Skaros Rock. Sekretna atrakcja Santorini

Santorini słynie z wielu atrakcji, takich jak kolorowe plaże czy białe domki z niebieskimi kopułami. Jednak ilu ludzi słyszało o Skaros Rock? Przyznam się bez bicia, że zanim przybyłam na wyspę, nie słyszałam o tym miejscu, dopiero jeden z lokalesów powiedział mi, żebym koniecznie tam poszła. Oczywiście skałę doskonale widać z całej wyspy i nawet kilkukrotnie przechodziłam obok niej, ale do głowy mi nie przyszło, że można się tam wdrapać. Dopiero po sugestii i rekomendacji N., pognałam tam następnego dnia.

Cypel z dużym potencjałem

Czym jest to tajemnicze Skaros Rock? To duży skalny cypel na egejskiej wyspie Santorini. Formacja ta powstała w wyniku aktywności wulkanicznej (prawdopodobnie w wyniku erupcji datowanej na 68 tys. lat p.n.e.) pobliskiej kaldery Santorini i od tego czasu jest dalej kształtowana przez erozję i trzęsienia ziemi. W związku z tym, że był to doskonały punkt obserwacyjny, podwyższone położenie skały uczyniło z niej znakomite miejsce do utworzenia fortyfikacji obronnych.

Początki tego miejsca sięgają początku XIII wieku, a pomysłodawca i zleceniodawcą tego przedsięwzięcia było Cesarstwo Bizantyjskie, które zatrudniło znakomitego weneckiego architekta Giacomo Barozziego do budowy fortecy wokół cypla. Początkowa konstrukcja, znana jako „La Roka” (po grecku „Górny Zamek”), została ukończona w 1207 r. W kolejnych latach osada stopniowo rozrastała się, a wokół cypla zbudowano wiele domów mieszkalnych i pozostałych fortyfikacji. U podstawy formacji zbudowano zespół kościelny, kaplicę Panagia Theoskepasti oraz mały port. Do czasu przejęcia wyspy przez Republikę Wenecką w 1336 roku, osada liczyła ponad 200 domów i kilkuset mieszkańców. Ponieważ Skaros było największą osadą na wyspie, twierdza stała się stolicą weneckiego Santorini. Przez kolejne wieki wyspa stała się celem najazdów wielu wrogich wojsk, między innymi tureckich. Podczas gdy inne osady ucierpiały, fortyfikacje Skaros i położenie tego punktu wysoko na klifach zachodniego Santorini chroniły miasto przed najeźdźcami.

Skaros był znaczącą osadą do momentu, kiedy wulkan zaczął o sobie dawać znać – stał się aktywny, a pierwszy wybuch nastąpił w 1650 roku. Erupcja ta spowodowała kilka silnych trzęsień ziemi, które skutkowały zawaleniem się znacznej części miasta do morza. Wulkan kontynuował okresy aktywności: od 1701 do 1711 i ponownie od 1866 do 1870. Erupcje z XVIII wieku miały znaczący wpływ, ponieważ spowodowały, że większość mieszkańców Skaros w strachu przeniosła się do Firy (obecnej stolicy wyspy) lub pobliskiej wioski Imerovigli. Stara wenecka forteca została później opuszczana i na początku XIX wieku składała się z zaledwie kilku zniszczonych ruin, które możemy do dzisiaj podziwiać. 

Skała z widokiem na całą kalderę

Spacerując po czerwonawej skale, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś było tam ważne miasto z murami obronnymi. Teraz pozostał jedynie skrawek lądu, po którym trzeba balansować, a przy wietrznej pogodzie (czyli zawsze) trudno utrzymać równowagę. Z dawnych licznych mieszkań pozostało tylko kilka ruin. Na cyplu wiało niemiłosiernie, a spódnica powiewała mi na wszystkie strony. Dodam, że była to spódnica sięgająca samych kostek, którą próbowałam trzymać z ze wszystkich stron, ale i tak dzięki kapryśnej pogodzie co niektórzy mogli podziwiać moje majtki.

Na samym szczycie znajduje się najwyższy punkt widokowy na wyspie, ale przy tak silnym wietrze nie miałam odwagi wspiąć się na samą górę. Już przy samych schodzeniu w dół po schodkach wiatr miotał mną jak szalony. Mimo, że zrezygnowałam z wdrapywania, to widok z niższych partii skały był całkiem zacny. Co do jednego Wenecjanie mięli rację, bo widok jest zdumiewający – ze skały widać niemal całą zatokę.

Skarb ukryty u podnóża skały

Jednak to, co najcenniejsze znajduje się u stóp Skaros Rock. Gdy dotarłam (jak mi się wydawało) na kraniec skały, postanowiłam wracać na górę, ale coś mnie zastanowiło – schodki prowadzące jeszcze niżej. Niepewnym krokiem ruszyłam w dół, chociaż doskonale zdawałam sobie sprawę, że czeka mnie podwójna ilość schodów prowadzących w górę do pokonania w drodze powrotnej. Zaufanie intuicji było dobrym pomysłem. U podnóża skały znajduje się uroczy kościółek niewielkich rozmiarów, z którego widok jest jeszcze lepszy niż ze szczytu skały.

Budynek z niebieską kopułą i dzwonnicą nazywany jest Chapel of Panagia Theoskepasti. Nie jest to znana atrakcja turystyczna, słabo widać go z góry – dopiero jak się wychyli, to wtedy można go dostrzec. W związku z tym, że nie jest on popularny i nie każdemu chce się zejść na sam dół skały, niewielu turystów tam dociera. Ja miałam farta, bo kiedy się tam pojawiłam, jakaś para robiła sobie artystyczne zdjęcia, więc i ja się na takie załapałam 🙂

Jak się tam dostać?

Szlak prowadzący do tego miejsca prowadzi przez strome kręte schody z miasteczka Imerovigli, tuż pod hotelem Grace. Ścieżka zaczyna się betonowymi schodami prowadzącymi w dół i cienką drucianą poręczą, która przechodzi w żwirową ścieżkę bez żadnej barierki. Przy samym wejściu na skałę znajduje się klimatyczny kościółek Agios Georgios oraz betonowa platforma, z której również można podziwiać widok na kalderę i wulkan. Wiele osób wybiera się na skałę na krótką wycieczkę podczas wędrówki szlakiem z Firy do Oia.  Wizyta na Skaros powinna zająć co najmniej godzinę w jedną stronę, a jeśli – tak jak ja – chcemy zrobić zdjęcie każdemu kamieniowi, to spacer zajmie znacznie więcej czasu. Zdecydowanie lepiej jest wybrać się tam po południu, tak po godzinie 17:00, bo trasa w pełnym słońcu jest dość uciążliwa. Droga powrotna w górę jest męcząca, bo trzeba pokonać setki kamiennych schodów, a upał daje się we znaki. Jednak widok ze skały wart jest każdego wysiłku.

Powiedziano mi, żebym na wędrówkę po skale założyła sportowe buty, bo będzie wygodniej i bezpieczniej. Absolutnie nie neguję tego, ale na wakacje zazwyczaj nie zabieram sportowych butów, więc  jedynym „sportowym” obuwiem jakie spakowałam do walizki były baleriny 🙂 Akurat tego dnia miałam na sobie sandałki i mimo wszystko zdecydowałam się tam pójść, chociaż ostrzegali mnie, że nie dam rady w nich nigdzie dojść. No cóż, nogi nie złamałam, zębów nie wybiłam, nawet żadnego siniaka nawet nie nabiłam, a i sandałki ocalały 🙂 Aczkolwiek rozsądek podpowiada, że lepiej jest założyć jakieś stabilniejsze buty.

Skała najpiękniej prezentuje się o zachodzie słońca. Tutaj pisałam więcej o santoryńskich zachodach słońca.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Pozostałe posty o Santorini:

Warszawa. Osiedle Przyjaźń – kolorowe oblicze stolicy

Istnieje takie miejsce w Warszawie, które jest wyjątkowe. Nie tylko ze względu na swój unikatowy styl i urok, umiejscowienie pośród pięknej i zadbanej zieleni, ale przede wszystkim na burzliwą historię. Co ciekawe, miejsce to znajduje się o „rzut beretem” od mojego obecnego domu. A żeby było jeszcze zabawniej, przez około 2 lata mieszkałam w bezpośrednim sąsiedztwie Osiedla Przyjaźń – bo o nim właśnie mowa. Wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, żeby udać się tam na spacer. Jak to mówią – pod latarnią najciemniej. W końcu, po latach kręcenia się w pobliżu, dotarłam tam w pewne jesienne, słoneczne, pandemiczne popołudnie.

Osiedle Przyjaźń mieści się między największymi ulicami na Bemowie/Woli: Górczewską, Jana Olbrachta, Powstańców Śląskich oraz trasą kolejową. Pomimo tego, że umiejscowione jest pomiędzy ruchliwymi trasami samochodowymi i tramwajowymi, skręcając w boczną uliczkę odnosi się wrażenie, że przenieśliśmy się na obrzeża stolicy, na spokojną wioskę, ukrytą perełkę z dala od miejskiego zgiełku. Przechadzając się pomiędzy uliczkami miałam wrażenie, że znalazłam się w warszawskiej wiosce Smerfów, a tamtejsze budynki kojarzyły mi się z  cerkwiami na Podlasiu, chyba przez te kolory 🙂 To ewenement zarówno w skali Warszawy jak i całego kraju. Na próżno szukać drugiego takiego osiedla.

Burzliwa historia „Przyjaźni”

Niegdyś Jelonki – teren, na którym znajduje się dzisiejsze osiedle – były osobną wsią, która została przyłączona do Warszawy w 1951 roku. Rok później wybudowano tam barakowe osiedle „Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”, które miało zasiedlić kilka tysięcy radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki wraz ze swoimi rodzinami.  Właścicieli ziem, którzy tam mieszkali w przyspieszonym tempie eksmitowano, a w zamian zaoferowano grunty zamienne pod Warszawą lub na Ziemiach Odzyskanych.

Na osiedlu wybudowano dwa rodzaje drewnianych pawilonów: hotelowe dla robotników oraz domki jednorodzinne dla kadry kierowniczej i technicznej. Elementy konstrukcji zostały przywiezione spoza Warszawy i zmontowano je na miejscu. Niektóre z nich przypominają staropolskie dworki, a inne zaś typowe baraki. Jak się okazuje, część z nich zostało zbudowane z materiałów pochodzących  z rozbiórki obozu jenieckiego Stalag I-B „Hohenstein” koło Olsztynka. Gdyby było za mało skojarzeń z obozem, to pikanterii doda fakt, że osiedle otaczał drut kolczasty, a bramy strzegli wartownicy. Inna część domków przybyła z Finlandii – pierwsza dostawa dotarła do Polski rok po zakończeniu wojny. Polska zawarła kontrakt: domki za narodowy węgiel, a pomysłodawcą transakcji wiązanej z Finami był Jan Mitręga, ówczesny minister górnictwa i energetyki.

Początkowo domki malowano jedynie w dwóch wariantach kolorystycznych: niebiesko-białym oraz czerwono-białym, ale dzisiaj widać tam cała paletę barw i odcieni. Na terenie osiedla znajdowały się wszystkie niezbędne obiekty, między innymi: siłownia, kino, łaźnia, dom kultury, biblioteka, przychodnia lekarska,  kotłownia oraz dwa boiska sportowe. Dodatkowo wybudowano ponad 8 km osiedlowych dróg i ulic, posadzono około 4 tysiące drzew i 40 tysięcy krzewów, a w celu odprowadzania ścieków w 1952 roku oddano do użytku Stację Pomp Kanałowych „Jelonki”. W szczytowym czasie budowy Pałacu Kultury i Nauki na osiedlu mieszkało około 4,5 tys. osób. Odbywały się tam również festyny, spotkania młodzieży radzieckiej i polskiej, okolicznościowe akademie i zawody sportowe. Takie trochę miasto w mieście.

Ku chwale nauki

Po zakończeniu budowy Pałacu Kultury i Nauki w maju 1955 roku, z polecenia Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, osiedle przekazano z zamysłem przekształcenia je na domy studenckie warszawskich uczelni. We wrześniu tego samego roku domki zamieszkiwało już około 3 tysiące studentów oraz pracowników naukowych. To właśnie wtedy osiedlu nadano nazwę „Przyjaźń”. Na terenie o powierzchni 32 ha powstały 33 domy studenckie, 9 hoteli asystenckich, 19 bloków asystenckich, 77 domów jednorodzinnych dla pracowników uczelni oraz 2 hotele robotnicze. Każdego roku odbywało się święto studenckie nazywane „Jelonkaliami”.

Do dnia dzisiejszego osiedle funkcjonuje jako akademiki studenckie. Dawne osiedle budowniczych Pałacu Kultury i Nauki składa się z dwóch części: budynki wielorodzinne pełnią funkcje domów studenckich, a w domkach jednorodzinnych mieszkają pracownicy naukowi lub ich potomkowie. Aktualnie funkcjonuje 25 domków studenckich, 35 domków mieszkalnych, 77 domków jednorodzinnych, 3 nowe akademiki studenckie, Ratusz Gminy Bemowo oraz wspomniane obiekty socjalne, kulturalne i administracyjne. Mieszka tu obecnie około 1300 studentów. Osiedle Przyjaźń jest własnością Skarbu Państwa. Mają tam swoje siedziby Klub Karuzela, Biblioteka Publiczna Warszawa-Bemowo z czytelnią oraz sala zabaw dla dzieci Kolorado.

Wylęgarnia celebrytów

Przechadzając się po uliczkach w ogóle nie odczuwa się, że znajdujemy się w stolicy kraju, w obrębie ruchliwych i zatłoczonych ulic. Pomimo położenia w dużej dzielnicy, można poczuć się jak na  spokojnych przedmieściach, albo leniwej wiosce, gdzie czas płynie własnym tempem. Jesienna sceneria drzew i krzewów daje przyjemne ukojenie i wytchnienie od zatłoczonego miasta. Drewniana zabudowa, momentami podniszczona i zbutwiała, przypomina trochę klimaty jak z westernu. Jednak pomimo całego mojego zachwytu nad tym miejscem, nie chciałabym tutaj mieszkać. Można odczuć, że brakuje tutaj anonimowości, którą bardzo sobie cenię. Pochodzę z dużo mniejszej miejscowości niż stolica i wiem, czym jest spoufalanie się i plotkowanie z sąsiadami – to prawie nigdy nie kończy się happy endem.

Wracając do tego wątku. Na Osiedlu Przyjaźń mieszkało wielu znanych dzisiejszych celebrytów, między innymi: Leszek Balcerowicz (były Minister Finansów), Tomasz Borecki (rektor SGGW), Andrzej Walicki (historyk), Andrzej podsiadło (Prezes PKO BP), Jerzy Bralczyk (językoznawca) oraz Krzysztof Tyniec (aktor).

Poza tym Osiedle Przyjaźń pojawiło się jako główna lokalizacja w etiudzie Jana Komasy „Fajnie, że jesteś” (2003), która została nagrodzona na Festiwalu Filmowym w Cannes w 2004 roku.

Niepewna przyszłość

W związku z tym, że osiedle jest własnością Skarbu Państwa, jego losy są niepewne. Mieszkańcy sami do końca nie wiedzą, jak przyszłość ich czeka – od kilkunastu lat słyszą sprzeczne informacje o likwidacji osiedla, a tym samym nie mogą wykupić tych mieszkań i domów na własność. Wyraźnie widać przemijający czas, bo niektóre budynki są w złym stanie, np. z odklejającą się farbą ze ścian, starymi oknami, z coraz częstszymi problemami z kanalizacją i instalacją elektryczną. Poza tym część działek objętych jest roszczeniem potomków mieszkańców, których wywłaszczono z tego terenu w latach 50. ubiegłego wieku.

Plan zagospodarowania Warszawy niestety nie jest jasno sprecyzowany. Nieopodal „Przyjaźni” powstało nowoczesne, ogromne osiedle mieszkaniowe „Przyjaciół”, niewykluczone zatem, że jakiś deweloper w najbliższej przyszłości nie położy łapy na tym obszarze. Jedynym rozwiązaniem jest wpisanie Osiedla przyjaźń do rejestru zabytków, o co mieszkańcy walczą od lat. Oby im się udało, bo Warszawa straci unikalną, kolorową idyllę.

Jak dojechać do Osiedla Przyjaźń?

Dojazd do osiedla nie jest skomplikowany, ale może zająć nieco czasu – w zależności z którego krańca Warszawy przybywamy. Od ul. Górczewskiej należy wysiąść na przystanku Konarskiego, zaś od ul. Powstańców Śląskich na przystanku Czumy.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

„Marco Polo”

Jesień w pełni, pogoda za oknem nie rozpieszcza. Netflix oferuje coraz to więcej filmów i seriali, starszych i nowszych. W czeluściach tej nieskończoności wygrzebałam produkcję, która pochłonęła mnie od razu – serial „Marco Polo” z 2014 roku. Jaka szkoda, że nie ma więcej takich perełek, a może są tylko jeszcze ich nie odkryłam?

Młody Marco Polo wraz ze swym ojcem i stryjem przemierzają Jedwabny Szlak. Docierają do imperium wielkiego władcy mongolskiego – Kubilaj Chana, wnuka potężnego Chingis Chana. Młody, niedoświadczony i strachliwy Marco zostaje sprzedany przez własnego ojca i zdany na łaskę groźnego władcy Imperium. Aby przeżyć na dworze okrutnego azjatyckiego cesarza, musi wykorzystać swoje umiejętności w walce i politycznej grze. Nazywany pogardliwie przez mieszkańców stolicy Łaciennikiem lub Krągłookim, stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości i uczy brutalnych reguł panujących na dworze. A wszystko to okraszone dużą dawką intryg, skandali, sztuk walki i imponujących bitew, przeplatane z pięknymi krajobrazami i fantastycznymi kostiumami.

Netflixowa produkcja nie skupia się na samej postaci wybitnego podróżnika, a przedstawia jedynie pewien epizod z jego życia. A szkoda, bo przecież był on pierwszym odkrywcą i kupcem z Zachodu, który zawitał do Państwa Środka. Serialowa postać Marco Polo (Lorenzo Richelmy) jest bez charakteru i polotu, a momentami wręcz irytująca. Na tle innych występujących tam postaci jest po prostu nijaka, chociaż to tytułowy bohater. W porównaniu z charyzmatycznym i bezwzględnym Kubilaj Chanem (Benedict Wong) oraz jego mądrą i piękną żoną Cesarzową Chabi (Joan Chen), Łąciennik jest ledwo dostrzegalny. Równie dobrze fabuła poradziłaby sobie świetnie bez wątku weneckiego kupca. Jednak bez wątpienia najlepszą postacią jest Stu Oki/Setka Oczu (Tom Wu), który jest po prostu genialnym mędrcem i niepokonanym mistrzem sztuk walki. Natomiast waleczni synowie wielkiego Chana, zarówno ci prawdziwi, jak i przyszywani, sprawiają, że jest na kogo popatrzeć 🙂

Ja jestem zachwycona serialem „Marco Polo”. Chociaż nie skupia się na samej postaci podróżnika, to podglądanie tego, co najprawdopodobniej działo się w trzynastowiecznym Imperium Mongolskim kupiło mnie całkowicie. Nie mówiąc już o przecudownej scenerii i plenerach kazachskiego stepu, Kanionu Szaryńskiego i chińskich miast. A przecież ja tam byłam. Na samo wspomnienie serce mi mocniej bije.  Dzięki „Marco Polo” mamy okazję przyjrzeć się kulisom polityki i wojny między wielkimi imperiami, która działa się w tamtych czasach. Uwielbiam tego typu produkcje. Niestety serial „Marco Polo” zakończył swój żywot po dwóch sezonach, kończąc się zupełnie bez sensu – widz ma nadzieje, że pojawi się kolejny, a historia będzie kontynuowana. No niestety, pozostaje cieszyć się i rozkoszować tym co jest, czyli dwoma dziesięcioodcinkowymi sezonami.

Dean Village. Tajemnicza wioska ukryta w centrum Edynburga

Lubicie nieoczywiste atrakcje danego miejsca czy wolicie zwiedzać utartym szlakiem? Ja lubię jedno i drugie. Przybywając do Edynburga wiedziałam, co chcę zobaczyć, a Dean Village było w moim planie. Dean Village zalicza się do nieoczywistych atrakcji Edynburga, o którym nie każdy wie. W konsekwencji miejsce to omijane jest przez turystów, co jest dużym plusem, bo nie ma tam tłumów ciekawskich weekendowiczów. Dean Village to urocza i malownicza dzielnica mieszkaniowa Edynburga położona w dolinie rzeki Water of Leith. Jest idealnym miejscem na krótki spacer pośród bardzo atrakcyjnych widoków. To swoista oaza spokoju, zieleni oraz z kamiennymi domami rozciągającymi się tuż nad rzeką.

O samym Edynburgu napiszę innym razem 🙂

Dean Village – co nieco o historii tego miejsca

Kiedyś była to osobna wieś, położona w niewielkiej odległości od centrum miasta, która przez ponad 800 lat stanowiła centrum lokalnego młynarstwa. W czasach średniowiecznych na przepływającej tędy rzece Water of Leith funkcjonowało aż 11 młynów, które czerpały z jej silnych nurtów. Dean Village przestało być oddzielną miejscowością dopiero na początku XIX wieku, po tym jak w 1833 roku otwarto nowy most nad wąwozem Dean, łącząc wioskę z edynburską dzielnicą West End. Z czasem, ze względu na rozwój znacznie większych i nowocześniejszych młynów nad rzeką Leith, handel Dean Village znacznie się zmniejszył. Wieś przez wiele lat kojarzona była jedynie z brudem i biedą, a około 1960 roku osiągnęła krytyczny punkt. W kolejnej dekadzie rozpoczęto rewitalizację tych terenów. Dopiero od połowy lat siedemdziesiątych XX wieku, dzielnica ta została uznana za oazę spokoju – z jednej strony znajduje się na uboczu, a z drugiej bardzo blisko centrum miasta. Rozpoczęto przebudowę i renowację, przekształcając chaty robotnicze, magazyny i budynki młyńskie na domy mieszkalne. 

Obecnie obszar ten stał się najbardziej pożądanym  i drogim obszarem mieszkalnym w Edynburgu – mieszkanie z 2 sypialniami kosztuje około 300 000 funtów. Dzisiaj można przemierzać pozostałości po dawnej wsi, między innymi XVII-wieczną wiejską zabudowę, malowniczo kontrastującą z Nowym Miastem, które znajduje się nieopodal.

Dean Bridge – ważny węzeł komunikacyjny

Dean Village miało strategiczne położenie komunikacyjne – biegała tędy główna droga z Edynburga na północny-zachód. Jednak nieco później, bo najprawdopodobniej w XVI wieku, wybudowano wąski kamienny mostek, którym można przejść do dziś. Wtedy za przekroczenie mostka pobierano opłatę, a wąska i kręta uliczka biegła na dno dolinki, a następnie stromo prowadziła po przeciwnej stronie rzeki.

Dopiero w latach 80-tych XVIII wieku postanowiono wybudować Dean Bridge, a przeprawa przez ten most była znacznie łatwiejsza, bezpieczniejsza i mniej stroma. Istnieje plotka, że most został ukończony przed czasem, ale zarządca budowy odmówił oddania go do użytku przed wyznaczonym terminem. W międzyczasie pozwolił korzystać z niego zwiedzającym, ale pobierał przy tym opłatę w wysokości pensa od osoby za możliwość przejścia po tej niezwykłej budowli i podziwiania rozciągających się z niego widoków. Most został oficjalnie otwarty na początku 1832, ale konie i powozy mogły poruszać się po nim dopiero od 1834.

Dean Bridge to imponująca konstrukcja, która liczy 136 metrów długości, wsparta jest na 4 przęsłach o wysokości sięgającej 32 metry. Most znacznie ułatwił przeprawę na drugą stronę rzeki. Wiadukt jest używany do dnia dzisiejszego i biegnie nim główna droga z centrum do północno – zachodniej części Edynburga. Dzięki niemu Edynburg mógł się rozwijać – powstały kolejne dzielnice Nowego Miasta. Ze względu na swoją wysokość, Dean Bridge zyskał niechlubną sławę mostu samobójców. Aby uniemożliwić tego typu działań, podniesiono balustradę mostu, co może stanowić problem dla niskich osób, które chcą podziwiać z niego panoramę miasta.

Well Court – niecodzienny prezent od pewnego magnata

Spacerując po Dean Village uwagę przykuwa jeden budynek, który znacznie wyróżnia się na tle innych – Well Court. Został on ufundowany w 1880 roku przez Johna Findlay’a, właściciela gazety „The Scotsman„. Wykupił on kawałek ziemi w Dean Village, wyburzył stare i rozpadające się domy, zaś na ich miejscu postawił Well Court. Ten czworokątny budynek mieszkalny skonstruowany z czerwonego piaskowca (rzadko spotykanego w Edynburgu budulca) został zaprojektowany przez Sydney’a Mitchell’a.

Kamienica z wewnętrznym dziedzińcem i wieżą zegarową stanowiła mieszkania komunalne dla miejscowych robotników. Lokale dobrze wyposażone, ale mieszkańcy musieli przestrzegać ścisłych reguł. W wieży zegarowej mieściła się świetlica, gdzie odbywały się msze, wykłady i inne imprezy dla wszystkich lokatorów. W 2007 budynek został odrestaurowany. Obecnie można tam wynająć mieszkanie z 1 sypialnią lub apartament na czas pobytu w mieście.

Nieoczywista atrakcja Edynburga

Spacerując po Dean Village można poczuć, że znaleźliśmy się w zupełnie innym miejscu Szkocji. Odnosi się wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał. Chociaż to centrum dużego miasta, to jest tam cicho, pusto i spokojnie. Nawet nie miał mi kto zrobić zdjęcia 😀 Co ciekawe, w Dean Village nie znajdują się żadne sklepy, toalety ani restauracje, ale w okolice tłocznej i pełnej sklepów Princess Street można stąd dotrzeć piechotą w zaledwie 10 minut.

Jak się dostać do Dean Village?

Najlepiej przybyć tam piechotą. Samochodem trudno się tam poruszać, bo wąskie i kręte uliczki uniemożliwiają wjazd do każdego miejsca. Poza tym nie ma tam publicznych miejsc parkingowych, a te nieliczne zarezerwowane są dla mieszkańców. Sam spacer po tym miejscu będzie obfitował w wiele ciekawych miejsc, pięknych widoków i interesujących budynków.

Najprościej dostać się tam od zachodniej strony Princes Street. Wystarczy kierować się na północ Queensferry Street i iść w dół aż do miejsca, wktórym  zaczyna się Dean Bridge. Można przekroczyć most albo od razu zejść w dolinę rzeki skręcając w lewo w Bells Brae. Idąc w dół tą stromą uliczką dojdziemy się w samym centrum osady. Czas dojścia z West End to około 10 minut.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Katarzyna Byrtek „Walia. Travelbook”

Wielka Brytania nigdy szczególnie nie była obiektem moich podróżniczych zainteresowań. Chociaż doskonale wiem, że ten kraj ma wiele do zaoferowania, zarówno pod względem atrakcji, zabytków i historii, to jakoś go do tej pory omijałam. Do czasu, kiedy nie pojawiłam się w Szkocji, która skradła moje serce. Teraz, kiedy pandemia się nieco uspokoi, pragnę wyruszyć do innego rejonu, a mianowicie do Walii.

Krajobrazy w Walii mogą zapierać dech w piersiach kilka razy dziennie: ciągnące się po widnokrąg łąki, łagodne zbocza gór porośnięte cienką warstwą mchu, jeziora osnute mgłą lub nisko wiszącymi chmurami, wysokie klify i malownicze plaże. Nie bez powodu ta część Wielkiej Brytanii kilkakrotnie znalazła się w renomowanych rankingach jako jedna z najpiękniejszych destynacji na świecie. Uroku dodaje jej kapryśna i nostalgiczna pogoda.

A dlaczego warto jechać do Walii? Na terenie Walii można naliczyć około 600 zamków, a cztery z nich znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Chociaż Walia położona jest na obrzeżach Europy, posiada bogatą historię. Można tu znaleźć ślady człowieka datowane na 6 tys. lat p. n. e., a także dowody obecności starożytnych Rzymian. Poza tym w niektórych częściach Walii łatwiej spotkać owcę niż człowieka – nawet najpopularniejsze miejsca nie są przeładowane turystami i zachowują swój lokalny charakter. Walijskie wybrzeże to tysiące kilometrów malowniczych klifów, piaszczystych, żółtych i dziewiczych plaż oraz niesamowitych widoków. Jeśli jednak znudzą nam się widoki wybrzeża, w każdej części Walii odwiedzić można kopalnie z czasu rewolucji przemysłowej – jednego z najważniejszych okresów w historii tego kraju.

Nie ukrywam, że osobiście bardzo lubię odkrywać sekrety miasta i poszukiwać ciekawych atrakcji danego miejsca z przewodnikami z serii „Travelbook” wydawnictwa Bezdroża. Są świetnie wydane, zawierają przydatne i pomocne informacje z dużą ilością kolorowych zdjęć najważniejszych atrakcji oraz mieszczą się w plecaku czy torebce. Dzięki niemu będę mogła zaplanować swoją idealną podróż po Walii. Ach, już nie mogę się doczekać, kiedy tam zawitam. A „Travelbook” będzie moim nieodłącznym towarzyszem podróży 🙂

Za książkę dziękuję:

Moje ulubione hiszpańskie seriale cz. 2

Nadeszła prawdziwa jesień. Nie lubię tej pory roku. Ciężko mi się z tym pogodzić, bo mentalnie jestem jeszcze w lecie. Szarość, słota, zmierzch zapadający o godzinie 16:00 oraz perspektywa zbliżającego się kolejnego lockdownu mogą skutecznie zdemotywować. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tym roku ani razu nie byłam  w mojej ukochanej Hiszpanii 😦 Dlatego też na osłodę zaczęłam oglądać hiszpańskie seriale, żeby chociaż w taki sposób przybliżyć się do hiszpańskiego klimatu. Chciałam się z Wami podzielić moimi nowszymi odkryciami i tymi starszymi ulubionymi.Zapewne w międzyczasie będzie się u mnie pojawiać więcej takich zestawień.

W poprzednich postach pisałam o innych hiszpańskich serialach oraz hiszpańskich komediach, które skutecznie poprawią humor. Dzisiaj chciałam zaproponować kilka kolejnych hiszpańskich seriali, które urozmaicą nam ponure, jesienno-zimowe popołudnia i wieczory.

„Toy Boy”

Młody i przystojny Hugo Beltrán  pracuje jako tancerz erotyczny w klubie Inferno. Dotychczasowe życie striptizera ulega zmianie, kiedy pewnego dnia budzi się on obok spalonego ciała mężczyzny. Policja identyfikuje zwłoki jako męża jego kochanki, Macareny Mediny. Po niesprawiedliwym procesie Hugo zostaje uznany za winnego zabójstwa i trafia do więzienia. Po siedmiu latach mężczyznę odwiedza młoda prawniczka Triana Marín, która oferuje mu pomoc. Mężczyzna początkowo nie ufa nowej znajomej, ale wspólnie postanawiają znaleźć prawdziwego mordercę.

Ufff, na sama myśl o Hugo i jego kolegach robi mi się gorąco 🙂 Jednak serial jest znacznie bardziej złożony, bo to serial kryminalny z rozwiniętymi wątkami, a nie erotyczny. Dużo się dzieje – są zabójstwa, tajemnica, seks, przyjaźń, narkotyki, przemoc, miłość i nienawiść. No i największym plusem są mega przystojni i umięśnieni Hiszpanie, od których nie można oderwać wzroku 😀

Tytuł oryginalny: „Toy Boy”

Serial dostępny na platformie Netflix

 

„Valeria”

Valeria jest pisarką, która przechodzi kryzys twórczy oraz małżeński. Na szczęście są przy niej Carmen, Lola i Nerea – najlepsze przyjaciółki, które wspierają ją w jej przejściach i chętnie dzielą się własnymi przygodami. Każda z nich jest inna i ma inne priorytety w życiu, ale zawsze się wspólnie wspierają się we wszystkich swoich wariactwach. Oto czwórka kobiet, których życie to szalony wir pełen miłości, przyjaźni, zazdrości, zdrad, wątpliwości, zawodów sercowych, tajemnic, pracy, radości i planów na przyszłość.

Taki „Seks w wielkim mieście” w Madrycie. Nie jest to może produkcja wysokich lotów, ale przyjemnie się ją ogląda. Nie trzeba specjalnie główkować, o co w nim chodzi, taka komedia na poprawę humoru i zapomnieniu o tym, co dzieje się za oknem.

Tytuł oryginalny: „Valeria”

Serial dostępny na platformie Netflix

 

„Uwięzione”

Macarena Ferreiro jest młodą, naiwną kobietą, która zakochuje się w swoim szefie i przez niego popełnia kilka przestępstw. Zostaje oskarżona o przestępstwa podatkowe, i trafia do więzienia Cruz del Sur z możliwością wpłacenia bardzo wysokiej kaucji. Macarena musi zmierzyć się z szokiem emocjonalnym, jaki oznacza dla niej pobyt w więzieniu, a także z brutalnymi regułami oraz skomplikowanymi relacjami między więźniarkami. Wśród nich jest Zulema, która wyróżnia się jako najbardziej niebezpieczny i bezwzględny więzień. Walka o przetrwanie oznacza współistnienie więźniów, charakteryzujące się sojuszami, zdradami i zemstami zarówno między więźniami, jak i funkcjonariuszami.

Serial jest mocny i brutalny, na pewno nie dla wrażliwców. Fabuła i akcja wciąga od pierwszego odcinka, a gra aktorska jest rewelacyjna, chociaż główna postać może czasami nieco irytować.

Tytuł oryginalny: „Vis a vis”

Serial dostępny na platformie Netflix

 

„Foodie love”

Bohaterów serialu „Foodie Love” łączy ze sobą aplikacja mobilna, która kojarzy w pary miłośników jedzenia. Za jej sprawą dwoje trzydziestokilkulatków, mimo towarzyszących im wątpliwości wynikających z doświadczeń w ich poprzednich związkach, postanawia poznać się lepiej. W ciągu kilku randek będą musieli sprawdzić, czy zachwyt, jaki wzbudza w obojgu japoński owoc yuzu lub wspólna niechęć do kulinarnej pretensjonalności są wystarczające, aby stać się filarem długoterminowej relacji.

Jak to mówią: przez żołądek do serca. Coś w tym jest. Na początku serial może wydawać się nudnawy, ale wraz z poznawaniem bohaterów, coraz bardziej wciągamy się w fabułę. Foodie love to taki Tinder dla miłośników jedzenia. Swoją drogą szkoda, że w realnym świecie nie istnieje taka aplikacja, dzięki której można połączyć przyjemne z pożytecznym 🙂

Tytuł oryginalny: „Foodie love”

Serial dostępny na platformie HBO

 

„Velvet”

Akcja serialu osadzona jest w Madrycie latach 60-tych XX wieku. Cała historia skupia się wokół wątku Any i Alberta, którzy są w sobie zakochani po uszy. Niestety, Ana jest zwykłą, biedną i nic nieznaczącą krawcową, a Alberto synem właściciela sklepu Velvet, który produkuje ekskluzywną odzież. Czasy kryzysu i śmierć właściciela majątku sprawiają, że Alberto musi podjąć trudną decyzję, która zaważy nie tylko na losach rodzinnej firmy, ale także na jego życiu osobistym.

Główny wątek Any i Alberta może kojarzyć się z niskich lotów telenowelą, a po części tak jest. Ich miłość i nie miłość może przyprawiać o mdłości. Dlaczego zatem polecam ten serial? Postacie poboczne sprawiają, że dzięki nim serial jest interesujący i intrygujący. No a poza tym przepiękne stroje żywcem wyjęte z lat 60-tych ubiegłego wieku zachwycają.

Tytuł oryginalny: „Velvet”

Serial dostępny na platformie Netflix

 

„Ministerstwo czasu”

Ministerstwo Czasu to sekretna instytucja rządowa, założona w czasach Izabeli Katolickiej. Praca tej instytucji polega na wykrywaniu i udaremnianiu każdej próby ingerencji intruza z przeszłości w teraźniejszość – i na odwrót -, próbującego wykorzystać historię do prywatnych celów. Dbanie o niezmienność historii Hiszpanii, by chronić teraźniejszość jest głównym celem Ministerstwa Czasu. Powierzone misje staną się częścią ważnych dla historii Hiszpanii wydarzeń, od czasów Królów Katolickich po współczesność, przez wojnę o niepodległość, Niezwyciężoną Armadę, sprowadzenie Guerniki do Hiszpanii, wizytę Himmlera w Klasztorze w Montserrat. Zetkną się także z ważnymi postaciami historycznymi tj. Lope de Vega, Salvador Dalí, Luis Buñuel, Izabela II Hiszpańska czy Pablo Picasso.

Chcielibyście cofnąć się w czasie i zobaczyć budowę rzymskiego akweduktu w Saragossie? Albo może chcielibyście spotkać się z Diego Velázquezem? Jeśli tak, to „Ministerstwo Czasu” jest idealnym rozwiązaniem. Serial jest pełen przygód, intrygujący, tajemniczy, a przy okazji jest świetną powtórką z historii Hiszpanii. Wciąga od pierwszego odcinka.

Tytuł oryginalny: „El Ministerio del Tiempo”

 

„H”

Helena to prostytutka, która niefortunnie staje się świadkiem zdarzeń, których nie powinna widzieć. Ewidentnie znalazła się w złym miejscu, o złym czasie. W związku z tym zaczyna karierę jako szeregowa pracownica Malpiki – bossa gangu działającego w Barcelonie w latach 60. XX wieku. Helena, nie licząc się z ryzykiem, szybko doskonali swoje umiejętności i wspina się na sam szczyt hierarchii mafijnej, by niebawem zostać szefową organizacji i przejąć kontrolę na handlem heroiną nie tylko w Hiszpanii.

Nie będę ukrywać, że jednym z powodów, dla których skusiłam się na ten serial była akcja osadzona w latach 60-tych ubiegłego wieku. Co prawda tym razem nie w Madrycie, a w Barcelonie. No i oczywiście piękna Adriana Ugarte ❤ Co ciekawe, ta telewizyjna produkcja została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

Tytuł oryginalny: „Hache”

Serial dostępny na platformie Netflix

Robert Lacey „The Crown. Oficjalny przewodnik po serialu. Tom 1”

Netfilxowy serial o angielskiej Rodzinie Królewskiej to prawdziwy hit. Niebawem premierę będzie miał czwarty sezon tego serialu. Tymczasem książka Roberta Lancey’a jest swoistym przewodnikiem po pierwszym sezonie „The Crown”, w którym autor rozkłada na czynniki pierwsze poszczególne postacie i wydarzenia.

Tajemnice skrywane za zamkniętymi drzwiami pałacu Buckingham to niewyczerpane źródło plotek, sensacji, emocjonujących teorii i domysłów, na które serial „The Crown” tylko zaostrzył apetyt. Robert Lacey, konsultant historyczny serialu i biograf królewskiego dworu, opisuje wczesne lata panowania Elżbiety II. Po nagłej śmierci ojca, dwudziestopięcioletnia Elizabeth Mountbatten nieoczekiwanie wstępuje na tron królewski. Dopiero co odnajdywała się w roli żony i matki, kiedy przyszło jej zmierzyć się z wielkimi wyzwaniami – nie tylko politycznymi, ale także osobistymi. Na przestrzeni lat wspięła się na wyżyny determinacji i wykazała niezwykłą siłą oraz niezłomnością, walcząc o dobre imię królestwa.

Książka podzielona jest na dziesięć rozdziałów, a każdy z nich poświęcony jest osobnemu odcinkowi serialu. Każdy odcinek rozebrany jest na czynniki pierwsze – autor dokładnie wyjaśnia, co się wydarzyło, jakie konsekwencje miało to wydarzenie, a także co było prawdą, a co jedynie filmową fikcją. Dodatkowo szczegółowo opisuje postacie, które pojawiają się w danym epizodzie. Książka jest pięknie wydana, a klimatu nadają jej czarno-białe zdjęcia. Fotografie dotyczą zarówno kadrów z serialu, jak i autentycznych zdjęć Rodziny Królewskiej.

Przyznam szczerze, że nie byłam fanką tego serialu. Dopiero trzeci sezon sprawił, że zmieniłam o nim zdanie, a teraz z niecierpliwością wyczekuję na kolejny. Po lekturze tego przewodnika filmowego mam ochotę powrócić do pierwszego sezonu i z większą uwagą śledzić losy młodej Królowej Elżbiety. Przewodnik Roberta Lacey’a kierowany jest nie tylko dla fanów serialu i Royal Family, ale to także fajna powtórka z historii. To również znakomite uzupełnienie netflixowego hitu.

Za książkę dziękuję:

Remigiusz Ryziński „Moje życie jest moje”

Czy istnieje jeden scenariusz na życie? Czy monogamiczne małżeństwo i dwójka dzieci to idealny happy end? Mamy tylko jedno życie i to od nas samych zależy, jak ono będzie wyglądało. Bohaterowie reportażu Remigiusza Ryzińskiego „Moje życie jest moje” udowadniają, że życie pisze wiele rożnych i zaskakujących scenariuszy. Oni wszyscy łamią konwenanse i pragną całkowitego wyzwolenia, a stawką jest wolność.

W naszej kulturze istnieje przekonanie, że seks jest świętością i jego głównym przeznaczeniem jest prokreacja. A jeśli przy okazji zaznamy przyjemności, to będzie wspaniale. W szkołach praktycznie nie istniej edukacja seksualna, a o seksie wstydzimy się otwarcie rozmawiać. Jak zatem wygląda w Polsce seks bez tabu? Od dominacji i swingu, przez kina porno i kluby go-go, po zmysłowe rytuały shibari. Bohaterowie i bohaterki reportażu Ryzińskiego pokazują, jak w odważnym seksie objawia się to, co najbardziej ludzkie: namiętność, egocentryzm, zachłanność, a także żarliwa, niekiedy bolesna miłość. A jak się okazuje – wyzwolenie seksualne bywa najważniejszym wyzwoleniem życiowym.

„Moje życie jest moje” to opowieść o wolności i pożądaniu wykraczających poza granice konwenansu. Jest ona mocna, bardzo intymna i szczera, wprowadzająca w doświadczenie ciała i seksu, który pochłania, zawłaszcza, a czasem niszczy. To historia o tym, kim chcielibyśmy być lub kim w swoich najskrytszych marzeniach i fantazjach naprawdę jesteśmy. Wszystkie historie opisane w książce wydarzyły się naprawdę. Jak sam autor wyznaje, w wielu opisanych w książce przypadkach był świadkiem scen, a jeśli nie było to możliwe – historie były weryfikowane za pomocą zdjęć, filmów, korespondencji czy rozmów z osobami, których dotyczyły.  W kilku fragmentach przytacza nawet własne historie. Zrobił to, ponieważ nie chce być jedynie zimnookim reporterem, ale także bliskim świadkiem. Co więcej – Ryziński nikogo nie ocenia, nie piętnuje i nie przystawia żadnych łatek. Cierpliwie rozmawia, obserwuje i opisuje wszystko to, czego doświadczył. To sprawia, że jego reportaż jest bardzo autentyczny i nie można się od niego oderwać.

Reportaż „Moje życie jest moje” otwiera nam oczy i uświadamia, że istnieje wiele rożnych scenariuszy na własne życie. Czasami nawet nie mamy o tym pojęcia. Autor przedstawia historie wielu osób, w tym również swoje. Poznajemy swingersów, drag queens, striptizerki, osoby homoseksualne i żyjące w relacji sm. Jednak nie poznajemy tylko i wyłącznie ich preferencji seksualnych – nierzadko dowiadujemy się również podłoża tych zachowań. To nieco bardziej skomplikowany temat, ponieważ niektóre historie są smutne czy brutalne. Na pewno wszystkie z nich są niezwykle interesujące i czyta się je z zapartym tchem. Ostrzegam jednak, że nie jest to propozycja dla osób wrażliwych i pruderyjnych, ponieważ „Moje życie jest moje” napisane jest dosadnym, a wręcz wulgarnym językiem, natomiast opisy są bardzo realistyczne, a to może wielu zszokować i zniesmaczyć.

Za książkę dziękuję: