Natalia Kołaczek „I cóż, że o Szwecji”

Wpadłam w jakiś amok, jeśli chodzi o książki dotyczące Szwecji, cały czas mogę się w nich zaczytywać. Szwecja wysoko widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń. Gdyby nie ten cały wirus, w tym roku miałam tam eksplorować ten kraj. Póki co pozostają mi właśnie książkowe podróże po tym państwie. „I cóż, że o Szwecji” Natalii Kołaczek jest swego rodzaju przewodnikiem po tym kraju., zwłaszcza dla laików takich jak ja, którzy wiedzę o Szwecji czerpią jedynie z książek i filmów.

O Szwecji w powszechnej opinii krąży wiele informacji i mitów. W jednych z nich drzemie sporo prawdy, inne są całkowitą fikcją. Jedno jest pewne – Szwecja jest niesamowitym krajem. Mieszkańcy tego kraju postrzegani są jako serdeczni i otwarci, ale jednak nieco chłodni i zdystansowani ludzie. Szwecja, z którą graniczymy przez Bałtyk, jest nieco inna niż nasza ojczyzna.  W ich kraju panuje zimniejszy klimat i lato trwa krócej. Stopa życiowa jest wyższa niż w wielu krajach Europy. Dzieci znają Szwecję z lektury o sympatycznych rówieśnikach z Bullerbyn. Czy jest możliwe, żebyśmy mieli coś wspólnego (poza historią) ze Szwecją?

Z lektury książki dowiemy się czym jest syndrom Bullerbyn, jak dogadać się z uchodzącym za introwertycznego i małomównego Szwedem, dlaczego w sklepowej kasie okazuje się, że płacicie inaczej niż sobie policzyliście, dlaczego Szwedzi uważają, że królewskie dzieci są traktowane niesprawiedliwie, pogotujemy z niestroniącym od przekleństw Food Emperorem, poznamy wszelkie możliwe powody do świętowania, uzyskamy odpowiedź na to przez ile lat szwedzka zabudowa będzie jeszcze tak charakterystycznie czerwona i dowiemy się jak przejawia się słynne szwedzkie równouprawnienie. Jednym zdaniem – to prawdziwe kompendium wiedzy o tym północnym kraju.

Książka „I cóż, że o Szwecji” to swoisty przewodnik po tym kraju. Znajdziemy w niej wiele ciekawostek obyczajowych, kulturowych, historycznych, przyrodniczych czy kulinarnych. Autorka starała się opowiedzieć dosłownie wszystko o tym kraju. Mam wrażenie, że momentami chce przekazać za dużo informacji na na raz i robi się chaos. Nie mniej jednak Natalia Kołaczek to prawdziwa miłośniczka Szwecji, w końcu nie na darmo przeprowadziła się do tego kraju. Natalia Kołaczek żyje Szwecją, jest nią i jest w niej. W książce czuć jej fascynację i z pasją opowiada nie tylko o dobrych, ale także i złych stronach życia w Szwecji. Książka jest niezwykle lekka w odbiorze, napisana przystępnym stylem. Natomiast przepiękne zdjęcia zachęcają, by jak najszybciej odwiedzić ten kraj. „I cóż, że o Szwecji” to książka nie tylko dla miłośników tego państwa, ale również dla laików, którzy planują swoją podróż do Szwecji.

Za książkę dziękuję:

Wiktoria Michałkiewicz „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie”

Szwecja to dla mnie ciągle wielka niewiadoma. Chociaż nigdy tam nie byłam, namiętnie czytam niemal każdą książkę o tym kraju. Coś mnie w nim fascynuje i pociąga. Dlatego też ochoczo sięgnęłam po debiutancką książkę Wiktorii Michałkiewicz. Nie jest to jednak barwny przewodnik po szwedzkości, ani reportaż opiewający geniusz Szwedów, wręcz przeciwnie – to drugie, mroczne oblicze tego narodu.

Szwecja to specyficzny kraj. Z jednej strony to oaza równości, otwartości, tolerancji i ekologii. Szwedzi uważani są za jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Z drugiej zaś niepokój społeczny i wszędzie wkradająca się poprawność polityczna, która ostatecznie prowadzi do rasizmu i ksenofobii. Dlatego w ostatnim czasie tak bardzo na popularności zyskały wszelkie ruchy i idee nacjonalistyczne. Czy faktycznie XXI-wieczna Szwecja jest takim rajem, za jaki uważają go imigranci i turyści?

Wiktoria Michałkiewicz stara się dowiedzieć, jak to się stało, że narodził się szwedzki nacjonalizm i przekonanie o wyższości własnej rasy nad innymi. Oczywiście doskonale widać wątek historyczny związany z nazizmem. Chociaż w trakcie II wojny światowej Szwecja starała się zachować neutralność, to jednak zezwoliła na transport wojsk III Rzeszy na terenie kraju. Oprócz wprowadzenia w historię Szwecji ostatnich dwóch wieków, porusza temat ról społecznych i ewolucji poglądów w tym zakresie. Co więcej, autorka przeprowadziła szereg rozmów nie tylko z szeregowymi Szwedami, ale także przeprowadziła wywiady także z politykami nacjonalistycznej partii Szwedzkich Demokratów – zwraca uwagę jak ich język zmieniał się na przestrzeni lat, jak tonowali swoje wypowiedzi, ujmując eufemistycznie rasistowskie postulaty. Nie pominęła również najbardziej kontrowersyjnego zagadnienia, dotyczącego miejsca w szwedzkim społeczeństwie dla obcokrajowców i uchodźców. Rozmawiała także z imigrantami przybyłymi w latach 70. ubiegłego wieku i na początku XXI wieku.

Mam nieco mieszane uczucia co do tej książki. Nie tego się spodziewałam. Przez kilka pierwszych rozdziałów autorka opisuje dumną historię Szwedów. Jednak skupia się na takich aspektach jak wielka emigracja czy czasy II wojny światowej, by potem przeskoczyć na tematy obozów koncentracyjnych. „Wstęp”, czyli tak naprawdę ponad połowa książki, to szwedzka historia dwóch ostatnich wieków w pigułce. Momentami książka  jest niezrozumiała, bo przeplatają się w niej rożne wątki, które niekoniecznie są ze sobą spójne.

Nie mniej jednak treść reportażu „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” zaciekawia, wzbudza emocje i daje do myślenia. Reporterka rzetelnie zebrała informacje, korzystała z wielu źródeł, dotarła do przedstawicieli Szwedzkich Demokratów, naukowców i imigrantów, rozmawiała z nimi i przeprowadziła liczne wywiady. Wiktoria Michałkiewicz bardzo dobrze tłumaczy, co zadziało się w przeszłości i co determinuje szwedzką teraźniejszość.

Za książkę dziękuję:

Aleksandra Michta-Juntunen „Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki”

Skandynawia jest dla mnie ciągle nieznaną krainą. Jakoś do tej pory nie było mi po drodze, żeby dotrzeć w tamten rejonu Europy. Prawda jest taka, że jestem fanką południowej części kontynentu, ale czuję, że w końcu przyszedł czas na odkrycie piękna krajów skandynawskich. Plan był taki, że w tym roku na pierwszy ogień miała iść Finlandia. Wszechświat chciał, że prawdopodobnie jeszcze przez długi czas nie będziemy mogli nigdzie się ruszyć, więc nie pozostaje nam nic innego jak podróżowanie palcem po mapie i przygotowywanie się do swojej wyprawy. Dlatego też ochoczo sięgnęłam po książkę Aleksandry Michty-Juntunen „Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki”.

Co wiemy o Finlandii? Tak naprawdę to kraj owiany tajemnicą, ale zarazem wieloma błędnymi przekonaniami. To nie jest popularny kierunek podróżniczy, więc wiedza o nim jest znikoma. Z czym kojarzy nam się Finlandia? Na pewno z Laponią i Świętym Mikołajem, z przeszywającym zimnem i śniegiem oraz z sauną i całym rytuałem związanym z saunowaniem. Tak naprawdę ten nordycki kraj ma do zaoferowania znacznie więcej. Trzeba tylko odkryć piękno tego miejsca. I właśnie Aleksandra Michta-Juntunen w swojej książce odkrywa wszystko to, co powinniśmy wiedzieć o Finlandii.

Jak samo drugie nazwisko sugeruje, autorka książki wyszła za mąż za rodowitego Fina i przeprowadziła się do tamtego kraju. Wcześniej jednak wielokrotnie podróżowała do Finlandii i poznawała tamtejszą kulturę i obyczaje.  W jej książce możemy zachwycać się pięknem fińskiej przyrody, ciszą i spokojem, pragmatycznym podejściem mieszkańców. Oswajamy się z językiem fińskim, który podobno jest nie do opanowania. Poznajemy tamtejszą kuchnię, a na końcu książki znajdziemy  apetyczne przepisy na tradycyjne fińskie dania i smakołyki. Czymże byłaby książka o Finlandii, gdyby nie wspomnieć o tym, co najcenniejsze dla tego kraju – o saunie. Autorka poświęca temu obrzędowi cały rozdział zapoznając nas z tym świętym dla Finów rytuale. Natomiast tytułowe „sisu” kojarzy się z wysiłkiem, walką samym sobą i pokonywaniem własnych słabości, a nie ładnyie opakowanym sposobem na szczęście, jak wielu może się kojarzyć.

Finlandia to fascynujący kraj. Mieszkańcy świętują tam Dzień Porażki, a dla nich nie ma złej pogody, tylko jest nieodpowiednie ubranie. To właśnie cisza jest najlepszą formą komunikowania się, a w pracy można chodzić bez butów, zaś smak cukierków „salmiakki” zna każdy. Mieszkańcy Finlandii to niezwykle zróżnicowane i wielobarwne społeczeństwo. Wbrew wszelkim stereotypom Finowie obdarzeni są niebanalnym (wręcz specyficznym) poczuciem humoru i lubią śmiać się z siebie. Niemalże każda rodzina posiada domek pośród lasu, w którym chętnie spędza weekendy i wakacje, odcięta od świata, delektując się ciszą i spokojem. Wiedzieliście, że Finlandia zajmuje pierwsze miejsce pod względem konsumpcji kawy? No właśnie, ja też nie miałam pojęcia.

„Finlandia. Sisu, sauna i salmakki” to mini kompendium wiedzy o tym fascynującym i pięknym kraju. Dlaczego mini? Bo czuję niedosyt, a chcę chłonąć więcej informacji. Chociaż autorka przekazała solidną wiedzę na temat tego państwa, to i tak mi czegoś zabrakło. Na pewno powinno znaleźć się więcej kolorowych zdjęć i mapa Finlandii z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami, o których wspomina Aleksandra Michta-Juntunen. Nie jest to jednak piękna laurka o tym kraju, autorka porusza także niewygodne i smutne fakty o kraju i jego mieszkańcach. Nie mniej jednak książkę pochłonęłam niemalże od razu. Gdyby to było możliwe, spakowałabym walizkę i poleciała do tego kraju, choćby nawet i dzisiaj. Dziękuję autorce za tę fascynującą podróż po Finlandii.

Za książkę dziękuję:

 

Souad Mekhennet „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu”

Mówią, że wojna nie ma nic wspólnego z kobietami, tak samo jak „prawdziwe” dziennikarstwo. A przecież największymi ofiarami każdej wojny są przecież kobiety. Souad Mekhennet jest pierwszą dziennikarką zachodnich mediów, której udało się wrócić zza linii dżihadu. Dokonała niemożliwego i dowiodła, że w męskim świecie wojny i informacji jest miejsce dla kobiet.

Souad Mekhennet to niemiecka dziennikarka muzułmańskiego pochodzenia. Jako córka Marokańczyka (sunnity) oraz Turczynki (szyitki) nigdy nie miała łatwo w życiu. Żyjąc w niemieckim społeczeństwie jako potomkini emigrantów zawsze była dyskryminowana. Ja sama twierdzi, zdecydowała się zostać dziennikarką, by głosić prawdę. Już jako studentka i początkująca stażystka miała pod górkę, ponieważ nie jest „niemiecką Niemką”. Ludzie z branży ostrzegali ją, że z jej pochodzeniem i nazwiskiem nie uda jej się zagrzać miejsca na tym stanowisku i lepiej, żeby od razu zrezygnowała. Souad się nie poddała i z uporem udowodniała, że rzetelnie i obiektywnie potrafi opracować dany temat. Po zamachach z 11 września na Stany Zjednoczone postanowiła, że zacznie zgłębiać ten temat. Chciała zrozumieć, dlaczego na świecie dzieją się tak okrutne rzeczy oraz dotrzeć do źródła współczesnego dżihadu.

Souad odbyła tysiące rozmów i przeprowadziła mnóstwo wywiadów. Nie wahała się jechać w najbardziej niebezpieczne rejony świata, by zrozumieć, co się tam dzieje. W swojej książce dziennikarka dokładnie analizuje najważniejsze wydarzenia ostatnich lat. Już jako mała dziewczynka bacznie śledziła doniesienia z okupowanej Bośni, z przejęciem oglądała informacje o zamachu na World Trade Center, po wkroczeniu amerykańskich wojsk do Iraku – już jako dziennikarka – pojechała na miejsce, by z pierwszego rzędu informować o wydarzeniach. Potem dotarła do państw Afryki Północnej, kiedy ziemiami tymi zatrzęsła Arabska Wiosna, nie wahała się pojechać do bombardowanej Syrii i bacznie obserwowała narodziny samozwańczego Państwa Islamskiego. Relacjonowała także skutki zamachów we Francji, Belgii czy Niemczech. W tych ostatnich doznała osobistej straty.

„Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” to obszerna, bezstronna i rzetelna relacja z samego środka punktów zapalnych na świecie. Była to długa, trudna i niebezpieczna droga, by ta książka w ogóle powstała. Souad dotarła do źródeł konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie – odwiedziła wszystkie tereny, w których toczył się lub nadal się toczy się konflikt zbrojny, między innymi Afganistan, Jordania, Iran, Pakistan czy Syria. Przeprowadziła setki wywiadów – także z niebezpiecznymi członkami Al-Kaidy czy ISIS, wielokrotnie ryzykując własne życie.  „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” nie jest ostrzeżeniem przed islamskim fanatyzmem. To swoista analiza problematyki globalnego dżihadu. Souad to niezwykle odważna kobieta, która nie bała się dotrzeć do prawdziwego piekła na ziemi, by poznać prawdę i w subiektywny sposób się nią podzielić.

 

Za książkę dziękuję:

Zoë Waxman „Kobiety Holocaustu”

Każda wojna sieje spustoszenie. Tysiące, albo i nawet miliony niewinnych ludzi cierpi i ginie w imię jakiejś chorej ideologii. Jednak największymi ofiarami każdej wojny są kobiety. To one ponoszą największe straty i dźwigają ogromne brzemię. Dowodem na to jest książka „Kobiety Holocaustu” Zoë Waxman.

Zoë Waxman to wykładowczyni w Instytucie Orientalistycznym Uniwersytetu w Oxfordzie, wybitna specjalista zajmująca się tematyką Holocaustu, a dogłębniej – feministycznej roli płci i sytuacji kobiet w czasach II wojny światowej. O tym właśnie jest jej najnowsza książka „Kobiety Holocaustu”. Chociaż Holocaust zakładał ogólną zagładę Żydów, to autorka udowadnia, że głównym celem nazistów była eliminacja żydowskich kobiet.

Matki małych dzieci, ciężarne, osoby starsze i niepełnosprawne, opiekunki osób uznawanych za niezdolne do ciężkiej pracy – wszystkie z nich od razu wysyłano do komór gazowych. Nawet jeśli jakimś cudem nie zostały skazane na śmierć, ich szanse na przetrwanie w obozie były zdecydowanie niższe niż mężczyzn. Bite, gwałcone, molestowane, głodzone, upokarzane, zmuszane do aborcji, a także stosowanie eksperymentów a ich ciałach – to wszystko przeżyły kobiety, które opowiedziały swoje dramatyczne historie. Żeby przetrwać robiły wiele upokarzających i uwłaczających rzeczy, o których chciałyby zapomnieć. Zoë Waxman opisuje przeżycia kobiet w trakcie różnych etapów wojny: przed wojną, w getcie, przebywające w ukryciu oraz po zakończeniu wojny.

Książka naszpikowana jest ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Zoë Waxman powraca do mrocznych czasów lat 40., gdzie pokazuje nam głębszy sens i jego zrozumienie, a także zmusza do przemyśleń na temat roli płci w historii. Dzięki zeznaniom i opowieściom tych kobiet, które przeżyły, a także znalezionych skrawkach pamiętników i historiom osób, po których zostało już tylko wspomnienie możemy dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w trakcie Zagłady. Autorka pokazuje, że tak samo jak kategoria rasy, ważna była kategoria płci.

Tematyka Holokaustu jest bardzo delikatnym i śliskim tematem, ale jednocześnie teraz następuje wielkie zainteresowanie tym mrocznym okresem w dziejach świata. Książki o tematyce II wojny światowej mnożą się jak grzyby po deszczu. Jednak „Kobiety Holocaustu” Zoë Waxman jest nieco inna. Nie jest to opowieść fabularna, nie jest to też typowy reportaż. Autorka stara się udowodnić, że eksterminacja żydowskich kobiet była jednym z głównych celów nazistowskich zbrodniarzy. Jej książka dostarcza żywe wspomnienia kobiet i pochyla się nad doświadczeniami, które do tej pory historia zręcznie omijała. Kobiety stoją tutaj w centrum uwagi. Bardzo ciekawe spojrzenie na temat nie tylko samego Holocaustu, ale także roli kobiet w trakcie II wojny światowej. Zoe Waxman stworzyła bardzo potrzebną publikację. Feministyczna historia Zagłady stanowi doskonałą równowagę do historii opowiadanych dotychczas.

Za książkę dziękuję:

Stasia Budzisz „Pokazucha. Na gruzińskich zasadach”

Gruzja jest bliska mojemu sercu. Przywiozłam z niej wiele pięknych wspomnień, a na samą myśl robi mi się miło na duszy. Chętnie bym tam powróciła. Jako świadomy człowiek zdaję sobie jednak sprawę, że kultura gruzińska jest odmienna od naszej i ciężko nam jest zrozumieć pewne sytuacje czy zachowania. Oczywiście w trakcie mojego krótkiego pobytu mieszkańcy pokazali się z jak najlepszej strony, to oczywiste. Jednak Stasia Bogusz zdołała dostrzec to, co tak skrzętnie Gruzini skrywają za fasadą. Efektem jej obserwacji jest książka „Pokazucha. Na gruzińskich zasadach”.

Tytułowa pokazucha oznacza życie prowadzone na pokaz, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Dla Gruzinów ważne jest, żeby pokazać się z jak najlepszej strony, nie ważne za jaką cenę. Budują szklane, nowoczesne domy, ale spod spodu widać grzyba, bo nie ocieplają ścian a zimą nie włączają kaloryfera, bo ich na to nie stać. Biorą kredyty na zakup nowego samochodu, ale nie mają za co go spłacać, bo pracy brak. Kiedy trzeba zorganizować ślub albo pogrzeb, cała rodzina jest zaangażowana finansowo, bo tak już po prostu jest. Gruzja to kraj patriarchalny, w którym mężczyźni stoją na pierwszym miejscu. Kobieta dla nich nadaje się tylko do rodzenia dzieci i usługiwaniu swoim mężczyznom. Jest wiele tradycji, które nam ciężko jest zrozumieć. Co ciekawe, wielu moich znajomych nadal ma przekonanie (jeszcze nie tak dawno sama takie miałam 🙂 ), że Gruzja to kraj dziki, niecywilizowany, brudny i biedny. Jest w tym sporo prawdy, ale czy tak bardzo różnimy się od Gruzinów?

Stasia Bogusz pisze, że Gruzja to kraj bardzo religijny (religią dominującą jest prawosławie), a słowo biskupa jest najświętsze, niezależnie czy jest ono prawdziwe czy nie. Gruzińskie społeczeństwo uważa, że kobieta to niższy gatunek człowieka i nie traktuje się jej poważnie. Przemoc domowa jest tam na porządku dziennym, a kobiety są zastraszane i boją się o tym rozmawiać. edukacja seksualna praktycznie nie istnieje, za to aborcja jest tam legalna. Osoby z niepełnosprawnościami są napiętnowane i powinny siedzieć zamknięte w domu, użalając się nad swoim marnym losem. Istnieje przekonanie, że ich dysfunkcje są karą bożą za grzechy. Mniejszości seksualne są dyskryminowane, a wręcz nawet prześladowane, pomimo zapisu w konstytucji o równości każdego człowieka. Nacjonalizm i wrogość szerzy się w zaskakującym tempie. Brzmi znajomo?

W książce Stasi Bogusz poznajemy zupełnie inne oblicze Gruzji. Nie ma tutaj mowy o ich powszechnie znanej gościnności, zapierających dech widokach czy suto zakrapianych biesiadach. Jest za to dyskryminacja, nietolerancja, obłuda i tytułowa pokazucha. Przeczytałam wiele książek o tym kraju, ale ta jest pierwszą, która przełamuje tabu na temat gruzińskiego społeczeństwa i pokazuje prawdziwe życie Gruzinów. Stasia Budzisz w swojej książce bada problemy kraju, który kojarzy nam się przede wszystkim z gościnnością, smaczną kuchnią i malowniczymi krajobrazami. Jej bohaterami są wykluczeni – osoby z niepełnosprawnościami, członkowie mniejszości LGBT, kobiety i mężczyźni – zwykli Gruzini, którzy czekają na prawdziwe zmiany. Razem z nimi autorka wchodzi za drzwi gruzińskich domów. Książka jest szokująca, ale trzeba ją przeczytać. Dla poszerzenia własnej świadomości, nie tylko bezpośrednio przed podróżą do tego kraju.

Za książkę dziękuję:

Agata Romaniuk „Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu”

Oman – kraj położony na krańcu Półwyspu Arabskiego kusi swoją egzotyką. Chociaż staje się coraz bardziej popularny, nadal pozostaje tajemniczy. Agata Romaniuk dociera do tego kraju oraz z dużą wnikliwością wrażliwościom przygląda się ludziom, którymi rządzi wiekowy, bezdzietny i samotny sułtan. Efektem jej obserwacji jest genialny reportaż „Z milości? To współczuję”.

„Z miłości? To współczuję” to fascynująca opowieść o współczesnym Omanie. O kobietach i mężczyznach, którzy ukrywają swoja namiętność pod tradycyjnymi strojami, a potajemnie korzystają z Tindera. O umowach przedślubnych, do których warto wpisać sumę, jaką żona dostanie za urodzenie każdego dziecka czy obietnicach finansowania przez męża studiów medycznych. O kraju, w którym kobiety wolą się zaszyć przed ślubem, żeby udawać dziewice. To również opowieść o miejscu, w którym kontraktowe małżeństwa nadal są chlebem powszednim, a zakochani wbrew woli rodziców mogą zwrócić się do sułtana z prośbą o błogosławienie.

Brzmi jak fikcja? Oman jest krajem muzułmańskim, ale nieco bardziej liberalnym, niż pozostałe kraje Półwyspu Arabskiego. Już sam fakt, że sułtan Kabus Ibn Sa’id jest samotny i bezdzietny może szokować, ponieważ to jedyny taki władca w krajach Zatoki Perskiej. Agata Romaniuk opisuje historie wielu kobiet i porusza wiele drażliwych tematów. To opowieści wysłuchane i poznane na przestrzeni lat. Nakreśla również tło polityczne, gospodarcze i społeczne, ale w bardzo subtelny sposób, by zrozumieć ludzi tam mieszkających. Autorka opisuje różnorodność relacji: są związki szczęśliwe – te z miłości i aranżowane, są te nieszczęśliwe i brutalne, są rozwody, kochanki, związki z obcokrajowcami oraz bycie samotną matką. Tutaj najważniejsi są ludzie, a przede wszystkim kobiety, ich życie i związki.

Reportaż Agaty Romaniuk czyta się z wypiekami na twarzy. Kiedyś fascynowałam się egzotycznym światem krajów arabskich, tak bardzo mi nieznanym i nieosiągalnym. Chociaż ostatnimi czasy mój entuzjazm nieco opadł, jednak czasami wracam do lektury książek dotyczących tej kultury. Nie ukrywam, że Oman widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń, dlatego też tak ochoczo sięgnęłam po reportaż „Z miłości? To współczuję”. Co prawda nie jest to żaden przewodnik po tym kraju, ale z pewnością jest to przewodnik po omańskich duszach, obyczajach i namiętnościach. Fascynująca lektura.

Za książkę dziękuję: