Marcin Margielewski „Urodziłam dziecko szejka”

Życie pisze różne scenariusze, ale te, o których w swoich książkach opowiada Marcin Margielewski mogą przerazić nawet że samego mistrza horrorów, Stephena Kinga. Czasami wręcz trudno uwierzyć, że takie historie wydarzyły się naprawdę, że nie jest to czysta fikcja, ale stuprocentowa, przerażająca do szpiku kości prawda. Poprzednie książki Marcina bardzo szokują, a ale ta przebiła wszystkie. Z przerażeniem, niedowierzaniem, gniewem i głębokim współczuciem wertowałam kolejne stronice książki. Sama bohaterka, po niemal dekadzie od tamtych wydarzeń, była gotowa opowiedzieć historię, która ją spotkała. Tych zwierzeń wysłuchał Marcin Margielewski, a efektem ich rozmów jest książka „Urodziłam dziecko szejka”.

Dla wielu ludzi ZEA czy Arabia Saudyjska kojarzą się z pewnego rodzaju prestiżem i luksusem. Dlatego też tak ochoczo wykupują wczasy do tych krajów, by potem pochwalić się pięknymi zdjęciami na pustyni czy pośród ociekających złotem ekskluzywnych hotelowych wnętrz. Ale czy tak naprawdę posiadają jakąkolwiek wiedzę na temat krajów Bliskiego Wschodu? Czy wiedzą, jak mają się zachować i ubrać, że pewne rzeczy, które nam wydają się całkowicie normalne, w tamtej części świata są zakazane? Natomiast za złamanie tych zasad nie ma żadnej taryfy ulgowej, a „przestępcy” trafiają do więzienia o zaostrzonym rygorze, bez możliwości otrzymania pomocy prawnej czy nawet skontaktowania się z rodziną. Nieustannie zadziwia mnie fakt, że ludzie kuszeni ogromnymi pieniędzmi podejmują pracę w luksusowym Dubaju czy Rijadzie, zaczynając nowe życie, zostawiając swoją przeszłość za sobą. Nie ma w tym nic dziwnego, ale miejsce na nowe życie trzeba podjąć z rozwagą i pewną wiedzą, a nie kierować się jedynie pieniędzmi. Ola – bohaterka książki Marcina Margielewskiego – tego nie zrobiła, a jej historia jest przerażająca, natomiast ona sama do końca swych dni ponosić będzie konsekwencje swojego nierozważnego wyboru.

Ola to młoda i oddana pielęgniarka, która dostaje pracę w szpitalu w Dubaju. W międzyczasie otrzymuje bardzo atrakcyjną finansowo propozycję pracy jako opiekunka niepełnosprawnej córki saudyjskich arystokratów. Na miejscu okazuje się, że pani domu ma dla niej zupełnie inne zadanie niż to, na które wskazywał kontrakt. Dziewczyna wpada w idealnie dopracowaną pułapkę intryg trzęsącej arabską rodziną matrony i znajduje się w sytuacji bez wyjścia. W tym całym oszustwie jest jeden cel – macierzyństwo za wszelką ceną, niezależnie od jakichkolwiek konsekwencji. Ola wbrew swojej woli i świadomości zachodzi w ciążę z synem saudyjskiego szejka. Rozpoczyna się koszmar, który na zawsze odmieni i odciśnie piętno na jej życiu, bo w Arabii Saudyjskiej za nieślubną ciążę grozi nawet kara śmierci.

Po przeczytaniu najnowszej książki Marcina Margielewskiego skrajne emocje nadal we mnie buzują. Szok, że taka historia w ogóle miała miejsce we współczesnym świecie. Niedowierzanie, że Ola była tak naiwna jeśli chodzi o wiedzę na temat stanu swojego zdrowia – uwierzyła słowom i zapewnieniom kobiety, która ledwo umie czytać. Ja rozumiem, że informacja o chorobie mogła nieco zaćmić jej umysł, ale że dopiero po serii „kuracji” przygotowującej do leczenia i operacji zażądała, żeby lekarz powiedział jej łaskawie na co choruje. No cóż, ja nie dałabym sobie niczego wstrzyknąć zanim lekarz nie uświadomi mnie o stanie zdrowia. Gniew, że nikt z rodziny królewskiej nie poniósł żadnej odpowiedzialności karnej, a sprawa została zamieciona pod dywan. Współczuję Oli, że do końca swych dni będzie musiała dźwigać ciężar tych wydarzeń, które mają negatywne konsekwencje, nie tylko psychiczne, ale również fizyczne.

Zastanawia mnie, dlaczego kobiety potrafią tak bardzo krzywdzić inne kobiety, a zwłaszcza w kraju, w którym wszystkie praktycznie nie mają żadnych praw. Podobno w piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które z premedytacją krzywdzą inne kobiety. Jednak za to, jaki los szejka Safa zgotowała nie tylko Oli, ale także własnej rodzinie powinna odpokutować również za życia. Jednak tek, kto jest u władzy i ma pieniądze, ale nie ma żadnego sumienia i moralności, może czuć się bezkarny. Tak właśnie było w przypadku saudyjskiej rodziny królewskiej – nikt nie zapłacił za krzywdę, jaką wyrządzili dziewczynie z Europy Wschodniej oraz innym obcokrajowcom. Już nie chodzi tylko o sam islam, bo w każdej religii czy ogólnie społeczeństwie skrajny konserwatyzm skutkuje odebraniem wolności i szeregiem zakazów lub nakazów. Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego Ola nic z tym nie zrobiła, bo gdyby zwróciła się do konkretnych władz, rozpętałaby się międzynarodowa afera. A może gdyby więcej tego sytuacji wychodziło na światło dzienne – nie tylko w książkach, być może rodzina królewska i inni „uprzywilejowani” bogacze z Bliskiego Wschodu nie wyrządzałaby tylu krzywd niewinnym ludziom, nie czuliby się bezkarni i ponosiliby konsekwencje swoich okrutnych i niemoralnych czynów.

Za książkę dziękuję:

Jeśli interesuje Was tego typu tematyka, to polecam również te książki, ale ostrzegam – to dla czytelników o mocnych nerwach.

Iwona Blecharczyk „Trucking Girl. 70-metrową ciężarówką przez świat”

Iwona Blecharczyk opisuje, jak wygląda męski świat, do którego odważyła się wkroczyć kobieta. Zdradza kulisy pracy kierowcy samochodów ciężarowych i bez owijania w bawełnę opowiada o zaletach i wadach tego zawodu.

O czym marzy młoda dziewczynka z małej miejscowości? Ano o tym, że znajdzie spokojną i stabilną pracę, wyjdzie za mąż za dobrego mężczyznę i będzie mieć z nim gromadkę dzieci. Tak też było w przypadku Iwony Blecharczyk, która marzyła o zostaniu weterynarzem i o posiadaniu szczęśliwej rodziny. Życie zaskoczyło ją i poprowadziło w zupełnie innym kierunku. Iwona Blecharczyk jest jedną z najbardziej znanych Polek na świecie. Kiedy przewozi wielotonowy ładunek po zamarzniętym jeziorze albo dostarcza olbrzymie skrzydło wiatraka na zabagnione pole, jej wyczyny podziwiają miliony obserwujących jej konto na You Tube. To właśnie jej przyznano zaszczytny tytuł „Barbie Shero” – ambasadorki akcji mającej na celu pomóc dziewczynkom uwierzyć, że mogą zostać, kim tylko chcą.

Iwona Blecharczyk pochodzi z małej podkarpackiej miejscowości. Jej rodzina nigdy nie podróżowała, w domu zawsze brakowało pieniędzy. Jako mała dziewczynka musiała pracować w gospodarstwie, a prowadzić samochód nauczył ją pierwszy chłopak. Startowała z sukcesami w konkursie Miss Polonia, interesowała się modą i sama projektowała oraz szyła wymyślne sukienki. Myślała o karierze weterynarza, ale ostatecznie została nauczycielką języka angielskiego. Uciekła ze szkoły, by poczuć prawdziwą wolność – nocą za kółkiem. Ostatecznie Iwona została zawodowym kierowcą ciężarówki oraz influencerką. Najczęściej przewozi ładunki ponadgabarytowe ładunki, o długości dochodzącej nawet do siedemdziesięciu metrów. Natomiast przez swoją działalność w mediach społecznościowych stara się wpłynąć na pozytywną zmianę wizerunku w branży transportowej.

Kiedy patrzę na jej zdjęcia, to sobie myślę: Jak to możliwe, że tak atrakcyjna blondynka zdecydowała się na tego typu karierę? A przecież odnosiła sukcesy jako nauczycielka, krawcowa, a także zdobyła tytuł Miss Podkarpacia. Iwona Blecharczyk w swojej książce opisuje cienie i blaski życia zawodowego truckera. Dowiemy się  co wpłynęło na to, że porzuciła wszystko i postawiła na jedna kartę. Poza tym, że spełnia swoje marzenia, to nie pomija tego, że to kawał ciężkiej i niebezpiecznej roboty. Już nie chodzi tylko o sam fakt prowadzenia ogromnej ciężarówki przez tysiące kilometrów, ale także o stereotypowe i seksistowskie podejście do kobiet w tej branży. Pisze o tym, jak brutalnie traktują zawodowych kierowców, tym bardziej, jeśli pochodzą z Europy Wschodniej. Dzięki swojej działalności w mediach społecznościowych pokazuje, jak faktycznie wygląda ten zawód, a tym bardziej jeśli jest się kobietą. Ogromny szacun dla tej kobiety.

„Trucking Girl. 70-metrową ciężarówką przez świat”  czyta się z wypiekami na twarzy, ja pochłonęłam ją w dwa dni. To fascynująca opowieść o nietypowym życiu kobiety z małej miejscowości, dla której świat stanął otworem. Bije od niej autentyczność i widać wyraźnie pasję do tego co robi, ale nie ukrywa, że momentami bywa naprawdę ciężko. To książka o tym, że zawsze warto być sobą i dążyć do spełnienia marzeń, nawet jeśli w Ciebie nie wierzą i rzucają Ci kłody pod nogi. Podróż krętymi drogami z Iwoną Blecharczyk pozwala nie tylko poznać życie prawdziwego truckera, ale także obalić wiele stereotypów.

„Trucking Girl. 70-metrową ciężarówką przez świat”

„Marco Polo”

Jesień w pełni, pogoda za oknem nie rozpieszcza. Netflix oferuje coraz to więcej filmów i seriali, starszych i nowszych. W czeluściach tej nieskończoności wygrzebałam produkcję, która pochłonęła mnie od razu – serial „Marco Polo” z 2014 roku. Jaka szkoda, że nie ma więcej takich perełek, a może są tylko jeszcze ich nie odkryłam?

Młody Marco Polo wraz ze swym ojcem i stryjem przemierzają Jedwabny Szlak. Docierają do imperium wielkiego władcy mongolskiego – Kubilaj Chana, wnuka potężnego Chingis Chana. Młody, niedoświadczony i strachliwy Marco zostaje sprzedany przez własnego ojca i zdany na łaskę groźnego władcy Imperium. Aby przeżyć na dworze okrutnego azjatyckiego cesarza, musi wykorzystać swoje umiejętności w walce i politycznej grze. Nazywany pogardliwie przez mieszkańców stolicy Łaciennikiem lub Krągłookim, stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości i uczy brutalnych reguł panujących na dworze. A wszystko to okraszone dużą dawką intryg, skandali, sztuk walki i imponujących bitew, przeplatane z pięknymi krajobrazami i fantastycznymi kostiumami.

Netflixowa produkcja nie skupia się na samej postaci wybitnego podróżnika, a przedstawia jedynie pewien epizod z jego życia. A szkoda, bo przecież był on pierwszym odkrywcą i kupcem z Zachodu, który zawitał do Państwa Środka. Serialowa postać Marco Polo (Lorenzo Richelmy) jest bez charakteru i polotu, a momentami wręcz irytująca. Na tle innych występujących tam postaci jest po prostu nijaka, chociaż to tytułowy bohater. W porównaniu z charyzmatycznym i bezwzględnym Kubilaj Chanem (Benedict Wong) oraz jego mądrą i piękną żoną Cesarzową Chabi (Joan Chen), Łąciennik jest ledwo dostrzegalny. Równie dobrze fabuła poradziłaby sobie świetnie bez wątku weneckiego kupca. Jednak bez wątpienia najlepszą postacią jest Stu Oki/Setka Oczu (Tom Wu), który jest po prostu genialnym mędrcem i niepokonanym mistrzem sztuk walki. Natomiast waleczni synowie wielkiego Chana, zarówno ci prawdziwi, jak i przyszywani, sprawiają, że jest na kogo popatrzeć 🙂

Ja jestem zachwycona serialem „Marco Polo”. Chociaż nie skupia się na samej postaci podróżnika, to podglądanie tego, co najprawdopodobniej działo się w trzynastowiecznym Imperium Mongolskim kupiło mnie całkowicie. Nie mówiąc już o przecudownej scenerii i plenerach kazachskiego stepu, Kanionu Szaryńskiego i chińskich miast. A przecież ja tam byłam. Na samo wspomnienie serce mi mocniej bije.  Dzięki „Marco Polo” mamy okazję przyjrzeć się kulisom polityki i wojny między wielkimi imperiami, która działa się w tamtych czasach. Uwielbiam tego typu produkcje. Niestety serial „Marco Polo” zakończył swój żywot po dwóch sezonach, kończąc się zupełnie bez sensu – widz ma nadzieje, że pojawi się kolejny, a historia będzie kontynuowana. No niestety, pozostaje cieszyć się i rozkoszować tym co jest, czyli dwoma dziesięcioodcinkowymi sezonami.

Katarzyna Byrtek „Walia. Travelbook”

Wielka Brytania nigdy szczególnie nie była obiektem moich podróżniczych zainteresowań. Chociaż doskonale wiem, że ten kraj ma wiele do zaoferowania, zarówno pod względem atrakcji, zabytków i historii, to jakoś go do tej pory omijałam. Do czasu, kiedy nie pojawiłam się w Szkocji, która skradła moje serce. Teraz, kiedy pandemia się nieco uspokoi, pragnę wyruszyć do innego rejonu, a mianowicie do Walii.

Krajobrazy w Walii mogą zapierać dech w piersiach kilka razy dziennie: ciągnące się po widnokrąg łąki, łagodne zbocza gór porośnięte cienką warstwą mchu, jeziora osnute mgłą lub nisko wiszącymi chmurami, wysokie klify i malownicze plaże. Nie bez powodu ta część Wielkiej Brytanii kilkakrotnie znalazła się w renomowanych rankingach jako jedna z najpiękniejszych destynacji na świecie. Uroku dodaje jej kapryśna i nostalgiczna pogoda.

A dlaczego warto jechać do Walii? Na terenie Walii można naliczyć około 600 zamków, a cztery z nich znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Chociaż Walia położona jest na obrzeżach Europy, posiada bogatą historię. Można tu znaleźć ślady człowieka datowane na 6 tys. lat p. n. e., a także dowody obecności starożytnych Rzymian. Poza tym w niektórych częściach Walii łatwiej spotkać owcę niż człowieka – nawet najpopularniejsze miejsca nie są przeładowane turystami i zachowują swój lokalny charakter. Walijskie wybrzeże to tysiące kilometrów malowniczych klifów, piaszczystych, żółtych i dziewiczych plaż oraz niesamowitych widoków. Jeśli jednak znudzą nam się widoki wybrzeża, w każdej części Walii odwiedzić można kopalnie z czasu rewolucji przemysłowej – jednego z najważniejszych okresów w historii tego kraju.

Nie ukrywam, że osobiście bardzo lubię odkrywać sekrety miasta i poszukiwać ciekawych atrakcji danego miejsca z przewodnikami z serii „Travelbook” wydawnictwa Bezdroża. Są świetnie wydane, zawierają przydatne i pomocne informacje z dużą ilością kolorowych zdjęć najważniejszych atrakcji oraz mieszczą się w plecaku czy torebce. Dzięki niemu będę mogła zaplanować swoją idealną podróż po Walii. Ach, już nie mogę się doczekać, kiedy tam zawitam. A „Travelbook” będzie moim nieodłącznym towarzyszem podróży 🙂

Za książkę dziękuję:

Moje ulubione hiszpańskie seriale cz. 2

Nadeszła prawdziwa jesień. Nie lubię tej pory roku. Ciężko mi się z tym pogodzić, bo mentalnie jestem jeszcze w lecie. Szarość, słota, zmierzch zapadający o godzinie 16:00 oraz perspektywa zbliżającego się kolejnego lockdownu mogą skutecznie zdemotywować. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tym roku ani razu nie byłam  w mojej ukochanej Hiszpanii 😦 Dlatego też na osłodę zaczęłam oglądać hiszpańskie seriale, żeby chociaż w taki sposób przybliżyć się do hiszpańskiego klimatu. Chciałam się z Wami podzielić moimi nowszymi odkryciami i tymi starszymi ulubionymi.Zapewne w międzyczasie będzie się u mnie pojawiać więcej takich zestawień.

W poprzednich postach pisałam o innych hiszpańskich serialach oraz hiszpańskich komediach, które skutecznie poprawią humor. Dzisiaj chciałam zaproponować kilka kolejnych hiszpańskich seriali, które urozmaicą nam ponure, jesienno-zimowe popołudnia i wieczory.

„Toy Boy”

Młody i przystojny Hugo Beltrán  pracuje jako tancerz erotyczny w klubie Inferno. Dotychczasowe życie striptizera ulega zmianie, kiedy pewnego dnia budzi się on obok spalonego ciała mężczyzny. Policja identyfikuje zwłoki jako męża jego kochanki, Macareny Mediny. Po niesprawiedliwym procesie Hugo zostaje uznany za winnego zabójstwa i trafia do więzienia. Po siedmiu latach mężczyznę odwiedza młoda prawniczka Triana Marín, która oferuje mu pomoc. Mężczyzna początkowo nie ufa nowej znajomej, ale wspólnie postanawiają znaleźć prawdziwego mordercę.

Ufff, na sama myśl o Hugo i jego kolegach robi mi się gorąco 🙂 Jednak serial jest znacznie bardziej złożony, bo to serial kryminalny z rozwiniętymi wątkami, a nie erotyczny. Dużo się dzieje – są zabójstwa, tajemnica, seks, przyjaźń, narkotyki, przemoc, miłość i nienawiść. No i największym plusem są mega przystojni i umięśnieni Hiszpanie, od których nie można oderwać wzroku 😀

Tytuł oryginalny: „Toy Boy”

Serial dostępny na platformie Netflix

 

„Valeria”

Valeria jest pisarką, która przechodzi kryzys twórczy oraz małżeński. Na szczęście są przy niej Carmen, Lola i Nerea – najlepsze przyjaciółki, które wspierają ją w jej przejściach i chętnie dzielą się własnymi przygodami. Każda z nich jest inna i ma inne priorytety w życiu, ale zawsze się wspólnie wspierają się we wszystkich swoich wariactwach. Oto czwórka kobiet, których życie to szalony wir pełen miłości, przyjaźni, zazdrości, zdrad, wątpliwości, zawodów sercowych, tajemnic, pracy, radości i planów na przyszłość.

Taki „Seks w wielkim mieście” w Madrycie. Nie jest to może produkcja wysokich lotów, ale przyjemnie się ją ogląda. Nie trzeba specjalnie główkować, o co w nim chodzi, taka komedia na poprawę humoru i zapomnieniu o tym, co dzieje się za oknem.

Tytuł oryginalny: „Valeria”

Serial dostępny na platformie Netflix

 

„Uwięzione”

Macarena Ferreiro jest młodą, naiwną kobietą, która zakochuje się w swoim szefie i przez niego popełnia kilka przestępstw. Zostaje oskarżona o przestępstwa podatkowe, i trafia do więzienia Cruz del Sur z możliwością wpłacenia bardzo wysokiej kaucji. Macarena musi zmierzyć się z szokiem emocjonalnym, jaki oznacza dla niej pobyt w więzieniu, a także z brutalnymi regułami oraz skomplikowanymi relacjami między więźniarkami. Wśród nich jest Zulema, która wyróżnia się jako najbardziej niebezpieczny i bezwzględny więzień. Walka o przetrwanie oznacza współistnienie więźniów, charakteryzujące się sojuszami, zdradami i zemstami zarówno między więźniami, jak i funkcjonariuszami.

Serial jest mocny i brutalny, na pewno nie dla wrażliwców. Fabuła i akcja wciąga od pierwszego odcinka, a gra aktorska jest rewelacyjna, chociaż główna postać może czasami nieco irytować.

Tytuł oryginalny: „Vis a vis”

Serial dostępny na platformie Netflix

 

„Foodie love”

Bohaterów serialu „Foodie Love” łączy ze sobą aplikacja mobilna, która kojarzy w pary miłośników jedzenia. Za jej sprawą dwoje trzydziestokilkulatków, mimo towarzyszących im wątpliwości wynikających z doświadczeń w ich poprzednich związkach, postanawia poznać się lepiej. W ciągu kilku randek będą musieli sprawdzić, czy zachwyt, jaki wzbudza w obojgu japoński owoc yuzu lub wspólna niechęć do kulinarnej pretensjonalności są wystarczające, aby stać się filarem długoterminowej relacji.

Jak to mówią: przez żołądek do serca. Coś w tym jest. Na początku serial może wydawać się nudnawy, ale wraz z poznawaniem bohaterów, coraz bardziej wciągamy się w fabułę. Foodie love to taki Tinder dla miłośników jedzenia. Swoją drogą szkoda, że w realnym świecie nie istnieje taka aplikacja, dzięki której można połączyć przyjemne z pożytecznym 🙂

Tytuł oryginalny: „Foodie love”

Serial dostępny na platformie HBO

 

„Velvet”

Akcja serialu osadzona jest w Madrycie latach 60-tych XX wieku. Cała historia skupia się wokół wątku Any i Alberta, którzy są w sobie zakochani po uszy. Niestety, Ana jest zwykłą, biedną i nic nieznaczącą krawcową, a Alberto synem właściciela sklepu Velvet, który produkuje ekskluzywną odzież. Czasy kryzysu i śmierć właściciela majątku sprawiają, że Alberto musi podjąć trudną decyzję, która zaważy nie tylko na losach rodzinnej firmy, ale także na jego życiu osobistym.

Główny wątek Any i Alberta może kojarzyć się z niskich lotów telenowelą, a po części tak jest. Ich miłość i nie miłość może przyprawiać o mdłości. Dlaczego zatem polecam ten serial? Postacie poboczne sprawiają, że dzięki nim serial jest interesujący i intrygujący. No a poza tym przepiękne stroje żywcem wyjęte z lat 60-tych ubiegłego wieku zachwycają.

Tytuł oryginalny: „Velvet”

Serial dostępny na platformie Netflix

 

„Ministerstwo czasu”

Ministerstwo Czasu to sekretna instytucja rządowa, założona w czasach Izabeli Katolickiej. Praca tej instytucji polega na wykrywaniu i udaremnianiu każdej próby ingerencji intruza z przeszłości w teraźniejszość – i na odwrót -, próbującego wykorzystać historię do prywatnych celów. Dbanie o niezmienność historii Hiszpanii, by chronić teraźniejszość jest głównym celem Ministerstwa Czasu. Powierzone misje staną się częścią ważnych dla historii Hiszpanii wydarzeń, od czasów Królów Katolickich po współczesność, przez wojnę o niepodległość, Niezwyciężoną Armadę, sprowadzenie Guerniki do Hiszpanii, wizytę Himmlera w Klasztorze w Montserrat. Zetkną się także z ważnymi postaciami historycznymi tj. Lope de Vega, Salvador Dalí, Luis Buñuel, Izabela II Hiszpańska czy Pablo Picasso.

Chcielibyście cofnąć się w czasie i zobaczyć budowę rzymskiego akweduktu w Saragossie? Albo może chcielibyście spotkać się z Diego Velázquezem? Jeśli tak, to „Ministerstwo Czasu” jest idealnym rozwiązaniem. Serial jest pełen przygód, intrygujący, tajemniczy, a przy okazji jest świetną powtórką z historii Hiszpanii. Wciąga od pierwszego odcinka.

Tytuł oryginalny: „El Ministerio del Tiempo”

 

„H”

Helena to prostytutka, która niefortunnie staje się świadkiem zdarzeń, których nie powinna widzieć. Ewidentnie znalazła się w złym miejscu, o złym czasie. W związku z tym zaczyna karierę jako szeregowa pracownica Malpiki – bossa gangu działającego w Barcelonie w latach 60. XX wieku. Helena, nie licząc się z ryzykiem, szybko doskonali swoje umiejętności i wspina się na sam szczyt hierarchii mafijnej, by niebawem zostać szefową organizacji i przejąć kontrolę na handlem heroiną nie tylko w Hiszpanii.

Nie będę ukrywać, że jednym z powodów, dla których skusiłam się na ten serial była akcja osadzona w latach 60-tych ubiegłego wieku. Co prawda tym razem nie w Madrycie, a w Barcelonie. No i oczywiście piękna Adriana Ugarte ❤ Co ciekawe, ta telewizyjna produkcja została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

Tytuł oryginalny: „Hache”

Serial dostępny na platformie Netflix

Robert Lacey „The Crown. Oficjalny przewodnik po serialu. Tom 1”

Netfilxowy serial o angielskiej Rodzinie Królewskiej to prawdziwy hit. Niebawem premierę będzie miał czwarty sezon tego serialu. Tymczasem książka Roberta Lancey’a jest swoistym przewodnikiem po pierwszym sezonie „The Crown”, w którym autor rozkłada na czynniki pierwsze poszczególne postacie i wydarzenia.

Tajemnice skrywane za zamkniętymi drzwiami pałacu Buckingham to niewyczerpane źródło plotek, sensacji, emocjonujących teorii i domysłów, na które serial „The Crown” tylko zaostrzył apetyt. Robert Lacey, konsultant historyczny serialu i biograf królewskiego dworu, opisuje wczesne lata panowania Elżbiety II. Po nagłej śmierci ojca, dwudziestopięcioletnia Elizabeth Mountbatten nieoczekiwanie wstępuje na tron królewski. Dopiero co odnajdywała się w roli żony i matki, kiedy przyszło jej zmierzyć się z wielkimi wyzwaniami – nie tylko politycznymi, ale także osobistymi. Na przestrzeni lat wspięła się na wyżyny determinacji i wykazała niezwykłą siłą oraz niezłomnością, walcząc o dobre imię królestwa.

Książka podzielona jest na dziesięć rozdziałów, a każdy z nich poświęcony jest osobnemu odcinkowi serialu. Każdy odcinek rozebrany jest na czynniki pierwsze – autor dokładnie wyjaśnia, co się wydarzyło, jakie konsekwencje miało to wydarzenie, a także co było prawdą, a co jedynie filmową fikcją. Dodatkowo szczegółowo opisuje postacie, które pojawiają się w danym epizodzie. Książka jest pięknie wydana, a klimatu nadają jej czarno-białe zdjęcia. Fotografie dotyczą zarówno kadrów z serialu, jak i autentycznych zdjęć Rodziny Królewskiej.

Przyznam szczerze, że nie byłam fanką tego serialu. Dopiero trzeci sezon sprawił, że zmieniłam o nim zdanie, a teraz z niecierpliwością wyczekuję na kolejny. Po lekturze tego przewodnika filmowego mam ochotę powrócić do pierwszego sezonu i z większą uwagą śledzić losy młodej Królowej Elżbiety. Przewodnik Roberta Lacey’a kierowany jest nie tylko dla fanów serialu i Royal Family, ale to także fajna powtórka z historii. To również znakomite uzupełnienie netflixowego hitu.

Za książkę dziękuję:

Remigiusz Ryziński „Moje życie jest moje”

Czy istnieje jeden scenariusz na życie? Czy monogamiczne małżeństwo i dwójka dzieci to idealny happy end? Mamy tylko jedno życie i to od nas samych zależy, jak ono będzie wyglądało. Bohaterowie reportażu Remigiusza Ryzińskiego „Moje życie jest moje” udowadniają, że życie pisze wiele rożnych i zaskakujących scenariuszy. Oni wszyscy łamią konwenanse i pragną całkowitego wyzwolenia, a stawką jest wolność.

W naszej kulturze istnieje przekonanie, że seks jest świętością i jego głównym przeznaczeniem jest prokreacja. A jeśli przy okazji zaznamy przyjemności, to będzie wspaniale. W szkołach praktycznie nie istniej edukacja seksualna, a o seksie wstydzimy się otwarcie rozmawiać. Jak zatem wygląda w Polsce seks bez tabu? Od dominacji i swingu, przez kina porno i kluby go-go, po zmysłowe rytuały shibari. Bohaterowie i bohaterki reportażu Ryzińskiego pokazują, jak w odważnym seksie objawia się to, co najbardziej ludzkie: namiętność, egocentryzm, zachłanność, a także żarliwa, niekiedy bolesna miłość. A jak się okazuje – wyzwolenie seksualne bywa najważniejszym wyzwoleniem życiowym.

„Moje życie jest moje” to opowieść o wolności i pożądaniu wykraczających poza granice konwenansu. Jest ona mocna, bardzo intymna i szczera, wprowadzająca w doświadczenie ciała i seksu, który pochłania, zawłaszcza, a czasem niszczy. To historia o tym, kim chcielibyśmy być lub kim w swoich najskrytszych marzeniach i fantazjach naprawdę jesteśmy. Wszystkie historie opisane w książce wydarzyły się naprawdę. Jak sam autor wyznaje, w wielu opisanych w książce przypadkach był świadkiem scen, a jeśli nie było to możliwe – historie były weryfikowane za pomocą zdjęć, filmów, korespondencji czy rozmów z osobami, których dotyczyły.  W kilku fragmentach przytacza nawet własne historie. Zrobił to, ponieważ nie chce być jedynie zimnookim reporterem, ale także bliskim świadkiem. Co więcej – Ryziński nikogo nie ocenia, nie piętnuje i nie przystawia żadnych łatek. Cierpliwie rozmawia, obserwuje i opisuje wszystko to, czego doświadczył. To sprawia, że jego reportaż jest bardzo autentyczny i nie można się od niego oderwać.

Reportaż „Moje życie jest moje” otwiera nam oczy i uświadamia, że istnieje wiele rożnych scenariuszy na własne życie. Czasami nawet nie mamy o tym pojęcia. Autor przedstawia historie wielu osób, w tym również swoje. Poznajemy swingersów, drag queens, striptizerki, osoby homoseksualne i żyjące w relacji sm. Jednak nie poznajemy tylko i wyłącznie ich preferencji seksualnych – nierzadko dowiadujemy się również podłoża tych zachowań. To nieco bardziej skomplikowany temat, ponieważ niektóre historie są smutne czy brutalne. Na pewno wszystkie z nich są niezwykle interesujące i czyta się je z zapartym tchem. Ostrzegam jednak, że nie jest to propozycja dla osób wrażliwych i pruderyjnych, ponieważ „Moje życie jest moje” napisane jest dosadnym, a wręcz wulgarnym językiem, natomiast opisy są bardzo realistyczne, a to może wielu zszokować i zniesmaczyć.

Za książkę dziękuję:

Manuela Gretkowska „Wenecja. Miasto, któremu się powodzi”

Wenecja znajduje się wysoko na mojej podróżniczej liście marzeń. Miałam tam dotrzeć w tym roku, ale wiadomo co pokrzyżowało mi plany. Miasto fascynuje nie tylko swoją oryginalnością i pięknem, ale przede wszystkim niesamowitą historią.

Wenecja określana jest jako miasto papieży i grzeszników, artystów i złoczyńców. Kościoły budowane są tam z pieniędzy ściąganych od prostytutek, a współcześni mafiozi wykradają zwłoki dawnej świętej. Z Wenecji pochodzi najsłynniejszy uwodziciel wszech czasów – Casanova. Wenecja to też miejsce uwielbiane przez wielkich tego świata: malarzy, muzyków, filmowców i pisarzy. To właśnie tutaj każdego roku odbywa się jeden z najważniejszych festiwali filmowych.

Czytałam inne książki Manueli Gretkowskiej, które bardzo mnie urzekły , i które pochłonęłam od razu. Dlatego też nieco się zdziwiłam, że Manuela napisała książkę-przewodnik po Wenecji. Pisarka słynie z odważnych i nietuzinkowych publikacji, natomiast ta o Wenecji jest rozczarowująca – nie ma tego charakterystycznego dla autorki pazura i zacięcia. Mogę nawet powiedzieć, że momentami wiało nudą. Rozdziały są krótkie, z banalnym i powierzchownym opisem ważnych w mieście obiektów, a autorka przeskakuje z miejsca na miejsce, widać tutaj chaos i niespójność. Można odnieść wrażenie, że Manuela napisała tę książkę na zamówienie, w pośpiechu i z niechęcią. Mam wrażenie, że pisarka ciała przekazać za dużo informacji, podzielić się wszystkimi targającymi nią emocjami, ale niestety – co za dużo to nie zdrowo. W rezultacie wyszło masło maślane, które wywołuje mdłości. Jej książkę o Wenecji czyta się bez większych emocji i szczerze powiem, że nie przekonała mnie, żeby kupić bilet, spakować walizkę i choćby dzisiaj tam lecieć. A szkoda, bo Wenecja jest fascynującym miejscem, które można było zdecydowanie lepiej zareklamować.

Zdecydowanym dużym plusem są fotografie autorstwa Poli Pietuchy, czyli córki Gretkowskiej. Zdjęcia są kolorowe i zachęcające do odwiedzenia Wenecji. Ukazane są nie tylko sztandarowe zabytki tego miasta, ale fotografka zabiera nas również na spacer po nieznanych, nieco alternatywnych miejscach Wenecji.

Poprzednie publikacje tej serii, czyli nietypowe przewodniki po wybranych miastach czytało się z zapartym tchem. Książkę o Lizbonie pochłonęłam w dwa dni. Seria „Podroż nieoczywista” jest przepięknie wydana, a oprócz kolorowych zdjęć znajdziemy tam wartościowe i ciekawe treści. No, prawie. „Wenecja. Miasto, któremu się powodzi” jest wyjątkiem, jednak jeśli ktoś przed podróżą do miasta na wodzie chce zainspirować się książką Manueli Gretkowskiej, to jak najbardziej niech to zrobi. Trzeba mieć jednak na uwadze, że będzie to średnio zachęcająca nieoczywista podróż po Wenecji.

Tutaj o innych książkach z serii „Podróż Nieoczywista”:

 

Za książkę dziękuję:

Dorota Snoch, Piotr Jabłoński „Korfu i Wyspy Jońskie. Travel&Style”

Podróżowanie w tym roku było niemalże sportem ekstremalnym. Pandemia skutecznie sparaliżowała branżę turystyczną, a zmieniające się jak w kalejdoskopie obostrzenia skutecznie zniechęcały do podróży. Dlatego też dobrym sposobem było podróżowanie palcem po mapie, tudzież przeglądanie przewodników turystycznych i planowanie przyszłych wojaży.

Grecję kocham nie od dzisiaj, ale niestety nie często goszczę w tym kraju. Byłam w kilku miejscach, ale na Korfu i Wyspy Jońskie ciągle na mnie czekają. Wyspy Jońskie są najbardziej zielone spośród wszystkich greckich archipelagów. Gaje oliwne, sady cytrusowe i winnice są warte odwiedzenia, a pachnąca oliwa i wyśmienite trunki godne posmakowania. Wyspy urzekają pięknymi plażami i cudownymi widokami. Są rajem dla miłośników serfowania i snorkelingu. Na Korfu i Zakintos są podobno najpiękniejsze i najlepsze plaże. Cudownie czysta woda o niezwykłym odcieniu błękitu wydrążyła w przybrzeżnych skałach liczne groty i jaskinie. Wycieczki do nich to niezwykłe przeżycie i okazja do zrobienia wyjątkowych, a wręcz pocztówkowych zdjęć.

Przewodnik jest przepięknie wydany. Podzielony na kilka części, w których każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli jesteśmy amatorami lokalnych smaków, dobrze jest się przyjrzeć informacjom oznaczonym ikoną travel&food. Jeśli pasjonuje nas życie i historia mieszkańców danego regionu, warto skupić się na informacjach oznaczonych travel&culture. Propozycje aktywnego spędzania czasu znajdziemy pod ikoną travel&active. Jeśli kochamy przyrodę, w poszukiwaniu spokoju pośród natury pomoże nam zakładka travel&nature. Jeśli marzy nam się bardziej spokojny odpoczynek, atrakcji szukajmy pod znakiem travel&relax. Natomiast jeśli chcemy zapewnić ciekawe atrakcje naszym małym pociechom, warto poczytać strony opatrzone frazą travel&family.

Seria „Travel&Style” stała się moją ulubioną serią Wydawnictwa Bezdroża. Mnóstwo przepięknych zdjęć, kolorowych map, praktycznych informacji i cała masa ciekawostek sprawia, że nie można się od niego oderwać. Wyspy Jońskie i Korfu widnieją na mojej podróżniczej liście marzeń, mam nadzieję, że w następnym roku spełnię to marzenie. Chociaż wertując karty tego przewodnika mam ochotę kupić bilet choćby zaraz, spakować walizkę i czym prędzej pognać do Grecji.

Za książkę dziękuję:

Marta Szarejko „Seksuolożki 2. Nowe rozmowy”

Ludzka seksualność to ciągle niezbadana i tajemnicza sfera. W naszym społeczeństwie to także temat tabu, o którym wstydzimy się rozmawiać.

Z pomocą przychodzi nam Marta Szarejko i jej kolejna książka, która jest zapisem wywiadów przeprowadzonych ze specjalistkami w dziedzinie psychologii, seksuologii, endokrynologii i ginekologii. „Seksuolożki 2. Nowe rozmowy” to kontynuacja bestsellerowej książki Marty Szarejko „Seksuolożki. Sekrety gabinetów”. Autorka wspólnie ze swoimi rozmówczyniami po raz kolejny odkrywa przed nami tajemnice gabinetów seksuologicznych oraz obala stereotypy, w jakich uwięziona jest nasza kobiecość i seksualność.

Nasza seksualność to bardzo intymna sprawa, o której ciągle nie wiemy dużo. Zdecydowana większość kobiet żyje w przekonaniu, że strefa ta owiana jest tajemnicą i stanowi temat tabu, o którym nie wypada rozmawiać. Całe szczęście, że nie wszystkie kobiety tak myślą i chcą poznawać nie tylko własne ciało, ale także i psychikę. Marta Szarejko nie boi się tego typu rozmów. Po raz kolejny zaprosiła do rozmowy wybitne specjalistki w dziedzinie seksuologii i psychologii, by zadać pytania na nurtujące większość kobiet tematy, między innymi: Dlaczego kobiety boją się odmawiać seksu? Czy brak pożądania to choroba? Jak ciąża i poród wpływają na naszą seksualność?

W książce „Seksuolożki 2. Nowe rozmowy” autorka porusza wiele intymnych tematów, ale nie powiela ich ze swojej poprzedniej książki. Znajdziemy tu bardzo dużą dawkę wiedzy o ludzkiej naturze, podejściu zarówno fizycznym jak i psychicznym do kobiecej seksualności, ale przede wszystkim zaznamy dużo zrozumienia ze strony innych, brak jakichkolwiek ocen oraz sposoby poradzenia sobie z tymi problemami. W kontynuacji swojego bestsellerowego reportażu, autorka skupia się bardziej na biologicznej stronie kobiecości, która dotyczy każdej z nas. Rozprawia między innymi o hormonach, porodzie i połogu czy zaburzeniom osobowości, ale także problemie wykorzystywania seksualnego. Dzięki temu reportaż Marty Szarejko jest unikatowy, szalenie interesujący, wciągający oraz zmuszający nas do myślenia, a także oddziałujący na nasze emocje.

Reportaż Marty Szarejko to książka, która ma nas uświadomić o własnej seksualności, poradzić jak o nią dbać, ale przede wszystkim edukować w tym temacie. Dobrze, że pojawiają się takie książki, oby było ich jak najwięcej. „Seksuolożki 2. Nowe rozmowy” to szalenie ważna książka, którą każda kobieta powinna przeczytać i podzielić się nią ze swoją matką, siostrą, córką czy przyjaciółką.

Marta Szarejko „Seksuolożki 2. Nowe rozmowy”