Lovćen. Miejsce, w którym mogłabym umrzeć

Świat jest fascynujący, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Istnieją takie miejsca, które nie są doceniane, pomijane, wciąż nieodkryte albo po prostu zapomniane, chociaż znajdują się tuż za przysłowiowym rogiem. Takim miejscem jest Czarnogóra, do której „wybierałam się” trzy razy i to właśnie za trzecim razem w końcu się udało.

To maleńki kraj wielkości województwa Mazowieckiego, upchnięty pomiędzy Serbię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Kosowo i Albanię. Wielu sądzi, że nic tam szczególnego nie ma i wybierają na wakacje popularniejszą Chorwację. A ja się nie zgodzę i powiem, że jest tam wiele wspaniałych miejsc. O Kotorze, który również mnie zachwycił, pisałam w osobnym poście. Tym razem chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z innego miejsca, które sprawiło, że umarłam z zachwytu. A mianowicie o Parku Narodowym Lovćen, a konkretniej o najwyższym dostępnym szczycie Lovćen – Jezerski vrh.

Park narodowy Lovćen położony jest blisko wybrzeża – w linii prostej jest to ok. 25 kilometrów, ale dojazd do samego mauzoleum z Budvy to 52km i ponad godzina jazdy w związku z krętymi serpentynami. Park narodowy Lovćen zorganizowany jest wokół dwóch bliźniaczych szczytów: Štirovnik (1749m.n.p.m.) i Jezerski vrh (1657m.n.p.m). Z obu szczytów widać panoramę Czarnogóry – na północy góry Durmitor, na południowym wschodzie Jezioro Szkoderskie, na południu morze, na zachodzie Bokę Kotorską.

Na szczycie tego wzniesienia (1660 m n. p. m.) znajduje się Mauzoleum Niegosza. Ten pan był niegdyś najsłynniejszym władcą Czarnogóry, a przy tym także biskupem i poetą. Kazał wybudować mauzoleum dla swojego poprzednika, który był jednocześnie jego wujem. Jednak na łożu śmierci wyznał, że sam chciałby być tam pochowany. Początkowo nie spełniono jego prośby, a po wielu zawirowaniach kaplicę odbudowano w 1925 roku i ostatecznie jego ciało tam spoczęło. Trudno mu się dziwić, bo kto by nie chciał być pochowany w takim miejscu?

By dostać się do mauzoleum, trzeba pokonać tunel z 461 kamiennymi schodami. Wchodzi się łatwo i  wygodnie, w cieniu i lekkim przeciągu, co latem przy promieniach czarnogórskiego słońca jest szalenie istotne. Zbudowano je w latach 1951-1974 roku. Tunel prowadzi wprost do mauzoleum, przed którym stoją dwa ogromne pomniki czarnogórskich kobiet. Wewnątrz znajduje się ogromny posąg Niegosza, a za nim mała krypta usłana „złotem”, z prostym sarkofagiem pośrodku.

Jednak największą atrakcję stanowi punkt widokowy w kształcie okręgu, który znajduje się tuż za mauzoleum. Prowadzi do niego krótki chodnik zbudowany na grani. Widok z niego jest po prostu oszałamiający,a niekończące się górskie szczyty zapierają dech. Jednak plaga natrętnych  i niezidentyfikowanych fruwających robali (widać je na niektórych zdjęciach), które zachowywały się tak, jakby były niewidome, bo latały na oślep, skutecznie odstraszała. Czuję pewien niedosyt, bo zamiast w pełni cieszyć się wspaniałymi widokami musiałam uważać, żeby nie połknąć żadnego z nich. W rezultacie na szczycie spędziłam łącznie może 15 minut, w pośpiechu robiąc zdjęcia i starając się nasycić wzrok tym wspaniałym krajobrazem.

Już sama trasa prowadząca do mauzoleum hipnotyzuje. Niekończące się serpentyny wprawiały w osłupienie. Widoki są oszałamiające. Ja z całą pewnością umarłam z wrażenia i zachwytu.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Kotor. Czarna perła Adriatyku

Wyjazd do Czarnogóry planowałam kilka razy, ale dopiero za trzecim razem w końcu udało mi się tam dotrzeć. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tyle zwlekałam i ciągle przekładałam ten wyjazd. Zdaje się, że na swoją obronę mam tylko nieświadomość tego, jak wspaniałe krajobrazy i zjawiska przyrodnicze tam występują. Coś musi być w tym powiedzeniu, że „do trzech razy sztuka” 🙂

Kraj wielkości województwa mazowieckiego kryje w sobie wspaniałe skarby natury i architektury. Tak, jak w tamtym roku wróciłam zachwycona Słowenią, to wierzcie mi – Czarnogóra jeszcze bardziej skradła moje serce 🙂 Przede wszystkim Kotor i cała malownicza Boka Kotorska, dlatego zacznę najpierw od tego miejsca.

Kotor to jedno z najlepiej zachowanych na terenie byłej Jugosławii średniowiecznych miast. Otoczony z trzech stron górami był trudno dostępny, a opasany dodatkowo grubymi murami obronnymi – wręcz nie do zdobycia. Miasto ma śródziemnomorski charakter: pełne jest wąskich uliczek, nieregularnych  placyków, świątyń i pałaców. Niesymetryczny układ Kotoru pochodzi jeszcze z okresu średniowiecza. Wiele spośród zabytków jest nieodrestaurowanych, zwłaszcza te znajdujące się na uboczu głównych tras turystycznych. W 1979 r. Kotor został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Przechadzając się po wąskich uliczkach Kotoru, można poczuć magię tego miasta. Już na samym wejściu przy głównej bramie witam przybyszów przysadzista wieża zegarowa, zwana Gradskim toranjem, która została wybudowana przez Wenecjan w 1602 r. Chociaż starówka jest maleńka, nie da się tam nudzić. Ulice na starym mieście nie mają nazw, a w ich plątaninie bardzo łatwo zabłądzić. Przechadzając się nimi możemy napotkać między innymi kameralny placyk, przy którym stoi romańsko-gotycki kościół św. Michała czy katolicka katedra św. Tryfuna, która jest najbardziej znaczącym romańskim zabytkiem na terenie Czarnogóry.

Największą jednak atrakcją jest twierdza rozciągająca się nad miastem. Z placu Pijaca od salate pną się schody, które prowadzą do usytuowanych na zboczu murów obronnych. Część przybrzeżną miejskich fortyfikacji zbudowali jeszcze Ilirowie, jednak zdecydowana większość umocnień została wzniesiona przez Wenecjan, a prace nad nimi trwały do XVIII wieku. Długość murów, które pną się do wysokości 260 m n.p.m. wynosi 4,5 km, a szerokość dochodzi do 15 metrów. Dzięki tak potężnemu systemowi obronnemu, miasto mogło skutecznie odpierać ataki zarówno od strony morza, jak i lądu.

Trzeba się jednak napocić, by dostać się na szczyt, by podziwiać prawdziwe piękno tej perełki. Upał nie ustawał, dlatego postanowiłam się wspiąć na twierdzę wieczorem, kiedy będzie nieco chłodniej, a zachód słońca pięknie oświetli zatokę. Zdecydowałam się na alternatywną trasę, trochę „na dziko”. Nie jest ona nigdzie oznaczona, bo mapy turystyczne wskazują tylko jedno wejście, za które naturalnie trzeba zapłacić (8 euro). Jednak uprzejme dziewczyny w moim hostelu wytłumaczyły, jak dostać się na górę inną drogą. Szczerze powiem, że wcale nie żałuję tej decyzji, bo schodząc później po schodkach na „głównej” trasie było bardzo ślisko. Zaczęłam wspinać się sama, dopiero później dostrzegłam na sobą innych turystów. Jednak w pewnym momencie wyprzedził mnie chłopak, który powiedział mi potem na szczycie, że miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z wężem. Nic mu się na szczęście nie stało, na strachu jedynie się skończyło, ale gdyby nie on, to wtedy ja spotkałabym tego gada, a wtedy zawał serca murowany 🙂

O widokach po drodze i na szczycie nie będę opowiadać, bo brak mi słów na opisanie tego, co tam widziałam. Po prostu zobaczcie sami, czym tak bardzo się zachwyciłam 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.