„Aladyn”

Ostatnimi czasy nastąpił wysyp filmowych adaptacji disnejowskich bajek z dzieciństwa. Nic w tym dziwnego, ponieważ cieszą się one ogromnym zainteresowaniem. Była „Piękna i Bestia”, „Kopciuszek” czy „Królewna Śnieżka”. Teraz przyszła kolej na egzotycznego „Aladyna”.

Aladyn (Mena Massoud) to przystojny i cwany złodziejaszek z nizin społecznych, którego domem są ulice miasta Agrabah i żyje z tego, co uda mu się ukraść. Zdaje sobie jednak sprawę, że nie jest to jego przeznaczenie i że został stworzony do wyższych celów. Po drugiej stronie miasta, w pałacowych murach mieszka księżniczka Dżasmina (Naomi Scott), która żyje swoimi marzeniami. Pragnie ona żyć poza pałacem i być dobrą władczynią dla swojego ludu. Jednak jej ojciec, sułtan, szykuje dla niej zupełnie inną przyszłość – szuka dla córki odpowiedniego męża, który w przyszłości odziedziczy i obejmie władzę. Wybór pada na Dżafara (Marwan Kenzari) – potężnego czarnoksiężnika, który czarami stara się wpłynąć na decyzję Sułtana i przejąć władzę w królestwie. Gdy w przypadkowych okolicznościach Aladyn spotyka Dżasminę zostaje zauroczony jej pięknem i temperamentem. Przez przypadek Aladyn zostaje uwikłany w spisek Dżafara, który pozornie chce pomóc mu w zdobyciu serca księżniczki. Złodziejaszek znajduje pewna lampę, w której jak się okazuje, uwięziony jest pewien Dżin (Will Smith) – barwna postać nie z tego świata. Właśnie wtedy dla wszystkich zaczyna się niezapomniana przygoda.

Bez wątpienia największym plusem filmowej wersji „Aladyna” jest egzotyczna scenografia i barwne kostiumy. Dzięki nim możemy przenieść się do świata rodem z „1001 nocy”, poczuć powiew orientu czy zatopić się w kolorowych krajobrazach arabskiej kultury. Efekty specjalne również maja ogromny wpływ na cały film, chociaż w moim odczuciu czasami są lekko przesadzone. Również kreacje aktorów wcielających się w role główne – Naomi Scott, Mena Massouda i Willa Smitha są mocnym ogniwem. Są oni mocno utalentowanymi artystami, co udowadniają swoim wokalem i tańcem. Z całą pewnością fragmenty śpiewane i tańczone są najlepszymi momentami filmu i nadają „Aladynowi” prawdziwie magicznej i bajkowej aury.

Filmowy „Aladyn” to w pewien sposób manifest feministyczny, czego dowodem jest postać księżniczki Dżasminy. Nie jest to kolejna księżniczka, która beznadziejnie czeka na swojego księcia z bajki, który uratuje ją z niedoli i będą żyli długo i szczęśliwie. Współczesna Dżasmina bierze sprawy w swoje ręce i sama pragnie rządzić ukochanym krajem, bez despotycznego męża u boku, gdzie będzie dla niego tylko zbędnym dodatkiem. Jest ona mocno wyemancypowana, co jest dosyć mocno zaskakujące, a może nawet i kontrowersyjne, bo w krajach arabskich nie ma mowy, żeby władzę sprawowała kobieta.

Jako mała dziewczynka, oglądając oryginalną bajkę, a potem serial o przygodach Aladyna, zawsze miałam wypieki na twarzy. Wtedy był to dla mnie świat z zupełnie innej planety – egzotyczna, tajemnicza i tak bardzo odległa arabska kultura oraz przepiękne stroje księżniczki Dżasminy. Dlatego też na premierę „Aladyna” czekałam z niecierpliwością i nie zawiodłam się. Chociaż momentami efekty wizualne były mocno przesadzone, to nie wpływają na całokształt filmu. Jest kolorowo, tanecznie, muzycznie i przede wszystkim egzotycznie, co chyba pociąga najbardziej. Obudziła się we mnie mała dziewczynka, która zdecydowanie chce więcej. Czekam na kolejne części o przygodach przystojnego Aladyna, niezależnej Dżasminy oraz szalonego Dżina.

„Aladyn”

„Euforia”

Bycie nastolatkiem nigdy jest łatwe. Burza hormonów wariująca w naszym ciele czasami jest wręcz nie do zniesienia. Każdy musi przetrwać ten okres, ale czasem jest bardzo ciężko. Dlatego też niektórzy uciekają w alkohol, seks czy narkotyki. W nowym serialu „Euforia” produkcji HBO współczesna amerykańska młodzież „umila” sobie  czas właśnie w taki sposób.

Imprezy zakrapiane alkoholem, czasami z dodatkiem „czegoś mocniejszego”, seks bez zobowiązań,fetysze i dewiacje seksualne – tak wygląda codzienność w amerykańskim miasteczku. Na 17-letnią Rue Bennet (Zendaya) nie robi to żadnego wrażenia, ponieważ dla niej każdy dzień wygląda tak samo: odczuwa ekstazę i radość w trakcie kolejnego narkotykowego odlotu. Gdy Gia, młodsza siostra znajduje uzależnioną od narkotyków Rue w momencie przedawkowania prochów, trafia na odwyk. Jednak po wyjściu nastolatka nie ma zamiaru zmiany stylu życia – próbuje coraz to nowych wynalazków, które pozwalają oderwać się jej od gównianej rzeczywistości. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy Rue poznaje Jules (Hunter Schafer) – transseksualną i nieco tajemniczą dziewczynę, która dopiero co przybyła do miasteczka. Obie dziewczyna zaczyna łączyć przyjaźń, która niebawem przeradza się w coś więcej. Dzięki niej Rue zaczyna powoli wychodzić na prostą, ale z drugiej strony – uzależnia się od Jules. Czy uda jej się w końcu odstawić wszystkie używki?

W każdym odcinku poznajemy historię konkretnego bohatera. Znajdziemy wyjaśnienie, co jest przyczyną tego, że jest taki a nie inny. Masa kompleksów, dziwnych dewiacji czy upodobań seksualnych nie bierze się znikąd. U Rue iskrą zapalną była najpierw choroba, a potem śmierć ojca. Jej znajomi z klasy również mają swoje problemy: wysportowany Nate Jacobs, którego wybuchy gniewu maskują niepewność i lęk; Maddy Perez – wyuzdana i wulgarna dziewczyna, z którą Nate cały czas się schodzi  i rozchodzi;  Chris McKay – gwiazda futbolu, która ma problemy z zaaklimatyzowaniem się w szkole; Cassie Howard, którą prześladuje jej erotyczna przeszłość; Lexi Howard – młodsza siostra Cassie i twardo stąpająca po ziemi wieloletnia przyjaciółka Rue oraz Kat Hernandez – nieco zakompleksiona nastolatka (z powodu swojej figury), która odkrywa swoją seksualność. Każdy z nich jest w jakimś stopniu porąbany. A wszystko to spowodowane jest traumatycznym dzieciństwem.

W serialu znajdziemy cała gamę osób ze społeczności LGBT. Są lesbijki, geje (albo kryptogeje), biseksualiści i transseksualiści – wszyscy ci, którzy aktualnie są dyskryminowani (przynajmniej w Polsce). Trochę to przerażające patrząc, jak funkcjonuje dzisiejsza młodzież (a przynajmniej w amerykańskich produkcjach). Prawda jest taka, że większość problemów bierze się z dzieciństwa, które potem maja wpływ na nasze późniejsze życie. Ale jak można wyrosnąć na zdrowego psychicznie człowieka, skoro rodzice maja skłonności patologiczne? Muszę przyznać, że „Euforia” jest mocnym serialem. Nie ma owijania w bawełnę, wszechobecna nagość i brutalne sceny seksu czasami wręcz gorszą. Zdecydowanie nie jest to serial dla osób wrażliwych.

„Kafarnaum”

Produkcja Nadine Lebali to kandydat do Oscara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny. „Kefanarum” to prawdziwy rollercoaster emocji, który łamie serce na pół i na długo nie pozwala o sobie zapomnieć.

12-letniego Zaina poznajemy na sali sądowej. Jak się okazuje, dopuściła się on brutalnego czynu, za który grozi mu kilkunastoletnia odsiadka w więzieniu. Jednak nie to szokuje najbardziej. Wraz z nim są jego rodzice, którzy zostają przez niego osądzeni za to, że wydali go na świat… Wydaje się pokręcone? Nie, gdy dokładnie przyjrzymy się historii małego Zaina.

Chłopak wychowuje się w bejruckich slumsach, w świecie pełnym przemocy, ubóstwa i patologii. Dodatkowo brak miłości ze strony rodziców oraz biedy, która była przyczyną tego, że według prawa po prostu nie istnieje – nie posiada żadnych dokumentów zaświadczających o tym. Ojciec i matka wegetują z gromadą braci i sióstr Zejna w zaniedbanej ruderze, dodatkowo płodząc kolejne dzieci. Te z kolei wychowują się same, głównie na ulicy. Punktem kulminacyjnym jest sytuacja, w której rodzice Zaina decydują się wydać za mąż jego ukochaną siostrę za dużo starszego właściciela sklepu. Postanawia uciec z domu i rozpoczyna samotną tułaczkę po mieście. Na swojej drodze spotyka etiopską imigrantkę Rahil, która w tajemnicy przed światem wychowuje małego synka, Jonasa. Mamy więc do czynienia z kontrastem – Rahil, pomimo trudności i przeciwności losu, darzy swoje dziecko największą i najprawdziwszą matczyną miłością, czyli uczuciem, którego nigdy nie doświadczył Zain.

Pomimo dramatycznych warunków, w jakich przyszło żyć Zainowi, chłopiec nie jest pozbawiony wyższych uczuć. Nad życie kocha i troszczy się o swoją siostrę, a gdy na swojej drodze poznaje Rahil i jej synka, bezinteresownie opiekuje się małym Jonasem, dbając o niego i nie pozwalając, by stała mu się jakakolwiek krzywda.

Odtwórca głównej roli nosi takie samo imię jak grany przez niego bohater – Zain Al Rafeea. Autentyczność przedstawionej historii wynika z tego, że jest ona częściowo oparta na prawdziwych wydarzeniach z życia Zaina Al Fareea. W 2012 roku rodzina chłopca przeniosła się do Libanu. Marzenie o lepszym życiu w Szwecji czy chęć rozpoczęcia nauki w szkole to wątki wręcz autobiograficzne, które sprawiają, że przez większość filmu gra on właściwie samego siebie. Z kolei jego filmowa siostra – Cedra Izam – została wybrana do tej roli przez Leban prosto z ulic Bejrutu.

To historia małego Zaina, który stara się przetrwać w brutalnym świecie bejruckich slumsów. To świat pełen ubóstwa, patologii i przemocy, w którym nie ma miejsca na dziecięcą radość. Każdy dzień to walka o przetrwanie. Historia Zaina rozrywa serce na pół. Nadine Lebaki ukazała świat oczami małego chłopca, by poruszyć problem ubóstwa i patologii, w którym dorastają dzieci trzeciego świata. „Kafarnaum” to historia, obok której nie można przejść obojętnie, wyciska z widza emocje i całkowicie angażuje. Można powiedzieć, że to taki rollercoaster emocjonalny, który ma ogromną siłę rażenia. Z całą pewnością Zain i jego opowieść na długo z nami pozostanie.

„Kafarnaum”

Moje ulubione hiszpańskie seriale

Moje umiejętności językowe z hiszpańskiego nadal nie są na satysfakcjonującym mnie poziomie, ale niebawem mam zamiar to zmienić 🙂 😀 Nie mniej jednak nie przeszkadza mi oglądanie seriali w tym języku. Dlatego też, gdy nadarza się okazja do „osłuchania się” z hiszpańskim, nie waham się oni chwili. Poza tym, bardzo lubię filmy i seriale w hiszpańskim wydaniu, nie wspominając już o zabójczo przystojnych aktorach 🙂 Mam kilka swoich ulubionych hiszpańskich seriali, a pozostałe czekają w kolejce do obejrzenia 🙂 Oto pierwsza część zestawienia seriali, które z czystym sumieniem mogę Wam polecić:

„Krawcowa z Madrytu” („El Tiempo Entre Costuras”)

Szczerze przyznam, że „chwilę” mi zajęło, żeby obejrzeć ten serial. Słyszałam o nim dużo dobrego, a sama książka podobno też robi wrażenie, ale jakoś nie mogłam się za niego zabrać. Chociaż początkowo wydaje się, że to czyste romansidło, po dwóch odcinkach następuje totalny zwrot akcji. Hiszpania XX wieku, na chwilę przed wybuchem wojny domowej. Pod wpływem młodzieńczego zrywu serca, piękna Sira popełnia dramatyczny błąd, którego konsekwencje będzie ponosić przez wiele lat. Od najmłodszych lat matka uczyła ją sztuki krawieckiej, więc Sira postanawia otworzyć swój własny zakład. Odnosi niebywały sukces i zdobywa szereg wpływowych klientek. Jedna z nich proponuje jej nietypową pracę, którą Sira – mimo wielu wątpliwości – decyduje się przyjąć.

Ogromną zaletą tego serialu są kreacje ❤ Kocham modę z lat 20-tych i 30-tych. Mogłabym założyć każdą rzecz, w którą ubrana była serialowa Sira 🙂 Warto obejrzeć „Krawcową z Madrytu” nie tylko ze względu na te wspaniałe kreacje czy olśniewającą urodę głównej bohaterki, ale także dla przepięknych krajobrazów Maroko, Madrytu i Lizbony, bo właśnie tam rozgrywa się akcja. Aż się chce pakować walizki i jechać tam 🙂

Występują: Adriana Ugarte, Francesc Garrido, Carlos Santos, Alba Flores, Hannah New, Mari Carmen Sánchez, Peter Vives

 

„Telefonistki” („Las Chicas del Cable”)

Kolejny serial obsadzony w latach 20-tych ubiegłego wieku. Otwarcie w centrum Madrytu siedziby państwowej spółki telefonicznej przyciąga uwagę setek dziewcząt, które pragną pracować jako telefonistki. W centrali mają możliwość zrealizowania własnych postępowych aspiracji. W tamtych czasach kobiety nie miały wielu praw, odmawiano im także pracy, dlatego każda chciała dostać posadę w nowej firmie. Cztery pochodzące z bardzo różnych środowisk kobiety rozpoczynają pracę w centrali. Każda z nich pochodzi z innego świata i ma inne priorytety, motywy oraz zawiłą historię. Jednak praca w centrali zjednuje je, by wkrótce przerodziła się w prawdziwą przyjaźń.

Serial „Telefonistki” ukazuje rodzący się bunt kobiet przeciwko panującym zasadom, które zakładały, że miejsce kobiety jest w domu. Mimo społecznego ucisku w kobietach w tamtym okresie obudził się na dobre feministyczny odzew, a produkcja świetnie to ukazuje. Bunt oznaczało nie tylko chodzenie do barów czy noszenie krótkich fryzur, to także walka o możliwość samodzielnego zarabiania pieniędzy, głosowania, a także do miłości. No i oczywiście te stroje ❤ O samym serialu więcej napisałam w tym poście.

Występują: Blanca Suárez, Nadia de Santiago, Maggie Civantos, Ana Polvorosa, Ana Fernández, Martiño Rivas, Yon González, Sergio Mur

 

„Szkoła dla elity” („Élite”)

Pamiętacie kultową „Plotkarę? Hiszpański odpowiednik wzorowany jest na tym amerykańskim serialu, tyle że w mocno ostrzejszej, można rzec – perwersyjnej wersji. Do prywatnej szkoły dla obrzydliwie bogatych nastolatków w Madrycie dołącza trzech uczniów z „niższej klasy” społecznej. Imprezy zakrapiane alkoholem i narkotykami, wystawne przyjęcia, markowe ubrania, szybkie samochody – to chleb powszedni hiszpańskiej elity. Nowi uczniowie zazdroszczą im wystawnego życia i starają się dopasować do nowej sytuacji i im zaimponować. Dochodzi do wielu zgrzytów, a w konsekwencji wielu zagmatwanych intryg. Wkrótce wydarza się tragedia, w którą każdy jest zamieszany, każdy jest podejrzany. Każde z nich miało motyw do dokonania zbrodni, jednak tylko jedna osoba jest winna.

Tak jak wspomniałam wcześniej, „Plotkara” w porównaniu ze „Szkołą dla elit” to pikuś. Hiszpański serial pełen jest i mocno rozbieranych, żeby nie powiedzieć – erotycznych scen miłosnych. Hiszpańscy aktorzy nie wstydzą się nagości na ekranie, a sceny intymne ich nie zawstydzają. Widać znaczne podobieństwo do amerykańskiego kultowego serialu sprzed lat, można nawet przypasować konkretne charaktery do poszczególnych bohaterów. Moim zdaniem „Szkoła dla elity” jest bardziej interesująca, nie ma tam (póki co) żadnych melodramatów.

Występują: Álvaro Rico, María Pedraza, Jaime Lorente, Itzan Escamilla, Ester Expósito, Miguel Bernardeau, Mina El Hammani, Danna Paola, Omar Ayuso, Miguel Herrán

 

„W czasach wojny” („Tiempos de guerra”)

Hiszpania, 1921 rok. Kraj pustoszony jest przez wojnę domową. Pielęgniarki z madryckich wyższych sfer decydują się na wyjazd do hiszpańskiej eksklawy w Maroko, gdzie toczą się zaciekłe walki. Otwierają w Melilli szpital dla żołnierzy walczących w wojnie o Rif. Zaczynają od zera, nie mając nawet konkretnego miejsca i potrzebnych narzędzi, ale za to mają poparcie i wsparcie samej królowej. Pielęgniarki cechuje ogromna empatia i chęć niesienia bezinteresownej pomocy. Każdego dnia ryzykują własnym życiem, by ocalić swoich rodaków. Ratując życie, znajdują też przyjaźń i miłość.

Jak wspomniałam wcześniej, uwielbiam filmy/seriale, których akcja rozgrywa się w latach 20-tych, dlatego też skusiłam się na obejrzenie „W czasach wojny„. Nie jest to serial wysokich lotów, ale przyjemnie się go ogląda, chociaż momentami czuć klimat latynoskiej telenoweli.

Występują: Amaia Salamanca, Álex García, Verónica Sánchez, Anna Moliner, Álex Gadea, Cristóbal Suárez, Alicia Rubio, Daniel Lundh

 

„Dom z papieru” („La Casa de Papel”)

To aktualnie jeden z najpopularniejszych seriali. Nie ma się co dziwić, bo fabuła wciąga od pierwszego odcinka. Co prawda dopiero zaczęłam oglądać, ale wsiąkłam totalnie. O co chodzi? Grupa ośmiu przestępców napada na hiszpańską mennicę narodową. Ukryci pod maskami z wizerunkiem Salvadora Dali, z perfekcyjnie ustalonym planem pod kierownictwem niejakiego Profesora, konsekwentnie go realizują. Znajdują rozwiązanie na każdy możliwy problem, no prawie każdy. Jednak nawet doskonale doprecyzowany plan ma swoje wady i luki. Stopniowo wszystko zaczyna się sypać, a pomiędzy kryminalistami dochodzi do wielu sprzeczek. To jednak nie wszystko, bo po piętach depcze im przebiegła i niezwykle inteligentna pani inspektor, która traktuje to zadanie zbyt ambitnie. Czy uda im się skok stulecia i jednocześnie wyjść cało z zaistniałej sytuacji?

Nie będę wychwalać pod niebiosa tego serialu, bo to powszechnie wiadome, że jest on świetny : ) Fabuła wciąga od pierwszego odcinka i zaskakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Trudno oderwać się od ekranu komputera czy telewizora.

Występują: Úrsula Corberó, Álvaro Morte, Paco Tous, Alba Flores, Miguel Herrán, Pedro Alonso, Enrique Arce, María Pedraza, Itziar Ituño, Jaime Lorente

 

„Statek” („El Barco”)

Nie będę ukrywać, że serial „El Barco” zaczęłam oglądać ze względu na ogromną „miłość”, jaką wówczas czułam do głównego bohatera, w którego wcielał się Mario Casas. Co prawda jakimś wybitnym aktorem nie jest, ale z całą pewnością jest na co popatrzeć 😀 Wracając do serialu. Globalny kataklizm, spowodowany wypadkiem podczas włączania akceleratora cząsteczek w szwajcarskiej Genewie, sprawia, że załoga, uczniowie i kilku nauczycieli na pokładzie Gwiazdy Polarnej przeżyją największą przygodę ich życia. Przygoda, a może walka o przetrwanie w nowym świecie? W świecie, w którym całą ludzkość stanowią pasażerowie statku, a zamiast lądu na horyzoncie widać tylko niekończący się ocean.

Trzeba przyznać, że fabuła serialu jest oryginalna. No bo komu przyszłoby do głowy kręcić trzy sezonowy serial o skutkach katastrofy akceleratora cząsteczek? 🙂 Oczywiście wszystko może się zdarzyć i taki scenariusz nie jest wykluczony. „Statek” porusza kilka tematów, o których sami byśmy nawet nie pomyśleli. Ciekawa wizja post apokaliptycznego świata.

Występują: Blanca Suárez, Mario Casas, Irene Montalà, Neus Sanz, Juanjo Artero, Marina Salas, David Seijo, Javier Hernández

Może Wy mi polecicie jakieś inne ciekawe hiszpańskie seriale? 🙂

„Dziewczyny nad wyraz”

Trudno zliczyć ile powstało już seriali o młodych, pięknych przyjaciółkach, robiących zawrotną karierę. Jednak „Dziewczyny nad wyraz” (ang. „The Bold Type”) mają w sobie coś świeżego, coś co przyciąga przed ekran komputera. To połączenie „Seksu w wielkim mieście”, „Girls” i „Plotkary”, ale wbrew pozorom – nie jest to kolejna nudna i przewidywalna amerykańska produkcja. Chociaż „Dziewczyny nad wyraz” są piękne, ambitne i noszą ciuchy od najlepszych projektantów, to tak naprawdę produkcja porusza ważne tematy.

Serial skupia się na trzech dwudziestokilkuletnich przyjaciółkach pracujących w kobiecym magazynie „Scarlett”, stojących u progu wielkiej kariery. Jane Sloan (Katie Stevens) to ambitna początkująca dziennikarka, która nie boi się wyzwań. W pogoni za dobrą i prawdziwą historią jest w stanie wiele poświęcić. Kat Edison (Aisha Dee) to specjalistka od mediów społecznościowych. To pochodząca z bogatego domu dziewczyna, która stara się odkryć swoją seksualność romansując z Adiną – muzułmańską artystką o feministycznych zapędach. Z kolei Sutton Brady (Meghan Fahy) to wielozadaniowa asystentka, która kocha modę ponad wszystko i wiąże z nią swoją przyszłość. Pikanterii dodaje fakt, że potajemnie romansuje z Richardem (Sam Page), piekielnie przystojnym członkiem zarządu wydawnictwa Stadfort, co jest surowo zabronione w strukturach firmy… Ciekawą postacią jest redaktor naczelna magazynu „Scarlett”, Jacqline Carlye (Melora Hardin), która początkowo wydaje się być następczynią diabolicznej Mirandy Priestly z filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, ale tak naprawdę jest szefem idealnym. Od swoich pracowników wymaga dużo, ale jeszcze więcej daje od siebie. Nieustannie inspiruje i motywuje, w subtelny, ale stanowczy sposób popycha do rozwoju nie tylko zawodowego, ale również osobistego. Co ciekawe, jej postać jest luźną inspiracją historii słynnej redaktor naczelnej magazynu „Cosmopolitan” Joanny Coles.

Początkowo może się wydawać, że serial nie wnosi nic nowego, bo podobne produkcje już były. „Dziewczyny nad wyraz” ma w sobie silny przekaz. Pokazuje, że girlpower, sisterhood i kobieca solidarność są możliwe. Jane, Sutton i Kat to kobiety może nie tyle wyzwolone, ale pewne siebie, otwarcie mówiące o swoich poglądach i potrzebach. Chociaż są piękne i noszą markowe ciuchy, a do pracy przychodzą popijając kawę na wynos, tak naprawdę dziewczyny nie są idealne. Każda z nich ma swoje problemy, z którymi muszą się uporać. Spędzają wspólnie czas w garderobie, bawiąc się w przebieranki, ale również rozmawiając w niej o obawie przed chorobą, bolesnej przeszłości związanej z rodzicem, a nawet jego śmiercią.

„Dziewczyny nad wyraz” porusza wiele aktualnie ważnych i trudnych tematów, jak rak piersi i profilaktyka tej choroby, odmienna orientacja seksualna idąca w parze z odmiennością kulturową, molestowanie seksualne czy siła internetu i mediów społecznościowych. Serial pokazuje, że fajnie jest być kobietą, która ma coś ważnego do powiedzenia, która nie potrzebuje faceta, by czuć się lepsza, piękniejsza i mądrzejsza. Potrzebuje partnera zarówno do rozmów, ale też do seksu. Partnera, który będzie ją wspierał, świętował jej sukcesy i chwalił się swoimi. Serial porusza wszystkie kwestie niezwykle aktualne i istotne, zwłaszcza dla dzisiejszych dwudziestoparoletnich kobiet.

„Narodziny gwiazdy”

Kinowych wersji tego filmu było kilka. W najnowszej zobaczymy Bradleya Coopera i Lady Gagę w rolach głównych.
Jacksona Maine (Bradley Cooper) to gwiazdor muzyki country, który najlepsze lata swojej kariery ma już za sobą i powoli chyli się ku upadkowi. Pewnego wieczoru, w nietypowym barze poznaje Ally (Lady Gaga), która ma ogromny talent muzyczny, ale brak jej pewności siebie. Między muzykami wybucha płomienny romans. Jack nakłania Ally do wyjścia z cienia i pomaga jej osiągnąć sławę. Jednak gdy kariera dziewczyny rośnie w zawrotnym tempie i przyćmiewa dokonania Jacka, jest mu coraz trudniej poradzić sobie z własną gasnącą gwiazdą. Coraz bardziej zatraca się w alternatywnej rzeczywistości i boryka z demonami przeszłości. Czy uda mu się je pokonać?
Fabuła filmu jest prosta, schematyczna, banalna i przewidywalna. Jak dla mnie akcja za szybko się rozwinęła. W jednej chwili bohaterowie się poznają, ona dopiero układa sobie w głowie przebojową piosenkę, by za chwilę on ją na scenie zaśpiewał. Trzeba jednak przyznać, że cała oprawa muzyczna jest na bardzo wysokim poziomie, co jest ogromnym plusem. Chemia miedzy aktorami również jest widoczna. Para wypada rewelacyjnie zarówno w kameralnych, intymnych scenach jak i podczas występów przed tysiącami słuchaczy.
Nie lubię Lady Gagi. Dla mnie to sztuczna lalunia, a jej piosenki są po prostu durnowate. Co prawda talentu muzycznego nie można jej odmówić, ale za to z częścią aktorską jest tragicznie. Wykreowała pozbawioną klasy dresiarę, która bije się w barze z facetami. Według mnie jest mierną aktorką, a w tym filmie zagrała sztucznie. Jej mimika twarzy (z napompowanymi ustami na czele) co rusz sprawiała, że miałam ochotę wyłączyć ten film. Nie wspomnę już o tym, że jeszcze bardziej ją oszpecili pomimo, że urodą na co dzień nie grzeszy. Bradleya Coopera również nie darzę jakimś szczególnym uznaniem. Co prawda pod względem aktorskim nie można mu niczego zarzucić, bo jest dobrym artystą, ale nie znajduje się w gronie moich ulubionych aktorów. Co prawda widać chemię na ekranie między Cooperem a Gagą, ale mimo to nie przekonali mnie do siebie.
Pewnie będę jedną z niewielu osób, którym najnowsza wersja „Narodzin gwiazdy” nie przypadła do gustu. W trakcie, gdy wszyscy rozpływają się nad filmem i pieją z zachwytu, dla mnie ta historia była po prostu nudna i przede wszystkim – przewidywalna. Przyznam, że miałam duże oczekiwania, chociaż nie wiem, czy powinnam wiedząc, że Lady Gaga zagra w nim główną rolę. Cieszę się, że nie poszłam do kina i nie wydałam pieniędzy na bilet.

„Cała przyjemność po stronie kobiet”

Bycie kobietą nigdy nie było łatwe, nie jest łatwe i zapewne nigdy nie będzie łatwe. Niezależnie, w jakim kraju żyjemy, jaką religię wyznajemy czy w jakiej kulturze zostałyśmy wychowane. Kobiety na całym świecie żyją pod wielką presją społeczeństwa, które na każdym kroku dyktuje warunki, ocenia i potępia ich nieszablonowe zachowania.

Tak właśnie jest z bohaterkami filmu dokumentalnego „Cała przyjemność po stronie kobiet” („#Female Pleasure”) w reżyserii Barbary Miller. To niezwykle odważne kobiety, które wypowiedziały sprzeciw wobec posłuszeństu patriarchatowi. Rokudenashiko, japońska artystka, staje przed sądem za wydruki 3D swojej waginy. Deborah Feldman, ucieka wraz ze swoim synem z ortodoksyjnej społeczności chasydów na Brooklinie, by móc decydować o swoim losie. Leyla Hussein prowadzi w Londynie warsztaty dla sudańskich kobiet, by uświadomić im piekło, na jakie skazują swoje córki. Doris Wagner opowiada o molestowaniu przez księdza. Vithika Yadov uświadamia młodych Hindusów o kobiecej przyjemności seksualnej.

Każda z nich została wychowana w innej kulturze i wyznaje inną religię. Łączy je jedno: wszystkie są kobietami, które same nie mogły zadecydować o swoim losie. Rokudenashiko, kontrowersyjna artystka (według japońskiego społeczeństwa) nie potrafi zrozumieć, dlaczego kobieca wagina to temat tabu, podczas gdy Japończycy hucznie celebrują święto ku czci fallusa. Leyla Hussein, która w dzieciństwie sama została obrzezana (tutaj szerzej o tym pisałam), każdego dnia uświadamia inne kobiety, by nie wyrządzały krzywdy swoim córkom. Nie ma łatwego zadania, bo nie tylko kobiety trzeba przekonać, by zaprzestały tego barbarzyńskiego „obrządku”, ale przede wszystkim musi wpłynąć na mężczyzn, którzy tak naprawdę nie mają pojęcia, z czym wiąże się obrzezanie. Deborah Feldman została wygnana i okryta hańbą przez żydowskie społeczeństwo, ponieważ nie chciała być tylko maszynką do rodzenia dzieci. Jej własna rodzina namawia ją, by popełniła samobójstwo, wówczas oni z wielką radością zatańczą na jej grobie. Doris Wagner przed laty wstąpiła do zakonu, by poświecić życie i duszę Bogu. W trakcie przebywania w rzymskim seminarium, wielokrotnie została gwałcona przez księdza – swojego przełożonego, ale to ona musiała udźwignąć ciężar społecznej presji i oskarżeń. Natomiast Vithika Yadov, załozycielka portalu „Love Matters” uświadamia młode społeczeństwo, że uczucie pomiędzy dwiema osobami jest bardzo ważne, ślub powinien być brany z miłości, a nie aranżowany przez rodzinę. Nie godzi się na molestowanie i przemoc wobec kobiet i otwarcie toczy wojnę z hinduskim systemem obyczajowym.

Historie tych kobiet są wstrząsające. Zabawne, że o kobiecej seksualności od wieków decydują mężczyźni, a co więcej – mają obsesję na jej punkcie. Z jednej strony żądają, żeby kobieta była cnotliwa, potulna i skromna, ale z drugiej zaś pragną, żeby była wyuzdana i posiadała umiejętności niczym gwiazda z filmów porno. To właśnie ze względu na nich, kobiety robią okrutne rzeczy nie tylko sobie, ale również innym kobietom. Decydują się na bestialskie zabiegi, bo ślepo wierzą, że jeśli tego nie zrobią, nigdy w życiu nie znajdą sobie męża i zostaną wykluczone przez społeczeństwo.

Na całym świecie wciąż istnieje przyzwolenie na kulturę gwałtu, podrzędność kobiet w strukturach władzy największych religii, przekonanie o obsceniczności wizerunku waginy w przestrzeni publicznej (wobec całkowitej neutralności penisa) czy instytucję obrzezania kobiet. Na całym świecie miliony kobiet są wciąż okaleczane, gwałcone, molestowane czy karane, bo to mężczyźni decydują w ich imieniu.

Kiedy skończy się ta paranoja? Reżyserka dokumentu „Cała przyjemność po stronie kobiet” i jej bohaterki nie oceniają postaw społecznych – pokazują ułomności patriarchalnego układu sił, zakłamania społecznego i braku świadomości, którą swoją pracą u postaw, aktywizmem i działaniami edukacyjnymi próbują zmienić.

Film dokumentalny o pięciu aktywistkach w reżyserii Barbary Miller został wybrany najlepszym filmem 16. edycji Millennium Docs Against Gravity według publiczności. To film, który powinien obejrzeć każdy z nas, ale przede wszystkim powinien dotrzeć do świadomości każdego mężczyzny.

Tutaj link do strony #FemalePleasure.

„Maria, królowa Szkotów”

Kostiumowo-historyczna hollywoodzka produkcja. O rywalizacji Marii, królowej Szkocji, i Elżbiety, królowej Anglii, czyli o dwóch silnych kobietach u władzy, próbujących udowodnić swoją wartość w świecie zdominowanym przez mężczyzn, pełnym intryg i wojen.

Wielka Brytania, druga połowa XVI wieku. Na tronie Anglii władzę sprawuje Elżbieta (w tej roli Margot Robbie), do Szkocji zaś powraca owdowiała 18-letnia Maria Stuart (Saoirse Ronan), która chce objąć władzę w imię dziedzictwa. I tutaj pojawia się problem, ponieważ Maria jest zagorzałą katoliczką, zaś kraj pod jej nieobecność stał się protestancki. Pojawiają się kłamstwa, akty zdrady i wbijanie noża w plecy (zarówno dosłownie, jak i w przenośni). Nie można ufać nikomu, nawet własnemu bratu. Chociaż początkowo Maria wykazuje lekceważący, a nawet nieco pogardliwy stosunek do Elżbiety, w pewnym momencie zwraca się o pomoc do swojej kuzynki władającej angielskim tronem. Pomimo, że sobą otwarcie ze sobą rywalizują, to mają jednak do siebie wzajemny szacunek i nić porozumienia. Obie są u władzy, mają siłę, ale w głębi czują się opuszczone i niezrozumiałe w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

Miały ze sobą dużo wspólnego, ale były jak dwa przeciwieństwa. Podczas, gdy jedna plotkuje z damami dworu o miłosnych doznaniach, druga w obawie przed spiskowcami i skrytobójcami czyhających na chwilę jej słabości, odmawia kochankowi zbliżenia. Maria jest szczera, delikatna, inteligentna i wyrozumiała. Z drugiej strony mamy zgorzkniałą i niestabilną psychicznie Elżbietę – rozdartą między obowiązkami a miłością, między pragnieniem pozostania niezależną a chęcią bycia matką. Kiedy szkocki reformator John Knox buntuje lud przeciwko katoliczce Marii, otwarcie nazywając ją dziwką, protestantka Elżbieta buduje wizerunek królowej dziewicy. Zderzenia charakterów dwóch władczyń, które w męskim świecie starają się pokazać siłę i udowodnić własną wartość.

Obie aktorki świetnie się spisały. Historia skupia się na postaci Marii Stuart, co daje ogromne pole do popisu Soairse Ronan, traci na tym rola Elżbiety, grana przez fenomenalną Margot Robbie. Pod toną charakteryzacji, która mocno oszpeca urodę australijskiej aktorki, Margot jest nie do poznania. Ogromnym plusem są także kostiumy, dopracowane w każdym calu. No i oczywiście scenografia, zwłaszcza urzekające i malownicze szkockie plenery oraz majestatyczne zamki.

Może „Maria, królowa Szkotów” nie jest jakimś wybitnym dziełem, mimo wszystko warto poświęcić dwie godziny i obejrzeć tę produkcję. Chociażby dla samych widoków i gry aktorskiej na wysokim poziomie. Zapewne miłośnicy tego gatunku z cała pewnością będą usatysfakcjonowani produkcją w reżyserii Josie Rourke.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Wdowa”

Demokratyczna Republika Konga – co wiemy o tym państwie? Chyba tylko tyle, że znajduje się gdzieś w Afryce. Akcja najnowszej produkcji „Wdowa” z Kate Beckinsale w roli głównej rozgrywa się właśnie w tym kraju.

Georgia Wells nie może poradzić sobie ze stratą męża, który ginie w katastrofie lotniczej gdzieś nad kongijską dżunglą. Trzy lata później wdowa otrzymuje tajemniczą wiadomość, która skłania ją do odkrycia prawdy o śmierci męża. Wyrusza do Kinszasy, stolicy Demokratycznej Republiki Konga, by tam zbadać sprawę nie do końca wyjaśnionej katastrofy samolotu. Na miejscu odkrywa, ze prawda jest zupełnie inna niż ta, oficjalnie podana przez kongijski rząd. Gdy zaczyna zgłębiać się w sprawę, bliskie osoby z jej otoczenia zaczynają ginąć, a ona sam otrzymuje liczne pogróżki. Krok po kroku odkrywa prawdę związana nie tylko z katastrofą, ale także o swoim małżeństwie.  Co tak naprawdę zdarzyło się w dniu katastrofy?

„Wdowa” to nie tylko opowieść sensacyjna, ale także krótki przekrój przez realia współczesnego Kongo. Kraj ten tak naprawdę pozostaje anonimowy, należy do jednych z najbiedniejszych państw świata, gdzie przemoc i bieda jest na porządku dziennym. Poznajemy też historię młodziutkiej Adidji, która została zwerbowana do armii, gdzie zasiliła szeregi dziecięcych żołnierzy. Mnóstwo tego typu przerażających obrazów przewija się przez 8 odcinków serialu.

Nigdy specjalnie nie byłam fanką Kate Beckinsale. Pamiętam jej rolę w „Pearl Harbor”, jednego z moich ulubionych filmów. Jako nastoletnia dziewczynka byłam nią totalnie oczarowana: grała taką delikatną, kruchą a jednocześnie odważną dziewczynę. W nowej produkcji pokazała zupełnie inne oblicze: twardej, rozgoryczonej, zdeterminowanej i przede wszystkim wściekłej kobiety. Odniosłam wrażenie, że rola była stworzona specjalnie dla niej, bo zagrała tam fenomenalnie. Chociaż czasami przeszkadzał mi jej zbyt brytyjski akcent.

Sam tytuł może zniechęcać wymagającego widza. Na szczęście nie jest to typowa ckliwa historia zrozpaczonej wdowy, tylko prawdziwy film akcji, przez cały czas trzymający w napięciu. Mnóstwo zaskakujących zwrotów akcji sprawia, że nie da się nudzić ani przez minutę oglądania serialu. Oby powstało więcej tego typu produkcji.

„Russian Doll”

Wyobraź sobie, że w dniu swoich 36-tych urodzin niechcący umierasz, ale za chwilę powracasz do świata żywych. Jak gdyby nic się nie stało. Potem jednak umierasz ponownie i ponownie powracasz na swoją imprezę urodzinową – cała i zdrowa. I tak jeszcze ze dwadzieścia razy. Brzmi fajnie? Na pewno nie dla głównej bohaterki „Russian Doll” – najnowszej produkcji Netflixa.

Nadia Volvokowa (Natasha Lyonne) to Amerykanka o korzeniach rosyjsko-żydowskich. Na życie zarabia jako programistka gier komputerowych. Jest kobietą inteligentną, nowoczesną, z wyjątkowym podejściem do życia, nie stroni od przygodnego seksu, wszelkiego rodzaju używek, ale zachowując przy tym dystans względem samej siebie. Papieros jest jej znakiem rozpoznawczym i nieodłącznym kompanem. W dniu swoich 36-tych urodzin wpada w pętlę czasu – każdego dnia umiera w najróżniejszych okolicznościach, czasem niezwykle zabawnych. Od tej pory Nadia będzie odradzać się na nowo i umierać jeszcze raz, a każda kolejna śmierć sprowadzi ją z powrotem do tego samego miejsca – łazienki w domu jej przyjaciółki, w której za każdym razem będzie przygrywać dokładnie ta sama piosenka i to samo spojrzenie w lustrze.

Zdezorientowana Nadia próbuje rozwikłać zagadkę beznadziejnej sytuacji, w której się znalazła. Pomiędzy jedną śmiercią a kolejnym odrodzeniem, kobieta poznaje Alana (Charlie Barnett), który podobnie, jak ona codziennie odchodzi z tego świata i codziennie powraca w tym samym momencie. Pomimo, że mężczyzna jest jej zupełnym przeciwieństwem, oboje starają się rozwikłać zagadkę zagiętej czasoprzestrzeni, w której oboje się znaleźli.

Początkowe odcinki „Russian Doll” mogą wydawać się nudne i bardzo przewidywalne, jednak z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej zgłębiamy się w przeszłość Nadii, tym samym poznając jej złożoną osobowość. Początkowo może się wydawać, że Nadia jest wyluzowaną imprezowiczką, ale z wraz kolejnymi odcinkami odkrywamy jej tajemnice, stopniowo dowiadując się o niej coraz więcej i badając jej przeszłość. Nadia to kobieta z pozoru mająca kontrolę nad każdym aspektem swojego życia, a w praktyce zmaga się z masą problemów i rozbitą na drobne kawałeczki osobowością, których poskładanie w całość okazuje się być nie lada wyzwaniem. To właśnie ona jest tytułową „matrioszką” – każda śmierć pozwala na to, by na światło dzienne wyszło jej głęboko skrywane oblicze,  aż u schyłku serialu stanie przed nami osoba zupełnie inna niż ta, którą poznaliśmy w pierwszych odcinkach.

Natasha Lyonne odegrała swoją rolę brawurowo, znakomicie wykreowała postać Nadii. Chociaż początkowo można czuć pewną niechęć do głównej bohaterki, to z każdym kolejnym odcinkiem zmieniłam o niej zdanie. Natasha z łatwością odnajduje się w swojej roli i w każdym ze skrajnych stanów psychicznych swojej bohaterki. Aktorka zachowuje się w tej roli niezwykle naturalnie, autentycznie i przekonująco. No i ta burza kręconych, rudych loków – aż zapragnęłam mieć taką fryzurę ❤

Chociaż fabuła wydaje się być banalna, przewidywalna i nieco oklepana, twórcy „Russian Doll”  sprawili, że serial okazuje się być poruszającą opowieścią o trudnym i bolesnym procesie poszukiwania szczęścia, ale także strachu przed życiem, depresją czy samotnością. Nie jest to jednak żaden melodramat, wręcz przeciwnie – czarna komedia z piekielnym poczuciem humoru.