Kate Brown „Czarnobyl. Instrukcje przetrwania”

O Czarnobylu ponownie zrobiło się głośno w związku z premierą serialu wyprodukowanego przez HBO. Także Kate Brown wydała książkę o katastrofie  w Czarnobylu i jej tragicznych skutkach, która miała miejsce w 1986 roku ubiegłego stulecia.

To, co wydarzyło się za wschodnią granicą 26 kwietnia 1986 roku do dnia dzisiejszego budzi wiele wątpliwości i kontrowersji. Sama katastrofa reaktora w elektrowni jądrowej i jej tragiczne skutki były gwoździem do trumny kulejącego już mocarstwa, jakim było ZSRR. To, że dla komunistycznych władz awaria w Czarnobylu nic nie znaczyła, rozwścieczyła nie tylko podległe mu republiki, ale również Europę Zachodnią. Ignorancja, niewiedza, zaniedbania, manipulacja, kłamstwo, a przede wszystkim obojętność na życie i zdrowie ludzi zamieszkujących skażone tereny – tego nie da się niczym usprawiedliwić. Przez lata władze ZSRR wprowadzały społeczeństwo w błąd podając niewłaściwe dane i zapewniając, że niebezpieczeństwo już dawno minęło. W rzeczywistości latami mieszkańcy skażonych ziem egzystowali w Strefie Wykluczenia, chłonąć szkodliwe w skutkach promieniowanie i jedząc skażoną żywność. Tragiczne skutki potęguje fakt, że brakuje personelu medycznego do pomocy, a także rzetelnej wiedzy na temat tej tragedii.

Ze skutkami katastrofy w Czarnobylu do dzisiaj borykają się tysiące ludzi. Nie chodzi już tylko o to, że w jednej chwili musieli porzucić swoje domy i majątek, ale przede wszystkim kwestie zdrowotne i liczne choroby popromienne. Kate Brown szczegółowo odtwarza to, co wydarzyło się ponad 30 lat temu w małym, ukraińskim miasteczku. Dociera do odległych miejsc i ludzi, odkopuje ściśle skrywane dokumenty z czasów ZSRR i ujawnia prawdę. Punktem odniesienia jest instrukcja przetrwania powstała trzy miesiące po awarii, którą otrzymali mieszkańcy Strefy Wykluczenia. Oczywiście instrukcja ta pełna jest sprzeczności, niejasności i fałszywych zapewnień o rzekomym bezpieczeństwie. Dzięki zaangażowaniu Kate Brown czytelnik odkrywa nie tylko historię kijowskich tajnych akt, ale także może „posłuchać” bezpośredniej relacji świadków tej przerażającej historii.

Autorka dociera do miejsc, ludzi oraz materiałów, które powszechnie nie są znane. Muszę przyznać, że nie jest to łatwa lektura. Ogrom faktów i naukowego słownictwa nieco przytłacza. Trudno jest przebrnąć przez ten cały ogrom fachowej terminologii, liczb oraz nazw. Brakuje również zdjęć dokumentów czy odwiedzonych miejsc, dzięki temu książka byłaby bardziej wiarygodna. Nie mniej jednak książkę czyta się z wypiekami na twarzy. Każdy, kto chce zrozumieć, co wydarzyło się w Czarnobylu 26 kwietnia 1986 roku powinien wpisać te pozycję na listę książek do przeczytania.

Za książkę dziękuję:

Renata Bang „Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy”

Każdy ma swoje miejsce, do którego lubi powracać, albo marzy, żeby tam zostać na dłużej. W moim przypadku to akurat południowe tereny Europy, a konkretniej słoneczna Hiszpania 🙂 Dla mnie zarówno Norwegia, jak i cała Skandynawia, to do tej pory jedna wielka niewiadoma. Dlatego tak bardzo lubię czytać książki o krajach, w których jeszcze nie byłam, żeby zainspirować się i być może zaplanować wyprawę w nieznane mi jeszcze tereny. Właśnie skończyłam czytać opowieść o Norwegii autorstwa Renaty Bang.

Autorka wprowadza nas w swój świat od momentu pierwszej wizyty w tym kraju. Pisze o swoich trudnych początkach na obczyźnie, zmianach nawykowych i szoku kulturowym. Z nostalgią wspomina podróż do tego kraju i dokładnie pamięta pierwszy dzień, jakby to było wczoraj, a przecież minęło już ponad 20 lat. „Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy” to nie tylko piękne wspomnienia Renaty Bang czy pamiętnik z licznych podróży po tym kraju, ale to także swego rodzaju przewodnik po Norwegii.

„Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy” podzielona jest na kilka części. Pierwsza z nich opisuje wakacyjną podróż kamperem z  rodziną przez cały kraj. Autorka skupia się na odwiedzonych miejscach opisując interesujące miejsca oraz ciekawe, niekiedy śmieszne incydenty z całą rodziną w roli głównej. Druga część jest znacznie bardziej interesująca, bo opisuje życie codzienne Norwegów. Niewiele wiem o tamtejszych zwyczajach, kulturze czy świętach, dlatego też z wypiekami na twarzy przeczytałam ten rozdział. Fajnie też, że Renata podzieliła książkę na poszczególne pory roku i dodatkowo wstawiła mnóstwo kolorowych zdjęć, które jeszcze bardziej inspirują i zachęcają czytelnika do spakowania walizki, kupienia biletu i jak najszybszej wizyty w tym kraju 🙂

Renata Bang zabiera nas nie tylko do swojego świata, który zbudowała w Norwegii, ale co więcej – zaprasza nas do swojej rodziny. Wraz z mężem i dziećmi zabierają czytelnika w fascynującą podróż. „Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy” to przepiękna opowieść o kraju, który miał być jedynie chwilowym postojem w podróży zwanej życiem, a stał się prawdziwym domem  i ostoją. Książka nie tylko dla miłośników Norwegii, ale także dla takich laików jak ja, którzy przymierzają się do „podbicia” tego kraju 🙂

Za książkę dziękuję:

Autorce

„W rytmie Kuby”

Achhh ta Kuba… Co ona ma w sobie, że słysząc rytmy kubańskiej salsy nogi same rwą się do tańca, a na widok krajobrazów tej gorącej wyspy serce zaczyna bić mocniej? Odkąd pamiętam, Kuba jest moim wielkim podróżniczym marzeniem, ale mimo to do tej pory tam nie dotarłam. Póki co, muszę sobie szukać rożnych substytutów zanim na żywo poczuję prawdziwą magię tego kraju. Ostatnim spotkaniem z kulturą kubańską był film dokumentalny „W rytmie Kuby”, który opowiada historię nowoorleańskiego zespołu jazzowego, który przybywa na Kubę w poszukiwaniu swoich muzycznych korzeni.

Preservation Hall Jazz Band to popularny zespół założony w latach 60-tych ubiegłego wieku przez Allana Jaffee, gdzie grali najwybitniejsi muzycy swoich czasów, tacy jak George Lewis, De De Pierce i Sweet Emma Barrett. Miało to być miejsce, w którym każdy miał znaleźć swoją oazę i poczuć się równy, niezależnie od rasy, statusu społecznego czy pochodzenia. Po śmierci Jaffe, jego syn Ben objął stanowisko zarządcy Preservation Hall i próbuje nadać nowy nurt jazzowi, zapraszając do współpracy m. in. Foo Fighters i Arcade Fire. Wraz ze swoim zespołem wyrusza w trasę po Kubie, gdzie będzie mógł poczuć klimat congi, hawańskich rytmów i muzycznej miłości obecnej jedynie w Santiago de Cuba.

Relacja między Preservation Hall i Kubańczykami opiera się  na artystycznej symbiozie – ci pierwsi przywożą im specjalne instrumenty, ci drudzy natomiast dzielą się z nimi tajnikami ich tradycyjnych utworów – czy to w postaci pożółkłych manuskryptów, czy też wierzenia jakie stoją za każdymi nutami, gdyż conga łączy się z religią.

„W rytmie Kuby” w bardzo subtelny sposób odkrywa przed nami historie prostych ludzi, którzy nie tylko muzyką żyją, ale również są w stanie oddać jej całego siebie. Dla Kubańczyków muzyka jest wszystkim, bez niej nie byłoby szczęścia i zabawy. Dostrzegają oni rytm dosłownie wszędzie: na ulicach, w barach, odgłosach zwierząt, itp. W filmie pokazane są wątki wielu różnych i barwnych ludzi, których łączy jedno: muzyka. I w tych właśnie pojedynczych opowieściach film T.G. Herringtona skrywa niepowtarzalny klimat, który jest przesiąknięty zapachem cygara i miłością do tego fascynującego kulturowo kraju.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

Daddy Yankee wstrząsnął Krakowem

Znacie to wspaniałe uczucie, kiedy spełnia się Wasze marzenie? Ja doznałam tego uczucia wczoraj. Pojechałam do Krakowa na koncert, na który czekałam „całe” życie 😊 Daddy Yankee to jeden z moich ukochanych artystów. Pamiętam, że na szkolnych dyskotekach w liceum jego „Gasolina” była prawdziwym hitem, który rozgrzewał parkiet do czerwoności. Nikt wtedy jeszcze nie miał pojęcia, że istnieje gatunek muzyczny zwany reggaetonem, a tym bardziej – kim do cholery jest ten cały Yankes. Nie wspominając o tym, że nikt nie miał zielonego pojęcia o czym on śpiewa, chociaż w liceum miałam już styczność z językiem hiszpańskim 😀

Daddy Yankee często gości w Europie, dając koncerty przy okazji różnych festiwali. Zawsze mam oko na jego obecność na Starym Kontynencie, ale jakoś do tej pory było mi nie po drodze z nim obcować. Dlatego też początkowo myślałam, że jego koncert w Krakowie to jakiś kiepski żarcik, no bo jak taka osobistość miałaby przybyć do odległej i nieznanej Polski? Czy on wie, gdzie leży Polska i  że w ogóle taki kraj istnieje? 😊 No cóż, wczoraj się okazało, że doskonale wie gdzie się znajduje, co więcej – znakomicie się bawi ze swoją wierną publicznością.

Swój występ rozpoczął najnowszym przebojem „Con Calma”, a potem było już tylko goręcej. Na dźwięk takich hitów, jak „La Despedida”, „Dura” „Shaky Shaky”, „Lovumba” czy „Limbo” publiczność oszalała, a ja na ich czele. Emocje sięgnęły zenitu, gdy Daddy zaśpiewał wspomnianą już „Gasolinę” czy wielki przebój „Despacito”, przy którym cała arena śpiewała razem z artystą. Yankes zaśpiewał też kilka nowości, ale jak się okazało – nie były takie nowe, bo praktycznie wszyscy znali słowa i śpiewali razem z artystą, który nie krył swojego zdumienia. Na scenie towarzyszyli mu utalentowani tancerze, na których dosłownie gapiłam się jak zahipnotyzowana. Bardzo chciałabym mieć takie umiejętności taneczne, no cóż – może w przyszłym życiu się uda 😉

Daddy Yankee jest w znakomitej formie. Widać, że to, co robi sprawia mu ogromną frajdę. Przez cały czas wchodził w interakcję z publicznością i czerpał od niej energię. Po każdej piosence zagadywał, żartował,  nawet próbował coś mówić po polsku 😊 Chyba nie spodziewał się takiego odbioru w Polsce, gdzie reggaeton nadal nie jest zbyt popularnym gatunkiem muzycznym. Widać było, że bawił się równie dobrze, co jego publiczność, a może i nawet bardziej 😊 Ja w każdym razie skakałam i piszczałam jak nastolatka, w końcu spełniłam swoje wielkie marzenie. Daddy, wróć do nas niebawem na kolejny koncert! ❤

Katarzyna Tubylewicz „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą”

Sztokholm to nadal nieznany mi teren. Do tej pory jakoś było mi nie po drodze, chociaż stolica Szwecji od dawna widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń. Katarzyna Tubylewicz, która od lat mieszka w Sztokholmie, w swojej najnowszej książce pokazuje czytelnikowi zupełnie inne oblicze tego miasta.

Katarzyna Tubylewicz to kulturoznawczyni, tłumaczka języka szwedzkiego oraz pisarka. Autorka między innymi zbioru reportaży „Moraliści” oraz współautorka antologii rozmów na temat promocji czytelnictwa „Szwecja czyta. Polska Czyta”. W latach 2006-2012 pełniła funkcję dyrektorki Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Wraz ze swoim synem Danielem spędzają miesiące eksplorując nie tylko centrum miasta, ale także jego fascynujące przedmieścia. Jak sami piszą, Sztokholm to miasto pełne kontrastów, tematów tabu, ukrytych kodów społecznych i hierarchii. To fascynująca stolica, na ulicach której jest ciszej niż w pozostałych dużych miastach, to z całą pewnością nie jest ona nudna.

Ich opowieść o Sztokholmie jest inna niż wszystkie inne, które do tej pory powstały. Razem z nimi odkrywamy nie tylko nieznane miejsca, ale poznamy także ukryte fakty z historii tego miasta, miejskie snobizmy, interesujących ludzi oraz ideały (i ideologie), które miały znaczny wpływ na charakter i wygląd miasta zwanego Wenecją Północy.

Jednak „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” to nie laurka dedykowana Sztokholmowi, opiewająca doskonałość tego miasta. Katarzyna Tubylewicz porusza również ciężkie i drażliwe tematy, jak np. problem z uchodźcami, a także wspomina zamach terrorystyczny, który miał miejsce w kwietniu 2017 roku. Poza barwnymi opisami poszczególnych miejsc, znajdziemy tam również dużo kolorowych zdjęć, a także ciekawe wywiady z innymi Polakami związanymi ze Sztokholmem.

„Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” to osobista opowieść o mieście, które warto zobaczyć z innej perspektywy. W każdym słowie czuć wielką miłość Katarzyny Tubylewicz do tego miasta. Z fascynacją prowadzi nas przez klimatyczne uliczki, nietypowych dzielnicach, zielonych parkach oraz fascynujących muzeach. Chociaż autorka na każdym kroku  podkreśla, że nie jest to przewodnik, to w pewnym sensie nim jest. To osobisty przewodnik pisarki po ulubionych miejscach, które ją w sobie rozkochały. Teraz Katarzyna Tubylewicz rozkochuje czytelników w tym fascynującym mieście. Czuję się mocno zainspirowana 🙂

Za książkę dziękuję:

„Narodziny gwiazdy”

Kinowych wersji tego filmu było kilka. W najnowszej zobaczymy Bradleya Coopera i Lady Gagę w rolach głównych.
Jacksona Maine (Bradley Cooper) to gwiazdor muzyki country, który najlepsze lata swojej kariery ma już za sobą i powoli chyli się ku upadkowi. Pewnego wieczoru, w nietypowym barze poznaje Ally (Lady Gaga), która ma ogromny talent muzyczny, ale brak jej pewności siebie. Między muzykami wybucha płomienny romans. Jack nakłania Ally do wyjścia z cienia i pomaga jej osiągnąć sławę. Jednak gdy kariera dziewczyny rośnie w zawrotnym tempie i przyćmiewa dokonania Jacka, jest mu coraz trudniej poradzić sobie z własną gasnącą gwiazdą. Coraz bardziej zatraca się w alternatywnej rzeczywistości i boryka z demonami przeszłości. Czy uda mu się je pokonać?
Fabuła filmu jest prosta, schematyczna, banalna i przewidywalna. Jak dla mnie akcja za szybko się rozwinęła. W jednej chwili bohaterowie się poznają, ona dopiero układa sobie w głowie przebojową piosenkę, by za chwilę on ją na scenie zaśpiewał. Trzeba jednak przyznać, że cała oprawa muzyczna jest na bardzo wysokim poziomie, co jest ogromnym plusem. Chemia miedzy aktorami również jest widoczna. Para wypada rewelacyjnie zarówno w kameralnych, intymnych scenach jak i podczas występów przed tysiącami słuchaczy.
Nie lubię Lady Gagi. Dla mnie to sztuczna lalunia, a jej piosenki są po prostu durnowate. Co prawda talentu muzycznego nie można jej odmówić, ale za to z częścią aktorską jest tragicznie. Wykreowała pozbawioną klasy dresiarę, która bije się w barze z facetami. Według mnie jest mierną aktorką, a w tym filmie zagrała sztucznie. Jej mimika twarzy (z napompowanymi ustami na czele) co rusz sprawiała, że miałam ochotę wyłączyć ten film. Nie wspomnę już o tym, że jeszcze bardziej ją oszpecili pomimo, że urodą na co dzień nie grzeszy. Bradleya Coopera również nie darzę jakimś szczególnym uznaniem. Co prawda pod względem aktorskim nie można mu niczego zarzucić, bo jest dobrym artystą, ale nie znajduje się w gronie moich ulubionych aktorów. Co prawda widać chemię na ekranie między Cooperem a Gagą, ale mimo to nie przekonali mnie do siebie.
Pewnie będę jedną z niewielu osób, którym najnowsza wersja „Narodzin gwiazdy” nie przypadła do gustu. W trakcie, gdy wszyscy rozpływają się nad filmem i pieją z zachwytu, dla mnie ta historia była po prostu nudna i przede wszystkim – przewidywalna. Przyznam, że miałam duże oczekiwania, chociaż nie wiem, czy powinnam wiedząc, że Lady Gaga zagra w nim główną rolę. Cieszę się, że nie poszłam do kina i nie wydałam pieniędzy na bilet.

Och-Teatr: „8 kobiet”

Co się stanie, gdy  osiem kobiet o zupełnie różnych osobowościach spotka się w jednym miejscu? Taka mieszanka wybuchowa może niespodziewanie eksplodować w każdej chwili.

Odcięty od świata dom na pustkowiu. Osiem kobiet: matka, żona, szwagierka, siostra, dwie córki, dwie pokojówki – podejrzanych jest o zabójstwo pana domu. Każda z nich ma motyw, by zabić, ale z drugiej strony każda ma alibi. Każda z nich jest zupełnie inna: Luiza (Paulina Chruściel) to nowa pokojówka, która ma nadzieję na płomienny romans z panem domu; Gabi (Katarzyna Gniewkowska) – żona Marcela, stanowcza i temperamentna pani domu trzyma w ryzach pozostałe mieszkanki; Starsza Pani (Elżbieta Jarosik) seniorka rodu skrywa w tajemnicy nie tylko pieniądze; Zuza (Weronika Warchoł) starsza córka Gabi wraca do domu z kilkumiesięcznej podróży razem z wielką niespodzianką; Augusta (Izabela Dąbrowska) hipochondryczna i wiecznie nieszczęśliwa siostra Gabi to nie takie niewiniątko, na jakie wygląda; Maria (Maria Seweryn) to oddana pokojówka, która jak się okazuje nie jest tak lojalna jak wszyscy sądzą; Patrycja (Anna Smołowik) jako znienawidzona siostra Marcela swoją niespodziewaną obecnością wprowadza jeszcze więcej zamieszania; Katarzyna (Zofia Domalik) to młodsza córka Gabi, zbuntowana nastolatka, ale to ona wydaje się być najrozsądniejsza z nich wszystkich. Kobiety, próbując rozwiązać zagadkę tajemniczej śmierci, zaczynają prowadzić pełną zaskakujących zwrotów akcji, zabawnych dialogów, błyskotliwych ripost i kąśliwych uwag grę. Jakie sekrety zdemaskuje?

Najnowszy spektakl „8 kobiet” można oglądać na deskach Och-Teatru. To zabawna komedia, ale łącząca zarazem elementy grozy i dreszczyku emocji z ośmioma, jakże różnymi kobietami. To prawdziwy festiwal osobowości. Każda z nich reprezentuje różne pokolenie i różne poglądy na  życie. Aktorkom na scenie towarzyszy zespół muzyczny w składzie: Michał Łamża, Wojciech Gumiński i Szymon Linette.

„8 kobiet” w reżyserii Adama Sajnuka to spektakl, który łączy elementy powieści kryminalnej w stylu Agaty Christie, z komedią i melodramatem. Jest także, a może przede wszystkim, opowieścią o różnych typach, wymiarach i tajemnicach kobiecości. Osiem kobiet i osiem niesamowitych aktorek na scenie.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Natalia Budzyńska „Dzieci nie płakały”

Wyobraź sobie, że przeglądając dawne zdjęcia rodzinne odkrywasz, że jeden z członków rodziny był zbrodniarzem wojennym, okrutnym katem, który dokonywał przerażających rzeczy i eksperymentował na niewinnych ludziach w obozach zagłady, jak np. Auschwitz. Takiego odkrycia dokonała Natalia Budzyńska, która w swojej książce „Dzieci nie płakały” opisuje dzieje jej wuja, lekarza-kata Alfreda Trzebinskiego.

Doktor Alfred Trzebinski w 1932 roku wstąpił do SS, a rok później został członkiem NSDAP, zapominając o polskim pochodzeniu swojego ojca. W 1941 roku został lekarzem w Auschwitz, potem na Majdanku, a w końcu w Neuengamme. W 1946 roku skazano go na karę śmierci przez powieszenie. Trybunałem najbardziej wstrząsnął udział Trzebinskiego w egzekucji dwadzieściorga żydowskich dzieci, które powieszono tuż przed wyzwoleniem obozu, by ukryć, że były poddawane okrutnym eksperymentom medycznym.

Zabawne, że pod koniec życia, w trakcie procesu Alfred Trzebinski uważał, że jest niewinny, niczego złego nie zrobił, a sam stał się ofiarą systemu. Tłumaczył się, że musiał wykonywać wszystkie rozkazy, inaczej sam straciłby życie. Nie poczuwa się do winy zabójstwa tych dzieci, a nawet był przekonany, że pomógł im umrzeć szybko i bezboleśnie. Uważał, że niesłusznie został skazany, nie rozumiał, do jakiego zła doprowadziła nazistowska ideologia. Przebywając na terenie brytyjskiego obozu jenieckiego z oburzeniem porównywał warunki tam panujące do tych w Auschwitz. Na chwilę przed śmiercią decyduje się napisać pamiętnik adresowany do jego ukochanej, maleńkiej córeczki. Przez cały czas nie wychodzi z roli nazisty. Prosi również córkę, żeby zachowała czystość rasy i krwi, by na ojca swoich dzieci wybrała Aryjczyka. List kierowany do swojego dziecka ozdabia swastykami i starożytnymi runami. Kiedy go wieszają, jego ostatnie słowa brzmią: „Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.

Przyznam szczerze, że książkę musiałam czytać partiami. Chociaż tak bardzo interesująca i wciągająca, musiałam ja sobie dawkować. Przerażające opisy zbrodni, których dokonywali nazistowscy lekarze w obozach zagłady skutecznie podnoszą ciśnienie krwi i na długo zapisują się w pamięci. Natalia Budzyńska, czytając pamiętnik wuja esesmana, próbuje zrozumieć jego motywację. Przede wszystkim jednak przywraca pamięć o zamordowanych dzieciach – niemych, niemal zapomnianych ofiarach. Książka jest wstrząsająca i przerażająca, ale to pozycja, którą powinno, a nawet trzeba przeczytać.

Za książkę dziękuję:

„Cała przyjemność po stronie kobiet”

Bycie kobietą nigdy nie było łatwe, nie jest łatwe i zapewne nigdy nie będzie łatwe. Niezależnie, w jakim kraju żyjemy, jaką religię wyznajemy czy w jakiej kulturze zostałyśmy wychowane. Kobiety na całym świecie żyją pod wielką presją społeczeństwa, które na każdym kroku dyktuje warunki, ocenia i potępia ich nieszablonowe zachowania.

Tak właśnie jest z bohaterkami filmu dokumentalnego „Cała przyjemność po stronie kobiet” („#Female Pleasure”) w reżyserii Barbary Miller. To niezwykle odważne kobiety, które wypowiedziały sprzeciw wobec posłuszeństu patriarchatowi. Rokudenashiko, japońska artystka, staje przed sądem za wydruki 3D swojej waginy. Deborah Feldman, ucieka wraz ze swoim synem z ortodoksyjnej społeczności chasydów na Brooklinie, by móc decydować o swoim losie. Leyla Hussein prowadzi w Londynie warsztaty dla sudańskich kobiet, by uświadomić im piekło, na jakie skazują swoje córki. Doris Wagner opowiada o molestowaniu przez księdza. Vithika Yadov uświadamia młodych Hindusów o kobiecej przyjemności seksualnej.

Każda z nich została wychowana w innej kulturze i wyznaje inną religię. Łączy je jedno: wszystkie są kobietami, które same nie mogły zadecydować o swoim losie. Rokudenashiko, kontrowersyjna artystka (według japońskiego społeczeństwa) nie potrafi zrozumieć, dlaczego kobieca wagina to temat tabu, podczas gdy Japończycy hucznie celebrują święto ku czci fallusa. Leyla Hussein, która w dzieciństwie sama została obrzezana (tutaj szerzej o tym pisałam), każdego dnia uświadamia inne kobiety, by nie wyrządzały krzywdy swoim córkom. Nie ma łatwego zadania, bo nie tylko kobiety trzeba przekonać, by zaprzestały tego barbarzyńskiego „obrządku”, ale przede wszystkim musi wpłynąć na mężczyzn, którzy tak naprawdę nie mają pojęcia, z czym wiąże się obrzezanie. Deborah Feldman została wygnana i okryta hańbą przez żydowskie społeczeństwo, ponieważ nie chciała być tylko maszynką do rodzenia dzieci. Jej własna rodzina namawia ją, by popełniła samobójstwo, wówczas oni z wielką radością zatańczą na jej grobie. Doris Wagner przed laty wstąpiła do zakonu, by poświecić życie i duszę Bogu. W trakcie przebywania w rzymskim seminarium, wielokrotnie została gwałcona przez księdza – swojego przełożonego, ale to ona musiała udźwignąć ciężar społecznej presji i oskarżeń. Natomiast Vithika Yadov, załozycielka portalu „Love Matters” uświadamia młode społeczeństwo, że uczucie pomiędzy dwiema osobami jest bardzo ważne, ślub powinien być brany z miłości, a nie aranżowany przez rodzinę. Nie godzi się na molestowanie i przemoc wobec kobiet i otwarcie toczy wojnę z hinduskim systemem obyczajowym.

Historie tych kobiet są wstrząsające. Zabawne, że o kobiecej seksualności od wieków decydują mężczyźni, a co więcej – mają obsesję na jej punkcie. Z jednej strony żądają, żeby kobieta była cnotliwa, potulna i skromna, ale z drugiej zaś pragną, żeby była wyuzdana i posiadała umiejętności niczym gwiazda z filmów porno. To właśnie ze względu na nich, kobiety robią okrutne rzeczy nie tylko sobie, ale również innym kobietom. Decydują się na bestialskie zabiegi, bo ślepo wierzą, że jeśli tego nie zrobią, nigdy w życiu nie znajdą sobie męża i zostaną wykluczone przez społeczeństwo.

Na całym świecie wciąż istnieje przyzwolenie na kulturę gwałtu, podrzędność kobiet w strukturach władzy największych religii, przekonanie o obsceniczności wizerunku waginy w przestrzeni publicznej (wobec całkowitej neutralności penisa) czy instytucję obrzezania kobiet. Na całym świecie miliony kobiet są wciąż okaleczane, gwałcone, molestowane czy karane, bo to mężczyźni decydują w ich imieniu.

Kiedy skończy się ta paranoja? Reżyserka dokumentu „Cała przyjemność po stronie kobiet” i jej bohaterki nie oceniają postaw społecznych – pokazują ułomności patriarchalnego układu sił, zakłamania społecznego i braku świadomości, którą swoją pracą u postaw, aktywizmem i działaniami edukacyjnymi próbują zmienić.

Film dokumentalny o pięciu aktywistkach w reżyserii Barbary Miller został wybrany najlepszym filmem 16. edycji Millennium Docs Against Gravity według publiczności. To film, który powinien obejrzeć każdy z nas, ale przede wszystkim powinien dotrzeć do świadomości każdego mężczyzny.

Tutaj link do strony #FemalePleasure.

Cat Flanders „Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów”

Znasz to uczucie, kiedy wchodzisz do sklepu po jedną konkretną rzecz, a wychodzisz z pełną torbą niepotrzebnych gadżetów? Masz skłonność do kolekcjonowania i chomikowania najróżniejszych bzdetów od długopisów zaczynając, przez próbki kosmetyków i książki, a na butach kończąc? Jeśli tak, to książka Cait Flanders to poradnik idealny dla Ciebie.

Historia Cait Flanders jest zaczyna się dramatycznie, ale na szczęście ma swój happy end. Autorka w doskonały sposób pokazuje, jak beznadziejnie pragnie bliskości i uznania drugiej osoby sprawia, że tak łatwo popadamy w obłęd. A przez to rodzi się masa kompleksów, które tylko nakręcają spiralę destrukcyjnych wydarzeń. W przypadku Cait były to zakupy, alkohol, złe towarzystwo, narkotyki. Brak samoakceptacji i niska samoocena doprowadziły ją do upadku. Obsesyjnie robiąc zakupy, imprezując na umór i zażywając dopalacz sądziła, że w ten sposób wynagrodzi sobie wszelkie życiowe niepowodzenia i porażki. Przez to, jako młoda dziewczyna popadła w niezłe tarapaty. Pewnego dnia postanowiła porzucić swoje destrukcyjne zwyczaje i pozbyć się zbędnych rzeczy, spłacić dług, wyjść z nałogów, a tym samym na zawsze odmienić swoje życie. Oczywiście nie przyszło jej to łatwo, miała po drodze wiele upadków i chwili zwątpienia, ale dzielnie wytrwała w swoim postanowieniu. Teraz udziela rad swoim czytelnikom i inspiruje ich, jak mają wybrnąć z błędnego koła konsumpcjonizmu i  czerpania przyjemności z życia bez zakupów.

„Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to nie jest zwykły poradnik. To przede wszystkim autobiografia, intymny pamiętnik autorki, która dzieli się z czytelnikiem osobistymi przeżyciami. Nie jest to jednak smętna opowiastka o ciężkim życiu i walce ze słabościami, wręcz przeciwnie. Cait w zabawny sposób rozprawia się ze swoją mroczną przeszłością i ostrzega czytelnika, że jedno uzależnienie prowadzi do drugiego, a jeden błąd potrafi nieźle się zapętlić. W 2014 roku rozpoczęła eksperyment „rok bez zakupów”, który ostatecznie stał się jej sposobem na życie.

Szczerze przyznam, że na początku sądziłam, że „Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to kolejny durny poradnik o oszczędzaniu, który nic nowego  do mojego życia nie wniesie. Naczytałam się wiele książek o oszczędzaniu i odpowiednim inwestowaniu swoich pieniędzy, ale żadna z nich nie dala mi takiego kopa. Właśnie dzięki temu, że autorka dzieli się swoimi intymnymi przemyśleniami, w pewien sposób jest mi bliższa i mogę się z nią w pewien sposób utożsamić.

„Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to niezwykle szczera, piękna i inspirująca opowieść o tym, że uwolnienie się od potrzeby kupowania pozwala nie tylko oszczędzać, ale przede wszystkim umożliwia czerpanie większej radości z życia.

Za książkę dziękuję: