Wadi Rum. Jeden dzień na czerwonej planecie

To był mój pierwszy raz na pustyni. Czy tak go sobie wyobrażałam? Chyba nie. Po pierwsze kolor piasku był nietypowy (czyli inny niż na filmach), chociaż byłam na to przygotowana. Miedziano-pomarańczowa barwa sprawiała wrażenie jakbyśmy wylądowaliśmy na Marsie. I nie byłoby to wcale kłamstwem, bo widoki były iście kosmiczne. Wydawało mi się, że po intensywnym dniu w Petrze, zasiądę na pace swojego jeepa i jak rasowa damulka będę podziwiać piękno pustynnego krajobrazu, a jedynym wysiłkiem miało być robienie zdjęć. No cóż, rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię, bo już na pierwszym przystanku poprzeczka została wysoko postawiona. Potem było coraz ciekawiej. Tak jak wtedy sądziłam, że wspinaczka na wzgórze do Monastyru była ekstremalna, to muszę sprostować swoje zeznania – Petra przy Wadi Rum to pikuś. Dawno nie miałam takich zakwasów jak po wizycie na tej pustyni. Zaś w nocy zamiast podziwiania rozgwieżdżonego nieba, obserwowaliśmy gromadzące się chmury, by w końcu podający deszcz rozgonił nas do swoich namiotów. Beduini mówili, że opady zdarzają się tylko kilka razy w ciągu roku. Tak, pierwszy raz na pustyni i musiałyśmy trafić na deszcz… No cóż, taka karma.

Mówią, że Wadi Rum robi bardziej spektakularne wrażenie od samej Petry i najlepiej spędzić tam co najmniej 3 dni, z czym ja pozwolę się nie zgodzić. Byłoby okrutnym kłamstwem, gdybym powiedziała, że pustynia mnie nie urzekła, ale jednak Petra pozostaje dla mnie numerem 1. Poza tym, po całym dniu jeżdżenia rozklekotanym jeepem po czerwonym piasku i wspinaniu się po skałach stwierdzam, że pod koniec dnia każdy następny głaz i kamień nie różnił się od poprzednich. Co więcej – nawet zdjęć nie chciało mi się robić, a to już nie było dobrą oznaką. Według mnie jeden cały dzień na pustyni z noclegiem jest optymalną opcją na spędzenie czasu na Wadi Rum.

Pustynię można zwiedzać na 3 sposoby: samochodem terenowym (najpopularniejszy i najszybszy), na wielbłądach, albo… pieszo. Tak, widzieliśmy po drodze śmiałków przemierzających bezkres pustyni na własnych nogach. Jednak zawsze muszą być z nami lokalni przewodnicy, czyli Beduini. Od stuleci zamieszkiwali oni tereny pustynne Wadi Rum, a ich dziedzictwo kulturowe jest ważnym elementem tego krajobrazu. Jeszcze niespełna 50 lat temu wiedli oni koczowniczy tryb życia, pędząc przez pustynię stada wielbłądów i kóz. Dzisiaj Beduini żyją przede wszystkim z turystyki, organizując wycieczki z noclegami dla spragnionych wrażeń turystów. Naszym gospodarzem był niejaki Hilal, którego wujek miał 34 dzieci – tyle zdołałam o nim zapamiętać 🙂

Pustynne tereny Doliny Wadi Rum są oszałamiająco piękne i spektakularne krajobrazy, które zmieniają swój wygląd zależnie od pory dnia – inaczej wyglądają oświetlone wschodzącym słońcem, inaczej w ciągu dnia, ale najpiękniej pustynia prezentuje się wieczorem, kiedy ostatnie promienie słońca jeszcze bardziej podkreślają miedzianą barwę piasku. Sceneria przypominająca powierzchnię obcej planety sprawiła, że obszar Wadi Rum „zagrał” w wielu hollywoodzkich produkcjach, m.in. w „Marsjaninie” czy „Gwiezdnych wojnach”. Chociaż na pierwszy rzut oka pustynia wydaje się niegościnna, pusta i sucha, to wcale tak nie jest. O pradawnych mieszkańcach świadczą do dziś w wielu miejscach rezerwatu inskrypcje i rysunki naskalne, a niektóre z nich liczą nawet 12 tys. lat. Przez wieki żyły tu  plemiona koczowników, a niezwykła dolina pośród pustynnych formacji pozostawała nieznana. Na Zachodzie rozsławił ją dopiero Lawrence z Arabii – angielski podróżnik, archeolog i szpieg, który razem z szarifem Mekki w trakcie I wojny światowej poderwał arabskie plemiona do walki przeciwko Turkom władającym tymi ziemiami. Także on przyczynił się do przybliżenia Europie świata arabskiego.

W trakcie wędrówki po Wadi Rum można zauważyć nie tylko Beduinów z wielbłądami i kozami, ale także wiele innych stworzeń tu zamieszkujących. Na terenie rezerwatu żyją także dzikie stworzenia, które  z uwagi na ekstremalnie wysokie temperatury w ciągu dnia prowadzą nocny tryb życia. A żyje tu sporo małych ssaków, jak pustynne jeże, góralki, wilki, szakale, antylopy, a także jadowite węże i skorpiony. My na szczęście nie miałyśmy przyjemności obcowania z dzikimi mieszkańcami pustyni.

Wadi Rum – jakie atrakcje czekają na spragnionego wrażeń turysty?

No cóż, jak wspomniałam wcześniej, przejażdżka po pustyni to żaden relaks, a wręcz przeciwnie – porządna dawka gimnastyki i wspinaczki. Beduini dbają, żeby ich goście się zbytnio nie nudzili. Już na pierwszym przystanku Hilal kazał się nam wspinać po stromym, niemalże pionowym bloku skał i głazów. Ponoć na szczycie bije niewielkie źródło Lawrence’a, którego jednak tam nie dostrzegłam. Jednak widok z góry był bardzo urzekający. Najśmieszniejsze jest to, że razem z nami wspinał się Azjata, który na nogach miał ubrane… japonki i skarpetki 🙂

Nieco dalej nad równinnym dnem doliny wyrasta ogromna formacja skalna w kształcie siedmiu coraz wyższych kolumn zwana Siedmioma Filarami Mądrości. Jej nazwa pochodzi od tytułu autobiograficznej książki Thomasa Lawrence’a.

Kolejnym przystankiem na trasie była czerwona wydma i chociaż wdrapanie się na nią wydaje się nie za bardzo wymagające, uwierzcie – dojście na szczyt tej usypanej kopy piachu było mega wyzwaniem. Aczkolwiek wspinaczka warta była tego wysiłku, ponieważ widoki były powalające.

Hilal dbał, żebyśmy się przypadkiem nie nudzili. Następnym punktem wycieczki był piękny, naturalny skalny most Umm Fruth. Most robił ogromne wrażenie, ale droga do niego już nie za bardzo – prostopadłe wejście po skale z lekko wyżłopanymi „schodkami. Oczywiście ci odważniejsi weszli po tej pionowej ścianie, ale ja nie chciałam ryzykować. Potem stwierdziłam, że jednak dałabym radę, no ale trudno się mówi.

Najciaśniejszy kanion w okolicy to wąska szczelina skalna nazywana Kanionem Khazali (Siq Khazali).  Znany jest z imponującej liczby starożytnych petroglifów i napisów na skalnych ścianach. Pierwsze 100 metrów jest dostępne dla wszystkich odwiedzających, ale dalsza eksploracja wymaga posiadania sprzętu wspinaczkowego. Po opadach deszczu jest trudno się tam poruszać, bo jego dno wypełnia woda. Nawet, gdy kanion jest suchy, trudno jest się po nim przemieszczać – wąskie szczeliny umożliwiały przejście tylko jednej osobie, która na dodatek musiała wykazywać się niebywałą gibkością i sprawnością ruchową.

Inny kanion, który znajduje się na terenie Wadi Rum jest Siq Burrah, który jest piękniejszy i znacznie dłuższy od Khazali. Spacer po nim jest bardzo przyjemny, można rzec, że to niemal swego rodzaju oaza, bo można się skryć przed prażącym słońcem na pustyni.

Niedaleko kanionu Khazali znajduje się masyw skalny, na grzbiecie którego znajduje się najmniejszy z naturalnych skalnych mostów w Wadi Rum, zwany Małym Mostem. Sam most nie robi tak wielkiego wrażenia, ale widoki z niego są powalające. W pewnym momencie zaczęło tak mocno wiać, że Beduini zabronili nam po nim chodzić.

Na sam koniec wycieczki Hilal zabrał nas do ostatniego punktu naszej wycieczki – podziwianie zachodu słońca. Nie powiem, widok był urzekający, ale zmęczenie sprawiło, że nie potrafiłam się nim cieszyć, tak jak powinnam. Ale było to bardzo miłe zakończenie pełnego przygód dnia.

Jak wygląda nocleg na Wadi Rum?

Pustynia Wadi Rum kryje w sobie nie tylko miliony ton miedzianego piasku i piękne formacje skalne, ale także mnóstwo tzw. campów. Generalnie standard jest do siebie zbliżony, ale jest kilka dosłownie kosmicznych beduińskich namiotów. Do wyboru, do koloru. My nie zdecydowałyśmy się na jakąś super ekskluzywną opcję noclegową, bo po prostu uważam to za zbędny wydatek. Nasz camp był bardzo przyzwoity, mieliśmy własne namioty z wygodnymi łóżkami, a nawet znajdowała się łazienka z prysznicem  (bez ciepłej wody, ale to nie przeszkadzało) w murowanym budyneczku, natomiast jedzenie było przepyszne.

No właśnie jak to jest z tym jedzeniem? Kolacja na pustyni jest spektakularnym show, ponieważ… wyciągana jest z ziemi. A dokładniej ze specjalnego metalowego pojemnika, który przez kilka godzin utrzymuje w cieple dwu- lub trzypoziomową konstrukcję z siatki. Na każdym z poziomów umieszcza się mięso i warzywa. Całość przykrywa się srebrną folią i zasypuje piaskiem. Posiłek spożywa się w wielkim namiocie, w którym też można się ogrzać – wieczory na pustyni są chłodne. Na kolację jest  grillowane mięso i warzywa (ziemniak, cukinia, cebula, marchew), potrawka warzywna w sosie pomidorowym, ryż, sałatka warzywna, a do tego hummus, świeży chlebek i deser (lokalne słodkości). Och, jakież to wszystko było przepyszne, lepsze niż z grilla!

Niezbędnik pustynnego odkrywcy

Przed przyjazdem na Wadi Rum musimy się zaopatrzyć w kilka niezbędnych rzeczy, które pozwolą przetrwać intensywny i pełen wrażeń dzień na pustyni:

  • woda – koniecznie trzeba zrobić zapasy wody, bo potem nie będzie jej gdzie kupić przez cały dzień, a trzeba się nawadniać. Woda na pustyni to towar deficytowy. Jedynie wieczorem w trakcie kolacji dostaniemy nieograniczoną ilość herbaty.
  • wygodne buty – to podstawa, najlepiej stabilne i z grubszą podeszwą. Nie muszą to być buty trekkingowe, ale na pewno zrezygnujcie z sandałów i japonek (chyba, że jesteście tak odważni jak wspomniany wcześniej Azjata 🙂 ).  Na pustyni jest co robić, a na niemal wszystkie atrakcje trzeba się było wdrapać. Ja miałam tenisówki i spokojnie dałam radę.
  • strój – jeśli chcecie uniknąć poparzenia słonecznego (ja byłam tam w listopadzie, a po całym dniu na pustyni byłam cała czerwona – nie dało się tego uniknąć), to ubierzcie długie spodnie, t-shirt i koniecznie jakąś zwiewną koszulę do ochrony przed słońcem. Po drugie – dziewczyny – jeśli nie chcecie być zaczepiane przez Beduinów, to lepiej unikajcie szortów. Ja miałam długie spodnie, a mimo to kilka razy otrzymałam ofertę matrymonialną. No i zrezygnujcie z białych ubrań, bo po powrocie z pustyni będą miały kolor miedziano-pomarańczowy.
  • chusta, okulary przeciwsłoneczne i olejek z filtrem – nie trzeba chyba dodawać, że pustynia rządzi się swoimi prawami, a słońce nieustannie tam świeci. Okulary i olejek to konieczność, natomiast chusta ochroni nie tylko głowę przed słońcem, ale także zakryjemy nią twarz w czasie jazdy jeepem – przejażdżka bardzo zawiewa piach z pustyni, a przecież nie chcemy nabawić się pylicy.
  • przekąski – nie trzeba zabierać ze sobą tony jedzenia, żeby przetrwać, bo obiad na pustyni mamy zapewniony (oczywiście jeśli wcześniej dogadamy ofertę wycieczki z Beduinem). Wystarczy wrzucić do plecaka jakieś batoniki i inne energetyzujące przekąski, żeby móc zająć czymś żołądek, gdy dopadnie nas mały głód.
  • dobry humor, dystans i otwartą głowę – wycieczka po Wadi Rum to prawdziwa przygoda, nie ma co do tego wątpliwości. Beduini dbają o atrakcje dla turystów, ale mają oni inne podejście do życia. Są bardzo mili i pomocni, ale jednak ich kultura jest zupełnie odmienna od naszej. Wszystkie ich zaczepki trzeba traktować z przymrużeniem oka. Poza tym, na trasie spotka się wiele ludzi z różnych zakątków świata, więc trzeba mieć otwartą głowę na nowe znajomości.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Samarkanda. W baśni z 1001 nocy

Na samo wspomnienie o Uzbekistanie robi mi się ciepło na sercu a na twarzy pojawia szczery uśmiech radości. Tęsknię za tym ciepłym, wiosennym słoneczkiem (na początku maja temperatury wynosiły tam ok. 30 stopni – nawet nie chcę wiedzieć, jak gorąco jest tam w środku lata!), za wspaniałymi, pomocnymi i gościnnymi mieszkańcami oraz kolorowymi mozaikami, od których można było oczopląsu dostać. Kiedy pomyślę, że jakiś rok temu przygotowywałam się do swojej „wyprawy życia”, a teraz siedzę zamknięta w czterech ścianach domu, płakać mi się chce. No trudno, jest jak jest, trzeba zacisnąć zęby i przeczekać to szaleństwo. Im szybciej się to skończy, tym szybciej wrócimy do normalności i zaczniemy podróżować, nie tylko palcem po mapie.

Samarkanda była moim przedostatnim przystankiem na trasie, najbardziej wyczekiwanym miejscem. Wszystko za sprawą „Aladyna”, „Baśni z 1001 nocy” i marzeń z dzieciństwa, a zdjęcia Registanu w przewodnikach podkręcały tylko temperaturę. Nie ma co się dziwić, bo na żywo robi piorunujące wrażenie, chociaż moim namber łan jest nekropolia Szah-i-Zinda. Bez dwóch zdań Samarkanda jest fascynującym miejscem, ale…

Kiedy przybyłam do miasta, byłam nieco rozczarowana. Moje pierwsze wrażenie było negatywne, a przecież najbardziej czekałam właśnie na Samarkandę. Nie tego się spodziewałam. Dwa poprzednie miasta miały swój niepowtarzalny urok i klimat, natomiast Samarkandzie czegoś zabrakło. Miała być egzotyka pełną gębą (chociaż sama nie wiem, co to miało wtedy oznaczać), tancerki brzucha kręcące biodrami na każdym rogu (zabawne, co nie? 😀 ), a Aladyn miał czekać na mnie ze swoim latającym dywanem (ach te dziewczęce marzenia). W zamian dostałam hałaśliwe, zakorkowane, śmierdzące i brudne miasto, z ogromnymi odległościami do przejścia. Miejsca, które warto odwiedzić są rozproszone na dużym obszarze, a do wielu z nich jesteśmy zmuszeni iść pieszo. W rezultacie nie zobaczyłam wszystkiego, co chciałam, bo po całodziennym „spacerze” w upale byłam zwyczajnie padnięta. A komunikacja miejska? No cóż, raz autobus jechał, a raz nie, albo spontanicznie zmieniał swoją trasę. Nie ma tego złego, ponieważ na 1000% tam jeszcze pojadę, a wtedy nadrobię wszystkie zaległości.

Głównym ośrodkiem południowo-wschodniego Uzbekistanu jest magiczna Samarkanda, która swoim dziedzictwem sięga czasów antycznych. Aktualnie obok Buchary i Chiwy jest to najbardziej turystyczne miejsce w Uzbekistanie, a śmiem powiedzieć, że to najważniejszy punkt na mapie tego kraju. Bardzo często porównuje się te trzy miasta, jednak prawda jest taka, że każde z nich ma zupełnie inny charakter i klimat. Samarkanda to miasto, gdzie na każdym kroku kryje się historia. To właśnie tutaj znajdziemy wszystko to, z czego słynie i kojarzy się Uzbekistan: pokryte niebieskimi kafelkami kopuły meczetów i medres za czasów Timurydów, uzbecką kuchnię czy nadal tętniące życiem bazary. Samarkanda to wizytówka Uzbekistanu, której nie wolno pominąć.

Krótka historia Samarkandy

Samarkanda to jedno z najstarszych osad w Azji Środkowej. Jej nazwa prawdopodobnie odnosi się do słów asmara (oznaczającego kamień lub skałę) oraz kand – tłumaczonego jako miasto, gród lub fort. Starożytne miasto pod nazwą Marakanda najprawdopodobniej powstało w VI wieku p.n.e. Przez teren miasta biegł starożytny Jedwabny Szlak, łączący Chiny z Europą. Dzięki niemu Samarkanda rozwinęła się gospodarczo i stanowiła ważny punkt komunikacyjny w ówczesnym świecie, a przez pewien czas była największym miastem w całej Azji Środkowej. Na początku VIII wieku Samarkanda została podbita przez Arabów, którzy wprowadzili na jej terenie religię muzułmańską.  Co więcej, od chińskich niewolników wydarli oni tajemną recepturę produkcji papieru i otworzyli tu pierwszą wytwórnię papieru w całym arabskim świecie.

W XIII wieku większa część Samarkandy uległa zniszczeniu w wyniku najazdu wojsk Czyngis-Chana. Potem odbudowano je w ciągu 36 lat, by w XIV wieku pełniło już funkcję stolicy państwa za sprawą  Timura Chromy. Władca odznaczał się wyjątkowym okrucieństwem.Historycy szacują, że zabił około 5 procent ówczesnej populacji świata. Za jego rozkazem sprowadzono do miasta architektów, artystów i rzemieślników, którzy zrobili wszystko, by miasto odzyskało dawną świetność i sławę. W rezultacie Samarkanda zaczęła przeżywać kolejny okres rozkwitu gospodarczego i politycznego, który trwał przez cały XV wiek. W następnym stuleciu została włączona w granice Chanatu Bucharskiego i utraciła funkcję stolicy. Kolejne wieki to okres powolnego upadku miasta, gdy przechodziło ono z rąk Iranu we władzę Rosji. W XIX i XX wieku status administracyjny miasta ustabilizował się i na długo zostało stolicą radzieckiego Uzbekistanu. W 2001 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę UNESCO.

Co ciekawe, w historię Samarkandy wpisany jest również polski akcent. Miasto było jednym z miejsc, do których zsyłano uczestników walk powstania listopadowego i styczniowego. To właśnie o tym mieście Ksawery Pruszyński napisał opowiadanie „Trębacz z Samarkandy”.

Jakie są obowiązkowe miejsca do odwiedzenia w Samarkandzie?

Plac Registan

Z tym kompleksem kojarzy się właśnie Samarkanda, to swoista wizytówka tego miasta, ikoniczne miejsce całego Uzbekistanu. Ba! Śmiem stwierdzić, że to najwspanialszy zespół architektoniczny w całej Azji Środkowej. Trzy strzeliste madrasy robią piorunujące wrażenie. Wyłożone od fundamentów po same szczyty połyskującymi płytkami ceramicznymi w odcieniach błękitu, wznoszą się wokół otwartej przestrzeni tworząc zespół o niesamowitej symetrii. Registan (dosłownie oznacza”piaszczyste miejsce”) pierwotnie był targowiskiem, na którym zbiegało się sześć głównych ulic Samarkandy. Później odbywały się tu parady wojskowe i publiczne egzekucje (z tego względu zasypywany był piaskiem), a bolszewicy urządzali polityczne wiece i procesy. Słowem registan określa także najważniejsze miejsca innych miast, coś takiego jak nasze dzisiejsze rynki. Aktualnie jest on odrestaurowany, a wieczorami odbywają się tu spektakle światła i dźwięku.

Przestrzeń Registanu wyznaczają fasady trzech monumentalnych medres. Pierwsza z nich, która stoi po zachodniej stronie w latach1417-1420 wybudował Uług Beg. Budynek wieńczą 33-metrowe minarety i bogato zdobią go motywy gwiazd, geometryczne ornamenty, mozaiki oraz ceramiczne płytki. W zamyśle fundatora medresy, miało to być miejsce nauczania nauk przyrodniczych, astronomii, matematyki i astronomii.

Dopiero po dwóch stuleciach zbudowano po wschodniej stronie, jako lustrzane odbicie tej pierwszej, madresę Szir Dar (1619-1636). Jej nazwa pochodzi od mozaikowych lwów w promieniach słońca (shir), które zdobią naroża wejścia i stanowią tradycyjny symbol Samarkandy. W tym przypadku architekci pogwałcili islamską zasadę nieprzedstawiania żywych istot (ludzi, zwierząt i roślin) w sztuce.

Ukoronowaniem zespołu jest trzecia madrasa Tillja Kari (1646-1660), szersza od poprzednich, z potężną turkusową kopułą i bogato złoconym wnętrzem.

Meczet Bibi Chanum

Jest to największy i jeden z najbardziej charakterystycznych meczetów w całej Samarkandzie. Powstał na cześć ukochanej żony Timura Bibi Chanum. W zamyśle miał być największym w całym muzułmańskim świecie. Do jego budowy zatrudniono architektów i budowniczych z całego imperium. Budowa została sfinansowana z łupów ostatniej kampanii w Delhi (1398 rok), a przy pracach wykorzystywano 95 sprowadzonych z Indii słoni. Potężny, 35-metrowy łuk wejściowy, flankowany 50-metrowymi minaretami, prowadzi na wyłożony marmurowymi płytami dziedziniec, przy którym znajdują się meczety. Kompleks wybudowano w pośpiechu (Timur osobiście rzucał robotnikom złote monety i kawałki pieczonego mięsa, aby przynaglić ich do pracy) i chwiejne ściany zaczęły się walić niemal natychmiast po ukończeniu. Aktualnie meczet czynny jest dla odwiedzających, a jego kopuła widoczna jest z wielu miejsc Samarkandy.

Gur-i Mir

Nazwa tego mauzoleum dosłownie oznacza „grób króla”, a w tym miejscu pochowano Timura Chromego – jedną z najważniejszych postaci historycznych Uzbekistanu. Początkowo mauzoleum było przeznaczone dla ulubionego wnuka Timura, Muhammada Sułtana (sam Timur zawsze chciał być pochowany w Shahrisabzie), ale to właśnie Samarkanda została uznana za bardziej odpowiednie miejsce ostatniego spoczynku wielkiego wodza. Obok Timura pochowano tu z czasem jego synów: Szach Ruch i Miranszch, a także wnuków: Muhammad Sułtan i Uług Beg. Głównym elementem zewnętrznej konstrukcji jest portal i charakterystyczna, turkusowa kopuła nad centralną, ośmioboczną salą.

Chciaż Gur-i Mur jest architektonicznym dziełem, w tamtych czasach tak naprawdę stanowił swego rodzaju prototyp innych powstających budowli, między innymi Tadż Mahal w Agrze. Z pochówkiem Timura związana jest pewna legenda, która do tej pory krąży pośród mieszkańców Samarkandy. Nawiązuje do inskrypcji znajdującej się na sarkofagu: „Ktokolwiek naruszy mój grobowiec, wyzwoli pogromcę straszniejszego niż ja”. Pod koniec lat 30-tych XX wieku radzieccy archeolodzy chcieli odrestaurować mauzoleum i otworzyć sarkofag wodza, ale mieszkańcy stanowczo się temu sprzeciwili. W czerwcu 1941 roku Józef Stalin wysłał do Uzbekistanu ekipę badaczy, która odważyła się otworzyć grób. Kilka dni później nastąpiła inwazja III Rzeszy na ZSRR.

Nekropolia Szah-i-Zinda

To chyba moje ulubione miejsce na mapie Samarkandy. Poszłam tam dwukrotnie w ciągu jednego dnia (chociaż znajdowało się na saaaaamym krańcu miasta): pierwszy raz pojawiłam się tam z rana, a potem wróciłam po południu, kiedy złote promienie zachodzącego słońca pięknie oświetlały cały kompleks. To swoiste dzieło sztuki, gdzie spoczywa timurydzka arystokracja (urzędnicy imperium i ważne osobistości sułtańskiego dworu). Groby i inne budowle funeralne pokrywają reliefy i płytki ceramiczne w różnych odcieniach błękitu, a całość zdobią motywy roślinne i kaligraficzne.

Cały zespół architektoniczny obejmuje 20 budowli, niemal tonących w błękicie i turkusie misternych mozaik. Wszystkie z nich są bogato zdobione oraz zwieńczone kopułą, z wielkimi portalami wejściowymi. Szah-i-Zinda z całą pewnością jest miejscem imponującym i gdybym mogła, zostałabym tam przez cały dzień. Nekropolia robi piorunujące wrażenie, ma coś hipnotyzującego w sobie. W 2001 roku kompleks Shah-i-Zinda wraz z innymi zabytkami Samarkandy, w pełni zasłużenie został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Moje ulubione miejsca na Bałkanach. Gdzie warto pojechać?

Fascynacją do Bałkanów pałam od kilku lat. Wcześniej z niesmakiem patrzyłam na znajomych, którzy proponowali mi wyjazd właśnie w tamten zakątek Europy. Teraz nie wyobrażam sobie, żebym tam nie zawitała, przynajmniej raz do roku. Do tej pory odwiedziłam: Macedonię Północną, Grecję, Słowenię, Czarnogórę, Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę. Zdaję sobie sprawę, że to jedynie niewielki procent tego niezwykłego Półwyspu, ale nie zmienia to faktu, że mam już kilka swoich ulubionych miejsc, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie i do których kiedyś chciałabym powrócić.

Bałkany nadal niesłusznie mają złą sławę (oczywiście poza Chorwacją, która jest hitem pośród naszych rodaków) i prawdę mówiąc nie mam pojęcia dlaczego. Co niektórzy nadal obawiają się krajów bałkańskich. Ludzie uważają, że są dzikie i nieokiełznane, mentalność ludzi zatrzymała się w XVIII wieku, a piętno wojny ciągle nad nimi wisi. Prawda jest taka, że nigdzie nie spotkałam tak przyjaźnie nastawionych i pomocnych ludzi, przepysznego jedzenia oraz niskich cen. No i oczywiście wspaniałych miejsc, do których chciałabym Was zachęcić, żeby czym prędzej je odwiedzić.

Ateny – Grecja

Jako miłośniczka antyku, nie mogło zabraknąć tego miejsca na liście. Do tego miasta żywię szczególne uczucia. Ponad 10 lat temu Grecja była moją pierwszą daleką zagraniczną destynacją, w trakcie której odwiedziłam to miasto po raz pierwszy. Po kilku latach wróciłam ponownie, by zatracić się w magii tego miasta i poczuć ducha starożytności. Ateny to miasto z imponującą historią, cudownymi zabytkami, zapierającymi widokami, wspaniałymi ludźmi oraz słoneczną pogodą – nawet w grudniu nie brakowało tam ciepłych promieni słońca. Akropol, Plaka, Anafiotika, Wzgórze Likavitos – to tylko niektóre miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić.

Więcej o Atenach pisałam tutaj: Ateny. Powrót do przeszłości

Kotor – Czarnogóra

Kotor to jedno z najlepiej zachowanych na terenie byłej Jugosławii średniowiecznych miast. To też jedno z tych miejsc, które totalnie skradły moje serce. Otoczony z trzech stron górami był trudno dostępny, a opasany dodatkowo grubymi murami obronnymi – wręcz nie do zdobycia. Miasto ma śródziemnomorski charakter: pełne jest wąskich uliczek, nieregularnych placyków, świątyń i pałaców. Niesymetryczny układ Kotoru pochodzi jeszcze z okresu średniowiecza. Wiele spośród zabytków jest nieodrestaurowanych, zwłaszcza te znajdujące się na uboczu głównych tras turystycznych. Jedną z nich jest właśnie trasa na twierdzę, gdzie widok na całą Bokę Kotorską jest po prostu oszałamiający.

Więcej o Kotorze pisałam tutaj: Kotor. Czarna perła Adriatyku

Ochryda – Macedonia

Ochryda jest przepięknym miastem z burzliwą i barwną historią, interesującymi zabytkami i znakomitym zapleczem turystycznym. Pomimo, że jest niewielkim miasteczkiem, liczącym zaledwie 55 tys. mieszkańców, jest prawdziwą letnią stolicą Macedonii, do której zjeżdża niemal cała elita kraju. Jest to także najpopularniejszy kurort na całych Bałkanach. Nie ma żadnych wątpliwości, że Ochryda jest jednym z najciekawszych, najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Macedonii. Fascynująca, wielowiekowa tradycja, zabytki przeszłości, życzliwi ludzie, przepiękna przyroda, ciepłe i przejrzyste wody Jeziora Ochrydzkiego – wszystko to sprawia, że Ochryda może kwalifikować się do miana kolejnego raju na ziemi 🙂

Więcej o Ochrydzie pisałam tutaj: Ochryda. Perła Macedonii

Lovcen – Czarnogóra

To jedno z tych miejsc, które wywołało u mnie szybsze bicie serca. Mauzoleum Niegosza znajduje się w Parku Narodowym Lovcen, z którego rozciąga się widok na niemalże całą Czarnogórę. By się do niego dostać, trzeba pokonać tunel z 461 kamiennymi schodami, ale warto, bo widok z niego jest po prostu oszałamiający, a niekończące się górskie szczyty zapierają dech. Zachwyciłam się totalnie, z resztą – kto by nie był?

Więcej o Parku Lovcen pisałam tutaj: Lovćen. Miejsce, w którym mogłabym umrzeć

Jezioro Szkoderskie – Czarnogóra/Albania

Chociaż nad Jeziorem Szkoderskim (do strony Czarnogóry) byłam przejazdem, zatrzymując się na chwilę, to wystarczyło, żebym totalnie zachwyciła się tym miejscem. Jest takie dzikie i nieokiełznane. Marzy mi się rejs statkiem albo łódka po tym jeziorze. Jedno jest pewne – niebawem tam powrócę 🙂

Wodospady Kravica – Bośnia i Hercegowina

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że taka perełka istnieje, ponieważ wszyscy zmierzają do Wodospadów Krka w Chorwacji. Te bośniackie nie są jeszcze tak popularne jak chorwackie, całe szczęście! W związku z tym można spokojnie poplażować i popluskać się w wodzie, bez przeciskania się przez tłumy turystów i szukania ustronnego miejsca na relaks. Wodospady Kravica znajdują się niedaleko Mostaru, są nieco mniejsze od swojego chorwackiego odpowiednika, ale absolutnie niczego im nie brakuje.

Jezioro Bled – Słowenia

Zakochałam się w tym miejscu, dosłownie przepadłam z kretesem, zostawiłam tam kawałek serca. Z resztą, trudno się nie zakochać, skoro Bled ma tak romantyczną otoczkę. Godzinami można się gapić na widok rozciągający się z Małej Osojnicy, na jezioro ukryte pomiędzy ośnieżonymi szczytami gór Alp Julijskich. No i ta malutka wysepka na samym środku – coś pięknego. A tamtejsze kremówki po prostu niebo w gębie. Już na samo wspomnienie o tym miejscu robi mi się ciepło na duszy.

Więcej o Bledzie pisałam tutaj: Bled. Opowieść o pewnej miłości

Jeziora Plitwickie – Chorwacja

Jeziora Plitwickie odwiedziłam dawno temu, kiedy jeszcze nie miałam w sobie smykałki podróżnika. W kilkuosobowej grupie trafiliśmy tam przejazdem, więc na szybko obeszliśmy to miejsce. Oczywiście teraz wiem, że poświęciłabym temu miejscu co najmniej kilka godzin, albo może i cały dzień. Nie mniej jednak, nawet zwiedzając je w biegu, Jeziora Plitwickie urzekają. Krystalicznie czysta woda ma kolor od błękitnego po ciemnozielony i nieustannie się zmienia, a wszystko za sprawą żyjących tam bakterii i rozpuszczonych w wodzie minerałów. Na powierzchni 200 hektarów parku znajduje się 16 jezior położonych na różnych wysokościach i około 90 mniejszych i większych wodospadów. Na miejscu czeka sieć dobrze oznakowanych ścieżek i kładek, które ułatwiają poznawanie i odkrywanie piękna tutejszej przyrody. A zdecydowanie jest co odkrywać. Prawdziwa perełka na Bałkanach.

Sarajewo – Bośnia i Hercegowina

To chyba moje ulubione miasto na Bałkanach. Nie oszukujmy się, stolica Bośni nie cieszy się dobrą opinią – piętno wojny nadal ciąży nad miastem. W wielu miejsca nadal unoszą się powojenne zgliszcza: ślady po kulach w ścianach budynku czy róże sarajewskie. Kiedy jednak zatapiamy się w bukowanych uliczkach Baščaršiji, przenosimy się do zupełnie innego miejsca i epoki. Natomiast kiedy wejdziemy na Żółty Bastion albo jeśli damy radę wdrapać się wyżej na Białą Twierdzę, możemy z zachwytem zobaczyć panoramę tego wspaniałego i boleśnie doświadczonego przez historię miasta. Achh… Pisząc ten tekst aż mam ochotę kupić bilet, spakować walizkę i czym prędzej tam polecieć.

Więcej o Sarajewie pisałam tutaj: Sarajewo. Tam, gdzie Wschód spotyka Zachód

Kanion Matka – Macedonia

Zaledwie kilkadziesiąt minut jazdy miejskim autobusem ze Skopje, dotrzemy do tego rezerwatu przyrody. W magicznym Kanionie Matka odpoczniemy od wielkomiejskiego stresu, zrelaksujemy się na łonie przyrody i zachwycimy się naprawdę wyjątkowymi widokami. Spędzając tu cały dzień, możemy zdecydować się na piknik w cieniu okolicznych szczytów lub aktywny trekking po miejscowych trasach turystycznych. Cały kanion kryje mnóstwo nieodkrytych jeszcze niespodzianek, podwodnych jaskiń i opuszczonych chatek.

Meteory – Grecja

Osadzone na gigantycznych stromych skałach w Tesalii, w masywie Meteora między górami Koziaka i Antihasionu, górują nad okolicą słynne klasztory, zwane meteorami. Z wyglądu przypominają orle gniazda, zawieszone między niebem a ziemią. Meteory stanowią jedną z niezwykłych atrakcji turystycznych na świecie. To bez wątpienia jedno z tych miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć przed śmiercią, określane jest przez wielu ludzi jako ósmy cud świata. I całkowicie się z nimi zgadzam.

Więcej o Meteorach pisałam tutaj: Meteory. Ósmy cud świata

Perast – Czarnogóra

Kilka kilometrów od Kotoru znajduje się mała mieścinka, która urzeka swoja malowniczością. Spacer po Peraście można spokojnie odbyć w 2-3 godziny. To pocztówkowe miasteczko potrafi zachwycić, chociaż nie ma tam zbyt dużo atrakcji. Jeśli jesteście zmęczeni turystycznych i zatłoczonym Kotorem, warto wyskoczyć na obiad do Perastu.

Dubrownik – Chorwacja

Ach ten Dubrownik. Mam mieszane uczucia co do tego miasta, ale jednak postanowiłam go umieścić w zestawieniu. Tłumy turystów, żar lejący się z nieba oraz ceny prosto z kosmosu mogą skutecznie odstraszyć. Ja wybrałam się tam w sierpniu, czyli w szczycie sezonu i srogo tego pożałowałam. Nie tylko ze względu na atak turystów (głównie z Polski), ale także dlatego, że w dwa dni wydałam połowę swojego zaplanowanego budżetu na kolejny tydzień, a temperatury sięgały chyba 100 stopni C. Jednak spacer wąskimi i uroczymi uliczkami czy słynnymi murami obronnymi zachwycają i sprawiają, że zapomina się o niedogodnościach. Pomimo tłumów spragnionych wrażeń i podążających śladami mega popularnego serialu „Gra o tron”, warto tam się zatrzymać.

Piran – Słowenia

Piran to miasto otoczone murem, jednak zawsze miało ono otwarty, wielkomiejski charakter. Pełne życia bazary w stylu śródziemnomorskim zlokalizowane nad morzem i w wąskich uliczkach wiodących na wzgórze kościelne odbijają echem rytm fal. Z miejsca narodzin wirtuoza skrzypiec i kompozytora Giuseppe Tariniego wiele ścieżek prowadzi do przyrodniczych i kulturalnych atrakcji wybrzeża i pobliskich wzgórz Istrii. Klimatyczne wąskie uliczki, kolorowe budynki, widok na zatokę i morska bryza – wszystko to sprawia, że chce się tam wracać.

Więcej o Piranie pisałam tutaj: Piran. Słona miłość

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Český Krumlov. Malowniczy zakątek Czech

Czechy to moja pierwsza podróż w nowym roku, w nowej dekadzie. Co ciekawe, 10 lat wcześniej witałam poprzednią dekadę także w Pradze 🙂 Prawda jest taka, że na długi weekend chciałam pojechać do Rygi, ale jednak coś sprawiło, że kupiłam bilety do Czech. Przypadek czy przeznaczenie?

Jeśli znudziła Wam się wizyta w oklepanej i zadreptanej przez turystów Pradze, zaledwie trzy godziny drogi od czeskiej stolicy znajduje się prawdziwa perełka tego kraju. Gdzieś na południu Czech, kryje się niewielkie miasteczko, o którym niewiele osób wie o jego istnieniu. Mowa o Českým Krumlovie – małym, średniowiecznym miasteczku Europy Środkowej, które rozwijało się bez zakłóceń przez pięć wieków, zachowując w ten sposób nienaruszone dziedzictwo architektoniczne. Pomimo tego, że liczy niecałe 15 tys. mieszkańców, w tym czeskim miasteczku roi się od turystów, głównie z Azji. Swoją drogą zastanawiające jest, skąd oni wiedzą o takiej mieścinie, umiejscowionej gdzieś na samym krańcu Czech.

W 1992 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę UNESCO. Nie ma się co dziwić, bo Český Krumlov urzeka od pierwszej chwili. Malownicze uliczki, historyczny zamek, imponujący wiadukt, a klimat czeskiej bohemy czuć na każdym rogu – wszystko to sprawia, że warto zarezerwować sobie kilka godzin w tym mieście. To właśnie tutaj kręcono film „Iluzjonista” z Edwardem Nortonem w roli głównej.

Największą atrakcją miasta jest kompleks pałacowo-zamkowy, który jest jednym z największych tego typu zabytków w tej części Europy. Co więcej, jest drugim co do wielkości w Czechach (zaraz za tym na praskich Hradczanach) oraz zalicza się do najważniejszych zabytków w Europie Środkowej. Już samo wejście robi wrażenie, ponieważ pierwsza w oczy rzuca się przepięknie zdobiona wieża (72 m), z której rozciąga się widok zarówno na sam zamek, jak i na to malownicze miasteczko.

Most zwany Płaszczowym („Plášťový Most„) znajdujący się na terenie kompleksu, pełni także rolę bramy do zabytkowego centrum miasta. Trójpoziomowa kondygnacja sprawia, że wiadukt robi niesamowite wrażenie. Zbudowano go w 1761 roku i rozciąga  się pomiędzy zamkiem a teatrem i ogrodami.

Jednak to, co robi największe wrażenie to wąskie uliczki z pięknie zdobionymi fasadami i udekorowanymi budynkami. Spacerując po miasteczku ma się wrażenie, że przenieśliśmy się do czasów średniowiecza. Wszystkie budynki są zadbane i odpowiednio odrestaurowane, można krążyć godzinami między nimi i bez końca cykać zdjęcia każdej kamieniczce.

Rynek (náměstí Svornosti) znajduje się w sercu miasta. W styczniu nadal tam trwał Jarmark Bożonarodzeniowy, a budki ze smakołykami i grzanym winem porozstawiane były na całym rynku, dlatego też za bardzo nie można było nacieszyć oko. Chociaż z tego, co zaobserwowałam, tam również widnieją kolorowe kamieniczki. Pośród nich znajduje się symboliczna Kolumna Maryjna, ale wśród wszystkich budowli króluje biały budynek ratusza w którym obecnie znajduje się centrum informacji turystycznej.

Wokół Českýego Krumlova płynie Wetława, po której latem można pływać pontonem lub kajakiem. Spacerując wzdłuż rzeki dostarcza kolejną dawkę malowniczych widoków na miasto.

Chętnie bym tam jeszcze powróciła, o innej porze roku. Małe miasteczko, chociaż zapełnione azjatyckimi turystami, to tak naprawdę jest tam cisza i spokój. Kilkugodzinny wypad do tego miasta przyniesie ukojenie od wielkomiejskiego zgiełku i hałasu jakim jest Praga 🙂

Petra. Tajemnicze królestwo Nabatejczyków

Ukryta w skalnych labiryntach Petra, znajduje się w południowej części Jordanii, nieopodal miasteczka Wadi Musa. Wpisane na listę UNESCO ( od 1985 r.) starożytne miasto, jeden z Siedmiu Cudów Świata (okrzyknięty tym mianem w 2007) jest najczęściej odwiedzanym miejscem w całej Jordanii.  To właśnie dla tego miejsca warto przyjechać do tego kraju, chociażby nawet na jeden dzień. Petra warta jest każdej spędzonej tam minuty. Nie ma się co dziwić, że tłumy turystów z całego świata przemieszczają się tędy każdego dnia – to absolutnie unikatowe miejsce na skalę ogólnoświatową. Trudno o bardziej spektakularne widoki: wykute w skałach ogromne grobowce, tajemnicze i głębokie na setki metry kaniony w skalnych rozpadlinach, ogromne góry stołowe oraz skały o fantastycznych kształtach i kolorach. Takie doznania oferuje Petra.

Będąc małą dziewczynką marzyłam, że któregoś dnia stanę u wrót Skarbca Faraona, niczym jak nieustraszony Indiana Jones sama rozwiążę jakąś zagadkę i uratuję świat przed szponami zła. Prawdę mówiąc stojąc przy Skarbcu nie odkryłam niczego nowego, ale za to utwierdziłam się w przekonaniu, że warto było ruszyć tyłek i przebyć te tysiące kilometrów, by spełnić swoje marzenie. I wiecie co? Perta mnie nie zawiodła – do tej pory, w całym swoim 31-letnim żywocie i 33 odwiedzonych krajach, nie widziałam piękniejszego miejsca.

Krótko o historii Petry

Kiedy w 1812 roku do wrót Petry dotarł podróżnik Johann L. Burckardt, miasto było zapomniane i owiane tajemnicą. By tam wejść, szwajcarski odkrywca musiał się solidnie przygotować. Wymagało to od niego nauki języka arabskiego, konwersji na islam a przede wszystkim zdobycie zaufania miejscowych Beduinów, którzy zaprzysięgli chronić tajemnicy istnienia starożytnego miasta. Burckardt zdołał wjechać do miasta pod pretekstem ślubowania, że złoży ofiarę przy grobie Aarona.

Petra była najważniejszym miastem niejakich Nabatejczyków – ludu pochodzenia arabskiego, który majątek zdobył na handlu karawanowym. Ściślej mówiąc kontrolował transport najbardziej pożądanych na szlaku śródziemnomorskim przypraw korzennych pochodzących z głębi Półwyspu Arabskiego i Azji. Dzięki temu Nabatejczycy założyli potężne królestwo w III w. p.n.e. oraz zbudowali stolicę ukrytą pośród niezwykłych formacji skalnych. Nazwa „Petra” wywodzi się ze starożytnej greki i oznacza „skałę”. Kres świetności królestwa zakończyli Rzymianie, którzy nie tylko przejęli kontrolę nasz szklakami morskimi, ale także w końcu zdobyli osłabione kryzysem królestwo nabatejskie, zmieniając je w rzymską prowincję.

W okresie wypraw krzyżowych rycerze wybudowali ad miastem niewielki fort i utworzyli biskupstwo podlegające łacińskiemu patriarchatowi w Jerozolimie. Jednak potem nad całą okolicą przejęły kontrolę niezależne i koczownicze plemiona Beduinów. Przez wieki strzegły one tajemnicy, nie dopuszczając do ruin miasta obcych. Ich członkowie uważali się za strażników i dziedziców dawnego państwa nabatejskiego. O tajemniczym mieście zapomniano w Europie, aż do początku XIX wieku i przybycia szwajcarskiego odkrywcy.

Achhh, ta Petra!…

… to najczęstszy okrzyk wydobywający się z moich ust. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tam jestem, że w końcu stanęłam u wrót Skarbca, że dotarłam na szczyt do Monastyru! Cały czas prosiłam Kamilę, żeby mnie uszczypała, czy to aby na pewno nie sen i czy naprawdę tutaj jestem. Zachwyt nad zachwytem, ochom i achom nie było końca. Ale może zacznę od początku. Czym tak bardzo się zachwyciłam?

Grobowiec Obelisków (Bab Al Siq)

Już na samym początku naszej wędrówki przenosimy się na… Księżyc. Tak, tak – dobrze czytacie. Wszystkie formacje skalne przypominają powierzchnię tej ziemskiej satelity (nie żebym tam była).  A pośród nich widnieje Grobowiec Obelisków oraz poniżej Triclinium, czyli wykute w skale pierwsze grobowce Nabatejczyków pochodzące z I w. n.e. Znajdują się tam bloki skalne wyraźnie obrobione ręką człowieka. Widać na nich cztery kamienne piramidy, a poniżej wnękę, w której spłonęło niegdyś pięć osób. Te foremne prostopadłościany to tzw. dżiny (w języku arabskim słowo to oznacza duchy), które mogą symbolizować ołtarze bóstw nabatejskich.

Wąwóz Siq

Idąc dalej, wchodzimy w spektakularny i zapierający dech wąwóz Siq, który ciągnie się przez ponad 1 km. To właśnie tędy przed wiekami wiodła ceremonialna droga do miasta. Wąwóz głęboki jest na ponad 100 m, o szerokości miejscami nieprzekraczającej 3 m. Ta skalna szczelina wbrew pozorom nie powstała przez płynącą tędy wodę – to tektoniczna rozpadlina, która jedynie została pogłębiona przez erozję wodną. Spacer wzdłuż tego kanionu, pośród wijących się alejek jest niesamowitym przeżyciem. Zaskakująca jest barwa skał oraz całkiem bujna roślinność.

Skarbiec Faraona (Al Khazna)

Na końcu dróżki biegnącej przez wąwóz, nieśmiało zza szczelin skalnych wyłania się najpopularniejsza budowla w Petrze, TA hipnotyzująca budowla – Skarbiec Faraonów. To chyba najbardziej obfotografowane miejsce w całej Petrze. Wysoka na 40 metrów fasada udekorowana jest korynckimi kolumnami, frazesami i licznymi figurkami. Wbrew pozorom ten imponujący wykutą w skale fasadą grobowiec nie ma nic wspólnego z władcami starożytnego Egiptu. Według jednej z beduińskich legend, w środku znajduje się ukryty złoty skarb jednego z faraonów. Niestety nie było mi dane to sprawdzić, ponieważ wstęp był zakazany 😦 Pomimo tłumu turystów, leżakujących po środku wielbłądów i agresywnie nagabujących Beduinów, byłam w siódmym niebie. W końcu ziściłam swoje marzenie, w końcu poczułam się jak Indiana Jones. Większość turystów kończy swoją wędrówkę właśnie przy Skarbcu. My jednak głodne wrażeń i kolejnych zachwytów, poszłyśmy dalej. Co  jeszcze na nas czekało?

Teatr

Idąc kawałek dalej od Skarbca, dojdziemy do wykutego w skale w I w. p.n.e. teatru. Kryjąca się u zboczy gór arena widowiskowa mogła pomieścić 4 tysiące widzów! W późniejszych wiekach został on rozbudowany przez Rzymian, którzy podbili miasto. Co ciekawe, teatr ten jest jedyną tego typu areną na świecie, który został wykuty w skale.

Grobowce Królewskie

Za teatrem, na górze po prawej stronie znajdują się cztery imponujące Grobowce Królewskie. Ich wspaniałe fasady całkowicie wykuto w kolorowych skałach. Wśród nich możemy wyróżnić:

  • Grobowiec Urnowy – z ogromną kamienną urną wieńczącą 25-metrową fasadą, poprzedzoną wielkim tarasem. W 446 roku n.e. grobowiec ten był zaadaptowany na kościół bizantyjski;
  • Grobowiec Jedwabny – nazwano go tak z powodu niezwykłych kolorów piaskowca, w których został wykuty;
  • Grobowiec Koryncki – przypomina kształtem fasady Skarbiec. Grobowiec jest połączeniem dwóch elementów architektonicznych: nabatejskiego oraz klasycznego stylu antycznego;
  • Grobowiec Pałacowy – górną część tego grobowca nadbudowano z kamiennych bloków, ponieważ skała w tym miejscu była za niska. Prawdopodobnie ta część służyła za salę bankietową lub pogrzebową.

Ulica kolumnowa

Idąc dalej szlakiem, ciągnie się ulica kolumnowa. Poprzedza ją typowy rzymski łuk triumfalny, wzniesiony na cześć cesarza Hadriana, który odwiedził miasto w 130 r. n.e. Prawdopodobnie była to główna ulica handlowa dawnej Petry.

Wielka Świątynia

Idąc ulicą kolumnową, po lewej stronie znajdują się majestatyczne pozostałości Wielkiej Świątyni, która reprezentuje jedną z najważniejszych architektonicznych i archeologicznych zabytków centralnej Petry. Znajduje się na obszarze 7 tysięcy metrów kwadratowych, wliczając południowe i północne wejścia oraz dolny i górny poziom Świątyni. Jej wysokość w przybliżeniu wynosi 15 metrów. Nabatejczycy lubili mieszać swój własny styl architektoniczny z duchem antycznego klasycyzmu, co doskonale przekłada się na unikatowość Wielkiej Świątyni.

Droga do Monastyru

To najtrudniejszy odcinek na całej trasie. Trzeba się wspiąć po kamiennych schodach na szczyt, by zobaczyć położony na pustkowiu klasztor. Szczerze przyznam, że wspinaczka nie była jakoś specjalnie trudna, nawet za bardzo się nie spociłam, chociaż nie jestem wielką miłośniczką gór i brak mi odpowiedniego przygotowania kondycyjnego 🙂 Jednak widoki po drodze zapierają dech. Z resztą sami zobaczcie.

Monastyr (Al Deir)

Trud (wydawać by się mogło) niekończącej się wspinaczki wynagradza widok położonej na pustkowiu pośród potężnych skalnych urwisk fasada Monastyru. Ta wysoka na 48 metrów i prawie tyle samo szeroka budowla pochodzi z I w. n.e. Wbrew nazwie był to kolejny grobowiec – największy w całej Petrze, ale nigdy całkowicie nieukończony. W środku miały miejsce spotkanie o charakterze religijnym. W późniejszych czasach sala została zaadaptowana na chrześcijańską kaplicę. Na szczycie znajduje się też niewielka restauracja serwująca nie tylko zimne napoje, ale także widok na ten imponujący cud architektoniczny.

Nadal, nawet pisząc tego posta, nie mogę uwierzyć, że tam byłam 🙂 Pięknie jest spełniać swoje marzenia, do czego ochoczo Was zachęcam 🙂

Garść informacji praktycznych

Generalnie Jordania jest droga (dla przypomnienia: 1 JOD= ok. 5,6 zł). Również sam wstęp do Perty jest drogi, ale zapewniam Was – wart każdej ceny 🙂 Najbardziej opłaca się kupić Jordan Pass, który poza wizą do kraju, zawiera także wejściówki do 40 atrakcji w całym kraju, w tym również do Petry. Cena za Jordan Pass uzależniona jest od tego, ile dni chcemy spędzić w samej Petrze:

Jeśli natomiast nie chcecie inwestować w Jordan Pass, wówczas cena za sam jednodniowy wstęp do Petry wyniesie 50 JOD plus do tego oczywiście wiza jordańska (ok. 40 JOD). Godziny otwarcia Petra Visitors Center w sezonie (maj-wrzesień) 6:00-18:00, a poza sezonem (październik-kwiecień) – 6:00-17:00.

Ile czasu poświęcić na zwiedzanie Petry? My zainwestowałyśmy w dwudniową wizytę w starożytnym mieście. Jednak główną trasę (czerwona), na której znajdują się wszystkie wymienione wyżej obiekty, można spokojnie przejść w jeden dzień, zaczynając wcześnie rano. Oczywiście w tym skalnym mieście znajduje się kilka różnych tras, także dla miłośników trekkingu, którzy chcą przebyć wszystkie szlaki, najlepszym rozwiązaniem będzie zakup dwu- albo trzydniowego Jordan Passa. Aha! Na „spacer” po Petrze załóżcie wygodne buty, z solidną podeszwą, bo jest kilka ładnych kilometrów do przejścia 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Zapiski podróżne: Jordania

Właśnie wróciłam z Jordanii. Mistyczna Petra, bezkresna pustynia Wadi Rum, kąpiel w Morzu Martwym, rafa koralowa w Morzu Czerwonym – te wszystkie niesamowite atrakcje czekały tam na mnie. Spełniłam jedno ze swoich podróżniczych marzeń! Do tej pory nie widziałam piękniejszych widoków. Jordania posiada wiele wspaniałych miejsc, które kuszą turystów z całego świata. Pomimo tego, że znajduje się w konfliktowym rejonie świata (na północy Syria ogarnięta wojną; od zachodu Izrael i Palestyna), wbrew pozorom jest bezpiecznym krajem.

Mam kilka przemyśleń na temat tego kraju, którymi chciałabym się z Wami podzielić, póki buzują we mnie jeszcze wszystkie emocje.

Drożyzna

Jordania jest drogim krajem. Wszystko jest kilka razy droższe niż w w naszym kraju. Dodatkowo o wszystko trzeba się targować (czego szczerze nienawidzę), czy to w sklepie, czy na bazarze. Najgorsi są oczywiście taksówkarze. Ci nie mają żadnych skrupułów, żeby ogołocić przeciętnego turystę. Nawet jeśli wydaje nam się, że utargowałyśmy „good price” za przejazd, potem dowiadujemy się, że i tak dwukrotnie przepłaciłyśmy. Za wszystko trzeba płacić, niestety nie ma nic za darmo. A ceny zaczynają się od 1 JOD (5,6 zł) za butelkę wody, a za piwo można zapłacić nawet 6 JOD!

Jest bezpiecznie, ale…

To było moje pierwsze zetknięcie z Bliskim Wschodem, taki szok kulturowy. Okej, nie licząc jednodniowej wizyty w Stambule 10 lat temu, po której obiecałam sobie, że nigdy więcej nie pojadę do Turcji. Jordania to zupełnie inna kultura, religia, obyczaje czy nawet klimat. Nie chcę oceniać, ale to zdecydowanie nie moja bajka. We wszystkich turystycznych rejonach czułam się bardzo bezpiecznie, a Jordańczycy byli bardzo życzliwi i pomocni, wszyscy zawsze witali nas słowami „Welcome to Jordan”. Poza tym, funkcjonuje tam specjalna policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo turystów. Jednak pewien niesmak pozostał.

Już pierwszego dnia po wylądowaniu w Ammanie,  postanowiłyśmy się udać się do miasta na kolację. Nasz hotel znajdował się 20 minut od centrum, więc zdecydowałyśmy przejść się piechotą. To był pierwszy i ostatni raz, potem brałyśmy już tylko taksówki. Czułam się jak małpka w zoo – każdy się na nas gapił, jakby pierwszy raz widział białą, blondwłosą kobietę. Mężczyźni lustrowali nas wzrokiem w taki sposób, że prawie nas pożarli żywcem. Poza tym gwizdy i wyznania miłości były na porządku dziennym. Z kolei kobiety patrzyły z pogardą na „roznegliżowane” paniusie (roznegliżowane – czyt. w długich dżinsach i t-shirtach). Turystki nie mają tam obowiązku zakrywania ciała abajami i hidżabami, a my miałyśmy zakryte wszystko, co było konieczne. Dziwię się, że w stolicy kraju, który żyje z turystyki, blondwłosa i biała kobieta nadal wywołuje tyle emocji i sensacji.

Amman – najbrzydsza stolica, w której byłam

Kontynuując wątek o Ammanie. Zwiedziłam wiele stolic, mniejszych czy większych, i stwierdzam, że stolica Jordanii jest najbrzydszym miastem, jakie do tej pory odwiedziłam. Mieszka tam prawie 4 miliony ludzi, korki są niemiłosierne, a miliony samochodów robią niebywały hałas. Architektura miasta pozostawia wiele do życzenia – domki wyglądają jak z kartonu i poukładane są jeden na drugim. Chaos, kurz, brak jakiegokolwiek zorganizowania i reguł – tak mogę opisać Amman. Do tego śmieci walające się po ulicach – coś obrzydliwego. A przejście przez ulice graniczy z cudem. Tak jak pisałam, że w Uzbekistanie z trudem przechodzi się przez jezdnię, to Amman bezapelacyjnie wygrywa w tej konkurencji. Nie za bardzo jest też co tam specjalnie robić. Owszem, jest kilka zabytków, ale o samym mieście napiszę osobny post. Do tego codzienna pobudka o 4:30 rano, bo z objęć Morfeusza wybudzało nas głośne nawoływanie muezina z pobliskiego meczetu… Niestety zmuszone byłyśmy spędzić tam prawie 3 dni, bo była to nasza baza wypadowa do innych miejsc, no i tam też miałyśmy loty z/do Warszawy. Jedno jest pewne – nie chciałabym tam więcej powrócić.

Przepiękne widoki

Tak, jak Amman mnie od siebie zraził, tak w południowej części kraju kryje się wiele fantastycznych perełek. Zaczynając od zachwycającej Petry, przez kosmiczną pustynię Wadi Rum, aż po rafę koralową w Akabie.  Do tej pory nie widziałam nic piękniejszego od Petry, a trochę miejsc w swoim życiu już zobaczyłam. Aż ciężko pojąć, że w jednym kraju kryje się tyle skarbów natury i ślad  starożytnych cywilizacji. Jest jeszcze wiele miejsc, których nie odwiedziłam z powodu braku czasu czy zamknięcia niektórych obiektów. Tydzień to zdecydowanie za mało, ale mam przynajmniej po co tam wracać, co nieco zostawiłam na później 🙂

Przepyszne jedzenie

Odkąd pamiętam, jestem fanką hummusu, falafeli i innych bliskowschodnich specjałów. Dlatego też wizyta w tym kraju była dla mnie kulinarnym rajem. Wszystko świeże, pachnące i aromatyczne – na samą myśl ślinka cieknie 🙂 Hummus na śniadanie, obiad i kolację, czasami przegryzany falafelem (albo po prostu – falafel maczany w hummusie) – tak mniej więcej wyglądała moja jordańska dieta. Nie wnikałam, w jakich warunkach sanitarnych przygotowywano to jedzenie, ale najważniejsze, że nie złapałyśmy żadnej „klątwy faraona” i innych przykrych dolegliwości 😀  Jednak po tygodniowej uczcie, na hummus nie spojrzę przez kilka kolejnych tygodni, pomimo mojego zamiłowania do tej bliskowschodniej przekąski 🙂

Hummus, falafel, baba ganush, pieczony bakłażan, świeże warzywa i herbata – weganizm pełną gębą

Jeszcze więcej hummusu 🙂

Jordańskie piwo nie było zbyt smaczne, ale za to miało moc

 

Rachunek za naszą kolację 🙂

Jordańczycy nie dbają o zwierzęta

Niestety, zwierzęta w tym kraju nie są dobrze traktowane. Wiele razy widziałam, jak właściciele chłostali swoje konie czy wielbłądy. W Petrze osiołki wnosiły na grzbietach grubych i leniwych ludzi, którym nie chciało się wejść po schodach, albo stały przywiązane na sznurach pozostawione w pełnym słońcu, bez miski wody. Dorożki z pędzącymi, spoconymi i ledwo zipiącymi końmi co rusz prawie tratowały grupy pieszych. Właściciele tych zwierząt pieszczotliwie nazywając ich „beduin ferrari” czy „camel taxi”, nagabywali do skorzystania z tego typu transportu gwarantując, że zamiast 2 godzin, na szczyt dostaniemy się w przeciągu 40 minut. Ja nawet nie chciałam wsiąść na 2 minuty na wielbłąda, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie, mimo tego, że jego właściciel ochoczo mnie do tego zachęcał. Nie potrafię tego zrozumieć, bo przecież zwierzęta to źródło ich zarobku, więc powinni traktować je z szacunkiem, a nie znęcać się nad nimi. Ale to wszystko wina leniwych turystów, którzy korzystają z tego typu „usług”, bo przecież gdyby nie oni, nie byłoby tego zjawiska. Nie wspomnę już o wygłodniałych, wychudzonych psach i wyleniałych kotach, na które nikt nie zwraca tam najmniejszej uwagi.

Dlatego też będąc w Petrze, proszę – nie korzystajcie z tego typu „usług”. Nie przykładajmy się do maltretowania i wyzyskiwania zwierząt dla chwili własnej wygody. Poza tym spacer po tym miejscu sprawia, że staje się ono jeszcze bardziej magiczne.

Słodziaczek ❤

I kolejny 🙂

Jeszcze więcej słodziaków 🙂

Wzorowe modelki

Wielodzietne rodziny

Jordańczycy są muzułmanami, a co za tym idzie – posiadają wielodzietne rodziny. Co więcej, mężczyzna może mieć do 4 żon, ale kobieta może posiadać tylko jednego męża. Ot, taka mała niesprawiedliwość. Ludzie, z którymi miałam styczność opowiadali, że posiadają np. 7 braci i 3 siostry, albo 6 sióstr i 4 braci. Każdy miał brata/kuzyna/wujka w swoim „biznesie”. Czy to Beduin mieszkający na pustyni, wożący nas po mieście taksówkarz czy właściciel hostelu, w którym mieszkałyśmy – każdy miał ogromną rodzinę. Jeden z nich opowiadała o swoim wujku, który posiada 4 żony i 34 dzieci!!! Jak tu spamiętać imiona wszystkich pociech? Co ciekawe, każdy z napotkanych „młodzieńców” był singlem, który nie znalazł jeszcze do tej pory „tej jedynej”. Zastanawiam się, czy  to prawda czy gadali tak, żeby poderwać i skusić na ożenek europejską turystkę 🙂

Jordański kawaler 😉

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Chiwa. Błękitna perełka Uzbekistanu

Znana również jako Khiva lub Xiva. To pierwszy przystanek w trakcie mojej tegorocznej podróży po Uzbekistanie. I chyba właśnie dlatego mam do Chiwy największy sentyment, a na samą myśl serce mocniej mi bije. Pamiętam, kiedy po długiej i uporczywej podróży oraz krótkim śnie, następnego dnia rano wyruszyłam na „podbój” tego miasta i zobaczyłam fortecę, to dosłownie zamurowało mnie z wrażenia i doznałam przypływu ogromnego szczęścia – spełniłam swoje kolejne marzenie. Wiecie jak to jest, prawda? 🙂

Chiwa to miasto, które powstało w czasach świetności Jedwabnego Szlaku i niemal prawie wszystkie zabudowania z tamtego okresu przetrwały do dnia dzisiejszego! Obecnie jest także jednym z najważniejszych ośrodków miejskich zachodniego Uzbekistanu. Pośród niezliczonych medres, meczetów czy minaretów toczy się zwykłe, codzienne życie. Ja przeznaczyłam na to miasto dwa pełne dni, co okazało się nierozsądne, ponieważ można je spokojnie przejść w jeden dzień. Chociaż nadal zauroczona miastem przyznam szczerze, że drugiego dnia snułam się bez celu albo ponownie odwiedzałam te same miejsca. Miasto zamknięte za murami nie jest duże, a wszystkie atrakcje znajdują się obok siebie.

Jedna z legend o powstaniu miasta mówi, że zbudowano je wokół studni, którą kazał wykopać Sem – syn biblijnego Noego. Podobno jest to ta sama studnia, która aktualnie znajduje się w północno-wschodniej części Chiwy. Archeolodzy nie potrafią oszacować czas powstania pierwszych osiedli. Wiadomo jednak, że nazwę miasta oraz region Chorozemu wymieniono w irańskiej inskrypcji z VI w. p.n.e. jako jeden jeden z okręgów podlegający władzy słynnego perskiego króla Dariusza I Wielkiego. Na tej podstawie można stwierdzić, że Chiwa liczy co najmniej 2500 lat!

Chiwa warta jest tego, aby przemierzyć piaski i żwiry pustyni Kyzyl-kum i poczuć namiastkę przeszłości Chorozemu. Iczan Kala, czyli chiwańska twierdza to najlepiej zachowana i największa spośród pustynnych twierdz.Wiele uliczek nada przypomina miasto z przeszłości, to iluzję podróży do przeszłości coraz częściej zakłócają np. kable elektryczne i anteny satelitarne na dachach. Nie mniej jednak tę architektoniczną perełkę doceniono w 1990 roku, kiedy to chiwańska twierdza Iczan Kala (jako pierwszy uzbecki obiekt) została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto przepełnione jest medresami, meczetami i minaretami. Nie będę się o nich wszystkich rozpisywać, bo musiałabym stworzyć swoisty esej, którego i tak nikt by zapewne nie doczytał nawet do połowy 🙂 Wymienię kilka najważniejszych i najatrakcyjniejszych (dla mnie) atrakcji, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Żeby wejść do miasta, już u jego bram trzeba kupić bilet. Ważny jest przez dwa dni od zakupu, a najlepiej jest kupić łączony, który uprawnia do wejścia do wszystkich budynków i muzeów. Koszt takiego biletu to 150 000 sum, czyli około 15 euro. A mówi się, że szczęścia nie można kupić za żadne pieniądze 🙂

Pierwsze, co rzuca się w oczy po przekroczeniu bramy to wielki, błękitny i zachwycający minaret Kalta Minor. Jest to swoisty symbol miasta, a jego nazwa oznacza „krótki minaret”. Jego średnica u podstawy ma około 15 m, zaś aktualna wysokość wynosi 30 m. Docelowo miał on sięgać aż 110 m, by z jego szczytu można było zobaczyć Bucharę. Wokół minaretu krąży wiele legend, a jedna z nich mówi, że w trakcie budowy doszło do protestu robotników, zaś niepokorny przywódca strajku miał zostać żywcem pochowany pod fundamentem jego konstrukcji. Dlatego jego budowa do tej pory nie została ukończona. Mimo to, że minaret jest niedokończony, robi oszałamiające wrażenie. W całości pokryty jest glazurą i majoliką, pewnie dlatego nie można oderwać od niego oczu. Niestety w trakcie mojej wizyty nie było możliwości wejścia na szczyt, nad czym bardzo ubolewam. Znaczy można było, ale tylko wybrańcom, jak tym muzykom 🙂

Tak jak w każdym mieście, również w Chiwie znajdują się punkty widokowe, na które koniecznie trzeba się wdrapać. Rozpościera się z nich fantastyczny i zapierający widok na panoramę miasta. Jednym z nich jest pałac i twierdza Kunja Ark. Forteca została zniesiona w XII wieku, ale rozbudowano ją dopiero w siedemnastym stuleciu. Przez bardzo długo była ona sercem Chiwy; właśnie w niej znajdowała się siedziba chanów i ich harem. Kompleks służył też za arsenał i strażnicę, a na jego terenie działała mennica. Dzisiaj turyści mogą podziwiać jej architekturę oraz oszałamiającą panoramę, bez wątpienia jeden z najwspanialszych widoków na miasto.

Innym punktem widokowym, na który koniecznie trzeba wejść, to minaret znajdujący się w pobliżu kompleksu Islam Chodża. Piękna, monumentalna i zgrabna budowla została wybudowana w XIX wieku i liczy 57 m. By się dostać na sam szczyt, trzeba pokonać setki wąskich, krętych i stromych schodów. Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza, że w środku (przez większość wspinaczki) panują kompletne ciemności. Żeby nie stracić zębów i przy okazji nie skręcić karku, trzeba solidnie wspierać się rękoma. Jednak widok z góry wynagradza trud i wysiłek włożony w niezbyt bezpieczną i mało komfortową wspinaczkę.

Warto też przespacerować się po murach otaczających miasto, które wyglądają jak ulepione z gliny. Tam również rozpościera się przyjemny widok na Chiwę. Liczą one łącznie dwa kilometry długości i mają cztery bramy – po jednej na każdą ze stron świata. Grubość murów dochodzi miejscami do sześciu metrów, a wysokość – do dziesięciu. Spacerując po nich zastanawiałam się, czy gdyby nagle spadł deszcz, to czy czasami nie rozmyło by tej pozornie solidnej fortecy…

Miasto przypomina trochę jedno wielkie targowisko różności. Na ulicach wszędzie stoją stragany z typowymi pamiątkami i innymi nietypowymi rzeczami. Można tam znaleźć niemal wszystko: przepiękną i kolorową ceramikę, puszyste dywany, dziergane wełniane swetry i czapki, jedwabne szale, a nawet lodówki z lodami i chłodnymi napojami. Sprzedawcy nie są w ogóle nachalni, czasami jednak zdarzyło się, że ktoś podszedł z uśmiechem i grzecznie zaoferował swój produkt. Nikt jednak nic nie wciskał na siłę przekonując, że ma towar najlepszej jakości, który przetrwa do końca świata i o jeden dzień dłużej. Co ciekawe, wracając nocą do hostelu rozglądałam się wokoło i nie mogłam wyjść z podziwu, że handlarze zostawili swoje towary niezabezpieczone, ba, nawet niczym nie zakryte! Tak jak stały w dzień, również w nocy pozostały nienaruszone. Ciekawe było również to, że pośród największych atrakcji Chiwy – w środku medres – handel również kwitł w najlepsze.

Odcienie błękitu wylewają się z każdego zakamarka miasta. Chociaż pozornie Chiwa sprawia wrażenie twierdzy ulepionej z gliny w kolorze beżu, to nad miastem górują przepiękne błękitne i turkusowe kopuły meczetów i minaretów. Poza tym, wystarczy wejść w jakikolwiek zakątek, żeby zobaczyć błękitno-białe mozaiki. Momentami kręci się w głowie i można oczopląsu dostać 🙂 Z resztą – sami zobaczcie.

Tak jak wspomniała na samym początku, do Chiwy mam ogromny sentyment. Chociaż miasto jest maleńkie w porównaniu z Samarkandą, to jednak pozostanie moim ulubionym. To moje pierwsze zetknięcie z Uzbekistanem i mitem Jedwabnego Szlaku, a samo miasto wywarło na mnie piorunujące i niezapomniane wrażenie. Z całą pewnością jeszcze tam powrócę.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Warszawa. Niewidzialna Wystawa

Chcecie doświadczyć czegoś nietypowego, a jednocześnie odkryć w sobie nowe umiejętności? Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, wybierzcie się na wystawę, żeby zobaczyć… ciemność. Nie, to nie jest żart. Warszawska „Niewidzialna Wystawa” to miejsce,  które każdy z nas powinien odwiedzić. I to czym prędzej.

Co to za wystawa?

Zmysł wzroku dostarcza nam około 80% informacji. Jak długo potrafilibyśmy bez niego przetrwać? Przez jedną godzinę możemy wczuć się w sytuację niewidomego. „Niewidzialna Wystawa” to wyjątkowa interaktywna podróż w niewidzialny świat, podczas której można sprawdzić swoje predyspozycje w codziennych sytuacjach bez możliwości posługiwania się narządem wzroku – tylko wyłącznie za pomocą zmysłu słuchu, węchu czy zachowaniu równowagi.

Pierwsza tego typu wystawa pojawiła się w Budapeszcie w 2007 roku i od tamtej pory odwiedziło ją kilkaset tysięcy osób. Licząc na podobny sukces, w 2011 roku otwarta została w Pradze, która stała się najpopularniejszym programem turystycznym tego miasta. Od 2011 roku „Niewidzialna Wystawa” działa również w Warszawie i nadal cieszy się dużą popularnością.

Pod opieką niezwykłych przewodników odwiedzimy specjalnie wyposażone i całkowicie zaciemnione pomieszczenia. Niesamowita kompozycja dźwięków, kształtów i zapachów dostarcza nam wielu niesamowitych wrażeń. Doświadczymy między innymi, jak poruszać się i przetrwać w miejskim zgiełku, jak zapłacić za napój w barze czy jak przemieszczać się po mieszkaniu w całkowitych ciemnościach. Ale to nie wszystkie atrakcje, które na nas tam czekają. Do dyspozycji są jeszcze trzy inne pokoje, w których doznamy kompletnie nowych i zaskakujących zmysłowych wrażeń.

Co w niej takiego wyjątkowego?

Przede wszystkim dlatego, że dogłębnie można wczuć się w sytuacje osób niewidomych. Na wystawie odbieramy informacje o świecie zewnętrznym tylko i wyłącznie za pomocą dotyku, słuchu i węchu oraz poczucia równowagi, które niejednokrotnie jest na nas testowane. W pomieszczeniach panuje całkowita ciemność, a nasze pozostałe zmysły od razu się wyostrzają. W taki sposób możemy sprawdzić się w nowej, mocno nietypowej sytuacji. Przy wadzie wzroku poznajemy nie tylko trudności, z jakimi na co dzień borykają się niewidomi, ale również mamy okazję stwierdzić, że nawet w ciemności świat może być piękny i fascynujący.

Jednak „Niewidzialna Wystawa” to nie tylko podróż po ciemnych pomieszczeniach. Tuz przy wejściu czeka na gościa wiele interesujących informacji i urządzeń ułatwiające codzienne funkcjonowanie niewidomym osobom. Na ścianie wisi wielka makieta z alfabetem brajla, a także przedmioty i narzędzia, których niewidomi  używają na co dzień.

To, co również czyni „Niewidzialną Wystawę” wyjątkową jest fakt, że przewodnikami są osoby niewidome lub w znacznym stopniu niedowidzące. Są to osoby niewidome od urodzenia, jak i takie, które straciły wzrok na pewnym etapie swojego życia. Każda z nich ma swoje pasje, ambicje, plany i marzenia. Jedno jest pewne – wszyscy są pełni pozytywnej energii i uwielbiają swoje zajęcie, co doskonale można wyczuć w trakcie tej niezwykłej wycieczki.

Niezwykłe doznanie dla każdego

„Niewidzialną wystawę” powinien odwiedzić każdy z nas. Nomen omen otwiera nam oczy na wiele istotnych kwestii. To niezwykłe doświadczenie pozwala nam spojrzeć inaczej na świat niewidomych osób, poznać i zaufać swoim własnym zmysłom, ale przede wszystkim uczy tolerancji i zrozumienia wobec drugiej osoby. Poza tym, można wejść w interakcję z niewidomym przewodnikiem, który na opowiada historie wzięte z własnego życia i przekonuje, że tak naprawdę utrata wzroku to żaden koniec świata. Wręcz przeciwnie – świat można intensywniej poznawać za pomocą wszystkich innych zmysłów, które działają z podwójną mocą.

Niestety nie posiadam wielu zdjęć ze środka, z wiadomych powodów 🙂 Nie mniej jednak koniecznie trzeba odwiedzić to miejsce. Wizyta na tej wystawie to znakomity pomysł na ciekawe spędzenie weekendowego popołudnia, zwłaszcza o tej porze roku 🙂

Adres: Aleje Jerozolimskie 123a, budynek Millenium Plaza, Warszawa

Cena biletu: 27 zł

Więcej info: https://niewidzialna.pl/

Lovćen. Miejsce, w którym mogłabym umrzeć

Świat jest fascynujący, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Istnieją takie miejsca, które nie są doceniane, pomijane, wciąż nieodkryte albo po prostu zapomniane, chociaż znajdują się tuż za przysłowiowym rogiem. Takim miejscem jest Czarnogóra, do której „wybierałam się” trzy razy i to właśnie za trzecim razem w końcu się udało.

To maleńki kraj wielkości województwa Mazowieckiego, upchnięty pomiędzy Serbię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Kosowo i Albanię. Wielu sądzi, że nic tam szczególnego nie ma i wybierają na wakacje popularniejszą Chorwację. A ja się nie zgodzę i powiem, że jest tam wiele wspaniałych miejsc. O Kotorze, który również mnie zachwycił, pisałam w osobnym poście. Tym razem chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z innego miejsca, które sprawiło, że umarłam z zachwytu. A mianowicie o Parku Narodowym Lovćen, a konkretniej o najwyższym dostępnym szczycie Lovćen – Jezerski vrh.

Park narodowy Lovćen położony jest blisko wybrzeża – w linii prostej jest to ok. 25 kilometrów, ale dojazd do samego mauzoleum z Budvy to 52km i ponad godzina jazdy w związku z krętymi serpentynami. Park narodowy Lovćen zorganizowany jest wokół dwóch bliźniaczych szczytów: Štirovnik (1749m.n.p.m.) i Jezerski vrh (1657m.n.p.m). Z obu szczytów widać panoramę Czarnogóry – na północy góry Durmitor, na południowym wschodzie Jezioro Szkoderskie, na południu morze, na zachodzie Bokę Kotorską.

Na szczycie tego wzniesienia (1660 m n. p. m.) znajduje się Mauzoleum Niegosza. Ten pan był niegdyś najsłynniejszym władcą Czarnogóry, a przy tym także biskupem i poetą. Kazał wybudować mauzoleum dla swojego poprzednika, który był jednocześnie jego wujem. Jednak na łożu śmierci wyznał, że sam chciałby być tam pochowany. Początkowo nie spełniono jego prośby, a po wielu zawirowaniach kaplicę odbudowano w 1925 roku i ostatecznie jego ciało tam spoczęło. Trudno mu się dziwić, bo kto by nie chciał być pochowany w takim miejscu?

By dostać się do mauzoleum, trzeba pokonać tunel z 461 kamiennymi schodami. Wchodzi się łatwo i  wygodnie, w cieniu i lekkim przeciągu, co latem przy promieniach czarnogórskiego słońca jest szalenie istotne. Zbudowano je w latach 1951-1974 roku. Tunel prowadzi wprost do mauzoleum, przed którym stoją dwa ogromne pomniki czarnogórskich kobiet. Wewnątrz znajduje się ogromny posąg Niegosza, a za nim mała krypta usłana „złotem”, z prostym sarkofagiem pośrodku.

Jednak największą atrakcję stanowi punkt widokowy w kształcie okręgu, który znajduje się tuż za mauzoleum. Prowadzi do niego krótki chodnik zbudowany na grani. Widok z niego jest po prostu oszałamiający,a niekończące się górskie szczyty zapierają dech. Jednak plaga natrętnych  i niezidentyfikowanych fruwających robali (widać je na niektórych zdjęciach), które zachowywały się tak, jakby były niewidome, bo latały na oślep, skutecznie odstraszała. Czuję pewien niedosyt, bo zamiast w pełni cieszyć się wspaniałymi widokami musiałam uważać, żeby nie połknąć żadnego z nich. W rezultacie na szczycie spędziłam łącznie może 15 minut, w pośpiechu robiąc zdjęcia i starając się nasycić wzrok tym wspaniałym krajobrazem.

Już sama trasa prowadząca do mauzoleum hipnotyzuje. Niekończące się serpentyny wprawiały w osłupienie. Widoki są oszałamiające. Ja z całą pewnością umarłam z wrażenia i zachwytu.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Bydgoszcz. Muzeum Mydła i Historii Brudu

Istnieje takie muzeum, które jest bardzo nietypowe. Muzeum Mydła i Historii Brudu – bo o nim mowa – znajduje się w Bydgoszczy i oferuje mocno oryginalną ekspozycję 🙂 O ile historia mydła może zaciekawić, to już opowieści o samym brudzie mogą wzbudzać odrazę. Faktycznie, nie ma nic przyjemnego w brudzie, jednak słuchanie o nieczystym życiu naszych przodków jest fascynujące. Naprawdę! Momentami nawet zabawne, bo powody, przez które w średniowieczu zaniechano higienę osobistą i to, jak szukano wszelakich zamienników zwyczajnego mycia się, są po prostu groteskowe. No i faktycznie – czasami wręcz obrzydliwe, ale to właśnie jest w tym wszystkim fascynujące 🙂

Dlaczego tego typu muzeum powstało akurat w Bydgoszczy? Miasto ma bogate tradycje dotyczące przemysłu chemicznego, który najlepiej rozwijał się tutaj w XIX wieku. Bydgoskie mydło eksportowano do wielu europejskich krajów. Co więcej, jest to jedna z nielicznych tego typu placówek w Europie.

 

Wizyta trwa około godziny. Na samym początku przewodnicy zapraszają nas na warsztaty robienia mydła. W „Maglu u Ciotki Hejtki” można sobie zrobić własne mydełko, w ulubionym kolorze, zapachu i kształcie oraz z wybranymi dodatkami. Każdy ma swoje stanowisko i akcesoria do wyrobu pachnącego mydła. Po kolei uczestnicy wąchają, oglądają, macają, aż w końcu wybierają i mieszają wybrane składniki, według własnego upodobania. Oczywiście wszystko zgodnie z „tradycyjną” recepturą, którą dyktują nam przewodnicy. Po skończonej pracy, udajemy się na zwiedzanie muzeum i słuchanie opowieści o historii brudu.

W tym nietypowym muzeum można poznać historię brudu i higieny od czasów starożytnych po współczesność. Samo muzeum nie jest duże, ale we wnętrzach zaaranżowano m.in. XIX-wieczny pokój kąpielowy, średniowieczną łaźnię, a także dobrze znane wnętrze łazienki z czasów PRL-u z kultową pralką „Franią” na czele. Wśród zbiorów znajdują się: pierwsza przenośna ubikacja, pierwowzór prysznica, żeliwne wanny z XIX wieku, szczotki do szorowania ciała wykonane z końskiego włosia, pralki, maglownice i suszarki. Na ścianach wiszą przedwojenne fotografie i reklamy mydeł z gazet i czasopism sprzed 1939 roku. Oczywiście zobaczyć można również bogatą kolekcję mydeł oraz proszków do prania pochodzących z różnych zakątków świata. Wszystkich eksponatów można dotknąć i powąchać! Najciekawszym z nich jest chyba pierwsze mydło, którego receptura została opracowana tysiące lat temu, i które jest – ładnie mówiąc – odrażające, zarówno w „zapachu”, jak i samej konsystencji.

Na sam koniec zwiedzania można udać się do sklepiku oraz zakupić naturalne i ekologiczne mydełka. W ofercie znajduje się wiele ciekawych mydlarskich wyrobów, które mają cudowne właściwości upiększające. Od ich zapachu aż kręci się w głowie.

Jeśli zamierzacie się tam wybrać, lepiej zarezerwujcie miejsce wcześniej. Muzeum cieszy się dużą popularnością, więc i miejscówki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.

FB: Muzeum Mydła i Historii Brudu

Adres: Bydgoszcz, ul. Długa 13-17

Cena biletu: 18 zł