Baku. Kraina szklanych domów

Pamiętacie „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego? Pojawia się tam mit szklanych domów, który jest jednym z najważniejszych symboli pojawiających się w tej książce,  będący wyobrażeniem marzenia o idealnym kształcie nowej Polski. Historię o szklanych domach opowiada Cezaremu Baryce jego ojciec w trakcie podróży z Baku do ojczyzny. Seweryn Baryka tłumaczy synowi, że Polska to kraj o najwyższym poziomie cywilizacyjnym, w którym buduje się domy ze szkła. Surowiec ten jest wytwarzany w nadmorskich fabrykach, a następnie wykorzystywany do konstrukcji nowoczesnych budowli. Domy wykonane ze szkła są czyste, niezwykle wygodne i higieniczne. Zostały wyposażone w specjalny system grzewczy i chłodzący. Stanowią więc idealne połączenie estetyki i komfortu. Mit o szklanych domach w pierwszej kolejności można więc odczytywać jako synonim postępu cywilizacyjnego, a Baku z całą pewnością jest miastem, które w szaleńczym tempie zalicza rozwój technologiczny i architektoniczny. Dlaczego wspominam o szklanych domach, które miały przecież znajdować się w Polsce? W stolicy Azerbejdżanu szklane domy nie są żadnym mitem, a rzeczywistością.

Przed wyjazdem wielu moich znajomych pukało się w czoło i zastanawiało, co ja znowu wymyśliłam. Pytali: „Ale, że gdzie?”, „Nie ma takiego kraju” albo „Gdzie Ciebie znowu niesie?”. Dla mnie tajemniczy, fascynujący i egzotyczny kraj. Dla innych niebezpieczny, zacofany i dziki koniec świata. Jak to jest z tym Azerbejdżanem?

Azerbejdżan nazywany jest „Krainą Ognia” i z całą pewnością jest państwem pełnym kontrastów i przeciwieństw, zawieszone gdzieś pomiędzy Europa a Azją. Można w nim znaleźć zarówno ślady starożytnych imperiów, jak i nowoczesny naród, ulegający ekspresowej transformacji dzięki ogromnym dochodom z ropy naftowej. Stolica kraju – Baku – to kosmopolityczne miasto położone nad Morzem Kaspijskim. Niewiele jest miast  na świecie, które zmienia się w tak szaleńczym tempie. W ostatnim dziesięcioleciu w Baku „wyrosło” wiele drapaczy chmur, które zastępują lub zasłaniają ponure bloki mieszkalne z czasów ZSRR. Swoje miejsca maja też zakochani spacerujący po zielonych parkach czy promenadzie nad brzegiem Morza Kaspijskiego, którego zielono-błękitne wody pozwalają szybko zapomnieć o tym, że miasto otaczane jest przez rozległe pustynie.

Stare Miasto

Zabytkowym sercem Baku jest Stare Miasto, które widnieje na liście UNESCO. To właśnie tam znajdują się najciekawsze zabytki, klimatyczne restauracje z lokalnym jedzeniem i całe rzesze barwnych sklepów z dywanami, od których można oczopląsu dostać. Krążąc po zaułkach i uliczkach Starego Miasta, wielu sprzedawców zachęcało mnie, żebym kupiła od nich jedwabny dywan za 16 tys. euro, ale akurat nie miałam  przy sobie drobnych 😉 A tak na serio, to miałam wielka ochotę kupić jakiś dywan, bo były cudowne, ale niestety nie dałabym rady go ze sobą zabrać – tylko bagaż podręczny wchodził w rachubę 😦 Kiedy w odpowiedzi na pytanie skąd jestem, odpowiadałam zgodnie z prawdą, że z Polski, to zapraszali mnie na herbatkę do siebie do sklepu 🙂 Z jednej propozycji nawet skorzystałam, miło spędzając czas i plotkując przy aromatycznym caju o mojej podróży, o moim kraju i Azerbejdżanie. Zaskakujące było to, że Azerowie posiadają dużą wiedzę o Polsce i z fascynacją opowiadają o swoich doświadczeniach. Każdy, z kim zamieniłam kilka zdań, albo pracował kiedyś w moim kraju, albo był na wycieczce, albo ktoś z rodziny tam wyjechał. Bardzo miłe i rzadko spotykane zjawisko.

Strzelista kamienna wieża o wysokości 29 m i licząca ponad 1000 lat to jeden z najbardziej znanych zabytków Baku. Ze szczytu rozpościera się widok na Zatokę Bakijską i stare Miasto. Jej nazwa tłumaczona jest jako „Baszta Dziewicza” i wiąże się z tym, że była niedostępna dla wrogich wojsk, które miały problem z jej zdobyciem. Dokładnie naprzeciwko Baszty Dziewiczej znajdują się liczne wykopaliska archeologiczne. Idąc dalej natkniemy się na Meczet „Piątkowy” zbudowany w 1899 r., ozdobiony misternymi płaskorzeźbami. Do dnia dzisiejszego służy mieszkańcom miasta.

Promenada

Do Starego Miasta najlepiej (i najprzyjemniej) dostać się piechotą, przechadzając się po tamtejszej promenadzie, która ma się wrażenie – ciągnie się przez pół miasta. Po jednej stronie możemy podziwiać liczne parki, karuzele i malutkie kawiarenki, zaś po drugiej rozciąga się widok na Zatokę Bakijską. Na końcu bulwaru można wsiąść do Funtrain, czyli kolejki, która zawiezie nas na wzgórze w okolice Ognistych Wież. Tam rozpościera się przepiękny widok na miasto i całą Zatokę.

Ogniste Wieże

Ogniste Wieże to najbardziej charakterystyczne drapacze chmur w Baku. Trzy faliste wieże z błękitnego szkła tworzą architektoniczną wizytówkę tego miasta. Mają od 28 do 33 pięter wysokości i są tak potężne, że największe wrażenie robią, gdy się je podziwia z odległości. W jednej wieży znajduje się hotel, w drugiej biurowce, a w trzeciej ekskluzywne apartamenty. Najpiękniej prezentują się nocą, tworząc ogromny ekran, na którym odbywa się pokaz świateł. O ile mi się wydaje, to mają 5 albo 6 animacji, na pewno zapamiętałam flagę Azerbejdżanu, krople wody, ale najpiękniejsza gra świateł to płomienie.

Muzeum Dywanów

Na uwagę zasługuje nietypowe muzeum, a mianowicie Muzeum Dywanów. Niestety nie udało mi się wejść do środka, bo akurat wtedy było zamknięte 😦 Z zewnątrz wygląda przekomicznie: muzeum zostało zaprojektowane na wzór zawiniętego  dywanu 🙂 Mnie osobiście przypominał ogromnego naleśnika 😀 Można tam obejrzeć zbiór (ponoć przepiękny) azerskich dywanów, a także poznać ich niezwykłą historię.

„Szklane domy”

Na koniec powracam do wspomnianego wcześniej wątku o szklanych domach. Mowa o bakijskich drapaczach chmur, które co prawda z tradycyjnym domem nie mają nic wspólnego, ale z całą pewnością należą do czołówki najnowocześniejszych budynków świata. Różne kształty i rozmiary przyprawiają o zawrót głowy.

Centrum Kuturalne im. Hejdara Alijewa

Do najnowocześniejszych budynków zalicza się Centrum Kulturalne im. Hejdara Alijewa. To przeogromny budynek zaprojektowany przez muzułmankę, znakomitą architekt  Zahę Hadid. Jest to doskonały przykład bryły charakterystycznej dla XXI wieku. Mnie osobiście przypominał ogromny statek kosmiczny. W środku organizowane są koncerty i wystawy. Podobny gdy się patrzy na budynek z lotu ptaka, można zauważyć, że kształtem przypomina sygnaturę podpisu Hadid.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Xinaliq. Kaukaskie Machu Picchu

Gdzieś w Azerbejdżanie, na jego końcu świata, ukryta wysoko w górach znajduje się maleńka wioska, w której ludzie żyją skromnie i mówią własnym, nikomu niezrozumiałym językiem. Wioska ta nosi nazwę Xinaliq (lub Hinalug lub Khinalug). Planując swoją wyprawę do tego kraju wiedziałam, że koniecznie muszę tam pojechać. Właściwie poza Baku, to był drugi punkt mojej podróży po Azerbejdżanie.

Kilka godzin jazdy autobusem lub samochodem od miasta Quby, miasta znajdującego się w północnym Azerbejdżanie, gdzie droga wiedzie przez malownicze wąwozy i ośnieżone szczyty gór, na wysokości około 2300 m n.p.m. leży jedyna w swoim rodzaju wioska – Xinaliq. Do niedawna nieznana i niedostępna była nawet dla większości Azerów. Jest to nie tylko najwyżej położona wieś w Azerbejdżanie, ale również w Europie. Mieszkańcy wioski wierzą, że ich przodkowie wysiedli tutaj prosto z Arki Noego, która miała zatrzymać się na płaskim wierzchołku góry. Można odnieść wrażenie, że Xinaliq leży na szczycie jakby ściętego wierzchołka góry, przypomina twierdzę, a niektórzy nazywają go kaukaskim Machu Picchu.

fot. Trip Advisor

Starożytna wioska Xinaliq to miejsce, które bez wątpienia robi piorunujące wrażenie. Jednak sama trasa z Quby, która jest niezwykle malownicza, również stanowi atrakcję sama w sobie. Droga wiedzie najpierw lasem, a następnie prowadzi wąwozami, by w końcu wyłonić się w oszałamiającej i zapierającej dech górskiej dolinie. Muszę przyznać, że całą tę trasę (w obie strony) jechałam z nisko opadnięta szczęką. Mało rzeczy robi na mnie szczególne wrażenie, ale trasa do Xinaliq totalnie mnie zachwyciła. Momentami nie jest zbyt bezpieczna, śliska, pełna zwężeń i skarp. W pewnym momencie musieliśmy zmienić samochód na „terenowy”, który miałam wrażenie, że rozpadnie się po drodze na drobne kawałki, a kierowca jechał jak opętany. Na w obie strony szczęście dotarliśmy w jednym kawałku 🙂

Aktualnie dojazd do celu jest prosty, ale jeszcze niespełna pół wieku temu Xianliq było górską wioską praktycznie odciętą od świata. By dostać się do cywilizacji trzeba było pokonać ponad 20 kilometrów pieszo lub konno po trudnym, wysokogórskim terenie. Położenie wioski sprawiło, że przez około 2000 (niektóre źródła podają, że nawet 5000) lat mieszkańcy Xinaliq żyli w odosobnieniu, pielęgnując odrębne, pradawne zwyczaje i tradycje – uznano ich za osobne plemię. Język którym posługują się tubylcy jest niepodobny do żadnego innego na Ziemi. Nawet sami Azerowie nie są w stanie go zrozumieć. Składa się z siedemdziesięciu siedmiu głosek i ma siedemnaście przypadków.

Wioska liczy obecnie nieco ponad 300 domów, a populacja w 2007 roku wynosiła 2075 ludzi. Niektóre z domów mają ponad 200 lat. Tamtejsza architektura jest bardzo charakterystyczna –  dach jednego domu służy również jako dziedziniec domu położonego wyżej na wzgórzu. Wszędzie wokół suszy się krowi nawóz wykorzystywany jako opał. Prawie nie ma ulic, tylko strome ścieżki prowadzące do kamiennych gospodarstw. Mieszkańcy żyją z wypasania owiec, które są niezwykle dla nich ważne – dają nie tylko mleko i mięso, ale także wełnę. W Xinaliq znajduje się jedna szkoła dla wszystkich dzieciaków, maleńkie muzeum, w którym jest wszystko i nic 🙂  Mieszkańcy tego rejonu mają również swoją bazę wojskową, umiejscowioną opodal, na skraju wzgórza.

Xinaliq staje się miejscem coraz bardziej znanym i popularnym, dlatego teraz mieszkańców nie dziwi widok licznie przybywających turystów. Jednak jeszcze pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku, obcy przybysze wzbudzali nie lada sensację. Przełom nastąpił w drugiej połowie 2006 roku, gdy w związku z przyjazdem prezydenta Ilhama Alijewa , droga z Quby została wyasfaltowana.

Co ciekawe, na tym azerskim końcu świata, w wiosce ukrytej wysoko w górach, gdzie nie dociera praktycznie żadna cywilizacja, spotkałam dwunastoletnie dziewczynki, które sprzedawały własnoręcznie wydziergane rękawiczki i skarpetki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dziewczynki te płynnie mówiły… po angielsku! Nie jest to takie oczywiste, gdyż nawet w Baku – stolicy kraju nie każdy znał ten język. Gospodarz, do którego zawitaliśmy na obiad, również posługiwał się angielskim, jednak nie w tak  zaawansowanym stopniu, jak napotkane dziewczynki. Zabawne było, kiedy kazał nam odgadnąć ile ma lat. Wszyscy szacowaliśmy przedział wiekowy 60-70 lat (bo na tyle wyglądał), a okazało się, że liczy… 47 wiosen! 🙂 Surowy, górski klimat i ostre słońce sprawiają, że ludzie szybciej się tam starzeją, czego przykładem był sympatyczny gospodarz 🙂

Czuję wielki niedosyt, gdyż nie zdołałam nasycić się tymi oszałamiającymi widokami. Zbyt mało czasu tam spędziliśmy, bo jednodniowa wycieczka to zdecydowanie za krótko. Plan na następny raz: pojechać do Xinaliq na co najmniej jedną noc i obudzić się w pokoju z widokiem na te cudowne góry 🙂 Już nie mogę się doczekać 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Ałtyn Emel. Dziki wschód Kazachstanu

Co mi się kojarzyło z Kazachstanem zanim się tam pojawiłam? Przede wszystkim z ogromnymi przestrzeniami. I miałam rację, bo odległości – nie tylko w miastach i między miastami – ale również na łonie natury są przeogromne. Znajdujący się na południu kraju Park Narodowy Ałtyn Emel jest tego żywym dowodem.

Na pierwszy rzut oka Ałtyn Emel przypomina powierzchnię księżyca. Wydaje się, że poza żwirową „drogą”, jakimiś pojedynczymi suchymi badylami po poboczach oraz oddalonymi szczytami górskimi nic nie ma. Sceneria rodem z amerykańskich westernów. Park wygląda na miejsce surowe i nieprzyjazne do zamieszkania, ale to tylko pozory, ponieważ obfituje w zamieszkujące go istoty –  około 270 gatunków zwierząt. Miałyśmy szczęście, bo w trakcie podróży widziałyśmy stado dziko żyjących wielbłądów 🙂 Moje współtowarzyszki widziały również węże i setki myszoskoczków (?), które niczym torpedy uciekały przed naszym samochodem.

No właśnie, bez własnego środka transportu ani rusz. Park zajmuje powierzchnię 4600 km kwadratowych, dlatego warto przyjechać tu na dłużej niż jeden dzień. Tym bardziej, że główne atrakcje dzielą spore odległości. Park leży na wysokości 1000–1200 m n.p.m. i prawie ze wszystkich stron otaczają go góry. Na jego obszarze występują pustynie, półpustynie, kamieniste i gliniaste równiny, a także wszechobecny step. Co ciekawe, w czasach sowieckich wstęp na teren Ałtyn Emel był zabroniony, a Park Narodowy utworzono dopiero w 1996 roku, zaś 6 lutego 2002 roku został zgłoszony do wpisania na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nazwa „Ałtyn Emel” oznacza Złote Sidło, a jego nazwę nadał sam Chingis Chan. Wielkiemu wodzowi najprawdopodobniej skojarzyła się ona z nim którąś z przełęczy, ale do dzisiaj nie jest wiadomo z którą.

Na terenie parku znajdują się 3 obozy campingowe. My korzystałyśmy z dwóch (a na każdym z nich nie chcieli od nas żadnej zapłaty!). Na pierwszym campingu tzw. „rangersi” (czyli strażnicy parku) urządzili nam powitanie godne samej Królowej Elżbiety. Na „dzień dobry” przynieśli nam po kieliszeczku wysokoprocentowego lokalnego trunku (ichniejsza wódka), a potem przepyszne, świeże warzywa do kolacji. Ci bardziej dżentelmeńscy pomogli nawet rozbić namiot naszym współtowarzyszkom. Potem zafundowali nam niebanalną atrakcję jaką było podziwianie karpiowatych ryb w ich stawiku 🙂 Na sam koniec urządzili huczne „przyjęcie” w postaci ogniska pod rozgwieżdżonym niebem. Alkohol lał się strumieniami, meteoryty spadały z nieba, a śpiewom nie było końca. „Rangersi” śpiewali swoje ludowe pieśni, co było bardzo miłym i pozytywnym doświadczeniem, po czym na nasze nieszczęście kazali nam śpiewać jakieś polskie przyśpiewki. Na nieszczęście, ponieważ żadna z nas nie znała do końca całego tekstu piosenki, co wcale nie jest żadnym powodem do dumy… Następnego dnia rano spakowałyśmy nasze manatki i pognałyśmy przed siebie, a konkretniej ku czekającej nas przygodzie  – ku Śpiewającej Wydmie!

Śpiewająca Wydma

Pojawiłyśmy się tam z samego rana, około godziny 9:00. Myślałyśmy, że będziemy jako pierwsze, ale nasze zdziwienie nie miało końca, gdy na miejscu okazało się, że niemal cały parking jest zastawiony samochodami, a ludzie już nawet schodzili ze szczytu. Nie chodziło już tylko o wszechobecne tłumy turystów, ale przede wszystkim o temperaturę. W sierpniu, na południu Kazachstanu żar leje się z nieba, a chcąc uniknąć udaru w trakcie wspinaczki, postanowiłyśmy zdobyć szczyt z samego rana. Jak się okazało, im wyżej się wspinałyśmy, tym temperatura proporcjonalnie wzrastała. A wchodzenie do góry po rozżarzonym piasku nie jest najłatwiejszym zadaniem 🙂 Na szczęście udało się wejść na szczyt, mimo palpitacji serca i prawie wyplutych po drodze płuc 🙂 Widok na szczycie był oszałamiający – wydma jest długa na 2–3 km i wysoka na 120 m. Niestety, nie miałam okazji usłyszeć jak śpiewa 😦 Może wszystko przez to, że w trakcie wspinaczki nasypał mi się piasek do uszu? 🙂

A dlaczego nazywana jest śpiewającą? W odpowiednio wietrznych warunkach (podobno) emituje charakterystyczny, dudniący odgłos, który powstaje w wyniku wibracji wywołanych przez osypujący się piasek. Natomiast według legendy są to dźwięki wydawane przez dusze pochowanych pod piaskami wojowników, w tym samego Czyngis Chana!

Góry Aktau

Gdy stoczyłyśmy się z wydmy, dalej pognałyśmy w kierunku niezwykłego pasma górskiego Aktau. „Aktau” oznacza białe góry, ale wzgórza wyglądają tak jedynie z daleka. To perełka Parku Narodowego Ałtyn Emel. Obszar rozciągający się na ok. 50 km kwadratowych pełny jest kanionów i różnokolorowych skał. Z bliska dolina mieni się całą paletą barw: żółtą, rudą, czerwoną, a nawet błękitną i zieloną. Kolorowe skały tworzą niesamowity efekt. Nie da się ukryć, że tamtejsze tereny są piękne, ale także bardzo niegościnne. Ze względu na piekielne temperatury, na spękanej słońcem ziemi nic tam nie rośnie.

Zanim dojechałyśmy na miejsce, żar lał się z nieba, było chyba z 1000 stopni Celsjusza. Nawet oddychać było trudno, a co dopiero wspinać się po kolorowych górach. Nie chcąc ryzykować udarem, pokręciłyśmy się chwilę w kółko robiąc kilka zdjęć oraz próbując nie usmażyć się w promieniach kazachskiego słońca. Wyjechałam stamtąd z pewnym niedosytem i żalem, że nie udało się wejść wyżej i popatrzeć na te cuda natury z innej perspektywy. No cóż, mam powód, żeby tam jeszcze wrócić, chociaż zapewne o innej porze roku niż sam środek lata 😉

Drugi nocleg spędziłyśmy na innym campingu, sporo oddalonym od poprzedniego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że publiczny obóz znajdował się na prywatnej posesji kazachskiej rodziny! Oczywiście oni również nie chcieli od nas żadnej zapłaty za nocleg. Nie oczekiwałyśmy żadnych luksusów, jak to na campingach bywa, ale spocona i oblepiona piaskiem, marzyłam tylko o prysznicu. Naturalnie bieżącej wody tam nie było, a tym bardziej żadnego prysznica –  jedynie staw, do którego spływały wszystkie brudy i pomyje. Na szczęście obok płynęło sobie źródełko z krystalicznie czystą i lodowatą wodą. Nie pozostało nam nic innego, jak napełnić dużą butelkę, wziąć kubek do polewania i udać się w ustronne miejsce schowane w krzakach. Muszę przyznać, że pierwszy raz w taki sposób „brałam prysznic”, ale desperacja sięgnęła zenitu 🙂 Lodowata woda ze źródełka przedostała się nawet do mojego szpiku kostnego 🙂 Jak się potem okazało, mieszkańcy tamtejszej wsi mają swój prysznic, a jakże! Przecież jaki wstyd byłoby nie mieć. Następnego ranka młody chłopak zaprowadził nas do tej „łazienki”. Prysznic wyglądał następująco: przez pękniętą (i zardzewiałą) rurę wydostawała się wątpliwego koloru woda, która wpadała wprost do kolejnego (również wątpliwego) bajorka. Sądziłam, że temperatura wody będzie zbliżona do tej w źródełku i po raz kolejny moje wewnętrzne organy zostaną zamrożone. Ale nie – o dziwo czynność higieniczna odbywała się w iście ekskluzywnych warunkach: wokół otaczała nas dzika natura, woda okazała się cieplutka, a dodatkowo posiadała jakieś cenne składniki mineralne. Aż tak bardzo ciekawa nie byłam, więc nie wnikałam co tam w niej siedzi – na pewno wyczułam siarkę 🙂 Mało tego, całe przedsięwzięcie odbywało się nieopodal domowego gospodarstwa, a więc z dodatkowymi atrakcjami w postaci kilku wpatrzonych w nas ciekawskich par oczu 🙂 Ale wiecie co? Miałam totalnie gdzieś, że mogę być podglądana. Taki „prysznic” na łonie natury był niesamowitym przeżyciem, które z sentymentem zawsze będę wspominać 🙂

Następnego dnia rano, spakowawszy nasz dobytek, wysuszyłyśmy w stronę  zachodzącego słońca. A konkretniej –  do innych atrakcji, jakie oferował nam Kazachstan. Ale o nich opowiem w kolejnym poście 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Kanion Szaryński. Kazachski cud natury

Niewiele jest miejsc, które potrafią mnie zachwycić do tego stopnia, że na sam widok zapiera mi dech. Kanion Szaryński był jednym z punktów „must see” w trakcie wizyty w Kazachstanie. Właściwie nie – to był główny cel mojej tej wyprawy. Zanim jeszcze zaplanowałam cała trasę, wiedziałam, że koniecznie muszę tam pojechać.

Kazachowie są bardzo dumni i szczycą się Kanionem. Trudno się dziwić, gdyż Matka Natura podarowała im cenny dar. Nazywają go młodszym bratem amerykańskiego Wielkiego Kanionu. To jedno z najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Kazachstanie. Znajduje się on około 200 km na wschód od miasta Ałmaty, dawnej stolicy kraju. Rozciąga się na długości 120 km i liczy aż 12 mln lat. Został wyżłobiony przez rzekę Szaryn. Szerokość waha się od 20-80 metrów a wysokość od 80 do 300 metrów.

Żeby dostać się do Kanionu, najlepszym środkiem transportu będzie samochód. Oczywiście z Ałmaty jeżdżą marszrutki w tamtym kierunku, ale nie dowożą pod sam kanion – czeka nas jeszcze 10 km „spacer” 🙂 Wstęp do Kanionu jest płatny, około 700 tenge za osobę, czyli w przeliczeniu jakieś 8 zł! Co do samochodu, to najlepiej mieć wyposażony w napęd 4×4, gdyż będzie nim można zjechać na sam dół Kanionu. Niestety nasza „limuzyna” nie nadawała się do ekstremalnej i wyboistej „drogi” pomiędzy przepaściami, więc musiałyśmy iść pieszo. Spakowałyśmy najpotrzebniejszy dobytek, zarzuciłyśmy na plecy  sprzęt i pognałyśmy w dół, obładowane niczym cygański tabor.

Najpiękniejsze miejsce Kanionu to tzw. Dolina Zamków, czyli duże i rozciągające się na obszarze ok. 3 km skupisko skał i kamieni o fantazyjnych kształtach. Niektóre z nich faktycznie przypominają zamki, wieże i grzyby, inne zaś maja dziwne i do niczego nieporównywalne kształty. Podążając nim możemy podziwiać ciekawe formy powstałe ze skał podatnych na działanie wody, wiatru i temperatury. Za sprawą zachodzącego słońca, skały mienią się na pomarańczowo i czerwono, ale zmieniają odcienie w zależności od padających promieni. Właśnie ten widok sprawił, że zaparło mi dech.  Dla takich chwil warto podróżować.

Na samym końcu Kanionu, tuz przy rzece znajduje się Eco Park. Można wypożyczyć na noc jurtę lub bungalow, ale jest również opcja darmowego rozbicia namiotu na kempingu, z której my skorzystałyśmy. Jest tam również restauracja i bar, gdyby ktoś chciał wieczorem posiedzieć i zrelaksować się przy piwku. Właśnie tam, wracając do namiotu natknęłam się na spacerującego skorpiona 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Chinkali, chaczapuri i inne churchele, czyli odkrywając gruzińskie smaki

To, co najbardziej urzekło mnie w Gruzji, to z całą pewnością jedzenie. Na samo wspomnienie aż cieknie mi ślinka. Mimo to mój (jak się okazało – delikatny) żołądek nie był w stanie znieść tyle pyszności na raz i po powrocie do Polski bardzo cierpiałam. Przyczyny mogą być dwie: albo za dużo dobrego na raz próbowałam, albo po takiej kulinarnej rozpuście polskie jedzenie było po prostu nie do przetrawienia 🙂

IMG_0360

Na gruzińskich stołach królują potrawy składające się głównie z mąki, serów, ziemniaków, kukurydzy, bakłażanów i ogromnych ilości kolendry. Ja na szczęście jestem fanką kolendry, ale wszyscy ci, którzy nie są jej zwolennikami, mogą nie zasmakować w tamtejszych potrawach. Oczywiście jednym z głównych składników jest mięso: wołowina, wieprzowina, baranina. No i oczywiście wino, które leje się hektolitrami.

Zależnie od regionu, każda potrawa przyrządzana jest na swój sposób i inaczej smakuje. Niekiedy nawet taka sama nazwa potrawy serwowanej w Adżarii, może oznaczać zupełnie co innego w Kachetii.

Niestety nie udało mi się spróbować wszystkich gruzińskich specjałów, nad czym bardzo ubolewam. Jednak na całe szczęście, w Warszawie funkcjonuje dużo gruzińskich restauracji, dlatego będę miała namiastkę tego, co moje podniebienie zaznało w Gruzji. Mam cichą nadzieję, że jeszcze będę miała okazję odbyć kulinarną podróż po tym kraju i poznać inne specjały 🙂

Chinkali

Te niepozorne pierożki o charakterystycznym kształcie „sakiewek”, z pogrubioną końcówką skrywają niesamowite wnętrze. Zazwyczaj serwowane są mięsem mielonym (wołowym lub wieprzowym), cebulą oraz ze sporą ilością aromatycznej kolendry. Co więcej, całość zatopiona jest w pysznym sosem-rosołem. Występują również w wersji wegetariańskiej z serem, grzybami czy warzywami. Ja osobiście uzależniłam się od tego gruzińskiego specjału do tego stopnia, że jadłam go każdego dnia w ogromnych ilościach. Po prostu niebo w gębie.

Oczywiście chinkali je się w odpowiedni sposób. Profanacją jeść je sztućcami, jednak jako nieobyta turystka z odległej Polski, początkowo posługiwałam się właśnie nożem i widelcem. Sztuką jest złapać odpowiednio sakiewkę, najpierw wyssać rosół, a dopiero potem spożyć pieroga z całą zawartością. Trzeba być ostrożnym, gdyż pierożki są gorące i mogą poparzyć dłonie. Dlatego warto odczekać chwilę aż ostygną. Konsumowanie chinkali w taki sposób jest kwestią wprawy 🙂

IMG_0309

20150912_121148

Chaczapuri

Jest to najpopularniejsze danie kuchni Gruzińskiej. Co prawda brzmi bardzo egzotycznie, ale z egzotyką nie ma nic wspólnego. Chaczapuri to nic innego jak zapiekany placek (skład: mąka, drożdże, jajko, woda/mleko, szczypta soli), który w środku ma słony ser. Zazwyczaj podawany jest w formie okrągłego placka wielkości średniej pizzy i występuje pod kilkoma postaciami: wspomniany już z serem w środku, podwójnym serem (w środku i na wierzchu) oraz podłużne w formie łódki z dodatkowym składnikiem – jajkiem.

Jeśli chodzi o moje doświadczenia z tym gruzińskim rarytasem, to przy pierwszym kęsie o mało się nie zakrztusiłam z obrzydzenia 🙂 Wszystko za sprawą słonego sera, które dosłownie wypaliło moje gardło. Jednak po chwili namysłu doszłam do wniosku, że skoro jestem w Gruzji, to nie ma możliwości żebym nie zasmakowała się w lokalnej kuchni. Małymi kroczkami zaczęłam skubać placek, aż w końcu przy ostatnim kęsie jadłam, aż mi się uszy trzęsły 🙂 Jednak najlepsze chaczapuri, które miałam okazję konsumować było przyrządzone przez gospodynię, u której mieszkaliśmy. Pani była tak uprzejma, że pokazała nam krok po kroku, w jaki sposób zrobić placek. Zapewne niejednokrotnie wykorzystam jej porady 🙂

IMG_0348

Kupati

To nic innego jak rodzaj gruzińskiej kiełbasy. Nadziewane są drobno posiekaną wieprzowiną, wołowiną i baraniną, przeplataną papryką i berberysem (rodzaj krzewu). Nie jestem fanką kiełbas, ale ta „potrawa” została polecona przez naszego lokalnego przewodnika, więc nie miałam wyboru i musiałam spróbować. W moim odczuciu nie ma się czym zachwycać – kiełbasa jak każda inna.

p1080066fot. artsofadventure.com

Odżakhuri

Jest to rodzaj gruzińskiej zapiekanki, w skład której wchodzą ziemniaki, mięso oraz warzywa. Wydaje się niezbyt skomplikowanym daniem, ale w rzeczywistości trzeba się trochę nad nim napracować. Mięso (zazwyczaj wieprzowe lub cielęce) marynowane jest w zalewie z białego wina, octu winnego, przypraw (liść laurowy, kolendra, sól/pieprz/papryka), suszonych pomidorów, cebuli i śmietany. Następnie tak przygotowane mięso podsmaża się, również pokrojone w łódeczki ziemniaki przyrumienia się na patelni. Wszystko układa się w warstwy w glinianych płaskich naczyniach, przekłada krążkami cebuli i zapieka w piecu. Palce lizać!

DSC_6592-blog1-e1407396303909fot. exploration.com.pl

Chleb

Gruziński chleb, to najlepszy chleb jaki kiedykolwiek jadłam. Zero sztucznych składników, zero chemii, same świeże produkty. Miękki, chrupiący i jeszcze ciepły, o kształcie łódki, pakowany w miejscowe gazety. Pycha!

11380878_841667755928020_1398968093_n
fot. gdzienaweekend.pl

Churczele

Mój pierwszy kontakt z tym (niepozornie wyglądającym) dziwactwem nie był najlepszy. Wiszące na straganach bliżej niezidentyfikowane COŚ wyglądało jak kiełbasy albo jakieś wyroby z wosku. Jak się okazało, jest to rodzaj gruzińskiej słodkiej przekąski. Churchele to nic innego jak nawleczone na nitkę orzechy (np. laskowe czy włoskie), oblane zagęszczonym sokiem z winogron lub karmelem, a następnie ususzone. Nie wyglądają apetycznie, za to nadrabiają smakiem.

????????????????????????????????????

Tklapi

Kolejna egzotyczna nazwa, równie egzotycznej przekąski. Są to rozwałkowane albo sprasowane owoce. Wybór jest ogromny, gdyż wykonane są z żurawiny, winogron, jabłek czy derenia. Mus wylewa się na jakąś płaską powierzchnię, wałkuje i zostawia przez tydzień na słońcu. Później traktuje mąką, żeby się nie kruszyły i gotowe. Ciekawa konsystencja i smak.

tklapifot. smakolykialergika.pl

Lemoniady

No cóż… Będąc w Gruzji trzeba spróbować tamtejszych napojów gazowanych. Mi nie posmakował tamtejszy trunek, mimo różnorodności smaków: winogronowe, anyżowe, brzoskwiniowe, jabłkowe czy waniliowe. Jak dla mnie to były sztuczne i zdecydowanie za słodkie.

IMG_0346

Wino

Dopełnieniem gruzińskiej uczty jest doskonałe lokalne wino. Do wyboru są białe i czerwone wytrawne, spośród których każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście najlepsze są te domowe, ale również wina pochodzące z masowej produkcji również są znakomite. W tym momencie warto by było wspomnieć o gruzińskiej tradycji wznoszenia toastów, ale o tym napiszę w osobnym poście 🙂

IMG_0650

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Gruzińskiej wędrówki ciąg dalszy: Wardzia, Gori i Mccheta

Zapraszam na dalszą wędrówkę po Gruzji. Program naszego wyjazdu był bardzo napięty, a tryb naszego zwiedzania ekspresowy – dzięki temu mogliśmy dużo zobaczyć. Tym razem chciałam Was zabrać do trzech, zupełnie różnych miejsc: Gori, Wardzi oraz Mcchety.

Wardzia

Obowiązkowe miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć będąc Gruzji. Jest to skalne miasto, które znajduje się w południowej części kraju, na zboczu góry Eruszeli i stanowi największą atrakcję turystyczną w regionie Mesheti. Do dnia dzisiejszego zachowało się około 250 komnat umiejscowionych na 13 poziomach oraz fragmenty tuneli, korytarzy, schodów i systemu wodno-kanalizacyjnego. W mieście zainstalowano system nawodnień pól uprawnych, zaś dostęp do klasztoru zapewniało kilka dobrze ukrytych tuneli blisko rzeki Kura. Przez wiele lat miejsce to stanowiło jedno z głównych ośrodków kulturalno-religijnych monarchii gruzińskiej.

IMG_0512

Początki tego skalnego miasta sięgają 1185 roku. Budowę rozpoczęto za czasów rządu króla Jerzego III, a ukończono pod rządami jego córki – królowej Tamary w roku 1213. W niektórych świątyniach możemy podziwiać wspaniałe freski przedstawiające m. in. założycieli Wardzi, które zachowały się do dnia dzisiejszego. W 1289 roku, miasto nawiedziło trzęsienie ziemi, które zniszczyło ponad 2/3 jego części. Światło dzienne ujrzały imponujące struktury, które do tej pory skrywało wnętrze góry. Jednak to najazd Persów w 1551 roku spowodował, że miasto dostało mocny cios. Wojska wrogów zrabowały lub zniszczyły wszystkie ważniejsze ikony i dorobek materialny mieszkańców miasta. Większość miejscowych Gruzinów została wymordowana a część uprowadzono jako niewolników.

Aktualnie w Wardzi zamieszkuje kilku mnichów. Za niewielką opłatą skalne miasto jest dostępne dla turystów. W pobliżu znajdują się gorące źródła, więc można zażywać relaksujących kąpieli. Jednak nie wyobrażajcie sobie nie wiadomo czego. W kolejnym poście napiszę (i pokażę) jak wyglądają gruzińskie termy 🙂

IMG_0548

IMG_0554

IMG_0563

Gori

Miasto położone jest we wschodniej części Gruzji i liczy ok 47 tys. mieszkańców. Właśnie tutaj urodził się Józef Stalin, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. W centrum miasta znajduje się jego dom, który został zaaranżowany na muzeum. Niestety skansen jest miejscem jego gloryfikacji… Można tam zobaczyć jak mieszkał i pracował Stalin. Jest również dom zbrodniarza, w którym mieszkał jako dziecko a także wagon którym podróżował Stalin bojąc się latać samolotem z obawy przed zamachem. Ja nie miałam ochoty na oglądanie i wspieranie tej instytucji, dlatego zrezygnowałam ze wstępu. W samym centrum, do 2010 roku dumnie prezentował się wielki pomnik wodza, jednak prezydent Michaił Saakaszwili nakazał jego demontaż. Operacja usunięcia pomnika odbyła się pod osłoną nocy, w tajemnicy przed mieszkańcami, którzy nie pozwoliliby tak łatwo zlikwidować monumentu najsławniejszego z ich krajan. Mimo to, mieszkańcy Gori nalegają, by pomnik Stalina wrócił do centrum. Przedstawiciele Komunistycznej Partii Gruzji zebrali podpisy, a pod petycją podpisało się 10 tysięcy osób, czyli co piąty mieszkaniec miasta….

IMG_0608

Muszę przyznać, że jest to nieco kontrowersyjne miejsce. Każdy doskonale wie, że Stalin był jednym z największych zbrodniarzy XX wieku, a jednak do dnia dzisiejszego jest on wielbiony i wynoszony na ołtarze. Co więcej, mieszkańcy Gori są dumni, że właśnie tutaj urodził się „wielki przywódca”. W sklepach z pamiątkami nie było możliwości by kupić coś, co nie było z podobizną Stalina: magnesy na lodówkę, długopisy, pocztówki, breloki, a nawet kopie jego munduru…

Na miejscu zlikwidowanego pomnika Stalina, miał powstać inny: pomnik ofiar wojny rosyjsko-gruzińskiej z 2008 roku. Powstał, ale znajduje się w innym miejscu.

IMG_0614

IMG_0619

Co więcej można zobaczyć będąc w Gori? Na wzgórzu znajduje się forteca, która zdecydowanie lepiej prezentuje się z zewnątrz. No cóż, w środku nie ma nic fascynującego. Oczywiście poza widokiem na panoramę miasta.

IMG_0639

IMG_0637

Mccheta

To urokliwe i niewielkie miasteczko niegdyś było stolicą Gruzji i w przeciągu kilkudziesięciu lat nic się nie zmieniło. Aktualnie liczy ok. 7500 mieszkańców. Nie można ominąć tego miejsca decydując się na odwiedziny w tym kraju. A w szczególności, że znajduje się kilka kilometrów od Tbilisi. W przeszłości Mccheta była areną najważniejszych wydarzeń w historii Gruzji i Gruzinów. Z tym miastem wiążą się początki gruzińskiego państwa. Właśnie tutaj Gruzini przyjęli chrzest. Pamiątkami minionych czasów świetności są monumentalne świątynie i klasztory, warownie oraz grobowce gruzińskich monarchów. Mccheta to starożytna stolica Gruzji, która dziś jest kulturową stolicą Gruzinów i „miastem-muzeum”.

IMG_0770

IMG_0783

IMG_0805

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Witaj Gruzjo!

Gruzja nigdy nie widniała na mojej podróżniczej liście marzeń. Co więcej, zawsze krzywiłam się z niesmakiem, kiedy ktoś mówił, że wybiera się do tego kraju, albo snuł o nim obszerne opowieści. Przecież jest tyle piękniejszych (i bezpieczniejszych) miejsc na świecie, więc po co tam jechać skoro nic nie ma? No cóż, kobieta zmienną jest. Tak naprawdę nie wiem, co sprawiło, że zmieniłam swoje zdanie (i światopogląd). Może dlatego, że każdy kto był w tym kraju bardzo go sobie chwalił, cenił i polecał? Może dlatego, że Gruzja zawsze wydawała mi się dzika i egzotyczna? Moja mama na wieść, że planuję podróż do tego kraju o mało nie dostała zawału: „Dziecko, przecież tam wojna jest i Rosjanie też tam są!”. Owszem, całkiem niedawno była tam wojna, a jeśli chodzi o naród rosyjski, to przecież oni są wszędzie. Patrząc takimi kategoriami, trzeba by siedzieć na tyłku i nie wychylać nosa poza próg domu. Uspokoiwszy mamę, spakowawszy walizkę, bogatsza o wiedzę dzięki blogom podróżniczym, udałam się na lotnisko, zaczynając kolejną podróżniczą przygodę w swoim życiu.

Ten odległy, fascynujący, egzotyczny i pełen kontrastów kraj przywitał nas deszczem. Mimo bardzo wczesnej pory dnia, na lotnisku czekał na nas nasz lokalny przewodnik. Jako, że przybyliśmy o świcie, musieliśmy zorganizować sobie czas. W związku z tym, zrobiliśmy sobie , ekspresową, objazdową wycieczkę krajoznawczą po Kutaisi. Szukaliśmy miejsca, w którym mogliśmy spokojnie zjeść śniadanie, jednak było to ciężkie zadanie, gdyż sklepy/puby/bary otwierane są po godz. 10:00.

Gelati

Swoją przygodę z Gruzją rozpoczęliśmy od zwiedzania monasterów w Gelati, które stanowią obowiązkowy punkt zwiedzania. Jest to świetnie zachowany zespół klasztorny z XII w., zaś freski i manuskrypty mają ponad 500 lat. Obiekt ten został wpisany na Listę Światowego i Kulturowego Dziedzictwa UNESCO. Klasztor powstał w złotych czasach gruzińskiej monarchii i wspaniałego rozkwitu kultury. Jego fundatorem był król Dawid Budowniczy (gruz. Dawit Agmaszenebeli), a jego grobowiec znajduje się w świątynnym murze. Przez kilkaset lat mieściła się tam akademia nauk teologicznych i kultury oraz był to najważniejszy ośrodek oświecenia na ziemiach gruzińskich. Ówcześni nazywali gelacką akademię drugim Atos i „Nową Helladą”.

W środku katedry zachowały się wspaniałe freski pochodzące z XII–XVIII wieku. Najcenniejszym zabytkiem jest tu jednak niezwykła mozaika z XII wieku, zdobiące konchę apsydy ołtarzowej (zgodnie z tradycją sztuki gruzińskiej).

IMG_0230

IMG_0233

IMG_0220

Bagrati

Kolejnym punktem naszej wyprawy była katedra w Bagrati, która od 1994 również widnieje na liście UNESCO. Katedra należy do najwspanialszych zabytków kultury gruzińskiej z czasów “złotego wieku”. Mimo, że rzadko odbywają się w niej nabożeństwa, to przyciąga wielu pielgrzymów i turystów. W 2008 rozpoczęła się rekonstrukcja katedry mimo sprzeciwu UNESCO, która apelowała, aby nie naruszać historycznej autentyczności obiektu i pozostawić go w stanie niezmienionym jako ruinę. Obawiano się także, że budowa kopuły może naruszyć oryginalne fundamenty. Postęp prac budowlanych spowodował, że w 2010 roku UNESCO umieściło obiekt na Liście Dziedzictwa Zagrożonego. W 2012 rekonstrukcja katedry została ukończona.

IMG_0255

IMG_0238

IMG_0247

IMG_0248

Poza tym, na miejscu czekała na nas niespodzianka w postaci występu czterech zakonników (tak, ten w różowej koszulce również był jednym z nich), którzy (oczywiście za drobną opłatą) zechcieli nam zagrać i zaśpiewać, umilając czas spędzony w Bagrati.

IMG_0259

Jaskinia Prometeusza

W dalszej części naszej wycieczki będziemy zwiedzać podziemną część Gruzji. Udajemy się do Jaskini Prometeusza, która znajduje się 20 km od Kutaisi. To niezwykłe miejsce zostało odkryte stosunkowo niedawno, bo w 1983 roku. Znaleźli je Sowieci szukający jaskiń, które w przypadku wojny nuklearnej mogłyby służyć jako schrony. Początkowo nazwała się Ckaltubo, jednak w 2007 roku prezydent Micheil Saakaszwil, zachwycony jej pięknem przemianował ją na obecną nazwę. Według niego, to właśnie tutaj mityczny Prometeusz został przykuty na rozkaz Zeusa.

Od 2011 roku jest dostępna dla turystów. Cały podziemny szlak liczy około 1 km długości. W środku możemy podziwiać dzieła, które stworzyła natura: stalaktyty, stalagmity, stalagnaty, perły jaskiniowe, nacieki krasowe i kamienne wodospady. Znajdując się w środku można odnieść wrażenie, że przenieśliśmy się do zupełnie innego, bajecznego świata. Stalaktyty i stalagmity tworzą fantazyjne kształty, pobudzające wyobraźnię. Wszystkie sale są oświetlone i sprawiają wrażenie nierealności, zaś odpowiednio dobrane kompozycje muzyczne potęgują ten efekt.

IMG_0290

IMG_0296

IMG_0301

IMG_0303

Borjomi (Bordżomi)

Na koniec dnia przybyliśmy do Borjomi, w którym mieliśmy nocować. Jest to mała miejscowość uzdrowiskowa położona w górach Małego Kaukazu. Największą sławą cieszyła się za czasów sowieckich, kiedy to przybywała tam cała elita polityczna, intelektualna oraz artyści. Wody z bordżomskich źródeł mają właściwości lecznicze w przypadku chorób układu pokarmowego i dróg żółciowych. To właśnie z tego miejsca pochodzi najsłynniejsza gruzińska woda mineralna Borjomi, o lekko słonawym smaku, którą będzie można kupić w całej Gruzji.

W maju 2006 roku, w wyniku ochłodzenia stosunków rosyjsko-gruzińskich, rosyjskie władze zakazały importu wody „Bordżomi” do Rosji, co ze względu na popularność marki, spotkało się z licznymi protestami. Pomimo utraty głównego rynku zbytu, producent wody kontynuuje ekspansję w innych krajach (w 2006 roku, wśród odbiorców wody było 28 państw). Co ciekawe, miejscowość ta kandydowała do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku.

IMG_0327

IMG_0329

IMG_0343

C.D.N…

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.