Bydgoszcz. Muzeum Mydła i Historii Brudu

Istnieje takie muzeum, które jest bardzo nietypowe. Muzeum Mydła i Historii Brudu – bo o nim mowa – znajduje się w Bydgoszczy i oferuje mocno oryginalną ekspozycję 🙂 O ile historia mydła może zaciekawić, to już opowieści o samym brudzie mogą wzbudzać odrazę. Faktycznie, nie ma nic przyjemnego w brudzie, jednak słuchanie o nieczystym życiu naszych przodków jest fascynujące. Naprawdę! Momentami nawet zabawne, bo powody, przez które w średniowieczu zaniechano higienę osobistą i to, jak szukano wszelakich zamienników zwyczajnego mycia się, są po prostu groteskowe. No i faktycznie – czasami wręcz obrzydliwe, ale to właśnie jest w tym wszystkim fascynujące 🙂

Dlaczego tego typu muzeum powstało akurat w Bydgoszczy? Miasto ma bogate tradycje dotyczące przemysłu chemicznego, który najlepiej rozwijał się tutaj w XIX wieku. Bydgoskie mydło eksportowano do wielu europejskich krajów. Co więcej, jest to jedna z nielicznych tego typu placówek w Europie.

Wizyta trwa około godziny. Na samym początku przewodnicy zapraszają nas na warsztaty robienia mydła. W „Maglu u Ciotki Hejtki” można sobie zrobić własne mydełko, w ulubionym kolorze, zapachu i kształcie oraz z wybranymi dodatkami. Każdy ma swoje stanowisko i akcesoria do wyrobu pachnącego mydła. Po kolei uczestnicy wąchają, oglądają, macają, aż w końcu wybierają i mieszają wybrane składniki, według własnego upodobania. Oczywiście wszystko zgodnie z „tradycyjną” recepturą, którą dyktują nam przewodnicy. Po skończonej pracy, udajemy się na zwiedzanie muzeum i słuchanie opowieści o historii brudu.

W tym nietypowym muzeum można poznać historię brudu i higieny od czasów starożytnych po współczesność. Samo muzeum nie jest duże, ale we wnętrzach zaaranżowano m.in. XIX-wieczny pokój kąpielowy, średniowieczną łaźnię, a także dobrze znane wnętrze łazienki z czasów PRL-u z kultową pralką „Franią” na czele. Wśród zbiorów znajdują się: pierwsza przenośna ubikacja, pierwowzór prysznica, żeliwne wanny z XIX wieku, szczotki do szorowania ciała wykonane z końskiego włosia, pralki, maglownice i suszarki. Na ścianach wiszą przedwojenne fotografie i reklamy mydeł z gazet i czasopism sprzed 1939 roku. Oczywiście zobaczyć można również bogatą kolekcję mydeł oraz proszków do prania pochodzących z różnych zakątków świata. Wszystkich eksponatów można dotknąć i powąchać! Najciekawszym z nich jest chyba pierwsze mydło, którego receptura została opracowana tysiące lat temu, i które jest – ładnie mówiąc – odrażające, zarówno w „zapachu”, jak i samej konsystencji.

Na sam koniec zwiedzania można udać się do sklepiku oraz zakupić naturalne i ekologiczne mydełka. W ofercie znajduje się wiele ciekawych mydlarskich wyrobów, które mają cudowne właściwości upiększające. Od ich zapachu aż kręci się w głowie.

Jeśli zamierzacie się tam wybrać, lepiej zarezerwujcie miejsce wcześniej. Muzeum cieszy się dużą popularnością, więc i miejscówki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.

FB: Muzeum Mydła i Historii Brudu

Adres: Bydgoszcz, ul. Długa 13-17

Cena biletu: 18 zł

Tadeusz Biedzki „Wyspy niepoliczone. Indonezja z bliska”

Indonezja to kraj niezwykle zróżnicowany. Na obszarze tego ogromnego kraju znajdują się tysiące wysp, różnorodne kultury egzystują pomiędzy sobą oraz mieszają się religie świata. Tadeusz Biedzki wraz ze swoimi towarzyszami wyrusza na drugi koniec świata, by potem w swojej książce opowiedzieć o tym ciekawym kraju.

Autor wraz ze swymi kompanami dociera miedzy innymi do plemiona Dajaków wciąż ścinających wrogom głowy i zjadających ich serca. Wędrując dalej spotyka Toradżów, którzy grzebią zmarłych wiele lat po śmierci, a do tego czasu traktują ich jak żywych, jedząc z nimi i biesiadując, zaś kilka lat po pogrzebie wyjmuje z grobów i trumien, przebiera i spaceruje po wsi. Podczas swojej wyprawy poznaje Papuasów żyjących wciąż w epoce kamienia i wyjaśnia, z jakiego powodu w najdzikszej dżungli świata wciąż trwają walki plemienne, a kanibalizm ma się dobrze, oraz czemu Papuasi utraciliby sens życia, gdyby przestali zjadać ciała swych zmarłych bliskich oraz zabitych wrogów. Pokazuje mało znane hinduistyczne oblicze Bali i szczegółowo, niemal co do minuty, relacjonuje przebieg tragicznego zamachu terrorystów w słynnym balijskim kurorcie Kuta.

Tadeusz Biedzki opowiada zarówno o wielkich wyspach, jak Borneo, Sumatra, Jawa czy Nowa Gwinea, jak i tych maleńkich, których nazw nikt nie zna. Pije kawę po sto dolarów za filiżankę, walczy na dzidy z wodzem Dajaków, ucieka przed smokiem z Komodo, ratuje chorą żonę, pływa po rzekach i morzach oblewających 16 tysięcy indonezyjskich wysp, dusi się oparami siarki w kraterze wulkanu, z którego górnicy wynoszą na plecach prawie stuprocentową siarkę, dociera wkrótce po erupcji i krótko przed następną na wulkan Krakatau, gdzie zapada się w gorącym żużlu ‒ i o tym wszystkim też pisze.  Opisuje jedyną w świecie wielkanocną procesję morską, niewiarygodnie barwną i radosną, oraz jedyną na świecie wieś, której mieszkańcy polują na wieloryby, skacząc na nie z harpunami, a dzięki temu, że uczestniczy w takim połowie, przedstawia go ze szczegółami. A także o Indonezji nowoczesnej, która jest w światowej czołówce użytkowników telefonów komórkowych i Internetu.

„Wyspy niepoliczone. Indonezja z bliska” to świetna opowieść reporterska, którą czyta się z wypiekami na twarzy. Ciekawe opowieści i przygody, opisy mało znanych i tajemniczych kultur czy opisy makabrycznych obyczajów – to wszystko, ale i znacznie więcej znajdziemy na kartach książki Tadeusza Biedzkiego. Do tego masa kolorowych, inspirujących zdjęć sprawia, że ma się ochotę spakować walizkę i czym prędzej pojechać do Indonezji. Książka nie tylko dla miłośników samej Indonezji, ale także dla poszukiwaczy przygód i dalekich wypraw.

Za książkę dziękuję:

Agata Romaniuk „Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu”

Oman – kraj położony na krańcu Półwyspu Arabskiego kusi swoją egzotyką. Chociaż staje się coraz bardziej popularny, nadal pozostaje tajemniczy. Agata Romaniuk dociera do tego kraju oraz z dużą wnikliwością wrażliwościom przygląda się ludziom, którymi rządzi wiekowy, bezdzietny i samotny sułtan. Efektem jej obserwacji jest genialny reportaż „Z milości? To współczuję”.

„Z miłości? To współczuję” to fascynująca opowieść o współczesnym Omanie. O kobietach i mężczyznach, którzy ukrywają swoja namiętność pod tradycyjnymi strojami, a potajemnie korzystają z Tindera. O umowach przedślubnych, do których warto wpisać sumę, jaką żona dostanie za urodzenie każdego dziecka czy obietnicach finansowania przez męża studiów medycznych. O kraju, w którym kobiety wolą się zaszyć przed ślubem, żeby udawać dziewice. To również opowieść o miejscu, w którym kontraktowe małżeństwa nadal są chlebem powszednim, a zakochani wbrew woli rodziców mogą zwrócić się do sułtana z prośbą o błogosławienie.

Brzmi jak fikcja? Oman jest krajem muzułmańskim, ale nieco bardziej liberalnym, niż pozostałe kraje Półwyspu Arabskiego. Już sam fakt, że sułtan Kabus Ibn Sa’id jest samotny i bezdzietny może szokować, ponieważ to jedyny taki władca w krajach Zatoki Perskiej. Agata Romaniuk opisuje historie wielu kobiet i porusza wiele drażliwych tematów. To opowieści wysłuchane i poznane na przestrzeni lat. Nakreśla również tło polityczne, gospodarcze i społeczne, ale w bardzo subtelny sposób, by zrozumieć ludzi tam mieszkających. Autorka opisuje różnorodność relacji: są związki szczęśliwe – te z miłości i aranżowane, są te nieszczęśliwe i brutalne, są rozwody, kochanki, związki z obcokrajowcami oraz bycie samotną matką. Tutaj najważniejsi są ludzie, a przede wszystkim kobiety, ich życie i związki.

Reportaż Agaty Romaniuk czyta się z wypiekami na twarzy. Kiedyś fascynowałam się egzotycznym światem krajów arabskich, tak bardzo mi nieznanym i nieosiągalnym. Chociaż ostatnimi czasy mój entuzjazm nieco opadł, jednak czasami wracam do lektury książek dotyczących tej kultury. Nie ukrywam, że Oman widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń, dlatego też tak ochoczo sięgnęłam po reportaż „Z miłości? To współczuję”. Co prawda nie jest to żaden przewodnik po tym kraju, ale z pewnością jest to przewodnik po omańskich duszach, obyczajach i namiętnościach. Fascynująca lektura.

Za książkę dziękuję:

Buchara. W krainie meczetów, medres i minaretów

Siedziałam na tarasie restauracji, popijając aromatyczną uzbecką herbatę i rozkoszując się widokiem Po-i Kalon, rozświetlonego złotymi promieniami zachodzącego słońca, gdy nagle zjawił się on. Przepraszając nieśmiało zapytał, czy może zrobić mi zdjęcie, bo moja sukienka, uroda i ogólnie ten moment idealnie wtapiają się w tło. Rzadko zgadzam się, by ktoś obcy robił mi zdjęcia na własny użytek, ale biła od niego jakaś szczerość i wzbudził moje zaufanie. Zgodziłam się. Efektem naszego spotkania jest to zdjęcie.

Uwielbiam te momenty w podróży, kiedy zupełnie przez przypadek, niespodziewanie poznajesz kogoś, kto okazuje się być fascynującą osobą. Nasze spotkanie miało miejsce w Bucharze, która była moim drugim przystankiem w trakcie podróży po Uzbekistanie. To chyba moje ulubione miejsce, bo w przeciwieństwie do Chiwy nie było to miasto na 3 godziny zwiedzania i w odróżnieniu od zatłoczonej i rozległej Samarkandy, było w sam raz – nie za duże, nie za małe. Buchara to jedno z najstarszych miast Uzbekistanu. Jeszcze w czasach antycznych istniała tu osada z centrum w twierdzy Ark. Miasto znajdowało się na Jedwabnym Szlaku i było ważnym centrum gospodarczym Azji Środkowej. Swego czasu nazywane było „muzeum pod gołym niebem” i uznawane za święte miasto kraju. Zachowało się bardzo dużo zabytków architektonicznych tworzonych przez tysiące lat. Można tu zobaczyć prawie w całości zachowane centrum historyczne i poczuć klimat średniowiecznego islamskiego miasta. W 1993 roku zabytkowe centrum Buchary zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto pęka w szwach od meczetów, medres i minaretów, od których po pewnym czasie zaczyna kręcić się w głowie. Wszystkie z nich są do siebie bardzo podobne. Medresy (szkoły muzułmańskie) budowane były w oparciu o taki sam schemat, wyłożone mozaikami we wszystkich odcieniach koloru niebieskiego. Większość z nich to pięknie zachowane zabytki, ale dużo jest też podupadłych i zaniedbanych. Wiecie, że uwielbiam płytki, mozaiki i azulejos, ale takie nagromadzenie na jednym obszarze sprawia, że można oczopląsu dostać 🙂

Plac Po-i Kolon

Jednym z najpiękniejszych miejsc w Bucharze jest wspomniany wcześniej kompleks Po-i Kolon, czyli najbardziej charakterystyczny plac, który wytaczają ustawione frontami do siebie medresa Mir-i Arab oraz meczet Kalon, z górującym nad nimi minaretem Kalon o wysokości 47 m. Ciekawostka jest, że swego czasu był on najwyższą budowlą w całej Azji Środkowej i pełnił funkcję swego rodzaju drogowskazu dla karawan przemierzających Jedwabny Szlak. Jak dla mnie to najpiękniejsze miejsce w całej Bucharze.

Obok minaretu znajduje się nadal działająca medresa Mir-i Arab, w której mieści się ponad 100 pokoi dla studentów. Została wybudowana w latach 30-tych XVI wieku. W czasach Związku Radzieckiego medresa ta była jedną działającą na całym sowieckim terytorium. Nauki pobierali nie tylko uczniowie z Azji Centralnej, ale także z Kaukazu i rejonów dzisiejszej Rosji. Nad budynkiem górują dwie zachwycające turkusowe kopuły, między którymi znajduje się monumentalne wejście.

Naprzeciwko medresy znajduje się XVI-wieczny meczet Kolon, który może pomieścić nawet 10 tysięcy osób. Wewnątrz znajduje się 209 kolumn. Dach meczetu wydaje się być płaski, ale w rzeczywistości pokrywa go aż 288 kopuł. Co ciekawe, w czasach radzieckich meczet wykorzystywany była jako magazyn, a jego funkcje modlitewne przywrócono w 1991 roku.

Cytadela Ark

Ark to najstarsza budowla w Bucharze, która stanowi swego rodzaju miasto w mieście. Twierdza ma powierzchnię 3,9 ha. Jest to  prostokątny budynek otoczony charakterystycznym murem, który mierzy do 20 m. Pierwsze fortyfikacje w tym miejscu powstały w czasach antycznych, a przez kolejne stulecia Ark pełnił funkcję rezydencji emirów Buchary.

Mauzoleum Samanidów

Jest to najstarszy zachowany muzułmański budynek Buchary – wzniesione na przełomie IX i X wieku. Nie jest ono typowym tradycyjnym muzułmańskim grobowcem, ponieważ elementy jego konstrukcji wywodzą się ze struktur zoroastyryjskich. Wzniesiono je w z wypalonych cegieł w piaskowym kolorze układanych naprzemiennie poziomo i pionowo. Całość sprawia wrażenie misternie plecionego koszyka.

Czor Minor

Dalej od centrum miasta, ukryty w labiryncie mało urzekających uliczek, kryje się Czor Minor. Kiedyś pełnił funkcję bramy wejściowej do nieistniejącej już medresy, ale aktualnie znajduje się tam mały sklepik z pamiątkami. Za niewielką opłatą można wejść na górę, zobaczyć turkusowe minarety z bliska i zobaczyć okolicę, ale widok nie jest urzekający. Sam budynek jest ciekawy, ale okolica z całą pewnością do najprzyjemniejszych nie należy.

Lab-i Hauz

To duży miejski staw ze wszystkich stron otoczony medresami, i meczetami. Stanowi serce starego miasta i centralny punkt Buchary. Niegdyś był elementem systemu zaopatrzenia miasta w wodę. To tutaj toczy się życie towarzyskie miasta. Mieszkańcy Buchary bardzo chętnie spędzają tu czas wolny, np. grając w szachy. Wieczorami Lab-i Hauz zamienia się w tętniące życiem miejsce, a w restauracjach rozbrzmiewa rosyjskie disco lub muzyka na żywo. Ja akurat trafiłam na uzbecki koncert, co było bardzo interesującym doświadczeniem 🙂

Lab-i Hauz to także jeden wielki stragan z pamiątkami, można tam kupić niemal wszystko: aromatyczne przyprawy, kolorowe szale czy przepiękną ceramikę, przez którą wręcz oszalałam. Ja oczywiście przywiozłam ze sobą wszystkie wymienione suveniry, w tym dwa zestawy do serwowania herbaty i do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że dowiozłam je w jednym kawałku 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Joanna Godecka „Szczęście w miłości”

Miłość. Nieustannie za nią gonimy, pragnąc jej do utraty tchu. A gdy ją już znajdziemy, bardzo często zatracamy się w niej tak bardzo, że zmieniamy się nie do poznania. Jak zatem znaleźć równowagę by móc cieszyć się miłością, a z drugiej strony pozostać sobą?

Joanna Godecka to terapeutka z wieloletnim stażem, konsultantka i komentatorka zagadnień związanych z praktyką obecności, relacjami, poczuciem własnej wartości i samooceną kobiet. W swojej najnowszej książce „Szczęście w miłości” pisze w jaki sposób skutecznie uporać się z ograniczeniami, które utrudniają życie uczuciowe, podpowie, jak skutecznie stworzyć satysfakcjonujący związek oraz umiejętnie budować dobre, wspierające i zadowalające relacje partnerskie.

W swoim najnowszym poradniku Joanna Godecka porusza wiele istotnych kwestii dotyczących budowania zdrowych relacji partnerskich. Swoje obserwacje opiera na przykładach z życia jej pacjentów. Najważniejszą z nich jest poczucie własnej wartości, bo jeśli czujemy się atrakcyjni i akceptujemy siebie w 100%, możemy budować relację z drugą osobą. Jeśli natomiast poczucie naszej własności jest niskie i szukamy partnera tyko po to, żeby udowodnić sobie i światu, że wcale nie jesteśmy tacy beznadziejni, to nic wtedy z tego nie wyjdzie. Autorka wprowadza nas w świat randkowania, pierwszych spotkać, rozkwitu miłości, czerpania satysfakcji z seksu, czy wytrwania długoletniej relacji. Podpowiada w jaki sposób cementować związek by w nim wytrwać, gdy już znajdziemy swojego księcia z bajki czy księżniczkę. Potem przechodzi do trudniejszych tematów, jak nadchodzący kryzys i rutyna w związku, zdrada oraz jak żyć ze świadomością zdrady. Nie są to łatwe rozdziały, ale w mądry i logiczny sposób radzi, by nie popaść w skrajność i na zawsze zrezygnować z miłości. Pod koniec każdego rozdziału znajdziemy całą masę rozmaitych ćwiczeń, które pomagają nam uświadomić pewne rzeczy. Na samym końcu znajdziemy alfabet szczęścia, zadaniem którego jest pomoc w osiągnięciu szczęścia w miłości.

Co ciekawe, autorka podaje całkiem nowe zjawiska zachodzące we współczesnym randkowaniu, które tak naprawdę są przerażające. Jak np. „mosting”, czyli spotykanie się z kimś przez jakiś czas, rozkochane go w sobie, a potem nagłe zniknięcie bez żadnego słowa. Innym, równie przerażającym zjawiskiem jest „cushioning”, czyli asekuracyjne podejście do budowania związku. chodzi o to, że pomimo iż mamy kogoś to utrzymujemy inne relacje, „tak na wszelki wypadek”. Jeśli ktoś natrafi na partnera, który stosuje takie metody, trudno jest uwierzyć w ideę miłości. Jednak joanna Godecka radzi, by nie poddawać się i pomimo zranienia, nie przestawać wierzyć w miłość.

Autorka – terapeutka i coach – pomaga wprowadzać pozytywne zmiany w życiu i podnosić poczucie własnej wartości, zwraca uwagę na najczęściej popełniane błędy oraz pułapki i radzi, jak ich unikać. Książka „Szczęście w miłości” kierowana jest do tych, którzy uważają, że ich życie uczuciowe jest pasmem niepowodzeń i trwają w przekonaniu, że nie potrafią dokonywać dobrych wyborów ani utrzymać wartościowej więzi, nie umieją dawać potencjalnym partnerom jasnych sygnałów, czego oczekują. Bardzo ciekawy i pomocny poradnik.

Za książkę dziękuję:

„Dziewczyny nad wyraz”

Trudno zliczyć ile powstało już seriali o młodych, pięknych przyjaciółkach, robiących zawrotną karierę. Jednak „Dziewczyny nad wyraz” (ang. „The Bold Type”) mają w sobie coś świeżego, coś co przyciąga przed ekran komputera. To połączenie „Seksu w wielkim mieście”, „Girls” i „Plotkary”, ale wbrew pozorom – nie jest to kolejna nudna i przewidywalna amerykańska produkcja. Chociaż „Dziewczyny nad wyraz” są piękne, ambitne i noszą ciuchy od najlepszych projektantów, to tak naprawdę produkcja porusza ważne tematy.

Serial skupia się na trzech dwudziestokilkuletnich przyjaciółkach pracujących w kobiecym magazynie „Scarlett”, stojących u progu wielkiej kariery. Jane Sloan (Katie Stevens) to ambitna początkująca dziennikarka, która nie boi się wyzwań. W pogoni za dobrą i prawdziwą historią jest w stanie wiele poświęcić. Kat Edison (Aisha Dee) to specjalistka od mediów społecznościowych. To pochodząca z bogatego domu dziewczyna, która stara się odkryć swoją seksualność romansując z Adiną – muzułmańską artystką o feministycznych zapędach. Z kolei Sutton Brady (Meghan Fahy) to wielozadaniowa asystentka, która kocha modę ponad wszystko i wiąże z nią swoją przyszłość. Pikanterii dodaje fakt, że potajemnie romansuje z Richardem (Sam Page), piekielnie przystojnym członkiem zarządu wydawnictwa Stadfort, co jest surowo zabronione w strukturach firmy… Ciekawą postacią jest redaktor naczelna magazynu „Scarlett”, Jacqline Carlye (Melora Hardin), która początkowo wydaje się być następczynią diabolicznej Mirandy Priestly z filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, ale tak naprawdę jest szefem idealnym. Od swoich pracowników wymaga dużo, ale jeszcze więcej daje od siebie. Nieustannie inspiruje i motywuje, w subtelny, ale stanowczy sposób popycha do rozwoju nie tylko zawodowego, ale również osobistego. Co ciekawe, jej postać jest luźną inspiracją historii słynnej redaktor naczelnej magazynu „Cosmopolitan” Joanny Coles.

Początkowo może się wydawać, że serial nie wnosi nic nowego, bo podobne produkcje już były. „Dziewczyny nad wyraz” ma w sobie silny przekaz. Pokazuje, że girlpower, sisterhood i kobieca solidarność są możliwe. Jane, Sutton i Kat to kobiety może nie tyle wyzwolone, ale pewne siebie, otwarcie mówiące o swoich poglądach i potrzebach. Chociaż są piękne i noszą markowe ciuchy, a do pracy przychodzą popijając kawę na wynos, tak naprawdę dziewczyny nie są idealne. Każda z nich ma swoje problemy, z którymi muszą się uporać. Spędzają wspólnie czas w garderobie, bawiąc się w przebieranki, ale również rozmawiając w niej o obawie przed chorobą, bolesnej przeszłości związanej z rodzicem, a nawet jego śmiercią.

„Dziewczyny nad wyraz” porusza wiele aktualnie ważnych i trudnych tematów, jak rak piersi i profilaktyka tej choroby, odmienna orientacja seksualna idąca w parze z odmiennością kulturową, molestowanie seksualne czy siła internetu i mediów społecznościowych. Serial pokazuje, że fajnie jest być kobietą, która ma coś ważnego do powiedzenia, która nie potrzebuje faceta, by czuć się lepsza, piękniejsza i mądrzejsza. Potrzebuje partnera zarówno do rozmów, ale też do seksu. Partnera, który będzie ją wspierał, świętował jej sukcesy i chwalił się swoimi. Serial porusza wszystkie kwestie niezwykle aktualne i istotne, zwłaszcza dla dzisiejszych dwudziestoparoletnich kobiet.

Mario Escobar „Kołysanka z Auschwitz”

Literatura okresu II wojny światowej nie należy to łatwych. Z całą pewnością literatura obozowa zapada w pamięć. Jedną z nich jest „Kołysanka z Auschwitz”, w której Mario Escobar na bazie zebranych informacji z przekazów, pamiętników, opisów i wywiadów dotyczących funkcjonowania obozu w Auschwitz, opisał autentyczną i wzruszającą historię rodowitej Niemki – matki pięciorga dzieci, owoców miłości ze związku z mężczyzną romskiego pochodzenia.

Niemcy, rok 1943. Helene Hannemann szykuje dzieci do szkoły. Jej mąż niedawno stracił pracę i nie ma żadnych perspektyw na nową. Ich życie codzienne przerywa policja wysłana przez SS. Johann razem z pięciorgiem dzieci mają zostać zesłani do Auschwitz ze względu na romskie pochodzenie. Helene jest czystej krwi Niemką i może zostać, jednak odmawia i wyrusza ze swoją rodziną prosto do piekła. Trafiają na sam środek obozowego chaosu. Doktor Mengele zmusza Helene do założenia przedszkola. Jako zawodowa pielęgniarka będzie się opiekować dziećmi z całego obozu. Kobieta nie ma żadnych złudzeń, po co Mengele chce je codziennie gromadzić w jednym miejscu. Pragnie jednak dać dzieciakom choć odrobinę normalności w tym najmroczniejszym czasie w historii ludzkości.

Każdy dzień spędzony w Auschwitz to pasmo nieszczęść, cierpienia, głodu i walki o przetrwanie. Dzięki swojemu niemieckiemu pochodzeniu, wykształceniu i znajomości języka wroga, Helene może liczyć na nieco więcej przywilejów. Zarówno obozowi strażnicy, jak i sam Mengele traktują ją nieco lepiej niż pozostałych więźniów, może liczyć na więcej przywilejów. To, że miała możliwość utworzenia przedszkola w tak nieludzkich warunkach, początkowo napawało nadzieją. Jednak po jakimś czasem Helene odkryła okrutna prawdę o prawdziwych zamiarach szatańskiego doktora…

Książkę Mario Escobara czyta się z zapartym tchem, trudno ją odłożyć na dłużej. Historia Helene i jej rodziny wciąga i na długo pozostaje w pamięci. „Kołysanka z Auschwitz” wzrusza i łapie za serce, a także skłania do refleksji. Pokazuje ogrom miłości, jaką matka daje swoim dzieciom nawet za cenę własnego życia. . Chociaż Escobar porusza trudną tematykę, historię Helene Hannemann pięknie ubrał w słowa. Jak sam pisze na końcu, autor inpsirował się losem Helene i jej rodziny, chociaż niektóre informacje i wątki nieco zmienił lub ubarwił, aby dać czytelnikowi nieco nadziei. „Kołysanka z Auschwitz” to obowiązkowa lektura dla każdego, obok której nie da się obojętnie przejść.

 

Za książkę dziękuję: