„Mulan”

Na ten film czekałam od bardzo dawna. Konkretniej od 1998 roku, kiedy to powstał disneyowski film kreskówkowy o chińskiej bohaterce, a na pewno przez ostatnich kilkanaście miesięcy, od momentu pojawienia się pierwszego zwiastunu tej hollywoodzkiej superprodukcji. Pandemia skutecznie opóźniła premierę  „Mulan”, a oczekiwanie na nią stało się nieznośne. Mulan jest moją ulubioną postacią disneyowskich bajek, dlatego też z niecierpliwieniem wyczekiwałam, kiedy pełnometrażowy film o mojej ukochanej wojowniczce wreszcie zawita do kin. No i w końcu się pojawił, ale było to coś zupełnie innego, niż się spodziewałam.

Mulan (Yifei Liu) mieszka z rodziną w małej chińskiej wiosce położonej gdzieś w górach. Nie jest to typowa dziewczyna, ponieważ już od najmłodszych lat wykazuje niezwykłe zdolności, które tak naprawdę nie przystoją dziewczynkom w jej wieku. Chociaż stara się jak może, nie jest w stanie zadowolić swoich rodziców.  Zgodnie z chińską tradycją, powinna wyjść za mąż, stać się przykładną żoną i matką oraz na zawsze pogodzić się z losem posłusznej kury domowej. Jednak taki los nie jest przeznaczony Mulan. W trakcie wizyty u swatki całkowicie kompromituje się jako przyszła żona i okrywa hańbą swoją rodzinę. Tymczasem do wioski przybywają wysłannicy cesarza i ogłaszają powszechny nabór do wojska, ponieważ Chinom zagrażają barbarzyńcy z północy. Cesarz wydaje dekret nakazujący rekrutację do armii jednego mężczyzny z każdej rodziny.  Z racji tego, że w rodzinie Hua jedynym mężczyzną jest schorowany i niepełnosprawny ojciec – weteran poprzedniej wojny, pod osłoną nocy zdesperowana Mulan wykrada zbroję i miecz ojca, i konno wyrusza do wojskowego obozu. Przebrana za mężczyznę Hua na każdym kroku poddawana jest próbom wymagającym od niej zmobilizowania wewnętrznej siły i wykorzystania pełni swoich możliwości. W wyniku tej wielkiej przygody dziewczyna przemienia się w niezłomną wojowniczkę, zdobywa szacunek wdzięcznego narodu oraz oczyszcza splamiony honor swojej rodziny.

Trzeba przyznać, że najnowsza wersja „Mulan” w reżyserii Niki Caro jest wielkim widowiskiem. Zapierające dech w piersiach panoramy, sceny akcji i cudowna gra kolorami na wielkim ekranie robią piorunujące wrażenie. Mam jednak zastrzeżenia co do fabuły tej produkcji. Filmowa wersja tej produkcji odcina się od jej kreskówkowego pierwowzoru. Co prawda pewne nawiązania do oryginału zostały wplecione, ale robią to w taki sposób, że nie tłamszą autonomiczności nowej „Mulan”.  Będzie trochę spojlerów, więc proszę o przebaczenie. Po pierwsze: nie ma Muszu – sympatycznego małego smoka, który nie tylko jest towarzyszem wyprawy Mulan, ale również przyjacielem, powiernikiem i obrońcą. Trudno sobie wyobrazić Mulan bez Muszu, a jednak producenci postanowili z niego zrezygnować. Pojawia się za to postać Feniksa, który chyba miał zastąpić małego smoka, jednak dla mnie zupełnie tam nie pasował. Smoki od zawsze silnie zakorzenione są w chińskiej kulturze, więc skąd nagle feniks? Oczywiście symbol tego ptaka ma ukryte znaczenie, ale mimo wszystko nadal tu nie pasuje. Po drugie pojawia się postać czarownicy Xianniang (Li Gong) i tak naprawdę nie wiadomo skąd się tam wzięła i po co. Chyba tylko dlatego, żeby jeszcze bardziej nadać feministycznego zacięcia nowej „Mulan”. Poza tym zabrakło jeszcze wielu ważnych postaci, które były istotnym elementem akcji kreskówkowej wersji tego filmu.  Brakuje również humoru, który był tak bardzo obecny i nadawał dużej wartości oryginalnej „Mulan”. Mam zastrzeżenia do jeszcze wielu innych aspektów fabuły, ale nie chcę opowiadać i rozkładać na czynniki pierwsze całego filmu 🙂

Jedno trzeba przyznać: producenci znaleźli odpowiednią wizualnie Mulan – nie wygląda ani ja chłopak, ani jak dziewczyna. Albo może na odwrót – wygląda zarówno zarówno jak młodzieniec oraz przedstawicielka płci pięknej zarazem. Yifei Liu jest androginicznej urody, co z pewnością przełożyło się na jakość wizualną jej roli. Natomiast jeśli chodzi o samą interpretację tej roli, to niestety jakość jest niska. Jej Mulan ma kamienną twarz i nie wykazuje żadnych emocji, niczym robot.  Nawet jak była szczęśliwa, trudno było rozpoznać grymas na jej twarzy, który rzekomo miał być uśmiechem. Najlepszą postacią tej produkcji był Böri Khan – grany przez Jasona Scotta Lee, który z całą pewnością był wyrazisty i bardzo charyzmatyczny. W pozostałych rolach zobaczymy między innymi Donnie Yena (Komandor Tung), Li Gong (Xianniang), Jeta Li (Cesarz), Yosona An (Honghui) oraz Tzi Ma (Zhou).

Czy warto wybrać się na nową „Mulan”? No cóż, mimo wszystko nie żałuję wydanych na bilet pieniędzy, aczkolwiek nastawiałam się na coś innego. Sądziłam, że współczesna „Mulan” będzie bardziej zbliżona do swojego pierwowzoru. Trochę jestem zawiedziona, bo wizerunek Mulan z dzieciństwa trochę się zatarł. Nie mniej jednak na swój sposób najnowsza „Mulan” jest współczesną baśnią, od której trudno jest oderwać wzrok. To także inspirująca i napawająca nadzieją opowieść dla małych dziewczynek, które marzą o czymś więcej, niż posiadanie męża, dzieci i wicie rodzinnego gniazdka. Zarówno bajka, jak i sam film mają wyraźne przesłanie: karmią nasza wyobraźnię oraz wspierają w dążeniu do wyznaczonego celu i realizacji marzeń.

Małgorzata Sidz „Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii”

Do tej pory nie dotarłam do Finlandii, chociaż ostatnio kierunek ten stał się moją małą obsesją. Gdyby nie sytuacja na świecie, w tym roku planowałam tam w końcu dotrzeć. No niestety, na razie chyba nie jest mi to przeznaczone. Jedyne co mi pozostało, to namiętne czytanie książek o Finlandii i jej mieszkańcach. Niedawno trafiła w moje ręce reportaż Małgorzaty Sidz „Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii”, którą od razu pochłonęłam.

Finlandia to kraina, w której latem słońce nie zachodzi, a zimą panują egipskie ciemności rozświetlane tęczą zorzy polarnej. To kraina, gdzie 30 stopni poniżej zera i metr śniegu to norma, a łyk ciepłej bryzy jest wyczekiwanym przez wiele długich, mrocznych miesięcy luksusem. Tutaj ciągle silny jest kult sisu, czyli wytrwałości, determinacji, nieustępliwości, samowystarczalności, siły, spokoju ducha, uporu i odwagi w mozolnym dążeniu do celu, stoicyzmu w obliczu przeciwności, wytrwałości, odporności, krzepy i hartu ducha. Tacy właśnie są Finowie, albo po prostu na takich się kreują.

Tytułowe kocie chrzciny to pretekst do świętowania, muzyki i śpiewu. Finowie umieją imprezować, również w samotności – słynne „gaciopicie”, czyli sączenie drinków w zaciszu własnego domu na kanapie przed telewizorem w powyciąganych dresach. Jednak autorka tego reportażu zaprasza nas nie tylko do zabawy. Uchyla przed nami drzwi do fińskich domów, przedstawia fińskie rodziny, opowiada o ich mentalności, o pracowitości i wyrozumiałości, alkoholizmie i samotności. Zabiera nas do domków letniskowych i do domów spokojnej starości, do Doliny Muminków i saun, a także opowiada fascynującą historię życia Tove Jansson, autorki książek o sympatycznych hipopotamach. Porusza wątek związany z nietolerancją i niechęcią Finów względem Szwedów i szwedzkojęzycznych Finów. Przypomina o burzliwej historii narodu fińskiego, ale w dość nietypowy sposób.

Książka „Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii” nie jest piękną laurką kierowaną w stronę Finów, wręcz przeciwnie. Autorka opowiada o  wszystkim tym, co dobre w tym kraju, ale także nie omieszka poruszać wstydliwych tematów. Mowa tutaj między innymi o alkoholizmie i pijaństwie Finów, ich depresji i samotności, nietolerancji czy przemocy domowej, o której się tam raczej nie mówi. Rzeczywiście nie są to tematy przyjemne, ale dobrze, że takie reportaże powstają, bo przynajmniej mamy kompletny obraz tego kraju, bez upiększania i wynoszenia na piedestał. W książce Małgorzaty Sidz Finlandia to kraj pełen sprzeczności i podziałów, wspaniały i trudny zarazem. Kraj lata i zimy.

Za książkę dziękuję:

Anna Daszkiewcz „Sycylia. Travel&Style”

Każdy, kto był na Sycylii bardzo zachwala tę wyspę. Co prawda znajdowała się na mojej podróżniczej liście marzeń, ale nigdy nie była priorytetem. Takie marzenie, które kiedyś zrealizuję. Teraz to się zmieniło, bo w moje ręce wpadł przewodnik z serii „Travel & Style” Wydawnictwa Bezdroża. To prawdziwa skarbnica wiedzy na temat tej śródziemnomorskiej wyspy.

Sycylia nazywana jest perłą Morza Śródziemnego. Słynny niemiecki poeta Goethe określił ją mianem „raju” i „królowej wysp”. Patrząc na przepiękne i kolorowe zdjęcia zamieszczone w przewodniku, widać tam rajskie plaże, cudowne zatoki, malownicze klify i góry łączące się z morzem. Wyspa wydaje się fantastycznym miejscem do odpoczynku w harmonii z przyrodą. Ponieważ przez wieki pozostawała pod panowaniem wielu rożnych nacji i władców nie tylko europejskich dynastii, znajdują się tam wspaniałe ślady wielu kultur i fascynujące zabytki: greckie świątynie i teatry, rzymskie wille, arabskie meczety, normańskie zamki i barokowe kościoły. Wyspa kusi także oryginalną regionalną kuchnią.

Przewodnik podzielony jest na kilka części, w których każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli jesteśmy amatorami lokalnych smaków, dobrze jest się przyjrzeć informacjom oznaczonym ikoną travel&food. Jeśli pasjonuje nas życie i historia mieszkańców danego regionu, warto skupić się na informacjach oznaczonych travel&culture. Propozycje aktywnego spędzania czasu znajdziemy pod ikoną travel&active. Jeśli kochamy przyrodę, w poszukiwaniu spokoju pośród natury pomoże nam zakładka travel&nature. Jeśli marzy nam się bardziej spokojny odpoczynek, atrakcji szukajmy pod znakiem travel&relax. Natomiast jeśli chcemy zapewnić ciekawe atrakcje naszym małym pociechom, warto poczytać strony opatrzone frazą travel&family.

Seria „Travel&Style” właśnie stała się moją ulubioną serią Wydawnictwa Bezdroża. Mnóstwo przepięknych zdjęć, kolorowych map, praktycznych informacji i cała masa ciekawostek sprawia, że nie można się od niego oderwać. Chociaż Sycylię zostawiłam sobie na „kiedyś”, to po przeanalizowaniu tego przewodnika mam ochotę kupić bilet, spakować walizkę i czym prędzej pognać na tę włoską wyspę. Jeśli nie w tym roku, na pewno będzie ona moim priorytetem w kolejnym.

Za książkę dziękuję:

Amy Reed „Dziewczyny znikąd”

Żyjemy w bardzo dziwnych czasach. W czasach, w których seksizm, rasizm, homofobia i nierówność społeczna nadal silnie funkcjonują, niezależnie w którym zakamarku świata mieszkamy. Dotyczy to każdej narodowości, osób każdego koloru skóry, ludzi biednych i lepiej usytuowanych, z dużych i małych miejscowości. Najnowsza książka Amy Reed ujawnia brutalna prawdę, ale z drugiej strony daje nadzieję, że zmiana sposobu myślenia jest naprawdę blisko.

Grace Slater jest nowa w mieście. Jej rodzina opuściła społeczność baptystów po tym, jak jej matka stała się zagorzała liberałką. Rosina Suarez z rodziny meksykańskich imigrantów marzy o graniu punkowej muzyki. Erin DeLillo – dziewczyna z zespołem Aspergera – fascynuje się biologią morską i serialem „Star Trek”. Kiedy Grace dowiaduje się, że mieszkająca wcześniej w jej nowym domu Lucy Moynihan została wykluczona ze społeczności i uciekła z miasteczka, bo miała oskarżyć grupę popularnych miejscowych chłopaków o gwałt, postanawia zwalczyć o sprawiedliwość. Grace, Erin i Rosina postanawiają pomścić zbiorowy gwałt na koleżance, o którym milczy lokalna społeczność. Wraz z przyjaciółkami zakłada anonimowe zrzeszenie dziewcząt w liceum, które ma przeciwstawić seksizmowi i kulturze gwałtu szerzącej się w lokalnej szkole. Nazywają siebie Dziewczynami Znikąd, a niebawem ich idea przeradza się w ogromny ruch feministyczny, który ma potencjał i realną moc zmieniania rzeczywistości.

Początkowo sądziłam, że książka „Dziewczyny Znikąd” adresowana jest dla nastolatek. Chociaż bohaterkami są licealistki, które zmagają się z typowymi dylematami nastolatek, to tak naprawdę problemy w niej poruszane mają głębsze znaczenie – dotyczą każdej kobiety, niezależnie ile ma lat i gdzie mieszka. Jednak Amy Reed napisała coś, co jest szalenie ważne dla kobiet w każdym wieku, obok czego nie można obojętnie przejść. Książka zmusza do myślenia i konfrontacji z głęboko zakorzenioną niechęcią i uprzedzeniami, a także podkreśla istotę kobiecej siły i zrozumienia dla siebie nawzajem i sytuacji, z którymi mamy do czynienia. To także manifest feminizmu, w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Za książkę dziękuję:

Nostalgia i zachwyt. Zachody słońca na Santorini

W Grecji nie byłam ładnych kilka lat. Nie planowałam tam zawitać w tym roku, miałam inne plany podróżnicze, jednak Grecja nie była na mojej tegorocznej liście. W czasach pandemii trudno przewidzieć, jak sytuacja w danym kraju będzie się rozwijać. W tym okresie miałam lecieć do Hiszpanii, ale intuicja podpowiedziała mi, żebym na razie sobie darowała. Z ciężkim bólem serca zrezygnowałam z wyjazdu do mojego ukochanego kraju i kupiłam bilet na Santorini, chociaż nie wiedziałam, co się wydarzy. Miałam obawy czy mój upragniony urlop dojdzie do skutku i na jakich warunkach. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i spędziłam tam wspaniałe chwile. Dziękuję mojej intuicji za zmianę destynacji i przypomnienie mi o tym, jak bardzo za Grecją tęskniłam.

O samym Santorini pisałam wcześniej (link do wpisu tutaj), cóż ja jednak wtedy mogłam wiedzieć o tej cudowniej wyspie, spędzając na niej zaledwie niecały jeden dzień? Jednak dzisiejszy wpis nie będzie o jej atrakcjach (o tym napiszę później), ale o zachodach słońca. Chociaż swoją drogą śmiało można je wpisać na listę najpiękniejszych atrakcji Santorini, bo do tej pory nigdzie nie widziałam piękniejszych.

Oia

To pocztówkowe miejsce reklamuje nie tyle samo Santorini, ale nawet i całą Grecję. To właśnie tutaj zjeżdżają się wszyscy turyści z całej wyspy, by podziwiać bajkowy zachód słońca. Trudno się dziwić, bo robi piorunujące wrażenie. Poza tym Oia jest piękna nie tylko o zachodzie słońca. Faktycznie, ludzi szukających skrawka ziemi było od groma, influenserzy, profesjonalni fotografowie (i ci mniej profesjonalni również) szukali najlepszego miejsca, żeby uwiecznić ten magiczny moment. Sama nacykałam chyba z tysiąc zdjęć, by mieć pewność, że zrobiłam najlepsze ujęcie 🙂 Swoja drogą, nawet nie chcę myśleć, co się tam dzieje, w „normalnych” warunkach bez pandemii, kiedy w sezonie turystów jest pięć razy więcej!

Imerovigli

Na ten zachód słońca trafiłam przez przypadek. Tego dnia zafundowałam sobie 10 kilometrowy „spacer” z miasteczka Oia do Firy – stolicy wyspy. Zajęło mi to zdecydowanie nieco więcej czasu niż przypuszczałam, a nie chciałam po nocy włóczyć się po stromych zboczach Santorini, dlatego też w połowie trasy dostałam speeda, bo słońce szybko chyliło się ku zachodowi. Ostateczny zachód słońca zastał mnie w miasteczku Imerovigli, które znajduje się na trasie trekkingowej. Tego dnia nawet nie planowałam podziwiać zmierzchu, a jedynie przetrwać swój „spacer”, nie dostać udaru i w jednym kawałku dotrzeć do celu. Los zdecydował inaczej, za co jestem mu wdzięczna – dostarczył mi niezapomnianych widoków.

Skaros Rock

Czy będę dziwna, jeśli powiem, że ten zachód słońca zrobił na mnie dużo większe wrażenie od tego w malowniczym i pocztówkowym miasteczku Oia? Na Skaros wybrałam się w ciągu dnia, by pochodzić po tych skałkach, ale stwierdziłam, że posiedzę tam i poczekam na zachód słońca. Chociaż widok z góry był imponujący, to jednak zachwycający pejzaż rozgrywał się u stóp skały, gdzie znajdował się uroczy kościółek z widokiem na wulkan i cypel wyspy.

Pyrgos

To był mój ostatni zachód słońca na Santorini. Specjalnie pojechałam do niewielkiego miasteczka Pyrgos, by móc nacieszyć oko słońcem zmierzającym ku horyzontowi. Co prawda nie był tak malowniczy jak pozostałe, ale i tak robił wrażenie.

Perissa – wschód słońca

Skoro podziwiałam tyle zachodów słońca, nie mogłam przegapić chociaż jednego wschodu. Ostatniego dnia mojego pobytu namówiłam współlokatorów z pokoju, wstaliśmy rano i poszliśmy na plażę obejrzeć wschodzące słońce. Cóż mogę powiedzieć, nie należę do rannych ptaszków (zdecydowanie zaliczam się do nocnych marków), dlatego udało się tylko z jednym wschodem, ale powiem jedno: żałowałabym, gdybym wyjechała nie widząc tego cudownego zjawiska, jakim jest wschód słońca na sanatorskiej czarnej plaży.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Szczeliniec Wielki. Między Piekiełkiem a niebem

Nigdy nie byłam miłośniczką gór. Nie przepadałam za tego typu wyprawami, a jak trzeba było wejść po jakimś wzniesieniu, to następowała czarna rozpacz, a co dopiero wspinaczka po prawdziwych górach! Brak kondycji, lęk wysokości, brak odpowiedniego przygotowania i sprzętu potrafił mocno demotywować. Natomiast ludzi uciekających w góry w każdej możliwej chwili uważałam za szaleńców. Cóż, nadal co niektórych uważam za takich, ale teraz już pod nieco innym względem. Bakcyla złapałam kilka lat temu, ale chyba tak naprawdę miętę do górskich klimatów poczułam w tamtym roku. Do tego chyba trzeba po prostu dorosnąć. W góry wkręciłam się do tego stopnia, że praktycznie każdy weekend września i października spędzę właśnie buszując po górach 🙂 A wszystko za sprawą mojej ostatniej wycieczki w przecudowne Góry Stołowe, w których się totalnie zakochałam. Dzisiaj opowiem o najwyższym szczycie tych gór, czyli o niesamowitym Szczelińcu Wielkim.

Jednym z najbardziej charakterystycznych piaskowych płaskowyżów  podciętych urwiskami skalnymi, a spłaszczonych od góry, jest Szczeliniec. Rozdzielony niewielką przełęczką na dwa płaskowyże – mniejszy i nieco niższy Szczeliniec Mały oraz najwyższy w Górach Stołowych Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.). Wraz z Błędnymi Skałami i Skalniakiem należą do jednych z najlepiej zachowanych fragmentów powierzchni skał piaskowych. Spękania w piaskowcu z czasem coraz bardziej się poszerzały i pogłębiały w wyniku działalności wody, a zróżnicowana odporność części skały sprawiła, że erozja wypreparowała w nich fantastyczne kształty. To właśnie one decydują o atrakcyjności gór, w tym trasy turystycznej na szczyt Szczelinca Wielkiego.

Sam Szczeliniec Wielki do końca XVIII wieku pozostał nieznany dla turystów. Przełom nastąpił po zakończeniu wojen śląskich, kiedy władze pruskie chciały zbudować na pograniczu sieci fortów, które miały chronić świeżo podbitą prowincję. Powstał wtedy Fort Wilhelma w Górach Bystrzyckich, fort w okolicach Kamiennej Góry oraz Fort Karola – naprzeciwko Szczelińca. Zainteresowaniem budowniczych cieszył się także Szczeliniec Wielki i postanowiono wysadzić w nim skały, tworząc przejścia. Dzięki temu można dzisiaj wejść pod schronisko. Pierwszym oprowadzającym po Szczelińcu, jeszcze w trakcie prac przy budowie fortu, był Franciszek Pabel. Przewodnictwem trudnił się do końca swojego życia, a poświęcił temu zajęciu 71 lat.

Droga na szczyt Szczelińca Wielkiego prowadzi po krętych kamiennych schodach (łącznie jest ich 665), w otoczeniu lasu i mniejszych formacji skalnych. Schodki te zostały ułożone w 1814 roku przez wspomnianego Franciszka Pabela, sołtysa pobliskiej wioski Karłów oraz pierwszego przewodnika i autora pierwszej broszury o Szczelińcu. Pokonanie tej okrężnej, jednokierunkowej trasy o długości około 5 km nie powinno zająć dłużej niż 30-40 min. Chociaż nieco obawiałam się drogi na górę, to zanim się obejrzałam a już byłam na szczycie. Przejście jest banalnie proste i nawet dziecko sobie da z nim radę.

Schodki prowadzą do Schroniska PTTK na Szczelińcu, który jest jednym z dwóch (drugie to Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach) w Polsce obiektów, do którego nie można dojechać samochodem. Nie prowadzi tu żadna droga, po której mógłby się poruszać jakikolwiek pojazd. Jedynym sposobem dotarcia jest wybranie się piechotą po wspomnianych kamiennych schodkach. To także jeden z najstarszych tego typu obiektów w Sudetach. Pierwsze całoroczne schronisko powstało już w 1845 roku i istnieje do dzisiaj. Po II wojnie światowej budynek przez wiele lat stał zaniedbany i popadł w ruinę. Dzisiaj nie przypomina budowli sprzed lat, odrestaurowano go i można tam zjeść ciepły posiłek albo napić się gorącej herbaty czy czekolady i odpocząć przed buszowaniem pośród fantastycznych formacji skalnych w labiryncie.

Nie trafiliśmy na pogodę, bo ze wszystkich stron Szczeliniec Wielki spowiła mgła. Muszę jednak przyznać, że miało to swój urok – niczym sceneria z podrzędnego horroru klasy B. Widoków ze szczytu nie mogliśmy niestety podziwiać, więc po prostu udaliśmy się w stronę Skalnego Labiryntu, gdzie klimat grozy czuć znacznie bardziej.

Trasa po Labiryncie Skalnych rozpoczyna się tuż przy schronisku. Za bilet wstępu trzeba zapłacić 12 zł (dokładny cennik znajduje się tutaj). Z uwagi na bardzo wąskie przejścia, zwiedzanie Labiryntu odbywa się jednokierunkowym szlakiem czerwonym. Trzymając się stricte szlaku, można wyruszyć w najbardziej efektowne rejony Szczelińca. Ścieżka biegnie po skałkach, doprowadzając do najwyższych partii masywu, gdzie dochodzimy na widokową skałkę o wdzięcznej nazwie „Tron Pradziada”. Wędrując dalej natykamy się na:

  • Wielbłąda,
  • Mamuta,
  • Słonia,
  • Kwokę,
  • Małpoluda,
  • Psa,
  • Żółwia,
  • Koński Łeb,
  • Sowę

Jednak największe wrażenie robi tzw. Piekiełko, gdzie ścieżka prowadzi przez głęboką rozpadlinę pomiędzy skałami. Niekiedy nawet wręcz trzeba przeciskać przez jego ciasne zakamarki i czołgać na kolanach. Wewnątrz licznych korytarzy Labiryntu panuje swoisty mikroklimat, a w niektórych miejscach śnieg utrzymuje się nawet do lipca. Co ciekawe, właśnie w Piekiełku powstały zdjęcia do filmu „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”.

Przejście przez ścieżkę na Szczelińcu Wielkim zajmuje około godziny, jednak w moim przypadku było to „nieco” dłużej, bo musiałam obfotografować każdą znajdującą się tam skałkę 🙂  Jedynym minusem tego spaceru były tłumy ludzi, a przez nich w niektórych miejscach nie dało się zatrzymać na dłużej, bo nie wiadomo czemu, ale spieszyło im się gdzieś 😦 Szkoda także, że nie udało się podziwiać widoków ze szczytu Szczelińca, ale to znaczy, że muszę tam wrócić, co z przyjemnością uczynię. Może jesień to będzie dobry czas na kolejną wizytę w Szczelińcu Wielkim? 🙂

 

„Sudety. Najpiękniejsze wycieczki w Polsce, Czechach i Niemczech”

Sudety mają do zaoferowania mnóstwo atrakcji – od wysokich szczytów Karkonoszy na czele ze Śnieżką, przez pełne fantazyjnych formacji skalne miasta Gór Stołowych i Gór Łużyckich, po grzmiące wodospady i urokliwe jeziora polodowcowe. Na uwagę zasługuje także niezwykłe bogactwo świata podziemnego – na śmiałków czekają zarówno tajemnicze jaskinie, jak i sztolnie dawnych kopalni, lochy oraz bunkry. Malowniczo położone miasta i miasteczka skrywają zamki, pałace i zespoły klasztorne. Jedno jest pewne – w Sudetach nie da się nudzić.

W przewodniku opisano 30 wycieczek pośród sudeckich szczytów i dolin zarówno na terytorium Polski, jak i Czech oraz Niemiec. Wszystkie trasy można pokonać w jeden dzień. Przy każdej propozycji znajduje się mapa pokazująca przebieg trasy, profil wysokościowy oraz informacja, czy jest ona odpowiednia dla dzieci. Każda trasa zawiera szczegółowe informacje na temat jej przebiegu, paśmie górskim, profilu wysokościowym czy skróconym opisie trasy. Wszystko jest pięknie wyszczególnione i przejrzyście rozpisane. Oprócz tego wraz z opisem danej trasy znajdziemy mnóstwo mapek z zaznaczonymi kolorami tras oraz z przepiękne zdjęcia najważniejszych punktów i obiektów znajdujących się na danej trasie.

Jednak to nie tylko przewodnik po górach. Poza pieszymi wycieczkami, z tym przewodnikiem możemy się udać nad jeziorka, zwiedzić zamki albo zdobyć masywne twierdzy. Jeśli jesteśmy spragnieni innych wrażeń, to możemy zejść pod ziemię odkrywając tajemnice bunkrów, dawnych kopalni czy pałacowych lochów. Jeśli jednak jesteśmy zbyt przemęczeni trekkingiem, możemy udać się do pobliskiej miejscowości uzdrowiskowej, by się zrelaksować. Zdobędziemy także wiedzę na temat historii tych wszystkich obiektów. A wszystko to opatrzone jest pięknymi, kolorowymi zdjęciami.

Czytając przewodnik „Sudety. Najpiękniejsze wycieczki po Polsce, Czechach i Niemczech” aż chce się wyruszyć na podbój tych tras. Sama osobiście zaplanowałam już kilka górskich wycieczek w tamte rejony.  Nie mogę się już doczekać, a przewodnik ten z całą pewnością wezmę ze sobą do plecaka.

Za książkę dziękuję: