Beata Pawlikowska „Blondynka na Wyspie Zakochanych”

Życie to jedna wielka niewiadoma. Kiedy wydaje nam się, że wszystko sobie poukładaliśmy i osiągnęliśmy pewną stabilność, właśnie wtedy pojawia się gwałtowna burza, która trzaska piorunami i niszczy cały nasz dotychczasowy porządek.

Podróże nie tylko edukują i kształtują nasz charakter, ale przede wszystkim zaskakują. Mogą zaskoczyć pięknymi widokami, pysznym jedzeniem, albo wspaniałymi ludźmi spotkanymi po drodze. Czasami zaskakują do tego stopnia, że wywracają do góry nogami nasze wygodne i poukładane życie. I właśnie takie zaskoczenie spotkało Beatę Pawlikowską w trakcie jednej ze swoich podróży, o czym pisze w najnowszej książce „Blondynka na Wyspie Zakochanych”.

Beaty Pawlikowskiej nikomu specjalnie nie trzeba przedstawiać. Od lat podróżuje po najbardziej egzotycznych zakątkach świata w pojedynkę, bo – jak sama mówi – tak lubi najbardziej. Miała lecieć gdzie indziej, ale los skierował ją w stronę Ameryki Środkowej. Postanowiła odwiedzić ostatnie dwa kraje całego kontynentu amerykańskiego, w których do tej pory nie zawitała: Belize i Salwador. Mimo, że Beata Pawlikowska nie ma ambicji, by odwiedzać największą ilośc państw, to trzeba przyznać, że odwiedzenie wszystkich krajów trzech Ameryk budzi poczucie dumy i wielkiej satysfakcji.

Jako wielka fanka Beaty Pawlikowskiej, zawsze z wypiekami na twarzy czytam opisy jej podróżniczych przygód. Tym razem również nie było inaczej. Podróżniczka maluje przed czytelnikami wspaniałe obrazy – opisy rafy koralowej czy palmowej oazy są tak malownicze, że pozwalają przenieść się w ten egzotyczny, słoneczny i kolorowy świat. Opowieść dopełniają piękne zdjęcia i autorskie rysunki. „Blondynka na Wyspie Zakochanych” skupia się na historii i zwyczajach Majów. Autorka dodaje dużo ciekawostek związanych z tą cywilizacją, której pozostałości kryją się często w trudno dostępnych zakamarkach dżungli. Beata Pawlikowska skupia się przede wszystkim na życiu duchownym dawnych Indian i ich silnych związkach z naturą oraz umiejętnościach odczytywania tajemnic świata. Z kolei o Salvadorze, który jest jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów na świecie, podróżniczka opowiada z czułością. Autorka przybliża sytuację polityczną Salvadoru i opowiada o wojnie domowej, która zrujnowała nie tylko kraj, ale też dusze jego mieszkańców, którzy do dzisiaj próbują się podnieść po tragicznych wydarzeniach, choć od zakończenia wojny minęło już 26 lat. Z empatią przygląda się mijanym na ulicach ludziom, którzy mimo biedy i przemocy potrafią być życzliwi i uśmiechnięci.

Jednak „Blondynka na Wyspie Zakochanych” jest czymś znacznie więcej, niż tylko zapiskami z jej ostatniej podróży po Ameryce Środkowej. To przede wszystkim kronika rodzącego się uczucia pomiędzy nią a amerykańskim podróżnikiem Dannym. Ona wyruszyła na swoją kolejną samotną wyprawę do Ameryki Środkowej. Samodzielna, odważna, myślała, że nie potrzebuje nikogo do szczęścia. W tym samym czasie w Nowym Jorku on kupił bilet, spakował plecak, wsiadł do samolotu i wylądował w tym samym miejscu, co ona. Spotkali się w samochodzie jadącym do dawnego miasta Majów w dżungli Ameryki Środkowej. Przypadkowe i niespodziewane spotkanie na końcu świata dwóch pokrewnych dusz sprawiło, że zagorzała i szczęśliwa singielka postanowiła spróbować szczęścia u boku przystojnego prawnika z Nowego Jorku.

„Blondynka na Wyspie Zakochanych” to komedia romantyczna, której scenariusz napisało samo życie i która zdarzyła się naprawdę. Między Nowym Jorkiem, Warszawą i rajską wyspą na Karaibach. Piękna komedia romantyczna, której scenariusz ciągnie się do dnia dzisiejszego.

„Blondynka na Wyspie Zakochanych”

Beata Pawlikowska „Blondynka w Paragwaju”

Beata Pawlikowska zabiera nas w kolejną samotną i pełną niezapomnianych przygód wędrówkę po jednym z najmniej znanych krajów Ameryki Południowej – Paragwaju.

Polska podróżniczka Amerykę Południową darzy szczególnym uczuciem, co widać gołym okiem. Dzikie i nieokrzesane kraje tego kontynentu  wciąż ją fascynują. Dotarła nawet w tych mało znanych, takich jak Gujana Brytyjska czy Surinam. Nic więc dziwnego, że jej najnowsza książka odsyła właśnie na ten kontynent, a dokładnie do Paragwaju – jednego z najbardziej niezwykłych państw na świecie. Trzy powody przyciągnęły Beatę Pawlikowską ponownie nad brzeg rzeki Paragwaj, do kraju o tej samej nazwie. Była to podróż do Urugwaju, jedynego kraju w Ameryce Południowej, którego Pawlikowska wówczas jeszcze nie odwiedziła, chęć ponownego zobaczenia Iguazú, największych wodospadów świata oraz bliżej nieokreślony powód w sercu autorki, z którym według niej nie należy dyskutować.

Co tak naprawdę wiemy o Paragwaju? Jest to mały kraj południowoamerykański, leżący pomiędzy Brazylią, Argentyną a Boliwią. Ale Paragwaj to przede wszystkim kraj yerba mate – znanego również w Polsce napoju oraz chipa – mniej znanego, ulubionego przysmaku autorki. Chipa to mała bułeczka o niezwykłym smaku, nieprzypominającym europejskiego pieczywa, zrobiona z manioku z dodatkiem nasion anyżku. Podróżniczka rozpływa się nad tym przysmakiem i zawsze cieszy się, kiedy może kupić świeżą chipę. Ciekawa jest również historia, kiedy to malutki Paragwaj wywołał wojnę sąsiednim gigantom – Brazylii i Argentynie. Jak to się skończyło? Tego sowiecie się z opowieści autorki, ale wyznam, że jest ono bardzo zaskakujące.

Można odnieść wrażenie, że Beata zabiera czytelnika wszędzie. Razem z autorką spożywamy  śniadanie, parzymy i delektujemy się yerba mate, kupujemy świeżą żywność na bazarze, czekamy na autobus lub właśnie nim jedziemy podczas tropikalnej ulewy, obserwujemy ludzi, uczymy paragwajskiego alfabetu, poznajemy historię tego regionu, odpoczywamy w porcie czy odwiedzamy najtrudniej dostępny zakątek Paragwaju – Trzech Gigantów. Po prostu smakujemy życie i cieszymy się czasem spędzonym w podróży.

Książka „Blondynka w Paragwaju” uzupełniona jest pięknymi zdjęciami autorki oraz multimedialnymi plikami. Czytelnik może zobaczyć w filmikach dziewczynę sprzedającą w autobusie chipy, posłuchać jak brzmi język guarani, zobaczyć jak wielki jest wodospad Iguazú czy razem z autorką odwiedzić Concepcion, jedno z paragwajskich miast. Te dodatkowe materiały dostępne są dzięki bezpłatnej aplikacji Tap2C. Oczywiście na kartach swoich opowieści, autorka jak zawsze umieściła zabawne i kreatywne rysuneczki. Dzięki Beacie Pawlikowskiej i jej najnowszej książce, Paragwaj nie jest już krajem tak bardzo odległym i niedostępnym.

Za książkę dziękuję:

Beata Pawlikowska „Życie jest wolnością. Autobiografia”

Jak zapewne wiecie, Beata Pawlikowska jest jedną z moich ulubionych pisarek. Co prawda moje uwielbienie zdobyła swoimi książkami podróżniczymi, ale czasem sięgam też po inne jej książki. Tym razem zaczytałam się w jej autobiografii.

Pisarka opowiada, że nie zawsze było łatwo. Pawlikowska opisuje, że nawet będąc już znaną osobistością, nadal musiała walczyć o swoje przekonania. Owszem, czasem los był dla niej łaskawy i w niespodziewanym momencie jej sprzyjał, np. otrzymując ciekawe propozycje zawodowe. Dobrym przykładem jest pomysł wydania innowacyjnych, nowatorskich i autorskich kursów językowych. Początkowo pomysł spodobał się wydawnictwu, ale kiedy przyszło co do czego, wszystko wyło nie tak. W związku z licznymi nieporozumieniami Beata odeszła od dalszej jego realizacji. Jednak za jakiś czas, wraz ze zmianami zaistniałymi w wydawnictwie, temat powrócił i kursy zostały wydane na warunkach „dyktowanych” przez Pawlikowską. Jak sama pisarka mówi – musiała poczekać na odpowiednią osobę, która ją zrozumie. I tak też się stało.

Co mi się najbardziej spodobało? To, że Beata Pawlikowska trzyma się własnych zasad, w każdej sytuacji. Gdy otrzymała propozycję wystąpienia w reklamie pewnej sieci komórkowej odmówiła, gdyż jak uzasadniła – nie jest użytkowniczką tej sieci. Albo kiedy inna firma zaproponowała jej zostanie twarzą marki piwa bezalkoholowego – tym bardziej powiedziała NIE, gdyż od wielu lat nie pije alkoholu. Odmówiła wielu firmom, nawet jeśli oferowali jej ogromne sumy pieniężne, to zawsze konsekwentnie dziękowała za współpracę. Zgodnie z własnymi wartościami. To wspaniale, że jeszcze są tego typu ludzie 😊

Nie jest to typowa autobiografia. Dlaczego? Odnosząc się do tytułu, Beata Pawlikowska pisze o tym, co dla niej jest wolnością oraz o tym, jak tę wolność zdobywała. Pisze, że już jako mała dziewczynka uciekała ze szkoły, bo czuła, że instytucja ta ograniczała jej wyobraźnię i kreatywność. Jako młoda dziewczyna porzuca studia, gdyż czuła, że to nie dla niej. Nie zawsze było łatwo i żeby dojść, do tego miejsca, w którym obecnie się znajduje, na swojej drodze musiała pokonać wiele przeszkód i popełnić dużo błędów. Bo takie właśnie jest życie. Trzeba kilkanaście razy upaść, żeby w końcu powstać, odnaleźć siebie i poczuć upragnioną wolość.

W środku, oprócz słów szczerości, którymi Beata Pawlikowska dzieli się z czytelnikami, znajdziemy mnóstwo prywatnych zdjęć pisarki sprzed lat. Dotyczą nie tylko pierwszych wypraw, pracy w radiu, ale także są to zdjęcia z wczesnego dzieciństwa czy innych prywatnych sytuacji i ważnych wydarzeń z życia. Dodatkowo, tak jak w każdej książce napisanej przez Beatę Pwlikowską, znajdują się cudownie inspirujące rysuneczki, również jej autorstwa.

Miałam również przyjemność spotkać się, porozmawiać i zdobyć autograf pisarki na premierze jej autobiografii 🙂

Za książkę dziękuję:

Beata Pawlikowska „Niezbędnik podróżnika”

Beata Pawlikowska nie próżnuje. Co chwilę wydaje nowe książki, a to podróżnicze,  motywacyjne, poradniki czy kursy do nauki języków. Osobiście bardzo mnie to cieszy, gdyż jestem wielką fanką książek Beaty Pawlikowskiej.

Tym razem na rynku wydawniczym ukazał się „Niezbędnik podróżnika”. Nie jest to typowa pozycja, którą oferuje nam pani Beata. Dlaczego? Ponieważ w środku, poza praktycznymi radami od podróżniczki, znajduje się notatnik, na własne zapiski i przemyślenia. Strony podzielone są na kilka kategorii, np. wydatki czy właśnie przemyślenia. Idealne w sam raz na swoją wymarzoną podróż.

W środku znajdziemy szereg szalenie istotnych porad, które powinna znać każda szanująca się podróżniczka. Poza kalendarium naszej wyprawy, autorka radzi co zrobić, gdy znajdziemy się w nietypowych i niebezpiecznych sytuacjach, np. co zrobić jeżeli zostaniemy ugryzione przez węża czy skorpiona, albo jak skutecznie odstraszyć owady. Podróżniczka pisze również o tym, jak podróżować bezpiecznie i zdrowo. Jako doświadczona podróżniczka, pani Beata podaje zasady zachowania się w różnych kulturach np. muzułmańskiej czy buddyjskiej, co nie dla każdego jest takie oczywiste jakby mogło się wydawać. Obok tych wszystkich porad, znajdziemy listę ekwipunku, w zależności dokąd wyruszamy, czy w góry czy do dżungli. Nie zabrakło również słynnych, motywujących rysuneczków autorstwa podróżniczki.

Niezależnie od tego, czy wybieramy się na Słowację, czy do Nepalu, należy szanować każdą kulturę. Według Beaty Pawlikowskiej powinnyśmy się dostosować i absolutnie nie krytykować czy próbować podporządkować ją sobie! Każda kultura jest wyjątkowa i rządzi się swoimi prawami, nawet jeżeli czasami jej nie potrafimy zrozumieć. Za każdym razem pisarka podkreśla to w swoich publikacjach, z czym całkowicie się zgadzam.

Z całą pewnością spakuję „Niezbędnik podróżnika” do swojej walizki, gdy będę się wybierać w swoją wymarzoną podróż, czyli do Ameryki Południowej. Na razie jednak jeszcze nie czas na spełnienie tego marzenia, po drodze mam do realizacji kilka innych, mniejszych podróżniczych marzeń 😊 Dlatego też „Niezbędnik podróżnika” musi jeszcze cierpliwie zaczekać na półce. Mimo wszystko warto nabyć ten egzemplarz i mieć go w trakcie swojej wyprawy marzeń.

Za książkę dziękuję:

Beata Pawlikowska „Blondynka w Urugwaju”

Są takie momenty w życiu, że wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że coś powinnaś zrobić (lub nie). Nie ważne co byś nie robiła i gdzie nie była, to i tak wszystko sprowadzi cię do jednego punktu. I właśnie takiego stanu doświadczyła Beata Pawlikowska. Postanowiła wyruszyć do Urugwaju, chociaż planowała podróż w zupełnie inny zakątek świata. W najnowszej książce „Blondynka w Urugwaju” podróżniczka opisuje swoje doświadczenia związane z tym krajem.

Podróżniczka była we wszystkich krajach Ameryki Południowej, poza tym jednym – Urugwajem. Dotarła do krajów, które są mało popularne, np. Surinam czy Gujana Brytyjska, jednak zawsze jakoś nie było jej pod drodze do Urugwaju. Jak sama przyznaje, dla niej Urugwaj kojarzył się z krajem rozwiniętym i zamożnym, w którym każde dziecko w szkole dostaje własny laptop, a narodowym danie jest odmiana hamburgera.

Do Urugwaju przybyła z Argentyny, a konkretniej z Buenos Aires przypłynęła nowoczesnym, a wręcz nawet kosmicznym statkiem. Jak sama wspomina, jest to pierwszy kraj, w którym posiadanie, sprzedawanie i palenie marihuany jest w pełni legalne. Mimo tego, mało kto decyduje się na hodowlę tej rośliny czy palenie zioła, ponieważ nie potrzebują jej, żeby wprawić się w dobry nastrój. Opisuje wiele zabawnych sytuacji, które miały miejsce w Montevideo. W wyniku własnej pomyłki sądziła, że właśnie tam trafiła do najdroższej restauracji na świecie. Zaskoczona, zszokowana i zdenerwowana, nie wiedziała co zrobić, gdyż nie miała przy sobie wystarczającej ilości pieniędzy. Jak się później kazało, źle przeliczyła kurs tamtejszej waluty. Koniec końców, posiłek okazał się być w rozsądnej cenie 😊

Beata Pawlikowska najchętniej podróżuje samotnie, bez żadnego konkretnego planu i żadnych rezerwacji. Idzie tam, gdzie los i przeznaczenie zadecyduje. Tym razem nie było inaczej. Dotarła do osiedla, gdzie każdy dom ma swoje imię, a potem do Cabo Polonio – szalonej osady na końcu świata, zbudowanej na pustyni nad brzegiem oceanu. Przede wszystkim spotkała jednak na swojej drodze ludzi tak delikatnych, uprzejmych i pozytywnie nastawionych, jak nigdzie indziej na świecie. Mimo ogólnej wiedzy i pewnego merytorycznego przygotowania, Urugwaj okazał się dla niej krajem wielu niespodzianek.

O Urugwaju nie wiele wiedziałam. Chociaż interesuję się kulturą latynoamerykańską, to jakoś nigdy nie zdobyłam wystarczającej wiedzy na temat tego kraju 😊 W sumie informacje podane przez p. Beatę nie są pełnym opisem tego kraju, ale dzięki niej dowiedziałam się kilku ciekawostek. Co prawda p. Beata w dużej mierze skupia się (znowu) na zdrowym trybie życia i wartościowym odżywianiu, ale mimo wszystko książkę czytało się wspaniale. Jak już zapewne wiecie, jestem wielką fanką podróżniczych książek autorstwa Beaty Pawlikowskiej. Zawsze czytam je z wielka przyjemnością, mimo, że momentami są monotematyczne 😊 „Blondynka w Urugwaju” zilustrowana jest autorskimi fotografiami oraz rysunkami Beaty Pawlikowskiej. Dodatkowo na czytelników czekają multimedialne galerie zdjęć oraz filmy wideo, które przeniosą ich prosto na ulice (i bezdroża) Ameryki Południowej. Czekam na ciąg dalszy relacji po Ameryce Południowej, a konkretniej po Paragwaju, do którego udała się w dalszą wędrówkę.

Za książkę dziękuję:

Beata Pawlikowska „Praktyczny kurs języka hiszpańskiego”

Znajomość języków obcych w dzisiejszych czasach to podstawa. Większość z nas w jakimś stopniu posługuje się językiem angielskim. Jednak czasami znajomość jednego języka obcego to za mało. Pracodawcy często wymagają obeznania z więcej niż jednym językiem nowożytnym.

W zależności od miejsca, w którym mieszkamy, wybieramy taki język, który będzie dla nas najbardziej użyteczny. Na zachodzie Polski najczęściej jest to język niemiecki, zaś na wschodzie kładzie się nacisk na język rosyjski. Jak wygląda sytuacja z językiem hiszpańskim? To drugi najczęściej używany język na świecie. Posługuje się nim na co dzień 650 milionów ludzi na siedmiu kontynentach, nie tylko w Hiszpanii, ale również w tak egzotycznych i ciekawych krajach jak Kolumbia, Meksyk, Peru czy Filipiny. Dla podróżników, którzy wybierają się w tamte rejony świata, podstawy języka hiszpańskiego to konieczność. Mieszkańcy Ameryki Łacińskiej i Południowej bardzo często nie znają języków obcych. Nawet jeśli nie, to świadomość, że po hiszpańsku mówi 1/3 ludności świata da do myślenia, że warto dołączyć do tego grona i przyswoić chociaż podstawowe zwroty. Dlatego też „Praktyczny kurs języka hiszpańskiego” autorstwa Beaty Pawlikowskiej może być bardzo przydatny w trakcie przyswajania tego języka.

Beata Pawlikowska to znana podróżniczka, której nikomu nie trzeba przedstawiać. To także dziennikarka i autorka wielu książek podróżniczych, językowych oraz poradników. Nawet jeśli ktoś nigdy nie miał styczności z językiem hiszpańskim, nie musi się obawiać. Beata Pawlikowska lansuje nową metodę nauki języków obcych, bez konieczności wkuwania nudnej gramatyki. Metoda polega na tym, żeby w instynktowny sposób nauczyć się praktycznego posługiwania się językiem obcym. Mówisz na głos, powtarzasz poprawnie skonstruowane zdania, a jednocześnie podświadomie zapamiętujesz reguły, jakie rządzą budowaniem tych zdań. Jak sama autorka pisze, lepiej poświęcić 15 minut każdego dnia na naukę, niż raz w tygodniu przez dwie godziny bez przerwy.

Książka jest pięknie wydana. Jest bardzo przejrzysta, co zachęca do nauki tego języka. Kurs podzielony jest na rozdziały, które ułatwiają komunikację w życiu codziennym. Dopiero na samym końcu autorka zamieściła niezbędnik gramatyczny z takimi informacjami jak rodzajniki czy odmiana czasowników. Do książki dołączona jest także płyta CD, dzięki której będziemy mogli osłuchać się (i przy okazji oswoić) z językiem hiszpańskim. Oczywiście w środku znajdziemy szereg inspirujących rysunków autorki. Sama okładka zaś przykuwa uwagę, a pani Beata prezentuje się na niej niezwykle pięknie.

Osobiście jestem wielką miłośniczka języka hiszpańskiego. Dla mnie jest to najpiękniejszy język świata, inni zaś mówią, że jest to język miłości 🙂 Mimo, że szlifuję go od kilku lat, to niestety przede mną jeszcze wiele do opanowania. Dlatego niezwykle cieszę się, że „Praktyczny kurs języka hiszpańskiego” Beaty Pawlikowskiej trafił w moje ręce. Mam kolejny powód, żeby przyłożyć się do praktykowania tego języka. Z całą pewnością kurs mojej ulubionej podróżniczki sprawi, że mój hiszpański stanie się  perfekcyjny.

Za książkę dziękuję:

Beata Pawlikowska „Blondynka w Japonii”

blondynka-w-japonii-b-iext44553777Nikomu nie trzeba przedstawiać Beaty Pawlikowskiej. Podróżniczka, dziennikarka, pisarka w jednej osobie. Niejednokrotnie wspominałam, że Pani Beata jest dla mnie autorytetem w wielu dziedzinach, zaś jej książki zawsze czytam z wypiekami na twarzy. Nie inaczej było w przypadku najnowszej relacji z podróży po Japonii.

Tym razem Beata Pawlikowska wybrała się w podróż do odległej Japonii, do kraju o dziwacznych (dla nas Europejczyków) zwyczajach i kulturze. Co o nim wiemy? Na pewno to, że nazywany jest krajem kwitnącej wiśni, gejsz, szogunów, szybkich pociągów, orientalnych tradycji i zdrowego jedzenia. Jak się okazuje, większość tego to mity, które obala podróżniczka.

Japonia w oczach autorki jest się krajem niezwykle smutnym, a każdy mieszkaniec jest jedynie nieistotnym pionkiem do gry. Życie typowego mieszkańca Japonii sprowadza się tylko do pracy i zarabianiu pieniędzy. Zwykły pracownik nie ma prawa wyjść wcześniej niż własny szef, co w tamtejszej kulturze traktowane jest to jako zniewaga. W konsekwencji taki człowiek potrafi nieustannie pracować po 12-14 godzin dziennie, przez co w ogóle nie widuje się ze swoją rodziną. A nie daj boże, jeśli taki pracownik popełni jakiś błąd, nawet najdrobniejszy, który nie ma żadnego znaczenia! Wtedy kierownik z całą pewnością wypomni ten błąd, chociaż zapewni, iż nic nie znaczy. Jednak taki pracownik weźmie sobie tę zniewagę do serca i potraktuje bardzo poważnie. W konsekwencji tego popadnie w depresję. Pawlikowska pisze, że w Japonii nie ma psychiatrów i psychologów, bo tam nikt teoretycznie nie choruje na depresję. Wszelkie dolegliwości psychiczne rozwiązuje się poprzez… popełnienie samobójstw. Niestety każdego roku Japonia odnotowuje wysoki odsetek ludzi popełniających samobójstwo…

Turyści nie mają łatwo w Japonii. Nikt nie mówi po angielsku, a nawet jeśli ktoś coś rozumie, to potrafi porozumieć się na bardzo niskim poziomie. Już sam  widok gajdzina, czyli białoskórego turysty, sprawia, że Japończycy stają się nerwowi i udają, że zaczepiający ich obcokrajowiec nie istnieje. Tak po prostu. Wszystkie nazwy i napisy widnieją w tamtejszym języku. Z kolei znalezienie wolnego pokoju w jakimkolwiek hotelu, a zwłaszcza w szczycie sezonu graniczy z cudem. Poza tym Japonia to niezwykle drogi kraj, w którym jedno jabłko kosztuje… 15 zł! Za to wszelka komunikacja miejska i międzymiastowa działa jak w szwajcarskim zegarku – wszystkie pociągi i autobusy pojawiają się i odjeżdżają zgodnie z rozkładem jazdy, co do sekundy. No i oczywiście najbardziej fascynujące są tamtejsze… toalety! Tamtejsze pisuary posiadają całą masę „bajerów”, o których tylko my – Europejczycy – możemy tylko szeroko otwierać oczy ze zdumienia.

„Blondynkę w Japonii” pochłonęłam jednym tchem, ale czuję lekki niedosyt. Wcześniejsze książki pani Beaty bardziej mnie fascynowały. Może dlatego, że zawierały w sobie więcej interesujących informacji dotyczących kultury czy historii danego kraju. Tym razem Beata Pawlikowska za bardzo skupiła się na temacie związanym z poszukiwaniem zdrowego jedzenia. Rozumiem, że autorka jest przeciwniczką wszelkich konserwantów, mięsa czy sztucznych składników, ale nie musi o tym przypominać czytelnikowi przez cały czas. Odniosłam wrażenie, że pogoń za czymś zdrowym i wartościowym stała się jej obsesją. Wniosek jest taki – Japonia to nie jest kraj dla wegan i osób dbających o zdrowe odżywianie.

„Blondynka w Japonii” to dziennik z podróży do tego kraju wypełniony osobistymi wrażeniami autorki na temat codziennego życia w tej części świata. Tak jak napisałam wcześniej, czegoś mi brak w tej relacji. Nie mniej jednak z całą pewnością sięgnę po następne publikacje podróżniczki. Zdecydowanym plusem książki są liczne, barwne i fascynujące fotografie, oczywiście autorstwa Beaty Pawlikowskiej. Mam wrażenie, że podróżniczka nie prędko wróci do Japonii, o ile jeszcze kiedykolwiek zdecyduje się tam pojechać.

Za książkę dziękuję:

edipresse-ksiazki_logotyp

Beata Pawlikowska „Blondynka na Amazonce”

blondynka-na-amazonce-b-iext28698714Amazonka to jedna z największych i najbardziej tajemniczych rzek świata, która płynie przez równie zagadkową dżunglę. Jednak dla Beaty Pawlikowskiej nic nie jest straszne nie ma rzeczy niemożliwych.

W książce „Blondynka na Amazonce” autorka opisuje ostatni etap swojej kilkumiesięcznej podróży po rzekach Ameryki Południowej. Jej plan wydawał się być niewykonalny: pisarka chciała z Wenezueli przybyć do Brazylii, ale tylko i wyłącznie drogą wodną. Zaczęła od Orinoko, by dostać się do Rio Negro, aż w końcu dotrzeć do Amazonki. Wielu sądziło, że to niewykonalne zadanie, jednak podróżniczce udało się dokonać niemożliwego.

Amazonka uważana jest za dziką i niebezpieczną rzekę, która skrywa w sobie wiele tajemnic. Opowiadając o tym etapie swojej podróży, autorka wspomina między innymi o mieście Manaus, które bogacze chcieli przemienić w „Paryż dżungli”, więc zbudowali tam słynną operę, fontanny i eleganckie parki; zdradza, jak przeżyła skrajne upały i lodowate burze, wspomina poznanych przypadkowo ludzi oraz tamtejsze zapachy i smaki, m.in. prażonego manioku i fasoli. Po prostu całym swoim ciałem cieszy się swoją wędrówką, chłonie jak gąbka wszystko co ją otacza wokół. Poznaje interesujących ludzi, z którymi nawiązuje przyjaźnie. Jednak poznawanie świata ma nie tylko same pozytywy. Pisarka przybliża tamtejsze kontrasty – nadmiar towarów tworzy iluzję dostatku, jednak to wszystko jest dostępne tylko dla bogatych. Biednym pozostaje niewolnicza praca, walka o przetrwanie i brak poczucia bezpieczeństwa.

Po raz kolejny Beata Pawlikowska zachwyca się małymi rzeczami, jak ciepłe jedzenie czy możliwość spania w łóżku. Będąc na drugim krańcu świata tego typu proste i (jakby się wydawało) oczywiste rzeczy nie zawsze są dostępne. Oczywiście jeśli chcemy pojechać do popularnych miejsc dostępnych dla turystów, mamy możliwość spędzania czasu w ekskluzywnych kurortach. Jednak Beata Pawlikowska nie jest typem turystki, wręcz przeciwnie: nienawidzi takiego sposobu podróżowania. Co więcej, bardzo lubi wędrować solo, bo jak sama pisze dzięki temu ma możliwość odkrywania czegoś nieznanego, niedostępnego oraz ma czas na własne przemyślenia egzystencjalne.

Osobiście uwielbiam książki Beaty Pawlikowskiej, w których opisuje swoje pasjonujące podróże. Zawsze znajdzie się w nich garść ciekawostek odnośnie konkretnego miejsca, interesujące fakty historyczne oraz własne przemyślenia dotyczące życia. No właśnie, czasami te ostatnie bywają denerwujące. Pisarka bardzo często krytykuje naszą europejska kulturę, że narzuca innym społeczeństwom pewne normy i zachowania, że jest przyczyną znikania rdzennych plemion, że prowadzi do zepsucia, itp. Odnoszę wrażenie, że ma pretensje, iż świat się zmienia na gorsze (w jej przekonaniu): ludzie jedzą śmieciowe jedzenie, technologia zaczyna zastępować ludzi, co więcej – robi papkę z mózgu i otumania. Autorka ma sporo racji, ale wszystko ma dwie strony medalu, niektórych rzeczy po prostu nie da się zatrzymać czy zmienić. Żyjemy w takim kręgu kulturowym i niestety musimy się przystosować. Jeśli podróżniczce nie odpowiada taki stan rzeczy, na stałe powinna przeprowadzić się do dżungli.

Mimo wszystko gorąco polecam książkę „Blondynka na Amazonce”, która jest kontynuacją serii: „Blondynka na Orinoko” i „Blondynka na Rio Negro”. Dzięki książkom (nie tylko tym tutaj wymienionym) Beaty Pawlikowskiej możemy poznać inne kultury, obyczaje, krajobrazy; możemy przenieść się w inne, egzotyczne miejsce nie wyłaniając się z zacisza własnego pokoju. A wszystko to w towarzystwie pięknych, kolorowych i inspirujących fotografii autorstwa podróżniczki.

Za książkę dziękuję:

burda-ksic485c5bcki

Beata Pawlikowska „Blondynka na Rio Negro”

blondynka-na-rio-negro-b-iext27853658Książki pani Beaty Pawlikowskiej zawsze czytam z ogromną przyjemnością i zapartym tchem. Tak również było w przypadku „Blondynka na Rio Negro”, w której opisuje kontynuację swojej wyprawy po wodach dżungli amazońskiej – od rzeki Orinoko w Wenezueli, przez Rio Negro aż do Amazonki w Brazylii.

W tej części Beata Pawlikowska odbywa swoją podróż po wodach Rio Negro – największej na świecie rzeki o ciemnej wodzie i jednocześnie jednym z największych dopływów Amazonki. Zanim jednak znalazła się na łódce, musiała poczekać na nią. W okresie, w którym wtedy przebywała podróżniczka, poziom wód w rzekach był bardzo niski, w związku z tym, rzadko kiedy statki pływają. Co więcej, mało które pojawiają się w odległych, małych i bezludnych amazońskich miejscowościach. Poza tym czas w Amazonii to pojęcie względne. Mimo wszystko, pojawiła się łódź wojskowa, dlatego też pani Beata postanowiła skorzystać z okazji i dołączyć do grupy czterech nieznanych wenezuelskich żołnierzy…

W trakcie swojej nietypowej wyprawy, pisarka w barwny sposób opowiadała o otaczającej ją niesamowitej tropikalnej fauny i flory. Szczególną uwagę poświęciła krwiożerczym komarom i żelaznym muchom, które dosłownie wysysały krew z niej i jej towarzyszy. Po raz kolejny fascynuje się jedzeniem, a konsumpcję podnosi do rangi świętości. W sumie nie ma się co dziwić, ponieważ nie zawsze ma okazję zjeść ciepły, porządny posiłek. Poza tym, w tamtym rejonie kuli ziemskiej ludzie, pomimo odpowiednich predyspozycji rolniczych, nie uprawiają ziemi. Czekają bowiem, czasami nawet po kilka tygodni, na dostawy puszkowanego i przetworzonego jedzenia… No cóż, dziwny jest ten świat.

Beata Pawlikowska jest dla mnie autorytetem i bardzo podziwiam jej zapał oraz odwagę. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek, przebywając po drugiej stronie globu, na nieznanych terenach i w zupełnie innym kręgu kulturowym odważyła się wsiąść na łódkę z czterema nieznanymi mężczyznami i to żołnierzami… Nie wiem czy podróżniczka ma tyle szczęścia w życiu, że w trakcie swoich podróży zawsze spotyka dobrych i przyjaznych ludzi, czy może po prostu nie opisuje niebezpiecznych sytuacji, których doświadczyła… Przecież Ameryka Południowa nie jest bezpiecznym miejscem, to powszechnie wiadomo. Nawet jeśli będąc tam po raz setny, nie można wszystkim ufać oraz mieć pewności, że nikt nas nie skrzywdzi. Zawsze pozytywnie wypowiada się na temat tamtejszej ludności, co oczywiście jest na plus, jednak nie chce mi się wierzyć, że nigdy nie przytrafiło jej się nic złego.

Nie da się ukryć, że podróżniczka, pisarka i dziennikarka jest silną, niezależną i odważną kobietą. Twierdzi, że właśnie te cechy pozwalają spełnić wszystkie marzenia, a jej recepta na osiągnięcie sukcesu to pasja poparta ciężką pracą, która pozwala osiągnąć mistrzostwo w dowolnej dziedzinie. Właśnie dlatego tak bardzo ją podziwiam. Jestem ciekawa, jak zakończy się jej „niemożliwa” dwumiesięczna wyprawa po rzekach amazońskiej dżungli. Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejną książkę z tej serii.

Recenzję poprzedniej książki „Blondynka na Orinoko”, o początkach wyprawy po amazońskich wodach możecie przeczytać tutaj: https://kobiecaintuicja.wordpress.com/2015/05/11/beata-pawlikowska-blondynka-na-orinoko/

Za książkę dziękuję:

burda-ksic485c5bcki

Beata Pawlikowska „Blondynka na Orinoko”

blondynka-na-orinoko.2155861.2Nie jest to pierwsza książka panie Beaty Pawlikowskiej z tej serii, którą miałam przyjemność przeczytać. Osobiście bardzo lubię wszystkie książki napisane przez podróżniczkę.

Beata Pawlikowska to jedna ze słynniejszych polskich podróżniczek. Jest miłośniczką samotnych podróży, przede wszystkim do amazońskiej dżungli, która jest jej ulubionym miejscem na ziemi. Zwiedziła kawał świata, a jej relacje z podróży możemy czytać w licznych publikacjach. Autorka kilkudziesięciu książek podróżniczych (np. „Blondynka w Australii”, „Blondynka na Kubie”, „Blondynka na safari”), zaś ostatnimi czasy wydała serię poradników („W dżungli samotności”, „Moje zdrowe przepisy”). Ponadto, Beata Pawlikowska jest również autorką audycji „Świat według blondynki” w Radiu Zet oraz pisze felietony do różnych czasopism.

„Blondynka na Orinoko” to kolejna publikacja z serii „Na krańce świata”. Piękne, kolorowe i jeszcze pachnące wydanie przeczytałam na jednym wdechu w niedzielne popołudnie. Już od pierwszego zdania całkowicie wyruszyłam w fascynujący rejs razem z autorką. Tym razem podróżniczka wybrała się do południowoamerykańskiej Wenezueli, by potem przedostać się do Brazylii. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że swoją podróż odbyła tytułową rzeką Orinoko, na przypadkowej barce z przypadkowymi i zupełnie obcymi ludźmi. Śpi w hamaku zawieszonym pod dachem łódki, je różne dziwne „dania”, bardzo często wbrew swojej woli i przekonaniom. Jak sama pisze – nie ma większego wyboru. To znaczy ma: albo je to co jest dostępne, albo głoduje. W trakcie swojej wyprawy wielokrotnie spotyka różne niewygody i niepowodzenia. Ostatecznie trafia do malutkiego portu, tak malutkiego, że znalezienie bazaru albo jadłodajni graniczy z cudem.

No właśnie, jeśli o jedzeniu mowa, to chciałabym poświęcić temu osobny wątek. Mam wrażenie, że w każdym rozdziale jest poruszany ten temat. Mam wrażenie, że pani Beata ma na tym punkcie wielką obsesję. Bardzo narzeka, że w Wenezueli (tak jak w większości krajów w Ameryce Południowej) wszystko ocieka tłuszczem i faszerowane mięsem. Jak wiadomo, autorka od dawna jest wegetarianką i miłośniczką zdrowego odżywiania. Natomiast w Wenezueli na próżno szukać zdrowych produktów, poza owocami i warzywami (które wbrew pozorom nie są dostępne na każdym kroku). Jak sama napisała, że mimo swoich przekonań musi się dostosować do panujących warunków, inaczej jej podróże nie miałyby większego sensu. Z pokorą, ale również niechęcią konsumuje mięsne i tłuste „potrawy”, by zaspokoić głód i zapewnić organizmowi potrzebnej energii.

Fascynujące jest to, jak nasz świat jest różny. Każdy z nas jest człowiekiem, ale żyjemy w zupełnie różnych rzeczywistościach. Ludzie w Ameryce Południowej mają inne spojrzenie na świat – pojęcie czasu nie istnieje, każdy żyje we własnym tempie nikt się nie spieszy. Pawlikowska doświadcza kolejny raz lekcji z cierpliwości i egzamin zdaje naprawdę w świetnym stopniu – bo statystyczny Polak wybuchłby złością i rzucał naokoło wulgaryzmami, ale ona przyjmuje wszystko ze stoickim spokojem, dostosowując się w klimat. Samotna podróż to egzamin z  samego siebie oraz udowodnienie, że do szczęścia potrzebne jest nam bardziej racjonalne myślenie i szybka reakcja, niż druga osoba. Wręcz autorka zachęca czytelników, by chociaż raz w życiu odważyć się samemu wyjechać, nie koniecznie na drugi kranie świata, by sprawdzić swoje możliwości i granice.

„Blondynka na Orinoko” jest pięknie wydaną publikacją z mnóstwem pięknych i kolorowych zdjęć oraz zabawnych rysuneczków autorstwa Beaty Pawlikowskiej. Jest czym nacieszyć oko. Książka podzielona jest na mini rozdziały, w których porusza inne tematy, ale bardzo sprawnie przechodzi z jednego na drugi.

Nie ukrywam, że pani Beata Pawlikowska od dłuższego czasu jest dla mnie autorytetem. Jej niekonwencjonalny sposób życia, fascynujące podróże i inne spojrzenia na otaczający nas świat sprawiło, że również i jak zaczynam inaczej postrzegać rzeczywistość. Co prawda nigdy nie zdecydowałabym się na samotną podróż tak odległe krańce świata, ale małymi kroczkami staję się coraz bardziej odważna. Byłabym bardzo szczęśliwym człowiekiem, jeśli zobaczyłabym chociaż ułamek tego, co pani Beata. Przeżyć chociaż jedną taką przygodę jak podróżniczka.

Za książkę dziękuję:

burda-ksic485c5bcki