Jonathan Eig „Narodziny pigułki”

Jedna malutka pigułka, a wstrząsnęła światem. Wzbudziła szereg kontrowersji i okrzyknięta została narzędziem szatana. Odmieniła losy milionów kobiet na całej kuli ziemskiej, czyli spełniła swoje zadanie. Dzięki niej kobiety same zaczęły decydować o swoim ciele. Była również jednym z punktów zapalnych stojącej u progu rewolucji obyczajowej. I nie, nie zdemoralizowała społeczeństwa, jak wtedy sądzono. Mamy XXI wiek, ale dla niektórych społeczeństw magiczna pigułka nadal jest co najmniej niepokojąca.

Ameryka, lata 50-te ubiegłego wieku. Pewnego dnia Margaret Sanger postanowiła odmienić losy milionów kobiet na całym świecie. To legendarna założycielka ruchu na rzecz kontroli urodzeń, ale przede wszystkim jedna z orędowniczek przyjemności seksualnej. W ówczesnych czasach uważana była za ladacznicę i czarownicę, ponieważ dążyła do demoralizacji społeczeństwa. Wtedy nie do pomyślenia było, żeby seks służył czemuś innemu niż płodzenie dzieci, a czerpanie z niego przyjemności było wręcz zakazane. Postanowiła, że znajdzie sposób, by kobiety miały samodzielną kontrolę nad własną płodnością. Oczywiście sama nie dałaby rady, dlatego też oprosiła o pomoc niejakiego Gregory’ego Pincusa, naukowca z Harvardu. Jak na tamte czasy, był on wizjonerem zajmującym się rozmnażaniem ssaków. Z czasem dołączyli do nich Katherinie McCormick – arystokratka i liderka ruchu walczącego o prawa kobiet oraz charyzmatyczny ginekolog John Rock, który posiadał wieloletnie doświadczenie w pracy z kobietami, a głęboki katolicyzm łączył z przekonaniem, że „wiara jest marną uczoną”. Ta czwórka podjęła się niemal niemożliwego zadania. W ciągu dekady doprowadziła do jednego z najradykalniejszych przełomów społecznych – wynalazła pigułkę antykoncepcyjną.

Oczywiście, jak to z nowościami bywa, „pigułka” nie została ciepło przywitana przez społeczeństwo, wręcz przeciwnie. Minęły długie lata, zanim udało się przekonać o jej zaletach kobiety, lekarzy oraz kościół katolicki. Ten ostatni oczywiście potępił szatański wynalazek, ponieważ nie pozwalała płodzić nowych wiernych. Społeczeństwo się oburzyło, ponieważ kobiety odzyskały władzę nad własnym ciałem, mogły same decydować o tym, ile dzieci chcą mieć i kiedy je mieć. A przede wszystkim – mogły czerpać przyjemność z uprawiania seksu, bez żadnego lęku, że znowu zajdą w niepożądaną ciążę. Lekarze początkowo niechętnie przyjęli nowe medyczne odkrycie, nie wiedzieli jaki wpływ w dłuższej perspektywie będzie miało stosowanie tej magicznej pigułki. Z czasem jednak się przekonali z zgodzili, że pastylka ta przynosi więcej dobra niż szkód zarówno dla samych kobiet, jak i całego społeczeństwa.

Jeszcze 70 lat temu ludzie żyli w mentalnym średniowieczu. Czasy były inne, kobiety nie miały żadnych praw, a ich zadaniem było rodzenie dzieci i usługiwanie mężom. Nikomu wtedy nie przyszło do głowy, by z czerpać przyjemność z seksu. Wtedy 30-letnie kobiety posiadały 5., 6. dzieci i z każdym obytym stosunkiem odczuwały lęk przed poczęciem nowego dziecka, najczęściej niechcianego. Naturalnie cała odpowiedzialność za wychowanie i opiekę spadała na nie. Nie mówiąc już o fizycznych i psychicznych skutkach ciągłego rodzenia dzieci. Aż tu nagle pojawiła się niejaka Margaret Sanger z obietnicą, że odmieni ich los. Po niemal dekadzie, wielu testach, stawianiu czoła wszelkim przeciwnościom, przekonywaniu społeczeństwa, milinom dolarów pochłoniętych na badania – udało się. Możemy teraz same o decydować.

Jak ja się cieszę, że żyję w czasach obecnych! Jestem wdzięczna, że mam dostęp do tego typu „wynalazków” jak tabletka antykoncepcyjna i mogę decydować o własnym ciele i swojej płodności. Chociaż kto wie, co przyniesie przyszłość. „Narodziny pigułki” autorstwa Jonathana Eiga to świetna opowieść na temat poszukiwań różnych sposobów na ograniczenie liczby urodzeń (poniekąd też emancypacji kobiet), ale także podróż po historii Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku.

Za książkę dziękuję:

Sylwia Majcher „Wykorzystuję, nie marnuję”

Nasza planeta jest tylko jedna. Niestety, coraz częściej zapominamy o tym i zamiast ją budować, niszczymy. Sylwia Majcher napisała poradnik „Wykorzystuję, nie marnuję”, który inspiruje do życia w zgodzie z naturą i pomaga mądrze korzystać z jej zasobów. Autorka jest absolwentką studiów nauk o odżywianiu. Prowadzi liczne warsztaty poświęcone niemarnowaniu jedzenia i ekologii. To także współtwórczyni i ambasadorka pierwszej w Polsce kampanii edukacyjnej #wroclawniemarnuje. Na swoim koncie ma już książkę „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku”, w której radzi, jak wykorzystać jedzenie, którego pozornie nie da się wykorzystać. Teraz powraca z nowym poradnikiem, w którym pokazuje, że w przyrodzie nic się nie marnuje.

Autorka porusza wiele ważnych i aktualnych kwestii. W morzach ląduje coraz więcej śmieci, które zatruwają je i zabijają niewinne stworzenia. Kupujemy ponad nasze potrzeby, marnujemy prąd i wodę, jemy coraz więcej mięsa. To tylko niektóre problemy, o których wspomina autorka. Jeśli tak dalej pójdzie, nasza planeta długo nie wytrzyma. Sylwia Majcher podsuwa mnóstwo pomysłów, by wykorzystać to, co już mamy, przyczyniając się jednocześnie do ochrony naszego środowiska. Możemy kupować ubrania z drugiej ręki, wymieniać się przeczytanymi książkami, robić własne konfitury, środki czystości czy hodować własne warzywa na balkonie. Udowadnia, że nawet deszczówkę można rozsądnie wykorzystać. Autorka podaje nam na tacy mnóstwo fantastycznych i banalnie łatwych rozwiązań, do których trzeba jedynie odrobinę motywacji i chęci do zmian.

Książka podzielona jest na cztery rozdziały pogrupowane względem pór roku, w których zawarte są 52 wyzwania zero waste. Autorka zachęca, aby w każdym tygodniu podjąć się jednego z nich. Nawet jeśli nie uda nam się w nich dotrwać, będziemy mieć poczucie, że chociaż spróbowaliśmy. Sama osobiście konsekwentnie stosuję niektóre wyzwania, inne mam zamiar podjąć w niedalekiej przyszłości. W jeszcze innych zapewne nie dotrwam, chociażby całkowite zrezygnowanie z jedzenia mięsa, ale będę się starać je ograniczać. Na pewno spróbuję zrobić własne kosmetyki (przepisy znajdują się w książce) na bazie produktów, które znajdują się w zasięgu ręki i przede wszystkim są naturalne.

„Wykorzystuję, nie marnuję” to pięknie wydana, kolorowa, inspirująca, a przede wszystkim mądra książka. W środku znajdziemy nie tylko wiele praktycznych i ekologicznych rozwiązań, ale także inspirujące wywiady ze specjalistami z rożnych dziedzin ekologii. Książka „Wykorzystuję, nie marnuję” autorstwa Sylwii Majcher powinna trafić w ręce każdego świadomego człowieka, który chce dbać i zmieniać naszą planetę na lepsze.

„Wykorzystuję, nie marnuję”

Catherine Blackledge „Wagina. Sekretna historia kobiecej siły”

Wagina. Źródło rozkoszy, życia, ale także wstydu. Jest przedmiotem pożądania oraz wielu kontrowersji. Od wieków istnieje przekonanie, że posiadanie waginy jest powodem do wstydu i nie powinno się o niej w ogóle mówić. Nie jest tajemnicą, że kobiety od zawsze były dyskryminowane i uważane za gorsze istoty. Na szczęście teraz to się zmienia. Cieszę się, że powstają takie odważne i szczere książki jak „Wagina. Sekretna historia kobiecej siły” autorstwa Catherine Blackledge.

Catherine Blackledge funduje nam podróż po historii kobiecej seksualności, zaczynając od czasów starożytnych, a kończąc na tych obecnych. Niegdyś nasi przodkowie wierzyli, że kobiecy narząd rozrodczy ma boskie znaczenie i może ocalić współtowarzyszy od wszelkich nieszczęść czy kataklizmów. Potem nastały wieki ciemne, gdzie ludzie wierzyli, że wagina to siedlisko pokusy, a nawet samego szatana. W przeszłości niedoceniana, a nawet dyskryminowana miała służyć tylko i wyłącznie w jednym celu – prokreacji. O żadnej przyjemności nie było mowy. Przykre jest to, że nawet teraz, w XXI wieku, niektórzy nadal tak uważają. Co więcej, w niektórych kręgach kulturowych nadal pozostaje tematem tabu. Mam wrażenie, że największy problem z kobiecym narządem płciowym mają mężczyźni. Z jednej strony pragną jej i namiętnie pożądają, ale z drugiej zaś zakazują o głośno mówić o rozkoszy i własnych potrzebach.

W środku znajdziemy mnóstwo informacji ze świata zwierząt, które czasami potrafią zadziwić. Autorka odnosi się do wielu legend i opowieści na temat kultu waginy. Masa rysunków z objaśnieniem poszczególnych części kobiecego narządu rozrodczego oraz wiele zdjęć autentycznych wagin, pomaga zrozumieć funkcjonowanie tego narząd. Podpowiada czytelniczkom, jak osiągnąć orgazm oraz ułatwia odnalezieniu mitycznego punktu G. Prawda jest taka, że Catherine Blackledge czasami szokuje i obala tabu, ale taki właśnie był jej cel. Pokazuje, że wagina to piękny narząd, który nie tylko sprowadza na świat nowe życie, ale służy także do osiągania przyjemności.

Książkę „Wagina. Sekretna historia kobiecej siły” powinna przeczytać każda z nas. To nie tylko podróż w czasie po kobiecej seksualności oraz doskonała lekcja anatomii, ale przede wszystkim swoiste kompendium wiedzy na temat narządu, który posiada ponad połowa ludzkości. Książka to nie tylko wspaniały portret najskrytszych tajemnic kobiecego ciała, ale także bezpruderyjny obraz kobiecej seksualności w każdym jej aspekcie. Autorka łamie wszelkie tabu i żywiołowo manifestuje swój kult kobiecości, radość, a przede wszystkim dumę z posiadania waginy.Każda z nas powinna brać przykład z Catherine Blackledge i być z tego równie dumna.

Za książkę dziękuję:

„Aladyn”

Ostatnimi czasy nastąpił wysyp filmowych adaptacji disnejowskich bajek z dzieciństwa. Nic w tym dziwnego, ponieważ cieszą się one ogromnym zainteresowaniem. Była „Piękna i Bestia”, „Kopciuszek” czy „Królewna Śnieżka”. Teraz przyszła kolej na egzotycznego „Aladyna”.

Aladyn (Mena Massoud) to przystojny i cwany złodziejaszek z nizin społecznych, którego domem są ulice miasta Agrabah i żyje z tego, co uda mu się ukraść. Zdaje sobie jednak sprawę, że nie jest to jego przeznaczenie i że został stworzony do wyższych celów. Po drugiej stronie miasta, w pałacowych murach mieszka księżniczka Dżasmina (Naomi Scott), która żyje swoimi marzeniami. Pragnie ona żyć poza pałacem i być dobrą władczynią dla swojego ludu. Jednak jej ojciec, sułtan, szykuje dla niej zupełnie inną przyszłość – szuka dla córki odpowiedniego męża, który w przyszłości odziedziczy i obejmie władzę. Wybór pada na Dżafara (Marwan Kenzari) – potężnego czarnoksiężnika, który czarami stara się wpłynąć na decyzję Sułtana i przejąć władzę w królestwie. Gdy w przypadkowych okolicznościach Aladyn spotyka Dżasminę zostaje zauroczony jej pięknem i temperamentem. Przez przypadek Aladyn zostaje uwikłany w spisek Dżafara, który pozornie chce pomóc mu w zdobyciu serca księżniczki. Złodziejaszek znajduje pewna lampę, w której jak się okazuje, uwięziony jest pewien Dżin (Will Smith) – barwna postać nie z tego świata. Właśnie wtedy dla wszystkich zaczyna się niezapomniana przygoda.

Bez wątpienia największym plusem filmowej wersji „Aladyna” jest egzotyczna scenografia i barwne kostiumy. Dzięki nim możemy przenieść się do świata rodem z „1001 nocy”, poczuć powiew orientu czy zatopić się w kolorowych krajobrazach arabskiej kultury. Efekty specjalne również maja ogromny wpływ na cały film, chociaż w moim odczuciu czasami są lekko przesadzone. Również kreacje aktorów wcielających się w role główne – Naomi Scott, Mena Massouda i Willa Smitha są mocnym ogniwem. Są oni mocno utalentowanymi artystami, co udowadniają swoim wokalem i tańcem. Z całą pewnością fragmenty śpiewane i tańczone są najlepszymi momentami filmu i nadają „Aladynowi” prawdziwie magicznej i bajkowej aury.

Filmowy „Aladyn” to w pewien sposób manifest feministyczny, czego dowodem jest postać księżniczki Dżasminy. Nie jest to kolejna księżniczka, która beznadziejnie czeka na swojego księcia z bajki, który uratuje ją z niedoli i będą żyli długo i szczęśliwie. Współczesna Dżasmina bierze sprawy w swoje ręce i sama pragnie rządzić ukochanym krajem, bez despotycznego męża u boku, gdzie będzie dla niego tylko zbędnym dodatkiem. Jest ona mocno wyemancypowana, co jest dosyć mocno zaskakujące, a może nawet i kontrowersyjne, bo w krajach arabskich nie ma mowy, żeby władzę sprawowała kobieta.

Jako mała dziewczynka, oglądając oryginalną bajkę, a potem serial o przygodach Aladyna, zawsze miałam wypieki na twarzy. Wtedy był to dla mnie świat z zupełnie innej planety – egzotyczna, tajemnicza i tak bardzo odległa arabska kultura oraz przepiękne stroje księżniczki Dżasminy. Dlatego też na premierę „Aladyna” czekałam z niecierpliwością i nie zawiodłam się. Chociaż momentami efekty wizualne były mocno przesadzone, to nie wpływają na całokształt filmu. Jest kolorowo, tanecznie, muzycznie i przede wszystkim egzotycznie, co chyba pociąga najbardziej. Obudziła się we mnie mała dziewczynka, która zdecydowanie chce więcej. Czekam na kolejne części o przygodach przystojnego Aladyna, niezależnej Dżasminy oraz szalonego Dżina.

„Aladyn”

Wanda Żółcińska „Ceremonia”

Bycie singelką nie jest łatwe. Tym bardziej, gdy ma się 35 lat na karku i żadnych perspektyw na zamążpójście. Wiem, bo sama muszę nasłuchać się filozoficzno-egzystencjalnych wywodów za każdym razem, kiedy odwiedzam swoją rodzinę. Co prawda nie mam jeszcze tylu lat, co bohaterka książki Wandy Żółcińskiej, ale i tak uszy mi więdną.

Liza (w pracy Elżbieta, w domu Bietka) właśnie rozpoczyna nową pracę. Jej zadaniem jest kontrolowanie firmowego działu, w którym dzieją się podejrzane rzeczy. Jeśli uda jej się coś znaleźć, otrzyma dużą premię. Przy okazji pomaga bratu w opiece nad synem Olafem, którego opuściła żona. Liza lubi też spotykać się ze swoimi przyjaciółkami. W pewnym momencie podjęła jednak decyzję, która odmieni jej życie. Decyduje się na sologamię, czyli postanawia wziąć wziąć ślub sama ze sobą. Odrzuca stereotypową rolę, potwierdza publicznie swoją samotność i pozostania być ze sobą na całe życie właśnie w takiej wersji.

Liza (albo Elżbieta czy też Bietka) ma zupełnie rożne osobowości, adekwatne do danego imienia. W pracy jest jedynie obserwatorką, chociaż powinna być chłodna i obiektywna, w domu zaś jest zbyt emocjonalna i wybucha gniewem, kiedy matka pyta o jej życie prywatne. Na każdym kroku porównuje się z innymi kobietami. Brak jej pewności siebie i ochoty do działania, by zmienić coś w swoim nudnym życiu.

Czym jest wspomniana sologoamia? To nic innego jak ślub samym ze sobą. To forma publicznej deklaracji, która nie niesie prawnych konsekwencji. ale daje światu sygnał, że dobrze nam ze sobą i nie szukamy partnera lub partnerki. To reakcja na społeczną presję posiadania męża lub partnera czy dzieci, swego rodzaju znak dla innych, że pytania o te sprawy są nie na miejscu. Zjawisko sologamii staje się coraz popularniejsze i wywołuje wiele dyskusji.

Zanim jednak Liza podejmie taką decyzję, musimy przebrnąć przez analizę jej życia, która momentami jest jak flaki z olejem. Fabuła jest nieco schematyczna i czasami wręcz nudna. Zbyt dokładny opis dosłownie każdej czynności Lizy (poszła do toalety, napisała maila, odbyła rozmowę, obejrzała film, zagrała w grę) naprawdę zanudza. Trochę trudno jest się utożsamić z bohaterką. Książka napisana jest językiem prostym, jest lekka i szybko się ją czyta. Ciekawy jest wątek na temat sologamii, która w naszym kraju jest ciągle nieznanym pojęciem. Branie ślubu samym ze sobą może budzić w społeczeństwie wiele kontrowersji. Nie mniej jednak warto mówić o nowych zjawiskach, które zapewne niebawem zyska wielu zwolenników.

Za książkę dziękuję:

Bożena Iliev „W bałkańskim kociołku. Opowieść o Bułgarii”

Bułgaria. Średniej wielkości kraj położony na Półwyspie Bałkańskim. Co tak naprawdę o nim wiemy? Jedynie z czym nam Polakom może kojarzyć się z ten kraj to wczasy w Złotych Piaskach czy Słonecznym Brzegu oraz Władysławie Warneńczyku – polskim królu, który zginął w bitwie pod Warną. Barbara Iliev w swojej najnowszej książce stara się nam uświadomić, że Bułgaria to coś znacznie więcej, niż beztroskie wczasy all inclusive nad Morzem Czarnym.

Na samym początku Barbara Iliev opisuję swoją historię, jak to chwilowy wakacyjny pobyt w Bułgarii zmienił się w niekończącą się przygodę. Okazuje się, że w trakcie wakacji autorka poznała swojego przyszłego męża – prawdziwe dziecko Bałkanów. Zdeycowała się tam osiąść na stałe i całym sercem pokochała swoją nową ojczyznę. Teraz, w swojej książce „Bałkański kociołek. Opowieść o Bułgarii” stara się zarazić czytelników tą bezgraniczną miłością.

Nie bez powodu jest tytuł książki. „Bałkański kociołek” to naczynie, w którym powstają różne potrawy i świadczą o charakterze i obyczajach lokalnych społeczności. Dlatego też autorka pokusiła się o wplecenie różnych przepisów kulinarnych, które z sukcesem możemy sami przygotować w domowym zaciszu. Przepisy jednak nie są tutaj najważniejsze, choć stanowią integralną część całego prozatorskiego monologu. W powieści Bożeny Iliev możemy, poza opisem słynnych bułgarskich miejsc, odnaleźć charakterystykę obywateli Bułgarii, ich zwyczajów i obyczajów, sposobów komunikowania się. Opisane są także ich narodowe święta, czy ich własne obyczaje, jak np. zachowanie się za kierownicą pojazdu. Każdy taki szczegół konstruuje całość, pozwala na poznanie tej nacji od całkiem innej strony.

Co ciekawe, na kartach książki autorka przybliża nie tylko samą Bułgarię, jak mógłby sugerować tytuł, ale znajdziemy tam także informacje o innych krajach bałkańskich, które mają z nią wiele cech wspólnych i ciężko wyraźnie oddzielić to, co jest typowo bułgarskie, od tego, co jest macedońskie lub greckie. Co więcej, autorka odnajduje także punkty wspólne między Bułgarami i Polakami, pokazuje, że choć dzielą nas zachowania i obyczaje, to jesteśmy do siebie w wielu aspektach podobni.

Przyznam szczerze, że Bułgaria nie jest moim wymarzonym krajem. Byłam tam kilka lat temu i niestety nie mam miłych wspomnień. Książka Barbary Iliev trochę zmieniła moje nastawienie do tego kraju i pokazała zupełnie inne oblicze. „W bałkańskim kociołku. Opowieść o Bułgarii” to swego rodzaju kompendium wiedzy o tym kraju. Autorka starała się opisać ważne z jej punktu widzenia rzeczy. Na kartach tej książki znajdziemy opis wielu tradycji, zagłębimy się w historię Bułgarii, posłuchamy miejscowych legend, poznamy przepisy na tradycyjne dania tego regionu czy przespacerujemy się po ulubionych miejscach autorki. To także zbiór przepięknych zdjęć, które jeszcze bardziej zachęcają do wizyty w tym kraju. Książka nie tylko dla wielbicieli Bułgarii, ale przede wszyskim dla miłośników podróży małych i dużych.

Za książkę dziękuję:

Marcin Margielewski „Była arabską stewardesą”

Historia rodem z filmu, a konkretniej horroru. Na początku zapowiadała się opowieść niczym z bajki o Kopciuszku i nic nie zwiastowało takiego końca. Z opowieści zawartych w książce Marcina Margielewskiego można napisać kilka odrębnych scenariuszy i nakręcić kilka dramatycznych filmów.

„Była arabską stewardesą ” to opowieść o Polce, która dostała (mogłoby się wydawać) wymarzoną pracę na pokładzie arabskich linii lotniczych. Anna (imię zostało zmienione), po skomplikowanym procesie rekrutacyjnym, przeprowadzce na drugą półkulę i żmudnym treningu przygotowawczym, w końcu rozpoczęła swoją podniebną przygodę. Jej życie wydawało się być fascynujące, a gdy w trakcie jednego z rejsów poznała przystojnego, szarmanckiego i obrzydliwie bogatego Araba, można powiedzieć, że wygrała na loterii.  Drogie prezenty, kolacje w ekskluzywnych restauracjach, namiętny seks, jeszcze bardziej egzotyczne podróże… Po prostu żyć nie umierać. Jej życie było niczym jak w bajce i nic nie zwiastowało nadchodzącej tragedii. Seria tajemniczych samobójstw, sekrety z przeszłości czy szereg niewyjaśnionych zdarzeń. Początkowo Anna nie dostrzegała dziwnych zwrotów akcji, nie widziała związku z pewnymi dziwnymi wydarzeniami i nie słuchała rad swoich przyjaciół. Gdy w końcu otworzyła oczy i zaczęło do niej docierać to, co się dzieje, nie było tak łatwo wyrwać się ze szponów swojego arabskiego księcia…

Swego czasu bycie stewardesą oznaczało pewien prestiż. Podniebna praca oznaczała nieustanne, bardzo często egzotyczne podróże, mieszkanie w ekskluzywnych hotelach czy obcowanie z różnymi kulturami. Dzisiaj to się zmienia, bo tak naprawdę personel pokładowy traktuje się po prostu jak zwykły serwis kelnerski i sprzątający. Tym bardziej, jeśli pracuje się dla przewoźnika o zupełnie odmiennej kulturze i obyczajach. Historia Anny i jej przyjaciół opisana w książce wydarzyła się naprawdę. Chociaż nikt nie chce o tym mówić, ona zdecydowała się ujawnić prawdę o tej „idealnej i prestiżowej” pracy. Oczywiście nie podaje dla której linii lotniczej pracowała oraz zmieniła imiona wszystkich bohaterów, by nie można było połączyć faktów. Jak sama mówi, praca w arabskich liniach lotniczych miała być spełnieniem jej marzeń, a okazała się największym horrorem w jej życiu.

W książce Marcina Margielewskiego dowiemy się wielu na temat obyczajów i kulturze w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i ich absurdalnym (dla nas) prawie. Tam do więzienia można iść za zwykłe przytulenie lub inną czułość okazaną w miejscu publicznym, ale już za pobicie nic nikomu nie grozi. Kobiety praktycznie nie mają żadnych praw, całkowicie są zależne od swojego męża/ojca/syna, więc tak naprawdę są więźniami we własnym domu. Przyznam szczerze, że czytając książkę byłam wściekła na Annę. No bo jak można być aż tak zaślepionym, żeby nie widzieć i nie słyszeć tego, co się wokół niej dzieje? Nawet jeśli każdy stara się uświadomić pewne sprawy, to i tak Anna potrafiła wmówić sobie, że coś sobie po prostu uroiła. Z drugiej jednak strony było mi jej strasznie przykro, że była taka naiwna, słaba a momentami po prostu głupia. Dobrze, że w porę się ocknęła i potrafiła wyplątać z tego koszmaru. Trudno nawet sobie wyobrazić, że mogą przydarzyć się takie rzeczy, a Anna i jej przyjaciele przeżyli to na prawdę.

„Była arabską stewardesą” Marcina Margielewskiego jest szokująca. Wszystkie historie, o których opowiada Anna wydarzyły się naprawdę, chociaż wydają się być fikcyjne. O niektórych nawet można było usłyszeć w mediach. Kiedy uświadomimy sobie, że to prawdziwe historie, przeraża jeszcze bardziej. Książkę połyka się w całości, bo jest szalenie intrygująca i trzyma w napięciu. Nie ma możliwości odstawić jej na potem. Nie da się obojętnie przejść obok historii Anny i jej towarzyszy, bo na długo pozostają w głowie. Książka jest również swego rodzaju przestrogą dla kobiet, żeby uważały na  przygody i romanse z mężczyznami pochodzącymi z innego obszaru kulturowego i nie dały się nim zmanipulować. „Była arabską stewardesą” to znakomita lektura nie tylko dla fanów tego rodzaju książek, ale także dla każdej z nas. Ku przestrodze.

Za książkę dziękuję:

Eugenia Herzyk „Dorosłe Dziewczynki z Rodzin Dysfunkcyjnych”

Idealne dzieciństwo nie istnieje. Każdy z nas wkracza w dorosłość z pewnymi skazami i deficytami. Tyle tylko, że jedni mniej, a inni bardziej zostali skrzywdzeni przez swoją rodzinę. Eugenia Herzyk w stara się wyjaśnić mechanizmy i skutki zachowań czy sposób myślenia, który jest charakterystyczny dla kobiet pochodzących z rodzin dysfunkcyjnych.

Rodziny się nie wybiera. Na to, że wychowaliśmy się w rodzinie mniej lub bardziej dysfunkcyjnej, nie mieliśmy żadnego wpływu. Jednak przeżycia z dzieciństwa będą na nas oddziaływać przez resztę naszych dni. Przez to spirala błędnego koła się zaplata. Wychowani przez toksycznych rodziców, sami po pewnym czasie stajemy się toksyczni dla swoich dzieci. W międzyczasie sami kreujemy pokręcone i toksyczne relacje, nie potrafimy radzić sobie z emocjami albo po prostu uciekamy w różne uzależnienia. Eugenia Herzyk w swojej książce „Dorosłe Dziewczynki z Rodzin Dysfunkcyjnych” stara się wyjaśnić mechanizmy, które zaszły w naszej głowie w trakcie smutnego, a często też wręcz traumatycznego dzieciństwa.

Ruch DDA, czyli Dorosłe Dzieci Alkoholików jest powszechnie znany i takim osobom udzielana jest pomoc i wsparcie. Jednak osobom z syndromem DDD (Dorosłe Dziecko z rodziny Dysfunkcyjnej) nie za bardzo udzielana jest pomoc, a przecież one również doświadczyły traumy w dzieciństwie. Przemoc fizyczna lub psychiczna, nadużycia seksualne, brak wystarczającej opieki lub nadopiekuńczość, niestawianie dziecku żadnych granic albo poddawanie go surowej dyscyplinie, choroba lub śmierć w rodzinie, rozwód rodziców – to tylko niektóre z czynników wpływających na rozwój syndromu DDD.

Autorka przedstawia dwa skrajne przykłady kobiet z syndromem DDD: kobiety uległej i kobiety dominującej. Oba typy charakteryzują się rozbieżnymi cechami osobowości, maja zupełnie inne cele w życiu i inne wartości. Oba typy nie potrafią odnaleźć się w dorosłym życiu i zapanować nad swoimi emocjami i traumami. Chociaż oba typy osobowości są zupełnie różne, to w pewnych sytuacjach się przenikają. Można przypisać cechy jednej kobiety do drugiej.

„Dorosłe Dziewczynki z Rodzin Dysfunkcyjnych” nie jest jednak poradnikiem, w jaki sposób mamy sobie radzić z naszymi emocjami i lękami. Te problemy należy przepracować z psychoterapeutą w trakcie psychoterapii. Książka Eugenii Herzyk jedynie nakreśla nam problem i pozwala uświadomić sobie, jaki wpływ na nasze aktualne życie ma dzieciństwo. Autorka chce zachęcić kobiety do wzięcia odpowiedzialności za własne życie, żeby zainwestowały w rozwój osobisty, żeby stopniowo pozbywać się bagażu, który nosimy od najmłodszych lat. To raczej zbiór drogowskazów i tłumacz zachowań. Uważam, że każda z nas powinna sięgnąć po książkę Eugenii Herzyk, nawet jeśli uważa, że miała szczęśliwe i udane dzieciństwo. Jestem pewna, że znajdzie u siebie pewne ułomności.

„Dorosłe Dziewczynki z Rodzin Dysfunkcyjnych”

„Euforia”

Bycie nastolatkiem nigdy jest łatwe. Burza hormonów wariująca w naszym ciele czasami jest wręcz nie do zniesienia. Każdy musi przetrwać ten okres, ale czasem jest bardzo ciężko. Dlatego też niektórzy uciekają w alkohol, seks czy narkotyki. W nowym serialu „Euforia” produkcji HBO współczesna amerykańska młodzież „umila” sobie  czas właśnie w taki sposób.

Imprezy zakrapiane alkoholem, czasami z dodatkiem „czegoś mocniejszego”, seks bez zobowiązań,fetysze i dewiacje seksualne – tak wygląda codzienność w amerykańskim miasteczku. Na 17-letnią Rue Bennet (Zendaya) nie robi to żadnego wrażenia, ponieważ dla niej każdy dzień wygląda tak samo: odczuwa ekstazę i radość w trakcie kolejnego narkotykowego odlotu. Gdy Gia, młodsza siostra znajduje uzależnioną od narkotyków Rue w momencie przedawkowania prochów, trafia na odwyk. Jednak po wyjściu nastolatka nie ma zamiaru zmiany stylu życia – próbuje coraz to nowych wynalazków, które pozwalają oderwać się jej od gównianej rzeczywistości. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy Rue poznaje Jules (Hunter Schafer) – transseksualną i nieco tajemniczą dziewczynę, która dopiero co przybyła do miasteczka. Obie dziewczyna zaczyna łączyć przyjaźń, która niebawem przeradza się w coś więcej. Dzięki niej Rue zaczyna powoli wychodzić na prostą, ale z drugiej strony – uzależnia się od Jules. Czy uda jej się w końcu odstawić wszystkie używki?

W każdym odcinku poznajemy historię konkretnego bohatera. Znajdziemy wyjaśnienie, co jest przyczyną tego, że jest taki a nie inny. Masa kompleksów, dziwnych dewiacji czy upodobań seksualnych nie bierze się znikąd. U Rue iskrą zapalną była najpierw choroba, a potem śmierć ojca. Jej znajomi z klasy również mają swoje problemy: wysportowany Nate Jacobs, którego wybuchy gniewu maskują niepewność i lęk; Maddy Perez – wyuzdana i wulgarna dziewczyna, z którą Nate cały czas się schodzi  i rozchodzi;  Chris McKay – gwiazda futbolu, która ma problemy z zaaklimatyzowaniem się w szkole; Cassie Howard, którą prześladuje jej erotyczna przeszłość; Lexi Howard – młodsza siostra Cassie i twardo stąpająca po ziemi wieloletnia przyjaciółka Rue oraz Kat Hernandez – nieco zakompleksiona nastolatka (z powodu swojej figury), która odkrywa swoją seksualność. Każdy z nich jest w jakimś stopniu porąbany. A wszystko to spowodowane jest traumatycznym dzieciństwem.

W serialu znajdziemy cała gamę osób ze społeczności LGBT. Są lesbijki, geje (albo kryptogeje), biseksualiści i transseksualiści – wszyscy ci, którzy aktualnie są dyskryminowani (przynajmniej w Polsce). Trochę to przerażające patrząc, jak funkcjonuje dzisiejsza młodzież (a przynajmniej w amerykańskich produkcjach). Prawda jest taka, że większość problemów bierze się z dzieciństwa, które potem maja wpływ na nasze późniejsze życie. Ale jak można wyrosnąć na zdrowego psychicznie człowieka, skoro rodzice maja skłonności patologiczne? Muszę przyznać, że „Euforia” jest mocnym serialem. Nie ma owijania w bawełnę, wszechobecna nagość i brutalne sceny seksu czasami wręcz gorszą. Zdecydowanie nie jest to serial dla osób wrażliwych.

„Kafarnaum”

Produkcja Nadine Lebali to kandydat do Oscara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny. „Kefanarum” to prawdziwy rollercoaster emocji, który łamie serce na pół i na długo nie pozwala o sobie zapomnieć.

12-letniego Zaina poznajemy na sali sądowej. Jak się okazuje, dopuściła się on brutalnego czynu, za który grozi mu kilkunastoletnia odsiadka w więzieniu. Jednak nie to szokuje najbardziej. Wraz z nim są jego rodzice, którzy zostają przez niego osądzeni za to, że wydali go na świat… Wydaje się pokręcone? Nie, gdy dokładnie przyjrzymy się historii małego Zaina.

Chłopak wychowuje się w bejruckich slumsach, w świecie pełnym przemocy, ubóstwa i patologii. Dodatkowo brak miłości ze strony rodziców oraz biedy, która była przyczyną tego, że według prawa po prostu nie istnieje – nie posiada żadnych dokumentów zaświadczających o tym. Ojciec i matka wegetują z gromadą braci i sióstr Zejna w zaniedbanej ruderze, dodatkowo płodząc kolejne dzieci. Te z kolei wychowują się same, głównie na ulicy. Punktem kulminacyjnym jest sytuacja, w której rodzice Zaina decydują się wydać za mąż jego ukochaną siostrę za dużo starszego właściciela sklepu. Postanawia uciec z domu i rozpoczyna samotną tułaczkę po mieście. Na swojej drodze spotyka etiopską imigrantkę Rahil, która w tajemnicy przed światem wychowuje małego synka, Jonasa. Mamy więc do czynienia z kontrastem – Rahil, pomimo trudności i przeciwności losu, darzy swoje dziecko największą i najprawdziwszą matczyną miłością, czyli uczuciem, którego nigdy nie doświadczył Zain.

Pomimo dramatycznych warunków, w jakich przyszło żyć Zainowi, chłopiec nie jest pozbawiony wyższych uczuć. Nad życie kocha i troszczy się o swoją siostrę, a gdy na swojej drodze poznaje Rahil i jej synka, bezinteresownie opiekuje się małym Jonasem, dbając o niego i nie pozwalając, by stała mu się jakakolwiek krzywda.

Odtwórca głównej roli nosi takie samo imię jak grany przez niego bohater – Zain Al Rafeea. Autentyczność przedstawionej historii wynika z tego, że jest ona częściowo oparta na prawdziwych wydarzeniach z życia Zaina Al Fareea. W 2012 roku rodzina chłopca przeniosła się do Libanu. Marzenie o lepszym życiu w Szwecji czy chęć rozpoczęcia nauki w szkole to wątki wręcz autobiograficzne, które sprawiają, że przez większość filmu gra on właściwie samego siebie. Z kolei jego filmowa siostra – Cedra Izam – została wybrana do tej roli przez Leban prosto z ulic Bejrutu.

To historia małego Zaina, który stara się przetrwać w brutalnym świecie bejruckich slumsów. To świat pełen ubóstwa, patologii i przemocy, w którym nie ma miejsca na dziecięcą radość. Każdy dzień to walka o przetrwanie. Historia Zaina rozrywa serce na pół. Nadine Lebaki ukazała świat oczami małego chłopca, by poruszyć problem ubóstwa i patologii, w którym dorastają dzieci trzeciego świata. „Kafarnaum” to historia, obok której nie można przejść obojętnie, wyciska z widza emocje i całkowicie angażuje. Można powiedzieć, że to taki rollercoaster emocjonalny, który ma ogromną siłę rażenia. Z całą pewnością Zain i jego opowieść na długo z nami pozostanie.

„Kafarnaum”