Natalia Kołaczek „I cóż, że o Szwecji”

Wpadłam w jakiś amok, jeśli chodzi o książki dotyczące Szwecji, cały czas mogę się w nich zaczytywać. Szwecja wysoko widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń. Gdyby nie ten cały wirus, w tym roku miałam tam eksplorować ten kraj. Póki co pozostają mi właśnie książkowe podróże po tym państwie. „I cóż, że o Szwecji” Natalii Kołaczek jest swego rodzaju przewodnikiem po tym kraju., zwłaszcza dla laików takich jak ja, którzy wiedzę o Szwecji czerpią jedynie z książek i filmów.

O Szwecji w powszechnej opinii krąży wiele informacji i mitów. W jednych z nich drzemie sporo prawdy, inne są całkowitą fikcją. Jedno jest pewne – Szwecja jest niesamowitym krajem. Mieszkańcy tego kraju postrzegani są jako serdeczni i otwarci, ale jednak nieco chłodni i zdystansowani ludzie. Szwecja, z którą graniczymy przez Bałtyk, jest nieco inna niż nasza ojczyzna.  W ich kraju panuje zimniejszy klimat i lato trwa krócej. Stopa życiowa jest wyższa niż w wielu krajach Europy. Dzieci znają Szwecję z lektury o sympatycznych rówieśnikach z Bullerbyn. Czy jest możliwe, żebyśmy mieli coś wspólnego (poza historią) ze Szwecją?

Z lektury książki dowiemy się czym jest syndrom Bullerbyn, jak dogadać się z uchodzącym za introwertycznego i małomównego Szwedem, dlaczego w sklepowej kasie okazuje się, że płacicie inaczej niż sobie policzyliście, dlaczego Szwedzi uważają, że królewskie dzieci są traktowane niesprawiedliwie, pogotujemy z niestroniącym od przekleństw Food Emperorem, poznamy wszelkie możliwe powody do świętowania, uzyskamy odpowiedź na to przez ile lat szwedzka zabudowa będzie jeszcze tak charakterystycznie czerwona i dowiemy się jak przejawia się słynne szwedzkie równouprawnienie. Jednym zdaniem – to prawdziwe kompendium wiedzy o tym północnym kraju.

Książka „I cóż, że o Szwecji” to swoisty przewodnik po tym kraju. Znajdziemy w niej wiele ciekawostek obyczajowych, kulturowych, historycznych, przyrodniczych czy kulinarnych. Autorka starała się opowiedzieć dosłownie wszystko o tym kraju. Mam wrażenie, że momentami chce przekazać za dużo informacji na na raz i robi się chaos. Nie mniej jednak Natalia Kołaczek to prawdziwa miłośniczka Szwecji, w końcu nie na darmo przeprowadziła się do tego kraju. Natalia Kołaczek żyje Szwecją, jest nią i jest w niej. W książce czuć jej fascynację i z pasją opowiada nie tylko o dobrych, ale także i złych stronach życia w Szwecji. Książka jest niezwykle lekka w odbiorze, napisana przystępnym stylem. Natomiast przepiękne zdjęcia zachęcają, by jak najszybciej odwiedzić ten kraj. „I cóż, że o Szwecji” to książka nie tylko dla miłośników tego państwa, ale również dla laików, którzy planują swoją podróż do Szwecji.

Za książkę dziękuję:

Wiktoria Michałkiewicz „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie”

Szwecja to dla mnie ciągle wielka niewiadoma. Chociaż nigdy tam nie byłam, namiętnie czytam niemal każdą książkę o tym kraju. Coś mnie w nim fascynuje i pociąga. Dlatego też ochoczo sięgnęłam po debiutancką książkę Wiktorii Michałkiewicz. Nie jest to jednak barwny przewodnik po szwedzkości, ani reportaż opiewający geniusz Szwedów, wręcz przeciwnie – to drugie, mroczne oblicze tego narodu.

Szwecja to specyficzny kraj. Z jednej strony to oaza równości, otwartości, tolerancji i ekologii. Szwedzi uważani są za jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Z drugiej zaś niepokój społeczny i wszędzie wkradająca się poprawność polityczna, która ostatecznie prowadzi do rasizmu i ksenofobii. Dlatego w ostatnim czasie tak bardzo na popularności zyskały wszelkie ruchy i idee nacjonalistyczne. Czy faktycznie XXI-wieczna Szwecja jest takim rajem, za jaki uważają go imigranci i turyści?

Wiktoria Michałkiewicz stara się dowiedzieć, jak to się stało, że narodził się szwedzki nacjonalizm i przekonanie o wyższości własnej rasy nad innymi. Oczywiście doskonale widać wątek historyczny związany z nazizmem. Chociaż w trakcie II wojny światowej Szwecja starała się zachować neutralność, to jednak zezwoliła na transport wojsk III Rzeszy na terenie kraju. Oprócz wprowadzenia w historię Szwecji ostatnich dwóch wieków, porusza temat ról społecznych i ewolucji poglądów w tym zakresie. Co więcej, autorka przeprowadziła szereg rozmów nie tylko z szeregowymi Szwedami, ale także przeprowadziła wywiady także z politykami nacjonalistycznej partii Szwedzkich Demokratów – zwraca uwagę jak ich język zmieniał się na przestrzeni lat, jak tonowali swoje wypowiedzi, ujmując eufemistycznie rasistowskie postulaty. Nie pominęła również najbardziej kontrowersyjnego zagadnienia, dotyczącego miejsca w szwedzkim społeczeństwie dla obcokrajowców i uchodźców. Rozmawiała także z imigrantami przybyłymi w latach 70. ubiegłego wieku i na początku XXI wieku.

Mam nieco mieszane uczucia co do tej książki. Nie tego się spodziewałam. Przez kilka pierwszych rozdziałów autorka opisuje dumną historię Szwedów. Jednak skupia się na takich aspektach jak wielka emigracja czy czasy II wojny światowej, by potem przeskoczyć na tematy obozów koncentracyjnych. „Wstęp”, czyli tak naprawdę ponad połowa książki, to szwedzka historia dwóch ostatnich wieków w pigułce. Momentami książka  jest niezrozumiała, bo przeplatają się w niej rożne wątki, które niekoniecznie są ze sobą spójne.

Nie mniej jednak treść reportażu „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” zaciekawia, wzbudza emocje i daje do myślenia. Reporterka rzetelnie zebrała informacje, korzystała z wielu źródeł, dotarła do przedstawicieli Szwedzkich Demokratów, naukowców i imigrantów, rozmawiała z nimi i przeprowadziła liczne wywiady. Wiktoria Michałkiewicz bardzo dobrze tłumaczy, co zadziało się w przeszłości i co determinuje szwedzką teraźniejszość.

Za książkę dziękuję:

Laila Shukri „Jestem żoną terrorysty”

„Jestem żoną terrorysty” to opowieść o kobiecie, która została rozkochana i uwiedziona, aby urodzić terrorystę samobójcę. To również swego rodzaju świadectwo o rodzinach zaangażowanych w terroryzm, o których się nie mówi. Laila Shukri wysłuchała historii jednej z Polek, aby opowiedzieć ją światu.

Zaskakujące, że scenariusz zazwyczaj jest taki sam: kobieta poznaje nieziemsko przystojnego mężczyznę, który jest szarmancki, elegancki i hojny. Ów mężczyzna stara się przychylić nieba swojej wybrance: zaprasza na romantyczne kolacje, zabiera na egzotyczne wycieczki, kupuje luksusowe rzeczy. Zakochana na całego kobieta postanawia rzucić całe swoje dotychczasowe życie i przekonania i postanawia wziąć z nim ślub. Potem jest już coraz gorzej. Ukochany przestał być tak szarmancki i hojny, a za każdy sprzeciw i niesubordynację wymierza surową karę. Nie inaczej było w przypadku Klaudii, która po rozstaniu z długoletnim partnerem niespodziewanie zostaje wyrzucona z pracy. Decyduje się na podróż do Maroka, która miała pomóc jej odzyskać utraconą równowagę duchową i psychiczną. Poznany w egzotycznym kraju Raszid szybko zdobywa jej serce, pokazując jej najpiękniejsze zakątki własnej ojczyzny. Kiedy mężczyzna proponuje jej przyjazd do niego do Londynu, Klaudia ma nadzieję na znalezienie u jego boku szczęścia. Nie zdaje sobie sprawy, że znajdzie się w mackach najniebezpieczniejszej siatki terrorystycznej, której głównym celem jest szkolenie dzieci na terrorystów samobójców. Natomiast jej zadaniem miało być rodzenie jak najwięcej liczby chłopców, którzy mieliby dołączyć do dżihadu…

Książki Laili Shukri szokują i wprawiają w osłupienie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że są to prawdziwe historie, nie żadna fikcja. „Jestem żoną terrorysty” na początku wydaje się być tanim romansem, ale potem autorka odpala prawdziwą bombę emocjonalną. Tym razem dotyka sfery terroryzmu oraz wykorzystywania kobiet i dzieci przez dżihadystów. Laila zagłębia się nie tylko w historię Klaudii, ale także powołuje się na szereg faktów dotyczących terroryzmu czy „świętej wojny”, do której pod każdym względem dążą muzułmanie. Książka zakończyła się w dziwnym momencie, po prostu się urwała. Chciałabym wiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy Klaudii i jej dziecka.

Autorka porusza szereg trudnych, przemilczanych i niebezpiecznych tematów. Laila opisuje historie pod pseudonimem i w wielkiej tajemnicy, sama zaś jest żoną arabskiego szejka, który nie ma pojęcia o jej pracy. Chociaż wydaje się być szczęśliwa, to jak sama przyznaje nie wie, co by się z nią stało, gdyby mąż dowiedział się o jej „hobby”. Książkę „Jestem żona terrorysty” jak najbardziej polecam, by mieć pogląd na to, jakie niebezpieczeństwa czyhają we współczesnym świecie. Ostrzegam jednak, że to kawał mocnej i ciężkiej lektury.

Jeśli chcecie poczytać więcej tego typu książek na ten temat, to polecam również te pozycje:

 

Za książkę dziękuję:

Filip Skrońc „Nie róbcie mu krzywdy”

XXI wiek. Mamy dostęp do najnowocześniejszych gadżetów elektronicznych, konstruujemy maszyny, o których nawet nie śniło się naszym przodkom, jesteśmy w stanie uratować niemal każde życie, wznosimy budynki sięgające nieba czy latamy samolotami, które coraz szybciej pokonują dystans. To wszystko zawdzięczamy nauce i technice. Jednak w XXI wieku istnieją na świecie państwa, w których mimo, iż ludzie korzystają z tego dorobku cywilizacyjnego, to oprócz tego polują na drugiego człowieka. Wierzą, że za pomocą części ciała albinosa odmienią swoje dotychczasowe życie.

Takie barbarzyństwo praktykowane jest między innymi w Tanzanii. Ludzie polują na albinosów, maczetami odrąbują im ręce i nogi tylko dlatego, że wyglądają inaczej od reszty społeczności. Albinosi mają bardzo jasną skórę (brak pigmentu), białe włosy, rzęsy i brwi, zaś tęczówka oka ma kolor czerwony lub niebieskawy (rzadziej). W niektórych wierzeniach afrykańskich uważa się ich za wcielenia duchów zmarłych, istnieje też przesąd, że części ciała albinosów mają magiczną moc. Barbarzyńcy potrafią zaatakować o każdej porze dnia, chociaż najchętniej robią to pod osłoną nocy, kiedy czujność domowników jest uśpiona. Jeśli nie są w stanie nikogo upolować, to w akcie desperacji plądrują groby, w których spoczywają ciała albinosów. Co się robi z upolowanymi częściami ciała? Sprzedaje na czarnym rynku za horrendalne kwoty albo idzie do lokalnego szamana, który przerabia je na magiczne mikstury, lekarstwa i amulety. Z kolei seks z albinoską ma uleczyć wszelkie choroby weneryczne, w tym HIV.

Filip Skrońc skupia się na Tanzanii, ale łącznie 18 afrykańskich państw uprawia barbarzyński proceder, jakim jest polowanie na albinosów. Autor przez lata dokumentował kolejne przypadki ataków, dociekał przyczyn tkwiących w zarówno w historii afrykańskiego kontynentu, jak i ludzkich głowach. Pojechał do niebezpiecznych miejsc, rozmawiał zarówno z samymi oprawcami, jak i ofiarami i ich rodzinami. Odwiedził zamknięte zakłady, w których mieszkają i się uczą albinoskie dzieci do ukończenia pełnoletności. Potem muszą radzić sobie same, po państwa nie stać na ich dalsze utrzymywanie. Chociaż oficjalnie rząd zakazuje i potępia polowań na albinosów a morderców surowo karze, przed Tanzanią i innymi afrykańskimi krajami jeszcze długa droga do wyjścia na prostą.

„Nie róbcie mu krzywdy” to wstrząsający reportaż, któremu  Filip Skońc poświęcił wiele lat swojej reporterskiej pracy. Ta książka to świadectwo łamania praw człowieka w Tanzanii i krajach Afryki Wschodniej, gdzie osoby z albinizmem żyją w ciągłym zagrożeniu życia. To także opowieść o dyskryminacji oraz o tym, jak jedni wywyższają się nad drugich. Również o tym, że inność jest powodem do napiętnowania. Reportaż Filipa Skońca to kawał mocnej, ale bardzo potrzebnej lektury, uświadamiającej nam, że nie możemy pozostać obojętni na cierpienie ludzie oraz przyzwalać na jakiekolwiek formy dyskryminacji.

Za książkę dziękuję:

Arin Murphy-Hiscock „Księga urody czarownicy”

Żyjemy w nieustannym biegu, w coraz większym stresie i niepokojem,brakuje nam czasu, by prawidłowo o siebie zadbać. Społeczna presja młodego wyglądu i nienagannej sylwetki dodatkowo wzbudza nasz niepokój. Wmawia nam się, że uleganie konsumpcjonizmowi wypełni jakąś lukę w naszym życiu i sercu, a jeśli jest inaczej – coś jest z nami nie tak. Reklamy w mediach nieustannie nas atakują i zachęcają do zakupu kolejnej zbędnej rzeczy czy w ramach relaksu kuszą wizytami w spa i skorzystaniu z ekskluzywnych zabiegów. Dbanie o siebie powinno być na pierwszym miejscu, ale niekoniecznie poprzez nadmierny konsumpcjonizm. Wystarczy sięgnąć po to, co oferuje nam Matka Natura, czerpać z jej siły i dodać odrobinę magii do codziennego życia.

„Księga urody czarownicy” inspiruje do tego, żeby zacząć pielęgnować ciało i duszę za pomocą tego, co oferuje nam natura. Dowiemy się między innymi jak korzystać z dobroczynnej energii natury, ziół, kamieni i żywiołów; pielęgnować w sobie spokój, cierpliwość i miłość do świata oraz samej sobie; wspierać swoją więź z naturą i w pełni korzystać z jej darów; jak zadbać o ciało dzięki prostym przepisom i kojącym kąpielą. Poza tym, dowiemy się o właściwościach niektórych ziół, a także znajdziemy receptury na domowe masło do ciała, sposoby na spokojny sen oraz przepisy zdrowe i pyszne dania. Autorka zachęca swoje czytelniczki, by zadbały o siebie w czarujący (dosłownie) sposób.

Tytuł książki bardzo intryguje, jednak należy traktować go z przymrużeniem oka. To praktyczny poradnik o tym, jak dbać o higienę zdrowia psychicznego, emocjonalnego i kondycji zdrowotnej. Książka podzielona jest na pięć rozdziałów, które dotyczą najważniejszych sfer życia: wsparcie kondycji psychicznej i emocjonalnej, umysł, ciało, dom, duch. W każdym z nich znajduje się cała masa porad oraz „zaklęć” na to, jak np. zniwelować stres, skutecznie planować i organizować swoje życie, jak dbać o życie duchowe czy odnaleźć równowagę i harmonię. Niektóre z tych „zaklęć” mogą wydawać się nieco wyolbrzymione i infantylne, ale co szkodzi spróbować? Może jednak dzięki tajemnej wiedzy czarownic, nasze życie będzie lepsze? Ja z wielką chęcią wypróbuję wiele z tych czarodziejskich zaklęć. W końcu sama poniekąd jestem czarownicą – pochodzę z rejonu, w którym każdego roku na szczycie góry odbywa się sabat 😉

Za książkę dziękuję:

W. Wawrzkowicz-Nasternak, M. Stacewicz-Paixão „Lizbona. Miasto, które przytula”

Każdy z nas ma takie miejsce, do którego uwielbia powracać, albo jakieś nieznane moce do niego przyciągają. Dla Weroniki  i Marty Stacewicz-Paixão takim miejscem jest Lizbona. Efektem ich zachwytów jest książka „Lizbona. Miasto, które przytula”, w której dzielą się z czytelnikami swoimi osobistymi wrażeniami dotyczącymi tego miasta.

Weronika Wawrzkowicz-Nasternak jest dziennikarką radiową i telewizyjną. Lizbona sprawiła, że stała się człowiekiem bumerangiem – raz rzucona w przestrzeń Lizbony, nieustannie do niej wraca. Natomiast Marta Stacewicz-Paixão pochodzi z rodziny wielokulturowej. Do Portugalii miała wyjechać na rok, by wzbogacić swój język, a została na kilkanaście lat. Jest filologiem, designerem i trenerem komunikacji. W swojej wspólnej książce opowiadają o ukochanym mieście, jakim jest Lizbona. Nie jest to jednak zwykła opowieść – to spacer po kulturalnej, artystycznej i kulinarnej stronie stolicy Portugalii.

Lizbona uruchamia wszystkie zmysły. Oferuje znacznie więcej niż tylko wiatr znad oceanu, dzwonki tramwajów czy codzienne pogaduchy mew. Żeby ją zrozumieć, warto poznać tamtejszych ludzi, wsłuchać się w szelest ich rozmów. To miasto pozwala na smakowanie życia całym sobą. W opisywaniu tego miasta pozwala autorkom nie tylko fascynacja, ale przede wszystkim znajomość tego miejsca. Weronika przybywa do Lizbony każdego roku na kilka tygodni, dzięki temu bardzo dobrze zna miasto, dodatkowo jej dziennikarskie umiejętności i doświadczenie pozwoliły stworzyć tak barwną opowieść. Z kolei Marta przybyła by studiować język, zaś jej pobyt w Portugalii przedłużył się o kilkanaście lat. Każda z nich wniosła do książki coś innego. Marta opowiada o zwyczajach, kulturze czy języku, które dogłębnie zdążyła poznać. Natomiast Weronika przeprowadza wywiady z mieszkańcami stolicy Portugalii, zarówno z samymi mieszkańcami, jak i polskimi imigrantami, którzy na stałe osiedli się w Lizbonie.

Nie jest to zwyczajny przewodnik po mieście, wręcz przeciwnie. Nie znajdziemy w nim żadnych informacji na temat najważniejszych zabytków czy utartych tras, które każdy turysta powinien przemierzyć. Zamiast tego pokazuje, co można tam przeżyć, poczuć, posmakować i usłyszeć. Kolorowe zdjęcia znajdujące się w środku dodatkowo zachęcają do takiej formy eksplorowania miasta. Autorki zachęcają do tego, żeby nie biegać po mieście do wszystkich miejsc „must see”, tylko spokojnie przemierzać uliczkami Lizbony i oddawać się urokom, jakie oferuje to miasto. To poznawanie Lizbony na zupełnie innej płaszczyźnie. Fakt, nie jest to obiektywny opis miasta, bo autorki są w nim totalnie zauroczone i opiewa samymi pozytywami. Ja do Lizbony mam mieszane uczucia. Z jednej strony miasto jest urzekające i bardzo przyjemne, z drugiej zaś nie mam zbyt miłych wspomnień z nim związanych. Jednak po lekturze tej książki chciałabym tam wrócić i wchłonąć to wszystko,, o czym piszą autorki, spojrzeć na miasto z innej perspektywy. Kto wie, może i ja zmienię zdanie i zakocham się w nim tak bardzo jak one?

Macie ochotę na inną nieoczywistą podróż? Zapraszam do Sztokholmu: Katarzyna Tubylewicz „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą”

A może chcecie więcej poczytać o Lizbonie? Marcin Kydryński „Muzyka moich ulic. Lizbona”

 

Za książkę dziękuję:

Eve Ensler „Monologi waginy”

Wagina – źródło życia, rozkoszy i wstydu. Jeszcze do niedawna posiadanie waginy było powodem do wstydu. Jeszcze jakiś czas temu nie wolno było jej nazywać po imieniu, a w zamian wołano na nią: pusia, broszka, szparka, pizda, myszka, pipcia, dziura czy brzoskwinka. Tak, to wszystko działo się na początku XXI wieku. Dzisiaj jest nieco lepiej, ale  kobiety na całym świecie nadal muszą walczyć o swoją seksualność, intymność i prawo do decydowania o swojej waginie.

„Każdego roku w Stanach zgwałconych zostaje pięćset tysięcy kobiet. Sto milionów kobiet na całym świecie obrzezano. Lista zdaje się nie mieć końca. Wypowiadam na głos słowo „wagina”, bo chcę, żeby te okropieństwa się skończyły. A wiem, że nie skończą się, dopóki w pełni nie przyjmiemy do wiadomości, że nadal się zdarzają. A jedynym sposobem, żeby to osiągnąć, jest pozwolić kobietom mówić – bez strachu, bez obawy przed karą czy zemstą” – pisze Eve Ensler. „Dziś, dwadzieścia lat później, bardzo chciałabym móc powiedzieć, że radykalny, antyrasistowski feminizm zwyciężył. Ale patriarchat, podobnie jak biała supremacja, to nawracająca epidemia. Wegetuje sobie, uśpiony w organizmie politycznym, jakim jest nasze społeczeństwo, do momentu, aż nie pojawią się aktywizujące go toksyczne warunki” – kontynuuje pisarka.

Eve Ensler jest znaną na całym świecie autorką bestsellerów i dramatopisarką, zdobywczynią nagrody Tony Award. Wśród jej tekstów teatralnych znajdują się między innymi kultowych „Monologów waginy”, który został zaadaptowany na deski teatrów na całym świecie. Ensler jest także twórczynią V-Day, globalnego ruchu na rzecz zakończenia przemocy wobec kobiet i dziewcząt. W ramach V-Day zebrano ponad sto milionów dolarów, które przekazano lokalnym grupom i aktywistkom na całym świecie. Jest także pomysłodawczynią One Billion Rising, największej w historii ludzkości globalnej kampanii na rzecz zakończenia przemocy wobec kobiet, odbywającej się w ponad dwustu krajach. Ensler jest także współzałożycielką Miasta Radości w Demokratycznej Republice Konga, rewolucyjnego centrum ofiar przemocy domowej ze względu na płeć, kształcącego przyszłe liderki.

„Monologi waginy”, najpierw jako monodram, odniosły ogromny sukces na Broadwayu i zostały określone przez „New York Times” „prawdopodobnie najważniejszym zaangażowanym politycznie tekstem teatralnym ostatniej dekady”. Książka została przyjęta równie entuzjastycznie i przetłumaczono ją na kilkadziesiąt języków. Po raz pierwszy ukazała się w Polsce w 2003 roku. Po dwudziestu latach od premiery, powstało specjalne wydanie na dwudziestolecie książki, poszerzone o sześc nowych historii. To zapis niezliczonych rozmów autorki z kobietami – szczerymi do bólu i łamiącymi wszelkie tabu. Bohaterki otwarcie opowiadają o radości, którą niesie kontakt z ciałem, dumie z kobiecości, ale i wątpliwościach, obawach i osobistych dramatach. Każdego roku w Stanach zgwałconych zostaje pięćset tysięcy kobiet. Sto milionów kobiet na całym świecie obrzezano. Przedstawicielki ofiar zabierają głos w tej ważnej książce.

Wbrew pozorom „Monologi waginy” nie są o seksie i przyjemności z niego płynącej, wręcz przeciwnie. To nie jest po prosu monolog, to nie jest po prostu sztuka, tylko potężny katalizator przemian dążących do pełnej świadomości oraz sprawiedliwości wobec kobiet. To donośny i ważny głos przeciwko przemocy wobec kobiet, gwałtom, okaleczeniom i napaściom seksualnym. „Monologi waginy” to książka-fenomen, książka-zjawisko, książka-manifest. To kultowy zbiór bezpruderyjnych i szczerych tekstów o seksualności i traumatycznych przejściach kobiet poszerzony o nowe historie. To głos w obronie kobiet, przeciwko przemocy we wszelkich postaciach; takie przesłanie potrzebne jest w Polsce akurat teraz, kiedy ich prawa są zagrożone i trzeba o tym głośno mówić. „Monologi waginy” to zarazem piękne i przerażające opowieści o kobiecości, które poruszają. Żałuję, że wcześniej nie sięgnęłam po tę książkę. „Monologi waginy” powinna stać się obowiązkową lekturą każdej kobiety.

Jeśli interesuje Was tematyka szeroko rozumianej kobiecości, to zachęcam też do lektury tych książek:

Za książkę dziękuję:

Magda Omilianowicz „Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki”

Alkoholizm w Polsce to poważna choroba, która zbiera dramatyczne żniwo. Niestety w naszym społeczeństwie to nadal temat tabu. No bo żeby od razu wyzywać od alkoholików, tego kto od czasu do czasu lubi sobie wypić? Przecież po to wynaleziono alkohol, żeby się dzięki niemu wyluzować i odstresować. Jasne, zgadzam się z tym, ale nie wtedy, kiedy niewinne picie zamienia się w cug, z którego nie da się wytrzeźwieć przez kilka dni, albo tygodni. Magda Omilianowicz w swojej książce „Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki” pokazuje, jak alkoholizm niszczy życie nie tylko alkoholików, ale przede wszystkim ich rodzin.

Alkoholizm to nie tylko zatruwanie własnego ciała i umysłu. Wiąże się z nim wiele innych czynników – przemoc, bieda, zaniedbanie. Mężczyznom picie alkoholu jakoś uchodzi płazem, nie jest tak społecznie napiętnowane. Gorzej, jeśli kobieta popada w tę chorobę, wtedy odbija się to na całej rodzinie. Kobieta ma być opiekunką ogniska domowego i ma dbać o swoją rodzinę. Najgorzej jest oczywiście, kiedy oboje rodziców popada w skrajny alkoholizm, wtedy rodzina jest totalnie rozbita. Alkoholicy zakładają maskę przekonani, że nikt się nie domyśli, że piją. Problem w tym, że tak naprawdę wiedza wszyscy – dzieci, sąsiedzi, taksówkarz czy pani z osiedlowego sklepu.

Mówi się, że każdy alkoholik musi osiągnąć swoje dno, żeby w końcu zdecydować się na leczenie. Dla jednych będzie to utrata dzieci, dla drugich zwolnienie z pracy, a dla innych wypicie szklanki denaturatu. Nie można zmusić alkoholika, żeby zaczął się leczyć. Osoba uzależniona musi sama zrozumieć, że krzywdzi nie tylko siebie, ale wszystkich wokół. Dopiero wtedy jest szansa, że wyjdzie na prostą. Leczenie i terapia odstrasza alkoholików, ponieważ uświadamiają sobie, że czeka ich bardzo ciężka praca, a świadomość, że już nigdy się nie napiją może skutecznie odstraszać i przerażać.

W książce „Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki” autorka rozmawia głównie z kilkoma byłymi alkoholikami oraz ich dziećmi. Niestety zazwyczaj jest tak, że DDA przejmują wzorce wyniesione z domu i również popadają w alkoholizm, bo nie potrafią poradzić sobie nie tylko z rzeczywistością, ale też z brutalną przeszłością. Co gorsze, bardzo często wiążą się z kimś, kto również ma problemy z alkoholem, zakłada z taka osobą rodzinę, a dzieci skazuje na takie samo cierpienie, jakie samo miał. Błędne koło się zapętla. Niestety bardzo trudno się z niego wyrwać, ale nie jest to niemożliwe.

Magda Omilianowicz rozmawia z kobietami, których życiem zawładnął alkohol oraz z osobami z ich otoczenia. To także wywiady z terapeutami, którzy od lat pomagają uzależnionym i ich rodzinom. Z tych wstrząsających wywiadów i opowieści wyłania się prawdziwy obraz Polki w szponach destrukcyjnego nałogu. Książka „Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki” to wstrząsający obraz Polek w szponach destrukcyjnego nałogu. Kiedy picie staje się uzależnieniem? Dlaczego kobiety coraz częściej sięgają po alkohol i jak postrzegają same siebie? Czy ten problem może dotyczyć także i mnie? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdują się na kartach książki Magdy Omilianowicz.

Za książkę dziękuję:

Aleksandra Michta-Juntunen „Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki”

Skandynawia jest dla mnie ciągle nieznaną krainą. Jakoś do tej pory nie było mi po drodze, żeby dotrzeć w tamten rejonu Europy. Prawda jest taka, że jestem fanką południowej części kontynentu, ale czuję, że w końcu przyszedł czas na odkrycie piękna krajów skandynawskich. Plan był taki, że w tym roku na pierwszy ogień miała iść Finlandia. Wszechświat chciał, że prawdopodobnie jeszcze przez długi czas nie będziemy mogli nigdzie się ruszyć, więc nie pozostaje nam nic innego jak podróżowanie palcem po mapie i przygotowywanie się do swojej wyprawy. Dlatego też ochoczo sięgnęłam po książkę Aleksandry Michty-Juntunen „Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki”.

Co wiemy o Finlandii? Tak naprawdę to kraj owiany tajemnicą, ale zarazem wieloma błędnymi przekonaniami. To nie jest popularny kierunek podróżniczy, więc wiedza o nim jest znikoma. Z czym kojarzy nam się Finlandia? Na pewno z Laponią i Świętym Mikołajem, z przeszywającym zimnem i śniegiem oraz z sauną i całym rytuałem związanym z saunowaniem. Tak naprawdę ten nordycki kraj ma do zaoferowania znacznie więcej. Trzeba tylko odkryć piękno tego miejsca. I właśnie Aleksandra Michta-Juntunen w swojej książce odkrywa wszystko to, co powinniśmy wiedzieć o Finlandii.

Jak samo drugie nazwisko sugeruje, autorka książki wyszła za mąż za rodowitego Fina i przeprowadziła się do tamtego kraju. Wcześniej jednak wielokrotnie podróżowała do Finlandii i poznawała tamtejszą kulturę i obyczaje.  W jej książce możemy zachwycać się pięknem fińskiej przyrody, ciszą i spokojem, pragmatycznym podejściem mieszkańców. Oswajamy się z językiem fińskim, który podobno jest nie do opanowania. Poznajemy tamtejszą kuchnię, a na końcu książki znajdziemy  apetyczne przepisy na tradycyjne fińskie dania i smakołyki. Czymże byłaby książka o Finlandii, gdyby nie wspomnieć o tym, co najcenniejsze dla tego kraju – o saunie. Autorka poświęca temu obrzędowi cały rozdział zapoznając nas z tym świętym dla Finów rytuale. Natomiast tytułowe „sisu” kojarzy się z wysiłkiem, walką samym sobą i pokonywaniem własnych słabości, a nie ładnyie opakowanym sposobem na szczęście, jak wielu może się kojarzyć.

Finlandia to fascynujący kraj. Mieszkańcy świętują tam Dzień Porażki, a dla nich nie ma złej pogody, tylko jest nieodpowiednie ubranie. To właśnie cisza jest najlepszą formą komunikowania się, a w pracy można chodzić bez butów, zaś smak cukierków „salmiakki” zna każdy. Mieszkańcy Finlandii to niezwykle zróżnicowane i wielobarwne społeczeństwo. Wbrew wszelkim stereotypom Finowie obdarzeni są niebanalnym (wręcz specyficznym) poczuciem humoru i lubią śmiać się z siebie. Niemalże każda rodzina posiada domek pośród lasu, w którym chętnie spędza weekendy i wakacje, odcięta od świata, delektując się ciszą i spokojem. Wiedzieliście, że Finlandia zajmuje pierwsze miejsce pod względem konsumpcji kawy? No właśnie, ja też nie miałam pojęcia.

„Finlandia. Sisu, sauna i salmakki” to mini kompendium wiedzy o tym fascynującym i pięknym kraju. Dlaczego mini? Bo czuję niedosyt, a chcę chłonąć więcej informacji. Chociaż autorka przekazała solidną wiedzę na temat tego państwa, to i tak mi czegoś zabrakło. Na pewno powinno znaleźć się więcej kolorowych zdjęć i mapa Finlandii z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami, o których wspomina Aleksandra Michta-Juntunen. Nie jest to jednak piękna laurka o tym kraju, autorka porusza także niewygodne i smutne fakty o kraju i jego mieszkańcach. Nie mniej jednak książkę pochłonęłam niemalże od razu. Gdyby to było możliwe, spakowałabym walizkę i poleciała do tego kraju, choćby nawet i dzisiaj. Dziękuję autorce za tę fascynującą podróż po Finlandii.

Za książkę dziękuję:

 

Paulina Młynarska „Zmierzch lubieżnego dziada”

„Zmierzch lubieżnego dziada” to zbiór felietonów, które Paulina Młynarska napisała po słynnej akcji #metoo, wywołał dużo zamieszania w wielu dziedzinach. I dobrze, bo powoli kończy się czas lubieżnych dziadów.  Książka porusza w nich wiele tematów, głównie komentuje bieżące wydarzenia z kraju, ale bardzo często ocierają się o kwestię nierównego traktowania kobiet i mężczyzn czy szowinizmu. Na swój specyficzny, dowcipny i ironiczny sposób podsumuje i komentuje naszą absurdalną codzienność.

Poza  książce pojawia się też dużo tekstów o życiu osobistym samej autorki, między innymi o jodze, traumach z dzieciństwa, drodze do wyjścia na prostą, swojej relacji z tatą oraz tym, jak długo i ciężko pracowała na swoją obecną pozycję. Po wielu życiowych perturbacjach w końcu odnalazła swoje miejsce na ziemi. Zdecydowała się sprzedać dom, w którym wykreowała piękne wspomnienia i przenieść na drugi kraniec Europy, na magiczną grecką wyspę. Chociaż nie był to łatwy krok, musiała podjąć taka decyzję – dla dobra swojego komfortu psychicznego. Teraz przez pół roku spędza w Azji na kursach jogi oraz realizuje się jako organizatorka tego typu wyjazdów dla kobiet. Poza tym nadal sukcesywnie pisze książki oraz felietony do magazynów i portali internetowych. Wydaje się, że w końcu dobiła do swojego portu.

Lubię poczucie humoru i ironiczny styl Pauliny Młynarskiej. Dobrze się to czyta. Przyznam szczerze, że taka dawka „aktualnych” (czyli sprzed 2-3 lat) wydarzeń na raz skutecznie podnosi ciśnienie. Chociaż swego czasu na bieżąco śledziłam wszystkie najnowsze informacje na temat sytuacji w kraju, to czytając je wszystkie naraz powoduje, że krew człowieka zalewa. To bardzo ważna lektura, bardzo ważny głos w dyskusji o współczesnym świecie i wartościach, którymi powinniśmy się kierować. Pokazuje, że przed nami bardzo długa droga, zanim staniemy się społeczeństwem ludzi równych, którzy dobrze czują się zarówno ze sobą, jak i z innymi.

Za książkę dziękuję: