Marta Szarejko „Seksuolożki 2. Nowe rozmowy”

Ludzka seksualność to ciągle niezbadana i tajemnicza sfera. W naszym społeczeństwie to także temat tabu, o którym wstydzimy się rozmawiać.

Z pomocą przychodzi nam Marta Szarejko i jej kolejna książka, która jest zapisem wywiadów przeprowadzonych ze specjalistkami w dziedzinie psychologii, seksuologii, endokrynologii i ginekologii. „Seksuolożki 2. Nowe rozmowy” to kontynuacja bestsellerowej książki Marty Szarejko „Seksuolożki. Sekrety gabinetów”. Autorka wspólnie ze swoimi rozmówczyniami po raz kolejny odkrywa przed nami tajemnice gabinetów seksuologicznych oraz obala stereotypy, w jakich uwięziona jest nasza kobiecość i seksualność.

Nasza seksualność to bardzo intymna sprawa, o której ciągle nie wiemy dużo. Zdecydowana większość kobiet żyje w przekonaniu, że strefa ta owiana jest tajemnicą i stanowi temat tabu, o którym nie wypada rozmawiać. Całe szczęście, że nie wszystkie kobiety tak myślą i chcą poznawać nie tylko własne ciało, ale także i psychikę. Marta Szarejko nie boi się tego typu rozmów. Po raz kolejny zaprosiła do rozmowy wybitne specjalistki w dziedzinie seksuologii i psychologii, by zadać pytania na nurtujące większość kobiet tematy, między innymi: Dlaczego kobiety boją się odmawiać seksu? Czy brak pożądania to choroba? Jak ciąża i poród wpływają na naszą seksualność?

W książce „Seksuolożki 2. Nowe rozmowy” autorka porusza wiele intymnych tematów, ale nie powiela ich ze swojej poprzedniej książki. Znajdziemy tu bardzo dużą dawkę wiedzy o ludzkiej naturze, podejściu zarówno fizycznym jak i psychicznym do kobiecej seksualności, ale przede wszystkim zaznamy dużo zrozumienia ze strony innych, brak jakichkolwiek ocen oraz sposoby poradzenia sobie z tymi problemami. W kontynuacji swojego bestsellerowego reportażu, autorka skupia się bardziej na biologicznej stronie kobiecości, która dotyczy każdej z nas. Rozprawia między innymi o hormonach, porodzie i połogu czy zaburzeniom osobowości, ale także problemie wykorzystywania seksualnego. Dzięki temu reportaż Marty Szarejko jest unikatowy, szalenie interesujący, wciągający oraz zmuszający nas do myślenia, a także oddziałujący na nasze emocje.

Reportaż Marty Szarejko to książka, która ma nas uświadomić o własnej seksualności, poradzić jak o nią dbać, ale przede wszystkim edukować w tym temacie. Dobrze, że pojawiają się takie książki, oby było ich jak najwięcej. „Seksuolożki 2. Nowe rozmowy” to szalenie ważna książka, którą każda kobieta powinna przeczytać i podzielić się nią ze swoją matką, siostrą, córką czy przyjaciółką.

Marta Szarejko „Seksuolożki 2. Nowe rozmowy”

Gdańsk. Kolekcja Malarstwa Monumentalnego, czyli murale na Zaspie

Uwielbiam Gdańsk. Kiedy tylko mogę, kupuję bilet, pakuję walizkę i jadę nad polskie Wybrzeże. Mogłabym tam nawet zamieszkać. Za każdym razem kiedy tam jestem, odkrywam coś nowego, miasto ciągle mnie zaskakuje. I chociaż uwielbiam gdańską Starówkę i Długi Targ, tym razem omijałam te miejsca szerokim łukiem. Moim celem była dzielnica Zaspa, a właściwie znajdująca się tam Kolekcja Malarstwa Monumentalnego. Krótko mówiąc – chodzi o przepiękne murale, od których nie można oderwać wzroku.

źródło: muralegdanskzaspa.pl

Zaspa – osiedle z długą historią

Jako dzielnica mieszkaniowa liczy jedynie 44 lata, ale Zaspa może pochwalić się o wiele dłuższą historią. Jej początki sięgają XIII wieku, kiedy stanowiła osadę rybacką, znajdującą się nad jeziorem na terenie dzisiejszej Letnicy. Przez wieki podmokłe tereny dzisiejszego osiedla porastały łąki i wrzosowiska, pośród których powstały dwory, od których nazwy noszą dzisiejsze ulice, np. Rozstaje czy Czerwony Dwór.

Obszar, na którym znajduje się dzisiejsze osiedle, został zakupiony w 1928 roku od władz Gdańska przez wojsko pruskie, które miało być tzw. Wielkim Placem Ćwiczeń. Tym samym Zaspa stała się miejscem manewrów i parad, również z udziałem cesarza Wilhelma II. W trakcie I wojny światowej część południowa wykorzystywana była jako lotnisko wojskowe, które po zakończeniu działań wojennych zostało przekazane władzom miasta. Wtedy przekształcono je na lotnisko cywilne, które obsługiwało samoloty na trasie Berlin-Gdańsk-Królewiec a lądowały tam m. in. sterowce – w tym słynny Graf Zeppelin. W 1939 roku po nielegalnym procesie zostali straceni tam obrońcy Poczty Polskiej. Po zakończeniu II wojny światowej lotnisko lotnisko zostało odbudowane i funkcjonowało do 1974 roku.

Niebezpieczeństwo związane z funkcjonowaniem lotniska w centrum miasta zaważyło na przeniesieniu portu lotniczego oraz rozpisaniu konkursu na nowe osiedle mieszkaniowe. W 1968 roku pojawił się ambitny projekt, realizacja którego miała stworzyć nowe centrum Gdańska z częścią mieszkaniową, budynkami użyteczności publicznej, filharmonią czy muzeum sztuki współczesnej. Ostatecznie z wielkich planów nic nie wyszło, zaś realizacja ograniczyła się tylko do części mieszkaniowej i podstawowych usług społecznych, takich jak szkoły czy przychodnie.

Zaspa to także historia opozycji demokratycznej lat 80-tych. To właśnie w tej dzielnicy mieszkał Lech Wałęsa z rodziną oraz inni ważni działacze Solidarności. To również stąd nadawało nielegalnie Radio Solidarność, którego nadajników nie można było namierzyć dzięki charakterystycznemu rozkładowi budynków. Zaspa to jedno z niewielu osiedli w Polsce, którym w dużej mierze udało się zachować oryginalny układ urbanistyczny. Obok warszawskiego Ursynowa to ostatnie tak wielkie założenie urbanistyczne w powojennej Polsce.

Kolekcja Malarstwa Monumentalnego – o co chodzi?

Kolekcja Malarstwa Monumentalnego to nietypowa galeria składająca się z 59 wielkoformatowych murali widniejących na ścianach szczytowych bloków oraz 19 aranżacji wejść do klatek. W ramach Kolekcji działają Festiwal Monumental Art, Gdańska Szkoła Muralu oraz lokalni przewodnicy i przewodniczki. Wszystkie projekty podlegają Instytutowi Kultury Miejskiej.

Pierwsze prace w Kolekcji pojawiły się w 1997 roku w trakcie międzynarodowego festiwalu zorganizowanego w ramach obchodów tysiąclecia istnienia miasta Gdańsk. Inicjatywa nabrała rozpędu w 2009 roku, kiedy to ściany zaspiańskich bloków zaczęły być przyozdabiane w ramach Festiwalu Monumental Art. W trakcie ośmiu edycji tego festiwalu Kolekcja zyskała 38 murali artystów z całego świata. Dodatkowo Kolekcję uzupełniają malunki rezydentów Gdańskiej Szkoły Muralu, w zajęciach której brali udział studenci i absolwenci gdańskiej i wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Zaspiańskie murale ożywiają przestrzeń nieco ponurego modernistycznego osiedla oraz pozwalają na obcowanie z wieloma rożnymi stylami i nurtami współczesnego street artu. Spacerując pomiędzy blokami odnajdziemy klasyczne malarstwo ścienne, malarstwo figuratywne i graficzne, sztukę konceptualną, malarstwo historyczne oraz dekoracyjne. Wszystkie prace zostały stworzone przez artystów wywodzących się z różnych kultur i pokoleń. Niektóre z malunków odnoszą się bezpośrednio do kontekstu miejsca, w którym powstały, zaś inne są czysto abstrakcyjne albo nawiązują do osobistych doświadczeń artystów.

Kolekcja Malarstwa Monumentalnego to również cykliczne spacery prowadzone przez lokalnych przewodników, którzy oprowadzają i opowiadają o tych dziełach gościom z Polski oraz zza granicy.

Jak dojechać i zwiedzać murale na Zaspie?

Jeśli mamy ambitny plan zobaczenia wszystkich murali, musimy przygotować się na około 7-kilometrowy spacer. Na Zaspę najłatwiej dostać się kolejką SKM lub tramwajem – przystanek Jana Pawła II.

Jakie murale może tam podziwiać? Kilka wybranych malunków:

Wallaride (Szwecja) – „The Future Was Here” 2012

Mural trzech szwedzkich malarzy prezentuje rakietę-totem, która jest symbolem naszej chciwej cywilizacji. Rakieta ma za zadanie pomóc ludzkości emigrować na inna planetę, kiedy to Ziemia zostanie całkowicie ogołocona ze wszystkich surowców naturalnych. Tytułowe „The Future Was Here” to podpis, który pozostawia się w miejscach swej obecności. Szwedzcy artyści zauważyli, że jeśli nie ograniczymy naszej chciwości, nasze dni na Ziemi są policzone.

Rafał Roskowiński, Jacek Zdybel (Polska), 2016

Mural bezpośrednio odnosi się do historii Zaspy, estetyki polskiego modernizmu i myśli technologicznej dwudziestolecia międzywojennego. Polski bombowiec zaprojektowany przez inż. Jerzego Dąbrowskiego został namalowany według plakatu reklamowego, który został przygotowany na salon lotniczy w Paryżu w 1938 roku. Wizerunek kobiety inspirowany jest postacią Tamary Łempickiej – polskiej malarki modernistycznej. Chociaż sama artystka nie latała, to uwielbiała szybkość. Ruch, pęd, maszyna, futuryzm – to kluczowe hasła modernizmu. Wzory na szalu Łempickiej odnoszą się do oprawy wizualnej polskiego pawilonu z międzynarodowej wystawy wzornictwa w Paryżu w 1935 roku.

Mariusz Waras (Polska), „M-City”, 2009

Mural nawiązuje do 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Malunek powstał za pomocą techniki szablonu, która umożliwia błyskawiczną pracę na ścianie. Początkowo miał być to samolot, ale po konsultacjach z mieszkańcami został on zastąpiony sterowcem. Odnosi się do słynnego Graf Zeppelin, który w 1932 lądował przy dzisiejszej ulicy Hynka.

Praca zbiorowa (Polska), „Bałtyk”, 2010

Głównym punktem tego muralu jest zanurzony w bałtyckiej głębinie nurek, który z przerażeniem obserwuje otaczające go różne stworzenia i przedmioty. Kolorystyka muralu nawiązuje do rzeczywistego koloru Morza Bałtyckiego.

Ozmo (Włochy), „Rock’n’Roll”, 2009

Malunek ten powstał z okazji 50-tej rocznicy pierwszego koncertu rockowego w Polsce, w klubie Rudy Kot w Gdańsku. Początkowo autor chciał przedstawić kartę Diabła z tarota, ale bezpośrednie sąsiedztwo kościoła miało wpływ na zmianę wizji. Ostatecznie Ozmo namalował swój wizerunek oparty na starożytnej japońskiej rycinie.

Justyna Pasiecz-Polkowska (Polska), „Dywizjon 303”, 2010

Malunek został oparty na archiwalnej fotografii wykonanej w 1940 roku w bazie RAF Norholt w zachodnim Londynie. Celem tego muralu jest pokazanie pilotów Dywizjonu 303 w kontekście indywidualnych osobowości, a nie jako bohaterów wojennych. W tle został użyty schemat budowy myśliwca Spitfire.

Paweł Paulus Mazur (Polska), 2012

Mężczyzna ukazany na ścianie tego budynku balansuje na pięciogroszówce, aby po raz kolejny związać koniec z końcem. W przypadku niepowodzenia bohater tego malunku będzie musiał zmierzyć się z otchłanią, która czeka na niego u podnóża ściany.

Lucas Lansier aka Parbo (Argentyna), 2012

Zblazowany jeździec z obojętnością na sztandarze, chroniony tarczą, na której widnieje symbol europejskiej waluty. W 2012 roku kryzys w strefie euro nabierał rozpędu, ale wymowa muralu argentyńskiego malarza stopniowo przybierała na sile wraz z pogłębiającymi się problemami europejskich dłużników.

Rustam Obic (Rosja), 2015

Mural odnosi się do relacji rodzica i dziecka. Według autora harmonijny rozwój dziecka wymaga, aby rodzic sam uporządkował swoją wiedzę i doświadczenie, zanim będzie mógł przekazać je swojemu dziecku. Układanie kostki Rubika może oznaczać, starsze pokolenie wpaja dzieciom poglądy i ideologie, które mogą być tragiczne w skutkach.

Edwltraut Ratch(Niemcy), Pan Liping (Chiny), 2010

Spotkanie pokoleń, kultur i wizji artystycznych. Systematyczna, operująca strukturami geometrycznymi Rath oraz spontaniczna Liping połączyły siły przy tym muralu.

Michał Węgrzyn (Polska), „Narodowe Siły Zbrojne”, 2012

Mural powstał w 70. rocznicę powstania Narodowych Sił Zbrojnych w 100-tysięcznej formacji występującej zbrojnie przeciw reżimowi komunistycznemu w latach po zakończeniu II wojny światowej. Malunek przedstawia okrutne okoliczności, w jakich znaleźli się żołnierze wyklęci, którzy nie złożyli broni, kiedy reszta świata świętowała zakończenie II wojny światowej.

San (Hiszpania), 2013

To dyskusja o procesie globalizacji i przemyśle turystycznym. Postaci znajdujące się na tym muralu zostały wcześniej sfotografowane przez autora w popularnych miejscach turystycznych: Wielkim Murze, W Kanionie Kolorado, przy Uluru w Australii oraz w Hiszpanii – rodzinnej wiosce artysty.

Opiemme (Włochy), „Wiatr i napromieniowanie tęczą”, 2014

Kolory spadające ze szczytu budynku to symbol ożywienia, jakie w przestrzeń publiczną miast wprowadzają interwencje malarzy ulicznych. Opiemme, który także sam jest poetą, dedykował ten mural Wisławie Szymborskiej. Barwy w górnej części malunku mają za zadanie przyciągnąć widza pod samą ścianę, gdzie zostanie skonfrontowany z fragmentem poezji Szymborskiej, a konkretniej wersem z wiesza „Pod jedną gwiazdką”: „Prawdo, nie zwracaj na mnie zbyt bacznej uwagi. Powago, okaż mi wspaniałomyślność

„.

Praca zbiorowa (Polska), „Jedzie pociąg z Wrocławia do Gdańska”, 2013

Murale na wejściach najdłuższego bloku na Zaspie to efekt współpracy ASP we Wrocławiu, Gdańskiej Szkoły Muralu i Instytutu Kultury Miejskiej. Autorami są studenci wrocławskiej ASP, którzy pracowali nad aranżacją 10. przepięknych wejść w ramach zadań projektowych.

Michał Ujczak, Magdalena Biodrowicz (Polska), „Kosmos”, 2015

Tematem przewodnim serii na czterech wejściach do klatek jest kosmos przedstawiony w formie pejzaży gwiezdnych. Akcentem łączącym wszystkie wejścia jest człowiek oraz planety, które mógłby zasiedlić.

źródło: muralegdanskzaspa.pl

Więcej o streetarcie w innych miastach:

Wrocław. Po drugiej stronie podwórka

Madryt. W innym wymiarze

Kijów. Z innej perspektywy

„Mulan”

Na ten film czekałam od bardzo dawna. Konkretniej od 1998 roku, kiedy to powstał disneyowski film kreskówkowy o chińskiej bohaterce, a na pewno przez ostatnich kilkanaście miesięcy, od momentu pojawienia się pierwszego zwiastunu tej hollywoodzkiej superprodukcji. Pandemia skutecznie opóźniła premierę  „Mulan”, a oczekiwanie na nią stało się nieznośne. Mulan jest moją ulubioną postacią disneyowskich bajek, dlatego też z niecierpliwieniem wyczekiwałam, kiedy pełnometrażowy film o mojej ukochanej wojowniczce wreszcie zawita do kin. No i w końcu się pojawił, ale było to coś zupełnie innego, niż się spodziewałam.

Mulan (Yifei Liu) mieszka z rodziną w małej chińskiej wiosce położonej gdzieś w górach. Nie jest to typowa dziewczyna, ponieważ już od najmłodszych lat wykazuje niezwykłe zdolności, które tak naprawdę nie przystoją dziewczynkom w jej wieku. Chociaż stara się jak może, nie jest w stanie zadowolić swoich rodziców.  Zgodnie z chińską tradycją, powinna wyjść za mąż, stać się przykładną żoną i matką oraz na zawsze pogodzić się z losem posłusznej kury domowej. Jednak taki los nie jest przeznaczony Mulan. W trakcie wizyty u swatki całkowicie kompromituje się jako przyszła żona i okrywa hańbą swoją rodzinę. Tymczasem do wioski przybywają wysłannicy cesarza i ogłaszają powszechny nabór do wojska, ponieważ Chinom zagrażają barbarzyńcy z północy. Cesarz wydaje dekret nakazujący rekrutację do armii jednego mężczyzny z każdej rodziny.  Z racji tego, że w rodzinie Hua jedynym mężczyzną jest schorowany i niepełnosprawny ojciec – weteran poprzedniej wojny, pod osłoną nocy zdesperowana Mulan wykrada zbroję i miecz ojca, i konno wyrusza do wojskowego obozu. Przebrana za mężczyznę Hua na każdym kroku poddawana jest próbom wymagającym od niej zmobilizowania wewnętrznej siły i wykorzystania pełni swoich możliwości. W wyniku tej wielkiej przygody dziewczyna przemienia się w niezłomną wojowniczkę, zdobywa szacunek wdzięcznego narodu oraz oczyszcza splamiony honor swojej rodziny.

Trzeba przyznać, że najnowsza wersja „Mulan” w reżyserii Niki Caro jest wielkim widowiskiem. Zapierające dech w piersiach panoramy, sceny akcji i cudowna gra kolorami na wielkim ekranie robią piorunujące wrażenie. Mam jednak zastrzeżenia co do fabuły tej produkcji. Filmowa wersja tej produkcji odcina się od jej kreskówkowego pierwowzoru. Co prawda pewne nawiązania do oryginału zostały wplecione, ale robią to w taki sposób, że nie tłamszą autonomiczności nowej „Mulan”.  Będzie trochę spojlerów, więc proszę o przebaczenie. Po pierwsze: nie ma Muszu – sympatycznego małego smoka, który nie tylko jest towarzyszem wyprawy Mulan, ale również przyjacielem, powiernikiem i obrońcą. Trudno sobie wyobrazić Mulan bez Muszu, a jednak producenci postanowili z niego zrezygnować. Pojawia się za to postać Feniksa, który chyba miał zastąpić małego smoka, jednak dla mnie zupełnie tam nie pasował. Smoki od zawsze silnie zakorzenione są w chińskiej kulturze, więc skąd nagle feniks? Oczywiście symbol tego ptaka ma ukryte znaczenie, ale mimo wszystko nadal tu nie pasuje. Po drugie pojawia się postać czarownicy Xianniang (Li Gong) i tak naprawdę nie wiadomo skąd się tam wzięła i po co. Chyba tylko dlatego, żeby jeszcze bardziej nadać feministycznego zacięcia nowej „Mulan”. Poza tym zabrakło jeszcze wielu ważnych postaci, które były istotnym elementem akcji kreskówkowej wersji tego filmu.  Brakuje również humoru, który był tak bardzo obecny i nadawał dużej wartości oryginalnej „Mulan”. Mam zastrzeżenia do jeszcze wielu innych aspektów fabuły, ale nie chcę opowiadać i rozkładać na czynniki pierwsze całego filmu 🙂

Jedno trzeba przyznać: producenci znaleźli odpowiednią wizualnie Mulan – nie wygląda ani ja chłopak, ani jak dziewczyna. Albo może na odwrót – wygląda zarówno zarówno jak młodzieniec oraz przedstawicielka płci pięknej zarazem. Yifei Liu jest androginicznej urody, co z pewnością przełożyło się na jakość wizualną jej roli. Natomiast jeśli chodzi o samą interpretację tej roli, to niestety jakość jest niska. Jej Mulan ma kamienną twarz i nie wykazuje żadnych emocji, niczym robot.  Nawet jak była szczęśliwa, trudno było rozpoznać grymas na jej twarzy, który rzekomo miał być uśmiechem. Najlepszą postacią tej produkcji był Böri Khan – grany przez Jasona Scotta Lee, który z całą pewnością był wyrazisty i bardzo charyzmatyczny. W pozostałych rolach zobaczymy między innymi Donnie Yena (Komandor Tung), Li Gong (Xianniang), Jeta Li (Cesarz), Yosona An (Honghui) oraz Tzi Ma (Zhou).

Czy warto wybrać się na nową „Mulan”? No cóż, mimo wszystko nie żałuję wydanych na bilet pieniędzy, aczkolwiek nastawiałam się na coś innego. Sądziłam, że współczesna „Mulan” będzie bardziej zbliżona do swojego pierwowzoru. Trochę jestem zawiedziona, bo wizerunek Mulan z dzieciństwa trochę się zatarł. Nie mniej jednak na swój sposób najnowsza „Mulan” jest współczesną baśnią, od której trudno jest oderwać wzrok. To także inspirująca i napawająca nadzieją opowieść dla małych dziewczynek, które marzą o czymś więcej, niż posiadanie męża, dzieci i wicie rodzinnego gniazdka. Zarówno bajka, jak i sam film mają wyraźne przesłanie: karmią nasza wyobraźnię oraz wspierają w dążeniu do wyznaczonego celu i realizacji marzeń.

Małgorzata Sidz „Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii”

Do tej pory nie dotarłam do Finlandii, chociaż ostatnio kierunek ten stał się moją małą obsesją. Gdyby nie sytuacja na świecie, w tym roku planowałam tam w końcu dotrzeć. No niestety, na razie chyba nie jest mi to przeznaczone. Jedyne co mi pozostało, to namiętne czytanie książek o Finlandii i jej mieszkańcach. Niedawno trafiła w moje ręce reportaż Małgorzaty Sidz „Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii”, którą od razu pochłonęłam.

Finlandia to kraina, w której latem słońce nie zachodzi, a zimą panują egipskie ciemności rozświetlane tęczą zorzy polarnej. To kraina, gdzie 30 stopni poniżej zera i metr śniegu to norma, a łyk ciepłej bryzy jest wyczekiwanym przez wiele długich, mrocznych miesięcy luksusem. Tutaj ciągle silny jest kult sisu, czyli wytrwałości, determinacji, nieustępliwości, samowystarczalności, siły, spokoju ducha, uporu i odwagi w mozolnym dążeniu do celu, stoicyzmu w obliczu przeciwności, wytrwałości, odporności, krzepy i hartu ducha. Tacy właśnie są Finowie, albo po prostu na takich się kreują.

Tytułowe kocie chrzciny to pretekst do świętowania, muzyki i śpiewu. Finowie umieją imprezować, również w samotności – słynne „gaciopicie”, czyli sączenie drinków w zaciszu własnego domu na kanapie przed telewizorem w powyciąganych dresach. Jednak autorka tego reportażu zaprasza nas nie tylko do zabawy. Uchyla przed nami drzwi do fińskich domów, przedstawia fińskie rodziny, opowiada o ich mentalności, o pracowitości i wyrozumiałości, alkoholizmie i samotności. Zabiera nas do domków letniskowych i do domów spokojnej starości, do Doliny Muminków i saun, a także opowiada fascynującą historię życia Tove Jansson, autorki książek o sympatycznych hipopotamach. Porusza wątek związany z nietolerancją i niechęcią Finów względem Szwedów i szwedzkojęzycznych Finów. Przypomina o burzliwej historii narodu fińskiego, ale w dość nietypowy sposób.

Książka „Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii” nie jest piękną laurką kierowaną w stronę Finów, wręcz przeciwnie. Autorka opowiada o  wszystkim tym, co dobre w tym kraju, ale także nie omieszka poruszać wstydliwych tematów. Mowa tutaj między innymi o alkoholizmie i pijaństwie Finów, ich depresji i samotności, nietolerancji czy przemocy domowej, o której się tam raczej nie mówi. Rzeczywiście nie są to tematy przyjemne, ale dobrze, że takie reportaże powstają, bo przynajmniej mamy kompletny obraz tego kraju, bez upiększania i wynoszenia na piedestał. W książce Małgorzaty Sidz Finlandia to kraj pełen sprzeczności i podziałów, wspaniały i trudny zarazem. Kraj lata i zimy.

Za książkę dziękuję:

Anna Daszkiewcz „Sycylia. Travel&Style”

Każdy, kto był na Sycylii bardzo zachwala tę wyspę. Co prawda znajdowała się na mojej podróżniczej liście marzeń, ale nigdy nie była priorytetem. Takie marzenie, które kiedyś zrealizuję. Teraz to się zmieniło, bo w moje ręce wpadł przewodnik z serii „Travel & Style” Wydawnictwa Bezdroża. To prawdziwa skarbnica wiedzy na temat tej śródziemnomorskiej wyspy.

Sycylia nazywana jest perłą Morza Śródziemnego. Słynny niemiecki poeta Goethe określił ją mianem „raju” i „królowej wysp”. Patrząc na przepiękne i kolorowe zdjęcia zamieszczone w przewodniku, widać tam rajskie plaże, cudowne zatoki, malownicze klify i góry łączące się z morzem. Wyspa wydaje się fantastycznym miejscem do odpoczynku w harmonii z przyrodą. Ponieważ przez wieki pozostawała pod panowaniem wielu rożnych nacji i władców nie tylko europejskich dynastii, znajdują się tam wspaniałe ślady wielu kultur i fascynujące zabytki: greckie świątynie i teatry, rzymskie wille, arabskie meczety, normańskie zamki i barokowe kościoły. Wyspa kusi także oryginalną regionalną kuchnią.

Przewodnik podzielony jest na kilka części, w których każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli jesteśmy amatorami lokalnych smaków, dobrze jest się przyjrzeć informacjom oznaczonym ikoną travel&food. Jeśli pasjonuje nas życie i historia mieszkańców danego regionu, warto skupić się na informacjach oznaczonych travel&culture. Propozycje aktywnego spędzania czasu znajdziemy pod ikoną travel&active. Jeśli kochamy przyrodę, w poszukiwaniu spokoju pośród natury pomoże nam zakładka travel&nature. Jeśli marzy nam się bardziej spokojny odpoczynek, atrakcji szukajmy pod znakiem travel&relax. Natomiast jeśli chcemy zapewnić ciekawe atrakcje naszym małym pociechom, warto poczytać strony opatrzone frazą travel&family.

Seria „Travel&Style” właśnie stała się moją ulubioną serią Wydawnictwa Bezdroża. Mnóstwo przepięknych zdjęć, kolorowych map, praktycznych informacji i cała masa ciekawostek sprawia, że nie można się od niego oderwać. Chociaż Sycylię zostawiłam sobie na „kiedyś”, to po przeanalizowaniu tego przewodnika mam ochotę kupić bilet, spakować walizkę i czym prędzej pognać na tę włoską wyspę. Jeśli nie w tym roku, na pewno będzie ona moim priorytetem w kolejnym.

Za książkę dziękuję:

Amy Reed „Dziewczyny znikąd”

Żyjemy w bardzo dziwnych czasach. W czasach, w których seksizm, rasizm, homofobia i nierówność społeczna nadal silnie funkcjonują, niezależnie w którym zakamarku świata mieszkamy. Dotyczy to każdej narodowości, osób każdego koloru skóry, ludzi biednych i lepiej usytuowanych, z dużych i małych miejscowości. Najnowsza książka Amy Reed ujawnia brutalna prawdę, ale z drugiej strony daje nadzieję, że zmiana sposobu myślenia jest naprawdę blisko.

Grace Slater jest nowa w mieście. Jej rodzina opuściła społeczność baptystów po tym, jak jej matka stała się zagorzała liberałką. Rosina Suarez z rodziny meksykańskich imigrantów marzy o graniu punkowej muzyki. Erin DeLillo – dziewczyna z zespołem Aspergera – fascynuje się biologią morską i serialem „Star Trek”. Kiedy Grace dowiaduje się, że mieszkająca wcześniej w jej nowym domu Lucy Moynihan została wykluczona ze społeczności i uciekła z miasteczka, bo miała oskarżyć grupę popularnych miejscowych chłopaków o gwałt, postanawia zwalczyć o sprawiedliwość. Grace, Erin i Rosina postanawiają pomścić zbiorowy gwałt na koleżance, o którym milczy lokalna społeczność. Wraz z przyjaciółkami zakłada anonimowe zrzeszenie dziewcząt w liceum, które ma przeciwstawić seksizmowi i kulturze gwałtu szerzącej się w lokalnej szkole. Nazywają siebie Dziewczynami Znikąd, a niebawem ich idea przeradza się w ogromny ruch feministyczny, który ma potencjał i realną moc zmieniania rzeczywistości.

Początkowo sądziłam, że książka „Dziewczyny Znikąd” adresowana jest dla nastolatek. Chociaż bohaterkami są licealistki, które zmagają się z typowymi dylematami nastolatek, to tak naprawdę problemy w niej poruszane mają głębsze znaczenie – dotyczą każdej kobiety, niezależnie ile ma lat i gdzie mieszka. Jednak Amy Reed napisała coś, co jest szalenie ważne dla kobiet w każdym wieku, obok czego nie można obojętnie przejść. Książka zmusza do myślenia i konfrontacji z głęboko zakorzenioną niechęcią i uprzedzeniami, a także podkreśla istotę kobiecej siły i zrozumienia dla siebie nawzajem i sytuacji, z którymi mamy do czynienia. To także manifest feminizmu, w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Za książkę dziękuję:

Nostalgia i zachwyt. Zachody słońca na Santorini

W Grecji nie byłam ładnych kilka lat. Nie planowałam tam zawitać w tym roku, miałam inne plany podróżnicze, jednak Grecja nie była na mojej tegorocznej liście. W czasach pandemii trudno przewidzieć, jak sytuacja w danym kraju będzie się rozwijać. W tym okresie miałam lecieć do Hiszpanii, ale intuicja podpowiedziała mi, żebym na razie sobie darowała. Z ciężkim bólem serca zrezygnowałam z wyjazdu do mojego ukochanego kraju i kupiłam bilet na Santorini, chociaż nie wiedziałam, co się wydarzy. Miałam obawy czy mój upragniony urlop dojdzie do skutku i na jakich warunkach. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i spędziłam tam wspaniałe chwile. Dziękuję mojej intuicji za zmianę destynacji i przypomnienie mi o tym, jak bardzo za Grecją tęskniłam.

O samym Santorini pisałam wcześniej (link do wpisu tutaj), cóż ja jednak wtedy mogłam wiedzieć o tej cudowniej wyspie, spędzając na niej zaledwie niecały jeden dzień? Jednak dzisiejszy wpis nie będzie o jej atrakcjach (o tym napiszę później), ale o zachodach słońca. Chociaż swoją drogą śmiało można je wpisać na listę najpiękniejszych atrakcji Santorini, bo do tej pory nigdzie nie widziałam piękniejszych.

Oia

To pocztówkowe miejsce reklamuje nie tyle samo Santorini, ale nawet i całą Grecję. To właśnie tutaj zjeżdżają się wszyscy turyści z całej wyspy, by podziwiać bajkowy zachód słońca. Trudno się dziwić, bo robi piorunujące wrażenie. Poza tym Oia jest piękna nie tylko o zachodzie słońca. Faktycznie, ludzi szukających skrawka ziemi było od groma, influenserzy, profesjonalni fotografowie (i ci mniej profesjonalni również) szukali najlepszego miejsca, żeby uwiecznić ten magiczny moment. Sama nacykałam chyba z tysiąc zdjęć, by mieć pewność, że zrobiłam najlepsze ujęcie 🙂 Swoja drogą, nawet nie chcę myśleć, co się tam dzieje, w „normalnych” warunkach bez pandemii, kiedy w sezonie turystów jest pięć razy więcej!

Imerovigli

Na ten zachód słońca trafiłam przez przypadek. Tego dnia zafundowałam sobie 10 kilometrowy „spacer” z miasteczka Oia do Firy – stolicy wyspy. Zajęło mi to zdecydowanie nieco więcej czasu niż przypuszczałam, a nie chciałam po nocy włóczyć się po stromych zboczach Santorini, dlatego też w połowie trasy dostałam speeda, bo słońce szybko chyliło się ku zachodowi. Ostateczny zachód słońca zastał mnie w miasteczku Imerovigli, które znajduje się na trasie trekkingowej. Tego dnia nawet nie planowałam podziwiać zmierzchu, a jedynie przetrwać swój „spacer”, nie dostać udaru i w jednym kawałku dotrzeć do celu. Los zdecydował inaczej, za co jestem mu wdzięczna – dostarczył mi niezapomnianych widoków.

Skaros Rock

Czy będę dziwna, jeśli powiem, że ten zachód słońca zrobił na mnie dużo większe wrażenie od tego w malowniczym i pocztówkowym miasteczku Oia? Na Skaros wybrałam się w ciągu dnia, by pochodzić po tych skałkach, ale stwierdziłam, że posiedzę tam i poczekam na zachód słońca. Chociaż widok z góry był imponujący, to jednak zachwycający pejzaż rozgrywał się u stóp skały, gdzie znajdował się uroczy kościółek z widokiem na wulkan i cypel wyspy.

Pyrgos

To był mój ostatni zachód słońca na Santorini. Specjalnie pojechałam do niewielkiego miasteczka Pyrgos, by móc nacieszyć oko słońcem zmierzającym ku horyzontowi. Co prawda nie był tak malowniczy jak pozostałe, ale i tak robił wrażenie.

Perissa – wschód słońca

Skoro podziwiałam tyle zachodów słońca, nie mogłam przegapić chociaż jednego wschodu. Ostatniego dnia mojego pobytu namówiłam współlokatorów z pokoju, wstaliśmy rano i poszliśmy na plażę obejrzeć wschodzące słońce. Cóż mogę powiedzieć, nie należę do rannych ptaszków (zdecydowanie zaliczam się do nocnych marków), dlatego udało się tylko z jednym wschodem, ale powiem jedno: żałowałabym, gdybym wyjechała nie widząc tego cudownego zjawiska, jakim jest wschód słońca na sanatorskiej czarnej plaży.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.