Natalia Kołaczek „I cóż, że o Szwecji”

Wpadłam w jakiś amok, jeśli chodzi o książki dotyczące Szwecji, cały czas mogę się w nich zaczytywać. Szwecja wysoko widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń. Gdyby nie ten cały wirus, w tym roku miałam tam eksplorować ten kraj. Póki co pozostają mi właśnie książkowe podróże po tym państwie. „I cóż, że o Szwecji” Natalii Kołaczek jest swego rodzaju przewodnikiem po tym kraju., zwłaszcza dla laików takich jak ja, którzy wiedzę o Szwecji czerpią jedynie z książek i filmów.

O Szwecji w powszechnej opinii krąży wiele informacji i mitów. W jednych z nich drzemie sporo prawdy, inne są całkowitą fikcją. Jedno jest pewne – Szwecja jest niesamowitym krajem. Mieszkańcy tego kraju postrzegani są jako serdeczni i otwarci, ale jednak nieco chłodni i zdystansowani ludzie. Szwecja, z którą graniczymy przez Bałtyk, jest nieco inna niż nasza ojczyzna.  W ich kraju panuje zimniejszy klimat i lato trwa krócej. Stopa życiowa jest wyższa niż w wielu krajach Europy. Dzieci znają Szwecję z lektury o sympatycznych rówieśnikach z Bullerbyn. Czy jest możliwe, żebyśmy mieli coś wspólnego (poza historią) ze Szwecją?

Z lektury książki dowiemy się czym jest syndrom Bullerbyn, jak dogadać się z uchodzącym za introwertycznego i małomównego Szwedem, dlaczego w sklepowej kasie okazuje się, że płacicie inaczej niż sobie policzyliście, dlaczego Szwedzi uważają, że królewskie dzieci są traktowane niesprawiedliwie, pogotujemy z niestroniącym od przekleństw Food Emperorem, poznamy wszelkie możliwe powody do świętowania, uzyskamy odpowiedź na to przez ile lat szwedzka zabudowa będzie jeszcze tak charakterystycznie czerwona i dowiemy się jak przejawia się słynne szwedzkie równouprawnienie. Jednym zdaniem – to prawdziwe kompendium wiedzy o tym północnym kraju.

Książka „I cóż, że o Szwecji” to swoisty przewodnik po tym kraju. Znajdziemy w niej wiele ciekawostek obyczajowych, kulturowych, historycznych, przyrodniczych czy kulinarnych. Autorka starała się opowiedzieć dosłownie wszystko o tym kraju. Mam wrażenie, że momentami chce przekazać za dużo informacji na na raz i robi się chaos. Nie mniej jednak Natalia Kołaczek to prawdziwa miłośniczka Szwecji, w końcu nie na darmo przeprowadziła się do tego kraju. Natalia Kołaczek żyje Szwecją, jest nią i jest w niej. W książce czuć jej fascynację i z pasją opowiada nie tylko o dobrych, ale także i złych stronach życia w Szwecji. Książka jest niezwykle lekka w odbiorze, napisana przystępnym stylem. Natomiast przepiękne zdjęcia zachęcają, by jak najszybciej odwiedzić ten kraj. „I cóż, że o Szwecji” to książka nie tylko dla miłośników tego państwa, ale również dla laików, którzy planują swoją podróż do Szwecji.

Za książkę dziękuję:

Wiktoria Michałkiewicz „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie”

Szwecja to dla mnie ciągle wielka niewiadoma. Chociaż nigdy tam nie byłam, namiętnie czytam niemal każdą książkę o tym kraju. Coś mnie w nim fascynuje i pociąga. Dlatego też ochoczo sięgnęłam po debiutancką książkę Wiktorii Michałkiewicz. Nie jest to jednak barwny przewodnik po szwedzkości, ani reportaż opiewający geniusz Szwedów, wręcz przeciwnie – to drugie, mroczne oblicze tego narodu.

Szwecja to specyficzny kraj. Z jednej strony to oaza równości, otwartości, tolerancji i ekologii. Szwedzi uważani są za jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Z drugiej zaś niepokój społeczny i wszędzie wkradająca się poprawność polityczna, która ostatecznie prowadzi do rasizmu i ksenofobii. Dlatego w ostatnim czasie tak bardzo na popularności zyskały wszelkie ruchy i idee nacjonalistyczne. Czy faktycznie XXI-wieczna Szwecja jest takim rajem, za jaki uważają go imigranci i turyści?

Wiktoria Michałkiewicz stara się dowiedzieć, jak to się stało, że narodził się szwedzki nacjonalizm i przekonanie o wyższości własnej rasy nad innymi. Oczywiście doskonale widać wątek historyczny związany z nazizmem. Chociaż w trakcie II wojny światowej Szwecja starała się zachować neutralność, to jednak zezwoliła na transport wojsk III Rzeszy na terenie kraju. Oprócz wprowadzenia w historię Szwecji ostatnich dwóch wieków, porusza temat ról społecznych i ewolucji poglądów w tym zakresie. Co więcej, autorka przeprowadziła szereg rozmów nie tylko z szeregowymi Szwedami, ale także przeprowadziła wywiady także z politykami nacjonalistycznej partii Szwedzkich Demokratów – zwraca uwagę jak ich język zmieniał się na przestrzeni lat, jak tonowali swoje wypowiedzi, ujmując eufemistycznie rasistowskie postulaty. Nie pominęła również najbardziej kontrowersyjnego zagadnienia, dotyczącego miejsca w szwedzkim społeczeństwie dla obcokrajowców i uchodźców. Rozmawiała także z imigrantami przybyłymi w latach 70. ubiegłego wieku i na początku XXI wieku.

Mam nieco mieszane uczucia co do tej książki. Nie tego się spodziewałam. Przez kilka pierwszych rozdziałów autorka opisuje dumną historię Szwedów. Jednak skupia się na takich aspektach jak wielka emigracja czy czasy II wojny światowej, by potem przeskoczyć na tematy obozów koncentracyjnych. „Wstęp”, czyli tak naprawdę ponad połowa książki, to szwedzka historia dwóch ostatnich wieków w pigułce. Momentami książka  jest niezrozumiała, bo przeplatają się w niej rożne wątki, które niekoniecznie są ze sobą spójne.

Nie mniej jednak treść reportażu „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” zaciekawia, wzbudza emocje i daje do myślenia. Reporterka rzetelnie zebrała informacje, korzystała z wielu źródeł, dotarła do przedstawicieli Szwedzkich Demokratów, naukowców i imigrantów, rozmawiała z nimi i przeprowadziła liczne wywiady. Wiktoria Michałkiewicz bardzo dobrze tłumaczy, co zadziało się w przeszłości i co determinuje szwedzką teraźniejszość.

Za książkę dziękuję:

Troki. Malowniczy zamek na wodzie

Ta niewielka litewska miejscowość kryje w sobie bogactwo historycznych pamiątek, na czele ze średniowiecznym zamkiem położonym na samym środku jeziora. To jedno z najciekawszych i najbardziej atrakcyjnych turystycznie miejsca na całej Litwie. Również ze względu na swoje niezwykle malownicze położenie, ponieważ Troki leżą na pagórkowatym, porośniętym lasami terenie, obfitującym w jeziora.

Krótka historia Troków

Troki były drugą stolicą Litwy. Początkowo siedziba władzy znajdowała się w Starych Trokach, potem przeniesioną ją do Nowych Trok, których położenie było bardziej dogodne pod względem strategicznym. Pierwsze wzmianki o tej miejscowości pochodzą z drugiej połowy XIV wieku.  Zamek odgrywał ważną rolę obronną podczas walk z Krzyżakami. Pod koniec XIV wieku do Trok zostali sprowadzeni z Krymu Karaimowie. Był to jeden z elementów polityki zaludniania mało rozwiniętych obszarów Wielkiego Księstwa. Troki były pierwszym miejscem osiedlenia Karaimów i na długie lata pozostały ich głównym ośrodkiem na Litwie.

Kilka słów o Karaimach

Karaimowie, obok Tatarów, to jedno z najstarszych plemion tureckich. Religia karaimska jest odłamem judaizmu, który wyodrębnił się w VIII wieku wśród Żydów mieszkających w Mezopotamii. Karaimowie uznają wyłącznie Stary Testament, odrzucając tradycję, zarówno pisaną, jak i ustną. Język karaimski należy do grupy języków tureckich. W średniowieczu wpływy Karaimów zaczęły się rozszerzać również na państwa Europy Wschodniej – zaczęli się osiedlać na wybrzeżu Morza Czarnego.

Na Litwie Karaimowie pojawili się prawdopodobnie w XIV wieku. Według przekazów miał ich tu sprowadzić z Krymu książę Witold. Początkowo zamieszkiwali jedynie obszar między trockimi zamkami – dzisiaj jest to ulica Karaimska. Później zaczęli osiedlać się w wielu innych miastach, między innymi Birżach i Poiewieżu.  Troki pozostały ich centrum administracyjnym i religijnym. Karaimowie do dnia dzisiejszego mieszkają w tym mieście w skromnych, kolorowych i drewnianych domkach, których cechą charakterystyczną są trzy okna od ulicy: jedno dla Boga, drugie dla Witolda, a trzecie dla domowników.

Zamek na wyspie

To jedyny zamek w Europie Wschodniej położony na wyspie. Był ulubioną siedzibą księcia Witolda, który wzniósł go w miejscu poprzedniej drewnianej budowli. Zamek był także siedzibą kilku kolejnych wielkich książąt litewskich. Później pełnił rolę więzienia politycznego, a potem popadł w ruinę. Podczas wojny z Moskwą w XVII wieku został doszczętnie zniszczony. Odrestaurowano go dopiero w XX wieku, wcześniej zaś turyści mogli podziwiać jedynie ruiny.

Gotycka budowla składa się z dwóch części: zamku górnego i dolnego. Całość otaczają mury i fosa. Wewnątrz znajduje się muzeum z ekspozycją poświęconą historii Trok i przyległym terenom oraz trockim Karaimom. Na zwiedzenie zamku najlepiej poświęcić około 2 godzin. W salach można zobaczyć stroje z dawnych czasów, materiały z jakich zbudowany był pierwszy zamek oraz pieniądze, których używano w czasach jego świetności. Na ścianach niektórych komnat wiszą mapy i obrazy, które ukazują potęgę Wielkiego Księstwa Litewskiego. Uzupełnieniem tego są liczne eksponaty oręża rycerskiego oraz sztuki użytkowej z tamtych czasów (pieczęcie szlacheckie, numizmaty, kolekcja fajek itp).

Na zewnątrz zamek robi piorunujące wrażenie, zwłaszcza z odległości – świetnie kontrastuje z błękitem otaczającej go wody.

Jak z Wilna dojechać do Trok?

Troki znajdują się około 25 km od stolicy Litwy. Z dworca autobusowego kursuje kilkanaście autobusów w ciągu dnia, a przejazd trwa 30-50 minut. Cena za bilet wynosi ok. 2 euro. Warto spędzić tam połowę dnia – tyle czasu wystarczy, by dojść do zamku, zwiedzić go, podziwiać po drodze karaimską zabudowę oraz zjeść lokalny obiad.

Godziny pracy:

październik – kwiecień:
Poniedziałek – piątek:  8:00  – 17:00
Sobota, niedziela:  10.00 – 17.00

maj – wrzesień:
Poniedziałek – niedziela:  9:00  – 18:00

Ceny biletów od 1 lipca:
8,00 € dla dorosłych
4,00 € dla uczniów i studentów,
4,00 € dla seniorów

Strona internetowa ze szczegółowymi informacjami: http://trakai-visit.lt/pl/

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Amman. Stolica kurzu, hałasu i korków

Amman… Na samą myśl o tym mieście przechodzą mnie dreszcze. Do tej pory nie byłam jeszcze w tak brudnym, hałaśliwym i zatłoczonym mieście. Zawsze marzyłam, by przemierzać ulice magicznych, egzotycznych bliskowschodnich miast rodem z „Baśni 1001 nocy”. Jak się okazało, Amman nie wliczał się do tego marzenia. Niestety nie dało rady ominąć na mojej trasie, bo przylot i wylot odbywał się właśnie ze stolicy Jordanii. Chcąc nie chcąc, musiałam się tam pojawić. Muszę powiedzieć, że Amman to najbrzydsze miasto, w jakim kiedykolwiek byłam. Poza tym, ciekawskie, wścibskie i momentami złowrogie spojrzenia mieszkańców sprawiały, że czułyśmy się tam bardzo niepewnie.

Stolica Jordanii zamieszkiwana jest przez co najmniej 2,5 mln mieszkańców, ale łącznie z terenami podmiejskimi liczba ta może wynosić nawet 4 mln! Oznacza to, że Amman jest nie tylko największym miastem w kraju, ale gromadzi też ponad połowę mieszkańców całej Jordanii. Czuć to na każdym kroku: niekończące się korki, gwar i hałas, tłumy ludzi na ulicach. Amman zazwyczaj traktowany jest jako baza wypadowa do centralnej Jordanii, np. nad Morze Martwe, Dżaraszu czy Madaby.

Tak naprawdę historia miasta sięga czasów biblijnych. W Starym Testamencie przeczytamy o mieście Rabbath Ammon, stolicy Ammonitów, w której rządził Król Dawid. Około trzysta lat przed narodzinami Chrystusa miasto podbili Egipcjanie, którzy zmienili jego nazwę na Filadelfię. Następnie po przejęciu terenów przez Bizancjum, Nabatejczycy zaczęli stosować nazwę Amman. Od 635 roku Amman pozostawał pod panowaniem Arabów. Znaczenie Ammanu stopniowo spadało od chwili nadejścia islamu, szczególnie po przeniesieniu stolicy kalifatu z Damaszku do Bagdadu. W końcu od XVI wieku pozostawał Amman pod panowaniem tureckiego imperium osmańskiego. Od tego czasu aż do modernizacji i rozwoju w XX wieku, dzisiejsza stolica Jordanii pozostawała nikomu nieznaną, małą i nic nie znaczącym punktem na mapie.

Amman wyrósł niemal od postaw po I wojnie światowej na pustyni, na stromych zboczach i w głębokich dolinach okresowych rzek. To właśnie dzięki temu położeniu miasto może być dumne z wielu oryginalnych punktów widokowych. Właśnie z tego powodu nie ma tu praktyczne prostych ulic, a stromość zboczy może przyprawić o zawrót głowy i palpitacje serca. Co chwila pomiędzy budynkami przeciskają się wąskie przejścia i schody, skracające drogę między tarasowo ułożonymi ulicami. Przybywając do Ammanu zobaczymy głównie ogromne osiedla mieszkaniowe, które przecinają dziesiątki zatłoczonych dróg. Patrząc na panoramę miasta odnosi się wrażenie, że te wszystkie domy zbudowane są dykty, a w najlepszym przypadku z gliny. Miasto nie może poszczycić się wieloma zabytkami. Miłośnicy wielkich miast, tym bardziej egzotycznych, mogą czuć się zawiedzeni. Jeśli jednak znajdziecie się w Ammanie, jest kilka wartych uwagi miejsc do zobaczenia.

Co warto zobaczyć w Ammanie?

Teatr antyczny

To chyba najbardziej znana zabytkowa budowla Ammanu, która jest doskonale zachowana i robi wrażenie. Obiekt prawdopodobnie powstał za czasów Marka Aureliusza. Leży u podnóża cytadeli i jest dobrze widoczny z jej szczytu. Jego obecny wygląd to efekt rekonstrukcji podjętej w latach 50-tych ubiegłego wieku. Odsłonięto wtedy widownię przysypaną gruzem i pyłem, ale także odtworzono znaczne fragmenty oraz część proscenium. Warunki terenowe pozwoliły, by widownię wykuto w skałach stromego zbocza doliny. Mogło tu zasiąść co najmniej 6 tysięcy widzów, najzamożniejsi mieli miejsce w dolnych rzędach, a górne zajmowali biedniejsi. Niegdyś u stóp teatru znajdowała się niewielka świątynia, w której odkryto fragment posągu bogini Ateny, który obecnie przechowywany jest w Muzeum Jordańskim.

Na wyższe poziomy prowadzą strome schodki, na których trzeba zachować szczególną ostrożność, ponieważ wypolerowane stopnie są bardzo śliskie. Obiekt usytuowano względem stron świata, bo przez znaczną część dnia widownia pozostaje w cieniu, natomiast scena jest lepiej oświetlona.

Cytadela

Od strony północnej miasta dominuje wyniosłe wzgórze Dżabal al-Kalat, czyli cytadela. To właśnie tutaj przed wiekami znajdowała się forteca, nazywana Rabbat Ammon – dawna stolica państwa Ammonitów. Z murów roztaczają się piękne widoki na sąsiednie wzniesienia i doliny. To najwyższy punkt miasta położony na wysokości 850 metrów nad poziomem morza. Ze szczytu doskonale widać teatr oraz ogromne tereny miasta, które okazuje się nie mieć końca. Na obszarze cytadeli znajduje się kilka interesujących pozostałości budynków.

  • Świątynia Herkulesa

Do dnia dzisiejszego z budowli stojącej na kamiennym postumencie zachowały się tylko dwie całe kolumny z korynckimi kapitelami oraz pozostałości innych kolumn. Niegdyś była to najważniejsza świątynia w mieście. To najbardziej imponująca budowla na terenie Cytadeli. Robi duże wrażenie, zwłaszcza na tle zachodzącego słońca.

  • Pozostałości kościoła bizantyjskiego

Wykopaliska archeologiczne odsłoniły fundamenty i fragmenty kolumn bazyliki z V lub VI wieku.

  • Pałac Umajjadów

Pozostałości murów i ścian labiryntu różnych pomieszczeń, które były częścią wielkiej rezydencji kalifów z dynastii Umajjadów. Mury zostały wzniesione pod koniec VII lub w pierwszej połowie VIII wieku.

Meczet króla Abdullaha

Ten ogromny dom modlitwy muzułmanów upamiętnia pierwszego króla Jordanii, Abdullaha. Wyróżnia go błękitna kopuła o średnicy 35 m, zaś sala modlitewna jest w stanie pomieścić 7 tysięcy wiernych. Obiekt powstał w latach 80-tych XX wieku. Co ciekawe, po drugiej stronie ulicy, na wprost do meczetu, znajduje się kościół chrześcijański – główna świątynia ammańskiego patriarchatu Koptów egipskich. Takie sąsiedztwo nie byłoby tolerowane w innych krajach muzułmańskich, ale Jordania jest tolerancyjnym krajem i obie religie koegzystują pokojowo i są pod ochroną państwa.

Downtown – kolorowe oblicze Ammanu

No dobrze, żeby nie było – gdzieniegdzie w Ammanie pojawiają się jakieś kolory i przyjemniejsze miejsca. Samo centrum miasta to zbiorowisko licznych sklepów z pamiątkami, przepięknymi tradycyjnymi strojami oraz całą masą street foodów. Na straganach można kupić kosmetyki z minerałami z Morza Martwego, lokalne przysmaki, przyprawy, rękodzieło czy spróbować miejscowych smakołyków, np. słynną kuftę.

Hashem Restaurant – obowiązkowe miejsce na kulinarnej mapie Ammanu

Żeby zjeść prawdziwy jordański posiłek, koniecznie trzeba się wybrać do restauracji Hashem. To legendarne miejsce, znane zarówno wśród turystów, jak i miejscowych, gdzie serwowane są przekąski w stylu bliskowschodnim, między innymi falafele, hummus, mutabal czy baba ghanusz. Podobno nawet sam król Jordanii wraz z rodziną czasami pojawia się w tym miejscu. Restauracja nie robi piorunującego wrażenia, wręcz przeciwnie, a nazywanie tego miejsca restauracją to za dużo powiedziane. Szczerze przyznam, że sama z siebie bym tam nigdy nie weszła i ominęła szerokim łukiem, gdybym nie przeczytała tyle świetnych rekomendacji na jego temat. To nieco ponure i obskurne miejsce, z przezroczystą folią zamiast porządnej ceraty i bez posługiwania się sztućcami. Jednak potrawy tam serwowane rekompensują wszelkie niedogodności i łagodzą negatywne wrażenie – nigdzie nie jadłam lepszych falafeli i hummusu, a na samą myśl cieknie mi ślinka 🙂

Co z tym Ammanem?

Czy przybyłabym ponownie do stolicy Jordanii? Chyba nie. Nie – po prostu. O ile do samej Jordanii bardzo chciałabym jeszcze zawitać (kilka miejsc do zobaczenia jeszcze mi zostało), o tyle następnym razem zaplanuję swoją podróż w taki sposób, żeby ominąć Amman. A przynajmniej znaleźć się tam tylko przejazdem. Chociaż Jordańczycy z południa kraju są przemiłym narodem, to w samej stolicy miałam zupełnie inne odczucie. Przechadzając się ulicami robiłyśmy furorę i wzbudzałyśmy nie lada sensację – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Ludzie zachowywali się tam, jakby po raz pierwszy widzieli białą, blondwłosą kobietę. Kobiety patrzyły na nas z pogardą, mężczyźni zaś z agresywnym pożądaniem. Miałyśmy jeszcze kilka nieprzyjemnych i momentami niebezpiecznych sytuacji, ale o tym nie chcę pisać. Może kiedyś stworzę osobny post na ten temat.

Tutaj więcej postów na temat Jordanii:

„Mrs. America”

Stany Zjednoczone, lata 70-te XX wieku. Kraj wielkich możliwości, potęga gospodarcza świata, kraina mlekiem i miodem płynąca. Przynajmniej taką łatkę ma USA. Jednak coś w tym państwie nie działa prawidłowo, bo nie ma równości, tolerancji i akceptacji. Dotyczy to kobiet, osób etnicznego pochodzenia oraz mniejszości seksualnych, narodowych i religijnych. Nadciąga druga fala feminizmu, na czele której stoją takie postaci jak Gloria Steinem (Rose Byrne) – feministka i niezależna dziennikarka, Betty Friedan (Tracey Ullmann) – feministka i pisarka, autorka kultowej „Mistyki kobiecości”, Shirley Chisolm (Udo Aduka) – pierwsza kobieta Afroamerykanka walcząca o prezydenturę czy Bella Abzug (Margo Martindale) – prawniczka i polityk, członkini Izby Reprezentantów. Te wybitne kobiety na stałe zapisały się na kartach amerykańskiej historii.

„Mrs. America” przenosi nas do Ameryki lat 70., w której grupa zaangażowanych i mocno zmotywowanych feministek walczy o wprowadzenie poprawki do konstytucji USA. ERA, czyli Equal Rights Amendment, dotyczyła równości płci i została przygotowana już na początku XX wieku, ale dopiero w latach 70. miała szansę wejść w życie, gdyż przegłosował ją kongres Stanów Zjednoczonych. Jednak by rzeczywiście się to stało, musiało zatwierdzić ją 38 stanów. Mówi się, że osobą, która stała za jej zablokowaniem jest Phyllis Schlafly (Cate Blanchett). Wraz z innymi gospodyniami domowymi zakładają ruch, który ze wszystkich sił ma zatrzymać rozpędzone już na drodze do ratyfikacji prawo.

Serial pokazuje dwie strony medalu walki o równouprawnianie. Z jednej mamy feministki i kobiety, które domagają się swoich praw, chcą legalnie pracować i dostawać równą płacę, zalegalizować aborcję oraz związki homoseksualne. Z drugiej strony pojawiają się konserwatywne gospodynie domowe, pragnące pozostać w domu, rodzić dzieci i piec chleb swoim mężom. Są przekonane, że liberalne feministki stanowią zagrożenie dla tradycyjnej rodziny i za wszelką cenę pragną zniszczyć szczęście amerykańskich kobiet. Nieprawdopodobne że kobieta jest w stanie zgotować innej kobiecie taki los. Kobiety, które żyją za pieniądze mężów, gardzą homoseksualistami, aborcję uważają za morderstwo, homoseksualne dzieci nazywają zboczeńcami, popierają przemoc domową i szydzą z kobiet niezależnych domagają się, żeby wszystkie obywatelki Ameryki żyły jak i one. Zabawne, że kobiety, które nie chcą pracować, z całych sił walczą, a więc angażują się w ten „projekt” i poświęcają mu całą uwagę, tym samym stają się kobietami pracującymi. Ot, taki paradoks.

Obsada serialu jest imponująca. Mamy tutaj zbiór utalentowanych aktorek, jak Rose Byrne, Sarah Paulson, Udo Aduka czy Elizabeth Banks, które świetnie sportretowały swoje bohaterki. Nie wspomnę o genialnej Cate Blanchett, której postać tak naprawdę jest smutna i dramatyczna. Wzorowa matka i żona oraz perfekcyjna pani domu, która świeci przykładem dla innych kobiet, zakłada własny ruch, który ma na celu zatrzymać projekt ERA. Phyllis tak bardzo wsiąka w świat polityki, że jej działalność zaczyna przesłaniać to, o co właściwie walczy. Chociaż domaga się, by kobiety nie pracowały i siedziały w domu z dziećmi, tak naprawdę marzy o władzy, dobrej edukacji i sławie. Czyli wychodzi na to, że jest po prostu hipokrytką. Na koniec się okazuje, że odwaliła kawał ciężkiej, nikomu niepotrzebnej roboty.

To, co działo się w Stanach Zjednoczonych ponad 50 lat temu, ciągle jest aktualne w dzisiejszych czasach. Mam wrażenie, że nadal nie ma równouprawnienia, tolerancji i społecznej akceptacji, a historia zatacza koło. Chociaż odnosi się to do innego kontekstu, to ciągle musimy coś udowadniać i domagać się uznania w oczach społeczeństwa i polityków. „Mrs. America” to świetny serial w klimacie retro z genialnymi aktorkami w obsadzie oraz fantastycznymi kostiumami i scenografią. Serial sprawnie łączy politykę z osobistymi historiami wszystkich bohaterek, świetnie oddaje klimat lat 70., jednocześnie nie popadając w nostalgię i tęsknotą za minionym okresem. Gorąco polecam!

Serial dostępny na platformie HBO GO

Laila Shukri „Jestem żoną terrorysty”

„Jestem żoną terrorysty” to opowieść o kobiecie, która została rozkochana i uwiedziona, aby urodzić terrorystę samobójcę. To również swego rodzaju świadectwo o rodzinach zaangażowanych w terroryzm, o których się nie mówi. Laila Shukri wysłuchała historii jednej z Polek, aby opowiedzieć ją światu.

Zaskakujące, że scenariusz zazwyczaj jest taki sam: kobieta poznaje nieziemsko przystojnego mężczyznę, który jest szarmancki, elegancki i hojny. Ów mężczyzna stara się przychylić nieba swojej wybrance: zaprasza na romantyczne kolacje, zabiera na egzotyczne wycieczki, kupuje luksusowe rzeczy. Zakochana na całego kobieta postanawia rzucić całe swoje dotychczasowe życie i przekonania i postanawia wziąć z nim ślub. Potem jest już coraz gorzej. Ukochany przestał być tak szarmancki i hojny, a za każdy sprzeciw i niesubordynację wymierza surową karę. Nie inaczej było w przypadku Klaudii, która po rozstaniu z długoletnim partnerem niespodziewanie zostaje wyrzucona z pracy. Decyduje się na podróż do Maroka, która miała pomóc jej odzyskać utraconą równowagę duchową i psychiczną. Poznany w egzotycznym kraju Raszid szybko zdobywa jej serce, pokazując jej najpiękniejsze zakątki własnej ojczyzny. Kiedy mężczyzna proponuje jej przyjazd do niego do Londynu, Klaudia ma nadzieję na znalezienie u jego boku szczęścia. Nie zdaje sobie sprawy, że znajdzie się w mackach najniebezpieczniejszej siatki terrorystycznej, której głównym celem jest szkolenie dzieci na terrorystów samobójców. Natomiast jej zadaniem miało być rodzenie jak najwięcej liczby chłopców, którzy mieliby dołączyć do dżihadu…

Książki Laili Shukri szokują i wprawiają w osłupienie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że są to prawdziwe historie, nie żadna fikcja. „Jestem żoną terrorysty” na początku wydaje się być tanim romansem, ale potem autorka odpala prawdziwą bombę emocjonalną. Tym razem dotyka sfery terroryzmu oraz wykorzystywania kobiet i dzieci przez dżihadystów. Laila zagłębia się nie tylko w historię Klaudii, ale także powołuje się na szereg faktów dotyczących terroryzmu czy „świętej wojny”, do której pod każdym względem dążą muzułmanie. Książka zakończyła się w dziwnym momencie, po prostu się urwała. Chciałabym wiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy Klaudii i jej dziecka.

Autorka porusza szereg trudnych, przemilczanych i niebezpiecznych tematów. Laila opisuje historie pod pseudonimem i w wielkiej tajemnicy, sama zaś jest żoną arabskiego szejka, który nie ma pojęcia o jej pracy. Chociaż wydaje się być szczęśliwa, to jak sama przyznaje nie wie, co by się z nią stało, gdyby mąż dowiedział się o jej „hobby”. Książkę „Jestem żona terrorysty” jak najbardziej polecam, by mieć pogląd na to, jakie niebezpieczeństwa czyhają we współczesnym świecie. Ostrzegam jednak, że to kawał mocnej i ciężkiej lektury.

Jeśli chcecie poczytać więcej tego typu książek na ten temat, to polecam również te pozycje:

 

Za książkę dziękuję:

Filip Skrońc „Nie róbcie mu krzywdy”

XXI wiek. Mamy dostęp do najnowocześniejszych gadżetów elektronicznych, konstruujemy maszyny, o których nawet nie śniło się naszym przodkom, jesteśmy w stanie uratować niemal każde życie, wznosimy budynki sięgające nieba czy latamy samolotami, które coraz szybciej pokonują dystans. To wszystko zawdzięczamy nauce i technice. Jednak w XXI wieku istnieją na świecie państwa, w których mimo, iż ludzie korzystają z tego dorobku cywilizacyjnego, to oprócz tego polują na drugiego człowieka. Wierzą, że za pomocą części ciała albinosa odmienią swoje dotychczasowe życie.

Takie barbarzyństwo praktykowane jest między innymi w Tanzanii. Ludzie polują na albinosów, maczetami odrąbują im ręce i nogi tylko dlatego, że wyglądają inaczej od reszty społeczności. Albinosi mają bardzo jasną skórę (brak pigmentu), białe włosy, rzęsy i brwi, zaś tęczówka oka ma kolor czerwony lub niebieskawy (rzadziej). W niektórych wierzeniach afrykańskich uważa się ich za wcielenia duchów zmarłych, istnieje też przesąd, że części ciała albinosów mają magiczną moc. Barbarzyńcy potrafią zaatakować o każdej porze dnia, chociaż najchętniej robią to pod osłoną nocy, kiedy czujność domowników jest uśpiona. Jeśli nie są w stanie nikogo upolować, to w akcie desperacji plądrują groby, w których spoczywają ciała albinosów. Co się robi z upolowanymi częściami ciała? Sprzedaje na czarnym rynku za horrendalne kwoty albo idzie do lokalnego szamana, który przerabia je na magiczne mikstury, lekarstwa i amulety. Z kolei seks z albinoską ma uleczyć wszelkie choroby weneryczne, w tym HIV.

Filip Skrońc skupia się na Tanzanii, ale łącznie 18 afrykańskich państw uprawia barbarzyński proceder, jakim jest polowanie na albinosów. Autor przez lata dokumentował kolejne przypadki ataków, dociekał przyczyn tkwiących w zarówno w historii afrykańskiego kontynentu, jak i ludzkich głowach. Pojechał do niebezpiecznych miejsc, rozmawiał zarówno z samymi oprawcami, jak i ofiarami i ich rodzinami. Odwiedził zamknięte zakłady, w których mieszkają i się uczą albinoskie dzieci do ukończenia pełnoletności. Potem muszą radzić sobie same, po państwa nie stać na ich dalsze utrzymywanie. Chociaż oficjalnie rząd zakazuje i potępia polowań na albinosów a morderców surowo karze, przed Tanzanią i innymi afrykańskimi krajami jeszcze długa droga do wyjścia na prostą.

„Nie róbcie mu krzywdy” to wstrząsający reportaż, któremu  Filip Skońc poświęcił wiele lat swojej reporterskiej pracy. Ta książka to świadectwo łamania praw człowieka w Tanzanii i krajach Afryki Wschodniej, gdzie osoby z albinizmem żyją w ciągłym zagrożeniu życia. To także opowieść o dyskryminacji oraz o tym, jak jedni wywyższają się nad drugich. Również o tym, że inność jest powodem do napiętnowania. Reportaż Filipa Skońca to kawał mocnej, ale bardzo potrzebnej lektury, uświadamiającej nam, że nie możemy pozostać obojętni na cierpienie ludzie oraz przyzwalać na jakiekolwiek formy dyskryminacji.

Za książkę dziękuję: