Souad Mekhennet „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu”

Mówią, że wojna nie ma nic wspólnego z kobietami, tak samo jak „prawdziwe” dziennikarstwo. A przecież największymi ofiarami każdej wojny są przecież kobiety. Souad Mekhennet jest pierwszą dziennikarką zachodnich mediów, której udało się wrócić zza linii dżihadu. Dokonała niemożliwego i dowiodła, że w męskim świecie wojny i informacji jest miejsce dla kobiet.

Souad Mekhennet to niemiecka dziennikarka muzułmańskiego pochodzenia. Jako córka Marokańczyka (sunnity) oraz Turczynki (szyitki) nigdy nie miała łatwo w życiu. Żyjąc w niemieckim społeczeństwie jako potomkini emigrantów zawsze była dyskryminowana. Ja sama twierdzi, zdecydowała się zostać dziennikarką, by głosić prawdę. Już jako studentka i początkująca stażystka miała pod górkę, ponieważ nie jest „niemiecką Niemką”. Ludzie z branży ostrzegali ją, że z jej pochodzeniem i nazwiskiem nie uda jej się zagrzać miejsca na tym stanowisku i lepiej, żeby od razu zrezygnowała. Souad się nie poddała i z uporem udowodniała, że rzetelnie i obiektywnie potrafi opracować dany temat. Po zamachach z 11 września na Stany Zjednoczone postanowiła, że zacznie zgłębiać ten temat. Chciała zrozumieć, dlaczego na świecie dzieją się tak okrutne rzeczy oraz dotrzeć do źródła współczesnego dżihadu.

Souad odbyła tysiące rozmów i przeprowadziła mnóstwo wywiadów. Nie wahała się jechać w najbardziej niebezpieczne rejony świata, by zrozumieć, co się tam dzieje. W swojej książce dziennikarka dokładnie analizuje najważniejsze wydarzenia ostatnich lat. Już jako mała dziewczynka bacznie śledziła doniesienia z okupowanej Bośni, z przejęciem oglądała informacje o zamachu na World Trade Center, po wkroczeniu amerykańskich wojsk do Iraku – już jako dziennikarka – pojechała na miejsce, by z pierwszego rzędu informować o wydarzeniach. Potem dotarła do państw Afryki Północnej, kiedy ziemiami tymi zatrzęsła Arabska Wiosna, nie wahała się pojechać do bombardowanej Syrii i bacznie obserwowała narodziny samozwańczego Państwa Islamskiego. Relacjonowała także skutki zamachów we Francji, Belgii czy Niemczech. W tych ostatnich doznała osobistej straty.

„Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” to obszerna, bezstronna i rzetelna relacja z samego środka punktów zapalnych na świecie. Była to długa, trudna i niebezpieczna droga, by ta książka w ogóle powstała. Souad dotarła do źródeł konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie – odwiedziła wszystkie tereny, w których toczył się lub nadal się toczy się konflikt zbrojny, między innymi Afganistan, Jordania, Iran, Pakistan czy Syria. Przeprowadziła setki wywiadów – także z niebezpiecznymi członkami Al-Kaidy czy ISIS, wielokrotnie ryzykując własne życie.  „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” nie jest ostrzeżeniem przed islamskim fanatyzmem. To swoista analiza problematyki globalnego dżihadu. Souad to niezwykle odważna kobieta, która nie bała się dotrzeć do prawdziwego piekła na ziemi, by poznać prawdę i w subiektywny sposób się nią podzielić.

 

Za książkę dziękuję:

Joanna Godecka „Przestań się zamartwiać”

Każdy z nas ma swoje troski i zmartwienia, to całkiem zrozumiałe. Jeśli jednak w naszej głowie zaczynamy kreować czarne scenariusze, przejmujemy się każdą drobnostką, z łatwością wpadamy w histerię albo obsesyjnie roztrząsamy rzeczy, które akurat nie mają żadnego już znaczenia to znak, że dzieje się coś złego. Pora poukładać sobie pewne rzeczy w głowie i zacząć zarządzać swoimi emocjami. Z pomocą przychodzi najnowszy poradnik Joanny Godeckiej „Przestań się zamartwiać” ze specjalistycznymi poradami i ćwiczeniami terapeutycznymi.

Joanna Godecka to terapeutka, konsultantka i komentatorka zagadnień związanych z praktyką obecności, relacjami, poczuciem własnej wartości i samooceną kobiet. Od lat z powodzeniem prowadzi własny gabinet terapeutyczny, ale także udziela porad w mediach. Jest autorką trzech innych poradników z tej serii: „Bądź pewna siebie”, „Nie odkładaj życia na później” oraz „Szczęście w miłości”. Teraz w swojej najnowszej książce „Przestań się zamartwiać” przekonuje i radzi, w jaki sposób zmienić swój sposób myślenia, by raz na zawsze uwolnić się od zamartwiania się, czarnowidztwa i pesymizmu.

Nieprzyjemne napięcie, dyskomfort, przewlekły stres, nerwica natręctw, a czasem nawet oznaki fobii i ataki paniki. Lęk ma różne oblicza, ale jedno jest pewne – każde z nich jest szkodliwy dla naszego zdrowia i psychiki. Nieustanny pośpiech, nadmiar obowiązków, gonienie za czymś, obsesja perfekcjonizmu – wszystko to sprawia, że permanentny stres staje się nieodłącznym elementem naszego codziennego życia. Za dużo mamy na głowie, za dużą presję na sobie samych wywieramy, za bardzo chcemy być najlepsi we wszystkim i niezastąpieni. Praca, rodzina, dom, przyjaciele, pasje i zainteresowania – trudno połączyć te wszystkie rzeczy, żebyśmy byli spokojni, zawsze ktoś będzie poszkodowany. A to z kolei odbija się na naszym zdrowiu zarówno fizycznym, jak i psychicznym.

Złe samopoczucie, zmęczenie, rozdrażnienie, bezsenność, uleganie nałogom, depresja, rozluźnianie więzi rodzinnych i towarzyskich – to tylko niektóre przykłady przykrych konsekwencji. Nieustające zamartwianie się, lęk przed oceną i potencjalną krytyką, obsesyjne myślenie o czymś, tkwienie w przeszłości i czarna wizja dotycząca przyszłości, a także ataki paniki to podstawowe rodzaje stanów lękowych, które wielokrotnie doświadczamy w swoim życiu. Kumulacja tych wszystkich stanów emocjonalnych  jest balastem czasami trudnym do udźwignięcia. Każdy stan lękowy ma swoje podstawy, może wynikać np. z utraty stabilności majątkowej albo emocjonalnej, niesprawiedliwości, która ma ogromny wpływ na naszą samoocenę.

Joanna Godecka pisze bardzo praktyczne i życiowe poradniki. Nic w tym dziwnego, skoro zawodowo zajmuje się psychologią – możecie rzec. Prawda, ale wiele innych psychologów również tworzy tego typu książki, a one nie są już tak bardzo wartościowe. Autorka – czerpiąc doświadczenia wyniesione z własnego gabinetu – podpowiada, w jaki sposób możemy zmienić własne słabości w siłę oraz zyskać poczucie bezpieczeństwa, spokój wewnętrzny i równowagę emocjonalną. W swoim najnowszym poradniku (ale także w poprzednich) porusza tematy uniwersalne, które w dużej mierze dotyczą nas wszystkich. „Przestań się zamartwiać” to napisany w zabawny sposób, z humorem i dystansem, ale także profesjonalny poradnik, który inspiruje i motywuje do zmiany sposobu myślenia.

Tutaj linki do recenzji pozostałych książek Joanny Godeckiej:

 

Za książkę dziękuję:

Samarkanda. W baśni z 1001 nocy

Na samo wspomnienie o Uzbekistanie robi mi się ciepło na sercu a na twarzy pojawia szczery uśmiech radości. Tęsknię za tym ciepłym, wiosennym słoneczkiem (na początku maja temperatury wynosiły tam ok. 30 stopni – nawet nie chcę wiedzieć, jak gorąco jest tam w środku lata!), za wspaniałymi, pomocnymi i gościnnymi mieszkańcami oraz kolorowymi mozaikami, od których można było oczopląsu dostać. Kiedy pomyślę, że jakiś rok temu przygotowywałam się do swojej „wyprawy życia”, a teraz siedzę zamknięta w czterech ścianach domu, płakać mi się chce. No trudno, jest jak jest, trzeba zacisnąć zęby i przeczekać to szaleństwo. Im szybciej się to skończy, tym szybciej wrócimy do normalności i zaczniemy podróżować, nie tylko palcem po mapie.

Samarkanda była moim przedostatnim przystankiem na trasie, najbardziej wyczekiwanym miejscem. Wszystko za sprawą „Aladyna”, „Baśni z 1001 nocy” i marzeń z dzieciństwa, a zdjęcia Registanu w przewodnikach podkręcały tylko temperaturę. Nie ma co się dziwić, bo na żywo robi piorunujące wrażenie, chociaż moim namber łan jest nekropolia Szah-i-Zinda. Bez dwóch zdań Samarkanda jest fascynującym miejscem, ale…

Kiedy przybyłam do miasta, byłam nieco rozczarowana. Moje pierwsze wrażenie było negatywne, a przecież najbardziej czekałam właśnie na Samarkandę. Nie tego się spodziewałam. Dwa poprzednie miasta miały swój niepowtarzalny urok i klimat, natomiast Samarkandzie czegoś zabrakło. Miała być egzotyka pełną gębą (chociaż sama nie wiem, co to miało wtedy oznaczać), tancerki brzucha kręcące biodrami na każdym rogu (zabawne, co nie? 😀 ), a Aladyn miał czekać na mnie ze swoim latającym dywanem (ach te dziewczęce marzenia). W zamian dostałam hałaśliwe, zakorkowane, śmierdzące i brudne miasto, z ogromnymi odległościami do przejścia. Miejsca, które warto odwiedzić są rozproszone na dużym obszarze, a do wielu z nich jesteśmy zmuszeni iść pieszo. W rezultacie nie zobaczyłam wszystkiego, co chciałam, bo po całodziennym „spacerze” w upale byłam zwyczajnie padnięta. A komunikacja miejska? No cóż, raz autobus jechał, a raz nie, albo spontanicznie zmieniał swoją trasę. Nie ma tego złego, ponieważ na 1000% tam jeszcze pojadę, a wtedy nadrobię wszystkie zaległości.

Głównym ośrodkiem południowo-wschodniego Uzbekistanu jest magiczna Samarkanda, która swoim dziedzictwem sięga czasów antycznych. Aktualnie obok Buchary i Chiwy jest to najbardziej turystyczne miejsce w Uzbekistanie, a śmiem powiedzieć, że to najważniejszy punkt na mapie tego kraju. Bardzo często porównuje się te trzy miasta, jednak prawda jest taka, że każde z nich ma zupełnie inny charakter i klimat. Samarkanda to miasto, gdzie na każdym kroku kryje się historia. To właśnie tutaj znajdziemy wszystko to, z czego słynie i kojarzy się Uzbekistan: pokryte niebieskimi kafelkami kopuły meczetów i medres za czasów Timurydów, uzbecką kuchnię czy nadal tętniące życiem bazary. Samarkanda to wizytówka Uzbekistanu, której nie wolno pominąć.

Krótka historia Samarkandy

Samarkanda to jedno z najstarszych osad w Azji Środkowej. Jej nazwa prawdopodobnie odnosi się do słów asmara (oznaczającego kamień lub skałę) oraz kand – tłumaczonego jako miasto, gród lub fort. Starożytne miasto pod nazwą Marakanda najprawdopodobniej powstało w VI wieku p.n.e. Przez teren miasta biegł starożytny Jedwabny Szlak, łączący Chiny z Europą. Dzięki niemu Samarkanda rozwinęła się gospodarczo i stanowiła ważny punkt komunikacyjny w ówczesnym świecie, a przez pewien czas była największym miastem w całej Azji Środkowej. Na początku VIII wieku Samarkanda została podbita przez Arabów, którzy wprowadzili na jej terenie religię muzułmańską.  Co więcej, od chińskich niewolników wydarli oni tajemną recepturę produkcji papieru i otworzyli tu pierwszą wytwórnię papieru w całym arabskim świecie.

W XIII wieku większa część Samarkandy uległa zniszczeniu w wyniku najazdu wojsk Czyngis-Chana. Potem odbudowano je w ciągu 36 lat, by w XIV wieku pełniło już funkcję stolicy państwa za sprawą  Timura Chromy. Władca odznaczał się wyjątkowym okrucieństwem.Historycy szacują, że zabił około 5 procent ówczesnej populacji świata. Za jego rozkazem sprowadzono do miasta architektów, artystów i rzemieślników, którzy zrobili wszystko, by miasto odzyskało dawną świetność i sławę. W rezultacie Samarkanda zaczęła przeżywać kolejny okres rozkwitu gospodarczego i politycznego, który trwał przez cały XV wiek. W następnym stuleciu została włączona w granice Chanatu Bucharskiego i utraciła funkcję stolicy. Kolejne wieki to okres powolnego upadku miasta, gdy przechodziło ono z rąk Iranu we władzę Rosji. W XIX i XX wieku status administracyjny miasta ustabilizował się i na długo zostało stolicą radzieckiego Uzbekistanu. W 2001 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę UNESCO.

Co ciekawe, w historię Samarkandy wpisany jest również polski akcent. Miasto było jednym z miejsc, do których zsyłano uczestników walk powstania listopadowego i styczniowego. To właśnie o tym mieście Ksawery Pruszyński napisał opowiadanie „Trębacz z Samarkandy”.

Jakie są obowiązkowe miejsca do odwiedzenia w Samarkandzie?

Plac Registan

Z tym kompleksem kojarzy się właśnie Samarkanda, to swoista wizytówka tego miasta, ikoniczne miejsce całego Uzbekistanu. Ba! Śmiem stwierdzić, że to najwspanialszy zespół architektoniczny w całej Azji Środkowej. Trzy strzeliste madrasy robią piorunujące wrażenie. Wyłożone od fundamentów po same szczyty połyskującymi płytkami ceramicznymi w odcieniach błękitu, wznoszą się wokół otwartej przestrzeni tworząc zespół o niesamowitej symetrii. Registan (dosłownie oznacza”piaszczyste miejsce”) pierwotnie był targowiskiem, na którym zbiegało się sześć głównych ulic Samarkandy. Później odbywały się tu parady wojskowe i publiczne egzekucje (z tego względu zasypywany był piaskiem), a bolszewicy urządzali polityczne wiece i procesy. Słowem registan określa także najważniejsze miejsca innych miast, coś takiego jak nasze dzisiejsze rynki. Aktualnie jest on odrestaurowany, a wieczorami odbywają się tu spektakle światła i dźwięku.

Przestrzeń Registanu wyznaczają fasady trzech monumentalnych medres. Pierwsza z nich, która stoi po zachodniej stronie w latach1417-1420 wybudował Uług Beg. Budynek wieńczą 33-metrowe minarety i bogato zdobią go motywy gwiazd, geometryczne ornamenty, mozaiki oraz ceramiczne płytki. W zamyśle fundatora medresy, miało to być miejsce nauczania nauk przyrodniczych, astronomii, matematyki i astronomii.

Dopiero po dwóch stuleciach zbudowano po wschodniej stronie, jako lustrzane odbicie tej pierwszej, madresę Szir Dar (1619-1636). Jej nazwa pochodzi od mozaikowych lwów w promieniach słońca (shir), które zdobią naroża wejścia i stanowią tradycyjny symbol Samarkandy. W tym przypadku architekci pogwałcili islamską zasadę nieprzedstawiania żywych istot (ludzi, zwierząt i roślin) w sztuce.

Ukoronowaniem zespołu jest trzecia madrasa Tillja Kari (1646-1660), szersza od poprzednich, z potężną turkusową kopułą i bogato złoconym wnętrzem.

Meczet Bibi Chanum

Jest to największy i jeden z najbardziej charakterystycznych meczetów w całej Samarkandzie. Powstał na cześć ukochanej żony Timura Bibi Chanum. W zamyśle miał być największym w całym muzułmańskim świecie. Do jego budowy zatrudniono architektów i budowniczych z całego imperium. Budowa została sfinansowana z łupów ostatniej kampanii w Delhi (1398 rok), a przy pracach wykorzystywano 95 sprowadzonych z Indii słoni. Potężny, 35-metrowy łuk wejściowy, flankowany 50-metrowymi minaretami, prowadzi na wyłożony marmurowymi płytami dziedziniec, przy którym znajdują się meczety. Kompleks wybudowano w pośpiechu (Timur osobiście rzucał robotnikom złote monety i kawałki pieczonego mięsa, aby przynaglić ich do pracy) i chwiejne ściany zaczęły się walić niemal natychmiast po ukończeniu. Aktualnie meczet czynny jest dla odwiedzających, a jego kopuła widoczna jest z wielu miejsc Samarkandy.

Gur-i Mir

Nazwa tego mauzoleum dosłownie oznacza „grób króla”, a w tym miejscu pochowano Timura Chromego – jedną z najważniejszych postaci historycznych Uzbekistanu. Początkowo mauzoleum było przeznaczone dla ulubionego wnuka Timura, Muhammada Sułtana (sam Timur zawsze chciał być pochowany w Shahrisabzie), ale to właśnie Samarkanda została uznana za bardziej odpowiednie miejsce ostatniego spoczynku wielkiego wodza. Obok Timura pochowano tu z czasem jego synów: Szach Ruch i Miranszch, a także wnuków: Muhammad Sułtan i Uług Beg. Głównym elementem zewnętrznej konstrukcji jest portal i charakterystyczna, turkusowa kopuła nad centralną, ośmioboczną salą.

Chciaż Gur-i Mur jest architektonicznym dziełem, w tamtych czasach tak naprawdę stanowił swego rodzaju prototyp innych powstających budowli, między innymi Tadż Mahal w Agrze. Z pochówkiem Timura związana jest pewna legenda, która do tej pory krąży pośród mieszkańców Samarkandy. Nawiązuje do inskrypcji znajdującej się na sarkofagu: „Ktokolwiek naruszy mój grobowiec, wyzwoli pogromcę straszniejszego niż ja”. Pod koniec lat 30-tych XX wieku radzieccy archeolodzy chcieli odrestaurować mauzoleum i otworzyć sarkofag wodza, ale mieszkańcy stanowczo się temu sprzeciwili. W czerwcu 1941 roku Józef Stalin wysłał do Uzbekistanu ekipę badaczy, która odważyła się otworzyć grób. Kilka dni później nastąpiła inwazja III Rzeszy na ZSRR.

Nekropolia Szah-i-Zinda

To chyba moje ulubione miejsce na mapie Samarkandy. Poszłam tam dwukrotnie w ciągu jednego dnia (chociaż znajdowało się na saaaaamym krańcu miasta): pierwszy raz pojawiłam się tam z rana, a potem wróciłam po południu, kiedy złote promienie zachodzącego słońca pięknie oświetlały cały kompleks. To swoiste dzieło sztuki, gdzie spoczywa timurydzka arystokracja (urzędnicy imperium i ważne osobistości sułtańskiego dworu). Groby i inne budowle funeralne pokrywają reliefy i płytki ceramiczne w różnych odcieniach błękitu, a całość zdobią motywy roślinne i kaligraficzne.

Cały zespół architektoniczny obejmuje 20 budowli, niemal tonących w błękicie i turkusie misternych mozaik. Wszystkie z nich są bogato zdobione oraz zwieńczone kopułą, z wielkimi portalami wejściowymi. Szah-i-Zinda z całą pewnością jest miejscem imponującym i gdybym mogła, zostałabym tam przez cały dzień. Nekropolia robi piorunujące wrażenie, ma coś hipnotyzującego w sobie. W 2001 roku kompleks Shah-i-Zinda wraz z innymi zabytkami Samarkandy, w pełni zasłużenie został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

„Sędzia”

Palestyna to jeden z najbardziej zapalnych punktów na świecie. Konflikt z Izraelem trwa od kilkudziesięciu lat i póki  końca nie widać. Ludzie tam żyją w permanentnym strachu o własne życie, a mimo to muszą też normalnie funkcjonować. Erika Cohn jest laureatką nagrody Emmy, reżyserką i producentką, którą magazyn „Variety” uznał w 2017 roku za jedną 10 najważniejszych twórczyń filmowych. Wyrusza do Palestyny, by nakręcić dokument o Kholoud – silnej i odważnej kobiecie, która zmaga się nie tylko piętnem wojny, ale przede wszystkim z niesprawiedliwością społeczną i krzywdą innych kobiet w świecie islamu.

Kholoud Al-Faqih to kobieta o niezwykłym charakterze i sile, która jako pierwsza kobieta na Bliskim Wschodzie, która piastuje urząd sędzi. To również jedyna kobieta w muzułmańskim kręgu kulturowym orzekająca w sądzie szariackim, która zajmuje się w pracy głównie przemocą domową, rozwodami, alimentami i kwestiami opieki nad dziećmi. Nie ma łatwego zadania, ponieważ jest to chleb powszedni większości palestyńskich rodzin. Rozprawy bywają bardzo trudne, ponieważ w Palestynie tradycyjnie ostatnie słowo należy zwykle do mężczyzny. Kobieca perspektywa, jaką przyjmuje Kholoud, to często jedyna szansa na sprawiedliwy wyrok.

Niestety jej funkcja sędzi w patriarchalnym świecie jest ekstremalnie trudna. Wśród zwierzchników Kholoud nie brakuje konserwatystów, którzy kwestionują zasadność piastowania tak eksponowanego stanowiska przez kobietę. Uważają, że kobieta nie nadaje się na tę funkcję, ponieważ nie posiada odpowiedniej wiedzy i z reguły jest istotą mniej inteligentną od mężczyzny. Oczywiście w przypadku Kholoud i wielu innych kobiet ubiegających się o tę posadę tak nie jest – to znakomicie wykształcone osoby z predyspozycjami do pracy na tym stanowisku. Kiedy w Ministerstwie Sprawiedliwości do głosu dochodzą radykałowie, tytułowa sędzia znajduje się w naprawdę trudnej sytuacji.

Erika Cohn zabiera widza w nietypową, ale i fascynującą podróż, w którą normalnie się nie wyrusza. Reżyserka pokazuje obraz zniszczonego miasta, biedy i prozę dnia codziennego naznaczonego wojną. Nawet budynek Sądu Najwyższego to rozpadająca się rudera, zaś sala rozpraw to przyciasny i duszny pokoik na piętrze. Sama Kholoud zaprasza ekipę filmową nie tylko do pracy, ale także do swojego prywatnego życia. Obserwujemy ją jak z mężem i dziećmi gotuje obiad, spacerują czy odwiedzają swoich rodziców. W tym patriarchalnym świecie stara się wychować własne córki na silne kobiety, zapewniając im odpowiednią edukację i wsparcie. Kholoud udziela także darmowych porad prawnych kobietom w swojej dzielnicy. Walczy także z niesprawiedliwym systemem, dyskryminujący kobiety, chcące piastować funkcję sędzi. Na szczęście jej walka przynosi skutki, ponieważ ostatnimi czasy kilka kobiet zostało zaprzysiężonych na stanowiska sędzi.

„Sędzia” to przejmujący dokument o trudnej sytuacji kobiet w świecie islamu. Kholoud ma wiele szczęścia w swoim życiu. Rodzice z całych sił ją wspierają,  zapewnili jej porządną edukację i są z niej bardzo dumni. Znalazła dobrego męża, który jest nie tylko partnerem, ale także powiernikiem i przyjacielem, co w tamtejszej kulturze wcale nie jest takie oczywiste. Jako pierwsza kobieta na Bliskim Wschodzie zaszła wysoko, miała wstawiennictwo i wsparcie Ministra Sprawiedliwości, a teraz innym kobietom, które nie mają tyle szczęścia co ona.  Takie filmu uświadamiają, ile nam się w życiu poszczęściło, że nie musimy zmagać się z dyskryminacją tylko dlatego, że urodziłyśmy się kobietami.

Więcej info tutaj: https://www.thejudgefilm.com/

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

 

Marcin Margielewski „Zaginione arabskie księżniczki”

Zjednoczone Emiraty Arabski, Arabia Saudyjska czy inne kraje Półwyspu Arabskiego wydają się być idealnym rajem wakacyjnym. Ta część świata otwiera się i robi się coraz bardziej popularna pośród spragnionych wrażeń turystów. Jednak okazuje się, że to wcale nie taki raj na ziemi, a przynajmniej nie dla tamtejszych kobiet, niezależnie od tego, czy to arabska księżniczka, czy „zwykła śmiertelniczka”. Bliski Wschód to nie jest dobre miejsce dla kobiet.

Marcin Margielewski przez 10 lat podróżował, mieszkając między innymi w Wielkiej Brytanii, Kuwejcie, Dubaju i Arabii Saudyjskiej. Jest autorem dwóch bestsellerowych książek „Jak podrywają szejkowie” oraz „Była arabską stewardesą”. Teraz wydał kolejną, w której ujawnia prawdę o arabskich księżniczkach, o których świat miał zapomnieć, że kiedykolwiek istniały.

Marcin Margielewski poznał człowieka, który przez większość swojego życia pracował na dworach saudyjskich władców. O tym, co widział, wszystko zostało zapisane na kartach tej książki. To historia księżniczek, które decyzjom swoich ojców, braci i mężów, czyli najbogatszych mężczyzn świata, zostały skazane na to, by świat o nich zapomniał. w XXI wieku, w rzekomo cywilizowanym i zeuropeizowanym kraju bez śladu znikają kobiety, co gorsze – księżniczki, o które nikt nie pyta których nikt nie szuka. Zupełnie jakby rozpłynęły się w powietrzu, zniknęły z powierzchni ziemi, nigdy nie istniały.

Kobiety w kulturze islamskiej nie mają nic do powiedzenia. Przychodzą na świat jako te niechciane istoty, które mają jedynie usługiwać mężczyznom oraz rodzić im gromadkę dzieci. Nie ważne, czy urodziły się w biednej rodzinie w saudyjskiej wsi czy na dworze królewskim – czeka je ten sam los. Z tym wyjątkiem, że arabskie księżniczki mieszkają w luksusowych pałacach ociekających złotem. Nie zmienia to faktu, że to jedynie otoczka, zachowanie pozorów, bo tak naprawdę żyją w złotej klatce, a o ich honor bają ojcowie, mężowie i bracia. Zwykły człowiek nie ma do nich dostępu. otoczone przez ochronę i opiekunów, pozornie wiodą baśniowe życie. Arabskie księżniczki spełniają (prawie) wszystkie swoje zachcianki, za niewyobrażalnie duże pieniądze. I tutaj znajduje się haczyk – muszą być bezwzględnie oddane i podporządkowane mężczyznom. Gorzej dla nich, jeśli któregoś dnia postanowią się sprzeciwić…

Marcin Margielewski opisuje historie kilku arabskich księżniczek, które w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęły z powierzchni ziemi. Co gorsza – nikt ich nie poszukiwał i nawet nie zainteresował się ich zniknięciem. „Zaginione arabskie księżniczki” to wstrząsająca powieść, oparta na prawdziwych wydarzeniach. Talal, rozmówca pisarza z wielkim bólem serca i ściskiem w gardle opowiada o masakrycznych wydarzeniach, które rozgrywały się za pałacowymi murami. Chociaż wiedział, że może przez to zginąć, postanowił zaryzykować, by świat się dowiedział, co tak naprawdę dzieje się z kobietami w Arabii Saudyjskiej oraz innych krajach Bliskiego Wschodu. Książkę czyta się z zapartym tchem, ale dla ludzi o mocnych nerwach.

Jeśli interesuje Was tego typu tematyka, polecam również te książki:

Za książkę dziękuję:

Magdalena Bartczak „Chile Południowe. Tysiąc niespokojnych wysp”

Chile. Kraj położony gdzieś na południowoamerykańskim kontynencie. No właśnie, a gdzie konkretnie? Oddalony o tysiące kilometrów kraj, nie jest popularnym kierunkiem podróżniczym. Co jeszcze wiemy na temat tego kraju? Magdalena Bartczak, miłośniczka tego kraju, od 2016 roku mieszka w stolicy kraju Santiago de Chile, gdzie pracuje jako dziennikarka, przewodniczka i organizatorka wydarzeń kulturalnych. W swojej debiutanckiej książce „Chile Południowe. Tysiąc niespokojnych wysp” opowiada o  kraju przekonując o jego pięknie i fascynującej, choć niełatwej historii.

Chile to fascynujący kraj, który ciągle szuka własnej tożsamości. Autorka pisze o ludziach, którzy na co dzień zmagają się z demonami przeszłości: eksterminacją rdzennych mieszkańców południowego Chile, dyskryminowanych Mapuczy oraz pozostawioną z ogromną trauma po rządach junty. Książka Magdaleny Bartczak to przede wszystkim opowieść o ludziach i miejscach To historie tych, którzy zginęli w czasach dyktatury. O epoce rządów Pinocheta, które dla jednych były koszmarem, a dla innych najwspanialszym, co przytrafiło się krajowi. O rybackich wioskach i miasteczkach ukrytych wśród wulkanów i lasów tropikalnych. O dawnej kolonii karnej, Puntas Arenas – czyli mieście wiatru, o miejscu, gdzie Atlantyk spotyka się z Pacyfikiem. To również przejmujące historie setek chilijskich dzieci, które w latach 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku, wbrew woli rodziców, zostały odebrane im przez rząd.

„Chile Południowe. Tysiąc niespokojnych wysp” to książka reportersko-podróżnicza. Magdalena Bartczak stara się przybliżyć nam wizję tego, jak wygląda życie ludzi na rzeczywistym końcu świata, gdzie nieokiełznana przyroda wciąż szykuje nowe wyzwania dla mieszkańców. Prawda jest taka, że Chile to kraj rozciągnięty na całą długość kontynenty, a od zachodniej strony zagrożone jest katastrofami, takimi jak jak np. tsunami czy trzęsieniami ziemi. Jak żyć w kraju z ciągłym niepokojem i poczuciem zagrożenia oraz brakiem zainteresowania i pomocy ze strony rządu?

Debiutancki reportaż Magdaleny Bartczak to fascynująca podróż po kraju, który nadal pozostaje nieodkryty. Zaprasza nas na czytelniczą podróż na południe Chile, gdzie pozwala nam bliżej poznać nie tylko samą nieokiełznaną przyrodę tego kraju, ale przede wszystkim mieszkańców, ich kulturę, historię i mentalność.

Za książkę dziękuję:

„Woman”

Bycie kobietą to przywilej i zaszczyt. Kobieta może wszystko, nie ma silniejszej istoty na ziemi. Szkoda tylko, że mężczyźni tego nie widzą i traktują je jak najgorsze zło tego świata, które trzeba nieustannie ograniczać, kontrolować, uciszać i manipulować. Anastasia Mikova i Yann Arthus-Bertrand w swoim filmie dokumentalnym „Woman” postanowili pokazać, czym jest kobiecość rozumiana we współczesnym świecie.

fot. herdocs.pl

Reżyserzy dotarli do wielu zakątków naszego globu i spotkali się z kobietami z różnych kultur pytając, czym dla nich jest kobiecość. 2000 kobiet z 50 różnych krajów świata zdecydowało się podzielić przed kamerą swoimi historiami i opowiada o własnych doświadczeniach – od tych najbardziej intymnych aż po kulturowe. Poruszają szeroką gamę problemów, między innymi na temat seksualności, małżeństwa, macierzyństwa, aborcji, przemocy domowej, gwałtu, wolności, zniewolenia, niezależności finansowej, wizerunku ciała, zdrady, dyskryminacji, starości, miłości, złości i mądrości. Kobiety te siedzą na czarnym tle, co jeszcze bardziej potęguje poziom adrenaliny. Co prawda są to jedynie krótkie wypowiedzi każdej z nich, ale nie zmienia to faktu, że ich historie są emocjonalnym ładunkiem wybuchowym.

fot. herdocs.pl

Meksyk, Chiny, Rosja, Włochy, Argentyna, Kambodża, Senegal, Australia, Syria, Indie, Arabia Saudyjska, Białoruś – to właśnie stąd pochodzą niektóre bohaterki „Woman”. Pochodzą z rożnych kontynentów, z różnych kręgów kulturowych, są w różnym wieku, mówią w różnych językach i mają za sobą różne życiowe doświadczenia. Wydaje się, że dzieli je niemal wszystko, ale coś je jednak łączy. Bezapelacyjnie wszystkie z nich są piękne. Nie chodzi o wygląd, ale o to, co mają do przekazania światu. Odwaga, jaka z nich emanuje motywuje oraz daje siłę i wsparcie innym kobietą, że może być lepiej. Niektóre z nich nadal nie pogodziły się z tym, co je spotkało i ze łzami w oczach oraz ściśniętym gardłem mówią o tragedii. Inne z kolei są roześmiane, a ich blask i pewność siebie bije po oczach. Jeszcze inne zgodziły się zaprosić widza do swoich domów, dzieląc się codziennymi, intymnymi momentami spędzanymi z rodziną.

fot. herdocs.pl

fot. herdocs.pl

fot. herdocs.pl

Pomimo przeciwności losu, a czasami tragedii, jakie przeszły, wszystkie wyglądają promiennie, ponieważ w końcu mają szansę wyrazić siebie. Już sam fakt, że te 2000 kobiet miało odwagę stanąć przed kamerą i opowiedzieć o swoich nierzadko tragicznych historiach czyni z nich superbohaterki. Mnie niejednokrotnie łezka w oku się zakręciła. „Woman” to przepiękny, niezwykle wzruszający i przejmujący dokument, który każda z nas powinna obejrzeć.

Film „Woman” wyświetlany był podczas HER Docs Film Festival w ramach przedpremiery organizowanej wspólnie z festiwalem Millennium Docs Against Gravity, na którym będzie miał swoją premierę (8-17 maja 2020 w Warszawie).

Więcej info: https://www.herdocs.pl/woman

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

Moje ulubione miejsca na Bałkanach. Gdzie warto pojechać?

Fascynacją do Bałkanów pałam od kilku lat. Wcześniej z niesmakiem patrzyłam na znajomych, którzy proponowali mi wyjazd właśnie w tamten zakątek Europy. Teraz nie wyobrażam sobie, żebym tam nie zawitała, przynajmniej raz do roku. Do tej pory odwiedziłam: Macedonię Północną, Grecję, Słowenię, Czarnogórę, Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę. Zdaję sobie sprawę, że to jedynie niewielki procent tego niezwykłego Półwyspu, ale nie zmienia to faktu, że mam już kilka swoich ulubionych miejsc, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie i do których kiedyś chciałabym powrócić.

Bałkany nadal niesłusznie mają złą sławę (oczywiście poza Chorwacją, która jest hitem pośród naszych rodaków) i prawdę mówiąc nie mam pojęcia dlaczego. Co niektórzy nadal obawiają się krajów bałkańskich. Ludzie uważają, że są dzikie i nieokiełznane, mentalność ludzi zatrzymała się w XVIII wieku, a piętno wojny ciągle nad nimi wisi. Prawda jest taka, że nigdzie nie spotkałam tak przyjaźnie nastawionych i pomocnych ludzi, przepysznego jedzenia oraz niskich cen. No i oczywiście wspaniałych miejsc, do których chciałabym Was zachęcić, żeby czym prędzej je odwiedzić.

Ateny – Grecja

Jako miłośniczka antyku, nie mogło zabraknąć tego miejsca na liście. Do tego miasta żywię szczególne uczucia. Ponad 10 lat temu Grecja była moją pierwszą daleką zagraniczną destynacją, w trakcie której odwiedziłam to miasto po raz pierwszy. Po kilku latach wróciłam ponownie, by zatracić się w magii tego miasta i poczuć ducha starożytności. Ateny to miasto z imponującą historią, cudownymi zabytkami, zapierającymi widokami, wspaniałymi ludźmi oraz słoneczną pogodą – nawet w grudniu nie brakowało tam ciepłych promieni słońca. Akropol, Plaka, Anafiotika, Wzgórze Likavitos – to tylko niektóre miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić.

Więcej o Atenach pisałam tutaj: Ateny. Powrót do przeszłości

Kotor – Czarnogóra

Kotor to jedno z najlepiej zachowanych na terenie byłej Jugosławii średniowiecznych miast. To też jedno z tych miejsc, które totalnie skradły moje serce. Otoczony z trzech stron górami był trudno dostępny, a opasany dodatkowo grubymi murami obronnymi – wręcz nie do zdobycia. Miasto ma śródziemnomorski charakter: pełne jest wąskich uliczek, nieregularnych placyków, świątyń i pałaców. Niesymetryczny układ Kotoru pochodzi jeszcze z okresu średniowiecza. Wiele spośród zabytków jest nieodrestaurowanych, zwłaszcza te znajdujące się na uboczu głównych tras turystycznych. Jedną z nich jest właśnie trasa na twierdzę, gdzie widok na całą Bokę Kotorską jest po prostu oszałamiający.

Więcej o Kotorze pisałam tutaj: Kotor. Czarna perła Adriatyku

Ochryda – Macedonia

Ochryda jest przepięknym miastem z burzliwą i barwną historią, interesującymi zabytkami i znakomitym zapleczem turystycznym. Pomimo, że jest niewielkim miasteczkiem, liczącym zaledwie 55 tys. mieszkańców, jest prawdziwą letnią stolicą Macedonii, do której zjeżdża niemal cała elita kraju. Jest to także najpopularniejszy kurort na całych Bałkanach. Nie ma żadnych wątpliwości, że Ochryda jest jednym z najciekawszych, najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Macedonii. Fascynująca, wielowiekowa tradycja, zabytki przeszłości, życzliwi ludzie, przepiękna przyroda, ciepłe i przejrzyste wody Jeziora Ochrydzkiego – wszystko to sprawia, że Ochryda może kwalifikować się do miana kolejnego raju na ziemi 🙂

Więcej o Ochrydzie pisałam tutaj: Ochryda. Perła Macedonii

Lovcen – Czarnogóra

To jedno z tych miejsc, które wywołało u mnie szybsze bicie serca. Mauzoleum Niegosza znajduje się w Parku Narodowym Lovcen, z którego rozciąga się widok na niemalże całą Czarnogórę. By się do niego dostać, trzeba pokonać tunel z 461 kamiennymi schodami, ale warto, bo widok z niego jest po prostu oszałamiający, a niekończące się górskie szczyty zapierają dech. Zachwyciłam się totalnie, z resztą – kto by nie był?

Więcej o Parku Lovcen pisałam tutaj: Lovćen. Miejsce, w którym mogłabym umrzeć

Jezioro Szkoderskie – Czarnogóra/Albania

Chociaż nad Jeziorem Szkoderskim (do strony Czarnogóry) byłam przejazdem, zatrzymując się na chwilę, to wystarczyło, żebym totalnie zachwyciła się tym miejscem. Jest takie dzikie i nieokiełznane. Marzy mi się rejs statkiem albo łódka po tym jeziorze. Jedno jest pewne – niebawem tam powrócę 🙂

Wodospady Kravica – Bośnia i Hercegowina

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że taka perełka istnieje, ponieważ wszyscy zmierzają do Wodospadów Krka w Chorwacji. Te bośniackie nie są jeszcze tak popularne jak chorwackie, całe szczęście! W związku z tym można spokojnie poplażować i popluskać się w wodzie, bez przeciskania się przez tłumy turystów i szukania ustronnego miejsca na relaks. Wodospady Kravica znajdują się niedaleko Mostaru, są nieco mniejsze od swojego chorwackiego odpowiednika, ale absolutnie niczego im nie brakuje.

Jezioro Bled – Słowenia

Zakochałam się w tym miejscu, dosłownie przepadłam z kretesem, zostawiłam tam kawałek serca. Z resztą, trudno się nie zakochać, skoro Bled ma tak romantyczną otoczkę. Godzinami można się gapić na widok rozciągający się z Małej Osojnicy, na jezioro ukryte pomiędzy ośnieżonymi szczytami gór Alp Julijskich. No i ta malutka wysepka na samym środku – coś pięknego. A tamtejsze kremówki po prostu niebo w gębie. Już na samo wspomnienie o tym miejscu robi mi się ciepło na duszy.

Więcej o Bledzie pisałam tutaj: Bled. Opowieść o pewnej miłości

Jeziora Plitwickie – Chorwacja

Jeziora Plitwickie odwiedziłam dawno temu, kiedy jeszcze nie miałam w sobie smykałki podróżnika. W kilkuosobowej grupie trafiliśmy tam przejazdem, więc na szybko obeszliśmy to miejsce. Oczywiście teraz wiem, że poświęciłabym temu miejscu co najmniej kilka godzin, albo może i cały dzień. Nie mniej jednak, nawet zwiedzając je w biegu, Jeziora Plitwickie urzekają. Krystalicznie czysta woda ma kolor od błękitnego po ciemnozielony i nieustannie się zmienia, a wszystko za sprawą żyjących tam bakterii i rozpuszczonych w wodzie minerałów. Na powierzchni 200 hektarów parku znajduje się 16 jezior położonych na różnych wysokościach i około 90 mniejszych i większych wodospadów. Na miejscu czeka sieć dobrze oznakowanych ścieżek i kładek, które ułatwiają poznawanie i odkrywanie piękna tutejszej przyrody. A zdecydowanie jest co odkrywać. Prawdziwa perełka na Bałkanach.

Sarajewo – Bośnia i Hercegowina

To chyba moje ulubione miasto na Bałkanach. Nie oszukujmy się, stolica Bośni nie cieszy się dobrą opinią – piętno wojny nadal ciąży nad miastem. W wielu miejsca nadal unoszą się powojenne zgliszcza: ślady po kulach w ścianach budynku czy róże sarajewskie. Kiedy jednak zatapiamy się w bukowanych uliczkach Baščaršiji, przenosimy się do zupełnie innego miejsca i epoki. Natomiast kiedy wejdziemy na Żółty Bastion albo jeśli damy radę wdrapać się wyżej na Białą Twierdzę, możemy z zachwytem zobaczyć panoramę tego wspaniałego i boleśnie doświadczonego przez historię miasta. Achh… Pisząc ten tekst aż mam ochotę kupić bilet, spakować walizkę i czym prędzej tam polecieć.

Więcej o Sarajewie pisałam tutaj: Sarajewo. Tam, gdzie Wschód spotyka Zachód

Kanion Matka – Macedonia

Zaledwie kilkadziesiąt minut jazdy miejskim autobusem ze Skopje, dotrzemy do tego rezerwatu przyrody. W magicznym Kanionie Matka odpoczniemy od wielkomiejskiego stresu, zrelaksujemy się na łonie przyrody i zachwycimy się naprawdę wyjątkowymi widokami. Spędzając tu cały dzień, możemy zdecydować się na piknik w cieniu okolicznych szczytów lub aktywny trekking po miejscowych trasach turystycznych. Cały kanion kryje mnóstwo nieodkrytych jeszcze niespodzianek, podwodnych jaskiń i opuszczonych chatek.

Meteory – Grecja

Osadzone na gigantycznych stromych skałach w Tesalii, w masywie Meteora między górami Koziaka i Antihasionu, górują nad okolicą słynne klasztory, zwane meteorami. Z wyglądu przypominają orle gniazda, zawieszone między niebem a ziemią. Meteory stanowią jedną z niezwykłych atrakcji turystycznych na świecie. To bez wątpienia jedno z tych miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć przed śmiercią, określane jest przez wielu ludzi jako ósmy cud świata. I całkowicie się z nimi zgadzam.

Więcej o Meteorach pisałam tutaj: Meteory. Ósmy cud świata

Perast – Czarnogóra

Kilka kilometrów od Kotoru znajduje się mała mieścinka, która urzeka swoja malowniczością. Spacer po Peraście można spokojnie odbyć w 2-3 godziny. To pocztówkowe miasteczko potrafi zachwycić, chociaż nie ma tam zbyt dużo atrakcji. Jeśli jesteście zmęczeni turystycznych i zatłoczonym Kotorem, warto wyskoczyć na obiad do Perastu.

Dubrownik – Chorwacja

Ach ten Dubrownik. Mam mieszane uczucia co do tego miasta, ale jednak postanowiłam go umieścić w zestawieniu. Tłumy turystów, żar lejący się z nieba oraz ceny prosto z kosmosu mogą skutecznie odstraszyć. Ja wybrałam się tam w sierpniu, czyli w szczycie sezonu i srogo tego pożałowałam. Nie tylko ze względu na atak turystów (głównie z Polski), ale także dlatego, że w dwa dni wydałam połowę swojego zaplanowanego budżetu na kolejny tydzień, a temperatury sięgały chyba 100 stopni C. Jednak spacer wąskimi i uroczymi uliczkami czy słynnymi murami obronnymi zachwycają i sprawiają, że zapomina się o niedogodnościach. Pomimo tłumów spragnionych wrażeń i podążających śladami mega popularnego serialu „Gra o tron”, warto tam się zatrzymać.

Piran – Słowenia

Piran to miasto otoczone murem, jednak zawsze miało ono otwarty, wielkomiejski charakter. Pełne życia bazary w stylu śródziemnomorskim zlokalizowane nad morzem i w wąskich uliczkach wiodących na wzgórze kościelne odbijają echem rytm fal. Z miejsca narodzin wirtuoza skrzypiec i kompozytora Giuseppe Tariniego wiele ścieżek prowadzi do przyrodniczych i kulturalnych atrakcji wybrzeża i pobliskich wzgórz Istrii. Klimatyczne wąskie uliczki, kolorowe budynki, widok na zatokę i morska bryza – wszystko to sprawia, że chce się tam wracać.

Więcej o Piranie pisałam tutaj: Piran. Słona miłość

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Gabriella Contestabile „Włoszki. Czego mogą nas nauczyć?”

Co nam przychodzi do głowy, kiedy pomyślimy o Włochach? To przede wszystkim fascynująca historia, hipnotyzująca architektura, najlepsza kuchnia na świecie i gelato. Tak wiele pisze się książek o Francuzkach, ich stylu i sposobie bycia, ale tak rzadko wspomina się o Włoszkach. A szkoda, bo to fascynujące, pewne siebie i spełnione kobiety, od których można czerpać inspirację. Gabriella Contestabile w swojej książce „Włoszki. Czego mogą nas nauczyć?” zdradza sekrety swoich rodaczek i dzieli się z nimi czytelniczkami.

Monica Bellucci, Sophia Loren, Claudia Cardinale – to tylko kropla w morzu tego, co mogą zaoferować Włochy. Mieszkanki tego kraju to roześmiane, pewne siebie seksowne kobiety, a świat leży u ich stóp. Żyją pełnią życia, spędzają czas na zabawie, nie przejmują się opinią innych, promieniują i zachwycają na każdym kroku. Jedzą co chcą i ubierają to, na co mają akurat ochotę nie przejmując się opinią innych. Znajdują czas na plotki z koleżankami, własne przyjemności, gotowanie dla całej rodziny, pasjonującą pracę, a jednocześnie wyglądają ponętnie, seksownie i zniewalająco. Ich filozofią życia jest bycie wolną i szczęśliwą kobietą, dla której nie ma barier, a świat jest niekończącą się przygodą. Prawda, że fajnie jest być Włoszką?

Gabriella Contestabile odkrywa przed nami sekret włoskich kobiet. Opowiada o tym, jak w jaki sposób uczynić życie formą sztuki, w którym ważne są wrażliwość na piękno, radość i pasja, ale z drugiej strony także oszczędność, pragmatyzm, pielęgnowanie tradycji, docenianie rytuałów i kulturowego dziedzictwa. Jednocześnie autorka dzieli się intymnymi wspomnieniami z własnego życia, głównie dzieciństwa. Wspomina czasy, kiedy przeprowadziła się do Kanady, a potem do Stanów Zjednoczonych, wstydziła się swojego pochodzenia. Dopiero z czasem nabrała pewności siebie i z dumą opowiadała o swoim kraju i kulturze. To także spora dawka włoskich anegdot i towarzystwa włoskich emigrantów. Gabriella Contestabile opisuje swój kraj z perspektywy turystki, która z tęsknotą powraca do ojczyzny, na nowo ją odkrywa oraz cieszy się jej smakami i widokami. „Włoszki. Czego mogą nas nauczyć?” to lektura idealna nie tylko dla miłośniczek Włoch, ale także mody, jedzenia i kobiecości.

Za książkę dziękuję: