej części Edynburga. Dzięki niemu Edynburg mógł się rozwijać – powstały kolejne dzielnice Nowego Miasta. Ze względu na swoją wysokość, Dean Bridge zyskał niechlubną sławę mostu samobójców. Aby uniemożliwić tego typu działań, podniesiono balustradę mostu, co może stanowić problem dla niskich osób, które chcą podziwiać z niego panoramę miasta.

Well Court – niecodzienny prezent od pewnego magnata

Spacerując po Dean Village uwagę przykuwa jeden budynek, który znacznie wyróżnia się na tle innych – Well Court. Został on ufundowany w 1880 roku przez Johna Findlay’a, właściciela gazety „The Scotsman„. Wykupił on kawałek ziemi w Dean Village, wyburzył stare i rozpadające się domy, zaś na ich miejscu postawił Well Court. Ten czworokątny budynek mieszkalny skonstruowany z czerwonego piaskowca (rzadko spotykanego w Edynburgu budulca) został zaprojektowany przez Sydney’a Mitchell’a.

Kamienica z wewnętrznym dziedzińcem i wieżą zegarową stanowiła mieszkania komunalne dla miejscowych robotników. Lokale dobrze wyposażone, ale mieszkańcy musieli przestrzegać ścisłych reguł. W wieży zegarowej mieściła się świetlica, gdzie odbywały się msze, wykłady i inne imprezy dla wszystkich lokatorów. W 2007 budynek został odrestaurowany. Obecnie można tam wynająć mieszkanie z 1 sypialnią lub apartament na czas pobytu w mieście.

Nieoczywista atrakcja Edynburga

Spacerując po Dean Village można poczuć, że znaleźliśmy się w zupełnie innym miejscu Szkocji. Odnosi się wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał. Chociaż to centrum dużego miasta, to jest tam cicho, pusto i spokojnie. Nawet nie miał mi kto zrobić zdjęcia 😀 Co ciekawe, w Dean Village nie znajdują się żadne sklepy, toalety ani restauracje, ale w okolice tłocznej i pełnej sklepów Princess Street można stąd dotrzeć piechotą w zaledwie 10 minut.

Jak się dostać do Dean Village?

Najlepiej przybyć tam piechotą. Samochodem trudno się tam poruszać, bo wąskie i kręte uliczki uniemożliwiają wjazd do każdego miejsca. Poza tym nie ma tam publicznych miejsc parkingowych, a te nieliczne zarezerwowane są dla mieszkańców. Sam spacer po tym miejscu będzie obfitował w wiele ciekawych miejsc, pięknych widoków i interesujących budynków.

Najprościej dostać się tam od zachodniej strony Princes Street. Wystarczy kierować się na północ Queensferry Street i iść w dół aż do miejsca, wktórym  zaczyna się Dean Bridge. Można przekroczyć most albo od razu zejść w dolinę rzeki skręcając w lewo w Bells Brae. Idąc w dół tą stromą uliczką dojdziemy się w samym centrum osady. Czas dojścia z West End to około 10 minut.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Gdańsk. Kolekcja Malarstwa Monumentalnego, czyli murale na Zaspie

Uwielbiam Gdańsk. Kiedy tylko mogę, kupuję bilet, pakuję walizkę i jadę nad polskie Wybrzeże. Mogłabym tam nawet zamieszkać. Za każdym razem kiedy tam jestem, odkrywam coś nowego, miasto ciągle mnie zaskakuje. I chociaż uwielbiam gdańską Starówkę i Długi Targ, tym razem omijałam te miejsca szerokim łukiem. Moim celem była dzielnica Zaspa, a właściwie znajdująca się tam Kolekcja Malarstwa Monumentalnego. Krótko mówiąc – chodzi o przepiękne murale, od których nie można oderwać wzroku.

źródło: muralegdanskzaspa.pl

Zaspa – osiedle z długą historią

Jako dzielnica mieszkaniowa liczy jedynie 44 lata, ale Zaspa może pochwalić się o wiele dłuższą historią. Jej początki sięgają XIII wieku, kiedy stanowiła osadę rybacką, znajdującą się nad jeziorem na terenie dzisiejszej Letnicy. Przez wieki podmokłe tereny dzisiejszego osiedla porastały łąki i wrzosowiska, pośród których powstały dwory, od których nazwy noszą dzisiejsze ulice, np. Rozstaje czy Czerwony Dwór.

Obszar, na którym znajduje się dzisiejsze osiedle, został zakupiony w 1928 roku od władz Gdańska przez wojsko pruskie, które miało być tzw. Wielkim Placem Ćwiczeń. Tym samym Zaspa stała się miejscem manewrów i parad, również z udziałem cesarza Wilhelma II. W trakcie I wojny światowej część południowa wykorzystywana była jako lotnisko wojskowe, które po zakończeniu działań wojennych zostało przekazane władzom miasta. Wtedy przekształcono je na lotnisko cywilne, które obsługiwało samoloty na trasie Berlin-Gdańsk-Królewiec a lądowały tam m. in. sterowce – w tym słynny Graf Zeppelin. W 1939 roku po nielegalnym procesie zostali straceni tam obrońcy Poczty Polskiej. Po zakończeniu II wojny światowej lotnisko lotnisko zostało odbudowane i funkcjonowało do 1974 roku.

Niebezpieczeństwo związane z funkcjonowaniem lotniska w centrum miasta zaważyło na przeniesieniu portu lotniczego oraz rozpisaniu konkursu na nowe osiedle mieszkaniowe. W 1968 roku pojawił się ambitny projekt, realizacja którego miała stworzyć nowe centrum Gdańska z częścią mieszkaniową, budynkami użyteczności publicznej, filharmonią czy muzeum sztuki współczesnej. Ostatecznie z wielkich planów nic nie wyszło, zaś realizacja ograniczyła się tylko do części mieszkaniowej i podstawowych usług społecznych, takich jak szkoły czy przychodnie.

Zaspa to także historia opozycji demokratycznej lat 80-tych. To właśnie w tej dzielnicy mieszkał Lech Wałęsa z rodziną oraz inni ważni działacze Solidarności. To również stąd nadawało nielegalnie Radio Solidarność, którego nadajników nie można było namierzyć dzięki charakterystycznemu rozkładowi budynków. Zaspa to jedno z niewielu osiedli w Polsce, którym w dużej mierze udało się zachować oryginalny układ urbanistyczny. Obok warszawskiego Ursynowa to ostatnie tak wielkie założenie urbanistyczne w powojennej Polsce.

Kolekcja Malarstwa Monumentalnego – o co chodzi?

Kolekcja Malarstwa Monumentalnego to nietypowa galeria składająca się z 59 wielkoformatowych murali widniejących na ścianach szczytowych bloków oraz 19 aranżacji wejść do klatek. W ramach Kolekcji działają Festiwal Monumental Art, Gdańska Szkoła Muralu oraz lokalni przewodnicy i przewodniczki. Wszystkie projekty podlegają Instytutowi Kultury Miejskiej.

Pierwsze prace w Kolekcji pojawiły się w 1997 roku w trakcie międzynarodowego festiwalu zorganizowanego w ramach obchodów tysiąclecia istnienia miasta Gdańsk. Inicjatywa nabrała rozpędu w 2009 roku, kiedy to ściany zaspiańskich bloków zaczęły być przyozdabiane w ramach Festiwalu Monumental Art. W trakcie ośmiu edycji tego festiwalu Kolekcja zyskała 38 murali artystów z całego świata. Dodatkowo Kolekcję uzupełniają malunki rezydentów Gdańskiej Szkoły Muralu, w zajęciach której brali udział studenci i absolwenci gdańskiej i wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Zaspiańskie murale ożywiają przestrzeń nieco ponurego modernistycznego osiedla oraz pozwalają na obcowanie z wieloma rożnymi stylami i nurtami współczesnego street artu. Spacerując pomiędzy blokami odnajdziemy klasyczne malarstwo ścienne, malarstwo figuratywne i graficzne, sztukę konceptualną, malarstwo historyczne oraz dekoracyjne. Wszystkie prace zostały stworzone przez artystów wywodzących się z różnych kultur i pokoleń. Niektóre z malunków odnoszą się bezpośrednio do kontekstu miejsca, w którym powstały, zaś inne są czysto abstrakcyjne albo nawiązują do osobistych doświadczeń artystów.

Kolekcja Malarstwa Monumentalnego to również cykliczne spacery prowadzone przez lokalnych przewodników, którzy oprowadzają i opowiadają o tych dziełach gościom z Polski oraz zza granicy.

Jak dojechać i zwiedzać murale na Zaspie?

Jeśli mamy ambitny plan zobaczenia wszystkich murali, musimy przygotować się na około 7-kilometrowy spacer. Na Zaspę najłatwiej dostać się kolejką SKM lub tramwajem – przystanek Jana Pawła II.

Jakie murale może tam podziwiać? Kilka wybranych malunków:

Wallaride (Szwecja) – „The Future Was Here” 2012

Mural trzech szwedzkich malarzy prezentuje rakietę-totem, która jest symbolem naszej chciwej cywilizacji. Rakieta ma za zadanie pomóc ludzkości emigrować na inna planetę, kiedy to Ziemia zostanie całkowicie ogołocona ze wszystkich surowców naturalnych. Tytułowe „The Future Was Here” to podpis, który pozostawia się w miejscach swej obecności. Szwedzcy artyści zauważyli, że jeśli nie ograniczymy naszej chciwości, nasze dni na Ziemi są policzone.

Rafał Roskowiński, Jacek Zdybel (Polska), 2016

Mural bezpośrednio odnosi się do historii Zaspy, estetyki polskiego modernizmu i myśli technologicznej dwudziestolecia międzywojennego. Polski bombowiec zaprojektowany przez inż. Jerzego Dąbrowskiego został namalowany według plakatu reklamowego, który został przygotowany na salon lotniczy w Paryżu w 1938 roku. Wizerunek kobiety inspirowany jest postacią Tamary Łempickiej – polskiej malarki modernistycznej. Chociaż sama artystka nie latała, to uwielbiała szybkość. Ruch, pęd, maszyna, futuryzm – to kluczowe hasła modernizmu. Wzory na szalu Łempickiej odnoszą się do oprawy wizualnej polskiego pawilonu z międzynarodowej wystawy wzornictwa w Paryżu w 1935 roku.

Mariusz Waras (Polska), „M-City”, 2009

Mural nawiązuje do 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Malunek powstał za pomocą techniki szablonu, która umożliwia błyskawiczną pracę na ścianie. Początkowo miał być to samolot, ale po konsultacjach z mieszkańcami został on zastąpiony sterowcem. Odnosi się do słynnego Graf Zeppelin, który w 1932 lądował przy dzisiejszej ulicy Hynka.

Praca zbiorowa (Polska), „Bałtyk”, 2010

Głównym punktem tego muralu jest zanurzony w bałtyckiej głębinie nurek, który z przerażeniem obserwuje otaczające go różne stworzenia i przedmioty. Kolorystyka muralu nawiązuje do rzeczywistego koloru Morza Bałtyckiego.

Ozmo (Włochy), „Rock’n’Roll”, 2009

Malunek ten powstał z okazji 50-tej rocznicy pierwszego koncertu rockowego w Polsce, w klubie Rudy Kot w Gdańsku. Początkowo autor chciał przedstawić kartę Diabła z tarota, ale bezpośrednie sąsiedztwo kościoła miało wpływ na zmianę wizji. Ostatecznie Ozmo namalował swój wizerunek oparty na starożytnej japońskiej rycinie.

Justyna Pasiecz-Polkowska (Polska), „Dywizjon 303”, 2010

Malunek został oparty na archiwalnej fotografii wykonanej w 1940 roku w bazie RAF Norholt w zachodnim Londynie. Celem tego muralu jest pokazanie pilotów Dywizjonu 303 w kontekście indywidualnych osobowości, a nie jako bohaterów wojennych. W tle został użyty schemat budowy myśliwca Spitfire.

Paweł Paulus Mazur (Polska), 2012

Mężczyzna ukazany na ścianie tego budynku balansuje na pięciogroszówce, aby po raz kolejny związać koniec z końcem. W przypadku niepowodzenia bohater tego malunku będzie musiał zmierzyć się z otchłanią, która czeka na niego u podnóża ściany.

Lucas Lansier aka Parbo (Argentyna), 2012

Zblazowany jeździec z obojętnością na sztandarze, chroniony tarczą, na której widnieje symbol europejskiej waluty. W 2012 roku kryzys w strefie euro nabierał rozpędu, ale wymowa muralu argentyńskiego malarza stopniowo przybierała na sile wraz z pogłębiającymi się problemami europejskich dłużników.

Rustam Obic (Rosja), 2015

Mural odnosi się do relacji rodzica i dziecka. Według autora harmonijny rozwój dziecka wymaga, aby rodzic sam uporządkował swoją wiedzę i doświadczenie, zanim będzie mógł przekazać je swojemu dziecku. Układanie kostki Rubika może oznaczać, starsze pokolenie wpaja dzieciom poglądy i ideologie, które mogą być tragiczne w skutkach.

Edwltraut Ratch(Niemcy), Pan Liping (Chiny), 2010

Spotkanie pokoleń, kultur i wizji artystycznych. Systematyczna, operująca strukturami geometrycznymi Rath oraz spontaniczna Liping połączyły siły przy tym muralu.

Michał Węgrzyn (Polska), „Narodowe Siły Zbrojne”, 2012

Mural powstał w 70. rocznicę powstania Narodowych Sił Zbrojnych w 100-tysięcznej formacji występującej zbrojnie przeciw reżimowi komunistycznemu w latach po zakończeniu II wojny światowej. Malunek przedstawia okrutne okoliczności, w jakich znaleźli się żołnierze wyklęci, którzy nie złożyli broni, kiedy reszta świata świętowała zakończenie II wojny światowej.

San (Hiszpania), 2013

To dyskusja o procesie globalizacji i przemyśle turystycznym. Postaci znajdujące się na tym muralu zostały wcześniej sfotografowane przez autora w popularnych miejscach turystycznych: Wielkim Murze, W Kanionie Kolorado, przy Uluru w Australii oraz w Hiszpanii – rodzinnej wiosce artysty.

Opiemme (Włochy), „Wiatr i napromieniowanie tęczą”, 2014

Kolory spadające ze szczytu budynku to symbol ożywienia, jakie w przestrzeń publiczną miast wprowadzają interwencje malarzy ulicznych. Opiemme, który także sam jest poetą, dedykował ten mural Wisławie Szymborskiej. Barwy w górnej części malunku mają za zadanie przyciągnąć widza pod samą ścianę, gdzie zostanie skonfrontowany z fragmentem poezji Szymborskiej, a konkretniej wersem z wiesza „Pod jedną gwiazdką”: „Prawdo, nie zwracaj na mnie zbyt bacznej uwagi. Powago, okaż mi wspaniałomyślność

„.

Praca zbiorowa (Polska), „Jedzie pociąg z Wrocławia do Gdańska”, 2013

Murale na wejściach najdłuższego bloku na Zaspie to efekt współpracy ASP we Wrocławiu, Gdańskiej Szkoły Muralu i Instytutu Kultury Miejskiej. Autorami są studenci wrocławskiej ASP, którzy pracowali nad aranżacją 10. przepięknych wejść w ramach zadań projektowych.

Michał Ujczak, Magdalena Biodrowicz (Polska), „Kosmos”, 2015

Tematem przewodnim serii na czterech wejściach do klatek jest kosmos przedstawiony w formie pejzaży gwiezdnych. Akcentem łączącym wszystkie wejścia jest człowiek oraz planety, które mógłby zasiedlić.

źródło: muralegdanskzaspa.pl

Więcej o streetarcie w innych miastach:

Wrocław. Po drugiej stronie podwórka

Madryt. W innym wymiarze

Kijów. Z innej perspektywy

Nostalgia i zachwyt. Zachody słońca na Santorini

W Grecji nie byłam ładnych kilka lat. Nie planowałam tam zawitać w tym roku, miałam inne plany podróżnicze, jednak Grecja nie była na mojej tegorocznej liście. W czasach pandemii trudno przewidzieć, jak sytuacja w danym kraju będzie się rozwijać. W tym okresie miałam lecieć do Hiszpanii, ale intuicja podpowiedziała mi, żebym na razie sobie darowała. Z ciężkim bólem serca zrezygnowałam z wyjazdu do mojego ukochanego kraju i kupiłam bilet na Santorini, chociaż nie wiedziałam, co się wydarzy. Miałam obawy czy mój upragniony urlop dojdzie do skutku i na jakich warunkach. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i spędziłam tam wspaniałe chwile. Dziękuję mojej intuicji za zmianę destynacji i przypomnienie mi o tym, jak bardzo za Grecją tęskniłam.

O samym Santorini pisałam wcześniej (link do wpisu tutaj), cóż ja jednak wtedy mogłam wiedzieć o tej cudowniej wyspie, spędzając na niej zaledwie niecały jeden dzień? Jednak dzisiejszy wpis nie będzie o jej atrakcjach (o tym napiszę później), ale o zachodach słońca. Chociaż swoją drogą śmiało można je wpisać na listę najpiękniejszych atrakcji Santorini, bo do tej pory nigdzie nie widziałam piękniejszych.

Oia

To pocztówkowe miejsce reklamuje nie tyle samo Santorini, ale nawet i całą Grecję. To właśnie tutaj zjeżdżają się wszyscy turyści z całej wyspy, by podziwiać bajkowy zachód słońca. Trudno się dziwić, bo robi piorunujące wrażenie. Poza tym Oia jest piękna nie tylko o zachodzie słońca. Faktycznie, ludzi szukających skrawka ziemi było od groma, influenserzy, profesjonalni fotografowie (i ci mniej profesjonalni również) szukali najlepszego miejsca, żeby uwiecznić ten magiczny moment. Sama nacykałam chyba z tysiąc zdjęć, by mieć pewność, że zrobiłam najlepsze ujęcie 🙂 Swoja drogą, nawet nie chcę myśleć, co się tam dzieje, w „normalnych” warunkach bez pandemii, kiedy w sezonie turystów jest pięć razy więcej!

Imerovigli

Na ten zachód słońca trafiłam przez przypadek. Tego dnia zafundowałam sobie 10 kilometrowy „spacer” z miasteczka Oia do Firy – stolicy wyspy. Zajęło mi to zdecydowanie nieco więcej czasu niż przypuszczałam, a nie chciałam po nocy włóczyć się po stromych zboczach Santorini, dlatego też w połowie trasy dostałam speeda, bo słońce szybko chyliło się ku zachodowi. Ostateczny zachód słońca zastał mnie w miasteczku Imerovigli, które znajduje się na trasie trekkingowej. Tego dnia nawet nie planowałam podziwiać zmierzchu, a jedynie przetrwać swój „spacer”, nie dostać udaru i w jednym kawałku dotrzeć do celu. Los zdecydował inaczej, za co jestem mu wdzięczna – dostarczył mi niezapomnianych widoków.

Skaros Rock

Czy będę dziwna, jeśli powiem, że ten zachód słońca zrobił na mnie dużo większe wrażenie od tego w malowniczym i pocztówkowym miasteczku Oia? Na Skaros wybrałam się w ciągu dnia, by pochodzić po tych skałkach, ale stwierdziłam, że posiedzę tam i poczekam na zachód słońca. Chociaż widok z góry był imponujący, to jednak zachwycający pejzaż rozgrywał się u stóp skały, gdzie znajdował się uroczy kościółek z widokiem na wulkan i cypel wyspy.

Pyrgos

To był mój ostatni zachód słońca na Santorini. Specjalnie pojechałam do niewielkiego miasteczka Pyrgos, by móc nacieszyć oko słońcem zmierzającym ku horyzontowi. Co prawda nie był tak malowniczy jak pozostałe, ale i tak robił wrażenie.

Perissa – wschód słońca

Skoro podziwiałam tyle zachodów słońca, nie mogłam przegapić chociaż jednego wschodu. Ostatniego dnia mojego pobytu namówiłam współlokatorów z pokoju, wstaliśmy rano i poszliśmy na plażę obejrzeć wschodzące słońce. Cóż mogę powiedzieć, nie należę do rannych ptaszków (zdecydowanie zaliczam się do nocnych marków), dlatego udało się tylko z jednym wschodem, ale powiem jedno: żałowałabym, gdybym wyjechała nie widząc tego cudownego zjawiska, jakim jest wschód słońca na santoryńskiej czarnej plaży.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Szczeliniec Wielki. Między Piekiełkiem a niebem

Nigdy nie byłam miłośniczką gór. Nie przepadałam za tego typu wyprawami, a jak trzeba było wejść po jakimś wzniesieniu, to następowała czarna rozpacz, a co dopiero wspinaczka po prawdziwych górach! Brak kondycji, lęk wysokości, brak odpowiedniego przygotowania i sprzętu potrafił mocno demotywować. Natomiast ludzi uciekających w góry w każdej możliwej chwili uważałam za szaleńców. Cóż, nadal co niektórych uważam za takich, ale teraz już pod nieco innym względem. Bakcyla złapałam kilka lat temu, ale chyba tak naprawdę miętę do górskich klimatów poczułam w tamtym roku. Do tego chyba trzeba po prostu dorosnąć. W góry wkręciłam się do tego stopnia, że praktycznie każdy weekend września i października spędzę właśnie buszując po górach 🙂 A wszystko za sprawą mojej ostatniej wycieczki w przecudowne Góry Stołowe, w których się totalnie zakochałam. Dzisiaj opowiem o najwyższym szczycie tych gór, czyli o niesamowitym Szczelińcu Wielkim.

Jednym z najbardziej charakterystycznych piaskowych płaskowyżów  podciętych urwiskami skalnymi, a spłaszczonych od góry, jest Szczeliniec. Rozdzielony niewielką przełęczką na dwa płaskowyże – mniejszy i nieco niższy Szczeliniec Mały oraz najwyższy w Górach Stołowych Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.). Wraz z Błędnymi Skałami i Skalniakiem należą do jednych z najlepiej zachowanych fragmentów powierzchni skał piaskowych. Spękania w piaskowcu z czasem coraz bardziej się poszerzały i pogłębiały w wyniku działalności wody, a zróżnicowana odporność części skały sprawiła, że erozja wypreparowała w nich fantastyczne kształty. To właśnie one decydują o atrakcyjności gór, w tym trasy turystycznej na szczyt Szczelinca Wielkiego.

Sam Szczeliniec Wielki do końca XVIII wieku pozostał nieznany dla turystów. Przełom nastąpił po zakończeniu wojen śląskich, kiedy władze pruskie chciały zbudować na pograniczu sieci fortów, które miały chronić świeżo podbitą prowincję. Powstał wtedy Fort Wilhelma w Górach Bystrzyckich, fort w okolicach Kamiennej Góry oraz Fort Karola – naprzeciwko Szczelińca. Zainteresowaniem budowniczych cieszył się także Szczeliniec Wielki i postanowiono wysadzić w nim skały, tworząc przejścia. Dzięki temu można dzisiaj wejść pod schronisko. Pierwszym oprowadzającym po Szczelińcu, jeszcze w trakcie prac przy budowie fortu, był Franciszek Pabel. Przewodnictwem trudnił się do końca swojego życia, a poświęcił temu zajęciu 71 lat.

Droga na szczyt Szczelińca Wielkiego prowadzi po krętych kamiennych schodach (łącznie jest ich 665), w otoczeniu lasu i mniejszych formacji skalnych. Schodki te zostały ułożone w 1814 roku przez wspomnianego Franciszka Pabela, sołtysa pobliskiej wioski Karłów oraz pierwszego przewodnika i autora pierwszej broszury o Szczelińcu. Pokonanie tej okrężnej, jednokierunkowej trasy o długości około 5 km nie powinno zająć dłużej niż 30-40 min. Chociaż nieco obawiałam się drogi na górę, to zanim się obejrzałam a już byłam na szczycie. Przejście jest banalnie proste i nawet dziecko sobie da z nim radę.

Schodki prowadzą do Schroniska PTTK na Szczelińcu, który jest jednym z dwóch (drugie to Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach) w Polsce obiektów, do którego nie można dojechać samochodem. Nie prowadzi tu żadna droga, po której mógłby się poruszać jakikolwiek pojazd. Jedynym sposobem dotarcia jest wybranie się piechotą po wspomnianych kamiennych schodkach. To także jeden z najstarszych tego typu obiektów w Sudetach. Pierwsze całoroczne schronisko powstało już w 1845 roku i istnieje do dzisiaj. Po II wojnie światowej budynek przez wiele lat stał zaniedbany i popadł w ruinę. Dzisiaj nie przypomina budowli sprzed lat, odrestaurowano go i można tam zjeść ciepły posiłek albo napić się gorącej herbaty czy czekolady i odpocząć przed buszowaniem pośród fantastycznych formacji skalnych w labiryncie.

Nie trafiliśmy na pogodę, bo ze wszystkich stron Szczeliniec Wielki spowiła mgła. Muszę jednak przyznać, że miało to swój urok – niczym sceneria z podrzędnego horroru klasy B. Widoków ze szczytu nie mogliśmy niestety podziwiać, więc po prostu udaliśmy się w stronę Skalnego Labiryntu, gdzie klimat grozy czuć znacznie bardziej.

Trasa po Labiryncie Skalnych rozpoczyna się tuż przy schronisku. Za bilet wstępu trzeba zapłacić 12 zł (dokładny cennik znajduje się tutaj). Z uwagi na bardzo wąskie przejścia, zwiedzanie Labiryntu odbywa się jednokierunkowym szlakiem czerwonym. Trzymając się stricte szlaku, można wyruszyć w najbardziej efektowne rejony Szczelińca. Ścieżka biegnie po skałkach, doprowadzając do najwyższych partii masywu, gdzie dochodzimy na widokową skałkę o wdzięcznej nazwie „Tron Pradziada”. Wędrując dalej natykamy się na:

  • Wielbłąda,
  • Mamuta,
  • Słonia,
  • Kwokę,
  • Małpoluda,
  • Psa,
  • Żółwia,
  • Koński Łeb,
  • Sowę

Jednak największe wrażenie robi tzw. Piekiełko, gdzie ścieżka prowadzi przez głęboką rozpadlinę pomiędzy skałami. Niekiedy nawet wręcz trzeba przeciskać przez jego ciasne zakamarki i czołgać na kolanach. Wewnątrz licznych korytarzy Labiryntu panuje swoisty mikroklimat, a w niektórych miejscach śnieg utrzymuje się nawet do lipca. Co ciekawe, właśnie w Piekiełku powstały zdjęcia do filmu „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”.

Przejście przez ścieżkę na Szczelińcu Wielkim zajmuje około godziny, jednak w moim przypadku było to „nieco” dłużej, bo musiałam obfotografować każdą znajdującą się tam skałkę 🙂  Jedynym minusem tego spaceru były tłumy ludzi, a przez nich w niektórych miejscach nie dało się zatrzymać na dłużej, bo nie wiadomo czemu, ale spieszyło im się gdzieś 😦 Szkoda także, że nie udało się podziwiać widoków ze szczytu Szczelińca, ale to znaczy, że muszę tam wrócić, co z przyjemnością uczynię. Może jesień to będzie dobry czas na kolejną wizytę w Szczelińcu Wielkim? 🙂

 

Zalipie. Najpiękniejsza polska wieś

Zalipie – mała wioska znajdująca się w województwie małopolskim, gdzieś pomiędzy Tarnowem, Krakowem a Kielcami. Ciągnęło mnie tam od pewnego czasu, w końcu udało się tam dotrzeć. Wioska znana jest na całym świecie i przyciąga wielu turystów. To jedna z atrakcji województwa małopolskiego. Co jest w niej takiego niezwykłego? Zalipie słynie z kolorowych domków, a konkretniej ręcznie dekorowanymi niezwykłymi i misternymi wzorkami domków. Można powiedzieć, że to swego rodzaju sztuka uliczna, a jeśli nie uliczna to na 100% jest to sztuka – i to jedyna w swoim rodzaju. Zalipie uznawane jest za najpiękniejszą i najbardziej kolorową wioskę w Polsce. Trudno się dziwić, bo malowane budynki to unikat, a turyści ochoczo przybywają podziwiać malunki miejscowych ludzi. Ja totalnie oszalałam i piałam z zachwytu nad ozdobionymi domkami, aczkolwiek spodziewałam się czegoś innego, no i pojawił się pewien szkopuł, ale o tym później.

Chociaż wioska jest popularna i przyjeżdżają do niej turyści z całego świata, to nie przypomina typowych turystycznych miejsc i tak naprawdę trudno doszukać się tam jakiejkolwiek komercji. Zalipie nie jest żadnym skansenem, a w domach mieszkają zwyczajni ludzie. Mieszkańcy malują swoje domy nie dla turystów, ale dla siebie.

Jak dostać się do Zalipia?

Zalipie znajduje się około 40 minut od Tarnowa oraz 1,5 h od Krakowa i Kielc. Nie ma się co oszukiwać – najlepiej i najwygodniej będzie przyjechać własnym autem. Trudno powiedzieć, czy znajduje się tam jakaś miejscowa komunikacja. Tego dnia, kiedy tam byliśmy, razem z nami byli turyści, którzy przyjechali wynajętymi busami. Poza tym, wioskę najlepiej zwiedzać właśnie samochodem albo rowerem, ponieważ – jak się potem okazało – odległości są dość duże. My natomiast postanowiliśmy zrobić sobie kilkukilometrowy spacer, co nie było takie złe. Autem na pewno byłoby szybciej, ale nie sądzę, żebyśmy wtedy tak wnikliwie i dogłębnie zobaczyli wszystkie atrakcje.

Skąd wzięła się tradycja malowania domów?

Na początku XX wieku w wiejskich domach, w centralnej izbie dominowały wielkie piece. Były one nieco problematyczne dla domowników, ponieważ sadza pokrywała ściany, a to dla ówczesnej gospodyni domowej było nie do zaakceptowania. Sprytne panie domu znalazły jednak sposób, by zamaskować uciążliwe zabrudzenia: najpierw wybieliły wapnem wszystkie ściany a za pomocą pędzla wykonanego z prosa lub żyta malowały nieregularne plamki. Z czasem tego typu dekoracja ścian zagościła w kolejnych domach zdobywając coraz większą popularność. Wtedy też panie zaczęły tworzyć ozdoby z motywem roślinnym, głównie w odcieniach brązu i beżu.

Jednak prawdziwy szał nastąpił po II Wojnie Światowej. Wtedy też piece odeszły do lamusa i zaczęto budować murowane domy. W raz z rozwojem techniki pojawiało się więcej kolorowych i trwalszych barwników, a dzięki temu nie trzeba było malować domu każdego roku. Na ścianach zaczęło pojawiać się coraz więcej barwniejszych i artystycznych ozdób.

Co ciekawe, każdego roku, w pierwszy weekend po Bożym Ciele odbywa się rozstrzygnięcie  – szalenie istotnego dla zalipiańskiej społeczności – konkursu na najbardziej kreatywną i kolorową zagrodę. Jury ocenia zarówno pierwszy raz zdobione gospodarstwa, jak i te przemalowane przez kreatywnych twórców. Jest nawet kategoria dziecięca, któa ma zachęcać najmłodszych do kontynuowania tej tradycji.

 

Co trzeba zobaczyć w Zalipiu?

Dom Malarek

Od tego miejsca zaczęliśmy nasze zwiedzanie. To swoiste centrum Zalipia, a jednocześnie lokalny Dom Kultury. Odbywają się tam różne warsztaty plastyczne, podczas których można zglebić wiedzę i odkryć talent artystyczny. Wejście jest bezpłatne, w środku znajduje się wystawa zdjęć z całej okolicy oraz sklepik z lokalnymi pamiątkami.

Na zewnątrz zaś znajdują się pokazowe „rekwizyty”, które mają zachęcić do dalszej wędrówki po okolicy.  Naprzeciwko wejścia jest pokazowa mała chata ze studnią i rowerem, zegar słoneczny oraz bogato zdobione stoły.

Strona internetowa: Domu Malarek

 

Muzeum Felicji Curyłowej

Za prekursorkę sztuki ozdabiania zalipiańskich domów uważa się Felicję Curyłową. Muzeum jej imienia to jedna z największych atrakcji tej wioski. W Zagrodzie Felicji Curyłowej znajdują się 3 chaty, a za opłatą można zwiedzić je w środku i posłuchać o malowanej kulturze Zalipia.

Nam jednak nie było to dane. W związku z szalejącym koronawirusem,do muzeum jednocześnie mogło wejść 10 osób na godzinę. Jednak trzeba mieć wcześniej rezerwację, ale o tym już nie wiedzieliśmy. Poza tym, przez najbliższe 3 godziny nie dało rady wejść, bo miały przyjechać wycieczki. Niepocieszeni i lekko zdezorientowani (a ja nawet zrozpaczona), musieliśmy opuścić teren zagrody. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie sposób, w jaki pani przewodniczka się z nami obeszła. Przegoniła nas jak jakieś natrętne komary krążące nad bezbronną ofiarą…

Strona internetowa Muzeum Felicji Cyryłowej

Kościół parafialny pod wezwaniem św. Józefa

Nie jestem fanką sztuki sakralnej i zwiedzania kościołów, ale muszę przyznać, że ten wyjątkowo mnie uwiódł. Z zewnątrz wygląda niepozornie, a wewnątrz urzeka swoim artystycznym wykonaniem. Nie ma przepychu, nie ma kiczu i ociekającego złotem ołtarza. Jest za to prostota, umiar oraz charakterystyczne zalipiańskie ozdoby.

Co poza tym?

Przegonieni z zagrody Curyłowej, nieco zniesmaczeni (oraz ja zrozpaczona :)) poszliśmy przed siebie, ale kierując się do punktu wyjścia.  Już straciłam nadzieję, że uda mi się wejść do środka którejś chaty, aż tu nagle okazało się, że na samym końcu (albo na początku – w zależności, od której strony się idzie :)) znajdowały się najpiękniejsze „okazy”. W rzędzie ustawione były domy, do których można było normalnie wejść, nawet panie same zapraszały do środka. Zazwyczaj jednak okazywało się, że to jedynie budynek na pokaz z jedną przyozdobiona izbą, zaś w drugiej znajdował się sklepik z pamiątkami. Nie mniej jednak warto było tam zajrzeć.

 

 

Idąc dalej, przyglądając się przypadkowemu gospodarstwu z ogromnym domem, staruszka siedząca na ławce na podwórku powiedziała, że mogę wejść na posesję i tam na spokojnie zrobić zdjęcia. Nie wahając się ani sekundy, weszłam i znalazłam się w artystycznym raju. Okazało się, że nie tylko dom był ozdobiony, ale także doniczki, buda dla psa, kamień oraz… drzewo! Co więcej, staruszka zaprosiła mnie do środka, do prawdziwego, autentycznego domu, do swojej kuchni i sypialni.  Starsza pani ma niesamowitą cierpliwość i niebywały talent, bo maluje wszystko, co się da 🙂 Ja po prostu oszalałam do końca 🙂

Zalipie – czy warto?

Powiem tak – oczywiście, że warto. To piękna, jedyna w swoim rodzaju wieś z własną tradycją kulturową, którą trzeba odwiedzić. Jednak przyjeżdżając tam, nastawiłam się, że będzie to coś w rodzaju skansenu, a wszystkie budynki znajdują się w jednym miejscu. Tak niestety nie jest. Trzeba przejść (albo przejechać) całą wioskę, żeby zobaczyć wszystkie malowane domki. I nie jest tak, że każdy dom jest barwnie przyozdobiony. Zalipie liczy ponad 200 domów, a jedynie kilkadziesiąt z nich jest pomalowanych. Trzeba mieć również na uwadze, że w większości domów mieszkają ludzie i nie wolno wejść na teren ich posesji, chyba że sami nas do siebie zaproszą. I nie – Zalipie nie jest przereklamowane, jak niektórzy twierdzą.

 

Troki. Malowniczy zamek na wodzie

Ta niewielka litewska miejscowość kryje w sobie bogactwo historycznych pamiątek, na czele ze średniowiecznym zamkiem położonym na samym środku jeziora. To jedno z najciekawszych i najbardziej atrakcyjnych turystycznie miejsca na całej Litwie. Również ze względu na swoje niezwykle malownicze położenie, ponieważ Troki leżą na pagórkowatym, porośniętym lasami terenie, obfitującym w jeziora.

Krótka historia Troków

Troki były drugą stolicą Litwy. Początkowo siedziba władzy znajdowała się w Starych Trokach, potem przeniesioną ją do Nowych Trok, których położenie było bardziej dogodne pod względem strategicznym. Pierwsze wzmianki o tej miejscowości pochodzą z drugiej połowy XIV wieku.  Zamek odgrywał ważną rolę obronną podczas walk z Krzyżakami. Pod koniec XIV wieku do Trok zostali sprowadzeni z Krymu Karaimowie. Był to jeden z elementów polityki zaludniania mało rozwiniętych obszarów Wielkiego Księstwa. Troki były pierwszym miejscem osiedlenia Karaimów i na długie lata pozostały ich głównym ośrodkiem na Litwie.

Kilka słów o Karaimach

Karaimowie, obok Tatarów, to jedno z najstarszych plemion tureckich. Religia karaimska jest odłamem judaizmu, który wyodrębnił się w VIII wieku wśród Żydów mieszkających w Mezopotamii. Karaimowie uznają wyłącznie Stary Testament, odrzucając tradycję, zarówno pisaną, jak i ustną. Język karaimski należy do grupy języków tureckich. W średniowieczu wpływy Karaimów zaczęły się rozszerzać również na państwa Europy Wschodniej – zaczęli się osiedlać na wybrzeżu Morza Czarnego.

Na Litwie Karaimowie pojawili się prawdopodobnie w XIV wieku. Według przekazów miał ich tu sprowadzić z Krymu książę Witold. Początkowo zamieszkiwali jedynie obszar między trockimi zamkami – dzisiaj jest to ulica Karaimska. Później zaczęli osiedlać się w wielu innych miastach, między innymi Birżach i Poiewieżu.  Troki pozostały ich centrum administracyjnym i religijnym. Karaimowie do dnia dzisiejszego mieszkają w tym mieście w skromnych, kolorowych i drewnianych domkach, których cechą charakterystyczną są trzy okna od ulicy: jedno dla Boga, drugie dla Witolda, a trzecie dla domowników.

Zamek na wyspie

To jedyny zamek w Europie Wschodniej położony na wyspie. Był ulubioną siedzibą księcia Witolda, który wzniósł go w miejscu poprzedniej drewnianej budowli. Zamek był także siedzibą kilku kolejnych wielkich książąt litewskich. Później pełnił rolę więzienia politycznego, a potem popadł w ruinę. Podczas wojny z Moskwą w XVII wieku został doszczętnie zniszczony. Odrestaurowano go dopiero w XX wieku, wcześniej zaś turyści mogli podziwiać jedynie ruiny.

Gotycka budowla składa się z dwóch części: zamku górnego i dolnego. Całość otaczają mury i fosa. Wewnątrz znajduje się muzeum z ekspozycją poświęconą historii Trok i przyległym terenom oraz trockim Karaimom. Na zwiedzenie zamku najlepiej poświęcić około 2 godzin. W salach można zobaczyć stroje z dawnych czasów, materiały z jakich zbudowany był pierwszy zamek oraz pieniądze, których używano w czasach jego świetności. Na ścianach niektórych komnat wiszą mapy i obrazy, które ukazują potęgę Wielkiego Księstwa Litewskiego. Uzupełnieniem tego są liczne eksponaty oręża rycerskiego oraz sztuki użytkowej z tamtych czasów (pieczęcie szlacheckie, numizmaty, kolekcja fajek itp).

Na zewnątrz zamek robi piorunujące wrażenie, zwłaszcza z odległości – świetnie kontrastuje z błękitem otaczającej go wody.

Jak z Wilna dojechać do Trok?

Troki znajdują się około 25 km od stolicy Litwy. Z dworca autobusowego kursuje kilkanaście autobusów w ciągu dnia, a przejazd trwa 30-50 minut. Cena za bilet wynosi ok. 2 euro. Warto spędzić tam połowę dnia – tyle czasu wystarczy, by dojść do zamku, zwiedzić go, podziwiać po drodze karaimską zabudowę oraz zjeść lokalny obiad.

Godziny pracy:

październik – kwiecień:
Poniedziałek – piątek:  8:00  – 17:00
Sobota, niedziela:  10.00 – 17.00

maj – wrzesień:
Poniedziałek – niedziela:  9:00  – 18:00

Ceny biletów od 1 lipca:
8,00 € dla dorosłych
4,00 € dla uczniów i studentów,
4,00 € dla seniorów

Strona internetowa ze szczegółowymi informacjami: http://trakai-visit.lt/pl/

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Amman. Stolica kurzu, hałasu i korków

Amman… Na samą myśl o tym mieście przechodzą mnie dreszcze. Do tej pory nie byłam jeszcze w tak brudnym, hałaśliwym i zatłoczonym mieście. Zawsze marzyłam, by przemierzać ulice magicznych, egzotycznych bliskowschodnich miast rodem z „Baśni 1001 nocy”. Jak się okazało, Amman nie wliczał się do tego marzenia. Niestety nie dało rady ominąć na mojej trasie, bo przylot i wylot odbywał się właśnie ze stolicy Jordanii. Chcąc nie chcąc, musiałam się tam pojawić. Muszę powiedzieć, że Amman to najbrzydsze miasto, w jakim kiedykolwiek byłam. Poza tym, ciekawskie, wścibskie i momentami złowrogie spojrzenia mieszkańców sprawiały, że czułyśmy się tam bardzo niepewnie.

Stolica Jordanii zamieszkiwana jest przez co najmniej 2,5 mln mieszkańców, ale łącznie z terenami podmiejskimi liczba ta może wynosić nawet 4 mln! Oznacza to, że Amman jest nie tylko największym miastem w kraju, ale gromadzi też ponad połowę mieszkańców całej Jordanii. Czuć to na każdym kroku: niekończące się korki, gwar i hałas, tłumy ludzi na ulicach. Amman zazwyczaj traktowany jest jako baza wypadowa do centralnej Jordanii, np. nad Morze Martwe, Dżaraszu czy Madaby.

Tak naprawdę historia miasta sięga czasów biblijnych. W Starym Testamencie przeczytamy o mieście Rabbath Ammon, stolicy Ammonitów, w której rządził Król Dawid. Około trzysta lat przed narodzinami Chrystusa miasto podbili Egipcjanie, którzy zmienili jego nazwę na Filadelfię. Następnie po przejęciu terenów przez Bizancjum, Nabatejczycy zaczęli stosować nazwę Amman. Od 635 roku Amman pozostawał pod panowaniem Arabów. Znaczenie Ammanu stopniowo spadało od chwili nadejścia islamu, szczególnie po przeniesieniu stolicy kalifatu z Damaszku do Bagdadu. W końcu od XVI wieku pozostawał Amman pod panowaniem tureckiego imperium osmańskiego. Od tego czasu aż do modernizacji i rozwoju w XX wieku, dzisiejsza stolica Jordanii pozostawała nikomu nieznaną, małą i nic nie znaczącym punktem na mapie.

Amman wyrósł niemal od postaw po I wojnie światowej na pustyni, na stromych zboczach i w głębokich dolinach okresowych rzek. To właśnie dzięki temu położeniu miasto może być dumne z wielu oryginalnych punktów widokowych. Właśnie z tego powodu nie ma tu praktyczne prostych ulic, a stromość zboczy może przyprawić o zawrót głowy i palpitacje serca. Co chwila pomiędzy budynkami przeciskają się wąskie przejścia i schody, skracające drogę między tarasowo ułożonymi ulicami. Przybywając do Ammanu zobaczymy głównie ogromne osiedla mieszkaniowe, które przecinają dziesiątki zatłoczonych dróg. Patrząc na panoramę miasta odnosi się wrażenie, że te wszystkie domy zbudowane są dykty, a w najlepszym przypadku z gliny. Miasto nie może poszczycić się wieloma zabytkami. Miłośnicy wielkich miast, tym bardziej egzotycznych, mogą czuć się zawiedzeni. Jeśli jednak znajdziecie się w Ammanie, jest kilka wartych uwagi miejsc do zobaczenia.

Co warto zobaczyć w Ammanie?

Teatr antyczny

To chyba najbardziej znana zabytkowa budowla Ammanu, która jest doskonale zachowana i robi wrażenie. Obiekt prawdopodobnie powstał za czasów Marka Aureliusza. Leży u podnóża cytadeli i jest dobrze widoczny z jej szczytu. Jego obecny wygląd to efekt rekonstrukcji podjętej w latach 50-tych ubiegłego wieku. Odsłonięto wtedy widownię przysypaną gruzem i pyłem, ale także odtworzono znaczne fragmenty oraz część proscenium. Warunki terenowe pozwoliły, by widownię wykuto w skałach stromego zbocza doliny. Mogło tu zasiąść co najmniej 6 tysięcy widzów, najzamożniejsi mieli miejsce w dolnych rzędach, a górne zajmowali biedniejsi. Niegdyś u stóp teatru znajdowała się niewielka świątynia, w której odkryto fragment posągu bogini Ateny, który obecnie przechowywany jest w Muzeum Jordańskim.

Na wyższe poziomy prowadzą strome schodki, na których trzeba zachować szczególną ostrożność, ponieważ wypolerowane stopnie są bardzo śliskie. Obiekt usytuowano względem stron świata, bo przez znaczną część dnia widownia pozostaje w cieniu, natomiast scena jest lepiej oświetlona.

Cytadela

Od strony północnej miasta dominuje wyniosłe wzgórze Dżabal al-Kalat, czyli cytadela. To właśnie tutaj przed wiekami znajdowała się forteca, nazywana Rabbat Ammon – dawna stolica państwa Ammonitów. Z murów roztaczają się piękne widoki na sąsiednie wzniesienia i doliny. To najwyższy punkt miasta położony na wysokości 850 metrów nad poziomem morza. Ze szczytu doskonale widać teatr oraz ogromne tereny miasta, które okazuje się nie mieć końca. Na obszarze cytadeli znajduje się kilka interesujących pozostałości budynków.

  • Świątynia Herkulesa

Do dnia dzisiejszego z budowli stojącej na kamiennym postumencie zachowały się tylko dwie całe kolumny z korynckimi kapitelami oraz pozostałości innych kolumn. Niegdyś była to najważniejsza świątynia w mieście. To najbardziej imponująca budowla na terenie Cytadeli. Robi duże wrażenie, zwłaszcza na tle zachodzącego słońca.

  • Pozostałości kościoła bizantyjskiego

Wykopaliska archeologiczne odsłoniły fundamenty i fragmenty kolumn bazyliki z V lub VI wieku.

  • Pałac Umajjadów

Pozostałości murów i ścian labiryntu różnych pomieszczeń, które były częścią wielkiej rezydencji kalifów z dynastii Umajjadów. Mury zostały wzniesione pod koniec VII lub w pierwszej połowie VIII wieku.

Meczet króla Abdullaha

Ten ogromny dom modlitwy muzułmanów upamiętnia pierwszego króla Jordanii, Abdullaha. Wyróżnia go błękitna kopuła o średnicy 35 m, zaś sala modlitewna jest w stanie pomieścić 7 tysięcy wiernych. Obiekt powstał w latach 80-tych XX wieku. Co ciekawe, po drugiej stronie ulicy, na wprost do meczetu, znajduje się kościół chrześcijański – główna świątynia ammańskiego patriarchatu Koptów egipskich. Takie sąsiedztwo nie byłoby tolerowane w innych krajach muzułmańskich, ale Jordania jest tolerancyjnym krajem i obie religie koegzystują pokojowo i są pod ochroną państwa.

Downtown – kolorowe oblicze Ammanu

No dobrze, żeby nie było – gdzieniegdzie w Ammanie pojawiają się jakieś kolory i przyjemniejsze miejsca. Samo centrum miasta to zbiorowisko licznych sklepów z pamiątkami, przepięknymi tradycyjnymi strojami oraz całą masą street foodów. Na straganach można kupić kosmetyki z minerałami z Morza Martwego, lokalne przysmaki, przyprawy, rękodzieło czy spróbować miejscowych smakołyków, np. słynną kuftę.

Hashem Restaurant – obowiązkowe miejsce na kulinarnej mapie Ammanu

Żeby zjeść prawdziwy jordański posiłek, koniecznie trzeba się wybrać do restauracji Hashem. To legendarne miejsce, znane zarówno wśród turystów, jak i miejscowych, gdzie serwowane są przekąski w stylu bliskowschodnim, między innymi falafele, hummus, mutabal czy baba ghanusz. Podobno nawet sam król Jordanii wraz z rodziną czasami pojawia się w tym miejscu. Restauracja nie robi piorunującego wrażenia, wręcz przeciwnie, a nazywanie tego miejsca restauracją to za dużo powiedziane. Szczerze przyznam, że sama z siebie bym tam nigdy nie weszła i ominęła szerokim łukiem, gdybym nie przeczytała tyle świetnych rekomendacji na jego temat. To nieco ponure i obskurne miejsce, z przezroczystą folią zamiast porządnej ceraty i bez posługiwania się sztućcami. Jednak potrawy tam serwowane rekompensują wszelkie niedogodności i łagodzą negatywne wrażenie – nigdzie nie jadłam lepszych falafeli i hummusu, a na samą myśl cieknie mi ślinka 🙂

Co z tym Ammanem?

Czy przybyłabym ponownie do stolicy Jordanii? Chyba nie. Nie – po prostu. O ile do samej Jordanii bardzo chciałabym jeszcze zawitać (kilka miejsc do zobaczenia jeszcze mi zostało), o tyle następnym razem zaplanuję swoją podróż w taki sposób, żeby ominąć Amman. A przynajmniej znaleźć się tam tylko przejazdem. Chociaż Jordańczycy z południa kraju są przemiłym narodem, to w samej stolicy miałam zupełnie inne odczucie. Przechadzając się ulicami robiłyśmy furorę i wzbudzałyśmy nie lada sensację – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Ludzie zachowywali się tam, jakby po raz pierwszy widzieli białą, blondwłosą kobietę. Kobiety patrzyły na nas z pogardą, mężczyźni zaś z agresywnym pożądaniem. Miałyśmy jeszcze kilka nieprzyjemnych i momentami niebezpiecznych sytuacji, ale o tym nie chcę pisać. Może kiedyś stworzę osobny post na ten temat.

Tutaj więcej postów na temat Jordanii: