„Narodziny gwiazdy”

Kinowych wersji tego filmu było kilka. W najnowszej zobaczymy Bradleya Coopera i Lady Gagę w rolach głównych.
Jacksona Maine (Bradley Cooper) to gwiazdor muzyki country, który najlepsze lata swojej kariery ma już za sobą i powoli chyli się ku upadkowi. Pewnego wieczoru, w nietypowym barze poznaje Ally (Lady Gaga), która ma ogromny talent muzyczny, ale brak jej pewności siebie. Między muzykami wybucha płomienny romans. Jack nakłania Ally do wyjścia z cienia i pomaga jej osiągnąć sławę. Jednak gdy kariera dziewczyny rośnie w zawrotnym tempie i przyćmiewa dokonania Jacka, jest mu coraz trudniej poradzić sobie z własną gasnącą gwiazdą. Coraz bardziej zatraca się w alternatywnej rzeczywistości i boryka z demonami przeszłości. Czy uda mu się je pokonać?
Fabuła filmu jest prosta, schematyczna, banalna i przewidywalna. Jak dla mnie akcja za szybko się rozwinęła. W jednej chwili bohaterowie się poznają, ona dopiero układa sobie w głowie przebojową piosenkę, by za chwilę on ją na scenie zaśpiewał. Trzeba jednak przyznać, że cała oprawa muzyczna jest na bardzo wysokim poziomie, co jest ogromnym plusem. Chemia miedzy aktorami również jest widoczna. Para wypada rewelacyjnie zarówno w kameralnych, intymnych scenach jak i podczas występów przed tysiącami słuchaczy.
Nie lubię Lady Gagi. Dla mnie to sztuczna lalunia, a jej piosenki są po prostu durnowate. Co prawda talentu muzycznego nie można jej odmówić, ale za to z częścią aktorską jest tragicznie. Wykreowała pozbawioną klasy dresiarę, która bije się w barze z facetami. Według mnie jest mierną aktorką, a w tym filmie zagrała sztucznie. Jej mimika twarzy (z napompowanymi ustami na czele) co rusz sprawiała, że miałam ochotę wyłączyć ten film. Nie wspomnę już o tym, że jeszcze bardziej ją oszpecili pomimo, że urodą na co dzień nie grzeszy. Bradleya Coopera również nie darzę jakimś szczególnym uznaniem. Co prawda pod względem aktorskim nie można mu niczego zarzucić, bo jest dobrym artystą, ale nie znajduje się w gronie moich ulubionych aktorów. Co prawda widać chemię na ekranie między Cooperem a Gagą, ale mimo to nie przekonali mnie do siebie.
Pewnie będę jedną z niewielu osób, którym najnowsza wersja „Narodzin gwiazdy” nie przypadła do gustu. W trakcie, gdy wszyscy rozpływają się nad filmem i pieją z zachwytu, dla mnie ta historia była po prostu nudna i przede wszystkim – przewidywalna. Przyznam, że miałam duże oczekiwania, chociaż nie wiem, czy powinnam wiedząc, że Lady Gaga zagra w nim główną rolę. Cieszę się, że nie poszłam do kina i nie wydałam pieniędzy na bilet.

„Cała przyjemność po stronie kobiet”

Bycie kobietą nigdy nie było łatwe, nie jest łatwe i zapewne nigdy nie będzie łatwe. Niezależnie, w jakim kraju żyjemy, jaką religię wyznajemy czy w jakiej kulturze zostałyśmy wychowane. Kobiety na całym świecie żyją pod wielką presją społeczeństwa, które na każdym kroku dyktuje warunki, ocenia i potępia ich nieszablonowe zachowania.

Tak właśnie jest z bohaterkami filmu dokumentalnego „Cała przyjemność po stronie kobiet” („#Female Pleasure”) w reżyserii Barbary Miller. To niezwykle odważne kobiety, które wypowiedziały sprzeciw wobec posłuszeństu patriarchatowi. Rokudenashiko, japońska artystka, staje przed sądem za wydruki 3D swojej waginy. Deborah Feldman, ucieka wraz ze swoim synem z ortodoksyjnej społeczności chasydów na Brooklinie, by móc decydować o swoim losie. Leyla Hussein prowadzi w Londynie warsztaty dla sudańskich kobiet, by uświadomić im piekło, na jakie skazują swoje córki. Doris Wagner opowiada o molestowaniu przez księdza. Vithika Yadov uświadamia młodych Hindusów o kobiecej przyjemności seksualnej.

Każda z nich została wychowana w innej kulturze i wyznaje inną religię. Łączy je jedno: wszystkie są kobietami, które same nie mogły zadecydować o swoim losie. Rokudenashiko, kontrowersyjna artystka (według japońskiego społeczeństwa) nie potrafi zrozumieć, dlaczego kobieca wagina to temat tabu, podczas gdy Japończycy hucznie celebrują święto ku czci fallusa. Leyla Hussein, która w dzieciństwie sama została obrzezana (tutaj szerzej o tym pisałam), każdego dnia uświadamia inne kobiety, by nie wyrządzały krzywdy swoim córkom. Nie ma łatwego zadania, bo nie tylko kobiety trzeba przekonać, by zaprzestały tego barbarzyńskiego „obrządku”, ale przede wszystkim musi wpłynąć na mężczyzn, którzy tak naprawdę nie mają pojęcia, z czym wiąże się obrzezanie. Deborah Feldman została wygnana i okryta hańbą przez żydowskie społeczeństwo, ponieważ nie chciała być tylko maszynką do rodzenia dzieci. Jej własna rodzina namawia ją, by popełniła samobójstwo, wówczas oni z wielką radością zatańczą na jej grobie. Doris Wagner przed laty wstąpiła do zakonu, by poświecić życie i duszę Bogu. W trakcie przebywania w rzymskim seminarium, wielokrotnie została gwałcona przez księdza – swojego przełożonego, ale to ona musiała udźwignąć ciężar społecznej presji i oskarżeń. Natomiast Vithika Yadov, załozycielka portalu „Love Matters” uświadamia młode społeczeństwo, że uczucie pomiędzy dwiema osobami jest bardzo ważne, ślub powinien być brany z miłości, a nie aranżowany przez rodzinę. Nie godzi się na molestowanie i przemoc wobec kobiet i otwarcie toczy wojnę z hinduskim systemem obyczajowym.

Historie tych kobiet są wstrząsające. Zabawne, że o kobiecej seksualności od wieków decydują mężczyźni, a co więcej – mają obsesję na jej punkcie. Z jednej strony żądają, żeby kobieta była cnotliwa, potulna i skromna, ale z drugiej zaś pragną, żeby była wyuzdana i posiadała umiejętności niczym gwiazda z filmów porno. To właśnie ze względu na nich, kobiety robią okrutne rzeczy nie tylko sobie, ale również innym kobietom. Decydują się na bestialskie zabiegi, bo ślepo wierzą, że jeśli tego nie zrobią, nigdy w życiu nie znajdą sobie męża i zostaną wykluczone przez społeczeństwo.

Na całym świecie wciąż istnieje przyzwolenie na kulturę gwałtu, podrzędność kobiet w strukturach władzy największych religii, przekonanie o obsceniczności wizerunku waginy w przestrzeni publicznej (wobec całkowitej neutralności penisa) czy instytucję obrzezania kobiet. Na całym świecie miliony kobiet są wciąż okaleczane, gwałcone, molestowane czy karane, bo to mężczyźni decydują w ich imieniu.

Kiedy skończy się ta paranoja? Reżyserka dokumentu „Cała przyjemność po stronie kobiet” i jej bohaterki nie oceniają postaw społecznych – pokazują ułomności patriarchalnego układu sił, zakłamania społecznego i braku świadomości, którą swoją pracą u postaw, aktywizmem i działaniami edukacyjnymi próbują zmienić.

Film dokumentalny o pięciu aktywistkach w reżyserii Barbary Miller został wybrany najlepszym filmem 16. edycji Millennium Docs Against Gravity według publiczności. To film, który powinien obejrzeć każdy z nas, ale przede wszystkim powinien dotrzeć do świadomości każdego mężczyzny.

Tutaj link do strony #FemalePleasure.

„Maria, królowa Szkotów”

Kostiumowo-historyczna hollywoodzka produkcja. O rywalizacji Marii, królowej Szkocji, i Elżbiety, królowej Anglii, czyli o dwóch silnych kobietach u władzy, próbujących udowodnić swoją wartość w świecie zdominowanym przez mężczyzn, pełnym intryg i wojen.

Wielka Brytania, druga połowa XVI wieku. Na tronie Anglii władzę sprawuje Elżbieta (w tej roli Margot Robbie), do Szkocji zaś powraca owdowiała 18-letnia Maria Stuart (Saoirse Ronan), która chce objąć władzę w imię dziedzictwa. I tutaj pojawia się problem, ponieważ Maria jest zagorzałą katoliczką, zaś kraj pod jej nieobecność stał się protestancki. Pojawiają się kłamstwa, akty zdrady i wbijanie noża w plecy (zarówno dosłownie, jak i w przenośni). Nie można ufać nikomu, nawet własnemu bratu. Chociaż początkowo Maria wykazuje lekceważący, a nawet nieco pogardliwy stosunek do Elżbiety, w pewnym momencie zwraca się o pomoc do swojej kuzynki władającej angielskim tronem. Pomimo, że sobą otwarcie ze sobą rywalizują, to mają jednak do siebie wzajemny szacunek i nić porozumienia. Obie są u władzy, mają siłę, ale w głębi czują się opuszczone i niezrozumiałe w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

Miały ze sobą dużo wspólnego, ale były jak dwa przeciwieństwa. Podczas, gdy jedna plotkuje z damami dworu o miłosnych doznaniach, druga w obawie przed spiskowcami i skrytobójcami czyhających na chwilę jej słabości, odmawia kochankowi zbliżenia. Maria jest szczera, delikatna, inteligentna i wyrozumiała. Z drugiej strony mamy zgorzkniałą i niestabilną psychicznie Elżbietę – rozdartą między obowiązkami a miłością, między pragnieniem pozostania niezależną a chęcią bycia matką. Kiedy szkocki reformator John Knox buntuje lud przeciwko katoliczce Marii, otwarcie nazywając ją dziwką, protestantka Elżbieta buduje wizerunek królowej dziewicy. Zderzenia charakterów dwóch władczyń, które w męskim świecie starają się pokazać siłę i udowodnić własną wartość.

Obie aktorki świetnie się spisały. Historia skupia się na postaci Marii Stuart, co daje ogromne pole do popisu Soairse Ronan, traci na tym rola Elżbiety, grana przez fenomenalną Margot Robbie. Pod toną charakteryzacji, która mocno oszpeca urodę australijskiej aktorki, Margot jest nie do poznania. Ogromnym plusem są także kostiumy, dopracowane w każdym calu. No i oczywiście scenografia, zwłaszcza urzekające i malownicze szkockie plenery oraz majestatyczne zamki.

Może „Maria, królowa Szkotów” nie jest jakimś wybitnym dziełem, mimo wszystko warto poświęcić dwie godziny i obejrzeć tę produkcję. Chociażby dla samych widoków i gry aktorskiej na wysokim poziomie. Zapewne miłośnicy tego gatunku z cała pewnością będą usatysfakcjonowani produkcją w reżyserii Josie Rourke.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Wdowa”

Demokratyczna Republika Konga – co wiemy o tym państwie? Chyba tylko tyle, że znajduje się gdzieś w Afryce. Akcja najnowszej produkcji „Wdowa” z Kate Beckinsale w roli głównej rozgrywa się właśnie w tym kraju.

Georgia Wells nie może poradzić sobie ze stratą męża, który ginie w katastrofie lotniczej gdzieś nad kongijską dżunglą. Trzy lata później wdowa otrzymuje tajemniczą wiadomość, która skłania ją do odkrycia prawdy o śmierci męża. Wyrusza do Kinszasy, stolicy Demokratycznej Republiki Konga, by tam zbadać sprawę nie do końca wyjaśnionej katastrofy samolotu. Na miejscu odkrywa, ze prawda jest zupełnie inna niż ta, oficjalnie podana przez kongijski rząd. Gdy zaczyna zgłębiać się w sprawę, bliskie osoby z jej otoczenia zaczynają ginąć, a ona sam otrzymuje liczne pogróżki. Krok po kroku odkrywa prawdę związana nie tylko z katastrofą, ale także o swoim małżeństwie.  Co tak naprawdę zdarzyło się w dniu katastrofy?

„Wdowa” to nie tylko opowieść sensacyjna, ale także krótki przekrój przez realia współczesnego Kongo. Kraj ten tak naprawdę pozostaje anonimowy, należy do jednych z najbiedniejszych państw świata, gdzie przemoc i bieda jest na porządku dziennym. Poznajemy też historię młodziutkiej Adidji, która została zwerbowana do armii, gdzie zasiliła szeregi dziecięcych żołnierzy. Mnóstwo tego typu przerażających obrazów przewija się przez 8 odcinków serialu.

Nigdy specjalnie nie byłam fanką Kate Beckinsale. Pamiętam jej rolę w „Pearl Harbor”, jednego z moich ulubionych filmów. Jako nastoletnia dziewczynka byłam nią totalnie oczarowana: grała taką delikatną, kruchą a jednocześnie odważną dziewczynę. W nowej produkcji pokazała zupełnie inne oblicze: twardej, rozgoryczonej, zdeterminowanej i przede wszystkim wściekłej kobiety. Odniosłam wrażenie, że rola była stworzona specjalnie dla niej, bo zagrała tam fenomenalnie. Chociaż czasami przeszkadzał mi jej zbyt brytyjski akcent.

Sam tytuł może zniechęcać wymagającego widza. Na szczęście nie jest to typowa ckliwa historia zrozpaczonej wdowy, tylko prawdziwy film akcji, przez cały czas trzymający w napięciu. Mnóstwo zaskakujących zwrotów akcji sprawia, że nie da się nudzić ani przez minutę oglądania serialu. Oby powstało więcej tego typu produkcji.

„Russian Doll”

Wyobraź sobie, że w dniu swoich 36-tych urodzin niechcący umierasz, ale za chwilę powracasz do świata żywych. Jak gdyby nic się nie stało. Potem jednak umierasz ponownie i ponownie powracasz na swoją imprezę urodzinową – cała i zdrowa. I tak jeszcze ze dwadzieścia razy. Brzmi fajnie? Na pewno nie dla głównej bohaterki „Russian Doll” – najnowszej produkcji Netflixa.

Nadia Volvokowa (Natasha Lyonne) to Amerykanka o korzeniach rosyjsko-żydowskich. Na życie zarabia jako programistka gier komputerowych. Jest kobietą inteligentną, nowoczesną, z wyjątkowym podejściem do życia, nie stroni od przygodnego seksu, wszelkiego rodzaju używek, ale zachowując przy tym dystans względem samej siebie. Papieros jest jej znakiem rozpoznawczym i nieodłącznym kompanem. W dniu swoich 36-tych urodzin wpada w pętlę czasu – każdego dnia umiera w najróżniejszych okolicznościach, czasem niezwykle zabawnych. Od tej pory Nadia będzie odradzać się na nowo i umierać jeszcze raz, a każda kolejna śmierć sprowadzi ją z powrotem do tego samego miejsca – łazienki w domu jej przyjaciółki, w której za każdym razem będzie przygrywać dokładnie ta sama piosenka i to samo spojrzenie w lustrze.

Zdezorientowana Nadia próbuje rozwikłać zagadkę beznadziejnej sytuacji, w której się znalazła. Pomiędzy jedną śmiercią a kolejnym odrodzeniem, kobieta poznaje Alana (Charlie Barnett), który podobnie, jak ona codziennie odchodzi z tego świata i codziennie powraca w tym samym momencie. Pomimo, że mężczyzna jest jej zupełnym przeciwieństwem, oboje starają się rozwikłać zagadkę zagiętej czasoprzestrzeni, w której oboje się znaleźli.

Początkowe odcinki „Russian Doll” mogą wydawać się nudne i bardzo przewidywalne, jednak z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej zgłębiamy się w przeszłość Nadii, tym samym poznając jej złożoną osobowość. Początkowo może się wydawać, że Nadia jest wyluzowaną imprezowiczką, ale z wraz kolejnymi odcinkami odkrywamy jej tajemnice, stopniowo dowiadując się o niej coraz więcej i badając jej przeszłość. Nadia to kobieta z pozoru mająca kontrolę nad każdym aspektem swojego życia, a w praktyce zmaga się z masą problemów i rozbitą na drobne kawałeczki osobowością, których poskładanie w całość okazuje się być nie lada wyzwaniem. To właśnie ona jest tytułową „matrioszką” – każda śmierć pozwala na to, by na światło dzienne wyszło jej głęboko skrywane oblicze,  aż u schyłku serialu stanie przed nami osoba zupełnie inna niż ta, którą poznaliśmy w pierwszych odcinkach.

Natasha Lyonne odegrała swoją rolę brawurowo, znakomicie wykreowała postać Nadii. Chociaż początkowo można czuć pewną niechęć do głównej bohaterki, to z każdym kolejnym odcinkiem zmieniłam o niej zdanie. Natasha z łatwością odnajduje się w swojej roli i w każdym ze skrajnych stanów psychicznych swojej bohaterki. Aktorka zachowuje się w tej roli niezwykle naturalnie, autentycznie i przekonująco. No i ta burza kręconych, rudych loków – aż zapragnęłam mieć taką fryzurę ❤

Chociaż fabuła wydaje się być banalna, przewidywalna i nieco oklepana, twórcy „Russian Doll”  sprawili, że serial okazuje się być poruszającą opowieścią o trudnym i bolesnym procesie poszukiwania szczęścia, ale także strachu przed życiem, depresją czy samotnością. Nie jest to jednak żaden melodramat, wręcz przeciwnie – czarna komedia z piekielnym poczuciem humoru.

„Bohemian Rhapsody”

Są tacy wokaliści, którzy nawet po swojej śmierci pozostają nieśmiertelni. To jedyne w swoim rodzaju ikony muzyczne, których dorobek artystyczny stał się nie tylko elementem popkultury, ale na zawsze zapisał się w świadomości ludzi na całym świecie. Bez wątpienia Freddy Mercury jest jedną z tych postaci. Teraz za sprawą filmu „Bohemian Rhapsody” powraca do świata żywych.

Londyn, rok 1975. Farrokh Bulsara – nieśmiały i zakompleksiony chłopak pochodzący z Zanzibaru marzy, by w życiu „coś” osiągnąć. Co wieczór chodzi od baru do baru w poszukiwaniu inspiracji, a tak naprawdę znajduje nową rodzinę: Bryana May, Rogera Taylora oraz Johna Deacon’a. Farrokh przemienia się we Freddiego Mercurego i tak oto powstaje zespół Queen. Talent i determinacja wszystkich członków zespołu grającego w podrzędnych londyńskich barach sprawiają, że niebawem „Królową” pokocha cały świat.

W rolę Freddiego Mercurego wciela się rewelacyjny Rami Malek. Ruchy sceniczne, mimika, najmniejsze gesty – wszystko to sprawia, że Malek nie gra lidera Queen – on nim jest w każdym calu.  Finałowa scena na Wembley po prostu powala – można odnieść wrażenie, za sprawą Maleka  Mercury zmartwychwstał. Jedyne, co mi przeszkadzało, to zbyt uwydatniona sztuczna szczęka, z która aktor momentami sobie nie radził. Miałam wrażenie, że zawzięcie walczy, by zęby nie wypadły mu przy kolejnym wypowiedzianym słowie 🙂 Reszta postaci pozostała w cieniu Maleka, ale za to w niektórych scenach aktorzy wyglądają jak klony legendarnych muzyków. Brawa dla reżysera Bryana Singera za to, że miał odwagę pokazać te niewygodne i trudniejsze chwile w zespole, samotność Freddiego, porzucenie kapeli i otoczenie fałszywych przyjaciół. W Bohemian Rhapsody” mamy przegląd wszystkich najważniejszych wydarzeń zespołu od czasu poznania się bandu z charyzmatycznym Freddiem Mercurym poprzez rozłam w latach osiemdziesiątych i chorobę wokalisty, aż po legendarny koncert dla głodujących w Etiopii Live Aid z 13 lipca 1985 roku. Może „Bohemian Rhapsody” nie jest idealnie odzwierciedloną biografią Queen. Z całą pewnością historia skupia się na Freddym i bez wątpienia to on jest główną postacią, a koledzy z zespołu stanowią jedynie tło dla jego osoby.

Grzechem jest nie wspomnieć o muzyce, która pełni tutaj kluczową rolę. W filmie możemy zobaczyć, jak działa branża muzyczna od zaplecza oraz ujrzeć kulisy powstawania takich hitów jak tytułowa ‚Bohemian Rhapsody’, ‚Another One Bites the Dust’, ‚We Will Rock You’ i wiele innych. Przez cały film możemy usłyszeć fragmenty całego dorobku muzycznego Queen, która pojawia się w odpowiednich momentach. Jednym z nich jest scena, w której Freddy dowiaduje się, że choruje na AIDS, a w tle słyszymy utwór „Who Wants To Live Forever” – jedna z najbardziej wzruszających scen w całym filmie.

Grupa Queen nigdy nie należała do moich ulubionych. Fakt, że to nie moje pokolenie i to raczej moi rodzice mogą nazywać się ich wielbicielami, ale niektóre zespoły z tamtej dekady (jak Bon Jovi czy Aerosmith) po prostu ubóstwiam. Owszem, bardzo lubię niektóre kawałki Queen, ale nie jestem fanką wszystkich utworów. Nie mniej jednak z wielka przyjemnością wybrałam się na produkcję „Bohemian Rhapdy” i przyznam, że wyszłam oniemiała. Film wywarł na mnie tak ogromne wrażenie, że do tej pory nie potrafię przestać o nim myśleć. A końcowa scena koncertu Live AID na Wembley sprawiła, że miałam ciarki na plecach. Odwzorowany został niemal idealnie do oryginału, choć odrobinę go skrócili. Poczułam się jak na prawdziwym koncercie. Show Must Go On, a królowa jest tylko jedna. Bezapelacyjnie.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Jestem taka piękna!”

Piękno to pojęcie względne. Na przestrzeni wieków klarowały się różne kanony piękna. To, co dla jednych może wydawać się piękne, dla drugich jest okropne. I na odwrót.

By dzisiaj zostać uznaną za piękność, trzeba mieć wymiary supermodelki przechadzającej się po wybiegu. W latach 60-tych ubiegłego wieku krągła Marilyn Monroe wyznaczała standardy piękna. W czasach Rubensa z kilkunastoma nadmiarowymi kilogramami i widocznym cellulitem. Bohaterka filmu „Jestem taka piękna!” łamie wszelkie stereotypy i udowadnia, że piękno pochodzi od wewnątrz.

Reene (Amy Schumer) to przeciętna znudzona życiem kobieta, wykonująca mało satysfakcjonującą i kreatywną pracę.  Z jej kilkunastoma nadmiarowymi kilogramami czuje się niepewnie. Wszystko zmienia się, gdy na zajęciach fitness spada z rowerka treningowego, uderza się w głowę i traci przytomność. Kiedy odzyskuje świadomość i spogląda w lustro, wprost nie może uwierzyć. Jej nogi są szczupłe i opalone, włosy jedwabiste, a podbródek idealnie ukształtowany. Jednym słowem – jest zjawiskowo piękna! Problem w tym, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. Dla całego świata Renee nadal wygląda tak samo. Jednak bohaterka, przekonana o rzekomym cudzie, przechodzi totalną metamorfozę. Z szarej myszki staje się wyzwoloną i pewną siebie kobietą, której śmiałość i energia robią piorunujące wrażenie na wszystkich, nawet na atrakcyjnej szefowej – Avery Leclair (Michelle Williams). Z czasem Renee, która dzięki awansom pnie się w górę w firmie kosmetycznej, zaczyna spoglądać z wyższością na świat i innych ludzi.

Może nie jest to komedia najwyższych lotów, ale daje do myślenia. Czy faktycznie musimy uderzyć się w głowę, żeby przestawiła się nam klepka? Czy tylko dopiero wtedy możemy uważać się za piękne, pewne siebie i świadome kobiety? Przecież każda z nas na swój własny sposób jest piękna, niezależnie, czy ważymy 45 kg, mierzymy 140 cm wzrostu czy mamy 70 lat. Wydaje się to szalenie trudne, by na każdym kroku nie porównywać się z innymi i w pełni się zaakceptować. Czasami trzeba nad tym ciężko pracować, ale efektem końcowym powinna być pełna samoakceptacja i pewność siebie . Prawda jest taka, że nie ma żadnej definicji piękna, to wszystko znajduje się w naszej głowie.

„Mamma Mia: Here We Go Again!”

Pamiętacie filmowy musical z piosenkami szwedzkiego zespołu ABBA w roli głównej sprzed ponad dekady? Na ekranach kin gości kontynuacja filmowego hitu „Mamma Mia: Here we go again!” W rolach głównych ponownie zobaczymy Amandę Seyfried, Pierce’a Brosnana, Colina Firtha, Meryl Streep oraz  Stellana Skarsgarda. To jednak nie wszyscy aktorzy. Na ekranie pojawi się również wiele nowych, zaskakujących postaci.

Pierwsza część filmu okazała się globalnym sukcesem, nic w tym dziwnego, że producenci postanowili nakręcić jego kontynuację. Film tak naprawdę powtarza i rozbudowuje historię, którą poznaliśmy w oryginale, dodając do niej tylko drobne elementy. Akcja toczy się na dwóch płaszczyznach, ale właściwie to „Mamma Mia: Here we go again” jest bardziej prequelem niż sequelem, czyli akcja toczy się głównie przed wydarzeniami z pierwszej części filmu. Twórcy przenoszą nas w czasie, do roku 1979, kiedy to młoda Donna wdaje się w romans z trzema mężczyznami: Samem, Harrym oraz Billem. Oczywiście akcja drugiej części musicalu rozgrywa się w przepięknej i słonecznej scenerii greckich wysp.

No właśnie, przenosząc się w czasie mamy okazję poznać młodą Donnę i jej trzech amantów, również w odmłodzonej wersji. Zgłębiamy się w jej historię; staramy się zrozumieć, dlaczego zdecydowała się zamieszkać na greckiej wyspie, w zupełnie innej i obcej dla niej kulturze. Druga część musicalu odsłania kulisy młodzieńczych fascynacji i szalonych przygód Donny. No i w końcu dowiadujemy się, kto jest biologicznym ojcem Sophie (Amanda Seyfried). Z kolei w teraźniejszości, twórcy skupili się na historii Sophie, jej związku, nowopowstałym biznesie oraz tym, że spodziewa się dziecka.

W młodą Donne brawurowo wcieliła się Lily James. Energia i urok granej przez nią postaci sprawia, że nie da się usiedzieć spokojnie w fotelu. Jej werwa powoduje, że razem z nią chce się śpiewać, skakać i tańczyć. Wtórują jej – w rolach miłosnych partnerów Donny – Josh Dylan, Hugh Skinner i Jeremy Irvine, czyli piękne, młode i… spontaniczne wersje Sama (Pierce Brosnan), Harry’ego (Colin Firth) i Billa (Stellan Skarsgård). W „Mamma Mia:Here We Go Again” zobaczymy również Cher i Andy’ego Garcię!

Może produkcja nie należy do gatunku ambitnego kina, ale dostarcza wiele rozrywki. Jest wesoło, kolorowo, wakacyjnie, momentami trochę melodramatycznie i nastrojowo. Do tego, chociaż mniej znane piosenki szwedzkiego zespołu (ale pojawiają się także i największe przeboje ABBY) sprawiają, że chce się tańczyć razem z bohaterami. Jedno jest pewne: „Mamma Mia: Here we go again!” to najgorętszy i długo wyczekiwany hit tego lata!

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Żona czy mąż?”

Lubicie włoskie kino komediowe? Jeśli tak, to komedia „Żona czy mąż?” z Kasią Smutniak i Pierfrancesco Favino w rolach głównych to dla Was idealną rozrywką na zbliżające się długie, szare, jesienne wieczory.

Sofia i Andrea to wieloletnie maleństwo przeżywające kryzys. Ona pracuje w telewizji i lada dzień ma zadebiutować na ekranie telewizorów w charakterze prezenterki popularnego porannego programu. On jest utalentowanym neurochirurgiem, który skonstruował tajemniczą maszynę o nazwie „Charlie”, która ma umożliwić czytanie myśli. W wyniku nieudanego eksperymentu bohaterowie zamieniają się ciałami – umysł męża przenosi się do ciała żony i na odwrót. Małżeństwo i tak boryka się z licznymi problemami zawodowymi, finansowymi i osobistymi, a nieoczekiwana zamiana miejsc pogłębia wszystkie te kryzysy, stając się przy tym źródłem wielu komicznych sytuacji. Z drugiej jednak strony, nowa sytuacja sprawia, że nie tylko lepiej poznają szczegóły z codziennej egzystencji małżonka, ale będą mogli również inaczej spojrzeć na swój związek.

Zamiana miejsc pełna jest przekomicznych sytuacji. Zachowanie Pierfrancesco Favino jako Sofii zamkniętej w ciele męża przypomina (delikatnie mówiąc) mocno zniewieściałego mężczyznę. Bardzo często się wzrusza czy mimowolnie poprawiając włosy, kokieteryjnie zakręcając je na palcach. Z kolei Kasia Smutniak jako mąż uwięziony w ciele żony rozwala system. Piękna kobieta, która na własne życzenie oszpeca się i kompromituje na oczach widzów z całego kraju, wywołuje niekontrolowane wybuchy głośnego śmiechu. Nie da się nie lubić obu postaci. Oboje bardzo mocno zamieszają w karierze swojego małżonka. Swoją drogą ciekawa jestem, jak ja bym się zachowywała, gdybym zamieniła się ciałem z jakimś mężczyzną.

Filmów o tego typu filmów nakręcono całe dziesiątki. W sumie powstała banalna historia, z przewidywalnym zakończeniem, mimo to z całą pewnością dostarcza rozrywki. Włoska produkcja w reżyserii Simone Godano jest lekka i zabawna, w sam raz idealna na długie, jesienne wieczory. Może film nie wnosi nic nowego do światowej kinematografii, za to można przyjemnie spędzić czas w trakcie jej seansu. Jeśli nie macie planów na leniwy wieczór, sięgnijcie po komedię „Żona czy mąż?”. Dobra zabawa gwarantowana.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Zimna wojna”

Jeszcze dobrze film nie wszedł na ekrany polskich kin, a już świat się nim zachwycał. Delikatny i z ludową nutką, rozśpiewany i roztańczony, z wielką historią w tle – taka jest najnowsza produkcja Pawła Pawlikowskiego. „Zimna wojna” to polska wersja Romea i Julii.

Paweł Pawlikowski przenosi nas do Polski lat 50-tych. Wiktor(Tomasz Kot) i Irena (Agata Kulesza) pragną stworzyć zespół, który miałby kultywować polską tradycję i kulturę. Jeżdżą po kraju, szukając młodych i utalentowanych osób do nowopowstającego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”. Wśród kandydatów jest charyzmatyczna i utalentowana Zula (Joanna Kulig). Już od samego początku pomiędzy Zulą a Wiktorem iskrzy. Chociaż dzieli ich duża różnica wieku, zakochują się w sobie bez pamięci. Jednak ich związek nie należy do najłatwiejszych. Na drodze do szczęścia stoi wiele przeszkód. Ogromne uczucie, które zostaje na przestrzeni lat wystawione na wiele prób, nie tylko wynikających ze społecznych norm i zasad prawnych, ale przede wszystkich z silnych charakterów kochanków. Zula i Wiktor nie potrafią być ze sobą, a jednocześnie nie mogą bez siebie żyć.

Wraz z „Mazurkiem” wędrujemy przez kolejne sceny nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Znajdujemy się w klubach wypełnionych muzyką jazzową w Paryżu, Berlinie czy byłej Jugosławii. Muzycznym motywem jest piosenka „Dwa serduszka, cztery oczy”, którą można usłyszeć w różnych aranżacjach, także jazzowych. „Zimna wojna” przepełniony jest muzyką już od pierwszej sceny. Widzimy w niej górali grających na instrumentach i śpiewających ludowe pieśni. Potem widzimy Joannę Kulig występującą najpierw w zespole, a potem solo. W międzyczasie przemyka się Tomasz Kot, który gra muzyka-artystę, komponującego jazzowe utwory, tworząc magiczną atmosferę.

Choć historia jest burzliwa i spektakularna to jednak opowiedziana prosto, minimalistycznie, bez wielkich scen i patosu. Chociaż Joanna Kulig bez wątpienia odegrała świetną rolę, nie polubiłam jej bohaterki. Dla mnie była zbyt egoistyczna, pokręcona i zagubiona. Sama do końca nie wiedziała, czego tak naprawdę chce. Ona i Tomasz Kot wykreowali brawurową ekranową parę, pośród której jest chemia i pasja, o której nie da się zapomnieć. Ich bohaterowie doskonale się uzupełniają: on jest powściągliwy, nieco wycofany; ona pełna energii i trochę nieokrzesana. Filmowi bohaterowie na zmianę przyciągają się i odpychają, padają ofiarą własnych lęków, ambicji i uczuć. A także wyborów, które mają wpływ ich wspólne życie i przyszłość. Jednak nie tylko Joanne Kulig i Tomaszowi Kot należą się oklaski. Także Agata Kulesza wykreowała ciekawą i elektryzującą postać. Borys Szyc wciela się w przedstawiciela Partii, który swoim niewymuszonym dowcipem inteligentnie wplata się w humor sytuacyjny. Bez wątpienia wszyscy oni są pierwszoligowymi polskimi aktorami.

Świat dosłownie zakochał się w „Zimnej wojnie”. „The Hollywood Reporter” napisał, że „Zimna wojna” to „prawdziwa rozkosz dla znawców muzyki”, a „The Guardian” ocenił, że to „wizualnie porywająca epicka opowieść o uwięzieniu i ucieczce ze świata totalitaryzmu”. Jury Festiwalu w Cannes przyznało Pawlikowskiemu Złotą Palmę za reżyserię. Warto dodać, że jest to pierwszy Polak, który  otrzymał nagrodę w tej kategorii. Sama Cate Blanchett zachwycała się rolą, urodą i talentem Joanny Kulig. Czy potrzeba lepszych recenzji?

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję: