Szczecin: Be Happy Sweet Art & Illusion Museum

Podobno szczęścia nie można kupić. Nieustannie za nim gonimy, tak naprawdę nie wiedząc, czym ono dla nas jest. Mówią, że szczęście jest bezcenne i nie łatwo je odnaleźć. Bzdura, bo można kupić bilet do Muzeum Szczęścia, a to prawie to samo 🙂 W sumie przez przypadek odkryłam, że jest takie nietypowe miejsce w odległym Szczecinie. Od razu jednak wiedziałam, że to jeden z głównych punktów mojego weekendowego wypadu do tego miasta. Zabawne, jak kawałek kolorowego plastiku może wywołać taką dziecięcą radość 🙂 Eksplozja endorfin gwarantowana, uśmiech nie schodził mi z twarzy przez dwa dni. Dlatego też niezwłocznie musiałam się z Wami podzielić wrażeniami z tego magicznego miejsca.

Be Happy Museum to miejsce gdzie marzenia się spełniają a wyobraźnia zamienia się w słodkie i kolorowe doznania. To miejsce, gdzie iluzja wprawia w osłupienie i rozbawia do łez. Misją tego miejsca jest kultywowanie szczęścia, dzielenie się dobrymi wspomnieniami i uczynienie świata jeszcze bardziej słodkim!

Już na samym wejściu wita nas lada pełna pachnących słodyczy i kolorowych gadżetów. Dalej jest tylko lepiej. Wszechobecny róż doprowadził mnie do eksplozji szaleństwa i radości. Jako, że mam obsesję na punkcie tego koloru (to mój ulubiony), czułam się tam wspaniale, jakbym znowu miała 10 lat.

W kolejnych pomieszczeniach spotkamy takie osobistości jak flamingi, jednorożca czy też zmienimy się w piękną lalkę Barbie z limitowanej kolekcji. Możemy „popływać” w basenie wypełnionym piankami Marshmallow, pobujać się na bananowej huśtawce, zawisnąć na bambusie ze słodką pandą czy zakręcić kołem fortuny.

Jak trafić do Be Happy Museum?

Muzeum znajduje się w centrum Szczecina, 100 m od C.H. KASKADA. Dokładny adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 3-4

Jednak Szczecin to nie tylko Be Happy Museum, to również przepyszne jedzenie. Chciałam Wam polecić kilka knajpek z obłędnym jedzeniem. Ja na samo ich wspomnienie dostaję ślinotoku 🙂 Pragnę na wstępie zaznaczyć, że przyjeżdżając do Szczecina pragnęłam rozkoszować się smakiem najróżniejszych ryb i innych morskich stworzeń. Dlatego też, jeśli ktoś nie jest miłośnikiem tego typu dań, muszę go rozczarować, bo skupiłam się na konkretnych kulinarnych doznaniach 🙂 Jeśli kiedyś będziecie w stolicy województwa Zachodniopomorskiego i chcecie spróbować dobrych dań rybnych, koniecznie idźcie do tych restauracji. Zlokalizowane są w centrum miasta, więc łatwo można je odnaleźć.

Paprykarz

Z czym najbardziej kojarzy się Szczecin? Oczywiście z paprykarzem! Szczerze przyznam, że nigdy nie byłam jakąś wielką fanką tego smakołyku. Od czasu do czasu zajadałam się nim, głównie w trakcie niskobudżetowych wakacji w czasach liceum 🙂 Dawno też nie jadałam paprykarzu, ale skoro przejechałam taki kawał drogi, grzechem byłoby nie spróbować tego regionalnego przysmaku. I wiecie co? Doznałam kulinarnego orgazmu, a to był dopiero początek kulinarnej rozpusty 😀 Na danie główne zamówiłam tagiatelle z krewetkami w sosie ziołowym, zaś Aga wybrała pieczoną rybę. Prawda, że apetyczne? 🙂

Adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 42

Spiżarnia Szczecińska

Weszłyśmy tam z lekką nutą niepewności. Na piętrze restauracja świeciła pustkami, a to nie zachęcało do stołowania się tam. Na szczęście to w podziemiach ukryła się cała magia tego miejsca. Na przystawkę zamówiłyśmy paprykarz z żelem z kiszonych ogórków i przyznaję, że był on jeszcze lepszy niż w „Paprykarzu” 🙂 Tym razem byłyśmy zgodne, bo danie główne wybrałyśmy takie samo: rybę z puree z białych warzyw w sosie z zielonej herbaty. Brzmi egzotycznie, tak też smakowało. Pierwsze wrażenie: dziwne, bo sos był słodki. Jednak z każdym kolejnym kęsem smakowało nam coraz bardziej, a na sam koniec stwierdziłyśmy, że jednak było pyszne 🙂

Adres: plac Hołdu Pruskiego 8

Bananowa Szklarnia

Na śniadanie udałyśmy się do uroczego miejsca, nieopodal „Paprykarza”. Knajpka specjalizuje się w śniadaniach, które serwowane jest przez cały dzień. Wszystkie pozycje w menu wyglądały smakowicie, dlatego też miałam dylemat, co wybrać. Po długim namyśle zdecydowałam się (w końcu) na placuszki bananowe z musem mango, bitą śmietana, nutellą i świeżymi owocami. Tak, wiem – niezła bomba kaloryczna na sam początek dnia, ale kto by się tym przejmował, gdy takie pyszności czekają na talerzu 🙂 Szakszuka mojej towarzyszki podobno też była wyborna, na pewno smakowicie wyglądała 🙂

Adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 45

Czego warto nauczyć się od Hiszpanów?

O tym, że mam „lekką” obsesję na punkcie Hiszpanii wiedzą już chyba wszyscy 🙂 Z resztą niejednokrotnie  o tym pisałam. Kiedy tylko mogę, bez wahania kupuję bilet, pakuję walizkę i lecę na dłuższy weekend do ulubionego miasta, albo odkrywać nowe terytoria na hiszpańskiej ziemi. Co więcej, jeśli co najmniej raz w roku tam nie polecę, to jestem chora 🙂 Usnułam nawet teorię, że w poprzednim życiu zdecydowanie byłam Hiszpanką 🙂

Hiszpania jest dla mnie wyjątkowym krajem, mam do niego wielki sentyment. Co więcej, dla mnie jest jak druga ojczyzna 🙂 Jeśli kiedykolwiek miałabym się przeprowadzić za granicę, to właśnie tam. Inspiruje mnie w Hiszpanii niemal wszystko: architektura miast, wspaniała natura, wyśmienite tapas, ale przede wszystkim ludzie. I to o nich chcę dzisiaj co nieco napisać. Miałam okazje poznać wielu Hiszpanów, zarówno w samej Hiszpanii, jak i Warszawie. Oczywiście nie będę pisać eseju o ich wspaniałości, bo nikt nie jest idealny. Trochę rozprawię o tym,  jakie nawyki warto od nich przejąć, by żyło się lepiej i przyjemniej.

Radość z jedzenia i przebywania z przyjaciółmi

Hiszpanie nie jedzą tylko po to, żeby się najeść. Dla nich jedzenie to pewien rytuał, a nawet świętość. Kolacja to dla nich najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Wieczorami umawiają się z tuzinem znajomych na mieście, by celebrować tę najprzyjemniejszą porę dnia. Jednak wyjście na tapas to nie tylko samo jedzenie. To raczej wydarzenie społeczno-towarzyskie, styl bycia, pretekst do spotkań ze swoimi przyjaciółmi. I nie jest to przesiadywanie w jednej knajpie, wręcz przeciwnie. Po każdej spożytej przekąsce i napoju, udają się do następnego baru spróbować tamtejszych smakołyków.

Istnieje nawet określenie w języku hiszpańskim „ir de tapas”, co dosłownie oznacza „wyjście na tapas”. Czynność ta polega na spożywaniu przekąsek na stojąco i popijaniu ich winem lub piwem. Idea jedzenia i picia na stojąco ma proste wyjaśnienie: tak można łatwiej konwersować z większą ilością osób w mniej formalny sposób.

Sjesta

Kiedyś uważałam, że Hiszpanie wymyślili sjestę, bo są… leniwi. Tak, tak – kiedyś miałam wąskie, ograniczone horyzonty i myślałam bardzo stereotypowo. Po latach zrozumiałam, że nie mogli oni wymyślić niczego lepszego! No, może poza tapasami 🙂 Czym zatem jest ta sjesta? To niezwykle ważna część codziennego życia każdego Hiszpana,a także obcokrajowca mieszkającego w Hiszpanii. Między godziną 14:00 a 17:00 bary, agencje, urzędy, mniejsze sklepiki czy biura są zamknięte. Jest to czas przeznaczony na posiłek, który traktuje się jak świętość. Nie ma takiej możliwości żeby coś załatwić w tym czasie czy też chwilę przed sjestą, dlatego też ważne sprawy najlepiej załatwiać z rana. Sjesta to przede wszystkim pora lunchu i najważniejszego posiłku w ciągu dnia, więc dla Hiszpanów niezwykle ważny czas dnia. W tym czasie spożywa się posiłek w restauracji w tapas barze lub w domu. Ale oczywiście czas sjesty to także czas na kilkunastuminutową, poobiednią drzemkę.

Hiszpanie tłumaczą, że sjesta zrodziła się w związku z klimatem panującym w ich kraju. Najgorętsze temperatury osiągane w ciągu dnia nie są produkcyjne i wydajne dla nikogo. Sjesta rodzi się zupełnie naturalnie, iż kiedy przychodzi największy upał trzeba przestać pracować, zjeść coś chłodnego i po prostu odpocząć. W Hiszpanii dzień pracy wydłuża się i trwa wiele godzin po zachodzie słońca, kiedy nie ma już upału i znośniej jest wyjść na ulicę.

Ile ja bym dała, żeby u nas panował zwyczaj sjesty! Nie musiałoby to być kilka godzin, ale maksymalnie godzinna przerwy w pracy na szybką drzemkę i regenerację. Albo chwilowy odpoczynek czy spacer w ciągu dnia, zwłaszcza latem, by móc cieszyć się słońcem i pogodą. Albo zimą ulepić bałwana 🙂

Otwartość

W jaki sposób Polacy witają się z nowo poznaną osobą? Przedstawiają się i podają prawą dłoń. W jaki sposób Hiszpanie witają się z nowo poznaną osobą? Pierwsze padają słowa „Hola! Cómo estás?”, a za chwilę serdeczne „buziaczki” po obu stronach policzka. Co niektórzy nawet robią typowego „niedźwiedzia”, ściskając mocno, niczym dawno niewidzianego, najlepszego przyjaciela. Poza tym, wchodząc z Hiszpanami w dłuższą konwersację, możemy spodziewać się przelotnych dotyków w ramię czy inną górną część ciała. I nie, nie są to tanie sposoby na kiepski podryw, oni po prostu już tacy są. Czują, że nawiązują lepszą relację z drugim człowiekiem nie tylko przez samą rozmowę, ale także przez subtelny, serdeczny i spontaniczny dotyk.

Początkowo była to dla mnie bariera nie do pokonania. Wręcz uciekałam i z wielkim oburzeniem lamentowałam, że naruszają oni moją strefę intymną. Zachowywałam się jak typowa Polka, oschle podając na przywitanie jedynie prawą dłoń. Na dłuższą metę ich mania bliskości i kontakt cielesny może być męczące. Co prawda już nie jestem takim towarzyskim dzikusem, jak choćby jeszcze pięć lat temu, ale przyznaję, że czasami nadal mi to przeszkadza. Dzisiaj jednak nie wyobrażam sobie, żebym witała się z kimś w inny sposób jak „buziaczki” w policzek, to dla mnie jak chleb powszedni 🙂

Podejście do życia

Hiszpanie uważani są za wyluzowany naród, który czerpie z życia pełnymi garściami. Warto poznać te hiszpańskie słowa: „tranquila” (spokojnie) oraz „mañana” (jutro), bo to ulubione słowa każdego Hiszpana 🙂 Trzeba coś załatwić? Spokojnie, załatwimy to jutro. Trzeba coś kupić? Spokojnie, kupimy to jutro. Trzeba iść do lekarza? Spokojnie, możemy iść jutro 🙂 Okej, na dłuższą metę zdecydowanie może to być uciążliwe, gdy trzeba załatwić jakąś ważną sprawę w urzędzie czy banku. Chodzi jednak o to, że nie trzeba się tak spinać i brać wszystkiego na serio, gonić ślepo za wszystkim. Można chwilę odczekać, nabrać powietrza, pomyśleć dokładnie, a potem zacząć działać. To czyni ich wyluzowanych, ze zdrowym podejściem do życia.

Baku. Kraina szklanych domów

Pamiętacie „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego? Pojawia się tam mit szklanych domów, który jest jednym z najważniejszych symboli pojawiających się w tej książce,  będący wyobrażeniem marzenia o idealnym kształcie nowej Polski. Historię o szklanych domach opowiada Cezaremu Baryce jego ojciec w trakcie podróży z Baku do ojczyzny. Seweryn Baryka tłumaczy synowi, że Polska to kraj o najwyższym poziomie cywilizacyjnym, w którym buduje się domy ze szkła. Surowiec ten jest wytwarzany w nadmorskich fabrykach, a następnie wykorzystywany do konstrukcji nowoczesnych budowli. Domy wykonane ze szkła są czyste, niezwykle wygodne i higieniczne. Zostały wyposażone w specjalny system grzewczy i chłodzący. Stanowią więc idealne połączenie estetyki i komfortu. Mit o szklanych domach w pierwszej kolejności można więc odczytywać jako synonim postępu cywilizacyjnego, a Baku z całą pewnością jest miastem, które w szaleńczym tempie zalicza rozwój technologiczny i architektoniczny. Dlaczego wspominam o szklanych domach, które miały przecież znajdować się w Polsce? W stolicy Azerbejdżanu szklane domy nie są żadnym mitem, a rzeczywistością.

Przed wyjazdem wielu moich znajomych pukało się w czoło i zastanawiało, co ja znowu wymyśliłam. Pytali: „Ale, że gdzie?”, „Nie ma takiego kraju” albo „Gdzie Ciebie znowu niesie?”. Dla mnie tajemniczy, fascynujący i egzotyczny kraj. Dla innych niebezpieczny, zacofany i dziki koniec świata. Jak to jest z tym Azerbejdżanem?

Azerbejdżan nazywany jest „Krainą Ognia” i z całą pewnością jest państwem pełnym kontrastów i przeciwieństw, zawieszone gdzieś pomiędzy Europa a Azją. Można w nim znaleźć zarówno ślady starożytnych imperiów, jak i nowoczesny naród, ulegający ekspresowej transformacji dzięki ogromnym dochodom z ropy naftowej. Stolica kraju – Baku – to kosmopolityczne miasto położone nad Morzem Kaspijskim. Niewiele jest miast  na świecie, które zmienia się w tak szaleńczym tempie. W ostatnim dziesięcioleciu w Baku „wyrosło” wiele drapaczy chmur, które zastępują lub zasłaniają ponure bloki mieszkalne z czasów ZSRR. Swoje miejsca maja też zakochani spacerujący po zielonych parkach czy promenadzie nad brzegiem Morza Kaspijskiego, którego zielono-błękitne wody pozwalają szybko zapomnieć o tym, że miasto otaczane jest przez rozległe pustynie.

Stare Miasto

Zabytkowym sercem Baku jest Stare Miasto, które widnieje na liście UNESCO. To właśnie tam znajdują się najciekawsze zabytki, klimatyczne restauracje z lokalnym jedzeniem i całe rzesze barwnych sklepów z dywanami, od których można oczopląsu dostać. Krążąc po zaułkach i uliczkach Starego Miasta, wielu sprzedawców zachęcało mnie, żebym kupiła od nich jedwabny dywan za 16 tys. euro, ale akurat nie miałam  przy sobie drobnych 😉 A tak na serio, to miałam wielka ochotę kupić jakiś dywan, bo były cudowne, ale niestety nie dałabym rady go ze sobą zabrać – tylko bagaż podręczny wchodził w rachubę 😦 Kiedy w odpowiedzi na pytanie skąd jestem, odpowiadałam zgodnie z prawdą, że z Polski, to zapraszali mnie na herbatkę do siebie do sklepu 🙂 Z jednej propozycji nawet skorzystałam, miło spędzając czas i plotkując przy aromatycznym caju o mojej podróży, o moim kraju i Azerbejdżanie. Zaskakujące było to, że Azerowie posiadają dużą wiedzę o Polsce i z fascynacją opowiadają o swoich doświadczeniach. Każdy, z kim zamieniłam kilka zdań, albo pracował kiedyś w moim kraju, albo był na wycieczce, albo ktoś z rodziny tam wyjechał. Bardzo miłe i rzadko spotykane zjawisko.

Strzelista kamienna wieża o wysokości 29 m i licząca ponad 1000 lat to jeden z najbardziej znanych zabytków Baku. Ze szczytu rozpościera się widok na Zatokę Bakijską i stare Miasto. Jej nazwa tłumaczona jest jako „Baszta Dziewicza” i wiąże się z tym, że była niedostępna dla wrogich wojsk, które miały problem z jej zdobyciem. Dokładnie naprzeciwko Baszty Dziewiczej znajdują się liczne wykopaliska archeologiczne. Idąc dalej natkniemy się na Meczet „Piątkowy” zbudowany w 1899 r., ozdobiony misternymi płaskorzeźbami. Do dnia dzisiejszego służy mieszkańcom miasta.

Promenada

Do Starego Miasta najlepiej (i najprzyjemniej) dostać się piechotą, przechadzając się po tamtejszej promenadzie, która ma się wrażenie – ciągnie się przez pół miasta. Po jednej stronie możemy podziwiać liczne parki, karuzele i malutkie kawiarenki, zaś po drugiej rozciąga się widok na Zatokę Bakijską. Na końcu bulwaru można wsiąść do Funtrain, czyli kolejki, która zawiezie nas na wzgórze w okolice Ognistych Wież. Tam rozpościera się przepiękny widok na miasto i całą Zatokę.

Ogniste Wieże

Ogniste Wieże to najbardziej charakterystyczne drapacze chmur w Baku. Trzy faliste wieże z błękitnego szkła tworzą architektoniczną wizytówkę tego miasta. Mają od 28 do 33 pięter wysokości i są tak potężne, że największe wrażenie robią, gdy się je podziwia z odległości. W jednej wieży znajduje się hotel, w drugiej biurowce, a w trzeciej ekskluzywne apartamenty. Najpiękniej prezentują się nocą, tworząc ogromny ekran, na którym odbywa się pokaz świateł. O ile mi się wydaje, to mają 5 albo 6 animacji, na pewno zapamiętałam flagę Azerbejdżanu, krople wody, ale najpiękniejsza gra świateł to płomienie.

Muzeum Dywanów

Na uwagę zasługuje nietypowe muzeum, a mianowicie Muzeum Dywanów. Niestety nie udało mi się wejść do środka, bo akurat wtedy było zamknięte 😦 Z zewnątrz wygląda przekomicznie: muzeum zostało zaprojektowane na wzór zawiniętego  dywanu 🙂 Mnie osobiście przypominał ogromnego naleśnika 😀 Można tam obejrzeć zbiór (ponoć przepiękny) azerskich dywanów, a także poznać ich niezwykłą historię.

„Szklane domy”

Na koniec powracam do wspomnianego wcześniej wątku o szklanych domach. Mowa o bakijskich drapaczach chmur, które co prawda z tradycyjnym domem nie mają nic wspólnego, ale z całą pewnością należą do czołówki najnowocześniejszych budynków świata. Różne kształty i rozmiary przyprawiają o zawrót głowy.

Centrum Kuturalne im. Hejdara Alijewa

Do najnowocześniejszych budynków zalicza się Centrum Kulturalne im. Hejdara Alijewa. To przeogromny budynek zaprojektowany przez muzułmankę, znakomitą architekt  Zahę Hadid. Jest to doskonały przykład bryły charakterystycznej dla XXI wieku. Mnie osobiście przypominał ogromny statek kosmiczny. W środku organizowane są koncerty i wystawy. Podobny gdy się patrzy na budynek z lotu ptaka, można zauważyć, że kształtem przypomina sygnaturę podpisu Hadid.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Wspomnienia zamknięte w książce

Uwielbiam zdjęcia. Zarówno robić je, jak i do nich pozować. Chociaż nie jestem żadną profesjonalistką, to staram się robić ładne i estetyczne fotki. Nie posiadam też aparatu z wymiennym obiektywem i milionem opcji, za to mój sprzęt sprawuje się całkiem nieźle 🙂 W mieszkaniu mam całą „galerię” z własnymi zdjęciami. Może to brzmi trochę egoistycznie, ale lubię spoglądać na uchwycone wspaniałe momenty, piękne miejsca czy inspirujące mnie obrazy. Zawsze marzyłam o takiej „galerii”, więc w końcu się jej doczekałam 🙂 Chociaż jak dla mnie jest już za mała, ale miejsca w mieszkaniu już brak na kolejne ramki ze zdjęciami 🙂

Ze swoich podróży zawsze przywożę setki zdjęć. Chociaż niektóre z nich umieszczam na portalach społecznościowych, to cała resztę trzymam zapomnianą w czeluściach mojego komputera. Czasami do nich powracam, żeby przypomnieć sobie te wszystkie piękne miejsca, ale szczerze to rzadko kiedy mam na to czas. Kiedyś od razu po powrocie z danego miejsca wywoływałam najciekawsze fotografie i umieszczałam je w albumie.  Teraz już tego nie robię i szczerze przyznam nie wiem dlaczego. Długo zwlekałam, ale w końcu skonstruowałam swoją pierwszą foto książkę! 🙂 To nie tylko sentymentalny powrót, może to być również świetny prezent dla bliskich osób. Dzięki takiej fotoksiążce nie muszę przeszukiwać swojego komputera, by przenieść się do , tylko sięgam po taką skarbnicę wspomnień, w której umieściłam najciekawsze i najpiękniejsze zdjęcia.

Zdecydowałam się na foto książkę tematyczną o Hiszpanii.  W sumie to nie wiem, ile razy byłam już w tym kraju (wydaje mi się, że 8 albo 9), ale niezależnie od tego ZAWSZE mogę do niego powracać. Tak na marginesie, właśnie jestem świeżo po powrocie z Hiszpanii, dlatego wzięło mnie na sentymenty 🙂 W fotoksiążce skupiłam się na Andaluzji, południowym regionie tego państwa, do  którego mam wielki sentyment i na samo wspomnienie serce zaczyna mi mocniej bić. Przepiękne wąskie uliczki udekorowane kwiatami, słoneczne plaże czy zapierająca dech niesamowita architektura – wszystko to musiałam uwiecznić w tej fotoksiążce. Z łezka w oku przeglądam kolejne karty, a serce rwie się do kolejnej podróży w tamten hiszpański region.

Pojawiły się również momenty z Barcelony – to właśnie podczas pierwszej wizyty w tym mieście (a co za tym idzie – również kraju) zakochałam się w Hiszpanii. Chociaż stolica Katalonii to zupełnie inna (dosłownie) bajka, nie mogłam jej pominąć. Sagrada Familia, Park Guell, Casa Batllo, Casa Mila – chociaż raz w życiu wszystkie dzieła Gaudiego trzeba zobaczyć na własne oczy. Mam to szczęście, bo widziałam je dwukrotnie i nie zamierzam na tym poprzestać 🙂 Poza tym Barcelona to również sentymentalne wspomnienie mojej pierwszej hiszpańskiej miłości 😉

Jeśli nie macie pomysłu na prezent dla najbliższych albo po prostu chcecie mieć fajną pamiątkę z podróży czy jakiegoś ważnego dla Was wydarzenia, zróbcie sobie taką fotoksiążkę. Ja swoją zamówiłam na stronie Printu. Dostępnych jest tam wiele ciekawych gotowych szablonów, a jeśli Wam jednak żaden nie odpowiada, możecie sami stworzyć książkę od podstaw 🙂 Więcej o fotoksiążce dowiecie się tutaj: https://printu.pl/fotoksiazka/.

Ja jestem bardzo zachwycona swoją i niebawem mam zamiar skonstruować kolejne. Jaki kierunek? To się jeszcze okaże 😉

Xinaliq. Kaukaskie Machu Picchu

Gdzieś w Azerbejdżanie, na jego końcu świata, ukryta wysoko w górach znajduje się maleńka wioska, w której ludzie żyją skromnie i mówią własnym, nikomu niezrozumiałym językiem. Wioska ta nosi nazwę Xinaliq (lub Hinalug lub Khinalug). Planując swoją wyprawę do tego kraju wiedziałam, że koniecznie muszę tam pojechać. Właściwie poza Baku, to był drugi punkt mojej podróży po Azerbejdżanie.

Kilka godzin jazdy autobusem lub samochodem od miasta Quby, miasta znajdującego się w północnym Azerbejdżanie, gdzie droga wiedzie przez malownicze wąwozy i ośnieżone szczyty gór, na wysokości około 2300 m n.p.m. leży jedyna w swoim rodzaju wioska – Xinaliq. Do niedawna nieznana i niedostępna była nawet dla większości Azerów. Jest to nie tylko najwyżej położona wieś w Azerbejdżanie, ale również w Europie. Mieszkańcy wioski wierzą, że ich przodkowie wysiedli tutaj prosto z Arki Noego, która miała zatrzymać się na płaskim wierzchołku góry. Można odnieść wrażenie, że Xinaliq leży na szczycie jakby ściętego wierzchołka góry, przypomina twierdzę, a niektórzy nazywają go kaukaskim Machu Picchu.

fot. Trip Advisor

Starożytna wioska Xinaliq to miejsce, które bez wątpienia robi piorunujące wrażenie. Jednak sama trasa z Quby, która jest niezwykle malownicza, również stanowi atrakcję sama w sobie. Droga wiedzie najpierw lasem, a następnie prowadzi wąwozami, by w końcu wyłonić się w oszałamiającej i zapierającej dech górskiej dolinie. Muszę przyznać, że całą tę trasę (w obie strony) jechałam z nisko opadnięta szczęką. Mało rzeczy robi na mnie szczególne wrażenie, ale trasa do Xinaliq totalnie mnie zachwyciła. Momentami nie jest zbyt bezpieczna, śliska, pełna zwężeń i skarp. W pewnym momencie musieliśmy zmienić samochód na „terenowy”, który miałam wrażenie, że rozpadnie się po drodze na drobne kawałki, a kierowca jechał jak opętany. Na w obie strony szczęście dotarliśmy w jednym kawałku 🙂

Aktualnie dojazd do celu jest prosty, ale jeszcze niespełna pół wieku temu Xianliq było górską wioską praktycznie odciętą od świata. By dostać się do cywilizacji trzeba było pokonać ponad 20 kilometrów pieszo lub konno po trudnym, wysokogórskim terenie. Położenie wioski sprawiło, że przez około 2000 (niektóre źródła podają, że nawet 5000) lat mieszkańcy Xinaliq żyli w odosobnieniu, pielęgnując odrębne, pradawne zwyczaje i tradycje – uznano ich za osobne plemię. Język którym posługują się tubylcy jest niepodobny do żadnego innego na Ziemi. Nawet sami Azerowie nie są w stanie go zrozumieć. Składa się z siedemdziesięciu siedmiu głosek i ma siedemnaście przypadków.

Wioska liczy obecnie nieco ponad 300 domów, a populacja w 2007 roku wynosiła 2075 ludzi. Niektóre z domów mają ponad 200 lat. Tamtejsza architektura jest bardzo charakterystyczna –  dach jednego domu służy również jako dziedziniec domu położonego wyżej na wzgórzu. Wszędzie wokół suszy się krowi nawóz wykorzystywany jako opał. Prawie nie ma ulic, tylko strome ścieżki prowadzące do kamiennych gospodarstw. Mieszkańcy żyją z wypasania owiec, które są niezwykle dla nich ważne – dają nie tylko mleko i mięso, ale także wełnę. W Xinaliq znajduje się jedna szkoła dla wszystkich dzieciaków, maleńkie muzeum, w którym jest wszystko i nic 🙂  Mieszkańcy tego rejonu mają również swoją bazę wojskową, umiejscowioną opodal, na skraju wzgórza.

Xinaliq staje się miejscem coraz bardziej znanym i popularnym, dlatego teraz mieszkańców nie dziwi widok licznie przybywających turystów. Jednak jeszcze pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku, obcy przybysze wzbudzali nie lada sensację. Przełom nastąpił w drugiej połowie 2006 roku, gdy w związku z przyjazdem prezydenta Ilhama Alijewa , droga z Quby została wyasfaltowana.

Co ciekawe, na tym azerskim końcu świata, w wiosce ukrytej wysoko w górach, gdzie nie dociera praktycznie żadna cywilizacja, spotkałam dwunastoletnie dziewczynki, które sprzedawały własnoręcznie wydziergane rękawiczki i skarpetki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dziewczynki te płynnie mówiły… po angielsku! Nie jest to takie oczywiste, gdyż nawet w Baku – stolicy kraju nie każdy znał ten język. Gospodarz, do którego zawitaliśmy na obiad, również posługiwał się angielskim, jednak nie w tak  zaawansowanym stopniu, jak napotkane dziewczynki. Zabawne było, kiedy kazał nam odgadnąć ile ma lat. Wszyscy szacowaliśmy przedział wiekowy 60-70 lat (bo na tyle wyglądał), a okazało się, że liczy… 47 wiosen! 🙂 Surowy, górski klimat i ostre słońce sprawiają, że ludzie szybciej się tam starzeją, czego przykładem był sympatyczny gospodarz 🙂

Czuję wielki niedosyt, gdyż nie zdołałam nasycić się tymi oszałamiającymi widokami. Zbyt mało czasu tam spędziliśmy, bo jednodniowa wycieczka to zdecydowanie za krótko. Plan na następny raz: pojechać do Xinaliq na co najmniej jedną noc i obudzić się w pokoju z widokiem na te cudowne góry 🙂 Już nie mogę się doczekać 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Ałtyn Emel. Dziki wschód Kazachstanu

Co mi się kojarzyło z Kazachstanem zanim się tam pojawiłam? Przede wszystkim z ogromnymi przestrzeniami. I miałam rację, bo odległości – nie tylko w miastach i między miastami – ale również na łonie natury są przeogromne. Znajdujący się na południu kraju Park Narodowy Ałtyn Emel jest tego żywym dowodem.

Na pierwszy rzut oka Ałtyn Emel przypomina powierzchnię księżyca. Wydaje się, że poza żwirową „drogą”, jakimiś pojedynczymi suchymi badylami po poboczach oraz oddalonymi szczytami górskimi nic nie ma. Sceneria rodem z amerykańskich westernów. Park wygląda na miejsce surowe i nieprzyjazne do zamieszkania, ale to tylko pozory, ponieważ obfituje w zamieszkujące go istoty –  około 270 gatunków zwierząt. Miałyśmy szczęście, bo w trakcie podróży widziałyśmy stado dziko żyjących wielbłądów 🙂 Moje współtowarzyszki widziały również węże i setki myszoskoczków (?), które niczym torpedy uciekały przed naszym samochodem.

No właśnie, bez własnego środka transportu ani rusz. Park zajmuje powierzchnię 4600 km kwadratowych, dlatego warto przyjechać tu na dłużej niż jeden dzień. Tym bardziej, że główne atrakcje dzielą spore odległości. Park leży na wysokości 1000–1200 m n.p.m. i prawie ze wszystkich stron otaczają go góry. Na jego obszarze występują pustynie, półpustynie, kamieniste i gliniaste równiny, a także wszechobecny step. Co ciekawe, w czasach sowieckich wstęp na teren Ałtyn Emel był zabroniony, a Park Narodowy utworzono dopiero w 1996 roku, zaś 6 lutego 2002 roku został zgłoszony do wpisania na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nazwa „Ałtyn Emel” oznacza Złote Sidło, a jego nazwę nadał sam Chingis Chan. Wielkiemu wodzowi najprawdopodobniej skojarzyła się ona z nim którąś z przełęczy, ale do dzisiaj nie jest wiadomo z którą.

Na terenie parku znajdują się 3 obozy campingowe. My korzystałyśmy z dwóch (a na każdym z nich nie chcieli od nas żadnej zapłaty!). Na pierwszym campingu tzw. „rangersi” (czyli strażnicy parku) urządzili nam powitanie godne samej Królowej Elżbiety. Na „dzień dobry” przynieśli nam po kieliszeczku wysokoprocentowego lokalnego trunku (ichniejsza wódka), a potem przepyszne, świeże warzywa do kolacji. Ci bardziej dżentelmeńscy pomogli nawet rozbić namiot naszym współtowarzyszkom. Potem zafundowali nam niebanalną atrakcję jaką było podziwianie karpiowatych ryb w ich stawiku 🙂 Na sam koniec urządzili huczne „przyjęcie” w postaci ogniska pod rozgwieżdżonym niebem. Alkohol lał się strumieniami, meteoryty spadały z nieba, a śpiewom nie było końca. „Rangersi” śpiewali swoje ludowe pieśni, co było bardzo miłym i pozytywnym doświadczeniem, po czym na nasze nieszczęście kazali nam śpiewać jakieś polskie przyśpiewki. Na nieszczęście, ponieważ żadna z nas nie znała do końca całego tekstu piosenki, co wcale nie jest żadnym powodem do dumy… Następnego dnia rano spakowałyśmy nasze manatki i pognałyśmy przed siebie, a konkretniej ku czekającej nas przygodzie  – ku Śpiewającej Wydmie!

Śpiewająca Wydma

Pojawiłyśmy się tam z samego rana, około godziny 9:00. Myślałyśmy, że będziemy jako pierwsze, ale nasze zdziwienie nie miało końca, gdy na miejscu okazało się, że niemal cały parking jest zastawiony samochodami, a ludzie już nawet schodzili ze szczytu. Nie chodziło już tylko o wszechobecne tłumy turystów, ale przede wszystkim o temperaturę. W sierpniu, na południu Kazachstanu żar leje się z nieba, a chcąc uniknąć udaru w trakcie wspinaczki, postanowiłyśmy zdobyć szczyt z samego rana. Jak się okazało, im wyżej się wspinałyśmy, tym temperatura proporcjonalnie wzrastała. A wchodzenie do góry po rozżarzonym piasku nie jest najłatwiejszym zadaniem 🙂 Na szczęście udało się wejść na szczyt, mimo palpitacji serca i prawie wyplutych po drodze płuc 🙂 Widok na szczycie był oszałamiający – wydma jest długa na 2–3 km i wysoka na 120 m. Niestety, nie miałam okazji usłyszeć jak śpiewa 😦 Może wszystko przez to, że w trakcie wspinaczki nasypał mi się piasek do uszu? 🙂

A dlaczego nazywana jest śpiewającą? W odpowiednio wietrznych warunkach (podobno) emituje charakterystyczny, dudniący odgłos, który powstaje w wyniku wibracji wywołanych przez osypujący się piasek. Natomiast według legendy są to dźwięki wydawane przez dusze pochowanych pod piaskami wojowników, w tym samego Czyngis Chana!

Góry Aktau

Gdy stoczyłyśmy się z wydmy, dalej pognałyśmy w kierunku niezwykłego pasma górskiego Aktau. „Aktau” oznacza białe góry, ale wzgórza wyglądają tak jedynie z daleka. To perełka Parku Narodowego Ałtyn Emel. Obszar rozciągający się na ok. 50 km kwadratowych pełny jest kanionów i różnokolorowych skał. Z bliska dolina mieni się całą paletą barw: żółtą, rudą, czerwoną, a nawet błękitną i zieloną. Kolorowe skały tworzą niesamowity efekt. Nie da się ukryć, że tamtejsze tereny są piękne, ale także bardzo niegościnne. Ze względu na piekielne temperatury, na spękanej słońcem ziemi nic tam nie rośnie.

Zanim dojechałyśmy na miejsce, żar lał się z nieba, było chyba z 1000 stopni Celsjusza. Nawet oddychać było trudno, a co dopiero wspinać się po kolorowych górach. Nie chcąc ryzykować udarem, pokręciłyśmy się chwilę w kółko robiąc kilka zdjęć oraz próbując nie usmażyć się w promieniach kazachskiego słońca. Wyjechałam stamtąd z pewnym niedosytem i żalem, że nie udało się wejść wyżej i popatrzeć na te cuda natury z innej perspektywy. No cóż, mam powód, żeby tam jeszcze wrócić, chociaż zapewne o innej porze roku niż sam środek lata 😉

Drugi nocleg spędziłyśmy na innym campingu, sporo oddalonym od poprzedniego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że publiczny obóz znajdował się na prywatnej posesji kazachskiej rodziny! Oczywiście oni również nie chcieli od nas żadnej zapłaty za nocleg. Nie oczekiwałyśmy żadnych luksusów, jak to na campingach bywa, ale spocona i oblepiona piaskiem, marzyłam tylko o prysznicu. Naturalnie bieżącej wody tam nie było, a tym bardziej żadnego prysznica –  jedynie staw, do którego spływały wszystkie brudy i pomyje. Na szczęście obok płynęło sobie źródełko z krystalicznie czystą i lodowatą wodą. Nie pozostało nam nic innego, jak napełnić dużą butelkę, wziąć kubek do polewania i udać się w ustronne miejsce schowane w krzakach. Muszę przyznać, że pierwszy raz w taki sposób „brałam prysznic”, ale desperacja sięgnęła zenitu 🙂 Lodowata woda ze źródełka przedostała się nawet do mojego szpiku kostnego 🙂 Jak się potem okazało, mieszkańcy tamtejszej wsi mają swój prysznic, a jakże! Przecież jaki wstyd byłoby nie mieć. Następnego ranka młody chłopak zaprowadził nas do tej „łazienki”. Prysznic wyglądał następująco: przez pękniętą (i zardzewiałą) rurę wydostawała się wątpliwego koloru woda, która wpadała wprost do kolejnego (również wątpliwego) bajorka. Sądziłam, że temperatura wody będzie zbliżona do tej w źródełku i po raz kolejny moje wewnętrzne organy zostaną zamrożone. Ale nie – o dziwo czynność higieniczna odbywała się w iście ekskluzywnych warunkach: wokół otaczała nas dzika natura, woda okazała się cieplutka, a dodatkowo posiadała jakieś cenne składniki mineralne. Aż tak bardzo ciekawa nie byłam, więc nie wnikałam co tam w niej siedzi – na pewno wyczułam siarkę 🙂 Mało tego, całe przedsięwzięcie odbywało się nieopodal domowego gospodarstwa, a więc z dodatkowymi atrakcjami w postaci kilku wpatrzonych w nas ciekawskich par oczu 🙂 Ale wiecie co? Miałam totalnie gdzieś, że mogę być podglądana. Taki „prysznic” na łonie natury był niesamowitym przeżyciem, które z sentymentem zawsze będę wspominać 🙂

Następnego dnia rano, spakowawszy nasz dobytek, wysuszyłyśmy w stronę  zachodzącego słońca. A konkretniej –  do innych atrakcji, jakie oferował nam Kazachstan. Ale o nich opowiem w kolejnym poście 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Kanion Szaryński. Kazachski cud natury

Niewiele jest miejsc, które potrafią mnie zachwycić do tego stopnia, że na sam widok zapiera mi dech. Kanion Szaryński był jednym z punktów „must see” w trakcie wizyty w Kazachstanie. Właściwie nie – to był główny cel mojej tej wyprawy. Zanim jeszcze zaplanowałam cała trasę, wiedziałam, że koniecznie muszę tam pojechać.

Kazachowie są bardzo dumni i szczycą się Kanionem. Trudno się dziwić, gdyż Matka Natura podarowała im cenny dar. Nazywają go młodszym bratem amerykańskiego Wielkiego Kanionu. To jedno z najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Kazachstanie. Znajduje się on około 200 km na wschód od miasta Ałmaty, dawnej stolicy kraju. Rozciąga się na długości 120 km i liczy aż 12 mln lat. Został wyżłobiony przez rzekę Szaryn. Szerokość waha się od 20-80 metrów a wysokość od 80 do 300 metrów.

Żeby dostać się do Kanionu, najlepszym środkiem transportu będzie samochód. Oczywiście z Ałmaty jeżdżą marszrutki w tamtym kierunku, ale nie dowożą pod sam kanion – czeka nas jeszcze 10 km „spacer” 🙂 Wstęp do Kanionu jest płatny, około 700 tenge za osobę, czyli w przeliczeniu jakieś 8 zł! Co do samochodu, to najlepiej mieć wyposażony w napęd 4×4, gdyż będzie nim można zjechać na sam dół Kanionu. Niestety nasza „limuzyna” nie nadawała się do ekstremalnej i wyboistej „drogi” pomiędzy przepaściami, więc musiałyśmy iść pieszo. Spakowałyśmy najpotrzebniejszy dobytek, zarzuciłyśmy na plecy  sprzęt i pognałyśmy w dół, obładowane niczym cygański tabor.

Najpiękniejsze miejsce Kanionu to tzw. Dolina Zamków, czyli duże i rozciągające się na obszarze ok. 3 km skupisko skał i kamieni o fantazyjnych kształtach. Niektóre z nich faktycznie przypominają zamki, wieże i grzyby, inne zaś maja dziwne i do niczego nieporównywalne kształty. Podążając nim możemy podziwiać ciekawe formy powstałe ze skał podatnych na działanie wody, wiatru i temperatury. Za sprawą zachodzącego słońca, skały mienią się na pomarańczowo i czerwono, ale zmieniają odcienie w zależności od padających promieni. Właśnie ten widok sprawił, że zaparło mi dech.  Dla takich chwil warto podróżować.

Na samym końcu Kanionu, tuz przy rzece znajduje się Eco Park. Można wypożyczyć na noc jurtę lub bungalow, ale jest również opcja darmowego rozbicia namiotu na kempingu, z której my skorzystałyśmy. Jest tam również restauracja i bar, gdyby ktoś chciał wieczorem posiedzieć i zrelaksować się przy piwku. Właśnie tam, wracając do namiotu natknęłam się na spacerującego skorpiona 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Wrocław. Po drugiej stronie podwórka

Uwielbiam Wrocław. To moje drugie ulubione miasto w Polsce, mogłabym tam spędzać każdą wolną chwilę. Stolica Dolnośląska zachwyci każdego przybysza ciekawą historią, mnóstwem urokliwych kamienic,  świetnymi knajpkami, no i przede wszystkim krasnalami ukrytymi w całym mieście. Każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Ale dzisiaj nie będzie o jego pięknie, przynajmniej nie w standardowym znaczeniu tego słowa. Całkiem niedawno odkryłam inną twarz tego miasta. Jest taka dzielnica we Wrocławiu, która przenosi nas do świata magii. Spotkamy w nim Vincenta Van Gogha, Fridę Kahlo, Irenę Sendlerową, Gustawa Klimta, Spartan, starożytnych faraonów, Marię Skłodowską-Curie czy Janosika ze swoją zbójnicką ekipą. Tą dzielnicą jest Nadodrze.

Szare kamienice przy ul. Jedności Narodowej i Roosevelta skrywają niesamowite podwórko stworzone przez samych mieszkańców, pod kierunkiem artystów. Głównym celem ekspozycji jest pokazanie street art’u nie tylko jako zjawiska społecznego i formy aktywności twórczej młodych ludzi, ale przede wszystkim jako sposobu szczególnego dialogu międzypokoleniowego Nadodrza.

Jednak to, był dopiero przedsmak, co tak naprawdę Po drugiej stronie ulicy czekała na mnie wrocławska Kraina Czarów.

Dzieło to zajmuje ponad 1200 metrów kwadratowych i jest połączeniem malarstwa, rzeźby i ceramiki, zaangażowani byli wszyscy mieszkańcy – od najmłodszych, przez młodzież, mniejszość romską, kibiców piłkarskiego Śląska, po seniorów Na malowidle, w które wkomponowane są rzeźby, płaskorzeźby, a nawet wiersz znajdują się portrety mieszkańców kamienic i ich pupili – kotów i psów.

Miałam okazję spotkać  jednego młodego modela, którego wizerunek widnieje na wejściu do jednej z kamienic 🙂 To ten młodzieniec w białym ubraniu, po lewej stronie 🙂

Przyznam szczerze, że jeszcze nie spotkałam się z taką piękną sztuka uliczną. Przy tych muralach wszystkie inne wydają się być zwykłymi bohomazami 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Astana. Stolica kiczu i tandety

Podróż do Kazachstanu była moją pierwszą wyprawą do Azji. Zachwyciłam się tam cudowną i zniewalająco piękną naturą, poznałam wspaniałych i przemiłych ludzi, ale mimo wszystko mam mieszane uczucia co do tego kraju. Wróciłam trochę rozbita i zmęczona fizycznie. Sama nie wiem, czy chciałabym tam wrócić. Uważam jednak, że Kazachstan jest państwem, które doskonale przygotowuje nas do zderzenia z innym kontynentem, religią oraz kulturą i mimo wszystko – warto tam zawitać.

Astana. Na samą myśl o tym miejscu mam mdłości. To nie tak, że miasto jest brzydkie i brudne, albo ludzie są nieuprzejmi. Nie. Po prostu czułam się tam mocno przytłoczona tą supernowoczesną architekturą, zaś  liczba piechotą przebytych tam kilometrów sprawiła, że na długo po powrocie do Warszawy nogi dawały mi znać o tamtejszym „spacerze”. Astana jest ogromnym miastem, w sumie nie ma się co dziwić, w końcu cały Kazachstan jest ogromny i rozległy. Odległości do pokonania, czy to w mieście czy na trasie, są niesamowicie długie. Po wizycie w macedońskim Skopje nie sądziłam, że jakieś inne miasto może odebrać mało zaszczytny tytuł tandetnego i kiczowatego, ale jednak Astana znacznie przebiła Skopje. Pompatyczna architektura, drapacze chmur, centra handlowe rodem z kosmosu, nowe pomniki, luksus, blichtr i patos – tak w jednym zdaniu można opisać stolicę Kazachstanu. Byłam przytłoczona wizytą w tym mieście jeszcze przez długi czas po powrocie do Polski. Pewnie dlatego tak długo zeszło mi zebranie się w sobie i napisanie tego postu.

Stolica Kazachstanu to miasto przyszłości, które ma pokazać światu, że kraj ten aspiruje do miana wielkiego mocarstwa. Niewiele istnieje państw na świecie zbudowanych w takim tempie i determinacją. Mówi się, że kazachska stolica i Dubaj ścigają się w zdobyciu tytułu supernowoczesnego miasta. Co prawda nie byłam w Dubaju, ale co do Astany to mogę potwierdzić. Jest stosunkowo młodą stolicą, bo w ubiegłym roku świętowano 20-lecie jej ustanowienia. Co prawda nie jest jeszcze w pełni ukończona, ciągle jest w budowie i wszędzie widać wiszące nad miastem żurawie budowlane.

Symbolem nie tylko Astany, ale całego Kazachstanu jest Wieża Bajterek. Zaprojektowana została przez architekta Normana Fostera i powstała na początku XXI wieku. Sięga 97 m – na pamiątkę 1997 roku, w którym to Astana została mianowana stolicą kraju. Na szczycie wieży umieszczono szklaną kulę , a jej wnętrzu jest się taras widokowy. Na najwyższym poziomie znajduje się odcisk dłoni do spełnienia życzeń. Legenda głosi, że jest to odcisk dłoni samego prezydenta Nazarbajewa, zaś inna mówi – jednego z budowniczych wieży.

Wokół Bajtereku powstał cały zespół pompatycznych i przytłaczających swą wielkością (i wysokością) budynków ze szkła i betonu, zwany kazachskim Manhattanem. Na mnie nie zrobiło to szczególnego wrażenia. Ilość tych drapaczy chmur, ale również ich zróżnicowanie architektoniczne powodowało, że chciałam stamtąd czym prędzej uciekać. Z jednej strony szklane, niekiedy nawet kosmiczne budynki, z innej ociekające złotem, a obok nich chińska „świątynia”. Zdecydowanie dla mnie za dużo tego wszystkiego na raz.

Nieopodal, czyli jakaś 1-1,5 godziny spaceru (a tak naprawdę tylko dwie przecznice) znajduje się rezydencja ich ukochanego prezydenta Nazarbajewa, Ak-Orda oraz siedziba ministerstw. Pośród nich jest wyróżniający się swa długością, ponad kilometrowy budynek, w którym mieszczą się wszystkie ministerstwa Kazachstanu.

Meczet Nur-Astana to piękna budowla z 2005 roku, zaprojektowana przez libańskiego architekta, zbudowana przez tureckich pracowników, a sfinansowana przez bogobojnego emira Kataru. Duża sala meczetu mieści 5 tys. mężczyzn, zaś balkon na piętrze 2 tys. kobiet.

Przyznaję, że było to jedyne miejsce w całym Kazachstanie, w którym poczułam się nieswojo. Mimo tego, że miałyśmy na sobie długie szaty i zasłonięte włosy, to mężczyźni modlący się tam patrzyli na nas groźnie, a wręcz wrogo. Fakt, że nie miałyśmy pojęcia, że sala dla kobiet znajdowała się na górze, ale razem z nami było kilka innych zagubionych kobiecych duszyczek i tylko na nas patrzyli się w taki sposób. Niesmak pozostał i miałyśmy obawy, żeby pójść do innego meczetu znajdującego się w Astanie, który moim zdaniem jest nie tylko większy, ale przede wszystkim bardziej interesujący.

Poza tym, w całym mieście znajduje się masa tandetnych budowli, jak np. szklana piramida (do tej pory nie wiem, co znajduje się w jej wnętrzu) czy centrum handlowe, które swym kształtem przypomina pojazd kosmiczny. Znalazła się także kazachska wersja Pałacu Kultury 😊

Czym byłoby miasto z tytułem tandetnego i kiczowatego bez mnóstwa pomników, figurek i innych bajerów poustawianych i wciśniętych gdzie się tylko da? 😊

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Madryt. W innym wymiarze

Rzadko bywam kilka razy w jednym mieście, nawet jeśli totalnie mnie zauroczy. Z Madrytem to trochę inna sprawa. Zauważyliście pewnie, że to mój pierwszy post o Madrycie. Z całą moją miłością do Hiszpanii, do tej pory z premedytacją pomijałam jakikolwiek wpis o jej stolicy. Dziwne? Nie do końca, bo tak naprawdę to nie lubię tego miasta. Dla mnie jest ono zbyt poukładane, dystyngowane, przewidywalne i nijakie. Los jednak jest przewrotny i sprawił, że po raz kolejny – trzeci już – trafiłam do stolicy Hiszpanii. Prawda jest taka, że bardziej przyciąga mnie pewna osoba tam mieszkająca, niż same miasto 🙂 Właściwie to nie lubiłam Madrytu, aż do ostatniej wizyty.

W trakcie trzeciego pobytu w Królewskim Mieście, nie chciałam po raz kolejny odwiedzać „oklepanych” miejsc, typu Plaza Mayor, Puerta del Sol, El Retiro  czy Templo de Debod. Chciałam tym razem zobaczyć coś innego, całkowicie niepasującego do tego miasta. Byłam przekonana, że Madryt nie ma nic takiego do zaoferowania. Ku mojemu zaskoczeniu (i zadowoleniu), okazało się, że jednak ma! Dlatego tym razem cieszyłam się bardzo na wizytę w stolicy Hiszpanii.

Dlaczego zatem zmieniłam zdanie?

Podczas poprzednich moich wizyt w Madrycie zawsze zatrzymywałam się u znajomych, gdzieś z dala od centrum miasta. Tym razem trafiłam do dzielnicy Chueca, która uznawana jest za dzielnicę… LGBT. Moje zdziwienie było przeogromne, gdy wyłoniłam się z metra na powierzchnię. Niczego nieświadoma, krocząc w nocy prze dzielnicę, wszędzie widziałam kolorowe flagi wiszące dosłownie w każdym oknie, na każdym balkonie. Jak się okazało, dwa dni wcześniej odbyła się tutaj parada Orgullo, która ma zupełnie inny charakter niż ta w Polsce. Poza samym przemarszem odbywają się liczne koncerty i imprezy towarzyszące, na których pojawiają się również skrajni hetero 🙂 Miasto po prostu wtedy żyje pełną piersią. Dwa dni po fiesta nadal trwała. Tłumy imprezujących Hiszpanów zalały każdy bar czy restaurację. Bardzo chciałam do nich dołączyć, ale zmęczenie po całym dniu w podróży wygrało z chęcią wspólnej integracji 🙂

Także sama dzielnica jest bardzo przyjemna, pełna street artu.

La Tabacalera – czyli to, na co czekałam z niecierpliwością i na samą myśl o wizycie w tym miejscu cieszyłam się jak dziecko 🙂 Dlaczego tak bardzo pragnęłam odwiedzić je? La Tabacalera to dawna fabryka tytoniu, która została przekształcona na alternatywne centrum kultury. Bez wątpienia jest to miejsce wielokulturowe. Spotkać tam można osoby o różnej orientacji seksualnej, upodobaniach muzycznych, religijnych czy o różnym kolorze skóry. Miasto oddało dawną fabrykę tytoniu hipisom, którzy teraz sami zarządzają tym obiektem. Odbywają się tam różnorodne koncertów czy wystaw sztuki. Wszystko jest darmowe i każdy może sam zaproponować zajęcia, występy czy namalować sobie coś na ścianie.

Skoro świt (no dobra, ok. godziny 10:00 😛 ) wybiegłam z hostelu i czym prędzej pognałam na stację Embajadores, by odwiedzić dawną fabrykę tytoniu. Moje zdziwienie było przeogromne, gdy pani siedząca przed wejściem oznajmiła, że teraz nie ma wejścia, ponieważ trwają tam prace i zaprasza po godzinie 18-tej. Moją duszę ogarnęła czarna rozpacz, gdyż wieczorem nie za bardzo miałam czas pojawić się tam – miałam zaplanowane coś innego, coś dla mnie ważniejszego.

Alternatywne centrum kultury również było powodem, dzięki któremu zawitałam do Madrytu, dlatego choćby nie wiem co, ale musiałam pojawić się tam. Nie miałam zbyt dużo czasu, by móc się na spokojnie pozachwycać, jedynie szybko przebrnęłam przez starą fabrykę, robiąc w biegu zdjęcia. Z zewnątrz miejsce to mówiąc delikatnie – straszy. Surowe ściany, zimne mury i echo. Gdybym nie wiedziała, że w środku znajduje się inny wymiar, nigdy z własnej woli bym tam nie weszła 🙂 Wnętrza rodem z horroru 🙂 W środku unosił się zapach marihuany i na cały regulator rozbrzmiewała hip-hopowa muzyka.

Każdego dnia odbywają się tam różne zajęcia, np. z tańca, teatru, rysunku czy fotografii. Ja niestety nie miałam tyle szczęścia i nie trafiłam na żaden koncert czy warsztaty. Odbywała się tam jedynie prywatna sesja zdjęciowa 🙂 Jednak główną atrakcją tamtego miejsca to murale. Przepiękne, oryginalne i nierzadko dające do myślenia. Nie będę się nad nimi rozpisywać, po prostu sami zobaczcie 🙂 Nie są to wszystkie dzieła, bo było ich tyle, że nie dałam rady  ich umieścić, a wybór był bardzo trudny 🙂 Niestety zdjęcia nie są najlepszej jakości, w biegu robione telefonem. Obiecuję, że następnym razem będą lepsze 🙂

Znalazł się tam również polski akcent 🙂

No i ostatnim, głównym powódem ostatniej wizyty w tym mieście to koncert mojej idolki – kolumbijskiej bogini Shakiry. Długo czekałam na ten koncert, ale zdecydowanie warto było. O samym koncercie pisałam tutaj.

Jak to mówią: do trzech razy sztuka. Tak było w moim przypadku, dopiero za trzecim razem polubiłam Madryt. Jest jeszcze kilka perełek, które chciałabym zobaczyć, a nie udało mi się ostatnim razem, bo były zamknięte. Mam jeszcze kilka marzeń związanych z tym miastem, między innymi wizyta na Santiago Bernabeu 🙂 Więc z cała pewnością jeszcze nie raz zawitam do stolicy mojego ukochanego kraju 🙂