Zapiski podróżne: Jordania

Właśnie wróciłam z Jordanii. Mistyczna Petra, bezkresna pustynia Wadi Rum, kąpiel w Morzu Martwym, rafa koralowa w Morzu Czerwonym – te wszystkie niesamowite atrakcje czekały tam na mnie. Spełniłam jedno ze swoich podróżniczych marzeń! Do tej pory nie widziałam piękniejszych widoków. Jordania posiada wiele wspaniałych miejsc, które kuszą turystów z całego świata. Pomimo tego, że znajduje się w konfliktowym rejonie świata (na północy Syria ogarnięta wojną; od zachodu Izrael i Palestyna), wbrew pozorom jest bezpiecznym krajem.

Mam kilka przemyśleń na temat tego kraju, którymi chciałabym się z Wami podzielić, póki buzują we mnie jeszcze wszystkie emocje.

Drożyzna

Jordania jest drogim krajem. Wszystko jest kilka razy droższe niż w w naszym kraju. Dodatkowo o wszystko trzeba się targować (czego szczerze nienawidzę), czy to w sklepie, czy na bazarze. Najgorsi są oczywiście taksówkarze. Ci nie mają żadnych skrupułów, żeby ogołocić przeciętnego turystę. Nawet jeśli wydaje nam się, że utargowałyśmy „good price” za przejazd, potem dowiadujemy się, że i tak dwukrotnie przepłaciłyśmy. Za wszystko trzeba płacić, niestety nie ma nic za darmo. A ceny zaczynają się od 1 JOD (5,6 zł) za butelkę wody, a za piwo można zapłacić nawet 6 JOD!

Jest bezpiecznie, ale…

To było moje pierwsze zetknięcie z Bliskim Wschodem, taki szok kulturowy. Okej, nie licząc jednodniowej wizyty w Stambule 10 lat temu, po której obiecałam sobie, że nigdy więcej nie pojadę do Turcji. Jordania to zupełnie inna kultura, religia, obyczaje czy nawet klimat. Nie chcę oceniać, ale to zdecydowanie nie moja bajka. We wszystkich turystycznych rejonach czułam się bardzo bezpiecznie, a Jordańczycy byli bardzo życzliwi i pomocni, wszyscy zawsze witali nas słowami „Welcome to Jordan”. Poza tym, funkcjonuje tam specjalna policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo turystów. Jednak pewien niesmak pozostał.

Już pierwszego dnia po wylądowaniu w Ammanie,  postanowiłyśmy się udać się do miasta na kolację. Nasz hotel znajdował się 20 minut od centrum, więc zdecydowałyśmy przejść się piechotą. To był pierwszy i ostatni raz, potem brałyśmy już tylko taksówki. Czułam się jak małpka w zoo – każdy się na nas gapił, jakby pierwszy raz widział białą, blondwłosą kobietę. Mężczyźni lustrowali nas wzrokiem w taki sposób, że prawie nas pożarli żywcem. Poza tym gwizdy i wyznania miłości były na porządku dziennym. Z kolei kobiety patrzyły z pogardą na „roznegliżowane” paniusie (roznegliżowane – czyt. w długich dżinsach i t-shirtach). Turystki nie mają tam obowiązku zakrywania ciała abajami i hidżabami, a my miałyśmy zakryte wszystko, co było konieczne. Dziwię się, że w stolicy kraju, który żyje z turystyki, blondwłosa i biała kobieta nadal wywołuje tyle emocji i sensacji.

Amman – najbrzydsza stolica, w której byłam

Kontynuując wątek o Ammanie. Zwiedziłam wiele stolic, mniejszych czy większych, i stwierdzam, że stolica Jordanii jest najbrzydszym miastem, jakie do tej pory odwiedziłam. Mieszka tam prawie 4 miliony ludzi, korki są niemiłosierne, a miliony samochodów robią niebywały hałas. Architektura miasta pozostawia wiele do życzenia – domki wyglądają jak z kartonu i poukładane są jeden na drugim. Chaos, kurz, brak jakiegokolwiek zorganizowania i reguł – tak mogę opisać Amman. Do tego śmieci walające się po ulicach – coś obrzydliwego. A przejście przez ulice graniczy z cudem. Tak jak pisałam, że w Uzbekistanie z trudem przechodzi się przez jezdnię, to Amman bezapelacyjnie wygrywa w tej konkurencji. Nie za bardzo jest też co tam specjalnie robić. Owszem, jest kilka zabytków, ale o samym mieście napiszę osobny post. Do tego codzienna pobudka o 4:30 rano, bo z objęć Morfeusza wybudzało nas głośne nawoływanie muezina z pobliskiego meczetu… Niestety zmuszone byłyśmy spędzić tam prawie 3 dni, bo była to nasza baza wypadowa do innych miejsc, no i tam też miałyśmy loty z/do Warszawy. Jedno jest pewne – nie chciałabym tam więcej powrócić.

Przepiękne widoki

Tak, jak Amman mnie od siebie zraził, tak w południowej części kraju kryje się wiele fantastycznych perełek. Zaczynając od zachwycającej Petry, przez kosmiczną pustynię Wadi Rum, aż po rafę koralową w Akabie.  Do tej pory nie widziałam nic piękniejszego od Petry, a trochę miejsc w swoim życiu już zobaczyłam. Aż ciężko pojąć, że w jednym kraju kryje się tyle skarbów natury i ślad  starożytnych cywilizacji. Jest jeszcze wiele miejsc, których nie odwiedziłam z powodu braku czasu czy zamknięcia niektórych obiektów. Tydzień to zdecydowanie za mało, ale mam przynajmniej po co tam wracać, co nieco zostawiłam na później 🙂

Przepyszne jedzenie

Odkąd pamiętam, jestem fanką hummusu, falafeli i innych bliskowschodnich specjałów. Dlatego też wizyta w tym kraju była dla mnie kulinarnym rajem. Wszystko świeże, pachnące i aromatyczne – na samą myśl ślinka cieknie 🙂 Hummus na śniadanie, obiad i kolację, czasami przegryzany falafelem (albo po prostu – falafel maczany w hummusie) – tak mniej więcej wyglądała moja jordańska dieta. Nie wnikałam, w jakich warunkach sanitarnych przygotowywano to jedzenie, ale najważniejsze, że nie złapałyśmy żadnej „klątwy faraona” i innych przykrych dolegliwości 😀  Jednak po tygodniowej uczcie, na hummus nie spojrzę przez kilka kolejnych tygodni, pomimo mojego zamiłowania do tej bliskowschodniej przekąski 🙂

Hummus, falafel, baba ganush, pieczony bakłażan, świeże warzywa i herbata – weganizm pełną gębą

Jeszcze więcej hummusu 🙂

Jordańskie piwo nie było zbyt smaczne, ale za to miało moc

 

Rachunek za naszą kolację 🙂

Jordańczycy nie dbają o zwierzęta

Niestety, zwierzęta w tym kraju nie są dobrze traktowane. Wiele razy widziałam, jak właściciele chłostali swoje konie czy wielbłądy. W Petrze osiołki wnosiły na grzbietach grubych i leniwych ludzi, którym nie chciało się wejść po schodach, albo stały przywiązane na sznurach pozostawione w pełnym słońcu, bez miski wody. Dorożki z pędzącymi, spoconymi i ledwo zipiącymi końmi co rusz prawie tratowały grupy pieszych. Właściciele tych zwierząt pieszczotliwie nazywając ich „beduin ferrari” czy „camel taxi”, nagabywali do skorzystania z tego typu transportu gwarantując, że zamiast 2 godzin, na szczyt dostaniemy się w przeciągu 40 minut. Ja nawet nie chciałam wsiąść na 2 minuty na wielbłąda, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie, mimo tego, że jego właściciel ochoczo mnie do tego zachęcał. Nie potrafię tego zrozumieć, bo przecież zwierzęta to źródło ich zarobku, więc powinni traktować je z szacunkiem, a nie znęcać się nad nimi. Ale to wszystko wina leniwych turystów, którzy korzystają z tego typu „usług”, bo przecież gdyby nie oni, nie byłoby tego zjawiska. Nie wspomnę już o wygłodniałych, wychudzonych psach i wyleniałych kotach, na które nikt nie zwraca tam najmniejszej uwagi.

Dlatego też będąc w Petrze, proszę – nie korzystajcie z tego typu „usług”. Nie przykładajmy się do maltretowania i wyzyskiwania zwierząt dla chwili własnej wygody. Poza tym spacer po tym miejscu sprawia, że staje się ono jeszcze bardziej magiczne.

Słodziaczek ❤

I kolejny 🙂

Jeszcze więcej słodziaków 🙂

Wzorowe modelki

Wielodzietne rodziny

Jordańczycy są muzułmanami, a co za tym idzie – posiadają wielodzietne rodziny. Co więcej, mężczyzna może mieć do 4 żon, ale kobieta może posiadać tylko jednego męża. Ot, taka mała niesprawiedliwość. Ludzie, z którymi miałam styczność opowiadali, że posiadają np. 7 braci i 3 siostry, albo 6 sióstr i 4 braci. Każdy miał brata/kuzyna/wujka w swoim „biznesie”. Czy to Beduin mieszkający na pustyni, wożący nas po mieście taksówkarz czy właściciel hostelu, w którym mieszkałyśmy – każdy miał ogromną rodzinę. Jeden z nich opowiadała o swoim wujku, który posiada 4 żony i 34 dzieci!!! Jak tu spamiętać imiona wszystkich pociech? Co ciekawe, każdy z napotkanych „młodzieńców” był singlem, który nie znalazł jeszcze do tej pory „tej jedynej”. Zastanawiam się, czy  to prawda czy gadali tak, żeby poderwać i skusić na ożenek europejską turystkę 🙂

Jordański kawaler 😉

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Czego warto nauczyć się od Hiszpanów?

O tym, że mam „lekką” obsesję na punkcie Hiszpanii wiedzą już chyba wszyscy 🙂 Z resztą niejednokrotnie  o tym pisałam. Kiedy tylko mogę, bez wahania kupuję bilet, pakuję walizkę i lecę na dłuższy weekend do ulubionego miasta, albo odkrywać nowe terytoria na hiszpańskiej ziemi. Co więcej, jeśli co najmniej raz w roku tam nie polecę, to jestem chora 🙂 Usnułam nawet teorię, że w poprzednim życiu zdecydowanie byłam Hiszpanką 🙂

Hiszpania jest dla mnie wyjątkowym krajem, mam do niego wielki sentyment. Co więcej, dla mnie jest jak druga ojczyzna 🙂 Jeśli kiedykolwiek miałabym się przeprowadzić za granicę, to właśnie tam. Inspiruje mnie w Hiszpanii niemal wszystko: architektura miast, wspaniała natura, wyśmienite tapas, ale przede wszystkim ludzie. I to o nich chcę dzisiaj co nieco napisać. Miałam okazje poznać wielu Hiszpanów, zarówno w samej Hiszpanii, jak i Warszawie. Oczywiście nie będę pisać eseju o ich wspaniałości, bo nikt nie jest idealny. Trochę rozprawię o tym,  jakie nawyki warto od nich przejąć, by żyło się lepiej i przyjemniej.

Radość z jedzenia i przebywania z przyjaciółmi

Hiszpanie nie jedzą tylko po to, żeby się najeść. Dla nich jedzenie to pewien rytuał, a nawet świętość. Kolacja to dla nich najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Wieczorami umawiają się z tuzinem znajomych na mieście, by celebrować tę najprzyjemniejszą porę dnia. Jednak wyjście na tapas to nie tylko samo jedzenie. To raczej wydarzenie społeczno-towarzyskie, styl bycia, pretekst do spotkań ze swoimi przyjaciółmi. I nie jest to przesiadywanie w jednej knajpie, wręcz przeciwnie. Po każdej spożytej przekąsce i napoju, udają się do następnego baru spróbować tamtejszych smakołyków.

Istnieje nawet określenie w języku hiszpańskim „ir de tapas”, co dosłownie oznacza „wyjście na tapas”. Czynność ta polega na spożywaniu przekąsek na stojąco i popijaniu ich winem lub piwem. Idea jedzenia i picia na stojąco ma proste wyjaśnienie: tak można łatwiej konwersować z większą ilością osób w mniej formalny sposób.

Sjesta

Kiedyś uważałam, że Hiszpanie wymyślili sjestę, bo są… leniwi. Tak, tak – kiedyś miałam wąskie, ograniczone horyzonty i myślałam bardzo stereotypowo. Po latach zrozumiałam, że nie mogli oni wymyślić niczego lepszego! No, może poza tapasami 🙂 Czym zatem jest ta sjesta? To niezwykle ważna część codziennego życia każdego Hiszpana,a także obcokrajowca mieszkającego w Hiszpanii. Między godziną 14:00 a 17:00 bary, agencje, urzędy, mniejsze sklepiki czy biura są zamknięte. Jest to czas przeznaczony na posiłek, który traktuje się jak świętość. Nie ma takiej możliwości żeby coś załatwić w tym czasie czy też chwilę przed sjestą, dlatego też ważne sprawy najlepiej załatwiać z rana. Sjesta to przede wszystkim pora lunchu i najważniejszego posiłku w ciągu dnia, więc dla Hiszpanów niezwykle ważny czas dnia. W tym czasie spożywa się posiłek w restauracji w tapas barze lub w domu. Ale oczywiście czas sjesty to także czas na kilkunastuminutową, poobiednią drzemkę.

Hiszpanie tłumaczą, że sjesta zrodziła się w związku z klimatem panującym w ich kraju. Najgorętsze temperatury osiągane w ciągu dnia nie są produkcyjne i wydajne dla nikogo. Sjesta rodzi się zupełnie naturalnie, iż kiedy przychodzi największy upał trzeba przestać pracować, zjeść coś chłodnego i po prostu odpocząć. W Hiszpanii dzień pracy wydłuża się i trwa wiele godzin po zachodzie słońca, kiedy nie ma już upału i znośniej jest wyjść na ulicę.

Ile ja bym dała, żeby u nas panował zwyczaj sjesty! Nie musiałoby to być kilka godzin, ale maksymalnie godzinna przerwy w pracy na szybką drzemkę i regenerację. Albo chwilowy odpoczynek czy spacer w ciągu dnia, zwłaszcza latem, by móc cieszyć się słońcem i pogodą. Albo zimą ulepić bałwana 🙂

Otwartość

W jaki sposób Polacy witają się z nowo poznaną osobą? Przedstawiają się i podają prawą dłoń. W jaki sposób Hiszpanie witają się z nowo poznaną osobą? Pierwsze padają słowa „Hola! Cómo estás?”, a za chwilę serdeczne „buziaczki” po obu stronach policzka. Co niektórzy nawet robią typowego „niedźwiedzia”, ściskając mocno, niczym dawno niewidzianego, najlepszego przyjaciela. Poza tym, wchodząc z Hiszpanami w dłuższą konwersację, możemy spodziewać się przelotnych dotyków w ramię czy inną górną część ciała. I nie, nie są to tanie sposoby na kiepski podryw, oni po prostu już tacy są. Czują, że nawiązują lepszą relację z drugim człowiekiem nie tylko przez samą rozmowę, ale także przez subtelny, serdeczny i spontaniczny dotyk.

Początkowo była to dla mnie bariera nie do pokonania. Wręcz uciekałam i z wielkim oburzeniem lamentowałam, że naruszają oni moją strefę intymną. Zachowywałam się jak typowa Polka, oschle podając na przywitanie jedynie prawą dłoń. Na dłuższą metę ich mania bliskości i kontakt cielesny może być męczące. Co prawda już nie jestem takim towarzyskim dzikusem, jak choćby jeszcze pięć lat temu, ale przyznaję, że czasami nadal mi to przeszkadza. Dzisiaj jednak nie wyobrażam sobie, żebym witała się z kimś w inny sposób jak „buziaczki” w policzek, to dla mnie jak chleb powszedni 🙂

Podejście do życia

Hiszpanie uważani są za wyluzowany naród, który czerpie z życia pełnymi garściami. Warto poznać te hiszpańskie słowa: „tranquila” (spokojnie) oraz „mañana” (jutro), bo to ulubione słowa każdego Hiszpana 🙂 Trzeba coś załatwić? Spokojnie, załatwimy to jutro. Trzeba coś kupić? Spokojnie, kupimy to jutro. Trzeba iść do lekarza? Spokojnie, możemy iść jutro 🙂 Okej, na dłuższą metę zdecydowanie może to być uciążliwe, gdy trzeba załatwić jakąś ważną sprawę w urzędzie czy banku. Chodzi jednak o to, że nie trzeba się tak spinać i brać wszystkiego na serio, gonić ślepo za wszystkim. Można chwilę odczekać, nabrać powietrza, pomyśleć dokładnie, a potem zacząć działać. To czyni ich wyluzowanych, ze zdrowym podejściem do życia.