Buchara. W krainie meczetów, medres i minaretów

Siedziałam na tarasie restauracji, popijając aromatyczną uzbecką herbatę i rozkoszując się widokiem Po-i Kalon, rozświetlonego złotymi promieniami zachodzącego słońca, gdy nagle zjawił się on. Przepraszając nieśmiało zapytał, czy może zrobić mi zdjęcie, bo moja sukienka, uroda i ogólnie ten moment idealnie wtapiają się w tło. Rzadko zgadzam się, by ktoś obcy robił mi zdjęcia na własny użytek, ale biła od niego jakaś szczerość i wzbudził moje zaufanie. Zgodziłam się. Efektem naszego spotkania jest to zdjęcie.

Uwielbiam te momenty w podróży, kiedy zupełnie przez przypadek, niespodziewanie poznajesz kogoś, kto okazuje się być fascynującą osobą. Nasze spotkanie miało miejsce w Bucharze, która była moim drugim przystankiem w trakcie podróży po Uzbekistanie. To chyba moje ulubione miejsce, bo w przeciwieństwie do Chiwy nie było to miasto na 3 godziny zwiedzania i w odróżnieniu od zatłoczonej i rozległej Samarkandy, było w sam raz – nie za duże, nie za małe. Buchara to jedno z najstarszych miast Uzbekistanu. Jeszcze w czasach antycznych istniała tu osada z centrum w twierdzy Ark. Miasto znajdowało się na Jedwabnym Szlaku i było ważnym centrum gospodarczym Azji Środkowej. Swego czasu nazywane było „muzeum pod gołym niebem” i uznawane za święte miasto kraju. Zachowało się bardzo dużo zabytków architektonicznych tworzonych przez tysiące lat. Można tu zobaczyć prawie w całości zachowane centrum historyczne i poczuć klimat średniowiecznego islamskiego miasta. W 1993 roku zabytkowe centrum Buchary zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto pęka w szwach od meczetów, medres i minaretów, od których po pewnym czasie zaczyna kręcić się w głowie. Wszystkie z nich są do siebie bardzo podobne. Medresy (szkoły muzułmańskie) budowane były w oparciu o taki sam schemat, wyłożone mozaikami we wszystkich odcieniach koloru niebieskiego. Większość z nich to pięknie zachowane zabytki, ale dużo jest też podupadłych i zaniedbanych. Wiecie, że uwielbiam płytki, mozaiki i azulejos, ale takie nagromadzenie na jednym obszarze sprawia, że można oczopląsu dostać 🙂

Plac Po-i Kolon

Jednym z najpiękniejszych miejsc w Bucharze jest wspomniany wcześniej kompleks Po-i Kolon, czyli najbardziej charakterystyczny plac, który wytaczają ustawione frontami do siebie medresa Mir-i Arab oraz meczet Kalon, z górującym nad nimi minaretem Kalon o wysokości 47 m. Ciekawostka jest, że swego czasu był on najwyższą budowlą w całej Azji Środkowej i pełnił funkcję swego rodzaju drogowskazu dla karawan przemierzających Jedwabny Szlak. Jak dla mnie to najpiękniejsze miejsce w całej Bucharze.

Obok minaretu znajduje się nadal działająca medresa Mir-i Arab, w której mieści się ponad 100 pokoi dla studentów. Została wybudowana w latach 30-tych XVI wieku. W czasach Związku Radzieckiego medresa ta była jedną działającą na całym sowieckim terytorium. Nauki pobierali nie tylko uczniowie z Azji Centralnej, ale także z Kaukazu i rejonów dzisiejszej Rosji. Nad budynkiem górują dwie zachwycające turkusowe kopuły, między którymi znajduje się monumentalne wejście.

Naprzeciwko medresy znajduje się XVI-wieczny meczet Kolon, który może pomieścić nawet 10 tysięcy osób. Wewnątrz znajduje się 209 kolumn. Dach meczetu wydaje się być płaski, ale w rzeczywistości pokrywa go aż 288 kopuł. Co ciekawe, w czasach radzieckich meczet wykorzystywany była jako magazyn, a jego funkcje modlitewne przywrócono w 1991 roku.

Cytadela Ark

Ark to najstarsza budowla w Bucharze, która stanowi swego rodzaju miasto w mieście. Twierdza ma powierzchnię 3,9 ha. Jest to  prostokątny budynek otoczony charakterystycznym murem, który mierzy do 20 m. Pierwsze fortyfikacje w tym miejscu powstały w czasach antycznych, a przez kolejne stulecia Ark pełnił funkcję rezydencji emirów Buchary.

Mauzoleum Samanidów

Jest to najstarszy zachowany muzułmański budynek Buchary – wzniesione na przełomie IX i X wieku. Nie jest ono typowym tradycyjnym muzułmańskim grobowcem, ponieważ elementy jego konstrukcji wywodzą się ze struktur zoroastyryjskich. Wzniesiono je w z wypalonych cegieł w piaskowym kolorze układanych naprzemiennie poziomo i pionowo. Całość sprawia wrażenie misternie plecionego koszyka.

Czor Minor

Dalej od centrum miasta, ukryty w labiryncie mało urzekających uliczek, kryje się Czor Minor. Kiedyś pełnił funkcję bramy wejściowej do nieistniejącej już medresy, ale aktualnie znajduje się tam mały sklepik z pamiątkami. Za niewielką opłatą można wejść na górę, zobaczyć turkusowe minarety z bliska i zobaczyć okolicę, ale widok nie jest urzekający. Sam budynek jest ciekawy, ale okolica z całą pewnością do najprzyjemniejszych nie należy.

Lab-i Hauz

To duży miejski staw ze wszystkich stron otoczony medresami, i meczetami. Stanowi serce starego miasta i centralny punkt Buchary. Niegdyś był elementem systemu zaopatrzenia miasta w wodę. To tutaj toczy się życie towarzyskie miasta. Mieszkańcy Buchary bardzo chętnie spędzają tu czas wolny, np. grając w szachy. Wieczorami Lab-i Hauz zamienia się w tętniące życiem miejsce, a w restauracjach rozbrzmiewa rosyjskie disco lub muzyka na żywo. Ja akurat trafiłam na uzbecki koncert, co było bardzo interesującym doświadczeniem 🙂

Lab-i Hauz to także jeden wielki stragan z pamiątkami, można tam kupić niemal wszystko: aromatyczne przyprawy, kolorowe szale czy przepiękną ceramikę, przez którą wręcz oszalałam. Ja oczywiście przywiozłam ze sobą wszystkie wymienione suveniry, w tym dwa zestawy do serwowania herbaty i do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że dowiozłam je w jednym kawałku 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Zapiski podróżne: Uzbekistan

Uzbekistan nie widniał długo na mojej podróżniczej liście marzeń. Właściwie pojawił się na niej w czasie mojej zeszłorocznej wyprawy do Kazachstanu, w trakcie której poznałam dużo Polaków odbywających podróż po całej Azji Centralnej. Opowiadali oni, że kraj jest niesamowity, a Uzbecy są jeszcze bardziej przyjaźnie nastawieni niż Kazachowie, w co nie chciało mi się wierzyć. Właśnie wtedy powstał plan na 2019 rok: kierunek Uzbekistan.

Od początku tego roku mną miotało, jakby tu zaplanować wyprawę, ale żeby nie wydać miliona monet. Dostałam wręcz jakiejś obsesji, kombinowałam, myślałam, bo dostać się do Uzbekistanu nie było tak łatwo: mnóstwo formalności, dodatkowych opłat i papierkowej roboty, a ceny biletów lotniczych były astronomiczne. Zastanawiałam się nawet, czy nie pojechać na jakąś zorganizowaną (!) wyprawę. Aż tu nagle, 1 lutego 2019 roku świat obiegła informacja, że wizy i zaproszenia do Uzbekistanu zostały zniesione! To był znak od niebios, że powinnam działać. Kilka dni później kupiłam bilety i powoli planowałam swoją wojażkę.

Mój początek w tym kraju nie należał do najprzyjemniejszych. W podróży spędziłam 24 godziny i odbyłam 3 loty tego samego dnia. Kilka dni przed przyjazdem, poprosiłam w hostelu o transfer lotniskowy, bo miałam przylecieć dosyć późno, około godziny 23:00. Normalnie nie używam tego typu środków, bo zawsze korzystam z komunikacji miejskiej, ale za 5$ i po całym dniu podróży zdecydowałam – niechaj będzie, zafunduję sobie ten „ekskluzywny” przejazd. Hostel odpisał mi, że z wielką radością wyśle samochód i ktoś będzie na mnie czekać z karteczką z moim imieniem i nazwiskiem. „Wow! Jak na filmach amerykańskich” – pomyślałam. Uradowana wyszłam z lotniska i skierowałam się w stronę zbiorowiska natrętnych taksówkarzy, którzy od razu mnie osaczyli, oferując swoje usługi. Nieco zdenerwowana i zdezorientowana musiałam na siłę ich odpychać i z „lekką” nutką irytacji oznajmić, że nie jestem zainteresowana, bo ktoś na mnie czeka. Rozglądając się dookoła i patrząc, jak kolejni kierowcy z piskiem opon odjeżdżali z tłumem turystów, a ja prawie sama stojąc pośrodku z walizą zdałam sobie sprawę, że osoby trzymającej kartkę z moim imieniem nie ma. Wpadłam w panikę, bo nawet nie sprawdziłam alternatywnego dojazdu (co ZAWSZE robię), a bez miejscowego internetu nic nie zdziałam. „No to pięknie, nocuję dzisiaj albo na lotnisku, albo na ulicy” – pomyślałam. W ostatniej chwili złapałam ostatniego taksówkarza i desperacko zapytałam za jaką kwotę zawiezie mnie pod wskazany adres. Nie mając wyboru wpakowałam bagaż do samochodu i ruszyliśmy w kierunku hostelu. Trafiłam na pana w podeszłym wieku, który nawet w okularach nie był w stanie przeczytać literek na potwierdzeniu mojej rezerwacji. Poprosił o przeczytanie adresu, a że ja nie umiem czytać płynnie po rosyjsku, powstała tragikomiczna sytuacja. W takim razie poprosił o podanie numeru telefonu, to zadzwoni do hostelu i sam ustali gdzie to jest. Podyktowałam numer, ale po drugiej stronie słuchawki nikt nie odbierał, a nawet słychać było dźwięk: nie ma takiego numeru.Wpadłam w panikę, ale kierowca zachował zimną krew. Powiedział, że podjedziemy do jakiegoś innego hotelu, to oni mu tam wszystko wytłumaczą. Siedząc w pustym samochodzie i czekając na starszego pana, rozpłakałam się jak dziecko. Pierwszy raz w życiu przestraszyłam się nie na żarty. Po całym dniu podróży, zmęczeniu, niewyspaniu i głodu, będąc samej w obcym kraju, ba – na innym kontynencie, w obcej kulturze, pierwszy raz w trakcie podróży puściły mi nerwy. Zawsze staram się zachować zimną krew, ale tym razem totalnie się rozkleiłam. Na szczęście taksówkarz dodzwonił się do mojego hostelu i wytłumaczyli mu, jak ma dojechać. Właściciel, widząc mnie zapłakaną przepraszał mnie potem przez dwa dni. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo próbuję wyprzeć z pamięci ten nieprzyjemny incydent. Na szczęście potem było tylko lepiej, ale o tym napiszę niebawem 🙂 Póki co, mam kilka przemyśleń związanych z Uzbekistanem, którymi chciałam się z Wami podzielić.

Uzbecy mówią po angielsku

Po zeszłorocznym pobycie w Kazachstanie i komunikacją w języku polsko-rosyjsko-kazachskim, przeplatanym z językiem ciała, nastawiłam się, że i tutaj będzie identycznie. Wychodząc z założenia, że skoro tam dałam radę się dogadać, to i w Uzbekistanie również sobie poradzę. A tu wielkie zaskoczenie, bo nie musiałam się wysilać – w Uzbekistanie mówią płynnie po angielsku! Na początku był szok i niedowierzanie, potem zaprzeczenie, aż wreszcie akceptacja i wielka radość 🙂 Spokojnie można się tam dogadać po angielsku w sklepie spożywczym, na bazarze, w restauracji czy nawet w aptece, co w tej części świata wcale nie jest takie oczywiste. Nawet jeśli ktoś nie umie mówić, chociaż rozumie prawie wszystko, to woła np. kolegę ze straganu obok albo 10-letnią wnuczkę, by przetłumaczyć konwersację.

Uzbecy są bardzo mili i pomocni

Już w Kazachstanie myślałam, że nie ma milszego narodu. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że jest – w Uzbekistanie. Mieszkańcy tego kraju są nie tylko bardzo gościnni, ale również uprzejmi i gotowi w każdej chwili pomóc. Widząc samotnie spacerującą białą turystkę, sami podchodzili i zagadywali, czy czegoś nie potrzebuję albo czy się nie zgubiłam. Co więcej, ludzie dawali mi rzeczy za darmo! Mój ząb mądrości postanowił o sobie przypomnieć akurat w trakcie mojej podróży życia, w związku z tym zmuszona byłam udać się do apteki po jakieś maści i żele. Farmaceutka dała mi w prezencie (chociaż usiłowałam zapłacić) chusteczki antybakteryjne do rąk, żebym koniecznie od razu zaaplikowała sobie maść. Z kolei sprzedawca na jednym straganie, zagadując mnie skąd jestem i co tutaj robię stwierdził, że chciałby mi coś podarować na pamiątkę i mam sobie coś wybrać z jego asortymentu. Po kilkuminutowej zażartej konwersacji, że nic nie chcę, albo zapłacę za tę rzecz, wybrałam sobie pocztówkę.

W Bucharze trafiłam na przemiłego właściciela hostelu, który na wieść, że mam problem z zakupem biletu pociągowego do Samarkandy, postanowił wkroczyć do akcji. Zadzwonił na stację z zapytaniem czy są bilety na ten konkretny pociąg, po czym nie pytając mnie o zdanie, zamówił taksówkę, wpakował mnie do samochodu i pojechał ze mną kupić ten bilet. To nic, że w hostelu czekała spora grupa turystów na zameldowanie, on powiedział, że jeśli nie pojedziemy od razu, to bilety się wyprzedadzą i zostanę w Bucharze. A że ja nie mówię po rosyjsku, on wszystko załatwił, ja tylko zapłaciłam. Prawda, że anioł? 🙂

Dla wszystkich byłam Rosjanką

Każdy, dosłownie KAŻDY, kogo napotkałam na swojej drodze myślał, że pochodzę z Rosji. Nie lubię być porównywana do Rosjanek, chociaż powinnam już do tego przywyknąć. Wszędzie, gdzie nie podeszłam, czy to na straganie z pamiątkami, czy w restauracji, czy na ulicy i lotnisku zawsze ktoś zagadywał mnie po rosyjsku. Co zrozumiałam, to zrozumiałam, ale gdy wdawał się w głębszą konwersację, od razu uprzedzałam, że nie mówię w tym języku. Zawsze padała odpowiedź: „Och, wybacz, myślałam/em, że jesteś Rosjanką, bo tak wyglądasz”. Gdy mówiłam, że pochodzę z Polski, następowało powszechne oburzenie, no bo jak to tak – z Polszy i nie gawari pa ruski?!? O ile na początku wspólne heheszki, uśmieszki i tłumaczenie, dlaczego Polka nie mówi po rosyjsku było zabawne, o tyle pod koniec mojego pobytu miałam ochotę ich wszystkich rozszarpać. Ja wiem, że dla niektórych Rosja jest całym wszechświatem, ale czasy, w których obywatele mieli obowiązek nauki rosyjskiego w szkołach, dawno już minęły.

Przechodzenie przez ulicę to sport ekstremalny

To chyba sport narodowy Uzbeków. Żeby przejść przez ulicę trzeba posiadać umiejętności godne superbohaterów. Nawet przemierzając jezdnię na zielonym świetle na pasach trzeba biec, bo światło zmienia się z zawrotną prędkością. Czasami nawet samochody ruszają jeszcze na czerwonym sygnale. A co, jeśli świateł nie ma w pobliżu? Ano, trzeba cierpliwe czekać na swoją kolej, aż jakiś uprzejmy kierowca raczy się zatrzymać. Może to potrwać nawet i godzinę. Wiem to z autopsji – tyle zdarzyło mi się czekać na łaskę, prażąc się w piekielnym skwarze uzbeckiego słońca.

Linia lotnicza Uzbekistan Airways jest całkiem przyzwoita

Przyznam szczerze, że miałam obawy, żeby wsiąść na pokład lokalnych linii lotniczych. Głównie z tego względu, że najwięcej katastrof następuje właśnie na regionalnych trasach, samolotami podrzędnej klasy. Za każdym razem wsiadałam do samolotu z duszą na ramieniu, bo nie wiedziałam jaki czeka mnie los. Mimo wszystko zdecydowałam się na podróż Uzbekistan Airways przede wszystkim ze względu na ograniczony czas, a jak wiadomo, podróż samolotem jest szybka. Odbyłam łącznie 5 lotów tą linią i nadal żyję 🙂 Co więcej, uważam, że to całkiem przyzwoita linia lotnicza, z profesjonalną obsługą, monitorami pozwalającymi śledzić trasę lotu, a także zapewnia nawet niewielki darmowy poczęstunek. Uzbekistan Airways lata do wielu miejsc w kraju, wszystkie główne miasta znajdują się na trasie, a loty trwają około godziny. Za swoje bilety (z miesięcznym wyprzedzeniem) zapłaciłam ok. 60 zł za każdy. Jest to więc znaczna oszczędność czasu i pieniędzy 🙂

Uzbekistan to bezpieczny kraj

Na kilka dni przed wyjazdem zawładnął mną stres i panika, ale to żadna nowość. Miałam obawy (jak zawsze z resztą), że może samotna podróż blondwłosej białaski na inny kontynent, do innej kultury nie była najlepszym pomysłem. Teraz śmiem stwierdzić, że Uzbekistan jest bardzo bezpiecznym krajem. Ulice i okolice najważniejszych zabytków patroluje policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo przyjezdnych. W razie jakiejkolwiek nietypowej sytuacji, w każdej chwili można zgłosić incydent. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Zdarzyło mi się parokrotnie wracać do hostelu po zmroku, ale nawet wtedy nie odczuwałam żadnego zagrożenia. Nawet sprzedawcy pamiątek na ulicy w Khivie nie chowali swojego towaru na noc – stragany były pełne i nikt nawet nie odważył się wyciągnąć ręki. O tym, że jestem panikarą niejednokrotnie już wspominałam, ale powinnam się jednak jakoś ogarnąć i utemperować swoją wyobraźnię 🙂 Pomimo histerii przed samym wyjazdem, wróciłam w jednym kawałku, cała i zdrowa, z obiema nerkami, a na dodatek zachwycona i szczęśliwa 🙂

Najazd zagranicznych turystów

Nie wiem co się stało, ale chyba po zniesieniu wiz nastąpił najazd zagranicznych turystów. Dosłownie tłumy ciekawskich urlopowiczów napływało do miast każdego dnia, atakując i osaczając każdy zabytek. Hiszpanie, Polacy, Portugalczycy, Azjaci, Niemcy… Multi – kulti pełną gębą. Sądziłam, że napływ turystów nastąpi za kilka, kilkanaście miesięcy. W maju nawet się sezon jeszcze nie zaczyna, nawet nie chcę wiedzieć, co się dzieje później!

Jest czysto i spokojnie

Muszę przyznać, że dawno nie miałam tak przyzwoitych warunków w hostelach. Było schludnie, przytulnie i przede wszystkim – czysto! Na ulicach nie widziałam żadnych śmieci, nawet bezpańskie psy się nie błąkały. Nie widziałam tam żadnego bezdomnego, żadnego kloszarda, nikt do mnie nie podszedł i nie poprosił o pieniądze. Nikt mnie nie zaczepiał w nieprzyjemny sposób i nikt nie gwizdał za mną na ulicy. Nie spotkałam pijanych ludzi na ulicy, nawet nie widziałam nikogo z butelką alkoholu w ręce w miejscu publicznym. Jeśli Uzbecy piją, to robią to w bardzo dyskretny sposób.

Jedzenie jest ciężkostrawne

Będąc w podróży zawsze próbuję lokalnej kuchni i tradycyjnych produktów. Tak również było i w tym przypadku. Kuchnia uzbecka obfituje w grillowane mięso, tłuste makarony noodle oraz (ku mojemu zaskoczeniu) różnego rodzaju pierogi. Nie mówię, że jedzenie było niedobre, wręcz przeciwnie, jednak taka ilość tłuszczu dała się we znaki mojemu organizmowi. Już po trzech dniach mój żołądek wołał o coś lekkostrawnego, a pod koniec wyjazdu jadłam już tylko sałatki warzywne 🙂 Za to śniadania były przepyszne, „na bogato”, a te z widokiem na miasto smakowały najlepiej 🙂

Tamtejsi panowie są bardzo kulturalni 🙂

Muszę przyznać, że panowie w Uzbekistanie są bardzo dżentelmeńscy. Miałam okazję (nie nazwę tego przyjemnością) przemieszczać się komunikacją publiczną, co było, hmmm… ciekawym doświadczeniem. Ledwo wsiadłam do autobusu, a pewien młodzieniec do razu wzdrygnął się i pospiesznie udostępnił mi swoje miejsce siedzące… Tak – pierwszy raz w życiu ktoś ustąpił mi miejsca  😀 Zawsze sądziłam, że ten moment nastąpi za jakieś 40-50 lat, a tu taka niespodzianka 😀

Uzbecy nie żerują na turystach

Może śmiesznie to zabrzmi, ale Uzbecy nie czyhają tylko na pieniądze naiwnych turystów. Oczywiście zdarzają się i tacy, ale są w znacznej mniejszości. W kraju oficjalną walutą jest uzbecki sum, 100000 som to w przeliczeniu ok. 10 euro. Wymieniając tamtejsze pieniądze warto mieć ze sobą jakiś neseser na pokaźny zastrzyk gotówki. Niejednokrotnie od tych zer kręciło mi się w głowie i kilkanaście razy przepłaciłabym za obiad czy bilet wstępu do muzeum. Zamiast kilku tysięcy, rzucałam na ladę setkami tysięcy. Za każdym razem reakcja była taka sama: kelner/kasjer łapał się za głowę i mówił: „Madam, to zdecydowanie za dużo!”. Po czym brał wyznaczoną kwotę, a resztę pieniędzy oddawał. Za każdym razem nie mogłam uwierzyć, że w tak łatwy sposób mogłam od razu pozbyć się swojego „majątku” 🙂 W innym kraju, w innej kulturze, sprzedawca/kelner wziąłby pieniądze od nieświadomej turystki, nawet by się nie zająknął, że to za dużo i cieszył w duchu, że zdobył ekstra „napiwek”.