Moje ulubione hiszpańskie seriale

Moje umiejętności językowe z hiszpańskiego nadal nie są na satysfakcjonującym mnie poziomie, ale niebawem mam zamiar to zmienić 🙂 😀 Nie mniej jednak nie przeszkadza mi oglądanie seriali w tym języku. Dlatego też, gdy nadarza się okazja do „osłuchania się” z hiszpańskim, nie waham się oni chwili. Poza tym, bardzo lubię filmy i seriale w hiszpańskim wydaniu, nie wspominając już o zabójczo przystojnych aktorach 🙂 Mam kilka swoich ulubionych hiszpańskich seriali, a pozostałe czekają w kolejce do obejrzenia 🙂 Oto pierwsza część zestawienia seriali, które z czystym sumieniem mogę Wam polecić:

„Krawcowa z Madrytu” („El Tiempo Entre Costuras”)

Szczerze przyznam, że „chwilę” mi zajęło, żeby obejrzeć ten serial. Słyszałam o nim dużo dobrego, a sama książka podobno też robi wrażenie, ale jakoś nie mogłam się za niego zabrać. Chociaż początkowo wydaje się, że to czyste romansidło, po dwóch odcinkach następuje totalny zwrot akcji. Hiszpania XX wieku, na chwilę przed wybuchem wojny domowej. Pod wpływem młodzieńczego zrywu serca, piękna Sira popełnia dramatyczny błąd, którego konsekwencje będzie ponosić przez wiele lat. Od najmłodszych lat matka uczyła ją sztuki krawieckiej, więc Sira postanawia otworzyć swój własny zakład. Odnosi niebywały sukces i zdobywa szereg wpływowych klientek. Jedna z nich proponuje jej nietypową pracę, którą Sira – mimo wielu wątpliwości – decyduje się przyjąć.

Ogromną zaletą tego serialu są kreacje ❤ Kocham modę z lat 20-tych i 30-tych. Mogłabym założyć każdą rzecz, w którą ubrana była serialowa Sira 🙂 Warto obejrzeć „Krawcową z Madrytu” nie tylko ze względu na te wspaniałe kreacje czy olśniewającą urodę głównej bohaterki, ale także dla przepięknych krajobrazów Maroko, Madrytu i Lizbony, bo właśnie tam rozgrywa się akcja. Aż się chce pakować walizki i jechać tam 🙂

Występują: Adriana Ugarte, Francesc Garrido, Carlos Santos, Alba Flores, Hannah New, Mari Carmen Sánchez, Peter Vives

 

„Telefonistki” („Las Chicas del Cable”)

Kolejny serial obsadzony w latach 20-tych ubiegłego wieku. Otwarcie w centrum Madrytu siedziby państwowej spółki telefonicznej przyciąga uwagę setek dziewcząt, które pragną pracować jako telefonistki. W centrali mają możliwość zrealizowania własnych postępowych aspiracji. W tamtych czasach kobiety nie miały wielu praw, odmawiano im także pracy, dlatego każda chciała dostać posadę w nowej firmie. Cztery pochodzące z bardzo różnych środowisk kobiety rozpoczynają pracę w centrali. Każda z nich pochodzi z innego świata i ma inne priorytety, motywy oraz zawiłą historię. Jednak praca w centrali zjednuje je, by wkrótce przerodziła się w prawdziwą przyjaźń.

Serial „Telefonistki” ukazuje rodzący się bunt kobiet przeciwko panującym zasadom, które zakładały, że miejsce kobiety jest w domu. Mimo społecznego ucisku w kobietach w tamtym okresie obudził się na dobre feministyczny odzew, a produkcja świetnie to ukazuje. Bunt oznaczało nie tylko chodzenie do barów czy noszenie krótkich fryzur, to także walka o możliwość samodzielnego zarabiania pieniędzy, głosowania, a także do miłości. No i oczywiście te stroje ❤ O samym serialu więcej napisałam w tym poście.

Występują: Blanca Suárez, Nadia de Santiago, Maggie Civantos, Ana Polvorosa, Ana Fernández, Martiño Rivas, Yon González, Sergio Mur

 

„Szkoła dla elity” („Élite”)

Pamiętacie kultową „Plotkarę? Hiszpański odpowiednik wzorowany jest na tym amerykańskim serialu, tyle że w mocno ostrzejszej, można rzec – perwersyjnej wersji. Do prywatnej szkoły dla obrzydliwie bogatych nastolatków w Madrycie dołącza trzech uczniów z „niższej klasy” społecznej. Imprezy zakrapiane alkoholem i narkotykami, wystawne przyjęcia, markowe ubrania, szybkie samochody – to chleb powszedni hiszpańskiej elity. Nowi uczniowie zazdroszczą im wystawnego życia i starają się dopasować do nowej sytuacji i im zaimponować. Dochodzi do wielu zgrzytów, a w konsekwencji wielu zagmatwanych intryg. Wkrótce wydarza się tragedia, w którą każdy jest zamieszany, każdy jest podejrzany. Każde z nich miało motyw do dokonania zbrodni, jednak tylko jedna osoba jest winna.

Tak jak wspomniałam wcześniej, „Plotkara” w porównaniu ze „Szkołą dla elit” to pikuś. Hiszpański serial pełen jest i mocno rozbieranych, żeby nie powiedzieć – erotycznych scen miłosnych. Hiszpańscy aktorzy nie wstydzą się nagości na ekranie, a sceny intymne ich nie zawstydzają. Widać znaczne podobieństwo do amerykańskiego kultowego serialu sprzed lat, można nawet przypasować konkretne charaktery do poszczególnych bohaterów. Moim zdaniem „Szkoła dla elity” jest bardziej interesująca, nie ma tam (póki co) żadnych melodramatów.

Występują: Álvaro Rico, María Pedraza, Jaime Lorente, Itzan Escamilla, Ester Expósito, Miguel Bernardeau, Mina El Hammani, Danna Paola, Omar Ayuso, Miguel Herrán

 

„W czasach wojny” („Tiempos de guerra”)

Hiszpania, 1921 rok. Kraj pustoszony jest przez wojnę domową. Pielęgniarki z madryckich wyższych sfer decydują się na wyjazd do hiszpańskiej eksklawy w Maroko, gdzie toczą się zaciekłe walki. Otwierają w Melilli szpital dla żołnierzy walczących w wojnie o Rif. Zaczynają od zera, nie mając nawet konkretnego miejsca i potrzebnych narzędzi, ale za to mają poparcie i wsparcie samej królowej. Pielęgniarki cechuje ogromna empatia i chęć niesienia bezinteresownej pomocy. Każdego dnia ryzykują własnym życiem, by ocalić swoich rodaków. Ratując życie, znajdują też przyjaźń i miłość.

Jak wspomniałam wcześniej, uwielbiam filmy/seriale, których akcja rozgrywa się w latach 20-tych, dlatego też skusiłam się na obejrzenie „W czasach wojny„. Nie jest to serial wysokich lotów, ale przyjemnie się go ogląda, chociaż momentami czuć klimat latynoskiej telenoweli.

Występują: Amaia Salamanca, Álex García, Verónica Sánchez, Anna Moliner, Álex Gadea, Cristóbal Suárez, Alicia Rubio, Daniel Lundh

 

„Dom z papieru” („La Casa de Papel”)

To aktualnie jeden z najpopularniejszych seriali. Nie ma się co dziwić, bo fabuła wciąga od pierwszego odcinka. Co prawda dopiero zaczęłam oglądać, ale wsiąkłam totalnie. O co chodzi? Grupa ośmiu przestępców napada na hiszpańską mennicę narodową. Ukryci pod maskami z wizerunkiem Salvadora Dali, z perfekcyjnie ustalonym planem pod kierownictwem niejakiego Profesora, konsekwentnie go realizują. Znajdują rozwiązanie na każdy możliwy problem, no prawie każdy. Jednak nawet doskonale doprecyzowany plan ma swoje wady i luki. Stopniowo wszystko zaczyna się sypać, a pomiędzy kryminalistami dochodzi do wielu sprzeczek. To jednak nie wszystko, bo po piętach depcze im przebiegła i niezwykle inteligentna pani inspektor, która traktuje to zadanie zbyt ambitnie. Czy uda im się skok stulecia i jednocześnie wyjść cało z zaistniałej sytuacji?

Nie będę wychwalać pod niebiosa tego serialu, bo to powszechnie wiadome, że jest on świetny : ) Fabuła wciąga od pierwszego odcinka i zaskakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Trudno oderwać się od ekranu komputera czy telewizora.

Występują: Úrsula Corberó, Álvaro Morte, Paco Tous, Alba Flores, Miguel Herrán, Pedro Alonso, Enrique Arce, María Pedraza, Itziar Ituño, Jaime Lorente

 

„Statek” („El Barco”)

Nie będę ukrywać, że serial „El Barco” zaczęłam oglądać ze względu na ogromną „miłość”, jaką wówczas czułam do głównego bohatera, w którego wcielał się Mario Casas. Co prawda jakimś wybitnym aktorem nie jest, ale z całą pewnością jest na co popatrzeć 😀 Wracając do serialu. Globalny kataklizm, spowodowany wypadkiem podczas włączania akceleratora cząsteczek w szwajcarskiej Genewie, sprawia, że załoga, uczniowie i kilku nauczycieli na pokładzie Gwiazdy Polarnej przeżyją największą przygodę ich życia. Przygoda, a może walka o przetrwanie w nowym świecie? W świecie, w którym całą ludzkość stanowią pasażerowie statku, a zamiast lądu na horyzoncie widać tylko niekończący się ocean.

Trzeba przyznać, że fabuła serialu jest oryginalna. No bo komu przyszłoby do głowy kręcić trzy sezonowy serial o skutkach katastrofy akceleratora cząsteczek? 🙂 Oczywiście wszystko może się zdarzyć i taki scenariusz nie jest wykluczony. „Statek” porusza kilka tematów, o których sami byśmy nawet nie pomyśleli. Ciekawa wizja post apokaliptycznego świata.

Występują: Blanca Suárez, Mario Casas, Irene Montalà, Neus Sanz, Juanjo Artero, Marina Salas, David Seijo, Javier Hernández

Może Wy mi polecicie jakieś inne ciekawe hiszpańskie seriale? 🙂

Park Güell. Najpiękniejsze miejsce w Barcelonie

Mój pierwszy raz w Barcelonie miał miejsce prawie 5 (!) lat temu. Tak, czas nieubłaganie pędzi, a ja pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Od tego czasu odwiedziłam mnóstwo fascynujących miejsc, którymi się zachwyciłam – również tymi w innych częściach Hiszpanii. Mimo wszystko Barcelona nadal pozostaje moim number 1, moim miastem marzeń. Miastem, w którym kiedyś chciałabym się osiedlić. Mam do tego miejsca ogromny sentyment i wiele wspaniałych wspomnień, na myśl których robi mi się ciepło na sercu. W listopadzie ubiegłego roku powróciłam tam na chwilę i nic się nie zmieniło – magia, która mną zawładnęła w 2014 roku nadal trwa.

Chociaż już raz byłam w Parku Güell wiedziałam, że muszę do niego wrócić. Miejsce to ma jakieś specjalne moce, które przyciągają. Chcąc uniknąć kolejek przed wejściem i nie tracić cennego czasu, którego tak naprawdę nie miałam za wiele, bilet kupiłam online znacznie wcześniej. Na stronie internetowej można sobie wybrać dzień i dogodną dla nas godzinę. W listopadzie za bilet zapłaciłam 7 euro, ale teraz widzę, że wejście kosztuje około 10 euro. Może się wydawać, że to spora kwota jak na zwiedzanie parku, ale warto wydać te pieniądze, bo to nie byle jaki park.

Duma Gaudiego

Antonio Gaudi był promotorem i wizjonerem, znacznie wyprzedzającym epokę, w której  żył. Swoje ukochane miasto – Barcelonę – przemienił w miejsce, w którym ludzie zachwycają się kolorowymi budynkami i magicznymi miejscami. Jednym z nich jest Park Güell, bez wątpienia  najbardziej charakterystyczne dzieło tego katalońskiego architekta. Prawdę mówiąc – moje ulubione miejsce w całej Barcelonie. Żeby się do niego dostać, trzeba się trochę wspiąć i napocić, ponieważ położony jest na wzgórzu.

Nazwa tego magicznego parku pochodzi od nazwiska Eusebiego Güella, bogatego przedsiębiorcy, partnera biznesowego i dobrego przyjaciela Gaudiego. Początkowo Park Güell miał być osiedlem mieszkaniowym przeznaczonym dla zamożnych mieszkańców, położonym na wzgórzu z widokiem na oddalone morze i panoramę miasta. Inspiracją miały być angielskie „miasta ogrody”, a projekt zakładał powstanie aż 60. domów. Budowa osiedla rozpoczęła się w 1900 roku, ale w związku ze skomplikowanym projektem, realizację porzucono w 1914 roku. Ostatecznie powstało 5 budynków, a w jednym z nich zamieszkał sam Antonio Gaudi – obecnie znajduje się tam muzeum poświęcone temu artyście. W 1922 r. teren został zakupiony przez władze miejskie i zmieniony na park. Od 1984 roku Park Güell widnieje na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Natura kontra architektura

Założeniem Gaudiego było stworzenie miejsca, w którym architektura i natura zespoli się w jedną całość. Każdy, kto przebywał na terenie Parku Güell doskonale rozumie, co architekt miał na myśli. Na szczególną uwagę zasługuje tam wiele miejsc i elementów. Jednym z nich jest słynny taras widokowy z panoramą Barcelony oraz najdłuższą i najbardziej kolorową ławką świata. Wijąca się niczym wąż ławka mierzy 110 metrów i jednocześnie może pomieścić aż 200 osób! Została ona zaprojektowana w taki sposób, by każdy, kto na niej siedzi miał swoją prywatną przestrzeń. Kolory i kształty małych kawałeczków ceramiki  w głównej mierze rozmieszczone są w sposób przypadkowy, ale jest w tym pewna logika. Przyglądając się dokładniej, można dostrzec znaki zodiaku, gwiazdy, ryby, kwiaty i motywy religijne. Dominujące są trzy kolory: niebieski, zielony i żółty, które dla Gaudiego oznaczały wiarę, nadzieję i miłość. Taka metoda układania stłuczonych kawałków ceramiki w jednolitą całość nazywa się trencadis.

Żeby zrobić fotkę na tle charakterystycznej mozaiki, trzeba się trochę naczekać na swoją kolej. Mnóstwo zahipnotyzowanych turystów pragnie mieć pamiątkowe zdjęcie z „piernikowymi” domkami i panoramą tego wspaniałego miasta. Nie ma się co dziwić, ja za pierwszym razem wpadłam taki amok, że krążyłam wokół parku robiąc zdjęcia niemalże każdej mozaice 😊 Mój ówczesny towarzysz wykazał się dużymi pokładami cierpliwości, za co jestem mu niezwykle wdzięczna 😊

Pod tarasem widokowym znajduje się sala kolumnowa, wyglądem przypominająca greckie i rzymskie budowle. W zamyśle Gaudiego miejsce to miało służyć mieszkańcom osiedla jako ryneczek. Jednak jej nazwa – Sala Stu Kolumn wprowadza w błąd, ponieważ wszystkich filarów jest łącznie 86, a nie 100. Kolumny nawiązują do architektury klasycznej w porządku doryckim, chociaż co ciekawe – abakus nie jest prostokątny, ale ośmioboczny.

Na taras widokowy prowadzą pnące się do góry długie schody przedzielone czterema rzędami wysepek: trzy liczące 11 stopni i jeden z 12. stopniami. Pośrodku, w centralnym punkcie jednego z nich znajduje się wysepka z charakterystyczną rzeźbą przypominającą salamandrę. Jaszczurka jest nie tylko swoistym symbolem, ale także uważa się ją za strażniczkę parku. Niektórzy doszukują się w niej  odpowiednika mitologicznego Pytona ze świątyni w Delfach. Inna teoria mówi, że zwierzę to nawiązuje do krokodyla z herbu francuskiego miasta Nîmes, w którym wychował się Euzebi Güell. Salamandra pokryta została kolorową mozaiką, która stanowi jeden z symboli nie tylko samego Parku Guell, ale również całej Barcelony.

Innymi, niemniej charakterystycznymi elementami  Parku Güell są „piernikowe” chatki, które wyglądają niczym żywo wyjęte z jakiejś bajki. Zostały one wzniesione w latach 1901-1902. Niegdyś stanowiły one najważniejszą część całego obiektu, czyli główną bramę wejściową z bocznymi pawilonami. Aktualnie znajdują się w nich dom portiera (ten z dachem w kształcie grzyba) oraz ten zwieńczony czteroramiennym krzyżem to księgarnia i sklep z pamiątkami. Co ciekawe, krzyż ten wskazuje cztery główne strony świata. Zniszczono go w 1936 roku w trakcie wojny domowej, ale po jej zakończeniu został odbudowany.

Magia za murami Parku Güell

Park Güell to pod kątem ukształtowania terenu najtrudniejszy z projektów Antonio Gaudiego. Kataloński architekt zawsze mocno inspirował się naturą. Parku Güell jest perfekcyjnym dowodem, że można dopasować architekturę do otaczającego nas środowiska. Doskonale czuć magię tego miejsca, siedząc na mozaikowej ławeczce i rozkoszując się cudownym widokiem na Barcelonę. Ja osobiście uwielbiam ten stan siedząc na ławeczce, rozkoszując się momentem i bezmyślnie gapiąc się na panoramę mojego ukochanego miasta. Na chwile zapomnieć o problemach i po prostu ciesząc się tą chwilą, chłonąc energię tego miejsca.

Dojazd: Metrem, stacja Lesseps, linia zielona (L3). Ze stacji czeka nas ok 15- 20 min spacer. Trasa oznaczona jest licznymi kierunkowskazami, więc łatwo tam dotrzeć.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Czego warto nauczyć się od Hiszpanów?

O tym, że mam „lekką” obsesję na punkcie Hiszpanii wiedzą już chyba wszyscy 🙂 Z resztą niejednokrotnie  o tym pisałam. Kiedy tylko mogę, bez wahania kupuję bilet, pakuję walizkę i lecę na dłuższy weekend do ulubionego miasta, albo odkrywać nowe terytoria na hiszpańskiej ziemi. Co więcej, jeśli co najmniej raz w roku tam nie polecę, to jestem chora 🙂 Usnułam nawet teorię, że w poprzednim życiu zdecydowanie byłam Hiszpanką 🙂

Hiszpania jest dla mnie wyjątkowym krajem, mam do niego wielki sentyment. Co więcej, dla mnie jest jak druga ojczyzna 🙂 Jeśli kiedykolwiek miałabym się przeprowadzić za granicę, to właśnie tam. Inspiruje mnie w Hiszpanii niemal wszystko: architektura miast, wspaniała natura, wyśmienite tapas, ale przede wszystkim ludzie. I to o nich chcę dzisiaj co nieco napisać. Miałam okazje poznać wielu Hiszpanów, zarówno w samej Hiszpanii, jak i Warszawie. Oczywiście nie będę pisać eseju o ich wspaniałości, bo nikt nie jest idealny. Trochę rozprawię o tym,  jakie nawyki warto od nich przejąć, by żyło się lepiej i przyjemniej.

Radość z jedzenia i przebywania z przyjaciółmi

Hiszpanie nie jedzą tylko po to, żeby się najeść. Dla nich jedzenie to pewien rytuał, a nawet świętość. Kolacja to dla nich najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Wieczorami umawiają się z tuzinem znajomych na mieście, by celebrować tę najprzyjemniejszą porę dnia. Jednak wyjście na tapas to nie tylko samo jedzenie. To raczej wydarzenie społeczno-towarzyskie, styl bycia, pretekst do spotkań ze swoimi przyjaciółmi. I nie jest to przesiadywanie w jednej knajpie, wręcz przeciwnie. Po każdej spożytej przekąsce i napoju, udają się do następnego baru spróbować tamtejszych smakołyków.

Istnieje nawet określenie w języku hiszpańskim „ir de tapas”, co dosłownie oznacza „wyjście na tapas”. Czynność ta polega na spożywaniu przekąsek na stojąco i popijaniu ich winem lub piwem. Idea jedzenia i picia na stojąco ma proste wyjaśnienie: tak można łatwiej konwersować z większą ilością osób w mniej formalny sposób.

Sjesta

Kiedyś uważałam, że Hiszpanie wymyślili sjestę, bo są… leniwi. Tak, tak – kiedyś miałam wąskie, ograniczone horyzonty i myślałam bardzo stereotypowo. Po latach zrozumiałam, że nie mogli oni wymyślić niczego lepszego! No, może poza tapasami 🙂 Czym zatem jest ta sjesta? To niezwykle ważna część codziennego życia każdego Hiszpana,a także obcokrajowca mieszkającego w Hiszpanii. Między godziną 14:00 a 17:00 bary, agencje, urzędy, mniejsze sklepiki czy biura są zamknięte. Jest to czas przeznaczony na posiłek, który traktuje się jak świętość. Nie ma takiej możliwości żeby coś załatwić w tym czasie czy też chwilę przed sjestą, dlatego też ważne sprawy najlepiej załatwiać z rana. Sjesta to przede wszystkim pora lunchu i najważniejszego posiłku w ciągu dnia, więc dla Hiszpanów niezwykle ważny czas dnia. W tym czasie spożywa się posiłek w restauracji w tapas barze lub w domu. Ale oczywiście czas sjesty to także czas na kilkunastuminutową, poobiednią drzemkę.

Hiszpanie tłumaczą, że sjesta zrodziła się w związku z klimatem panującym w ich kraju. Najgorętsze temperatury osiągane w ciągu dnia nie są produkcyjne i wydajne dla nikogo. Sjesta rodzi się zupełnie naturalnie, iż kiedy przychodzi największy upał trzeba przestać pracować, zjeść coś chłodnego i po prostu odpocząć. W Hiszpanii dzień pracy wydłuża się i trwa wiele godzin po zachodzie słońca, kiedy nie ma już upału i znośniej jest wyjść na ulicę.

Ile ja bym dała, żeby u nas panował zwyczaj sjesty! Nie musiałoby to być kilka godzin, ale maksymalnie godzinna przerwy w pracy na szybką drzemkę i regenerację. Albo chwilowy odpoczynek czy spacer w ciągu dnia, zwłaszcza latem, by móc cieszyć się słońcem i pogodą. Albo zimą ulepić bałwana 🙂

Otwartość

W jaki sposób Polacy witają się z nowo poznaną osobą? Przedstawiają się i podają prawą dłoń. W jaki sposób Hiszpanie witają się z nowo poznaną osobą? Pierwsze padają słowa „Hola! Cómo estás?”, a za chwilę serdeczne „buziaczki” po obu stronach policzka. Co niektórzy nawet robią typowego „niedźwiedzia”, ściskając mocno, niczym dawno niewidzianego, najlepszego przyjaciela. Poza tym, wchodząc z Hiszpanami w dłuższą konwersację, możemy spodziewać się przelotnych dotyków w ramię czy inną górną część ciała. I nie, nie są to tanie sposoby na kiepski podryw, oni po prostu już tacy są. Czują, że nawiązują lepszą relację z drugim człowiekiem nie tylko przez samą rozmowę, ale także przez subtelny, serdeczny i spontaniczny dotyk.

Początkowo była to dla mnie bariera nie do pokonania. Wręcz uciekałam i z wielkim oburzeniem lamentowałam, że naruszają oni moją strefę intymną. Zachowywałam się jak typowa Polka, oschle podając na przywitanie jedynie prawą dłoń. Na dłuższą metę ich mania bliskości i kontakt cielesny może być męczące. Co prawda już nie jestem takim towarzyskim dzikusem, jak choćby jeszcze pięć lat temu, ale przyznaję, że czasami nadal mi to przeszkadza. Dzisiaj jednak nie wyobrażam sobie, żebym witała się z kimś w inny sposób jak „buziaczki” w policzek, to dla mnie jak chleb powszedni 🙂

Podejście do życia

Hiszpanie uważani są za wyluzowany naród, który czerpie z życia pełnymi garściami. Warto poznać te hiszpańskie słowa: „tranquila” (spokojnie) oraz „mañana” (jutro), bo to ulubione słowa każdego Hiszpana 🙂 Trzeba coś załatwić? Spokojnie, załatwimy to jutro. Trzeba coś kupić? Spokojnie, kupimy to jutro. Trzeba iść do lekarza? Spokojnie, możemy iść jutro 🙂 Okej, na dłuższą metę zdecydowanie może to być uciążliwe, gdy trzeba załatwić jakąś ważną sprawę w urzędzie czy banku. Chodzi jednak o to, że nie trzeba się tak spinać i brać wszystkiego na serio, gonić ślepo za wszystkim. Można chwilę odczekać, nabrać powietrza, pomyśleć dokładnie, a potem zacząć działać. To czyni ich wyluzowanych, ze zdrowym podejściem do życia.

Madryt. W innym wymiarze

Rzadko bywam kilka razy w jednym mieście, nawet jeśli totalnie mnie zauroczy. Z Madrytem to trochę inna sprawa. Zauważyliście pewnie, że to mój pierwszy post o Madrycie. Z całą moją miłością do Hiszpanii, do tej pory z premedytacją pomijałam jakikolwiek wpis o jej stolicy. Dziwne? Nie do końca, bo tak naprawdę to nie lubię tego miasta. Dla mnie jest ono zbyt poukładane, dystyngowane, przewidywalne i nijakie. Los jednak jest przewrotny i sprawił, że po raz kolejny – trzeci już – trafiłam do stolicy Hiszpanii. Prawda jest taka, że bardziej przyciąga mnie pewna osoba tam mieszkająca, niż same miasto 🙂 Właściwie to nie lubiłam Madrytu, aż do ostatniej wizyty.

W trakcie trzeciego pobytu w Królewskim Mieście, nie chciałam po raz kolejny odwiedzać „oklepanych” miejsc, typu Plaza Mayor, Puerta del Sol, El Retiro  czy Templo de Debod. Chciałam tym razem zobaczyć coś innego, całkowicie niepasującego do tego miasta. Byłam przekonana, że Madryt nie ma nic takiego do zaoferowania. Ku mojemu zaskoczeniu (i zadowoleniu), okazało się, że jednak ma! Dlatego tym razem cieszyłam się bardzo na wizytę w stolicy Hiszpanii.

Dlaczego zatem zmieniłam zdanie?

Podczas poprzednich moich wizyt w Madrycie zawsze zatrzymywałam się u znajomych, gdzieś z dala od centrum miasta. Tym razem trafiłam do dzielnicy Chueca, która uznawana jest za dzielnicę… LGBT. Moje zdziwienie było przeogromne, gdy wyłoniłam się z metra na powierzchnię. Niczego nieświadoma, krocząc w nocy prze dzielnicę, wszędzie widziałam kolorowe flagi wiszące dosłownie w każdym oknie, na każdym balkonie. Jak się okazało, dwa dni wcześniej odbyła się tutaj parada Orgullo, która ma zupełnie inny charakter niż ta w Polsce. Poza samym przemarszem odbywają się liczne koncerty i imprezy towarzyszące, na których pojawiają się również skrajni hetero 🙂 Miasto po prostu wtedy żyje pełną piersią. Dwa dni po fiesta nadal trwała. Tłumy imprezujących Hiszpanów zalały każdy bar czy restaurację. Bardzo chciałam do nich dołączyć, ale zmęczenie po całym dniu w podróży wygrało z chęcią wspólnej integracji 🙂

Także sama dzielnica jest bardzo przyjemna, pełna street artu.

La Tabacalera – czyli to, na co czekałam z niecierpliwością i na samą myśl o wizycie w tym miejscu cieszyłam się jak dziecko 🙂 Dlaczego tak bardzo pragnęłam odwiedzić je? La Tabacalera to dawna fabryka tytoniu, która została przekształcona na alternatywne centrum kultury. Bez wątpienia jest to miejsce wielokulturowe. Spotkać tam można osoby o różnej orientacji seksualnej, upodobaniach muzycznych, religijnych czy o różnym kolorze skóry. Miasto oddało dawną fabrykę tytoniu hipisom, którzy teraz sami zarządzają tym obiektem. Odbywają się tam różnorodne koncertów czy wystaw sztuki. Wszystko jest darmowe i każdy może sam zaproponować zajęcia, występy czy namalować sobie coś na ścianie.

Skoro świt (no dobra, ok. godziny 10:00 😛 ) wybiegłam z hostelu i czym prędzej pognałam na stację Embajadores, by odwiedzić dawną fabrykę tytoniu. Moje zdziwienie było przeogromne, gdy pani siedząca przed wejściem oznajmiła, że teraz nie ma wejścia, ponieważ trwają tam prace i zaprasza po godzinie 18-tej. Moją duszę ogarnęła czarna rozpacz, gdyż wieczorem nie za bardzo miałam czas pojawić się tam – miałam zaplanowane coś innego, coś dla mnie ważniejszego.

Alternatywne centrum kultury również było powodem, dzięki któremu zawitałam do Madrytu, dlatego choćby nie wiem co, ale musiałam pojawić się tam. Nie miałam zbyt dużo czasu, by móc się na spokojnie pozachwycać, jedynie szybko przebrnęłam przez starą fabrykę, robiąc w biegu zdjęcia. Z zewnątrz miejsce to mówiąc delikatnie – straszy. Surowe ściany, zimne mury i echo. Gdybym nie wiedziała, że w środku znajduje się inny wymiar, nigdy z własnej woli bym tam nie weszła 🙂 Wnętrza rodem z horroru 🙂 W środku unosił się zapach marihuany i na cały regulator rozbrzmiewała hip-hopowa muzyka.

Każdego dnia odbywają się tam różne zajęcia, np. z tańca, teatru, rysunku czy fotografii. Ja niestety nie miałam tyle szczęścia i nie trafiłam na żaden koncert czy warsztaty. Odbywała się tam jedynie prywatna sesja zdjęciowa 🙂 Jednak główną atrakcją tamtego miejsca to murale. Przepiękne, oryginalne i nierzadko dające do myślenia. Nie będę się nad nimi rozpisywać, po prostu sami zobaczcie 🙂 Nie są to wszystkie dzieła, bo było ich tyle, że nie dałam rady  ich umieścić, a wybór był bardzo trudny 🙂 Niestety zdjęcia nie są najlepszej jakości, w biegu robione telefonem. Obiecuję, że następnym razem będą lepsze 🙂

Znalazł się tam również polski akcent 🙂

No i ostatnim, głównym powódem ostatniej wizyty w tym mieście to koncert mojej idolki – kolumbijskiej bogini Shakiry. Długo czekałam na ten koncert, ale zdecydowanie warto było. O samym koncercie pisałam tutaj.

Jak to mówią: do trzech razy sztuka. Tak było w moim przypadku, dopiero za trzecim razem polubiłam Madryt. Jest jeszcze kilka perełek, które chciałabym zobaczyć, a nie udało mi się ostatnim razem, bo były zamknięte. Mam jeszcze kilka marzeń związanych z tym miastem, między innymi wizyta na Santiago Bernabeu 🙂 Więc z cała pewnością jeszcze nie raz zawitam do stolicy mojego ukochanego kraju 🙂

Bilbao. Miasto przyszłości

Jak co roku (co prawda dopiero od dwóch lat, ale czuję, że stanie się to moim rytuałem), na przełomie października-listopada pakuję walizkę i lecę do swojej drugiej ojczyzny 🙂 Co prawda rok temu i dwa lata temu dotarłam na południe tego kraju, do cudownej Andaluzji, to w tym roku postanowiłam polecieć na północ. Miałam tam spędzić cały tydzień, ale niestety zmuszona zostałam do skrócenia swojego pobytu do czterech dni. Tym razem miałam odkrywać piękno regionu zwanego Krajem Basków, jednak w związku z ograniczeniem czasowym, dotarłam jedynie do Bilbao i postanowiłam skupić się tylko na tym mieście. Resztę zostawiłam sobie na później, bo z całą pewnością tam wrócę, i to całkiem niedługo!

Planując podróż na północ Hiszpanii o tej porze roku sądziłam, że pogoda nie będzie mnie rozpieszczać i temperatura będzie odrobinę wyższa niż w Polsce. Spakowałam więc ciepłe bluzki i swetry, bo nie chciałam się rozchorować na swoim krótkim urlopie. Jednak okazało się, że pogoda była dla mnie bardzo łaskawa, bo na miejscu było ponad 20 stopni, czyli tak ciepło jak rok temu w Andaluzji! Całe szczęście, że na szybko upchnęłam dwie podkoszulki, bo byłoby kiepsko 🙂 Przez całe 4 dni rozkoszowałam się ciepłymi promieniami słońca, przez co moja spieczona twarz potem bardzo cierpiała 🙂 Takie rzeczy tylko w Hiszpanii.

Największą moją obawą był język. I nie chodzi tutaj o hiszpański. Jak wiadomo, Baskowie posługują się swoim własnym językiem, jeszcze bardziej skomplikowanym i niezrozumiałym niż kataloński. Język baskijski jest najstarszym europejskim językiem i tak naprawdę trudno powiedzieć skąd się wywodzi. Z mojego doświadczenia sprzed lat, kiedy to poleciałam do Barcelony, przygotowana byłam na najgorsze. Trzy lata temu, będąc w stolicy Katalonii, wówczas niewiele znając język hiszpański (jedyne co potrafiłam powiedzieć to: „Hola! Soy Klaudia y soy polaca, tengo 26 anos” – bardzo zaawansowany poziom, nie powiem 😉 ), byłam święcie przekonana, że będę mogła dogadać się po angielsku – jak to zazwyczaj bywa za granicą w europejskim kraju. A tutaj niespodzianka, bo mało kto potrafił powiedzieć poprawnie jedno zdanie w tym języku. Przeżyłam wtedy podwójny szok kulturowy – nie dość, że wszystko było po katalońsku (nazwy ulic, menu w restauracjach, itp.), to na dodatek młodzi (!) ludzie nie potrafili sklecić zdania w najczęściej używanym języku świata! Dlatego też przybywają na tereny Kraju Basków, liczyłam się z tym, że jedynym skutecznym językiem, w którym będę w stanie się posługiwać to mowa ciał, intensywna gestykulacja i ekspresyjna mimika twarzy. A tu kolejna niespodzianka, bo baskijskiego nie uświadczysz tam na ulicach czy w restauracjach! Musiałam się bardzo wysilić, żeby podsłuchać rozmowę w tymże dziwacznym dla mnie języku. A byłam wielce zainteresowana brzmieniem tegoż tajemniczego, prastarego dialektu. W końcu udało mi się go usłyszeć od rodowitego Baska i powiem Wam, że nie ma nic wspólnego z pięknym i melodyjnym hiszpańskim , a język polski (który należy do czołówki najtrudniejszych języków świata) na jego tle to pikuś 🙂

Do Kraju Basków przybyłam kilka dni po referendum, które odbyło się w Katalonii i zamieszanie z tym związane z tym wydarzeniem było świeże. Jak wiadomo, Baskowie od dawna  mają zapędy niepodległościowe, dlatego wszędzie widoczne były flagi baskijskie, a tuż obok nich katalońskie – jako wyraz  wsparcia i poparcia dla tego regionu. Co więcej, na Starym Mieście wszędzie widoczne były różne napisy i graffiti podżegające tamtejsze społeczeństwo do działania i „budowania” własnego państwa. Historia Kraju Basków nie należy do chlubnych. Wszyscy zapewne słyszeliśmy o organizacji terrorystycznej ETA, która jeszcze nie tak dawno, bo jakieś 15-20 lat temu terroryzowała całą Hiszpanię. Teraz jest tam całkowicie spokojnie i absolutnie nie czułam żadnego zagrożenia związanego z zamachami terrorystycznymi sprzed lat. Wręcz przeciwnie, czułam się tam całkowicie bezpiecznie.

Kiedy pomyślę o Bilbao, dokładnie tak wyobrażam sobie nowoczesne miasto przyszłości. Wszystko jest starannie zaplanowane, uporządkowane, kosztownie zaprojektowane i wykonane – nie ma miejsca na zbędne rzeczy czy niedociągnięcia. W przypadku Bilbao motywem przewodnim jest morze i wszystko, co z nim związane. Co prawda miasto to nie znajduje się bezpośrednio nad morzem, ale można tam dojechać w przeciągu 30 minut. Sama nie zdawałam sobie do końca sprawy, dopóki nie zwrócono mi uwagi na niektóre szczegóły. Wszędzie widoczne są motywy statków, masztów, łańcuchów, lin żeglarskich, itp.

Z drugiej jednak strony Bilbao posiada niezwykle klimatyczną starówkę z cudowną architekturą. Tak jakby miasto posiadało dwie zupełnie różne dusze, ale tworzące spójną całość. Poza interesującymi budynkami, możemy zobaczyć inne atrakcje, jak teatr, kościoły czy inne budynki z klimatem.

Oczywiście największą atrakcją, a zarazem wizytówką miasta jest muzeum sztuki współczesnej, czyli Muzeum Guggenheima. Jak na nowoczesny budynek przystało (dla mnie budynek przyszłości), powyginany jest ze wszystkich stron. Ma on powierzchnię 24 000 m². Zbudowany jest m.in. z blachy tytanowej i szkła. Ma dynamiczną formę, składa się z powyginanych elementów, falistych linii i płynnych form. Całość robi oszałamiające wrażenie, a jeszcze o zachodzi słońca, kiedy promienie odbijają światło, jeszcze bardziej podkreślając rangę tego miejsca.

Dla mnie niezbyt zrozumiałe były dwie rzeczy w tym miejscu. Po pierwsze: od frontu muzeum znajduje się ogromna, kolorowa i słodka instalacja (rzeźba) pieska, zwana po prostu „Puppy”. Wykonana jest ze stali nierdzewnej, gleby oraz roślin kwitnących. Z kolei na tyłach budynku straszy przeogromna rzeźba pająka, zwanej „Mama”. Ja panicznie boję się tych insektów (powiem nawet, że ocieram się chyba o arachnofobię)  i moją pierwszą myślą po ujrzeniu tejże atrakcji było: „uciekać gdzie pieprz rośnie – byle dalej od tego ohydnego stwora”. „Mama” jest naprawdę ogromna i wygląda naprawdę przerażająco realistycznie. Kiedy jednak oswoiłam się z jej postacią, krążąc wokół niej niczym sęp, dojrzałam coś, co mnie i zniesmaczyło, i przeraziło. W środku swojego odwłoka miała umieszczone… jaja! Wyglądało tak, jakby miała je za chwilę gdzieś znieść. No cóż, tamtejsi architekci maja bardzo bujną wyobraźnię i zadbali o każdy (przerażający) szczegół tego pająka-giganta. Jak wspomniałam wcześniej, taka koncepcja nie do końca przypadła mi do gustu i według mnie takie połączenie gryzie się ze sobą. Ale kimże ja jestem, aby to oceniać? Poza tym, co ja tam się znam na sztuce nowoczesnej? 🙂

Duże wrażenie robią także mosty, z których każdy jest zupełnie inny. I tak mamy „pokrzywiony” most, drewniany, „normalny”, ale także taki z kosmosu, który w nocy świeci na czerwoni-biało dając wrażenie, że zaraz wystartuje i odleci w odległą galaktykę.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o cudownym i kolorowym streetarcie 🙂

Nie muszę specjalnie nikomu przypominać, że jestem wielkim żarłokiem, co zapewne ostatnio po mnie widać 🙂 A jeśli chodzi o hiszpańskie jedzenie, to wręcz uzależniłam się od niego. Jednak  to, co spróbowałam (i zobaczyłam) w Bilbao, przeszło moje najśmielsze kulinarne oczekiwania (i doznania)! A mowa oczywiście o pintxos, czyli baskijskiej odpowiedzi na popularne w pozostałej części Hiszpanii tapas. Czymże są te tajemnicze przekąski, od których tak się uzależniłam? Są to małe kanapeczki, które zwykle leżą na ladzie baru, po kilka sztuk danego rodzaju na talerzu. Klienci po prostu podchodzą i wybierają te, na które mają ochotę. Nie ma żadnych reguł co do kombinacji składników. Liczy się inwencja osoby, która je przyrządza, a także ich całościowy smak oraz świeżość produktów. A trzeba przyznać, że baskijscy kucharze są prawdziwymi artystami w kuchni, no sami zobaczcie! 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

La Alhambra. Cud architektury mauretańskiej

We wcześniejszym poście pisałam o Granadzie (Granada. Na styku kultur) i ogólnikowo o jej największej atrakcji, czyli La Alhambrze. Dzisiejszy wpis całkowicie poświęcony będzie temu niezwykłemu miejscu. Do tej pory, przeglądając zdjęcia z wizyty tego pałacu, serce szybciej mi bije, a mój zachwyt nie ma końca. Dawno nigdzie nie widziałam tyle piękna skupionego w jednym miejscu.

Żeby dostać się do Alhambry, musiałam kupić bilety on-line, kila miesięcy przed moim przyjazdem. Byłam nieco zaskoczona, gdyż na 3 miesiące przed przybyciem do Granady sądziłam, że spokojnie kupię bilet, o dogodnej dla mnie porze dnia. Niestety się przeliczyłam, gdyż zostało niewiele biletów w tym okresie, w którym planowałam tam przebywać. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i w ubiegłoroczne listopadowe południe spacerowałam po tym cudownym miejscu. Na zwiedzanie tego cudu trzeba zarezerwować co najmniej pół dnia. Ja spędziłam tam ponad 5 godzin, spacerując pośród skąpanych w słońcu alejek i rozkoszując się pięknem tego architektonicznego cudu.

fot. http://www.alhambra-entradas.com

Co nieco o architekturze mauretańskiej

Trudno wyobrazić sobie dzisiejszą Andaluzję bez spuścizny, jaka pozostawili na tych ziemiach Maurowie. Najbardziej widocznym jej przejawem jest architektura rozkwitająca między VII a XV stuleciem. Budynki powstające w pierwszych wiekach obecności muzułmanów na ziemiach al-Andalus, wznoszone były ściśle wg zaleceń Koranu. Architekci skupiali się bardziej na ozdabianiu wnętrz niż fasad, co miało być bezpośrednim nawiązaniem do piękna ludzkiej duszy. Unikano przedstawiania wizerunków zwierząt i ludzi, zastępując je bogato rozbudowaną ornamentyką roślinną, w którą wplecione były często inskrypcje koraniczne.

Niektóre budowle, np. Pałace Nasrydów w Alhambrze celowo zostały wzniesione z nietrwałych i tanich surowców (glina, drewno), a niektóre elementy dekoracyjne pozostawiono niedopracowane – po to, aby nie obrazić Allaha ludzkim dążeniem do doskonałości i wieczności. Niektórzy władcy pozwalali sobie na większy liberalizm, zamawiając sobie ozdobienie swych rezydencji motywami zwierzęcymi, a nawet wyobrażeniami ludzi.

Niezwykle ważnym dodatkiem do mauretańskich budowli były zawsze ogrody pełne roślin i fontann. Architektura krajobrazu wyrażała zamiłowanie Maurów do wody i zieleni. Trudno się temu dziwić, gdyż większość plemion podbijających południową Hiszpanię pochodziła z suchej i gorącej Afryki lub Bliskiego Wschodu. Sentyment do źródlanego szumu widać też w projektach wewnętrznych dziedzińców.

La Alhambra

Ten niesamowity zespół pałacowy znajduje się na górującym nad miastem wzgórzu La Sabika. Według poetów jest to ósmy cud świata, a według statystyk – najczęściej odwiedzany zabytek w Andaluzji. Gdyby ściany mogły mówić, z całą pewnością dowiedzielibyśmy się o twierdzy niejednej zaskakującej rzeczy.

Pierwszą konstrukcją zbudowana przez Maurów była XI-wieczna forteca z czerwonego kamienia (qa’lat al-Hamra), od której cały kompleks wziął później swoją nazwę. Strategiczne położenie zamku zwróciło uwagę Mohammeda I, wodza z dynastii Nasrydów oraz jego następców, którzy w ciągu wieków wznieśli tu i rozbudowali zespół pałacowo-obronny, z przylegającą do niego mediną (miasteczkiem) oraz ogrodami. Wraz z nastaniem panowania chrześcijan, estetyczna jedność architektury Alhambry została przerwana przez dodawanie takich elementów jak renesansowy Palacio de Carlos V i Covento de San Francisco. Po śmierci Karola V, w połowie XVI wieku, Alhambra popadła w ruinę, służąc m. in. jako schronienie dla bezdomnych żebraków, a później jako koszary dla wojsk Napoleona. Te ostatnie w czasie odwrotu niemal wysadziły pałac. W połowie XIX w. świetnie sprzedająca się książka Washingtona Irvinga „Tales of Alhambra”, przyczyniła się do umieszczenia Granady na turystycznej mapie Europy, a zespoły pałacowego na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO.

Główną atrakcja Alhambry są wspaniałe Pałace Nasrydów (Palacios Nazaries). Aby w pełni docenić niesamowite. Misterne dekoracje znajdujące się w ich wnętrzu, trzeba zrozumieć ideę sztuki tamtych czasów: symetryczne, w nieskończoność powtarzające się motywy zdobnicze miały wyrazić nieskończoną chwałę Allaha w skończonej formie i przestrzeni. Dodane do tego bogate inskrypcje to poematy wychwalające potęgę sułtanów lub wpisy z Koranu, a także motto z dynastii Nasrydów: Wa la ghalib ila Allah (Nie ma zdobywcy nad Allaha). Ważnym elementem dekoracyjnym jest również ośmioramienna gwiazda, symbolizująca połączenie nieba i ziemi. Wbrew pozorom wzór nie jest jednak doskonały, ponieważ tworzenie ideałów jest w islamie bluźnierstwem wobec Koranu. Wyrazem pokory architektów i rzemieślników wobec boga było również użycie tanich i nietrwałych materiałów: gipsu, drewna i gliny. To, że pałace te do dziś zachowały się w tak dobrym stanie graniczy z cudem.

Na zachodnim krańcu placu znajduje się wejście do najstarszej części obronnego zespołu pałacowego – Alcazaby. Jej znaczna część jest w ruinie, jednak wciąż można znaleźć tu fundamenty dawnych lochów, meczetu, baraków i łaźni. Spośród czterech wież fortecy, najbardziej znana jest Torre de la Vela, czyli Wieża Czuwania. Właśnie na tej wieży, 2 stycznia 1492 roku Królowie Katoliccy wywiesili swoje flagi, na znak pokoju miasta. Z wieży roztaczają się wspaniałe widoki na miasto i szczyty Sierra Nevada.

Pobliskie wzgórze, Cerro del Sol, pokryte jest dywanem zieleni – to wspaniałe ogrody Generalife. Podczas spaceru pośród bujnej roślinności  trafimy do Patio de la Acequia. W wyżej położonych ogrodach znajduje się Escalera del Agua, z których balustrad spływa strumień wody. Generalife to idealne miejsce na odpoczynek po trudach zwiedzania całego kompleksu.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Dlaczego tak bardzo kocham Andaluzję?

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, co Andaluzja ma w sobie takiego, że ciągle do niej powracam. I nie będę się rozpisywać o walorach estetycznych tamtejszych mężczyzn, gdyż przystojni Hiszpanie występują na terenie całego kraju 🙂 🙂 O tym, że kocham Hiszpanię (i mam lekką obsesję na jej punkcie :)) wiedzą już chyba wszyscy 🙂 Oczywiście jest jeszcze bardzo dużo miejsc, w których nie byłam, ale jakoś zawsze kupuję bilet lotniczy w południowe regiony 🙂 Mimo to, ze byłam tam dwukrotnie, to tak naprawdę niewiele widziałam. Do tej pory dotarłam „tylko” do Malagi, Sewilli, Granady, Rondy i Kordoby, ale jest jeszcze wiele pięknych miejsc przede mną do odkrycia 🙂 Andaluzja jest tak ogromna, że potrzeba czasu, aby ją dobrze poznać. Jest to największy region Hiszpanii, a jednocześnie tak bardzo zróżnicowany.

Andaluzja otoczona jest przez wody Atlantyku i Morza Śródziemnego. Z ośmiu prowincji wchodzących w skład regionu, pięć znajduje się nad brzegami oceanu i morza, pozostałe znajdują się wewnątrz lądu. Sewilla jest stolicą regionu liczącego 7,3 mln mieszkańców, a Giralda jest symbolem miasta leżącego nad rzeką Gwadalkiwir. W Granadzie znajduje się jeden z najczęściej zwiedzanych zabytków na świecie: Alhambra. Meczet jest dumą Kordoby, Las Alcazabas Almerii i Malagi, zatoka zaś symbolem Kadyksu, nadmorskie mokradła charakteryzują Huelvę, a plantacje oliwek Jaén. Ale urok tego regionu, to nie tylko jego stolice. Okręgi należące do regionu oferują wszystko to co może spodobać się turyście. Słońce na piaszczystych plażach, sporty zimowe w ośrodkach narciarskich najbardziej wysuniętych na południe na całym kontynencie, historia zamknięta w murach starych kościołów i pałaców, rozrzuconych wzdłuż i wszerz całego regionu.

Po głębszej analizie doszłam do wniosku, że jest kilka czynników, które przyciągają mnie właśnie na południe Hiszpanii:

Pogoda

Tak, to zdecydowanie największy magnes. Na południu Hiszpanii byłam dwa razy – w listopadzie. Za pierwszym razem było ok. 20. stopni, więc dla mnie – zmarzniętej Polki – było po prostu gorąco. Pamiętam, że wtedy biegałam po mieście w T-shircie z krótkim rękawem 🙂 Podczas mojego drugiego pobytu było nieco chłodniej, a wieczorami wręcz zimno. Mimo to, w ciągu dnia mogłam założyć lekką bluzkę. Listopad to dobry okres, aby polecieć do Andaluzji, gdyż w tamtym regionie słońce świeci każdego dnia. A dla osoby, która przybyła z mroźnego i szarego kraju, taka dawka promieni słonecznych działa zbawiennie dla duszy i ciała 🙂  Jestem ciepłolubna, ale nie wyobrażam sobie pojechać tam w lato, gdyż z całą pewnością słońce i żar totalnie by mnie zniszczyły 🙂

Azulejos

Czyli przepiękne, kolorowe płytki, którymi ozdobione są domy, restauracje, ulice. Można je spotkać dosłownie wszędzie. Również nazwy ulic wyłożone są azulejos. Przyznam szczerze, że dostałam lekkiego fioła na punkcie tych cudownych płytek. Nie da się oderwać od nich wzroku. Jak byłam na Plaza de Espana w Sewilli, po prostu oszalałam ze szczęścia – cały plac wyłożony jest tymi cudeńkami. Wpadłam w jakiś trans, gdyż kręciłam się po nim prawie pół dnia, robiąc zdjęcia każdej azulejos z osobna 🙂

Ceramiczne płytki pokryte szkliwem znane jako azulejos to nieodłączny element Andaluzji. Ich istnienie Hiszpanie zawdzięczają Maurom, którzy zapoczątkowali produkcję. Pierwsze z nich były najczęściej w niebieskich tonacjach. Wraz z upływem czasu wzbogacono je o kolejne kolory, aby obecnie nasze oczy mogły cieszyć się ich całą paletą. Po rekonkwiście produkcja azulejos była kontynuowana, a ich popularność dotarła nawet do sąsiedniej Portugalii oraz Brazylii.

Ważnym ośrodkiem produkcji płytek stała się Sewilla. Obecnie z kolorowych kafelek wykonane są różnego rodzaju obrazki przedstawiające scenki rodzajowe, religijne, napisy z nazwami ulic, tabliczki informacyjne.

img_5036

img_1790

img_1837

img_1889

img_5238

img_5154

img_5075

img_5105

img_5038

17078432_10211935510813547_1456351513_n

Flamenco

Najsłynniejszy andaluzyjski taniec. Wzbogacony rytmami jazzu, bluesa, salsy i rocka dawne cygańskie melodie trafiły na listy przebojów, a niedoceniani dotąd wykonawcy tradycyjnego nurtu tej muzyki stali się prawdziwymi idolami. Muzykę i taniec stworzyli andaluzyjscy Cyganie, czerpiąc z tradycji arabskich i żydowskich. Wsłuchując się w rytmiczne pieśni, słyszymy dalekie echa muzyki z Maroka, Egiptu, Bliskiego Wschodu, Grecji, a nawet Indii i Pakistanu.

Andaluzja to stolica flamenco. Jedynym rozczarowaniem było to, że nie spotkałam tancerzy, którzy spontanicznie oddawali upust emocjom w postaci tańca na ulicach andaluzyjskich miast. Niestety bardzo często za przyjemność zobaczenia show trzeba zapłacić, i to całkiem sporo. Ja miałam okazję (i szczęście) być uczestnikiem takiego wydarzenia, który z cała pewnością zostanie mi w pamięci do końca życia. Co prawda nie jest to taniec, który osobiście chciałabym znać (chociaż kiedyś intensywnie myślałam, żeby zapisać się na zajęcia z flamenco), ale uwielbiam patrzeć na show, który składa się nie tylko z tańca, ale również muzyki. Flamenco to taniec pełen pasji i emocji. Ja odniosłam wrażenie, że pełno w nim bólu, żalu i cierpienia, ale to moje osobiste odczucia. Mój towarzysz miał nieco odmienne zdanie od mojego 🙂 To prawdziwa uczta zarówno dla oczu, jak i uszu. Bo flamenco to nie tylko taniec, ale równiez muzyka. Dźwięki gitary słychać dosłownie wszędzie, na ulicy, w barach, radiu. Nie będę wspominać o przepięknych sukniach, w których występują tancerki. Ostatnio mam wręcz obsesję na ich punkcie i obiecałam, że któregoś dnia sprawię sobie taką oryginalną pamiątkę z Andaluzji.

img_2036

img_2055

17028797_10211935527253958_1041010803_n

17094116_10211935516853698_201776794_n

Architektura mauretańska

To bez wątpienia wyróżnia Andaluzję na tle innych hiszpańskich regionów. Trudno wyobrazić sobie współczesną Andaluzję bez spuścizny, jaka pozostawili po sobie Maurowie. Budynki powstające w pierwszych wiekach obecności muzułmanów na ziemiach południowej Hiszpanii, wznoszone były ściśle według zaleceń Koranu. Architekci koncentrowali się bardziej na ozdabianiu wnętrza niż fasad, co miało być bezpośrednim nawiązaniem do piękna ludzkiego  wnętrza. Unikano przedstawiania wizerunków zwierząt i ludzi, zastępując je bogato rozbudowaną ornamentyką roślinną, w którą wplecione były często inskrypcje koraniczne. Niezwykle ważnym dodatkiem do mauretańskich budowli były zawsze ogrody pełne roślinności i fontann. Architektura krajobrazu wyrażała zamiłowanie Maurów do wody i zieleni.

Ja nieustannie zachwycałam się i będę się zachwycać tamtejszą architekturą. Za każdym razem odkrywam coś nowego, co totalnie zwala mnie z nóg. Tym razem była to Alhambra i meczet w Kordobie. Nie wiem, czy istnieje coś, co jeszcze bardziej mnie zachwyci. Jeśli tak, to jestem gotowa to zobaczyć i poznać jego historię 🙂

img_2347

img_2352

img_4891

img_4966

img_5276

img_5326

img_5336

img_5350

img_5389

Plaże

Mój znak zodiaku to ryby, więc naturalne jest, że uwielbiam wszelkiego rodzaju wodę 🙂 A to wiąże się z pobytem nad wodą i pływaniem, co prowadzi m. in. do pobytu na plaży 🙂 Może nie jestem wielką fanką leniuchowania na piasku (dwa, trzy dni to max), ale czasem trzeba poleżeć do góry brzuchem 🙂 Andaluzja jest regionem otoczonym przez Morze Śródziemne i Ocean Atlantycki, dlatego posiada niezliczoną ilość wspaniałych plaż. Ja póki co „zaliczyłam” leniuchowanie tylko w Maladze, ale w planach mam porównanie jakości piasku w innych prowincjach 🙂

img_2389

img_5434

Patios

Patios to zdecydowanie jedne z najfajniejszych hiszpańskich „wynalazków”.  Są to tzw. dziedzińce, ale wydawać by się mogło, że to jakby kolejny pokój mieszkalny, tylko pod gołym niebem 🙂 Jest to miejsce, w  którym od wieków spotykały się rodziny i przyjaciele, gdzie miło przespać sjestę albo po prostu ukryć się przez letnimi upałami. Typowe andaluzyjskie patio otoczone jest cienistą galerią, na którą wychodzą drzwi i okna otaczających budowli. Tu wystawiane są krzesła, fotele i leżaki, bo tak odpoczywa się dużo milej niż w dusznym mieszkaniu. Andaluzyjskie patia to prawdziwe perełki, o których często zapomina się zwiedzając najważniejsze zabytki. Warto pobłądzić po małych uliczkach w poszukiwaniu takich ukwieconych oaz i poczuć prawdziwą, taką mniej turystyczną atmosferę tego regionu.

img_2012

img_5064

img_5005

img_5054

Cudowne uliczki i „street art”

We wcześniejszych wpisach wspominałam, że tym razem pozwoliłam się zatracić i prowadzić przeznaczeniu pośród andaluzyjskich uliczek. O samych uliczkach pisałam w poście o Kordobie, dlatego też skupię się na „street arcie”, ale rozumianym nieco inaczej 🙂 W Hiszpanii, a przynajmniej na południu trudno uświadczyć graffiti/malunków na murach (okej, przynajmniej ja nie niczego nie zauważyłam – a również na tym punkcie mam ostatnio fioła). Za to na fasadach budynków znajdują się inne przedmioty jak doniczki z kwiatami, butelki, skrzynki, itp. Stwierdzam, że takie ozdoby prezentują się znacznie lepiej niż typowe malunki 🙂

15970087_10211470768955291_947121545_n

15978128_10211470761995117_654194755_n

img_5052

img_5230

img_5056

17094047_10211935522213832_1673001767_n

Tapas

Tapas słyną w całej Hiszpanii, ale tylko w Andaluzji, do zamówionego napoju dostaniemy je całkiem za darmo! I to nie jakieś małe oliwki czy kawałek pieczywa. W Kordobie tapas stanowiły dla mnie główny posiłek 🙂 Do zamówionego tinto de verano otrzymałam burgera z frytkami! W Granadzie miałam przyjemność spróbować przepysznych tapas, ale to za sprawą osobistego przewodnika, który pokazał mi najlepsze bary w mieście 🙂 Osobiście jestem wielką wielbicielką hiszpańskiej kuchni, a w szczególności tapasów, dlatego dla mnie Andaluzja stanowi raj na ziemi 🙂

17028752_10211935524733895_1299785580_n

17092264_10211935523293859_1837071309_n

17028656_10211935505333410_1042469772_n

Pomarańcze

Pamiętam, jak przybyłam do Sewilli, to był już późny wieczór, a wujek Google wskazał mi drogę do mojego hostelu przez jakiś park. Nie powiem – miałam obawy iść sama w noc przez ten park. Ale szybko zapomniałam o strachu, gdy poczułam zapach kwitnących kwiatów pomarańczy… w listopadzie! Co więcej, na drzewach cały czas wisiały sobie soczyste pomarańcze! J W świetle dziennym prezentują się jeszcze cudowniej. Takie rzeczy można spotkać tylko w Andaluzji! 🙂

img_1579

img_2008

img_2002

img_4882

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Granada. Na styku kultur

Jedno z hiszpańskich powiedzeń głosi, że  „kto nie widział Granady, ten niczego nie widział”. Miasto znajduje się w południowej części Andaluzji, wzdłuż brzegu rzeki Genil, u stóp gór Sierra Nevada. Stanowi ważny ośrodek handlowy, przemysłowy i kulturalny. Jest to jedna z kilku najważniejszych miejscowości turystycznych w kraju, słynąca z pięknej architektury, licznych zabytków oraz zapierających dech krajobrazów.

Gdy przybyłam do Granady, musiałam spory kawałek, a właściwie kawał drogi by przejść z dworca autobusowego do mojego hostelu, w związku z tym już na samym początku (chcąc nie chcąc) miałam zafundowaną szybką wycieczkę krajoznawczą. Jakie było moje pierwsze wrażenie? Negatywne i to bardzo. Granada jest miasteczkiem studenckim, co bardzo rzuca się w oczy, wokół słychać wiele języków świata, zaś wszędzie unosił się zapach… marihuany!

Początkowo Granada wydała mi się po prostu brzydka. Przez pierwsze pół dnia mojego pobytu, coraz bardziej zniechęcona zastanawiałam się, czy nie wrócić do Kordoby. I pewnie by tak było, gdybym nie miała kupionego biletu do Alhambry. Jednak po przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że nie po to przejechałam tyle kilometrów, żeby  się teraz wycofać. W porównaniu właśnie z Kordobą czy Sewillą, Granada jest po prostu nijaka. Jedynie co mnie urzekło (poza samą Alhambrą oczywiście), to dzielnica Albaicin. Tam faktycznie można było poczuć klimat prawdziwej Andaluzji. Również za sprawą pewnego Pana C., który pokazał mi inne oblicze Granady, przez co zmieniłam zdanie i przekonałam się tego miasta. Co więcej – mam ochotę do niego kiedyś jeszcze wrócić 🙂

img_5417

img_5425

img_5159

img_5249

Co warto zobaczyć:

La Alhambra

Niektórzy mówią, że o malowniczości Alhambry w dużym stopniu decyduje je pejzaż: ośnieżony przez większość roku łańcuch Sierra Nevada, w którego sercu znajdują się najwyższe szczyty kontynentalnej Hiszpanii. Poeci opiewają to miejsce jako ósmy cud świata, zaś statystyki mówią, że jest to najczęściej odwiedzany zabytek w całej Andaluzji – prawdziwa perła pośród innych pamiątek przeszłości w całej Hiszpanii. Zbudowany w latach 1232-1273 bez wątpienia stanowi najpiękniejszy pałac muzułmański, jaki kiedykolwiek powstał. Tylko wielkie imperium mogło zbudować tak coś wspaniałego. A takim imperium bez wątpienia była wówczas dominacja islamu na rozległym terytorium od Chin, przez Północną Afrykę aż po enklawę Al-Andaluz na zachodnim krańcu Europy. Na szczególną uwagę zasługują bardzo liczne zdobienia i dekoracje. W skład całego kompleksu wchodzą: zamek Alcazaba, Mexuar, Dziedziniec Mirtowy, Dziedziniec Lwów, pałac Karola V oraz Generalife. Przez długi czas znajdowało się tu więzienie, dopiero w XIX wieku pałac został odbudowany z zachowaniem pierwotnego stylu, według ściśle określonych zasad architektonicznych. W 1984 roku został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Bilet kupiłam on-line, dwa miesiące przed moim przyjazdem. Powiem szczerze, że nie było łatwo, gdyż rozeszły się jak ciepłe bułeczki i nie było dużego wyboru – nabyłam jedną z ostatnich sztuk. Cale szczęście, że ogarnęłam się z tym odpowiednio wcześniej, po potem byłby płacz i lament 🙂 Przyznaję, że La Alhambra była wisienką na torcie mojej ostatniej wędrówki po Andaluzji. Całkowicie zrekompensowała moje wcześniejsze narzekania na miasto. Słusznie, że wszyscy zachwycają się tym miejscem, bo w pełni na to zasługuje. Najpiękniejszym, jednocześnie najbardziej popularnym i najbardziej obleganym miejscem jest pałac Nasrydów, o którym więcej napiszę więcej innym razem. Tak jak wcześniej wspomniałam o La Mezquicie w Kordobie, teraz także piszę: La Alhambra jest miejscem, które koniecznie trzeba zobaczyć przed śmiercią 🙂 Na obejście tego obiektu trzeba poświęcić kilka godzin, mi to zajęło około pięciu. I nie był to szybki spacer, jak to miewam w zwyczaju. Ty razem była to spokojna przechadzka w promieniach słońca, rozkoszowanie się świeżym powietrzem i zachwycanie pięknymi obiektami. Brakuje mi słów, żeby opisać to, co tam widziałam. Po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy 🙂

img_5334

img_5339

img_5364

img_5365

img_5370

img_5388

16830160_10211858443006900_617325108_n

El Generalife

Pałac ten powstał za czasów panowania Muhammada III, na początku XIV wieku i miał pełnić funkcję letniej, nieoficjalnej rezydencji władców muzułmańskich. W skład tego kompleksu wchodzą najstarsze z zachowanych do dzisiaj ogrodów mauretańskich. Jeden z nich, tzw. „Ogród Sułtanki”, uważany jest za miejsce schadzek żony Abu I Hasana z jej kochankiem. To idealna strefa odpoczynku po trudach zwiedzania całego kompleksu.

img_5257

img_5258

img_5263

img_5265

img_5267

La Catedral de Granada

Budowa gmachu rozpoczęła się w latach 20. XVI wieku. Początkowo miała to być świątynia wybudowana w stylu gotyckim, ale ostatecznie jest jedną z najznakomitszych przykładów hiszpańskiego renesansu. Całkowite zakończenie gmachu zajęło jednak niemal dwa wieki. Warto zwrócić uwagę na fasadę główną, wzorowaną na rzymskich łukach triumfalnych – miała ona opiewać zwycięstwo katolicyzmu nad islamem w Europie.

Tak jak już niejednokrotnie wspominałam, nie urzekają mnie miejsca sakralne – poza pewnymi wyjątkami. No i tak właśnie było w przypadku katedry w Granadzie. Wstęp kosztował 5 euro, ale powiem szczerze – nie było warto. Kościół jak każdy inny, jedynie co go wyróżniało to wielkość, bo był naprawdę duży. Umiejscowiony w samym sercu miasta, otoczony nowoczesnymi budynkami, z zewnątrz był niedostępny do sfotografowania.

img_5163

img_5167

img_5200

img_5423

Alabaicin

Najstarsza dzielnica miasta, umiejscowiona na wzgórzu, z którego rozpościera się wspaniały widok na Alhambrę. Cechą charakterystyczną są wąskie uliczki, przy których podziwiać możemy pozostałości architektury Maurów. Najciekawszymi obiektami są fragmenty łaźni arabskich, na terenie których założono muzeum archeologiczne oraz kościół San Salvador, który podobnie jak reszta świątyń, zbudowany został na gruzach mauretańskiego meczetu. Warta naszej uwagi jest również architektura budowli inspirowana Afryką Południową.

img_5210

img_5234

img_5240

img_5391

Mirador de San Nicolaus

To najsłynniejszy punkt widokowy, w którym możemy podziwiać Alhambrę z daleka. Znajduje się w dzielnicy Albaicin i trochę trzeba się natrudzić, żeby pośród ciasnych uliczek wspiąć się na szczyt. Stąd podziwia się Alhambrę w całej okazałości z ośnieżoną Sierrą Nevadą w tle. Obok tarasu widokowego stoi najstarszy kościół w mieście San Nicolas.

img_5226

16900395_10211858440926848_175949712_n

img_5224

img_5211

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Kordoba. Miasto magią opętane

Mniej więcej rok po mojej pierwszej wyprawie do Andaluzji, ponownie przybyłam na tereny południowej Hiszpanii. W kraju tym byłam kilka razy (w sumie w niewielu jeszcze regionach), jednak jakieś magiczne moce wabią mnie i ściągają właśnie do Andaluzji.

Za każdym razem, jak informuję moją mamę o tym, że wybieram się do Hiszpanii, zawsze słyszę ten sam komentarz: „Ale przecież już tam byłaś”. Ano byłam, nawet kilka razy i jeszcze zapewne kilkanaście razy tam pojadę. Hiszpania jest tak różnorodna, że będąc w tym kraju odnosi się wrażenie, że za każdym razem jesteśmy zupełnie gdzieś indziej. Nie potrafię wytłumaczyć mojej fascynacji i miłości do tego kraju (ok, może i są pewne racjonalne powody, ale nie będę o nich pisać 🙂 ), po prostu czuję, że w poprzednim wcieleniu byłam właśnie Hiszpanką 🙂

Prawdę mówiąc spodziewałam się, że Kordoba jest nieco większym miastem. Miałam spędzić w nim dwa pełne dni, a już po pierwszym obeszłam miasteczko wzdłuż i wszerz, oglądając wszystkie atrakcje, jakie ma do zaoferowania ciekawemu turyście. Mimo tego, że jest  małe, to andaluzyjskie miasteczko wzbudza zachwyt już od pierwszego wejrzenia. Zawsze mam w ręku plan miasta i kontroluję swoje aktualne położenie, jednak tym razem zaufałam Kordobie i pozwoliłam się poprowadzić. Totalne zatracenie i gubienie się w wąskich uliczkach sprawia, że człowiek odkrywa nie tylko miasto, ale również samego siebie i własne możliwości. Jestem pewna, że Kordoba posiada jakieś magiczne moce, które sprawiają, że przyjezdny staje się zauroczony, a nawet więcej – opętany pięknem tego miasteczka. I nie chodzi tutaj o wszechobecne cyganki-wróżbitki (na które niestety trzeba uważać), które niespodziewanie i wbrew woli zaczepiają turystów czytając im przyszłość z ręki, a gdy nie dostają zapłaty, rzucają urok i przeklinają po hiszpańsku zdezorientowanego przybysza. No cóż tak było i w moim przypadku, ale prawdę mówiąc miałam to głęboko w poważaniu (może dlatego, że od dawna wiedziałam, że ciąży już nade mną jakaś klątwa 🙂 ).

Kordoba jest miejscem kształtowanym przez trzy wielkie religie: chrześcijaństwo, islam i judaizm. To miasto hiszpańskich filozofów i poetów, a także ojczyzna najpiękniejszych kobiet w Andaluzji. Podróżnicy interesujący się historią i architekturą (szczególnie arabską)  oraz pragnący dowiedzieć się czegoś więcej o hiszpańskich tradycjach, z pewnością nie pożałują wizyty w tej części Andaluzji. W czasach swojej świetności miasto uznawane było za świadectwo ówczesnych osiągnięć architektonicznych, kulturowych i intelektualnych.

15979014_10211470767475254_2123196491_n

Co warto zobaczyć:

La Mezquita de Córdoba

Meczet uważany jest za serce starego miasta, jest jednym z najwspanialszych dzieł architektury islamu. Powstał z rozkazu Abd al.-Rahmana i został wzniesiony na ruinach świątyń rzymskiej i wizygockiej, których kolumny stały się bazą dla nowej konstrukcji. Arabscy architekci podwyższyli sufit, dzięki dostawieniu mniejszych słupów na szczycie oryginalnych kolumn i konstrukcji podwójnych łuków z czerwonego i białego kamienia. Budowla ta jest znana głownie dzięki słynnemu pomieszczeniu z lasem kolumn, a dzięki ogromnej powierzchni jest największym tego typu obiektem na skalę europejską.

Szczerze mówiąc, nie za bardzo przepadam za oglądaniem jakichkolwiek obiektów sakralnych i mało które mnie urzekają (do tej pory wyjątkiem jest Sagrada Familia i katedra w Mediolanie), jednak La Mezquita jest najważniejszym obiektem w Kordobie. To nie jest tak, że miałam pominąć ten obiekt, wręcz przeciwnie – właśnie on był głównym powodem, dla którego przybyłam do Kordoby, ale chciałam go odwiedzić o nieco bardziej cywilizowanej porze 🙂 Dlatego też, kiedy uprzejmy pan w moim hostelu powiedział, że każdego dnia, w godzinach między ósmą a dziewiątą rano wstęp do meczetu jest za darmo, trochę się skrzywiłam. No bo jak to tak na urlopie, trzeba będzie wcześnie wstać! No ale perspektywa zaoszczędzenia kilkunastu euro i ciekawość wygrały z lenistwem, także następnego ranka pognałam do meczetu, w myślach planując rozkład dnia i przeklinając w duchu, co ja tam będę robić przez całą godzinę.

Jednak to, co tam zobaczyłam w środku zwaliło mnie z nóg. Trudno jest wyrazić to słowami, ale takiej kombinacji nigdy w życiu nie widziałam. No bo jak można połączyć dwa miejsca religijnego kultu: islamu i chrześcijaństwa w jednym miejscu? W dzisiejszych czasach wydaje się to abstrakcyjne, jednak w dawnych latach (jak widać) było to możliwe. Zahipnotyzowana obeszłam każdy zakamarek meczetu, nieustannie się zachwycając i robiąc przy tym chyba z tysiąc zdjęć. Po godzinie spędzonej w tym miejscu, niemalże siłą musiano mnie z niego wypraszać, bo nie mogłam przestać się nim fascynować. Moje poranne przemyślenia i planowanie dalszego zwiedzania miasta poszły na marne, gdyż przez kolejne pół dnia duchem obecna byłam w La Mezquicie, zaś ciałem bez większego sensu krążyłam wokół obiektu, niczym sęp polujący na swoją ofiarę. Bez żadnych wątpliwości jest to miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć w swoim życiu!

img_4890

img_4913

img_4930

img_4927-kopia

15284861_10211077970175567_8489999621977916855_n

15327342_10211077973935661_6341126779517219988_n

img_4966

15253417_10211077973855659_6457057638973211410_n

Alcazar de los Reyes Cristianos

Zespół fortyfikacji został wzniesiony przez władców arabskich I przebudowany przez króla Alfonsa XI w latach 1327-28. Twierdza była siedzibą m. in. królów Katolickich – Izabeli i Ferdynanda II, a także sądu inkwizycyjnego i więzieniem. Można tu podziwiać liczne zabytki, m.in. mozaiki z okresu rzymskiego przeniesione z Plaza de la Corredera oraz łaźnie. Na szczególną uwagę zasługują ogrody, które uważane są za jedne z najpiękniejszych w Andaluzji.

Jeśli chodzi o sam budynek, to według mnie nie robi wielkiego wrażenia, ani na zewnątrz, a tym bardziej wewnątrz. Za to ogrody pałacowe nadrabiają za wszystko.

img_5108

img_5124

img_5140

img_5141

15220044_10211077977975762_6724227652510691543_n

Puente Romano

Jest to najsłynniejszy most w całej Kordobie, rozciągający się nad rzeką Gwadalkiwir. Przez 20 stuleci stanowił jedyny most w mieście. Powstał w I w n.e. za czasów panowania Cesarstwa Rzymskiego. Jego długość wynosi ok. 330 m i składa się z 16 łuków. Od 1994 r. most widnieje na liście UNESCO.

Miejsce idealne na romantyczne spacery i miłosne schadzki. Najpiękniej prezentuje się o zachodzie słońca. Most położony jest w takim miejscu (blisko La Mezquity), że jak za każdym razem go mijałam (a było to bardzo często), to nie mogłam się oprzeć i musiałam się po nim przejść, by co jakiś czas móc poczuć magię miasta.

img_4991

15355913_10211077954775182_1558235779_n

img_4880

Templo Romano

Pozostałości dawnej rzymskiej świątyni znajdują się nieopodal ratusza miejskiego. Pierwotnie budowla stała na podium i miała przy wejściu sześć kolumn korynckich. Obecnie można tu zobaczyć kilka kolumn i trochę mniejszych pozostałości.

img_5074

Plaza de la Carredera

Znajduje się w starej części miasta. Na pierwszy rzut oka przypomina Plaza Mayor w Madrycie. W dawnych czasach używany był jako arena do walk (pomimo, że zbudowany jest na planie prostokąta), stąd też zresztą wywodzi się jego nazwa, podobnie jak  jednej z odbiegających od placu uliczek. Tutaj też odbywały się krwawe egzekucje, różnego rodzaju zgromadzenia, obchody i uroczystości.

img_5068

img_5070

La Calleja de las Flores

Jest to słynna uliczka usłana kwiatami znajdująca się w żydowskiej części miasta. Liczne kwiaty stoją w niebieskich donicach na balkonach, parapetach okien oraz na fasadach budynków. Wąska uliczka kończy się niewielkim placem, z fontanną na środku i widokiem na wieżę katedralną. Jest to jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc w Kordobie. Niesamowite jest to, że w połowie listopada, rośliny nadal mają zielone liście, a gdzieniegdzie nawet kolorowe kwiaty! Jestem bardzo ciekawa, jak w takim razie uliczka musi cudownie wyglądać wiosną i latem. Chyba niebawem muszę to sprawdzić 🙂

img_5015

img_5018

15338826_10211077971135591_6674641242508217471_n

Juderia i wspaniałe uliczki

To właśnie w tych urokliwych uliczkach zatracałam się całymi (a właściwie tylko dwoma) dniami. Włóczyłam się, gubiłam się, rozkoszowałam się pięknem i odkrywałam magię miasta. Ach, koniecznie muszę tam jeszcze wrócić!

15978128_10211470761995117_654194755_n

img_5006

img_5020

img_5058

img_5057

img_5041

img_5064

15327383_10211077976255719_8250631657887442210_n

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Być jak Antoni Gaudí

Nazywany jest twórcą bajkowej architektury, a budowle jego projektów stały się symbolem stolicy Katalonii i są rozpoznawane na całym świecie. Wszyscy wiedzą co to Sagrada Familia, nawet jeśli nigdy nie byli w tym mieście. Z kolei Park Güell jest ulubionym miejscem schadzek zakochanych par. Mieszkańcy Barcelony mają powody do dumy, gdyż żadne inne miasto nie może pochwalić się tak wybitnym architektem, z tak bujną wyobraźnią.

Antoni_Gaudi_1878Dzieciństwo i kariera

Antonio Gaudí, a właściwie Antoni Plàcid Guillem Gaudí przyszedł na świat 25 czerwca 1852 w miejscowości Reus w Katalonii. Mieszkańcy oddalonego o kilka kilometrów niewielkiego Riudoms uparcie twierdzą jednak, że mistrz urodził się u nich i do dziś spierają się o swojego artystę.

Gaudí był bardzo chorowitym dzieckiem – cierpiał na reumatyzm, przez co rzadko kiedy opuszczał dom. Niektórzy twierdzą, że to właśnie wtedy wykształciła się u niego niezwykła wyobraźnia. Był samotnikiem i sprawiał wrażenie człowieka pogrążonego we własnym świecie. Choroby, z którymi borykał się w latach młodzieńczych wpłynęły też na jego późniejszy, aktywny tryb życia oraz dbałość o dietę (Gaudí był wegetarianinem).

Artysta swoją naukę rozpoczął w Reus, w szkole pijarskiej. Jak sam twierdził, zawdzięczał jej poznanie prawdziwej wartości nauki chrześcijańskiej, która miała ogromny wpływ na jego twórczość. Nie był pilnym uczniem, ale był świetny w tworzeniu rysunków do gazetki szkolnej i scenografii. Już w tym okresie swojego życia, Gaudí próbował zaprojektować restaurację klasztoru w Poblet.

W 1876 r. wraz z ojcem i siostrzenicą przeprowadzili się do Barcelony. Tam też rozpoczął studia w Escula Tecina Superior de Arquitectura. Z powodu kłopotów finansowych zmuszony był podjąć się pracy. Zarabiał jako asystent barcelońskich architektów: Francisco Villara, Josepa Fontsere i Joana Martorella. To właśnie ten ostatni wprowadził Gaudíego na salony architektury. W 1878 r. dzięki nowatorskim projektom i świetnemu rysunkowi, młody architekt otrzymał dyplom i rozpoczął praktykę zawodową.

Twórczość Gaudíego

Na początku kariery zawodowej Artysta brał każde zlecenie: projektował kioski, bramy wjazdowe, płoty i mury. Dzięki znajomościom ze słynnymi architektami nie narzekał na brak klientów. Jego projekt gabloty dla sklepu fabrykanta rękawiczek, Esteve Comelli, doczekał się premiery na Wystawie Światowej w Paryżu w 1878 roku.

(tapeciarnia.pl)207736_barcelona_modernistyczne_budynki_projektu_gaudiego_panorama_miastaPierwszym poważnym projektem była praca nad rezydencją dla przedsiębiorcy Manuela Vicensego. Casa Vicens łączyła w nowatorski sposób wpływy mauretańskiej architektury z neogotykiem. Przełomowym momentem w życiu architekta było poznanie Eusebio Güell, z którym połączyła go wieloletnia przyjaźń. Barceloński przemysłowiec docenił pomysły młodego architekta i był fundatorem oraz wykonawcą wielu jego projektów.

W twórczości Gaudíego można znaleźć odniesienia do gotyku. Jego znakiem rozpoznawczym było użycie łuków, płynnych zawiłych deseni i organicznych form. Architekt tworzył budynki przypominające kształty, które można znaleźć w przyrodzie i podwodnym świecie. Testował różne materiały, a na etapie projektowania wykorzystywał lustra i zwierciadła. Wszystko po to, aby stworzyć takie dzieła jak: Casa de los botines w León, Park Güell, Casa Batlló, Casa Milà (La Pedrera), Villa Qiujano czy wreszcie Sagrada Familia.

La Sagrada Familia

To bez wątpienia najważniejsze dzieło jego życia. Prawdopodobnie żaden inny przybytek sakralny na świecie nie wzbudza tylu emocji co ta barcelońska katedra. Jest jedną z najbardziej charakterystycznych budowli jakimi może pochwalić się Hiszpania.

W 1883 roku Gaudí przejął kierownictwo prac nad rozpoczętą rok wcześniej budową kościoła, która w założeniu miała być katedrą biedaków. Początkowo bazylika była bardzo prosta – kościół w stylu neogotyckim na planie krzyża. Gaudí dostosował projekt do swojego stylu, nadając mu niepowtarzalny charakter i spędzając nad nim 15 ostatnich lat swego życia. W chwili jego śmierci gotowa była tylko jedna z trzech głównych fasad. Niemniej prace budowlane były nadal kontynuowane i trwają po dzień dzisiejszy.

Projektując katedrę, Gaudí czerpał inspirację ze świata przyrody, która miała przypominać jeden, ogromny organizm. Każdy z elementów bazyliki różni się od innych i był rzeźbiony osobno, zgodnie z zasadą, że w przyrodzie nie ma dwóch jednakowych rzeczy. Główna część kościoła (Fasada Narodzenia, złożona z trzech portali: Wiary, Nadziei i Miłości) ukończona była jeszcze za życia Artysty. Od ponad 20 lat w budowie jest natomiast Fasada Pasji, którą tworzą smutne figury wyrażające bolesne tajemnice różańca. Nad kościołem wznosi się osiem z dwunastu zaplanowanych iglic, symbolizujących dwunastu apostołów i mierzących ponad 100 metrów wysokości.

Choć La Sagrada Familia powstaje już przez ponad sto lat, z powodu deficytu finansowego daleko jeszcze do jej całkowitego ukończenia, które jest przewidziane na rok 2026. Problemem są również projekty Gaudíego, zniszczone w czasie wojny domowej. Mimo tego nawet niedokończona bazylika robi ogromne wrażenie i jest  obowiązkowym punktem w trakcie wycieczki po Barcelonie.

sagrada-familia

Tragiczna śmierć

Praca nad budową bazyliki była sensem życia Gaudíego, dlatego też w 1920 r. postanowił zamieszkać na placu budowy. Coraz bardziej tracił też wówczas kontakt ze światem, a jego stan zdrowia bardzo się pogarszał. Regularnie chodził jednak do odległego o 15 km kościoła Santo Felipe Neri. Ta codzienna pielgrzymka wymagała przejścia przez ruchliwą ulicę Gran Via, a widok przejeżdżających tam tramwajów ogromnie go denerwował. To właśnie jeden z nich 17 czerwca 1926 roku doprowadził do tragicznego wypadku, w wyniku którego artysta został potrącony. W szpitalu nikt nie był w stanie go rozpoznać i został wzięty za włóczęgę, ponieważ miał na sobie kapcie i ubranie związane sznurkiem, z kieszeniami pełnymi orzechów. Zmarł w przeciągu trzech dni.

Jego śmierć bardzo poruszyła mieszkańców Barcelony. Na ulicach zgromadziły się tysiące żałobników, a na pogrzeb przyszły tłumy. Chociaż nie wszyscy byli wielbicielami architektury Gaudíego, to podziwiali go jako człowieka i lokalnego patriotę, który gorąco kochał Katalonię i rzadko ją opuszczał. Wedle własnego życzenia, artysta został pochowany w podziemiach katedry, a do jego grobu każdego roku tłumnie przybywają pielgrzymki.