Meik Wiking „Sztuka tworzenia wspomnień”

Wspomnienia to coś, czego nam nikt nigdy nie zabierze. Pracujemy na nie przez całe życie, a na ich jakość składa się wiele czynników. Meik Wiking postanowił zebrać i preanalizować wiele czynników oraz przygotować doskonały przepis na to, jak stworzyć w życiu wspaniałe wspomnienia. Rezultatem jego badań jest książka „Sztuka tworzenia wspomnień”. Wiking na swoim koncie ma już bestsellerowy poradnik „Hygge. Klucz do szczęścia”. Oprócz tego, Wiking jest założycielem i dyrektorem pierwszego na świecie Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze oraz  członkiem grupy doradców Raportu Globalnej Polityki Szczęścia.

Jak to jest, że niektóre wspomnienia zapamiętujemy w każdym szczególe przez wiele lat, a inne po prostu puszczamy w niepamięć? Okazuje się, że wspomnienia to nie tylko same obrazy. Bardzo duży wpływ na nie mają pozostałe zmysły. To także aromatyczne zapachy, ulubione smaki, kojące dźwięki czy nawet kształty niektórych przedmiotów. Wszystkie z nich jednocześnie pracują na cudowne wspomnienia; to mechanizm, który napędza się wzajemnie.

Meik Wiking na podstawie badań nad szczęściem uczy, w jaki sposób powinniśmy kreować szczęśliwe chwile i lepiej je zapamiętywać. Bazując na danych eksperymentalnych, odwołując się do pamiętników i wywiadów, analizując wyniki ankiet z całego świata oraz opierając się na doświadczeniach behawioralnych Meik wyjaśnia, w jaki sposób można stworzyć idealne wspomnienia. Takie, które pozostaną z nami do końca naszych dni oraz kształtują nas tym, kim jesteśmy.

„Sztuka tworzenia wspomnień” jest wspaniale napisanym poradnikiem, a właściwie przewodnikiem po ludzkich emocjach, wrażliwości i zmysłach. Pięknie wydana książka, z mnóstwem kolorowych zdjęć, ilustracji i rysunków sprawia, że nie można się od niej oderwać. To solidna dawka twórczych i pobudzających inspiracji. „Sztukę tworzenia wspomnień” warto mieć w swoim księgozbiorze i sięgać po nią co jakiś czas, by odświeżyć sobie metody kreowania własnych wspomnień.

„Sztuka tworzenia wspomnień”

 

Gisele Bündchen „Lekcje. Moja droga do dobrego życia”

Gisele Bündchen to światowej sławy modelka brazylijskiego pochodzenia. Chodziła po wybiegach najsłynniejszych projektantów, jej wizerunek zdobił okładki prestiżowych pism modowych, przez kilka lat była Aniołkiem słynnej bieliźniarskiej marki Victoria’s Secret, muza wielu designerów – w modelingu osiągnęła wszystko. Teraz powraca w nowej roli – autorki książki „Lekcje. Moja droga do dobrego życia”, która wbrew pozorom nie jest jej autobiografią.

Gisele Bündchen zaprasza nas do swojego życia. Opowiada o swoim szczęśliwym dzieciństwie w brazylijskim miasteczku pośród pięciu sióstr, przyspieszonym kursie dorastania i światowej karierze w modelingu, o swoim małżeństwie i trudach macierzyństwa. Dzieli się radami na temat zdrowego odżywiania i ćwiczeń, daje rady na temat wychowywania dzieci, zdradza sekrety udanego związku, a także wspomina blaski i cienie pracy w branży modowej. Modelka wielokrotnie podkreśla, że jej życie nie zawsze było usłane różami. Bywały momenty, kiedy w jej głowie kotłowały się czarne myśli i cała masa kompleksów. Tak – supermodelka zmagała się z własnymi słabościami przez długi czas. W końcu odkryła swoją drogę do osiągnięcia szczęścia, chociaż nie była łatwa.

W swoje książce Gisele podkreśla, że zawsze trzeba żyć w zgodzie ze sobą i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Czasami droga do osiągnięcia tego jest długa i kręta, ale jest do osiągnięcia. Trzeba tylko odkryć, co jest dla nas najlepsze i konsekwentnie za tym podążać. „Lekcje. Moja droga do dobrego życia” to intymna opowieść o życiu jednej z najsłynniejszych supermodelek świata. Jednocześnie to zbiór bardzo cennych lekcji życiowych, których doświadczyła sama modelka i teraz dzieli się nimi. To także cała masa prywatnych zdjęć modelki i najbliższych jej osób, do tej pory nieznanych.

Pamiętam, że jako mała dziewczynka zachwycałam się urodą Gisele Bündchen. Podziwiałam ją na całej linii, chciałam być taka jak ona. Potem mi przeszło i miałam wręcz odwrotne zdanie na jej temat – widziałam ją jako oziębłą, niezbyt miłą i zadufaną w sobie celebrytkę. Patrzyłam na nią przez pryzmat skandali i romansów. Długo ociągałam się z przeczytaniem jejksiążki, bo co taka kobieta może mądrego i ciekawego przekazać światu? Po lekturze książki zmieniłam zdanie.

Piękna opowieść o drodze ze światowych wybiegów do harmonii i szczęścia, od zawodowych sukcesów do zaangażowania w walkę o środowisko, od samotności i kompleksów do kochającego i ciepłego domu. „Lekcje. Moja droga do dobrego życia” jest książką mądrą, przepełnioną cennymi radami, którą powinna przeczytać każda z nas.

Za książkę dziękuję:

Maciej Zborowski „Nie taka Szwecja lagom”

Z czym kojarzy nam się Szwecja? Ten północny zamorski sąsiad jawi się niczym kraj mlekiem i modem płynący. To kraj równości i sprawiedliwości, najbardziej socjalne społeczeństwo Europy, w którym ludzie żyją dostatnio i spokojnie. Szwecja to także wytwórnia gwiazd, takich jak ABBA,  bezpiecznych samochodów marki Volvo oraz obecne w domach na całym świecie tanie i proste w montażu meble IKEA. To również kraj potomków groźnych Wikingów. A jak jest naprawdę? Jak wygląda życie w tym skandynawskim kraju? W swojej książce „Nie taka Szwecja lagom” Maciej Zborowski – skandynawista i przedsiębiorca – pokazuje nam drugie oblicze Szwecji.

Autor porusza wiele aspektów życia w Szwecji. Zaczynając od Rodziny Królewskiej, przez religię i edukację, przechodzi do sfery ekonomicznej i socjalnej. Obala mit, że Szwecja to istne El Dorado, w którym każdy chce mieszkać. Że panuje równość i wolność słowa, a podatki są uciążliwe. Maciej Zborowski porusza temat imigrantów, którzy licznie przybyli do tego kraju i czerpią korzyści z tego tytułu, a szwedzkie społeczeństwo bezinteresownie pomaga uchodźcom. Autor weryfikuje zakorzenione w naszej mentalności stereotypy. Nie pokazuje Szwecji pięknej i rajskiej, wywleka sporo brudu, pokazuje Szwedów, rząd, gospodarkę, politykę, również z tej mrocznej strony. Znajdziemy również dużo porównań do Polski – pokazuje w jakich dziedzinach jesteśmy podobni do Szwedów, a w jakich całkowicie inni. Nie tylko  jako ludzie, ale my jako kraj, rząd czy system polityczny.

Nie byłam w Szwecji, więc trudno mi się wypowiedzieć na temat tego kraju. Szczerze przyznam, że momentami książka była nieco nudna. Za dużo suchych faktów i zbyt naukowego słownictwa.  Mnóstwo wykresów i tabelek z cyframi są ciężkostrawne, a nawet mogą odstraszyć. Bardzo łatwo przeskoczyć mało interesujący nas temat.Trzeba jednak przyznać, że „Nie taka Szwecja lagom” jest pięknie wydana, sporo tu różnego rodzaju kolorowych zdjęć, grafik, malutkich logotypów – naprawdę wizualnie jest bardzo przyjemnie i przyciąga oko. Książka nie tylko dla miłośników Szwecji, ale równie dla tych, którzy planują swoją podróż do sąsiada zza morza.

Za książkę dziękuję:

Artur Gryżewski, Artur Górski „Macho. Instrukcja obsługi”

Na świecie istnieje wiele różnych kultur, a każda z nich ma swój własny kanon piękna i różne obyczaje. Jednym z fenomenów jest zjawisko maczyzmu. Macho istnieje na każdej szerokości geograficznej i każdym kręgu kulturowym. Chociaż może różnić się wyglądem, określenie jest jednoznaczne. Kim jest macho? To obiekt pożądania tysięcy kobiet; prawdziwy twardziel, który niczego się nie boi i wzbudza respekt; 100 % testosteronu; ideał męskości, do którego dąży każdy facet… A jaka jest druga strona medalu? Inni uważają macho za zwykłego pozera, który kiepsko gra określone role i jest obiektem drwin o tandetnym wyglądzie.

Artur Górski, autor bestsellerowej serii „Masa o polskiej mafii” oraz Andrzej Gryżewski – seksuolog i psychoterapeuta, twórca bestsellerowej „Sztuki obsługi penisa” spotkali się, by porozmawiać o fenomenie macho. Swoje wnioski i wywody zapisali na kartach książki „Macho. Instrukcja obsługi”, w której dzielą się z czytelnikami swoimi doświadczeniami, rozkładają na czynniki pierwsze i obalają mit o tym specyficznym typie mężczyzny.

Tak naprawdę nie ma jednej definicji macho. Istnieje stereotyp, że macho wygląda niczym Pablo Escobar albo inny latynoski gangster. Jednak nie o wygląd tu chodzi. W swojej rozmowie autorzy zauważają, że ci mężczyźni często stają się więźniami swojej własnej wizji męskości. Zazwyczaj wynika to ze wzorców wyniesionych z domu rodzinnego, ale czasami zmusza ich do tego otoczenie. Starają się za wszelką cenę być kimś, kim w rzeczywistości nie są, przez co ich życie staje się jedną wielką mistyfikacją. Wiąże się z tym szereg zaburzeń i problemów osobowościowych. To z kolei rzutuje na inne sfery życia, np. seks i relacje z kobietami.

„Macho. Instrukcja obsługi” to rozmowy dwóch specjalistów, którzy w swobodnej konwersacji kolegów po fachu dzielą się swoimi obserwacjami. Każdy z nich miał do czynienia z tym typem mężczyzny, więc mają pojęcie o czym piszą. W książce przeważają wypowiedzi Andrzeja Gryżewskiego, to właśnie on zajmuje się psychologicznym aspektem zjawiska. Bardzo często przywołuje historie swoich pacjentów, aby zobrazować pewne schematy, według których postępuje macho i wskazać, jak wpływają one na jego życie seksualne. Dodatkowo trafne pytania Artura Górskiego sprzyjają „pogłębieniu” diagnozy i wprowadzają czytelnika w świat prawdziwych macho, czyli w środowisko gangsterskie.

Książka ma za zadanie zasygnalizować, że zjawisko maczyzmu istnieje i należałoby się w nie zagłębić, aby właściwie zrozumieć jego specyfikę. Okazuje się bowiem, że nie ma jednoznacznej definicji macho i tak naprawdę może nim być nie tylko gość pokroju strongmana, ale także odpicowany pracownik korporacji czy znany influencer. Zgłębiając się w politykę, również wyraźnie można zauważyć zjawisko maczyzmu. Ciekawi jesteście jak kształtuje swój wizerunek Putin lub Donald Trump? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w tej książce. Interesująca książka, która nieco wyjaśnia nam czym polega to fenomenalne zjawisko, które funkcjonuje na całym świecie.

Za książkę dziękuję:

 

Marta Krupińska „#PolishBeauty”

Każda z nas dąży do tego, żeby mieć piękne i zadbane ciało oraz długo cieszyć się młodym wyglądem. Żeby to osiągnąć, trzeba jednak odpowiednio zadbać o pielęgnację. „#PolishBeauty” to poradnik stworzony dla Polek, który pomaga odpowiednio zatroszczyć się o naszą urodę.

Marta Krupińska jest szefową działu urody w magazynie ELLE oraz ELLE MAN. Postanowiła wydać książkę, w której pomaga swoim rodaczkom w pielęgnacji urody, a efektem jej pracy jest „#PolishBeauty”. W tym celu przeprowadziła śledztwo, czy wszystkie aktualnie modne kosmetyki oraz zabiegi są odpowiednie dla Polek. Przeprowadziła szereg wywiadów z m. in. założycielkami polskich marek zajmujących się produkcją naturalnych kosmetyków, a także z fryzjerkami i makijażystkami.

Bardzo chętnie testujemy i z wypiekami na twarzy śledzimy wszelkie nowości kosmetyczne. Co chwilę w drogeriach pojawiają się cudowne eliksiry gwarantujące nam wieczną młodość. Zachwycamy się sposobem pielęgnacji, które stosują Koreanki; inspirujemy się kosmetycznymi rytuałami polecanymi przez Francuzki. Nie zdajemy sobie sprawy, że niektóre zabiegi, kosmetyki czy składniki zawarte w nich mogą nam jedynie zaszkodzić. Żyjemy w innym klimacie, na innym kontynencie, dlatego nie wszystkie produkty pielęgnacyjne nam służą.

Na kartach „#PolishBeauty” dowiemy się, jak świadomie kupować kosmetyki i na co przede wszystkim zwracać uwagę w ich składzie z korzyścią dla urody, środowiska i portfela. Marta Krupińska radzi również, jak w dziesięć minut zrobić make-up „no make-up”, który uwydatni nasze naturalne atuty. Przekonuje, że naturalny look pomaga w utrzymaniu zdrowej, pięknej, a przede wszystkim młodej cery. Warto zrezygnować ze sztucznych rzęs, tipsów i hebanowej opalenizny. Bo przecież natura jest piękna, a co za tym idzie – naturalny wygląd.

„#PolishBeauty” autorstwa Marty Krupińskiej to podręcznik pielęgnacji, który powinna przeczytać każda Polka. To swoiste kompendium wiedzy na temat składników, jakich powinnyśmy używać przy naszym typie urody; prawidłowej pielęgnacji ciała; naturalnego podkreślania piękna, a także na temat naturalnych produktów polskich marek kosmetycznych. Poradnik jest idealny zarówno dla młodych dziewczyn, jak i dojrzałych kobiet. Bo wszystkie jesteśmy piękne, niezależnie od wieku, koloru skóry, wagi czy rozmiaru, który nosimy. Warto świadomie dbać o siebie.

„#PolishBeauty” 

Jonathan Eig „Narodziny pigułki”

Jedna malutka pigułka, a wstrząsnęła światem. Wzbudziła szereg kontrowersji i okrzyknięta została narzędziem szatana. Odmieniła losy milionów kobiet na całej kuli ziemskiej, czyli spełniła swoje zadanie. Dzięki niej kobiety same zaczęły decydować o swoim ciele. Była również jednym z punktów zapalnych stojącej u progu rewolucji obyczajowej. I nie, nie zdemoralizowała społeczeństwa, jak wtedy sądzono. Mamy XXI wiek, ale dla niektórych społeczeństw magiczna pigułka nadal jest co najmniej niepokojąca.

Ameryka, lata 50-te ubiegłego wieku. Pewnego dnia Margaret Sanger postanowiła odmienić losy milionów kobiet na całym świecie. To legendarna założycielka ruchu na rzecz kontroli urodzeń, ale przede wszystkim jedna z orędowniczek przyjemności seksualnej. W ówczesnych czasach uważana była za ladacznicę i czarownicę, ponieważ dążyła do demoralizacji społeczeństwa. Wtedy nie do pomyślenia było, żeby seks służył czemuś innemu niż płodzenie dzieci, a czerpanie z niego przyjemności było wręcz zakazane. Postanowiła, że znajdzie sposób, by kobiety miały samodzielną kontrolę nad własną płodnością. Oczywiście sama nie dałaby rady, dlatego też oprosiła o pomoc niejakiego Gregory’ego Pincusa, naukowca z Harvardu. Jak na tamte czasy, był on wizjonerem zajmującym się rozmnażaniem ssaków. Z czasem dołączyli do nich Katherinie McCormick – arystokratka i liderka ruchu walczącego o prawa kobiet oraz charyzmatyczny ginekolog John Rock, który posiadał wieloletnie doświadczenie w pracy z kobietami, a głęboki katolicyzm łączył z przekonaniem, że „wiara jest marną uczoną”. Ta czwórka podjęła się niemal niemożliwego zadania. W ciągu dekady doprowadziła do jednego z najradykalniejszych przełomów społecznych – wynalazła pigułkę antykoncepcyjną.

Oczywiście, jak to z nowościami bywa, „pigułka” nie została ciepło przywitana przez społeczeństwo, wręcz przeciwnie. Minęły długie lata, zanim udało się przekonać o jej zaletach kobiety, lekarzy oraz kościół katolicki. Ten ostatni oczywiście potępił szatański wynalazek, ponieważ nie pozwalała płodzić nowych wiernych. Społeczeństwo się oburzyło, ponieważ kobiety odzyskały władzę nad własnym ciałem, mogły same decydować o tym, ile dzieci chcą mieć i kiedy je mieć. A przede wszystkim – mogły czerpać przyjemność z uprawiania seksu, bez żadnego lęku, że znowu zajdą w niepożądaną ciążę. Lekarze początkowo niechętnie przyjęli nowe medyczne odkrycie, nie wiedzieli jaki wpływ w dłuższej perspektywie będzie miało stosowanie tej magicznej pigułki. Z czasem jednak się przekonali z zgodzili, że pastylka ta przynosi więcej dobra niż szkód zarówno dla samych kobiet, jak i całego społeczeństwa.

Jeszcze 70 lat temu ludzie żyli w mentalnym średniowieczu. Czasy były inne, kobiety nie miały żadnych praw, a ich zadaniem było rodzenie dzieci i usługiwanie mężom. Nikomu wtedy nie przyszło do głowy, by z czerpać przyjemność z seksu. Wtedy 30-letnie kobiety posiadały 5., 6. dzieci i z każdym obytym stosunkiem odczuwały lęk przed poczęciem nowego dziecka, najczęściej niechcianego. Naturalnie cała odpowiedzialność za wychowanie i opiekę spadała na nie. Nie mówiąc już o fizycznych i psychicznych skutkach ciągłego rodzenia dzieci. Aż tu nagle pojawiła się niejaka Margaret Sanger z obietnicą, że odmieni ich los. Po niemal dekadzie, wielu testach, stawianiu czoła wszelkim przeciwnościom, przekonywaniu społeczeństwa, milinom dolarów pochłoniętych na badania – udało się. Możemy teraz same o decydować.

Jak ja się cieszę, że żyję w czasach obecnych! Jestem wdzięczna, że mam dostęp do tego typu „wynalazków” jak tabletka antykoncepcyjna i mogę decydować o własnym ciele i swojej płodności. Chociaż kto wie, co przyniesie przyszłość. „Narodziny pigułki” autorstwa Jonathana Eiga to świetna opowieść na temat poszukiwań różnych sposobów na ograniczenie liczby urodzeń (poniekąd też emancypacji kobiet), ale także podróż po historii Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku.

Za książkę dziękuję:

Sylwia Majcher „Wykorzystuję, nie marnuję”

Nasza planeta jest tylko jedna. Niestety, coraz częściej zapominamy o tym i zamiast ją budować, niszczymy. Sylwia Majcher napisała poradnik „Wykorzystuję, nie marnuję”, który inspiruje do życia w zgodzie z naturą i pomaga mądrze korzystać z jej zasobów. Autorka jest absolwentką studiów nauk o odżywianiu. Prowadzi liczne warsztaty poświęcone niemarnowaniu jedzenia i ekologii. To także współtwórczyni i ambasadorka pierwszej w Polsce kampanii edukacyjnej #wroclawniemarnuje. Na swoim koncie ma już książkę „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku”, w której radzi, jak wykorzystać jedzenie, którego pozornie nie da się wykorzystać. Teraz powraca z nowym poradnikiem, w którym pokazuje, że w przyrodzie nic się nie marnuje.

Autorka porusza wiele ważnych i aktualnych kwestii. W morzach ląduje coraz więcej śmieci, które zatruwają je i zabijają niewinne stworzenia. Kupujemy ponad nasze potrzeby, marnujemy prąd i wodę, jemy coraz więcej mięsa. To tylko niektóre problemy, o których wspomina autorka. Jeśli tak dalej pójdzie, nasza planeta długo nie wytrzyma. Sylwia Majcher podsuwa mnóstwo pomysłów, by wykorzystać to, co już mamy, przyczyniając się jednocześnie do ochrony naszego środowiska. Możemy kupować ubrania z drugiej ręki, wymieniać się przeczytanymi książkami, robić własne konfitury, środki czystości czy hodować własne warzywa na balkonie. Udowadnia, że nawet deszczówkę można rozsądnie wykorzystać. Autorka podaje nam na tacy mnóstwo fantastycznych i banalnie łatwych rozwiązań, do których trzeba jedynie odrobinę motywacji i chęci do zmian.

Książka podzielona jest na cztery rozdziały pogrupowane względem pór roku, w których zawarte są 52 wyzwania zero waste. Autorka zachęca, aby w każdym tygodniu podjąć się jednego z nich. Nawet jeśli nie uda nam się w nich dotrwać, będziemy mieć poczucie, że chociaż spróbowaliśmy. Sama osobiście konsekwentnie stosuję niektóre wyzwania, inne mam zamiar podjąć w niedalekiej przyszłości. W jeszcze innych zapewne nie dotrwam, chociażby całkowite zrezygnowanie z jedzenia mięsa, ale będę się starać je ograniczać. Na pewno spróbuję zrobić własne kosmetyki (przepisy znajdują się w książce) na bazie produktów, które znajdują się w zasięgu ręki i przede wszystkim są naturalne.

„Wykorzystuję, nie marnuję” to pięknie wydana, kolorowa, inspirująca, a przede wszystkim mądra książka. W środku znajdziemy nie tylko wiele praktycznych i ekologicznych rozwiązań, ale także inspirujące wywiady ze specjalistami z rożnych dziedzin ekologii. Książka „Wykorzystuję, nie marnuję” autorstwa Sylwii Majcher powinna trafić w ręce każdego świadomego człowieka, który chce dbać i zmieniać naszą planetę na lepsze.

„Wykorzystuję, nie marnuję”

Catherine Blackledge „Wagina. Sekretna historia kobiecej siły”

Wagina. Źródło rozkoszy, życia, ale także wstydu. Jest przedmiotem pożądania oraz wielu kontrowersji. Od wieków istnieje przekonanie, że posiadanie waginy jest powodem do wstydu i nie powinno się o niej w ogóle mówić. Nie jest tajemnicą, że kobiety od zawsze były dyskryminowane i uważane za gorsze istoty. Na szczęście teraz to się zmienia. Cieszę się, że powstają takie odważne i szczere książki jak „Wagina. Sekretna historia kobiecej siły” autorstwa Catherine Blackledge.

Catherine Blackledge funduje nam podróż po historii kobiecej seksualności, zaczynając od czasów starożytnych, a kończąc na tych obecnych. Niegdyś nasi przodkowie wierzyli, że kobiecy narząd rozrodczy ma boskie znaczenie i może ocalić współtowarzyszy od wszelkich nieszczęść czy kataklizmów. Potem nastały wieki ciemne, gdzie ludzie wierzyli, że wagina to siedlisko pokusy, a nawet samego szatana. W przeszłości niedoceniana, a nawet dyskryminowana miała służyć tylko i wyłącznie w jednym celu – prokreacji. O żadnej przyjemności nie było mowy. Przykre jest to, że nawet teraz, w XXI wieku, niektórzy nadal tak uważają. Co więcej, w niektórych kręgach kulturowych nadal pozostaje tematem tabu. Mam wrażenie, że największy problem z kobiecym narządem płciowym mają mężczyźni. Z jednej strony pragną jej i namiętnie pożądają, ale z drugiej zaś zakazują o głośno mówić o rozkoszy i własnych potrzebach.

W środku znajdziemy mnóstwo informacji ze świata zwierząt, które czasami potrafią zadziwić. Autorka odnosi się do wielu legend i opowieści na temat kultu waginy. Masa rysunków z objaśnieniem poszczególnych części kobiecego narządu rozrodczego oraz wiele zdjęć autentycznych wagin, pomaga zrozumieć funkcjonowanie tego narząd. Podpowiada czytelniczkom, jak osiągnąć orgazm oraz ułatwia odnalezieniu mitycznego punktu G. Prawda jest taka, że Catherine Blackledge czasami szokuje i obala tabu, ale taki właśnie był jej cel. Pokazuje, że wagina to piękny narząd, który nie tylko sprowadza na świat nowe życie, ale służy także do osiągania przyjemności.

Książkę „Wagina. Sekretna historia kobiecej siły” powinna przeczytać każda z nas. To nie tylko podróż w czasie po kobiecej seksualności oraz doskonała lekcja anatomii, ale przede wszystkim swoiste kompendium wiedzy na temat narządu, który posiada ponad połowa ludzkości. Książka to nie tylko wspaniały portret najskrytszych tajemnic kobiecego ciała, ale także bezpruderyjny obraz kobiecej seksualności w każdym jej aspekcie. Autorka łamie wszelkie tabu i żywiołowo manifestuje swój kult kobiecości, radość, a przede wszystkim dumę z posiadania waginy.Każda z nas powinna brać przykład z Catherine Blackledge i być z tego równie dumna.

Za książkę dziękuję:

Wanda Żółcińska „Ceremonia”

Bycie singelką nie jest łatwe. Tym bardziej, gdy ma się 35 lat na karku i żadnych perspektyw na zamążpójście. Wiem, bo sama muszę nasłuchać się filozoficzno-egzystencjalnych wywodów za każdym razem, kiedy odwiedzam swoją rodzinę. Co prawda nie mam jeszcze tylu lat, co bohaterka książki Wandy Żółcińskiej, ale i tak uszy mi więdną.

Liza (w pracy Elżbieta, w domu Bietka) właśnie rozpoczyna nową pracę. Jej zadaniem jest kontrolowanie firmowego działu, w którym dzieją się podejrzane rzeczy. Jeśli uda jej się coś znaleźć, otrzyma dużą premię. Przy okazji pomaga bratu w opiece nad synem Olafem, którego opuściła żona. Liza lubi też spotykać się ze swoimi przyjaciółkami. W pewnym momencie podjęła jednak decyzję, która odmieni jej życie. Decyduje się na sologamię, czyli postanawia wziąć wziąć ślub sama ze sobą. Odrzuca stereotypową rolę, potwierdza publicznie swoją samotność i pozostania być ze sobą na całe życie właśnie w takiej wersji.

Liza (albo Elżbieta czy też Bietka) ma zupełnie rożne osobowości, adekwatne do danego imienia. W pracy jest jedynie obserwatorką, chociaż powinna być chłodna i obiektywna, w domu zaś jest zbyt emocjonalna i wybucha gniewem, kiedy matka pyta o jej życie prywatne. Na każdym kroku porównuje się z innymi kobietami. Brak jej pewności siebie i ochoty do działania, by zmienić coś w swoim nudnym życiu.

Czym jest wspomniana sologoamia? To nic innego jak ślub samym ze sobą. To forma publicznej deklaracji, która nie niesie prawnych konsekwencji. ale daje światu sygnał, że dobrze nam ze sobą i nie szukamy partnera lub partnerki. To reakcja na społeczną presję posiadania męża lub partnera czy dzieci, swego rodzaju znak dla innych, że pytania o te sprawy są nie na miejscu. Zjawisko sologamii staje się coraz popularniejsze i wywołuje wiele dyskusji.

Zanim jednak Liza podejmie taką decyzję, musimy przebrnąć przez analizę jej życia, która momentami jest jak flaki z olejem. Fabuła jest nieco schematyczna i czasami wręcz nudna. Zbyt dokładny opis dosłownie każdej czynności Lizy (poszła do toalety, napisała maila, odbyła rozmowę, obejrzała film, zagrała w grę) naprawdę zanudza. Trochę trudno jest się utożsamić z bohaterką. Książka napisana jest językiem prostym, jest lekka i szybko się ją czyta. Ciekawy jest wątek na temat sologamii, która w naszym kraju jest ciągle nieznanym pojęciem. Branie ślubu samym ze sobą może budzić w społeczeństwie wiele kontrowersji. Nie mniej jednak warto mówić o nowych zjawiskach, które zapewne niebawem zyska wielu zwolenników.

Za książkę dziękuję:

Bożena Iliev „W bałkańskim kociołku. Opowieść o Bułgarii”

Bułgaria. Średniej wielkości kraj położony na Półwyspie Bałkańskim. Co tak naprawdę o nim wiemy? Jedynie z czym nam Polakom może kojarzyć się z ten kraj to wczasy w Złotych Piaskach czy Słonecznym Brzegu oraz Władysławie Warneńczyku – polskim królu, który zginął w bitwie pod Warną. Barbara Iliev w swojej najnowszej książce stara się nam uświadomić, że Bułgaria to coś znacznie więcej, niż beztroskie wczasy all inclusive nad Morzem Czarnym.

Na samym początku Barbara Iliev opisuję swoją historię, jak to chwilowy wakacyjny pobyt w Bułgarii zmienił się w niekończącą się przygodę. Okazuje się, że w trakcie wakacji autorka poznała swojego przyszłego męża – prawdziwe dziecko Bałkanów. Zdeycowała się tam osiąść na stałe i całym sercem pokochała swoją nową ojczyznę. Teraz, w swojej książce „Bałkański kociołek. Opowieść o Bułgarii” stara się zarazić czytelników tą bezgraniczną miłością.

Nie bez powodu jest tytuł książki. „Bałkański kociołek” to naczynie, w którym powstają różne potrawy i świadczą o charakterze i obyczajach lokalnych społeczności. Dlatego też autorka pokusiła się o wplecenie różnych przepisów kulinarnych, które z sukcesem możemy sami przygotować w domowym zaciszu. Przepisy jednak nie są tutaj najważniejsze, choć stanowią integralną część całego prozatorskiego monologu. W powieści Bożeny Iliev możemy, poza opisem słynnych bułgarskich miejsc, odnaleźć charakterystykę obywateli Bułgarii, ich zwyczajów i obyczajów, sposobów komunikowania się. Opisane są także ich narodowe święta, czy ich własne obyczaje, jak np. zachowanie się za kierownicą pojazdu. Każdy taki szczegół konstruuje całość, pozwala na poznanie tej nacji od całkiem innej strony.

Co ciekawe, na kartach książki autorka przybliża nie tylko samą Bułgarię, jak mógłby sugerować tytuł, ale znajdziemy tam także informacje o innych krajach bałkańskich, które mają z nią wiele cech wspólnych i ciężko wyraźnie oddzielić to, co jest typowo bułgarskie, od tego, co jest macedońskie lub greckie. Co więcej, autorka odnajduje także punkty wspólne między Bułgarami i Polakami, pokazuje, że choć dzielą nas zachowania i obyczaje, to jesteśmy do siebie w wielu aspektach podobni.

Przyznam szczerze, że Bułgaria nie jest moim wymarzonym krajem. Byłam tam kilka lat temu i niestety nie mam miłych wspomnień. Książka Barbary Iliev trochę zmieniła moje nastawienie do tego kraju i pokazała zupełnie inne oblicze. „W bałkańskim kociołku. Opowieść o Bułgarii” to swego rodzaju kompendium wiedzy o tym kraju. Autorka starała się opisać ważne z jej punktu widzenia rzeczy. Na kartach tej książki znajdziemy opis wielu tradycji, zagłębimy się w historię Bułgarii, posłuchamy miejscowych legend, poznamy przepisy na tradycyjne dania tego regionu czy przespacerujemy się po ulubionych miejscach autorki. To także zbiór przepięknych zdjęć, które jeszcze bardziej zachęcają do wizyty w tym kraju. Książka nie tylko dla wielbicieli Bułgarii, ale przede wszyskim dla miłośników podróży małych i dużych.

Za książkę dziękuję: