Chiwa. Błękitna perełka Uzbekistanu

Znana również jako Khiva lub Xiva. To pierwszy przystanek w trakcie mojej tegorocznej podróży po Uzbekistanie. I chyba właśnie dlatego mam do Chiwy największy sentyment, a na samą myśl serce mocniej mi bije. Pamiętam, kiedy po długiej i uporczywej podróży oraz krótkim śnie, następnego dnia rano wyruszyłam na „podbój” tego miasta i zobaczyłam fortecę, to dosłownie zamurowało mnie z wrażenia i doznałam przypływu ogromnego szczęścia – spełniłam swoje kolejne marzenie. Wiecie jak to jest, prawda? 🙂

Chiwa to miasto, które powstało w czasach świetności Jedwabnego Szlaku i niemal prawie wszystkie zabudowania z tamtego okresu przetrwały do dnia dzisiejszego! Obecnie jest także jednym z najważniejszych ośrodków miejskich zachodniego Uzbekistanu. Pośród niezliczonych medres, meczetów czy minaretów toczy się zwykłe, codzienne życie. Ja przeznaczyłam na to miasto dwa pełne dni, co okazało się nierozsądne, ponieważ można je spokojnie przejść w jeden dzień. Chociaż nadal zauroczona miastem przyznam szczerze, że drugiego dnia snułam się bez celu albo ponownie odwiedzałam te same miejsca. Miasto zamknięte za murami nie jest duże, a wszystkie atrakcje znajdują się obok siebie.

Jedna z legend o powstaniu miasta mówi, że zbudowano je wokół studni, którą kazał wykopać Sem – syn biblijnego Noego. Podobno jest to ta sama studnia, która aktualnie znajduje się w północno-wschodniej części Chiwy. Archeolodzy nie potrafią oszacować czas powstania pierwszych osiedli. Wiadomo jednak, że nazwę miasta oraz region Chorozemu wymieniono w irańskiej inskrypcji z VI w. p.n.e. jako jeden jeden z okręgów podlegający władzy słynnego perskiego króla Dariusza I Wielkiego. Na tej podstawie można stwierdzić, że Chiwa liczy co najmniej 2500 lat!

Chiwa warta jest tego, aby przemierzyć piaski i żwiry pustyni Kyzyl-kum i poczuć namiastkę przeszłości Chorozemu. Iczan Kala, czyli chiwańska twierdza to najlepiej zachowana i największa spośród pustynnych twierdz.Wiele uliczek nada przypomina miasto z przeszłości, to iluzję podróży do przeszłości coraz częściej zakłócają np. kable elektryczne i anteny satelitarne na dachach. Nie mniej jednak tę architektoniczną perełkę doceniono w 1990 roku, kiedy to chiwańska twierdza Iczan Kala (jako pierwszy uzbecki obiekt) została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto przepełnione jest medresami, meczetami i minaretami. Nie będę się o nich wszystkich rozpisywać, bo musiałabym stworzyć swoisty esej, którego i tak nikt by zapewne nie doczytał nawet do połowy 🙂 Wymienię kilka najważniejszych i najatrakcyjniejszych (dla mnie) atrakcji, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Żeby wejść do miasta, już u jego bram trzeba kupić bilet. Ważny jest przez dwa dni od zakupu, a najlepiej jest kupić łączony, który uprawnia do wejścia do wszystkich budynków i muzeów. Koszt takiego biletu to 150 000 sum, czyli około 15 euro. A mówi się, że szczęścia nie można kupić za żadne pieniądze 🙂

Pierwsze, co rzuca się w oczy po przekroczeniu bramy to wielki, błękitny i zachwycający minaret Kalta Minor. Jest to swoisty symbol miasta, a jego nazwa oznacza „krótki minaret”. Jego średnica u podstawy ma około 15 m, zaś aktualna wysokość wynosi 30 m. Docelowo miał on sięgać aż 110 m, by z jego szczytu można było zobaczyć Bucharę. Wokół minaretu krąży wiele legend, a jedna z nich mówi, że w trakcie budowy doszło do protestu robotników, zaś niepokorny przywódca strajku miał zostać żywcem pochowany pod fundamentem jego konstrukcji. Dlatego jego budowa do tej pory nie została ukończona. Mimo to, że minaret jest niedokończony, robi oszałamiające wrażenie. W całości pokryty jest glazurą i majoliką, pewnie dlatego nie można oderwać od niego oczu. Niestety w trakcie mojej wizyty nie było możliwości wejścia na szczyt, nad czym bardzo ubolewam. Znaczy można było, ale tylko wybrańcom, jak tym muzykom 🙂

Tak jak w każdym mieście, również w Chiwie znajdują się punkty widokowe, na które koniecznie trzeba się wdrapać. Rozpościera się z nich fantastyczny i zapierający widok na panoramę miasta. Jednym z nich jest pałac i twierdza Kunja Ark. Forteca została zniesiona w XII wieku, ale rozbudowano ją dopiero w siedemnastym stuleciu. Przez bardzo długo była ona sercem Chiwy; właśnie w niej znajdowała się siedziba chanów i ich harem. Kompleks służył też za arsenał i strażnicę, a na jego terenie działała mennica. Dzisiaj turyści mogą podziwiać jej architekturę oraz oszałamiającą panoramę, bez wątpienia jeden z najwspanialszych widoków na miasto.

Innym punktem widokowym, na który koniecznie trzeba wejść, to minaret znajdujący się w pobliżu kompleksu Islam Chodża. Piękna, monumentalna i zgrabna budowla została wybudowana w XIX wieku i liczy 57 m. By się dostać na sam szczyt, trzeba pokonać setki wąskich, krętych i stromych schodów. Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza, że w środku (przez większość wspinaczki) panują kompletne ciemności. Żeby nie stracić zębów i przy okazji nie skręcić karku, trzeba solidnie wspierać się rękoma. Jednak widok z góry wynagradza trud i wysiłek włożony w niezbyt bezpieczną i mało komfortową wspinaczkę.

Warto też przespacerować się po murach otaczających miasto, które wyglądają jak ulepione z gliny. Tam również rozpościera się przyjemny widok na Chiwę. Liczą one łącznie dwa kilometry długości i mają cztery bramy – po jednej na każdą ze stron świata. Grubość murów dochodzi miejscami do sześciu metrów, a wysokość – do dziesięciu. Spacerując po nich zastanawiałam się, czy gdyby nagle spadł deszcz, to czy czasami nie rozmyło by tej pozornie solidnej fortecy…

Miasto przypomina trochę jedno wielkie targowisko różności. Na ulicach wszędzie stoją stragany z typowymi pamiątkami i innymi nietypowymi rzeczami. Można tam znaleźć niemal wszystko: przepiękną i kolorową ceramikę, puszyste dywany, dziergane wełniane swetry i czapki, jedwabne szale, a nawet lodówki z lodami i chłodnymi napojami. Sprzedawcy nie są w ogóle nachalni, czasami jednak zdarzyło się, że ktoś podszedł z uśmiechem i grzecznie zaoferował swój produkt. Nikt jednak nic nie wciskał na siłę przekonując, że ma towar najlepszej jakości, który przetrwa do końca świata i o jeden dzień dłużej. Co ciekawe, wracając nocą do hostelu rozglądałam się wokoło i nie mogłam wyjść z podziwu, że handlarze zostawili swoje towary niezabezpieczone, ba, nawet niczym nie zakryte! Tak jak stały w dzień, również w nocy pozostały nienaruszone. Ciekawe było również to, że pośród największych atrakcji Chiwy – w środku medres – handel również kwitł w najlepsze.

Odcienie błękitu wylewają się z każdego zakamarka miasta. Chociaż pozornie Chiwa sprawia wrażenie twierdzy ulepionej z gliny w kolorze beżu, to nad miastem górują przepiękne błękitne i turkusowe kopuły meczetów i minaretów. Poza tym, wystarczy wejść w jakikolwiek zakątek, żeby zobaczyć błękitno-białe mozaiki. Momentami kręci się w głowie i można oczopląsu dostać 🙂 Z resztą – sami zobaczcie.

Tak jak wspomniała na samym początku, do Chiwy mam ogromny sentyment. Chociaż miasto jest maleńkie w porównaniu z Samarkandą, to jednak pozostanie moim ulubionym. To moje pierwsze zetknięcie z Uzbekistanem i mitem Jedwabnego Szlaku, a samo miasto wywarło na mnie piorunujące i niezapomniane wrażenie. Z całą pewnością jeszcze tam powrócę.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Warszawa. Niewidzialna Wystawa

Chcecie doświadczyć czegoś nietypowego, a jednocześnie odkryć w sobie nowe umiejętności? Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, wybierzcie się na wystawę, żeby zobaczyć… ciemność. Nie, to nie jest żart. Warszawska „Niewidzialna Wystawa” to miejsce,  które każdy z nas powinien odwiedzić. I to czym prędzej.

Co to za wystawa?

Zmysł wzroku dostarcza nam około 80% informacji. Jak długo potrafilibyśmy bez niego przetrwać? Przez jedną godzinę możemy wczuć się w sytuację niewidomego. „Niewidzialna Wystawa” to wyjątkowa interaktywna podróż w niewidzialny świat, podczas której można sprawdzić swoje predyspozycje w codziennych sytuacjach bez możliwości posługiwania się narządem wzroku – tylko wyłącznie za pomocą zmysłu słuchu, węchu czy zachowaniu równowagi.

Pierwsza tego typu wystawa pojawiła się w Budapeszcie w 2007 roku i od tamtej pory odwiedziło ją kilkaset tysięcy osób. Licząc na podobny sukces, w 2011 roku otwarta została w Pradze, która stała się najpopularniejszym programem turystycznym tego miasta. Od 2011 roku „Niewidzialna Wystawa” działa również w Warszawie i nadal cieszy się dużą popularnością.

Pod opieką niezwykłych przewodników odwiedzimy specjalnie wyposażone i całkowicie zaciemnione pomieszczenia. Niesamowita kompozycja dźwięków, kształtów i zapachów dostarcza nam wielu niesamowitych wrażeń. Doświadczymy między innymi, jak poruszać się i przetrwać w miejskim zgiełku, jak zapłacić za napój w barze czy jak przemieszczać się po mieszkaniu w całkowitych ciemnościach. Ale to nie wszystkie atrakcje, które na nas tam czekają. Do dyspozycji są jeszcze trzy inne pokoje, w których doznamy kompletnie nowych i zaskakujących zmysłowych wrażeń.

Co w niej takiego wyjątkowego?

Przede wszystkim dlatego, że dogłębnie można wczuć się w sytuacje osób niewidomych. Na wystawie odbieramy informacje o świecie zewnętrznym tylko i wyłącznie za pomocą dotyku, słuchu i węchu oraz poczucia równowagi, które niejednokrotnie jest na nas testowane. W pomieszczeniach panuje całkowita ciemność, a nasze pozostałe zmysły od razu się wyostrzają. W taki sposób możemy sprawdzić się w nowej, mocno nietypowej sytuacji. Przy wadzie wzroku poznajemy nie tylko trudności, z jakimi na co dzień borykają się niewidomi, ale również mamy okazję stwierdzić, że nawet w ciemności świat może być piękny i fascynujący.

Jednak „Niewidzialna Wystawa” to nie tylko podróż po ciemnych pomieszczeniach. Tuz przy wejściu czeka na gościa wiele interesujących informacji i urządzeń ułatwiające codzienne funkcjonowanie niewidomym osobom. Na ścianie wisi wielka makieta z alfabetem brajla, a także przedmioty i narzędzia, których niewidomi  używają na co dzień.

To, co również czyni „Niewidzialną Wystawę” wyjątkową jest fakt, że przewodnikami są osoby niewidome lub w znacznym stopniu niedowidzące. Są to osoby niewidome od urodzenia, jak i takie, które straciły wzrok na pewnym etapie swojego życia. Każda z nich ma swoje pasje, ambicje, plany i marzenia. Jedno jest pewne – wszyscy są pełni pozytywnej energii i uwielbiają swoje zajęcie, co doskonale można wyczuć w trakcie tej niezwykłej wycieczki.

Niezwykłe doznanie dla każdego

„Niewidzialną wystawę” powinien odwiedzić każdy z nas. Nomen omen otwiera nam oczy na wiele istotnych kwestii. To niezwykłe doświadczenie pozwala nam spojrzeć inaczej na świat niewidomych osób, poznać i zaufać swoim własnym zmysłom, ale przede wszystkim uczy tolerancji i zrozumienia wobec drugiej osoby. Poza tym, można wejść w interakcję z niewidomym przewodnikiem, który na opowiada historie wzięte z własnego życia i przekonuje, że tak naprawdę utrata wzroku to żaden koniec świata. Wręcz przeciwnie – świat można intensywniej poznawać za pomocą wszystkich innych zmysłów, które działają z podwójną mocą.

Niestety nie posiadam wielu zdjęć ze środka, z wiadomych powodów 🙂 Nie mniej jednak koniecznie trzeba odwiedzić to miejsce. Wizyta na tej wystawie to znakomity pomysł na ciekawe spędzenie weekendowego popołudnia, zwłaszcza o tej porze roku 🙂

Adres: Aleje Jerozolimskie 123a, budynek Millenium Plaza, Warszawa

Cena biletu: 27 zł

Więcej info: https://niewidzialna.pl/

Lovćen. Miejsce, w którym mogłabym umrzeć

Świat jest fascynujący, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Istnieją takie miejsca, które nie są doceniane, pomijane, wciąż nieodkryte albo po prostu zapomniane, chociaż znajdują się tuż za przysłowiowym rogiem. Takim miejscem jest Czarnogóra, do której „wybierałam się” trzy razy i to właśnie za trzecim razem w końcu się udało.

To maleńki kraj wielkości województwa Mazowieckiego, upchnięty pomiędzy Serbię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Kosowo i Albanię. Wielu sądzi, że nic tam szczególnego nie ma i wybierają na wakacje popularniejszą Chorwację. A ja się nie zgodzę i powiem, że jest tam wiele wspaniałych miejsc. O Kotorze, który również mnie zachwycił, pisałam w osobnym poście. Tym razem chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z innego miejsca, które sprawiło, że umarłam z zachwytu. A mianowicie o Parku Narodowym Lovćen, a konkretniej o najwyższym dostępnym szczycie Lovćen – Jezerski vrh.

Park narodowy Lovćen położony jest blisko wybrzeża – w linii prostej jest to ok. 25 kilometrów, ale dojazd do samego mauzoleum z Budvy to 52km i ponad godzina jazdy w związku z krętymi serpentynami. Park narodowy Lovćen zorganizowany jest wokół dwóch bliźniaczych szczytów: Štirovnik (1749m.n.p.m.) i Jezerski vrh (1657m.n.p.m). Z obu szczytów widać panoramę Czarnogóry – na północy góry Durmitor, na południowym wschodzie Jezioro Szkoderskie, na południu morze, na zachodzie Bokę Kotorską.

Na szczycie tego wzniesienia (1660 m n. p. m.) znajduje się Mauzoleum Niegosza. Ten pan był niegdyś najsłynniejszym władcą Czarnogóry, a przy tym także biskupem i poetą. Kazał wybudować mauzoleum dla swojego poprzednika, który był jednocześnie jego wujem. Jednak na łożu śmierci wyznał, że sam chciałby być tam pochowany. Początkowo nie spełniono jego prośby, a po wielu zawirowaniach kaplicę odbudowano w 1925 roku i ostatecznie jego ciało tam spoczęło. Trudno mu się dziwić, bo kto by nie chciał być pochowany w takim miejscu?

By dostać się do mauzoleum, trzeba pokonać tunel z 461 kamiennymi schodami. Wchodzi się łatwo i  wygodnie, w cieniu i lekkim przeciągu, co latem przy promieniach czarnogórskiego słońca jest szalenie istotne. Zbudowano je w latach 1951-1974 roku. Tunel prowadzi wprost do mauzoleum, przed którym stoją dwa ogromne pomniki czarnogórskich kobiet. Wewnątrz znajduje się ogromny posąg Niegosza, a za nim mała krypta usłana „złotem”, z prostym sarkofagiem pośrodku.

Jednak największą atrakcję stanowi punkt widokowy w kształcie okręgu, który znajduje się tuż za mauzoleum. Prowadzi do niego krótki chodnik zbudowany na grani. Widok z niego jest po prostu oszałamiający,a niekończące się górskie szczyty zapierają dech. Jednak plaga natrętnych  i niezidentyfikowanych fruwających robali (widać je na niektórych zdjęciach), które zachowywały się tak, jakby były niewidome, bo latały na oślep, skutecznie odstraszała. Czuję pewien niedosyt, bo zamiast w pełni cieszyć się wspaniałymi widokami musiałam uważać, żeby nie połknąć żadnego z nich. W rezultacie na szczycie spędziłam łącznie może 15 minut, w pośpiechu robiąc zdjęcia i starając się nasycić wzrok tym wspaniałym krajobrazem.

Już sama trasa prowadząca do mauzoleum hipnotyzuje. Niekończące się serpentyny wprawiały w osłupienie. Widoki są oszałamiające. Ja z całą pewnością umarłam z wrażenia i zachwytu.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Bydgoszcz. Muzeum Mydła i Historii Brudu

Istnieje takie muzeum, które jest bardzo nietypowe. Muzeum Mydła i Historii Brudu – bo o nim mowa – znajduje się w Bydgoszczy i oferuje mocno oryginalną ekspozycję 🙂 O ile historia mydła może zaciekawić, to już opowieści o samym brudzie mogą wzbudzać odrazę. Faktycznie, nie ma nic przyjemnego w brudzie, jednak słuchanie o nieczystym życiu naszych przodków jest fascynujące. Naprawdę! Momentami nawet zabawne, bo powody, przez które w średniowieczu zaniechano higienę osobistą i to, jak szukano wszelakich zamienników zwyczajnego mycia się, są po prostu groteskowe. No i faktycznie – czasami wręcz obrzydliwe, ale to właśnie jest w tym wszystkim fascynujące 🙂

Dlaczego tego typu muzeum powstało akurat w Bydgoszczy? Miasto ma bogate tradycje dotyczące przemysłu chemicznego, który najlepiej rozwijał się tutaj w XIX wieku. Bydgoskie mydło eksportowano do wielu europejskich krajów. Co więcej, jest to jedna z nielicznych tego typu placówek w Europie.

Wizyta trwa około godziny. Na samym początku przewodnicy zapraszają nas na warsztaty robienia mydła. W „Maglu u Ciotki Hejtki” można sobie zrobić własne mydełko, w ulubionym kolorze, zapachu i kształcie oraz z wybranymi dodatkami. Każdy ma swoje stanowisko i akcesoria do wyrobu pachnącego mydła. Po kolei uczestnicy wąchają, oglądają, macają, aż w końcu wybierają i mieszają wybrane składniki, według własnego upodobania. Oczywiście wszystko zgodnie z „tradycyjną” recepturą, którą dyktują nam przewodnicy. Po skończonej pracy, udajemy się na zwiedzanie muzeum i słuchanie opowieści o historii brudu.

W tym nietypowym muzeum można poznać historię brudu i higieny od czasów starożytnych po współczesność. Samo muzeum nie jest duże, ale we wnętrzach zaaranżowano m.in. XIX-wieczny pokój kąpielowy, średniowieczną łaźnię, a także dobrze znane wnętrze łazienki z czasów PRL-u z kultową pralką „Franią” na czele. Wśród zbiorów znajdują się: pierwsza przenośna ubikacja, pierwowzór prysznica, żeliwne wanny z XIX wieku, szczotki do szorowania ciała wykonane z końskiego włosia, pralki, maglownice i suszarki. Na ścianach wiszą przedwojenne fotografie i reklamy mydeł z gazet i czasopism sprzed 1939 roku. Oczywiście zobaczyć można również bogatą kolekcję mydeł oraz proszków do prania pochodzących z różnych zakątków świata. Wszystkich eksponatów można dotknąć i powąchać! Najciekawszym z nich jest chyba pierwsze mydło, którego receptura została opracowana tysiące lat temu, i które jest – ładnie mówiąc – odrażające, zarówno w „zapachu”, jak i samej konsystencji.

Na sam koniec zwiedzania można udać się do sklepiku oraz zakupić naturalne i ekologiczne mydełka. W ofercie znajduje się wiele ciekawych mydlarskich wyrobów, które mają cudowne właściwości upiększające. Od ich zapachu aż kręci się w głowie.

Jeśli zamierzacie się tam wybrać, lepiej zarezerwujcie miejsce wcześniej. Muzeum cieszy się dużą popularnością, więc i miejscówki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.

FB: Muzeum Mydła i Historii Brudu

Adres: Bydgoszcz, ul. Długa 13-17

Cena biletu: 18 zł

Buchara. W krainie meczetów, medres i minaretów

Siedziałam na tarasie restauracji, popijając aromatyczną uzbecką herbatę i rozkoszując się widokiem Po-i Kalon, rozświetlonego złotymi promieniami zachodzącego słońca, gdy nagle zjawił się on. Przepraszając nieśmiało zapytał, czy może zrobić mi zdjęcie, bo moja sukienka, uroda i ogólnie ten moment idealnie wtapiają się w tło. Rzadko zgadzam się, by ktoś obcy robił mi zdjęcia na własny użytek, ale biła od niego jakaś szczerość i wzbudził moje zaufanie. Zgodziłam się. Efektem naszego spotkania jest to zdjęcie.

Uwielbiam te momenty w podróży, kiedy zupełnie przez przypadek, niespodziewanie poznajesz kogoś, kto okazuje się być fascynującą osobą. Nasze spotkanie miało miejsce w Bucharze, która była moim drugim przystankiem w trakcie podróży po Uzbekistanie. To chyba moje ulubione miejsce, bo w przeciwieństwie do Chiwy nie było to miasto na 3 godziny zwiedzania i w odróżnieniu od zatłoczonej i rozległej Samarkandy, było w sam raz – nie za duże, nie za małe. Buchara to jedno z najstarszych miast Uzbekistanu. Jeszcze w czasach antycznych istniała tu osada z centrum w twierdzy Ark. Miasto znajdowało się na Jedwabnym Szlaku i było ważnym centrum gospodarczym Azji Środkowej. Swego czasu nazywane było „muzeum pod gołym niebem” i uznawane za święte miasto kraju. Zachowało się bardzo dużo zabytków architektonicznych tworzonych przez tysiące lat. Można tu zobaczyć prawie w całości zachowane centrum historyczne i poczuć klimat średniowiecznego islamskiego miasta. W 1993 roku zabytkowe centrum Buchary zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto pęka w szwach od meczetów, medres i minaretów, od których po pewnym czasie zaczyna kręcić się w głowie. Wszystkie z nich są do siebie bardzo podobne. Medresy (szkoły muzułmańskie) budowane były w oparciu o taki sam schemat, wyłożone mozaikami we wszystkich odcieniach koloru niebieskiego. Większość z nich to pięknie zachowane zabytki, ale dużo jest też podupadłych i zaniedbanych. Wiecie, że uwielbiam płytki, mozaiki i azulejos, ale takie nagromadzenie na jednym obszarze sprawia, że można oczopląsu dostać 🙂

Plac Po-i Kolon

Jednym z najpiękniejszych miejsc w Bucharze jest wspomniany wcześniej kompleks Po-i Kolon, czyli najbardziej charakterystyczny plac, który wytaczają ustawione frontami do siebie medresa Mir-i Arab oraz meczet Kalon, z górującym nad nimi minaretem Kalon o wysokości 47 m. Ciekawostka jest, że swego czasu był on najwyższą budowlą w całej Azji Środkowej i pełnił funkcję swego rodzaju drogowskazu dla karawan przemierzających Jedwabny Szlak. Jak dla mnie to najpiękniejsze miejsce w całej Bucharze.

Obok minaretu znajduje się nadal działająca medresa Mir-i Arab, w której mieści się ponad 100 pokoi dla studentów. Została wybudowana w latach 30-tych XVI wieku. W czasach Związku Radzieckiego medresa ta była jedną działającą na całym sowieckim terytorium. Nauki pobierali nie tylko uczniowie z Azji Centralnej, ale także z Kaukazu i rejonów dzisiejszej Rosji. Nad budynkiem górują dwie zachwycające turkusowe kopuły, między którymi znajduje się monumentalne wejście.

Naprzeciwko medresy znajduje się XVI-wieczny meczet Kolon, który może pomieścić nawet 10 tysięcy osób. Wewnątrz znajduje się 209 kolumn. Dach meczetu wydaje się być płaski, ale w rzeczywistości pokrywa go aż 288 kopuł. Co ciekawe, w czasach radzieckich meczet wykorzystywany była jako magazyn, a jego funkcje modlitewne przywrócono w 1991 roku.

Cytadela Ark

Ark to najstarsza budowla w Bucharze, która stanowi swego rodzaju miasto w mieście. Twierdza ma powierzchnię 3,9 ha. Jest to  prostokątny budynek otoczony charakterystycznym murem, który mierzy do 20 m. Pierwsze fortyfikacje w tym miejscu powstały w czasach antycznych, a przez kolejne stulecia Ark pełnił funkcję rezydencji emirów Buchary.

Mauzoleum Samanidów

Jest to najstarszy zachowany muzułmański budynek Buchary – wzniesione na przełomie IX i X wieku. Nie jest ono typowym tradycyjnym muzułmańskim grobowcem, ponieważ elementy jego konstrukcji wywodzą się ze struktur zoroastyryjskich. Wzniesiono je w z wypalonych cegieł w piaskowym kolorze układanych naprzemiennie poziomo i pionowo. Całość sprawia wrażenie misternie plecionego koszyka.

Czor Minor

Dalej od centrum miasta, ukryty w labiryncie mało urzekających uliczek, kryje się Czor Minor. Kiedyś pełnił funkcję bramy wejściowej do nieistniejącej już medresy, ale aktualnie znajduje się tam mały sklepik z pamiątkami. Za niewielką opłatą można wejść na górę, zobaczyć turkusowe minarety z bliska i zobaczyć okolicę, ale widok nie jest urzekający. Sam budynek jest ciekawy, ale okolica z całą pewnością do najprzyjemniejszych nie należy.

Lab-i Hauz

To duży miejski staw ze wszystkich stron otoczony medresami, i meczetami. Stanowi serce starego miasta i centralny punkt Buchary. Niegdyś był elementem systemu zaopatrzenia miasta w wodę. To tutaj toczy się życie towarzyskie miasta. Mieszkańcy Buchary bardzo chętnie spędzają tu czas wolny, np. grając w szachy. Wieczorami Lab-i Hauz zamienia się w tętniące życiem miejsce, a w restauracjach rozbrzmiewa rosyjskie disco lub muzyka na żywo. Ja akurat trafiłam na uzbecki koncert, co było bardzo interesującym doświadczeniem 🙂

Lab-i Hauz to także jeden wielki stragan z pamiątkami, można tam kupić niemal wszystko: aromatyczne przyprawy, kolorowe szale czy przepiękną ceramikę, przez którą wręcz oszalałam. Ja oczywiście przywiozłam ze sobą wszystkie wymienione suveniry, w tym dwa zestawy do serwowania herbaty i do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że dowiozłam je w jednym kawałku 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Park Güell. Najpiękniejsze miejsce w Barcelonie

Mój pierwszy raz w Barcelonie miał miejsce prawie 5 (!) lat temu. Tak, czas nieubłaganie pędzi, a ja pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Od tego czasu odwiedziłam mnóstwo fascynujących miejsc, którymi się zachwyciłam – również tymi w innych częściach Hiszpanii. Mimo wszystko Barcelona nadal pozostaje moim number 1, moim miastem marzeń. Miastem, w którym kiedyś chciałabym się osiedlić. Mam do tego miejsca ogromny sentyment i wiele wspaniałych wspomnień, na myśl których robi mi się ciepło na sercu. W listopadzie ubiegłego roku powróciłam tam na chwilę i nic się nie zmieniło – magia, która mną zawładnęła w 2014 roku nadal trwa.

Chociaż już raz byłam w Parku Güell wiedziałam, że muszę do niego wrócić. Miejsce to ma jakieś specjalne moce, które przyciągają. Chcąc uniknąć kolejek przed wejściem i nie tracić cennego czasu, którego tak naprawdę nie miałam za wiele, bilet kupiłam online znacznie wcześniej. Na stronie internetowej można sobie wybrać dzień i dogodną dla nas godzinę. W listopadzie za bilet zapłaciłam 7 euro, ale teraz widzę, że wejście kosztuje około 10 euro. Może się wydawać, że to spora kwota jak na zwiedzanie parku, ale warto wydać te pieniądze, bo to nie byle jaki park.

Duma Gaudiego

Antonio Gaudi był promotorem i wizjonerem, znacznie wyprzedzającym epokę, w której  żył. Swoje ukochane miasto – Barcelonę – przemienił w miejsce, w którym ludzie zachwycają się kolorowymi budynkami i magicznymi miejscami. Jednym z nich jest Park Güell, bez wątpienia  najbardziej charakterystyczne dzieło tego katalońskiego architekta. Prawdę mówiąc – moje ulubione miejsce w całej Barcelonie. Żeby się do niego dostać, trzeba się trochę wspiąć i napocić, ponieważ położony jest na wzgórzu.

Nazwa tego magicznego parku pochodzi od nazwiska Eusebiego Güella, bogatego przedsiębiorcy, partnera biznesowego i dobrego przyjaciela Gaudiego. Początkowo Park Güell miał być osiedlem mieszkaniowym przeznaczonym dla zamożnych mieszkańców, położonym na wzgórzu z widokiem na oddalone morze i panoramę miasta. Inspiracją miały być angielskie „miasta ogrody”, a projekt zakładał powstanie aż 60. domów. Budowa osiedla rozpoczęła się w 1900 roku, ale w związku ze skomplikowanym projektem, realizację porzucono w 1914 roku. Ostatecznie powstało 5 budynków, a w jednym z nich zamieszkał sam Antonio Gaudi – obecnie znajduje się tam muzeum poświęcone temu artyście. W 1922 r. teren został zakupiony przez władze miejskie i zmieniony na park. Od 1984 roku Park Güell widnieje na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Natura kontra architektura

Założeniem Gaudiego było stworzenie miejsca, w którym architektura i natura zespoli się w jedną całość. Każdy, kto przebywał na terenie Parku Güell doskonale rozumie, co architekt miał na myśli. Na szczególną uwagę zasługuje tam wiele miejsc i elementów. Jednym z nich jest słynny taras widokowy z panoramą Barcelony oraz najdłuższą i najbardziej kolorową ławką świata. Wijąca się niczym wąż ławka mierzy 110 metrów i jednocześnie może pomieścić aż 200 osób! Została ona zaprojektowana w taki sposób, by każdy, kto na niej siedzi miał swoją prywatną przestrzeń. Kolory i kształty małych kawałeczków ceramiki  w głównej mierze rozmieszczone są w sposób przypadkowy, ale jest w tym pewna logika. Przyglądając się dokładniej, można dostrzec znaki zodiaku, gwiazdy, ryby, kwiaty i motywy religijne. Dominujące są trzy kolory: niebieski, zielony i żółty, które dla Gaudiego oznaczały wiarę, nadzieję i miłość. Taka metoda układania stłuczonych kawałków ceramiki w jednolitą całość nazywa się trencadis.

Żeby zrobić fotkę na tle charakterystycznej mozaiki, trzeba się trochę naczekać na swoją kolej. Mnóstwo zahipnotyzowanych turystów pragnie mieć pamiątkowe zdjęcie z „piernikowymi” domkami i panoramą tego wspaniałego miasta. Nie ma się co dziwić, ja za pierwszym razem wpadłam taki amok, że krążyłam wokół parku robiąc zdjęcia niemalże każdej mozaice 😊 Mój ówczesny towarzysz wykazał się dużymi pokładami cierpliwości, za co jestem mu niezwykle wdzięczna 😊

Pod tarasem widokowym znajduje się sala kolumnowa, wyglądem przypominająca greckie i rzymskie budowle. W zamyśle Gaudiego miejsce to miało służyć mieszkańcom osiedla jako ryneczek. Jednak jej nazwa – Sala Stu Kolumn wprowadza w błąd, ponieważ wszystkich filarów jest łącznie 86, a nie 100. Kolumny nawiązują do architektury klasycznej w porządku doryckim, chociaż co ciekawe – abakus nie jest prostokątny, ale ośmioboczny.

Na taras widokowy prowadzą pnące się do góry długie schody przedzielone czterema rzędami wysepek: trzy liczące 11 stopni i jeden z 12. stopniami. Pośrodku, w centralnym punkcie jednego z nich znajduje się wysepka z charakterystyczną rzeźbą przypominającą salamandrę. Jaszczurka jest nie tylko swoistym symbolem, ale także uważa się ją za strażniczkę parku. Niektórzy doszukują się w niej  odpowiednika mitologicznego Pytona ze świątyni w Delfach. Inna teoria mówi, że zwierzę to nawiązuje do krokodyla z herbu francuskiego miasta Nîmes, w którym wychował się Euzebi Güell. Salamandra pokryta została kolorową mozaiką, która stanowi jeden z symboli nie tylko samego Parku Guell, ale również całej Barcelony.

Innymi, niemniej charakterystycznymi elementami  Parku Güell są „piernikowe” chatki, które wyglądają niczym żywo wyjęte z jakiejś bajki. Zostały one wzniesione w latach 1901-1902. Niegdyś stanowiły one najważniejszą część całego obiektu, czyli główną bramę wejściową z bocznymi pawilonami. Aktualnie znajdują się w nich dom portiera (ten z dachem w kształcie grzyba) oraz ten zwieńczony czteroramiennym krzyżem to księgarnia i sklep z pamiątkami. Co ciekawe, krzyż ten wskazuje cztery główne strony świata. Zniszczono go w 1936 roku w trakcie wojny domowej, ale po jej zakończeniu został odbudowany.

Magia za murami Parku Güell

Park Güell to pod kątem ukształtowania terenu najtrudniejszy z projektów Antonio Gaudiego. Kataloński architekt zawsze mocno inspirował się naturą. Parku Güell jest perfekcyjnym dowodem, że można dopasować architekturę do otaczającego nas środowiska. Doskonale czuć magię tego miejsca, siedząc na mozaikowej ławeczce i rozkoszując się cudownym widokiem na Barcelonę. Ja osobiście uwielbiam ten stan siedząc na ławeczce, rozkoszując się momentem i bezmyślnie gapiąc się na panoramę mojego ukochanego miasta. Na chwile zapomnieć o problemach i po prostu ciesząc się tą chwilą, chłonąc energię tego miejsca.

Dojazd: Metrem, stacja Lesseps, linia zielona (L3). Ze stacji czeka nas ok 15- 20 min spacer. Trasa oznaczona jest licznymi kierunkowskazami, więc łatwo tam dotrzeć.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Wokół Baku. Gobustan, Yanar Dag i Wulkany Błotne

Ostatnio na pewnej imprezie urodzinowej poznałam świetną dziewczynę, która pochodzi z Baku. Tak mi się ciepło na sercu zrobiło i naszło mnie na wspomnienia. Zorientowałam się, że przecież nie opowiedziałam Wam o wszystkim, czego doświadczyłam w trakcie swojej podróży po Azerbejdżanie. Bo wbrew pozorom – jak wielu ludzi sądzi – Azerbejdżan to nie tylko Baku, to także przepiękne parki narodowe i niezwykłe zjawiska przyrodnicze. Dzisiaj napiszę o trzech miejscach, które znajdują się w okolicach Baku, jednak są one od siebie nieco oddalone.

W związku z tym, że są one rozsiane po okolicy, bez samochodu trudno będzie to zorganizować w jeden dzień. Chciałam to zrobić na własną rękę, ale kosztowałoby mnie to zbyt wiele energii i nerwów, dlatego zdecydowałam się pójść na łatwiznę – wykupiłam całodniową wycieczkę z przewodnikiem polecanym w moim hostelu. Nie żałuję tej decyzji, bo wszystko, co chciałam zobaczyć udało się objechać w kilkanaście godzin, z podwózką pod same atrakcje. Bez nerwów, biegania i szukania transportu 🙂

Wulkany Błotne

Pierwszym przystankiem były wulkany błotne. Pamiętam, że wiało tam niemiłosiernie, myślałam, że głowę mi urwie. Trudno było podziwiać tamtejsze zjawisko, kiedy silny wiatr dosłownie zwalał z nóg. Trzeba było się mocno nagimnastykować, żeby się nie poślizgnąć i nie zaliczyć kąpieli błotnej 🙂 O robieniu zdjęć już nie wspomnę – toż to  sport ekstremalny był, ale coś tam się udało pstyryknąć 🙂

Krajobraz przypominał powierzchnię księżyca. Wulkany błotne to jedna z największych atrakcji turystycznych w Azerbejdżanie – znajduje się tam połowa z 800 wulkanów błotnych, które występują na świecie w 36 krajach. Ich występowanie jest ściśle związane z obecnością złóż gazu i ropy. Gaz zalegający zwykle na bardzo dużych głębokościach unosi się ku górze, napotyka na przeszkodę w postaci wód podziemnych, ta „wybuchowa” mieszkanka wody i gazu porywa iły, dolomity, łupki oraz piasek i unosi ku górze, by na koniec wyrzucić je na zewnątrz z ogromną siłą. I tak właśnie powstają tego typu zjawiska jakim są wulkany błotne.

Co ciekawe, wulkany błotne podobno posiadają właściwości lecznicze i upiększające. Można się nim śmiało wysmarować, a potem położyć na słońcu, żeby „maseczka” wyschła. Przewodnik powiedział, że taki „zabieg” znakomicie działa na skórę. Nie wiem, nie sprawdzałam, ale zrobię to przy najbliższej okazji 🙂

Rezerwat Petroglifów Gobustan (albo Qobustan)

To miejsce zrobiło na mnie największe wrażenie. Rezerwat wpisany jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, gdzie objęto ochroną rysunki wyryte w skale które liczą około 12 tys. lat. Ich tematyka związana jest ze zwierzętami dzikimi i gospodarskim, polowaniem oraz szamanami. Nie ma większego problemu z rozpoznaniem ich. Prawdopodobnie zdobiły one ściany jaskiń, które w ciągu tysięcy lat rozpadły się, tworząc skaliste rumowisko.

Przyznam szczerze, że czasami nie dowierzałam, że owe rysunki naskalne mają ileś tam tysięcy lat… Nie są one chronione w żaden szczególny sposób, niczym nie odgrodzone, jedynie ochroniarz krąży wokół nich i świdruje oczami ciekawskich turystów. Jednak chwila jego nieuwagi i każdy może sobie wyskrobać swój petroglif… Ale ok, nie będę taka czepialska – wierzę, że to pamiątka po przodkach sprzed kilku tysięcy lat 🙂

Nie da się pozostać obojętnym wobec niesamowitego krajobrazu Gobustanu, a także widoków ze wzgórz obejmujących odległe szyby naftowe i turkusowe wody Morza Kaspijskiego. Przewodnik powiedział, że kilkanaście tysięcy lat temu w miejscu, w którym staliśmy znajdowało się wspomniane morze. Widoki zapierają dech, a kiedy zdajemy sobie sprawę, że stoimy na dnie morza, które kiedyś się tu było jest niesamowite. Z resztą – sami zobaczcie.

Yanar Dag

Kojarzycie może płonącą, gigantyczną dziurę w Turkmenistanie, miejsce zwane Wrotami Piekieł? Robi ona ogromne wrażenie, jakby faktycznie ziemia się rozstąpiła i zapraszała grzeszników na imprezę do piekła. BTW – Turkmenistan to mój cel na przyszły rok 😉 Azerskie płonące wzgórza zwane Yanar Dag również reklamowane są jako coś niezwykłego, coś ŁAŁ, coś co wprawi w osłupienie przeciętnego turystę. W rzeczywistości byłam nimi rozczarowana, a nawet bardzo zniesmaczona – może dlatego, że nie jestem przeciętym turystą, który łyka wszystko jak młody pelikan. Obiecywali nam co najmniej widok samego diabła, góry pokryte ogniem ciągnące się bez końca, a tak naprawdę to kawałek niskiego pagórka, który w niektórych miejscach płonie 🙂

O co chodzi z tymi płomieniami? Yanar Dag dosłownie oznacza „płonące wzgórze”. Tuż pod powierzchnią ziemi znajdują się złoża gazu i ropy, a wiec przez szczeliny w piaskowcu wydobywają się etan i propan, które ulegając samozapłonowi, tworzą fantastyczne płomienie rozprzestrzeniające się na zboczach całego wzgórza. A jak to się stało, że zaczęły płonąć? Przyczyną takiego stanu rzeczy była nieumyślność jednego z pasterzy, kiedy to przypadkowo wyrzucił w ich okolicę niedopałek papierosa…  Płoną one od lat 50-tych ubiegłego wieku przez cały czas, niezależnie od pogody. ja byłam tam w styczniu, więc mogę potwierdzić, że śnieg i mróz im nie straszne. Co ciekawe, Yanar Dag było celem pielgrzymek czcicieli ognia – zoroastrian, którzy przybywali do tego miejsca aż z Iranu oraz Indii i prawdopodobnie (chociaż w nieco mniejszym stopniu) robią to do dzisiaj.

Chyba jedynym plusem wizyty w tym miejscu było to, że przy styczniowej temperaturze i po całodniowej tułaczce można było się nieco przy nich ogrzać 🙂 Okej, nie będę taka sroga – marketing zrobił swoje i pobudził moją wyobraźnię oraz zaostrzył apetyt. Przyznaję, że Yanar Dag to bardzo rzadko spotykane zjawisko i jak najbardziej warto zobaczyć je na własne oczy, jednak nie spodziewajcie się nie wiadomo czego – na pewno nie tego, co Wam obiecują przewodnicy 🙂 Czekam na Wrota Piekieł w Turkmenistanie – mam nadzieję, że one spełnią moje oczekiwania 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Kotor. Czarna perła Adriatyku

Wyjazd do Czarnogóry planowałam kilka razy, ale dopiero za trzecim razem w końcu udało mi się tam dotrzeć. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tyle zwlekałam i ciągle przekładałam ten wyjazd. Zdaje się, że na swoją obronę mam tylko nieświadomość tego, jak wspaniałe krajobrazy i zjawiska przyrodnicze tam występują. Coś musi być w tym powiedzeniu, że „do trzech razy sztuka” 🙂

Kraj wielkości województwa mazowieckiego kryje w sobie wspaniałe skarby natury i architektury. Tak, jak w tamtym roku wróciłam zachwycona Słowenią, to wierzcie mi – Czarnogóra jeszcze bardziej skradła moje serce 🙂 Przede wszystkim Kotor i cała malownicza Boka Kotorska, dlatego zacznę najpierw od tego miejsca.

Kotor to jedno z najlepiej zachowanych na terenie byłej Jugosławii średniowiecznych miast. Otoczony z trzech stron górami był trudno dostępny, a opasany dodatkowo grubymi murami obronnymi – wręcz nie do zdobycia. Miasto ma śródziemnomorski charakter: pełne jest wąskich uliczek, nieregularnych  placyków, świątyń i pałaców. Niesymetryczny układ Kotoru pochodzi jeszcze z okresu średniowiecza. Wiele spośród zabytków jest nieodrestaurowanych, zwłaszcza te znajdujące się na uboczu głównych tras turystycznych. W 1979 r. Kotor został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Przechadzając się po wąskich uliczkach Kotoru, można poczuć magię tego miasta. Już na samym wejściu przy głównej bramie witam przybyszów przysadzista wieża zegarowa, zwana Gradskim toranjem, która została wybudowana przez Wenecjan w 1602 r. Chociaż starówka jest maleńka, nie da się tam nudzić. Ulice na starym mieście nie mają nazw, a w ich plątaninie bardzo łatwo zabłądzić. Przechadzając się nimi możemy napotkać między innymi kameralny placyk, przy którym stoi romańsko-gotycki kościół św. Michała czy katolicka katedra św. Tryfuna, która jest najbardziej znaczącym romańskim zabytkiem na terenie Czarnogóry.

Największą jednak atrakcją jest twierdza rozciągająca się nad miastem. Z placu Pijaca od salate pną się schody, które prowadzą do usytuowanych na zboczu murów obronnych. Część przybrzeżną miejskich fortyfikacji zbudowali jeszcze Ilirowie, jednak zdecydowana większość umocnień została wzniesiona przez Wenecjan, a prace nad nimi trwały do XVIII wieku. Długość murów, które pną się do wysokości 260 m n.p.m. wynosi 4,5 km, a szerokość dochodzi do 15 metrów. Dzięki tak potężnemu systemowi obronnemu, miasto mogło skutecznie odpierać ataki zarówno od strony morza, jak i lądu.

Trzeba się jednak napocić, by dostać się na szczyt, by podziwiać prawdziwe piękno tej perełki. Upał nie ustawał, dlatego postanowiłam się wspiąć na twierdzę wieczorem, kiedy będzie nieco chłodniej, a zachód słońca pięknie oświetli zatokę. Zdecydowałam się na alternatywną trasę, trochę „na dziko”. Nie jest ona nigdzie oznaczona, bo mapy turystyczne wskazują tylko jedno wejście, za które naturalnie trzeba zapłacić (8 euro). Jednak uprzejme dziewczyny w moim hostelu wytłumaczyły, jak dostać się na górę inną drogą. Szczerze powiem, że wcale nie żałuję tej decyzji, bo schodząc później po schodkach na „głównej” trasie było bardzo ślisko. Zaczęłam wspinać się sama, dopiero później dostrzegłam na sobą innych turystów. Jednak w pewnym momencie wyprzedził mnie chłopak, który powiedział mi potem na szczycie, że miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z wężem. Nic mu się na szczęście nie stało, na strachu jedynie się skończyło, ale gdyby nie on, to wtedy ja spotkałabym tego gada, a wtedy zawał serca murowany 🙂

O widokach po drodze i na szczycie nie będę opowiadać, bo brak mi słów na opisanie tego, co tam widziałam. Po prostu zobaczcie sami, czym tak bardzo się zachwyciłam 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

 

Zapiski podróżne: Uzbekistan

Uzbekistan nie widniał długo na mojej podróżniczej liście marzeń. Właściwie pojawił się na niej w czasie mojej zeszłorocznej wyprawy do Kazachstanu, w trakcie której poznałam dużo Polaków odbywających podróż po całej Azji Centralnej. Opowiadali oni, że kraj jest niesamowity, a Uzbecy są jeszcze bardziej przyjaźnie nastawieni niż Kazachowie, w co nie chciało mi się wierzyć. Właśnie wtedy powstał plan na 2019 rok: kierunek Uzbekistan.

Od początku tego roku mną miotało, jakby tu zaplanować wyprawę, ale żeby nie wydać miliona monet. Dostałam wręcz jakiejś obsesji, kombinowałam, myślałam, bo dostać się do Uzbekistanu nie było tak łatwo: mnóstwo formalności, dodatkowych opłat i papierkowej roboty, a ceny biletów lotniczych były astronomiczne. Zastanawiałam się nawet, czy nie pojechać na jakąś zorganizowaną (!) wyprawę. Aż tu nagle, 1 lutego 2019 roku świat obiegła informacja, że wizy i zaproszenia do Uzbekistanu zostały zniesione! To był znak od niebios, że powinnam działać. Kilka dni później kupiłam bilety i powoli planowałam swoją wojażkę.

Mój początek w tym kraju nie należał do najprzyjemniejszych. W podróży spędziłam 24 godziny i odbyłam 3 loty tego samego dnia. Kilka dni przed przyjazdem, poprosiłam w hostelu o transfer lotniskowy, bo miałam przylecieć dosyć późno, około godziny 23:00. Normalnie nie używam tego typu środków, bo zawsze korzystam z komunikacji miejskiej, ale za 5$ i po całym dniu podróży zdecydowałam – niechaj będzie, zafunduję sobie ten „ekskluzywny” przejazd. Hostel odpisał mi, że z wielką radością wyśle samochód i ktoś będzie na mnie czekać z karteczką z moim imieniem i nazwiskiem. „Wow! Jak na filmach amerykańskich” – pomyślałam. Uradowana wyszłam z lotniska i skierowałam się w stronę zbiorowiska natrętnych taksówkarzy, którzy od razu mnie osaczyli, oferując swoje usługi. Nieco zdenerwowana i zdezorientowana musiałam na siłę ich odpychać i z „lekką” nutką irytacji oznajmić, że nie jestem zainteresowana, bo ktoś na mnie czeka. Rozglądając się dookoła i patrząc, jak kolejni kierowcy z piskiem opon odjeżdżali z tłumem turystów, a ja prawie sama stojąc pośrodku z walizą zdałam sobie sprawę, że osoby trzymającej kartkę z moim imieniem nie ma. Wpadłam w panikę, bo nawet nie sprawdziłam alternatywnego dojazdu (co ZAWSZE robię), a bez miejscowego internetu nic nie zdziałam. „No to pięknie, nocuję dzisiaj albo na lotnisku, albo na ulicy” – pomyślałam. W ostatniej chwili złapałam ostatniego taksówkarza i desperacko zapytałam za jaką kwotę zawiezie mnie pod wskazany adres. Nie mając wyboru wpakowałam bagaż do samochodu i ruszyliśmy w kierunku hostelu. Trafiłam na pana w podeszłym wieku, który nawet w okularach nie był w stanie przeczytać literek na potwierdzeniu mojej rezerwacji. Poprosił o przeczytanie adresu, a że ja nie umiem czytać płynnie po rosyjsku, powstała tragikomiczna sytuacja. W takim razie poprosił o podanie numeru telefonu, to zadzwoni do hostelu i sam ustali gdzie to jest. Podyktowałam numer, ale po drugiej stronie słuchawki nikt nie odbierał, a nawet słychać było dźwięk: nie ma takiego numeru.Wpadłam w panikę, ale kierowca zachował zimną krew. Powiedział, że podjedziemy do jakiegoś innego hotelu, to oni mu tam wszystko wytłumaczą. Siedząc w pustym samochodzie i czekając na starszego pana, rozpłakałam się jak dziecko. Pierwszy raz w życiu przestraszyłam się nie na żarty. Po całym dniu podróży, zmęczeniu, niewyspaniu i głodu, będąc samej w obcym kraju, ba – na innym kontynencie, w obcej kulturze, pierwszy raz w trakcie podróży puściły mi nerwy. Zawsze staram się zachować zimną krew, ale tym razem totalnie się rozkleiłam. Na szczęście taksówkarz dodzwonił się do mojego hostelu i wytłumaczyli mu, jak ma dojechać. Właściciel, widząc mnie zapłakaną przepraszał mnie potem przez dwa dni. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo próbuję wyprzeć z pamięci ten nieprzyjemny incydent. Na szczęście potem było tylko lepiej, ale o tym napiszę niebawem 🙂 Póki co, mam kilka przemyśleń związanych z Uzbekistanem, którymi chciałam się z Wami podzielić.

Uzbecy mówią po angielsku

Po zeszłorocznym pobycie w Kazachstanie i komunikacją w języku polsko-rosyjsko-kazachskim, przeplatanym z językiem ciała, nastawiłam się, że i tutaj będzie identycznie. Wychodząc z założenia, że skoro tam dałam radę się dogadać, to i w Uzbekistanie również sobie poradzę. A tu wielkie zaskoczenie, bo nie musiałam się wysilać – w Uzbekistanie mówią płynnie po angielsku! Na początku był szok i niedowierzanie, potem zaprzeczenie, aż wreszcie akceptacja i wielka radość 🙂 Spokojnie można się tam dogadać po angielsku w sklepie spożywczym, na bazarze, w restauracji czy nawet w aptece, co w tej części świata wcale nie jest takie oczywiste. Nawet jeśli ktoś nie umie mówić, chociaż rozumie prawie wszystko, to woła np. kolegę ze straganu obok albo 10-letnią wnuczkę, by przetłumaczyć konwersację.

Uzbecy są bardzo mili i pomocni

Już w Kazachstanie myślałam, że nie ma milszego narodu. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że jest – w Uzbekistanie. Mieszkańcy tego kraju są nie tylko bardzo gościnni, ale również uprzejmi i gotowi w każdej chwili pomóc. Widząc samotnie spacerującą białą turystkę, sami podchodzili i zagadywali, czy czegoś nie potrzebuję albo czy się nie zgubiłam. Co więcej, ludzie dawali mi rzeczy za darmo! Mój ząb mądrości postanowił o sobie przypomnieć akurat w trakcie mojej podróży życia, w związku z tym zmuszona byłam udać się do apteki po jakieś maści i żele. Farmaceutka dała mi w prezencie (chociaż usiłowałam zapłacić) chusteczki antybakteryjne do rąk, żebym koniecznie od razu zaaplikowała sobie maść. Z kolei sprzedawca na jednym straganie, zagadując mnie skąd jestem i co tutaj robię stwierdził, że chciałby mi coś podarować na pamiątkę i mam sobie coś wybrać z jego asortymentu. Po kilkuminutowej zażartej konwersacji, że nic nie chcę, albo zapłacę za tę rzecz, wybrałam sobie pocztówkę.

W Bucharze trafiłam na przemiłego właściciela hostelu, który na wieść, że mam problem z zakupem biletu pociągowego do Samarkandy, postanowił wkroczyć do akcji. Zadzwonił na stację z zapytaniem czy są bilety na ten konkretny pociąg, po czym nie pytając mnie o zdanie, zamówił taksówkę, wpakował mnie do samochodu i pojechał ze mną kupić ten bilet. To nic, że w hostelu czekała spora grupa turystów na zameldowanie, on powiedział, że jeśli nie pojedziemy od razu, to bilety się wyprzedadzą i zostanę w Bucharze. A że ja nie mówię po rosyjsku, on wszystko załatwił, ja tylko zapłaciłam. Prawda, że anioł? 🙂

Dla wszystkich byłam Rosjanką

Każdy, dosłownie KAŻDY, kogo napotkałam na swojej drodze myślał, że pochodzę z Rosji. Nie lubię być porównywana do Rosjanek, chociaż powinnam już do tego przywyknąć. Wszędzie, gdzie nie podeszłam, czy to na straganie z pamiątkami, czy w restauracji, czy na ulicy i lotnisku zawsze ktoś zagadywał mnie po rosyjsku. Co zrozumiałam, to zrozumiałam, ale gdy wdawał się w głębszą konwersację, od razu uprzedzałam, że nie mówię w tym języku. Zawsze padała odpowiedź: „Och, wybacz, myślałam/em, że jesteś Rosjanką, bo tak wyglądasz”. Gdy mówiłam, że pochodzę z Polski, następowało powszechne oburzenie, no bo jak to tak – z Polszy i nie gawari pa ruski?!? O ile na początku wspólne heheszki, uśmieszki i tłumaczenie, dlaczego Polka nie mówi po rosyjsku było zabawne, o tyle pod koniec mojego pobytu miałam ochotę ich wszystkich rozszarpać. Ja wiem, że dla niektórych Rosja jest całym wszechświatem, ale czasy, w których obywatele mieli obowiązek nauki rosyjskiego w szkołach, dawno już minęły.

Przechodzenie przez ulicę to sport ekstremalny

To chyba sport narodowy Uzbeków. Żeby przejść przez ulicę trzeba posiadać umiejętności godne superbohaterów. Nawet przemierzając jezdnię na zielonym świetle na pasach trzeba biec, bo światło zmienia się z zawrotną prędkością. Czasami nawet samochody ruszają jeszcze na czerwonym sygnale. A co, jeśli świateł nie ma w pobliżu? Ano, trzeba cierpliwe czekać na swoją kolej, aż jakiś uprzejmy kierowca raczy się zatrzymać. Może to potrwać nawet i godzinę. Wiem to z autopsji – tyle zdarzyło mi się czekać na łaskę, prażąc się w piekielnym skwarze uzbeckiego słońca.

Linia lotnicza Uzbekistan Airways jest całkiem przyzwoita

Przyznam szczerze, że miałam obawy, żeby wsiąść na pokład lokalnych linii lotniczych. Głównie z tego względu, że najwięcej katastrof następuje właśnie na regionalnych trasach, samolotami podrzędnej klasy. Za każdym razem wsiadałam do samolotu z duszą na ramieniu, bo nie wiedziałam jaki czeka mnie los. Mimo wszystko zdecydowałam się na podróż Uzbekistan Airways przede wszystkim ze względu na ograniczony czas, a jak wiadomo, podróż samolotem jest szybka. Odbyłam łącznie 5 lotów tą linią i nadal żyję 🙂 Co więcej, uważam, że to całkiem przyzwoita linia lotnicza, z profesjonalną obsługą, monitorami pozwalającymi śledzić trasę lotu, a także zapewnia nawet niewielki darmowy poczęstunek. Uzbekistan Airways lata do wielu miejsc w kraju, wszystkie główne miasta znajdują się na trasie, a loty trwają około godziny. Za swoje bilety (z miesięcznym wyprzedzeniem) zapłaciłam ok. 60 zł za każdy. Jest to więc znaczna oszczędność czasu i pieniędzy 🙂

Uzbekistan to bezpieczny kraj

Na kilka dni przed wyjazdem zawładnął mną stres i panika, ale to żadna nowość. Miałam obawy (jak zawsze z resztą), że może samotna podróż blondwłosej białaski na inny kontynent, do innej kultury nie była najlepszym pomysłem. Teraz śmiem stwierdzić, że Uzbekistan jest bardzo bezpiecznym krajem. Ulice i okolice najważniejszych zabytków patroluje policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo przyjezdnych. W razie jakiejkolwiek nietypowej sytuacji, w każdej chwili można zgłosić incydent. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Zdarzyło mi się parokrotnie wracać do hostelu po zmroku, ale nawet wtedy nie odczuwałam żadnego zagrożenia. Nawet sprzedawcy pamiątek na ulicy w Khivie nie chowali swojego towaru na noc – stragany były pełne i nikt nawet nie odważył się wyciągnąć ręki. O tym, że jestem panikarą niejednokrotnie już wspominałam, ale powinnam się jednak jakoś ogarnąć i utemperować swoją wyobraźnię 🙂 Pomimo histerii przed samym wyjazdem, wróciłam w jednym kawałku, cała i zdrowa, z obiema nerkami, a na dodatek zachwycona i szczęśliwa 🙂

Najazd zagranicznych turystów

Nie wiem co się stało, ale chyba po zniesieniu wiz nastąpił najazd zagranicznych turystów. Dosłownie tłumy ciekawskich urlopowiczów napływało do miast każdego dnia, atakując i osaczając każdy zabytek. Hiszpanie, Polacy, Portugalczycy, Azjaci, Niemcy… Multi – kulti pełną gębą. Sądziłam, że napływ turystów nastąpi za kilka, kilkanaście miesięcy. W maju nawet się sezon jeszcze nie zaczyna, nawet nie chcę wiedzieć, co się dzieje później!

Jest czysto i spokojnie

Muszę przyznać, że dawno nie miałam tak przyzwoitych warunków w hostelach. Było schludnie, przytulnie i przede wszystkim – czysto! Na ulicach nie widziałam żadnych śmieci, nawet bezpańskie psy się nie błąkały. Nie widziałam tam żadnego bezdomnego, żadnego kloszarda, nikt do mnie nie podszedł i nie poprosił o pieniądze. Nikt mnie nie zaczepiał w nieprzyjemny sposób i nikt nie gwizdał za mną na ulicy. Nie spotkałam pijanych ludzi na ulicy, nawet nie widziałam nikogo z butelką alkoholu w ręce w miejscu publicznym. Jeśli Uzbecy piją, to robią to w bardzo dyskretny sposób.

Jedzenie jest ciężkostrawne

Będąc w podróży zawsze próbuję lokalnej kuchni i tradycyjnych produktów. Tak również było i w tym przypadku. Kuchnia uzbecka obfituje w grillowane mięso, tłuste makarony noodle oraz (ku mojemu zaskoczeniu) różnego rodzaju pierogi. Nie mówię, że jedzenie było niedobre, wręcz przeciwnie, jednak taka ilość tłuszczu dała się we znaki mojemu organizmowi. Już po trzech dniach mój żołądek wołał o coś lekkostrawnego, a pod koniec wyjazdu jadłam już tylko sałatki warzywne 🙂 Za to śniadania były przepyszne, „na bogato”, a te z widokiem na miasto smakowały najlepiej 🙂

Tamtejsi panowie są bardzo kulturalni 🙂

Muszę przyznać, że panowie w Uzbekistanie są bardzo dżentelmeńscy. Miałam okazję (nie nazwę tego przyjemnością) przemieszczać się komunikacją publiczną, co było, hmmm… ciekawym doświadczeniem. Ledwo wsiadłam do autobusu, a pewien młodzieniec do razu wzdrygnął się i pospiesznie udostępnił mi swoje miejsce siedzące… Tak – pierwszy raz w życiu ktoś ustąpił mi miejsca  😀 Zawsze sądziłam, że ten moment nastąpi za jakieś 40-50 lat, a tu taka niespodzianka 😀

Uzbecy nie żerują na turystach

Może śmiesznie to zabrzmi, ale Uzbecy nie czyhają tylko na pieniądze naiwnych turystów. Oczywiście zdarzają się i tacy, ale są w znacznej mniejszości. W kraju oficjalną walutą jest uzbecki sum, 100000 som to w przeliczeniu ok. 10 euro. Wymieniając tamtejsze pieniądze warto mieć ze sobą jakiś neseser na pokaźny zastrzyk gotówki. Niejednokrotnie od tych zer kręciło mi się w głowie i kilkanaście razy przepłaciłabym za obiad czy bilet wstępu do muzeum. Zamiast kilku tysięcy, rzucałam na ladę setkami tysięcy. Za każdym razem reakcja była taka sama: kelner/kasjer łapał się za głowę i mówił: „Madam, to zdecydowanie za dużo!”. Po czym brał wyznaczoną kwotę, a resztę pieniędzy oddawał. Za każdym razem nie mogłam uwierzyć, że w tak łatwy sposób mogłam od razu pozbyć się swojego „majątku” 🙂 W innym kraju, w innej kulturze, sprzedawca/kelner wziąłby pieniądze od nieświadomej turystki, nawet by się nie zająknął, że to za dużo i cieszył w duchu, że zdobył ekstra „napiwek”.

Szczecin: Be Happy Sweet Art & Illusion Museum

Podobno szczęścia nie można kupić. Nieustannie za nim gonimy, tak naprawdę nie wiedząc, czym ono dla nas jest. Mówią, że szczęście jest bezcenne i nie łatwo je odnaleźć. Bzdura, bo można kupić bilet do Muzeum Szczęścia, a to prawie to samo 🙂 W sumie przez przypadek odkryłam, że jest takie nietypowe miejsce w odległym Szczecinie. Od razu jednak wiedziałam, że to jeden z głównych punktów mojego weekendowego wypadu do tego miasta. Zabawne, jak kawałek kolorowego plastiku może wywołać taką dziecięcą radość 🙂 Eksplozja endorfin gwarantowana, uśmiech nie schodził mi z twarzy przez dwa dni. Dlatego też niezwłocznie musiałam się z Wami podzielić wrażeniami z tego magicznego miejsca.

Be Happy Museum to miejsce gdzie marzenia się spełniają a wyobraźnia zamienia się w słodkie i kolorowe doznania. To miejsce, gdzie iluzja wprawia w osłupienie i rozbawia do łez. Misją tego miejsca jest kultywowanie szczęścia, dzielenie się dobrymi wspomnieniami i uczynienie świata jeszcze bardziej słodkim!

Już na samym wejściu wita nas lada pełna pachnących słodyczy i kolorowych gadżetów. Dalej jest tylko lepiej. Wszechobecny róż doprowadził mnie do eksplozji szaleństwa i radości. Jako, że mam obsesję na punkcie tego koloru (to mój ulubiony), czułam się tam wspaniale, jakbym znowu miała 10 lat.

W kolejnych pomieszczeniach spotkamy takie osobistości jak flamingi, jednorożca czy też zmienimy się w piękną lalkę Barbie z limitowanej kolekcji. Możemy „popływać” w basenie wypełnionym piankami Marshmallow, pobujać się na bananowej huśtawce, zawisnąć na bambusie ze słodką pandą czy zakręcić kołem fortuny.

Jak trafić do Be Happy Museum?

Muzeum znajduje się w centrum Szczecina, 100 m od C.H. KASKADA. Dokładny adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 3-4

Jednak Szczecin to nie tylko Be Happy Museum, to również przepyszne jedzenie. Chciałam Wam polecić kilka knajpek z obłędnym jedzeniem. Ja na samo ich wspomnienie dostaję ślinotoku 🙂 Pragnę na wstępie zaznaczyć, że przyjeżdżając do Szczecina pragnęłam rozkoszować się smakiem najróżniejszych ryb i innych morskich stworzeń. Dlatego też, jeśli ktoś nie jest miłośnikiem tego typu dań, muszę go rozczarować, bo skupiłam się na konkretnych kulinarnych doznaniach 🙂 Jeśli kiedyś będziecie w stolicy województwa Zachodniopomorskiego i chcecie spróbować dobrych dań rybnych, koniecznie idźcie do tych restauracji. Zlokalizowane są w centrum miasta, więc łatwo można je odnaleźć.

Paprykarz

Z czym najbardziej kojarzy się Szczecin? Oczywiście z paprykarzem! Szczerze przyznam, że nigdy nie byłam jakąś wielką fanką tego smakołyku. Od czasu do czasu zajadałam się nim, głównie w trakcie niskobudżetowych wakacji w czasach liceum 🙂 Dawno też nie jadałam paprykarzu, ale skoro przejechałam taki kawał drogi, grzechem byłoby nie spróbować tego regionalnego przysmaku. I wiecie co? Doznałam kulinarnego orgazmu, a to był dopiero początek kulinarnej rozpusty 😀 Na danie główne zamówiłam tagiatelle z krewetkami w sosie ziołowym, zaś Aga wybrała pieczoną rybę. Prawda, że apetyczne? 🙂

Adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 42

Spiżarnia Szczecińska

Weszłyśmy tam z lekką nutą niepewności. Na piętrze restauracja świeciła pustkami, a to nie zachęcało do stołowania się tam. Na szczęście to w podziemiach ukryła się cała magia tego miejsca. Na przystawkę zamówiłyśmy paprykarz z żelem z kiszonych ogórków i przyznaję, że był on jeszcze lepszy niż w „Paprykarzu” 🙂 Tym razem byłyśmy zgodne, bo danie główne wybrałyśmy takie samo: rybę z puree z białych warzyw w sosie z zielonej herbaty. Brzmi egzotycznie, tak też smakowało. Pierwsze wrażenie: dziwne, bo sos był słodki. Jednak z każdym kolejnym kęsem smakowało nam coraz bardziej, a na sam koniec stwierdziłyśmy, że jednak było pyszne 🙂

Adres: plac Hołdu Pruskiego 8

Bananowa Szklarnia

Na śniadanie udałyśmy się do uroczego miejsca, nieopodal „Paprykarza”. Knajpka specjalizuje się w śniadaniach, które serwowane jest przez cały dzień. Wszystkie pozycje w menu wyglądały smakowicie, dlatego też miałam dylemat, co wybrać. Po długim namyśle zdecydowałam się (w końcu) na placuszki bananowe z musem mango, bitą śmietana, nutellą i świeżymi owocami. Tak, wiem – niezła bomba kaloryczna na sam początek dnia, ale kto by się tym przejmował, gdy takie pyszności czekają na talerzu 🙂 Szakszuka mojej towarzyszki podobno też była wyborna, na pewno smakowicie wyglądała 🙂

Adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 45