Nostalgia i zachwyt. Zachody słońca na Santorini

W Grecji nie byłam ładnych kilka lat. Nie planowałam tam zawitać w tym roku, miałam inne plany podróżnicze, jednak Grecja nie była na mojej tegorocznej liście. W czasach pandemii trudno przewidzieć, jak sytuacja w danym kraju będzie się rozwijać. W tym okresie miałam lecieć do Hiszpanii, ale intuicja podpowiedziała mi, żebym na razie sobie darowała. Z ciężkim bólem serca zrezygnowałam z wyjazdu do mojego ukochanego kraju i kupiłam bilet na Santorini, chociaż nie wiedziałam, co się wydarzy. Miałam obawy czy mój upragniony urlop dojdzie do skutku i na jakich warunkach. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i spędziłam tam wspaniałe chwile. Dziękuję mojej intuicji za zmianę destynacji i przypomnienie mi o tym, jak bardzo za Grecją tęskniłam.

O samym Santorini pisałam wcześniej (link do wpisu tutaj), cóż ja jednak wtedy mogłam wiedzieć o tej cudowniej wyspie, spędzając na niej zaledwie niecały jeden dzień? Jednak dzisiejszy wpis nie będzie o jej atrakcjach (o tym napiszę później), ale o zachodach słońca. Chociaż swoją drogą śmiało można je wpisać na listę najpiękniejszych atrakcji Santorini, bo do tej pory nigdzie nie widziałam piękniejszych.

Oia

To pocztówkowe miejsce reklamuje nie tyle samo Santorini, ale nawet i całą Grecję. To właśnie tutaj zjeżdżają się wszyscy turyści z całej wyspy, by podziwiać bajkowy zachód słońca. Trudno się dziwić, bo robi piorunujące wrażenie. Poza tym Oia jest piękna nie tylko o zachodzie słońca. Faktycznie, ludzi szukających skrawka ziemi było od groma, influenserzy, profesjonalni fotografowie (i ci mniej profesjonalni również) szukali najlepszego miejsca, żeby uwiecznić ten magiczny moment. Sama nacykałam chyba z tysiąc zdjęć, by mieć pewność, że zrobiłam najlepsze ujęcie 🙂 Swoja drogą, nawet nie chcę myśleć, co się tam dzieje, w „normalnych” warunkach bez pandemii, kiedy w sezonie turystów jest pięć razy więcej!

Imerovigli

Na ten zachód słońca trafiłam przez przypadek. Tego dnia zafundowałam sobie 10 kilometrowy „spacer” z miasteczka Oia do Firy – stolicy wyspy. Zajęło mi to zdecydowanie nieco więcej czasu niż przypuszczałam, a nie chciałam po nocy włóczyć się po stromych zboczach Santorini, dlatego też w połowie trasy dostałam speeda, bo słońce szybko chyliło się ku zachodowi. Ostateczny zachód słońca zastał mnie w miasteczku Imerovigli, które znajduje się na trasie trekkingowej. Tego dnia nawet nie planowałam podziwiać zmierzchu, a jedynie przetrwać swój „spacer”, nie dostać udaru i w jednym kawałku dotrzeć do celu. Los zdecydował inaczej, za co jestem mu wdzięczna – dostarczył mi niezapomnianych widoków.

Skaros Rock

Czy będę dziwna, jeśli powiem, że ten zachód słońca zrobił na mnie dużo większe wrażenie od tego w malowniczym i pocztówkowym miasteczku Oia? Na Skaros wybrałam się w ciągu dnia, by pochodzić po tych skałkach, ale stwierdziłam, że posiedzę tam i poczekam na zachód słońca. Chociaż widok z góry był imponujący, to jednak zachwycający pejzaż rozgrywał się u stóp skały, gdzie znajdował się uroczy kościółek z widokiem na wulkan i cypel wyspy.

Pyrgos

To był mój ostatni zachód słońca na Santorini. Specjalnie pojechałam do niewielkiego miasteczka Pyrgos, by móc nacieszyć oko słońcem zmierzającym ku horyzontowi. Co prawda nie był tak malowniczy jak pozostałe, ale i tak robił wrażenie.

Perissa – wschód słońca

Skoro podziwiałam tyle zachodów słońca, nie mogłam przegapić chociaż jednego wschodu. Ostatniego dnia mojego pobytu namówiłam współlokatorów z pokoju, wstaliśmy rano i poszliśmy na plażę obejrzeć wschodzące słońce. Cóż mogę powiedzieć, nie należę do rannych ptaszków (zdecydowanie zaliczam się do nocnych marków), dlatego udało się tylko z jednym wschodem, ale powiem jedno: żałowałabym, gdybym wyjechała nie widząc tego cudownego zjawiska, jakim jest wschód słońca na sanatorskiej czarnej plaży.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Troki. Malowniczy zamek na wodzie

Ta niewielka litewska miejscowość kryje w sobie bogactwo historycznych pamiątek, na czele ze średniowiecznym zamkiem położonym na samym środku jeziora. To jedno z najciekawszych i najbardziej atrakcyjnych turystycznie miejsca na całej Litwie. Również ze względu na swoje niezwykle malownicze położenie, ponieważ Troki leżą na pagórkowatym, porośniętym lasami terenie, obfitującym w jeziora.

Krótka historia Troków

Troki były drugą stolicą Litwy. Początkowo siedziba władzy znajdowała się w Starych Trokach, potem przeniesioną ją do Nowych Trok, których położenie było bardziej dogodne pod względem strategicznym. Pierwsze wzmianki o tej miejscowości pochodzą z drugiej połowy XIV wieku.  Zamek odgrywał ważną rolę obronną podczas walk z Krzyżakami. Pod koniec XIV wieku do Trok zostali sprowadzeni z Krymu Karaimowie. Był to jeden z elementów polityki zaludniania mało rozwiniętych obszarów Wielkiego Księstwa. Troki były pierwszym miejscem osiedlenia Karaimów i na długie lata pozostały ich głównym ośrodkiem na Litwie.

Kilka słów o Karaimach

Karaimowie, obok Tatarów, to jedno z najstarszych plemion tureckich. Religia karaimska jest odłamem judaizmu, który wyodrębnił się w VIII wieku wśród Żydów mieszkających w Mezopotamii. Karaimowie uznają wyłącznie Stary Testament, odrzucając tradycję, zarówno pisaną, jak i ustną. Język karaimski należy do grupy języków tureckich. W średniowieczu wpływy Karaimów zaczęły się rozszerzać również na państwa Europy Wschodniej – zaczęli się osiedlać na wybrzeżu Morza Czarnego.

Na Litwie Karaimowie pojawili się prawdopodobnie w XIV wieku. Według przekazów miał ich tu sprowadzić z Krymu książę Witold. Początkowo zamieszkiwali jedynie obszar między trockimi zamkami – dzisiaj jest to ulica Karaimska. Później zaczęli osiedlać się w wielu innych miastach, między innymi Birżach i Poiewieżu.  Troki pozostały ich centrum administracyjnym i religijnym. Karaimowie do dnia dzisiejszego mieszkają w tym mieście w skromnych, kolorowych i drewnianych domkach, których cechą charakterystyczną są trzy okna od ulicy: jedno dla Boga, drugie dla Witolda, a trzecie dla domowników.

Zamek na wyspie

To jedyny zamek w Europie Wschodniej położony na wyspie. Był ulubioną siedzibą księcia Witolda, który wzniósł go w miejscu poprzedniej drewnianej budowli. Zamek był także siedzibą kilku kolejnych wielkich książąt litewskich. Później pełnił rolę więzienia politycznego, a potem popadł w ruinę. Podczas wojny z Moskwą w XVII wieku został doszczętnie zniszczony. Odrestaurowano go dopiero w XX wieku, wcześniej zaś turyści mogli podziwiać jedynie ruiny.

Gotycka budowla składa się z dwóch części: zamku górnego i dolnego. Całość otaczają mury i fosa. Wewnątrz znajduje się muzeum z ekspozycją poświęconą historii Trok i przyległym terenom oraz trockim Karaimom. Na zwiedzenie zamku najlepiej poświęcić około 2 godzin. W salach można zobaczyć stroje z dawnych czasów, materiały z jakich zbudowany był pierwszy zamek oraz pieniądze, których używano w czasach jego świetności. Na ścianach niektórych komnat wiszą mapy i obrazy, które ukazują potęgę Wielkiego Księstwa Litewskiego. Uzupełnieniem tego są liczne eksponaty oręża rycerskiego oraz sztuki użytkowej z tamtych czasów (pieczęcie szlacheckie, numizmaty, kolekcja fajek itp).

Na zewnątrz zamek robi piorunujące wrażenie, zwłaszcza z odległości – świetnie kontrastuje z błękitem otaczającej go wody.

Jak z Wilna dojechać do Trok?

Troki znajdują się około 25 km od stolicy Litwy. Z dworca autobusowego kursuje kilkanaście autobusów w ciągu dnia, a przejazd trwa 30-50 minut. Cena za bilet wynosi ok. 2 euro. Warto spędzić tam połowę dnia – tyle czasu wystarczy, by dojść do zamku, zwiedzić go, podziwiać po drodze karaimską zabudowę oraz zjeść lokalny obiad.

Godziny pracy:

październik – kwiecień:
Poniedziałek – piątek:  8:00  – 17:00
Sobota, niedziela:  10.00 – 17.00

maj – wrzesień:
Poniedziałek – niedziela:  9:00  – 18:00

Ceny biletów od 1 lipca:
8,00 € dla dorosłych
4,00 € dla uczniów i studentów,
4,00 € dla seniorów

Strona internetowa ze szczegółowymi informacjami: http://trakai-visit.lt/pl/

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Moje ulubione miejsca na Bałkanach. Gdzie warto pojechać?

Fascynacją do Bałkanów pałam od kilku lat. Wcześniej z niesmakiem patrzyłam na znajomych, którzy proponowali mi wyjazd właśnie w tamten zakątek Europy. Teraz nie wyobrażam sobie, żebym tam nie zawitała, przynajmniej raz do roku. Do tej pory odwiedziłam: Macedonię Północną, Grecję, Słowenię, Czarnogórę, Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę. Zdaję sobie sprawę, że to jedynie niewielki procent tego niezwykłego Półwyspu, ale nie zmienia to faktu, że mam już kilka swoich ulubionych miejsc, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie i do których kiedyś chciałabym powrócić.

Bałkany nadal niesłusznie mają złą sławę (oczywiście poza Chorwacją, która jest hitem pośród naszych rodaków) i prawdę mówiąc nie mam pojęcia dlaczego. Co niektórzy nadal obawiają się krajów bałkańskich. Ludzie uważają, że są dzikie i nieokiełznane, mentalność ludzi zatrzymała się w XVIII wieku, a piętno wojny ciągle nad nimi wisi. Prawda jest taka, że nigdzie nie spotkałam tak przyjaźnie nastawionych i pomocnych ludzi, przepysznego jedzenia oraz niskich cen. No i oczywiście wspaniałych miejsc, do których chciałabym Was zachęcić, żeby czym prędzej je odwiedzić.

Ateny – Grecja

Jako miłośniczka antyku, nie mogło zabraknąć tego miejsca na liście. Do tego miasta żywię szczególne uczucia. Ponad 10 lat temu Grecja była moją pierwszą daleką zagraniczną destynacją, w trakcie której odwiedziłam to miasto po raz pierwszy. Po kilku latach wróciłam ponownie, by zatracić się w magii tego miasta i poczuć ducha starożytności. Ateny to miasto z imponującą historią, cudownymi zabytkami, zapierającymi widokami, wspaniałymi ludźmi oraz słoneczną pogodą – nawet w grudniu nie brakowało tam ciepłych promieni słońca. Akropol, Plaka, Anafiotika, Wzgórze Likavitos – to tylko niektóre miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić.

Więcej o Atenach pisałam tutaj: Ateny. Powrót do przeszłości

Kotor – Czarnogóra

Kotor to jedno z najlepiej zachowanych na terenie byłej Jugosławii średniowiecznych miast. To też jedno z tych miejsc, które totalnie skradły moje serce. Otoczony z trzech stron górami był trudno dostępny, a opasany dodatkowo grubymi murami obronnymi – wręcz nie do zdobycia. Miasto ma śródziemnomorski charakter: pełne jest wąskich uliczek, nieregularnych placyków, świątyń i pałaców. Niesymetryczny układ Kotoru pochodzi jeszcze z okresu średniowiecza. Wiele spośród zabytków jest nieodrestaurowanych, zwłaszcza te znajdujące się na uboczu głównych tras turystycznych. Jedną z nich jest właśnie trasa na twierdzę, gdzie widok na całą Bokę Kotorską jest po prostu oszałamiający.

Więcej o Kotorze pisałam tutaj: Kotor. Czarna perła Adriatyku

Ochryda – Macedonia

Ochryda jest przepięknym miastem z burzliwą i barwną historią, interesującymi zabytkami i znakomitym zapleczem turystycznym. Pomimo, że jest niewielkim miasteczkiem, liczącym zaledwie 55 tys. mieszkańców, jest prawdziwą letnią stolicą Macedonii, do której zjeżdża niemal cała elita kraju. Jest to także najpopularniejszy kurort na całych Bałkanach. Nie ma żadnych wątpliwości, że Ochryda jest jednym z najciekawszych, najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Macedonii. Fascynująca, wielowiekowa tradycja, zabytki przeszłości, życzliwi ludzie, przepiękna przyroda, ciepłe i przejrzyste wody Jeziora Ochrydzkiego – wszystko to sprawia, że Ochryda może kwalifikować się do miana kolejnego raju na ziemi 🙂

Więcej o Ochrydzie pisałam tutaj: Ochryda. Perła Macedonii

Lovcen – Czarnogóra

To jedno z tych miejsc, które wywołało u mnie szybsze bicie serca. Mauzoleum Niegosza znajduje się w Parku Narodowym Lovcen, z którego rozciąga się widok na niemalże całą Czarnogórę. By się do niego dostać, trzeba pokonać tunel z 461 kamiennymi schodami, ale warto, bo widok z niego jest po prostu oszałamiający, a niekończące się górskie szczyty zapierają dech. Zachwyciłam się totalnie, z resztą – kto by nie był?

Więcej o Parku Lovcen pisałam tutaj: Lovćen. Miejsce, w którym mogłabym umrzeć

Jezioro Szkoderskie – Czarnogóra/Albania

Chociaż nad Jeziorem Szkoderskim (do strony Czarnogóry) byłam przejazdem, zatrzymując się na chwilę, to wystarczyło, żebym totalnie zachwyciła się tym miejscem. Jest takie dzikie i nieokiełznane. Marzy mi się rejs statkiem albo łódka po tym jeziorze. Jedno jest pewne – niebawem tam powrócę 🙂

Wodospady Kravica – Bośnia i Hercegowina

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że taka perełka istnieje, ponieważ wszyscy zmierzają do Wodospadów Krka w Chorwacji. Te bośniackie nie są jeszcze tak popularne jak chorwackie, całe szczęście! W związku z tym można spokojnie poplażować i popluskać się w wodzie, bez przeciskania się przez tłumy turystów i szukania ustronnego miejsca na relaks. Wodospady Kravica znajdują się niedaleko Mostaru, są nieco mniejsze od swojego chorwackiego odpowiednika, ale absolutnie niczego im nie brakuje.

Jezioro Bled – Słowenia

Zakochałam się w tym miejscu, dosłownie przepadłam z kretesem, zostawiłam tam kawałek serca. Z resztą, trudno się nie zakochać, skoro Bled ma tak romantyczną otoczkę. Godzinami można się gapić na widok rozciągający się z Małej Osojnicy, na jezioro ukryte pomiędzy ośnieżonymi szczytami gór Alp Julijskich. No i ta malutka wysepka na samym środku – coś pięknego. A tamtejsze kremówki po prostu niebo w gębie. Już na samo wspomnienie o tym miejscu robi mi się ciepło na duszy.

Więcej o Bledzie pisałam tutaj: Bled. Opowieść o pewnej miłości

Jeziora Plitwickie – Chorwacja

Jeziora Plitwickie odwiedziłam dawno temu, kiedy jeszcze nie miałam w sobie smykałki podróżnika. W kilkuosobowej grupie trafiliśmy tam przejazdem, więc na szybko obeszliśmy to miejsce. Oczywiście teraz wiem, że poświęciłabym temu miejscu co najmniej kilka godzin, albo może i cały dzień. Nie mniej jednak, nawet zwiedzając je w biegu, Jeziora Plitwickie urzekają. Krystalicznie czysta woda ma kolor od błękitnego po ciemnozielony i nieustannie się zmienia, a wszystko za sprawą żyjących tam bakterii i rozpuszczonych w wodzie minerałów. Na powierzchni 200 hektarów parku znajduje się 16 jezior położonych na różnych wysokościach i około 90 mniejszych i większych wodospadów. Na miejscu czeka sieć dobrze oznakowanych ścieżek i kładek, które ułatwiają poznawanie i odkrywanie piękna tutejszej przyrody. A zdecydowanie jest co odkrywać. Prawdziwa perełka na Bałkanach.

Sarajewo – Bośnia i Hercegowina

To chyba moje ulubione miasto na Bałkanach. Nie oszukujmy się, stolica Bośni nie cieszy się dobrą opinią – piętno wojny nadal ciąży nad miastem. W wielu miejsca nadal unoszą się powojenne zgliszcza: ślady po kulach w ścianach budynku czy róże sarajewskie. Kiedy jednak zatapiamy się w bukowanych uliczkach Baščaršiji, przenosimy się do zupełnie innego miejsca i epoki. Natomiast kiedy wejdziemy na Żółty Bastion albo jeśli damy radę wdrapać się wyżej na Białą Twierdzę, możemy z zachwytem zobaczyć panoramę tego wspaniałego i boleśnie doświadczonego przez historię miasta. Achh… Pisząc ten tekst aż mam ochotę kupić bilet, spakować walizkę i czym prędzej tam polecieć.

Więcej o Sarajewie pisałam tutaj: Sarajewo. Tam, gdzie Wschód spotyka Zachód

Kanion Matka – Macedonia

Zaledwie kilkadziesiąt minut jazdy miejskim autobusem ze Skopje, dotrzemy do tego rezerwatu przyrody. W magicznym Kanionie Matka odpoczniemy od wielkomiejskiego stresu, zrelaksujemy się na łonie przyrody i zachwycimy się naprawdę wyjątkowymi widokami. Spędzając tu cały dzień, możemy zdecydować się na piknik w cieniu okolicznych szczytów lub aktywny trekking po miejscowych trasach turystycznych. Cały kanion kryje mnóstwo nieodkrytych jeszcze niespodzianek, podwodnych jaskiń i opuszczonych chatek.

Meteory – Grecja

Osadzone na gigantycznych stromych skałach w Tesalii, w masywie Meteora między górami Koziaka i Antihasionu, górują nad okolicą słynne klasztory, zwane meteorami. Z wyglądu przypominają orle gniazda, zawieszone między niebem a ziemią. Meteory stanowią jedną z niezwykłych atrakcji turystycznych na świecie. To bez wątpienia jedno z tych miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć przed śmiercią, określane jest przez wielu ludzi jako ósmy cud świata. I całkowicie się z nimi zgadzam.

Więcej o Meteorach pisałam tutaj: Meteory. Ósmy cud świata

Perast – Czarnogóra

Kilka kilometrów od Kotoru znajduje się mała mieścinka, która urzeka swoja malowniczością. Spacer po Peraście można spokojnie odbyć w 2-3 godziny. To pocztówkowe miasteczko potrafi zachwycić, chociaż nie ma tam zbyt dużo atrakcji. Jeśli jesteście zmęczeni turystycznych i zatłoczonym Kotorem, warto wyskoczyć na obiad do Perastu.

Dubrownik – Chorwacja

Ach ten Dubrownik. Mam mieszane uczucia co do tego miasta, ale jednak postanowiłam go umieścić w zestawieniu. Tłumy turystów, żar lejący się z nieba oraz ceny prosto z kosmosu mogą skutecznie odstraszyć. Ja wybrałam się tam w sierpniu, czyli w szczycie sezonu i srogo tego pożałowałam. Nie tylko ze względu na atak turystów (głównie z Polski), ale także dlatego, że w dwa dni wydałam połowę swojego zaplanowanego budżetu na kolejny tydzień, a temperatury sięgały chyba 100 stopni C. Jednak spacer wąskimi i uroczymi uliczkami czy słynnymi murami obronnymi zachwycają i sprawiają, że zapomina się o niedogodnościach. Pomimo tłumów spragnionych wrażeń i podążających śladami mega popularnego serialu „Gra o tron”, warto tam się zatrzymać.

Piran – Słowenia

Piran to miasto otoczone murem, jednak zawsze miało ono otwarty, wielkomiejski charakter. Pełne życia bazary w stylu śródziemnomorskim zlokalizowane nad morzem i w wąskich uliczkach wiodących na wzgórze kościelne odbijają echem rytm fal. Z miejsca narodzin wirtuoza skrzypiec i kompozytora Giuseppe Tariniego wiele ścieżek prowadzi do przyrodniczych i kulturalnych atrakcji wybrzeża i pobliskich wzgórz Istrii. Klimatyczne wąskie uliczki, kolorowe budynki, widok na zatokę i morska bryza – wszystko to sprawia, że chce się tam wracać.

Więcej o Piranie pisałam tutaj: Piran. Słona miłość

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Český Krumlov. Malowniczy zakątek Czech

Czechy to moja pierwsza podróż w nowym roku, w nowej dekadzie. Co ciekawe, 10 lat wcześniej witałam poprzednią dekadę także w Pradze 🙂 Prawda jest taka, że na długi weekend chciałam pojechać do Rygi, ale jednak coś sprawiło, że kupiłam bilety do Czech. Przypadek czy przeznaczenie?

Jeśli znudziła Wam się wizyta w oklepanej i zadreptanej przez turystów Pradze, zaledwie trzy godziny drogi od czeskiej stolicy znajduje się prawdziwa perełka tego kraju. Gdzieś na południu Czech, kryje się niewielkie miasteczko, o którym niewiele osób wie o jego istnieniu. Mowa o Českým Krumlovie – małym, średniowiecznym miasteczku Europy Środkowej, które rozwijało się bez zakłóceń przez pięć wieków, zachowując w ten sposób nienaruszone dziedzictwo architektoniczne. Pomimo tego, że liczy niecałe 15 tys. mieszkańców, w tym czeskim miasteczku roi się od turystów, głównie z Azji. Swoją drogą zastanawiające jest, skąd oni wiedzą o takiej mieścinie, umiejscowionej gdzieś na samym krańcu Czech.

W 1992 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę UNESCO. Nie ma się co dziwić, bo Český Krumlov urzeka od pierwszej chwili. Malownicze uliczki, historyczny zamek, imponujący wiadukt, a klimat czeskiej bohemy czuć na każdym rogu – wszystko to sprawia, że warto zarezerwować sobie kilka godzin w tym mieście. To właśnie tutaj kręcono film „Iluzjonista” z Edwardem Nortonem w roli głównej.

Największą atrakcją miasta jest kompleks pałacowo-zamkowy, który jest jednym z największych tego typu zabytków w tej części Europy. Co więcej, jest drugim co do wielkości w Czechach (zaraz za tym na praskich Hradczanach) oraz zalicza się do najważniejszych zabytków w Europie Środkowej. Już samo wejście robi wrażenie, ponieważ pierwsza w oczy rzuca się przepięknie zdobiona wieża (72 m), z której rozciąga się widok zarówno na sam zamek, jak i na to malownicze miasteczko.

Most zwany Płaszczowym („Plášťový Most„) znajdujący się na terenie kompleksu, pełni także rolę bramy do zabytkowego centrum miasta. Trójpoziomowa kondygnacja sprawia, że wiadukt robi niesamowite wrażenie. Zbudowano go w 1761 roku i rozciąga  się pomiędzy zamkiem a teatrem i ogrodami.

Jednak to, co robi największe wrażenie to wąskie uliczki z pięknie zdobionymi fasadami i udekorowanymi budynkami. Spacerując po miasteczku ma się wrażenie, że przenieśliśmy się do czasów średniowiecza. Wszystkie budynki są zadbane i odpowiednio odrestaurowane, można krążyć godzinami między nimi i bez końca cykać zdjęcia każdej kamieniczce.

Rynek (náměstí Svornosti) znajduje się w sercu miasta. W styczniu nadal tam trwał Jarmark Bożonarodzeniowy, a budki ze smakołykami i grzanym winem porozstawiane były na całym rynku, dlatego też za bardzo nie można było nacieszyć oko. Chociaż z tego, co zaobserwowałam, tam również widnieją kolorowe kamieniczki. Pośród nich znajduje się symboliczna Kolumna Maryjna, ale wśród wszystkich budowli króluje biały budynek ratusza w którym obecnie znajduje się centrum informacji turystycznej.

Wokół Českýego Krumlova płynie Wetława, po której latem można pływać pontonem lub kajakiem. Spacerując wzdłuż rzeki dostarcza kolejną dawkę malowniczych widoków na miasto.

Chętnie bym tam jeszcze powróciła, o innej porze roku. Małe miasteczko, chociaż zapełnione azjatyckimi turystami, to tak naprawdę jest tam cisza i spokój. Kilkugodzinny wypad do tego miasta przyniesie ukojenie od wielkomiejskiego zgiełku i hałasu jakim jest Praga 🙂

Lovćen. Miejsce, w którym mogłabym umrzeć

Świat jest fascynujący, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Istnieją takie miejsca, które nie są doceniane, pomijane, wciąż nieodkryte albo po prostu zapomniane, chociaż znajdują się tuż za przysłowiowym rogiem. Takim miejscem jest Czarnogóra, do której „wybierałam się” trzy razy i to właśnie za trzecim razem w końcu się udało.

To maleńki kraj wielkości województwa Mazowieckiego, upchnięty pomiędzy Serbię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Kosowo i Albanię. Wielu sądzi, że nic tam szczególnego nie ma i wybierają na wakacje popularniejszą Chorwację. A ja się nie zgodzę i powiem, że jest tam wiele wspaniałych miejsc. O Kotorze, który również mnie zachwycił, pisałam w osobnym poście. Tym razem chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z innego miejsca, które sprawiło, że umarłam z zachwytu. A mianowicie o Parku Narodowym Lovćen, a konkretniej o najwyższym dostępnym szczycie Lovćen – Jezerski vrh.

Park narodowy Lovćen położony jest blisko wybrzeża – w linii prostej jest to ok. 25 kilometrów, ale dojazd do samego mauzoleum z Budvy to 52km i ponad godzina jazdy w związku z krętymi serpentynami. Park narodowy Lovćen zorganizowany jest wokół dwóch bliźniaczych szczytów: Štirovnik (1749m.n.p.m.) i Jezerski vrh (1657m.n.p.m). Z obu szczytów widać panoramę Czarnogóry – na północy góry Durmitor, na południowym wschodzie Jezioro Szkoderskie, na południu morze, na zachodzie Bokę Kotorską.

Na szczycie tego wzniesienia (1660 m n. p. m.) znajduje się Mauzoleum Niegosza. Ten pan był niegdyś najsłynniejszym władcą Czarnogóry, a przy tym także biskupem i poetą. Kazał wybudować mauzoleum dla swojego poprzednika, który był jednocześnie jego wujem. Jednak na łożu śmierci wyznał, że sam chciałby być tam pochowany. Początkowo nie spełniono jego prośby, a po wielu zawirowaniach kaplicę odbudowano w 1925 roku i ostatecznie jego ciało tam spoczęło. Trudno mu się dziwić, bo kto by nie chciał być pochowany w takim miejscu?

By dostać się do mauzoleum, trzeba pokonać tunel z 461 kamiennymi schodami. Wchodzi się łatwo i  wygodnie, w cieniu i lekkim przeciągu, co latem przy promieniach czarnogórskiego słońca jest szalenie istotne. Zbudowano je w latach 1951-1974 roku. Tunel prowadzi wprost do mauzoleum, przed którym stoją dwa ogromne pomniki czarnogórskich kobiet. Wewnątrz znajduje się ogromny posąg Niegosza, a za nim mała krypta usłana „złotem”, z prostym sarkofagiem pośrodku.

Jednak największą atrakcję stanowi punkt widokowy w kształcie okręgu, który znajduje się tuż za mauzoleum. Prowadzi do niego krótki chodnik zbudowany na grani. Widok z niego jest po prostu oszałamiający,a niekończące się górskie szczyty zapierają dech. Jednak plaga natrętnych  i niezidentyfikowanych fruwających robali (widać je na niektórych zdjęciach), które zachowywały się tak, jakby były niewidome, bo latały na oślep, skutecznie odstraszała. Czuję pewien niedosyt, bo zamiast w pełni cieszyć się wspaniałymi widokami musiałam uważać, żeby nie połknąć żadnego z nich. W rezultacie na szczycie spędziłam łącznie może 15 minut, w pośpiechu robiąc zdjęcia i starając się nasycić wzrok tym wspaniałym krajobrazem.

Już sama trasa prowadząca do mauzoleum hipnotyzuje. Niekończące się serpentyny wprawiały w osłupienie. Widoki są oszałamiające. Ja z całą pewnością umarłam z wrażenia i zachwytu.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Park Güell. Najpiękniejsze miejsce w Barcelonie

Mój pierwszy raz w Barcelonie miał miejsce prawie 5 (!) lat temu. Tak, czas nieubłaganie pędzi, a ja pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Od tego czasu odwiedziłam mnóstwo fascynujących miejsc, którymi się zachwyciłam – również tymi w innych częściach Hiszpanii. Mimo wszystko Barcelona nadal pozostaje moim number 1, moim miastem marzeń. Miastem, w którym kiedyś chciałabym się osiedlić. Mam do tego miejsca ogromny sentyment i wiele wspaniałych wspomnień, na myśl których robi mi się ciepło na sercu. W listopadzie ubiegłego roku powróciłam tam na chwilę i nic się nie zmieniło – magia, która mną zawładnęła w 2014 roku nadal trwa.

Chociaż już raz byłam w Parku Güell wiedziałam, że muszę do niego wrócić. Miejsce to ma jakieś specjalne moce, które przyciągają. Chcąc uniknąć kolejek przed wejściem i nie tracić cennego czasu, którego tak naprawdę nie miałam za wiele, bilet kupiłam online znacznie wcześniej. Na stronie internetowej można sobie wybrać dzień i dogodną dla nas godzinę. W listopadzie za bilet zapłaciłam 7 euro, ale teraz widzę, że wejście kosztuje około 10 euro. Może się wydawać, że to spora kwota jak na zwiedzanie parku, ale warto wydać te pieniądze, bo to nie byle jaki park.

Duma Gaudiego

Antonio Gaudi był promotorem i wizjonerem, znacznie wyprzedzającym epokę, w której  żył. Swoje ukochane miasto – Barcelonę – przemienił w miejsce, w którym ludzie zachwycają się kolorowymi budynkami i magicznymi miejscami. Jednym z nich jest Park Güell, bez wątpienia  najbardziej charakterystyczne dzieło tego katalońskiego architekta. Prawdę mówiąc – moje ulubione miejsce w całej Barcelonie. Żeby się do niego dostać, trzeba się trochę wspiąć i napocić, ponieważ położony jest na wzgórzu.

Nazwa tego magicznego parku pochodzi od nazwiska Eusebiego Güella, bogatego przedsiębiorcy, partnera biznesowego i dobrego przyjaciela Gaudiego. Początkowo Park Güell miał być osiedlem mieszkaniowym przeznaczonym dla zamożnych mieszkańców, położonym na wzgórzu z widokiem na oddalone morze i panoramę miasta. Inspiracją miały być angielskie „miasta ogrody”, a projekt zakładał powstanie aż 60. domów. Budowa osiedla rozpoczęła się w 1900 roku, ale w związku ze skomplikowanym projektem, realizację porzucono w 1914 roku. Ostatecznie powstało 5 budynków, a w jednym z nich zamieszkał sam Antonio Gaudi – obecnie znajduje się tam muzeum poświęcone temu artyście. W 1922 r. teren został zakupiony przez władze miejskie i zmieniony na park. Od 1984 roku Park Güell widnieje na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Natura kontra architektura

Założeniem Gaudiego było stworzenie miejsca, w którym architektura i natura zespoli się w jedną całość. Każdy, kto przebywał na terenie Parku Güell doskonale rozumie, co architekt miał na myśli. Na szczególną uwagę zasługuje tam wiele miejsc i elementów. Jednym z nich jest słynny taras widokowy z panoramą Barcelony oraz najdłuższą i najbardziej kolorową ławką świata. Wijąca się niczym wąż ławka mierzy 110 metrów i jednocześnie może pomieścić aż 200 osób! Została ona zaprojektowana w taki sposób, by każdy, kto na niej siedzi miał swoją prywatną przestrzeń. Kolory i kształty małych kawałeczków ceramiki  w głównej mierze rozmieszczone są w sposób przypadkowy, ale jest w tym pewna logika. Przyglądając się dokładniej, można dostrzec znaki zodiaku, gwiazdy, ryby, kwiaty i motywy religijne. Dominujące są trzy kolory: niebieski, zielony i żółty, które dla Gaudiego oznaczały wiarę, nadzieję i miłość. Taka metoda układania stłuczonych kawałków ceramiki w jednolitą całość nazywa się trencadis.

Żeby zrobić fotkę na tle charakterystycznej mozaiki, trzeba się trochę naczekać na swoją kolej. Mnóstwo zahipnotyzowanych turystów pragnie mieć pamiątkowe zdjęcie z „piernikowymi” domkami i panoramą tego wspaniałego miasta. Nie ma się co dziwić, ja za pierwszym razem wpadłam taki amok, że krążyłam wokół parku robiąc zdjęcia niemalże każdej mozaice 😊 Mój ówczesny towarzysz wykazał się dużymi pokładami cierpliwości, za co jestem mu niezwykle wdzięczna 😊

Pod tarasem widokowym znajduje się sala kolumnowa, wyglądem przypominająca greckie i rzymskie budowle. W zamyśle Gaudiego miejsce to miało służyć mieszkańcom osiedla jako ryneczek. Jednak jej nazwa – Sala Stu Kolumn wprowadza w błąd, ponieważ wszystkich filarów jest łącznie 86, a nie 100. Kolumny nawiązują do architektury klasycznej w porządku doryckim, chociaż co ciekawe – abakus nie jest prostokątny, ale ośmioboczny.

Na taras widokowy prowadzą pnące się do góry długie schody przedzielone czterema rzędami wysepek: trzy liczące 11 stopni i jeden z 12. stopniami. Pośrodku, w centralnym punkcie jednego z nich znajduje się wysepka z charakterystyczną rzeźbą przypominającą salamandrę. Jaszczurka jest nie tylko swoistym symbolem, ale także uważa się ją za strażniczkę parku. Niektórzy doszukują się w niej  odpowiednika mitologicznego Pytona ze świątyni w Delfach. Inna teoria mówi, że zwierzę to nawiązuje do krokodyla z herbu francuskiego miasta Nîmes, w którym wychował się Euzebi Güell. Salamandra pokryta została kolorową mozaiką, która stanowi jeden z symboli nie tylko samego Parku Guell, ale również całej Barcelony.

Innymi, niemniej charakterystycznymi elementami  Parku Güell są „piernikowe” chatki, które wyglądają niczym żywo wyjęte z jakiejś bajki. Zostały one wzniesione w latach 1901-1902. Niegdyś stanowiły one najważniejszą część całego obiektu, czyli główną bramę wejściową z bocznymi pawilonami. Aktualnie znajdują się w nich dom portiera (ten z dachem w kształcie grzyba) oraz ten zwieńczony czteroramiennym krzyżem to księgarnia i sklep z pamiątkami. Co ciekawe, krzyż ten wskazuje cztery główne strony świata. Zniszczono go w 1936 roku w trakcie wojny domowej, ale po jej zakończeniu został odbudowany.

Magia za murami Parku Güell

Park Güell to pod kątem ukształtowania terenu najtrudniejszy z projektów Antonio Gaudiego. Kataloński architekt zawsze mocno inspirował się naturą. Parku Güell jest perfekcyjnym dowodem, że można dopasować architekturę do otaczającego nas środowiska. Doskonale czuć magię tego miejsca, siedząc na mozaikowej ławeczce i rozkoszując się cudownym widokiem na Barcelonę. Ja osobiście uwielbiam ten stan siedząc na ławeczce, rozkoszując się momentem i bezmyślnie gapiąc się na panoramę mojego ukochanego miasta. Na chwile zapomnieć o problemach i po prostu ciesząc się tą chwilą, chłonąc energię tego miejsca.

Dojazd: Metrem, stacja Lesseps, linia zielona (L3). Ze stacji czeka nas ok 15- 20 min spacer. Trasa oznaczona jest licznymi kierunkowskazami, więc łatwo tam dotrzeć.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Kotor. Czarna perła Adriatyku

Wyjazd do Czarnogóry planowałam kilka razy, ale dopiero za trzecim razem w końcu udało mi się tam dotrzeć. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tyle zwlekałam i ciągle przekładałam ten wyjazd. Zdaje się, że na swoją obronę mam tylko nieświadomość tego, jak wspaniałe krajobrazy i zjawiska przyrodnicze tam występują. Coś musi być w tym powiedzeniu, że „do trzech razy sztuka” 🙂

Kraj wielkości województwa mazowieckiego kryje w sobie wspaniałe skarby natury i architektury. Tak, jak w tamtym roku wróciłam zachwycona Słowenią, to wierzcie mi – Czarnogóra jeszcze bardziej skradła moje serce 🙂 Przede wszystkim Kotor i cała malownicza Boka Kotorska, dlatego zacznę najpierw od tego miejsca.

Kotor to jedno z najlepiej zachowanych na terenie byłej Jugosławii średniowiecznych miast. Otoczony z trzech stron górami był trudno dostępny, a opasany dodatkowo grubymi murami obronnymi – wręcz nie do zdobycia. Miasto ma śródziemnomorski charakter: pełne jest wąskich uliczek, nieregularnych  placyków, świątyń i pałaców. Niesymetryczny układ Kotoru pochodzi jeszcze z okresu średniowiecza. Wiele spośród zabytków jest nieodrestaurowanych, zwłaszcza te znajdujące się na uboczu głównych tras turystycznych. W 1979 r. Kotor został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Przechadzając się po wąskich uliczkach Kotoru, można poczuć magię tego miasta. Już na samym wejściu przy głównej bramie witam przybyszów przysadzista wieża zegarowa, zwana Gradskim toranjem, która została wybudowana przez Wenecjan w 1602 r. Chociaż starówka jest maleńka, nie da się tam nudzić. Ulice na starym mieście nie mają nazw, a w ich plątaninie bardzo łatwo zabłądzić. Przechadzając się nimi możemy napotkać między innymi kameralny placyk, przy którym stoi romańsko-gotycki kościół św. Michała czy katolicka katedra św. Tryfuna, która jest najbardziej znaczącym romańskim zabytkiem na terenie Czarnogóry.

Największą jednak atrakcją jest twierdza rozciągająca się nad miastem. Z placu Pijaca od salate pną się schody, które prowadzą do usytuowanych na zboczu murów obronnych. Część przybrzeżną miejskich fortyfikacji zbudowali jeszcze Ilirowie, jednak zdecydowana większość umocnień została wzniesiona przez Wenecjan, a prace nad nimi trwały do XVIII wieku. Długość murów, które pną się do wysokości 260 m n.p.m. wynosi 4,5 km, a szerokość dochodzi do 15 metrów. Dzięki tak potężnemu systemowi obronnemu, miasto mogło skutecznie odpierać ataki zarówno od strony morza, jak i lądu.

Trzeba się jednak napocić, by dostać się na szczyt, by podziwiać prawdziwe piękno tej perełki. Upał nie ustawał, dlatego postanowiłam się wspiąć na twierdzę wieczorem, kiedy będzie nieco chłodniej, a zachód słońca pięknie oświetli zatokę. Zdecydowałam się na alternatywną trasę, trochę „na dziko”. Nie jest ona nigdzie oznaczona, bo mapy turystyczne wskazują tylko jedno wejście, za które naturalnie trzeba zapłacić (8 euro). Jednak uprzejme dziewczyny w moim hostelu wytłumaczyły, jak dostać się na górę inną drogą. Szczerze powiem, że wcale nie żałuję tej decyzji, bo schodząc później po schodkach na „głównej” trasie było bardzo ślisko. Zaczęłam wspinać się sama, dopiero później dostrzegłam na sobą innych turystów. Jednak w pewnym momencie wyprzedził mnie chłopak, który powiedział mi potem na szczycie, że miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z wężem. Nic mu się na szczęście nie stało, na strachu jedynie się skończyło, ale gdyby nie on, to wtedy ja spotkałabym tego gada, a wtedy zawał serca murowany 🙂

O widokach po drodze i na szczycie nie będę opowiadać, bo brak mi słów na opisanie tego, co tam widziałam. Po prostu zobaczcie sami, czym tak bardzo się zachwyciłam 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

 

Madryt. W innym wymiarze

Rzadko bywam kilka razy w jednym mieście, nawet jeśli totalnie mnie zauroczy. Z Madrytem to trochę inna sprawa. Zauważyliście pewnie, że to mój pierwszy post o Madrycie. Z całą moją miłością do Hiszpanii, do tej pory z premedytacją pomijałam jakikolwiek wpis o jej stolicy. Dziwne? Nie do końca, bo tak naprawdę to nie lubię tego miasta. Dla mnie jest ono zbyt poukładane, dystyngowane, przewidywalne i nijakie. Los jednak jest przewrotny i sprawił, że po raz kolejny – trzeci już – trafiłam do stolicy Hiszpanii. Prawda jest taka, że bardziej przyciąga mnie pewna osoba tam mieszkająca, niż same miasto 🙂 Właściwie to nie lubiłam Madrytu, aż do ostatniej wizyty.

W trakcie trzeciego pobytu w Królewskim Mieście, nie chciałam po raz kolejny odwiedzać „oklepanych” miejsc, typu Plaza Mayor, Puerta del Sol, El Retiro  czy Templo de Debod. Chciałam tym razem zobaczyć coś innego, całkowicie niepasującego do tego miasta. Byłam przekonana, że Madryt nie ma nic takiego do zaoferowania. Ku mojemu zaskoczeniu (i zadowoleniu), okazało się, że jednak ma! Dlatego tym razem cieszyłam się bardzo na wizytę w stolicy Hiszpanii.

Dlaczego zatem zmieniłam zdanie?

Podczas poprzednich moich wizyt w Madrycie zawsze zatrzymywałam się u znajomych, gdzieś z dala od centrum miasta. Tym razem trafiłam do dzielnicy Chueca, która uznawana jest za dzielnicę… LGBT. Moje zdziwienie było przeogromne, gdy wyłoniłam się z metra na powierzchnię. Niczego nieświadoma, krocząc w nocy prze dzielnicę, wszędzie widziałam kolorowe flagi wiszące dosłownie w każdym oknie, na każdym balkonie. Jak się okazało, dwa dni wcześniej odbyła się tutaj parada Orgullo, która ma zupełnie inny charakter niż ta w Polsce. Poza samym przemarszem odbywają się liczne koncerty i imprezy towarzyszące, na których pojawiają się również skrajni hetero 🙂 Miasto po prostu wtedy żyje pełną piersią. Dwa dni po fiesta nadal trwała. Tłumy imprezujących Hiszpanów zalały każdy bar czy restaurację. Bardzo chciałam do nich dołączyć, ale zmęczenie po całym dniu w podróży wygrało z chęcią wspólnej integracji 🙂

Także sama dzielnica jest bardzo przyjemna, pełna street artu.

La Tabacalera

Czyli to, na co czekałam z niecierpliwością i na samą myśl o wizycie w tym miejscu cieszyłam się jak dziecko 🙂 Dlaczego tak bardzo pragnęłam odwiedzić je? La Tabacalera to dawna fabryka tytoniu, która została przekształcona na alternatywne centrum kultury. Bez wątpienia jest to miejsce wielokulturowe. Spotkać tam można osoby o różnej orientacji seksualnej, upodobaniach muzycznych, religijnych czy o różnym kolorze skóry. Miasto oddało dawną fabrykę tytoniu hipisom, którzy teraz sami zarządzają tym obiektem. Odbywają się tam różnorodne koncertów czy wystaw sztuki. Wszystko jest darmowe i każdy może sam zaproponować zajęcia, występy czy namalować sobie coś na ścianie.

Skoro świt (no dobra, ok. godziny 10:00 😛 ) wybiegłam z hostelu i czym prędzej pognałam na stację Embajadores, by odwiedzić dawną fabrykę tytoniu. Moje zdziwienie było przeogromne, gdy pani siedząca przed wejściem oznajmiła, że teraz nie ma wejścia, ponieważ trwają tam prace i zaprasza po godzinie 18-tej. Moją duszę ogarnęła czarna rozpacz, gdyż wieczorem nie za bardzo miałam czas pojawić się tam – miałam zaplanowane coś innego, coś dla mnie ważniejszego.

Alternatywne centrum kultury również było powodem, dzięki któremu zawitałam do Madrytu, dlatego choćby nie wiem co, ale musiałam pojawić się tam. Nie miałam zbyt dużo czasu, by móc się na spokojnie pozachwycać, jedynie szybko przebrnęłam przez starą fabrykę, robiąc w biegu zdjęcia. Z zewnątrz miejsce to mówiąc delikatnie – straszy. Surowe ściany, zimne mury i echo. Gdybym nie wiedziała, że w środku znajduje się inny wymiar, nigdy z własnej woli bym tam nie weszła 🙂 Wnętrza rodem z horroru 🙂 W środku unosił się zapach marihuany i na cały regulator rozbrzmiewała hip-hopowa muzyka.

Każdego dnia odbywają się tam różne zajęcia, np. z tańca, teatru, rysunku czy fotografii. Ja niestety nie miałam tyle szczęścia i nie trafiłam na żaden koncert czy warsztaty. Odbywała się tam jedynie prywatna sesja zdjęciowa 🙂 Jednak główną atrakcją tamtego miejsca to murale. Przepiękne, oryginalne i nierzadko dające do myślenia. Nie będę się nad nimi rozpisywać, po prostu sami zobaczcie 🙂 Nie są to wszystkie dzieła, bo było ich tyle, że nie dałam rady  ich umieścić, a wybór był bardzo trudny 🙂 Niestety zdjęcia nie są najlepszej jakości, w biegu robione telefonem. Obiecuję, że następnym razem będą lepsze 🙂

Znalazł się tam również polski akcent 🙂

No i ostatnim, głównym powódem ostatniej wizyty w tym mieście to koncert mojej idolki – kolumbijskiej bogini Shakiry. Długo czekałam na ten koncert, ale zdecydowanie warto było. O samym koncercie pisałam tutaj.

Jak to mówią: do trzech razy sztuka. Tak było w moim przypadku, dopiero za trzecim razem polubiłam Madryt. Jest jeszcze kilka perełek, które chciałabym zobaczyć, a nie udało mi się ostatnim razem, bo były zamknięte. Mam jeszcze kilka marzeń związanych z tym miastem, między innymi wizyta na Santiago Bernabeu 🙂 Więc z cała pewnością jeszcze nie raz zawitam do stolicy mojego ukochanego kraju 🙂

Piran. Słona miłość

Słoweńskie wybrzeże liczące zaledwie 46 km, pełne jest romantycznych miasteczek. Najbardziej malownicze z nich jest średniowieczny Piran, który wyrósł dzięki tradycji uzyskiwania soli morskiej w salinach. Piran to miasto otoczone murem, jednak zawsze miało ono otwarty, wielkomiejski charakter. Pełne życia bazary w stylu śródziemnomorskim zlokalizowane nad morzem i w wąskich uliczkach wiodących na wzgórze kościelne odbijają echem rytm fal. Z miejsca narodzin wirtuoza skrzypiec i kompozytora Giuseppe Tariniego wiele ścieżek prowadzi do przyrodniczych i kulturalnych atrakcji wybrzeża i pobliskich wzgórz Istrii.

Wiecie, że uwielbiam małe miasteczka z magicznymi, wąskimi uliczkami. W hiszpańskiej Kordobie spacerowałam jak w jakimś transie, a nogi same mnie prowadziły 🙂 W Dubrowniku było podobnie, chociaż tam musiałam omijać i przeciskać się przez dzikie tłumy, które również – tak jak ja – niczym zombie funkcjonowały pod wpływem uroku miasta 🙂 Dlatego proszę się nie dziwić, że i Piran mną zawładnął 🙂

Miasto, wspaniale położone na wydłużonym, skalistym cyplu, jest perłą słoweńskiego wybrzeża. Jako jedno z najbardziej popularnych miejsc letniego wypoczynku bywa bardzo zatłoczone. Wystarczy jednak wejść w labirynt krętych i wąskich uliczek Starego Miasta, by znaleźć wyludnione zaułki, których jedynymi gośćmi są leniwe koty. Tamtejsze sierściuchy były jednymi  z najpiękniejszych kociaków, jakie widziałam. Wiecie, że jestem miłośniczką kotów, więc byłam tam przeszczęśliwa. Pośród nich znalazłam tego wyśnionego i wymarzonego, o posiadaniu którego marzę: biały, puchaty z niebieskimi oczami.

Głównym placem Starego Miasta jest Tartinjev trg, który w przeszłości pełnił funkcję portu. Na samym jego środku stoi brązowa statua Giuseppe Tartiniego, która – obok kościoła św. Jerzego – jest jednym z najbardziej charakterystycznych symboli miasta. Wiele domów znajdujących się przy placu to interesujące zabytki nierozerwalnie związanych z dziejami miasta.

By zobaczyć widoki, które widnieją na każdej pocztówce z Piranu, należy udać się na mury obronne. Trzeba kawałek wejść pod górkę, ale widoki rekompensują ten wysiłek 🙂 Zabawne było to, że w jednym czasie, na jednej z baszt znajdowało się ok. 20 ludzi, a wszyscy z nich byli Polakami 🙂 Żartowaliśmy, że podbiliśmy Piran.

To, co mnie urzekło w Piranie, to nie tylko wąskie uliczki, ale także witryny okienne i fasady budynków. Są tak klimatyczne, że zdjęcia robiłam tylko im 🙂 Różnokolorowe, pełne rośli i różnych mebli –  miałam wrażenie, że mieszkańcy uczestniczą w jakimś konkursie na najpiękniej ustrojone wejście do domu 🙂  Z resztą – sami zobaczcie 🙂

Jeśli zmęczycie się spacerem po krętych, ciasnych uliczkach, po których niekiedy trzeba iść pod górę, zróbcie sobie relaksujący spacer po betonowej promenadzie. Jest tam mnóstwo ławeczek, na których można usiąść i porozmyślać nad życiem, gapiąc się na morze i jedząc lody bananowo-czekoladowe. Wiem to z autopsji – spędziłam tak tam kilkadziesiąt minut, co jest do mnie niepodobne, bo zazwyczaj nieustannie ganiam po mieście w poszukiwaniu różnych atrakcji 🙂

Ach ten Piran. Z jednej strony miasteczko bardzo mnie urzekło, ale z drugiej chciałam jak najszybciej stamtąd uciekać. Dlaczego chciałabym wiać z tego słonecznego, kolorowego, tajemniczego i umiejscowionego nad Adriatykiem miejsca? Otóż chodziło o turystów. Chociaż byłam tam na początku maja, czyli teoretycznie przed sezonem, to Piran zalała fala… polskich turystów! 90% tamtejszej ludności stanowili Polacy. Serio, nie żartuję. Wszędzie słyszałam tylko język polski. Nie wiem co się stało, ale akurat wtedy nastąpiła jakaś inwazja polskich turystów na tą małą, odległą  słoweńską miejscowość 🙂 Ja wiem, że Polacy są wszędzie (tutaj też mówię poważnie), ale tam to była już lekka przesada 🙂 Pewnie kiedyś już wspomniałam, że podróżując nie lubię spotykać swoich rodaków. Nie dlatego, że coś do nich mam, ale dlatego, że przebywając poza granicami Polski, chcę czerpać jak najwięcej z danego miejsca, w którym aktualnie przebywam: poznać lokalnych ludzi, kulturę, jedzenie, itp. No bo jaki jest sens podróżowania, skoro przemierzając setki kilometrów będziemy przebywać pośród „swoich” i doświadczać wszystkiego, co już nam jest znane?

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Bled. Opowieść o pewnej miłości

„Stare słoweńskie powiedzenie mówi, że kiedy świat został stworzony, każdy kraj otrzymał coś własnego: jeden kraj góry, inny morze, jeszcze inny niekończące się równiny, a inny gęste lasy. Na koniec, kiedy wszystkie kraje poszczyciły się swoimi bogactwami, odezwała się Słowenia: A ja? I wtedy pojawiło się to, co czekało na sam koniec: wszystko, co najlepsze! Wystarczyłoby tego, aby stworzyć jeszcze jeden świat. Wszystko to zostało połączone przez ostatni, najważniejszy element: garść miłości. Miłość ta miała szczególną moc. Połączyła morze i góry, lasy i wody, pola i winnice, bogactwa podziemi i światło nieba – w ten sposób wszystkie te cuda zetknęły się ze sobą w Słowenii. Dzięki tej bliskości zamieniły one początkowe zauroczenie w trwałą, zieloną miłość; dzięki swojemu istnieniu wzbudziły aktywną chęć szukania dobra; dzięki przeżyciom jakie umożliwiają, wzmogły zdrowy rytm serca.”*

Chociaż minął już miesiąc, mentalnie nadal jestem w Słowenii, dlatego też będę Wam opowiadała właśnie o tym kraju. Dzisiaj będzie o pewnej małej miejscowości, dla której totalnie straciłam głowę. W tejże miejscowości znajduje się jezioro z malutką wysepką pośrodku. Mowa oczywiście o Jeziorze Bled, królestwie natury, znajdującego się u podnóża Alp Julijskich, które jest obrazem do raju. Trudno się z tym nie zgodzić patrząc na te widoki.

Co trzeba zrobić będąc nad Jeziorem Bled:

Obejść jezioro

Początkowo myślałam, żeby obejść jezioro wokół, będę musiała poświęcić na to dwa dni. Jak się okazało, zajęło mi to 3 godziny 🙂 Spacer trwałby krócej, ale ja co chwilę stawałam i robiłam zdjęcia, jednak nie ma się co dziwić 🙂

Wspiąć się na punkty widokowe

Ja z moją marną kondycją fizyczną wprost uwielbiam gdziekolwiek się wspinać 🙂 Zachęcona i podekscytowana widokami z licznych pocztówek i obrazów widniejących w centrum miasteczka postanowiłam, że muszę zobaczyć je na własne oczy.  Pierwszy punkt widokowy, zwany Ojstricą (611 m) to ten najpopularniejszy i najliczniej oblegany przez turystów. Na środku znajduje się ławeczka, na której (jeśli się ma szczęście) można przycupnąć, odpocząć po trudach wspinaczki (która nie jest wcale taka łatwa zwłaszcza przy końcowym podejściu) oraz podziwiać widok na jezioro i okolice.

Po kilkunastu minutach odpoczynku zdecydowałam, że idę dalej – na Małą Osojnicę (685 m). Spragniona piękniejszych widoków pognałam wyżej. Idąc sobie spokojnie w pewnym momencie zatrzymałam się by zaczerpnąć powietrza i rozejrzałam się wokół: ja sama stojąca pośrodku lasu – scena niczym z jakiegoś horroru. Nie zniechęcił mnie nawet uciekający w popłochu zaskroniec (?), który wyłonił się wprost spod mojej stopy. Gdy dotarłam na górę, zaparło mi dech w piersiach. Widok (a może wysiłek?) wprost zwalił mnie z nóg. Ku mojemu zaskoczeniu na Małej Osojnicy byłam sama, nikt nie zdecydował się na podziwianie cudownego krajobrazu z tej perspektywy. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie będę mieć żadnego przyzwoitego zdjęcia, bo kto mi miałby takie zrobić? Pogrążona w rozpaczy, w akcie desperacji narobiłam sobie milion nijakich selfików. Następnie usiadłam na ławce i przez 20 minut dumałam nad życiem i rozkoszowałam się widokiem. Niespodziewanie ktoś się zjawił! Były to dwie Azjatki, które dotarły na szczyt w… (nomen omen) japonkach! Nie muszę chyba wspominać, że po drodze trzeba było się wspiąć po skałkach, a o ukrytym zaskrońcu ukrytym pod zeschłymi liśćmi, który przyprawił mnie o palpitacje serca chcę szybko zapomnieć. Koniec końców – mam pamiątkowe zdjęcia 🙂

Zjeść kremówkę

Kremówki z Bledu owiane są sławą. Pierwsze kremówki powstały w Hotelu Park w 1953 roku i do dnia dzisiejszego wykonywane są z tego samego przepisu. Każdego roku powstaje tam ponad 500 tysięcy kremówek. Potwierdzam – są przepyszne!

Pojechać do wąwozu Vintgar

Niestety ja miałam pecha. Okazało się, że wąwóz jest w remoncie (znaczy jego infrastruktura) i wejście do niego było niemożliwe do drugiej połowy maja. Nieco zasmucona tym faktem znalazłam jednak alternatywę. Wraz z przypadkowo poznaną Malezyjką udałyśmy się na 20 km „spacer” do miejscowości Zasip. W informacji turystycznej powiedziano nam, że z drugiej strony wąwozu jest wodospad i tam można spokojnie iść. Sam wodospad nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia, ale droga prowadząca do niego była bardzo malownicza 🙂

Popłynąć stateczkiem na wyspę

Będąc w Bledzie, warto popłynąć  na miejscową wysepkę, charakterystyczną łodzią zwaną pletnja. Dzwon kościoła znajdującego się tam jest symbolem spełnionych życzeń. Jak mówi legenda, dzwon, który wykonała młoda wdowa ku pamięci swojego męża, spadł na dno jeziora, a kobieta udała się do zakonu. Jednak jej życzenie się spełniło: dzwon później trafił na wyspę, został poświęcony przez samego papieża i do dziś dzwoni ku chwale miłości i jest symbolem spełnionych życzeń.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

*znalezione w folderze turystycznym.