Lene Wold „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę”

Czym w dzisiejszych czasach jest miłość? Czy można ją zdefiniować jednym słowem? Przecież nie da się wybrać, kogo kochamy a kogo nie. Nie mamy wpływu na to, czy kochamy kobietę czy mężczyznę, tacy po prostu jesteśmy. Natomiast w Jordanii można, a nawet trzeba rozważnie lokować własne uczucia. W kraju, który szczyci się, że jest proeuropejski, liberalny, otwarty i tolerancyjny, dzieją się bestialskie rzeczy. Lena Wold w swojej książce „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę” opowiada historię miłosnego trójkąta Rahmana, Aiszy i Aminy , która skończyła się tragicznie.

Rahman to postępowy i nowoczesny muzułmanin, który nawet nie wymagał od swoich córek noszenia hidżabu. Aisza i Amina to siostry, które były niemalże nierozłączne, zawsze wszędzie razem chodziły i wszystko robiły razem. Ich życie zmieniło się w momencie, w którym do ich domu zawitała Maram. Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Aisza zapłaciła życiem za to, że zakochała się w innej kobiecie. Seks pozamałżeński oraz homoseksualizm to w religii muzułmańskiej największe przestępstwa przynoszące hańbę całej rodzinie. Natomiast zbrodnią Amina było to, że ukrywała prawdę o swojej siostrze. Jedynym sposobem na przywrócenie utraconego honoru jest zabójstwo niepokornych córek. Jakimś cudem młodszej córce udało się ująć z życiem, ale teraz musi ukrywać się z dala od swojego rodzinnego domu.

Lena jest norweską dziennikarką śledczą. Napisała tę książkę z trzech perspektyw: kata, ofiary i obserwatora. Jak sama mówi, początkowo miała to być wyłącznie historia Aminy, jednak by w móc zrozumieć temat, musiała spotkać się i porozmawiać z Rahmanem. Zależało jej, aby była to obiektywna opowieść, chociaż trudno w takiej sytuacji zachować jakikolwiek obiektywizm. Chciała wiedzieć, jakie uczucia kierują ojcem, który w imię honoru zmuszony jest zabić własne córki. Lena pracowała nad tą książką ponad 4 lata, kilkukrotnie przyjeżdżając do Jordanii, rozmawiając z wieloma ludźmi, wielokrotnie ryzykując własne życie, zgłębiając tamtejsze prawo oraz poznając prawdy głoszone przez Koran. Niejednokrotnie spotkała się z samym Rahmanem, by poznać tragiczną historię jego rodziny. Jednak tylko raz udało jej się spotkać i porozmawiać z Aminą, ukrytą gdzieś daleko w bezkresach pustyni Wadi Rum.

Swego czasu naczytałam się wielu historii kobiet, które skazane były na śmierć z rąk najbliższych, na jednak jakimś cudem udało im się przeżyć. Było to wówczas jedno z zagadnień mojej pracy licencjackiej. Szerzej o tym bestialskim obyczaju pisałam tutaj.To, co mną tym razem głęboko wstrząsnęło to fakt, że takie okrutne rzeczy nadal dzieją się w XXI-wiecznej Jordanii – w kraju, który nie tak dawno temu sama odwiedziłam. Byłam w tych wszystkich miejscach, o których pisze Lena. To, co mnie tam wtedy urzekło to oczywiście zjawiskowa Petra, cudowna pustynia Wadi Rum, ale także gościnność i przyjazne nastawienie mieszkańców tego kraju. Jak widać świetnie zachowane są tam pozory. Nigdy nie przypuszczałabym, że w kraju, który aspiruje do tego, by być europejski i jest oazą spokoju na Bliskim Wschodzie, nadal praktykuje bestialski obyczaj, jakim jest honorowe morderstwo kobiet. Szok i niedowierzanie. „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę” to wstrząsająca historia nie tylko Aminy i jej siostry, ale także o sytuacji wszystkich jordańskich kobiet.

 

Za książkę dziękuję:

Souad Mekhennet „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu”

Mówią, że wojna nie ma nic wspólnego z kobietami, tak samo jak „prawdziwe” dziennikarstwo. A przecież największymi ofiarami każdej wojny są przecież kobiety. Souad Mekhennet jest pierwszą dziennikarką zachodnich mediów, której udało się wrócić zza linii dżihadu. Dokonała niemożliwego i dowiodła, że w męskim świecie wojny i informacji jest miejsce dla kobiet.

Souad Mekhennet to niemiecka dziennikarka muzułmańskiego pochodzenia. Jako córka Marokańczyka (sunnity) oraz Turczynki (szyitki) nigdy nie miała łatwo w życiu. Żyjąc w niemieckim społeczeństwie jako potomkini emigrantów zawsze była dyskryminowana. Ja sama twierdzi, zdecydowała się zostać dziennikarką, by głosić prawdę. Już jako studentka i początkująca stażystka miała pod górkę, ponieważ nie jest „niemiecką Niemką”. Ludzie z branży ostrzegali ją, że z jej pochodzeniem i nazwiskiem nie uda jej się zagrzać miejsca na tym stanowisku i lepiej, żeby od razu zrezygnowała. Souad się nie poddała i z uporem udowodniała, że rzetelnie i obiektywnie potrafi opracować dany temat. Po zamachach z 11 września na Stany Zjednoczone postanowiła, że zacznie zgłębiać ten temat. Chciała zrozumieć, dlaczego na świecie dzieją się tak okrutne rzeczy oraz dotrzeć do źródła współczesnego dżihadu.

Souad odbyła tysiące rozmów i przeprowadziła mnóstwo wywiadów. Nie wahała się jechać w najbardziej niebezpieczne rejony świata, by zrozumieć, co się tam dzieje. W swojej książce dziennikarka dokładnie analizuje najważniejsze wydarzenia ostatnich lat. Już jako mała dziewczynka bacznie śledziła doniesienia z okupowanej Bośni, z przejęciem oglądała informacje o zamachu na World Trade Center, po wkroczeniu amerykańskich wojsk do Iraku – już jako dziennikarka – pojechała na miejsce, by z pierwszego rzędu informować o wydarzeniach. Potem dotarła do państw Afryki Północnej, kiedy ziemiami tymi zatrzęsła Arabska Wiosna, nie wahała się pojechać do bombardowanej Syrii i bacznie obserwowała narodziny samozwańczego Państwa Islamskiego. Relacjonowała także skutki zamachów we Francji, Belgii czy Niemczech. W tych ostatnich doznała osobistej straty.

„Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” to obszerna, bezstronna i rzetelna relacja z samego środka punktów zapalnych na świecie. Była to długa, trudna i niebezpieczna droga, by ta książka w ogóle powstała. Souad dotarła do źródeł konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie – odwiedziła wszystkie tereny, w których toczył się lub nadal się toczy się konflikt zbrojny, między innymi Afganistan, Jordania, Iran, Pakistan czy Syria. Przeprowadziła setki wywiadów – także z niebezpiecznymi członkami Al-Kaidy czy ISIS, wielokrotnie ryzykując własne życie.  „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” nie jest ostrzeżeniem przed islamskim fanatyzmem. To swoista analiza problematyki globalnego dżihadu. Souad to niezwykle odważna kobieta, która nie bała się dotrzeć do prawdziwego piekła na ziemi, by poznać prawdę i w subiektywny sposób się nią podzielić.

 

Za książkę dziękuję:

Joanna Godecka „Przestań się zamartwiać”

Każdy z nas ma swoje troski i zmartwienia, to całkiem zrozumiałe. Jeśli jednak w naszej głowie zaczynamy kreować czarne scenariusze, przejmujemy się każdą drobnostką, z łatwością wpadamy w histerię albo obsesyjnie roztrząsamy rzeczy, które akurat nie mają żadnego już znaczenia to znak, że dzieje się coś złego. Pora poukładać sobie pewne rzeczy w głowie i zacząć zarządzać swoimi emocjami. Z pomocą przychodzi najnowszy poradnik Joanny Godeckiej „Przestań się zamartwiać” ze specjalistycznymi poradami i ćwiczeniami terapeutycznymi.

Joanna Godecka to terapeutka, konsultantka i komentatorka zagadnień związanych z praktyką obecności, relacjami, poczuciem własnej wartości i samooceną kobiet. Od lat z powodzeniem prowadzi własny gabinet terapeutyczny, ale także udziela porad w mediach. Jest autorką trzech innych poradników z tej serii: „Bądź pewna siebie”, „Nie odkładaj życia na później” oraz „Szczęście w miłości”. Teraz w swojej najnowszej książce „Przestań się zamartwiać” przekonuje i radzi, w jaki sposób zmienić swój sposób myślenia, by raz na zawsze uwolnić się od zamartwiania się, czarnowidztwa i pesymizmu.

Nieprzyjemne napięcie, dyskomfort, przewlekły stres, nerwica natręctw, a czasem nawet oznaki fobii i ataki paniki. Lęk ma różne oblicza, ale jedno jest pewne – każde z nich jest szkodliwy dla naszego zdrowia i psychiki. Nieustanny pośpiech, nadmiar obowiązków, gonienie za czymś, obsesja perfekcjonizmu – wszystko to sprawia, że permanentny stres staje się nieodłącznym elementem naszego codziennego życia. Za dużo mamy na głowie, za dużą presję na sobie samych wywieramy, za bardzo chcemy być najlepsi we wszystkim i niezastąpieni. Praca, rodzina, dom, przyjaciele, pasje i zainteresowania – trudno połączyć te wszystkie rzeczy, żebyśmy byli spokojni, zawsze ktoś będzie poszkodowany. A to z kolei odbija się na naszym zdrowiu zarówno fizycznym, jak i psychicznym.

Złe samopoczucie, zmęczenie, rozdrażnienie, bezsenność, uleganie nałogom, depresja, rozluźnianie więzi rodzinnych i towarzyskich – to tylko niektóre przykłady przykrych konsekwencji. Nieustające zamartwianie się, lęk przed oceną i potencjalną krytyką, obsesyjne myślenie o czymś, tkwienie w przeszłości i czarna wizja dotycząca przyszłości, a także ataki paniki to podstawowe rodzaje stanów lękowych, które wielokrotnie doświadczamy w swoim życiu. Kumulacja tych wszystkich stanów emocjonalnych  jest balastem czasami trudnym do udźwignięcia. Każdy stan lękowy ma swoje podstawy, może wynikać np. z utraty stabilności majątkowej albo emocjonalnej, niesprawiedliwości, która ma ogromny wpływ na naszą samoocenę.

Joanna Godecka pisze bardzo praktyczne i życiowe poradniki. Nic w tym dziwnego, skoro zawodowo zajmuje się psychologią – możecie rzec. Prawda, ale wiele innych psychologów również tworzy tego typu książki, a one nie są już tak bardzo wartościowe. Autorka – czerpiąc doświadczenia wyniesione z własnego gabinetu – podpowiada, w jaki sposób możemy zmienić własne słabości w siłę oraz zyskać poczucie bezpieczeństwa, spokój wewnętrzny i równowagę emocjonalną. W swoim najnowszym poradniku (ale także w poprzednich) porusza tematy uniwersalne, które w dużej mierze dotyczą nas wszystkich. „Przestań się zamartwiać” to napisany w zabawny sposób, z humorem i dystansem, ale także profesjonalny poradnik, który inspiruje i motywuje do zmiany sposobu myślenia.

Tutaj linki do recenzji pozostałych książek Joanny Godeckiej:

 

Za książkę dziękuję:

Samarkanda. W baśni z 1001 nocy

Na samo wspomnienie o Uzbekistanie robi mi się ciepło na sercu a na twarzy pojawia szczery uśmiech radości. Tęsknię za tym ciepłym, wiosennym słoneczkiem (na początku maja temperatury wynosiły tam ok. 30 stopni – nawet nie chcę wiedzieć, jak gorąco jest tam w środku lata!), za wspaniałymi, pomocnymi i gościnnymi mieszkańcami oraz kolorowymi mozaikami, od których można było oczopląsu dostać. Kiedy pomyślę, że jakiś rok temu przygotowywałam się do swojej „wyprawy życia”, a teraz siedzę zamknięta w czterech ścianach domu, płakać mi się chce. No trudno, jest jak jest, trzeba zacisnąć zęby i przeczekać to szaleństwo. Im szybciej się to skończy, tym szybciej wrócimy do normalności i zaczniemy podróżować, nie tylko palcem po mapie.

Samarkanda była moim przedostatnim przystankiem na trasie, najbardziej wyczekiwanym miejscem. Wszystko za sprawą „Aladyna”, „Baśni z 1001 nocy” i marzeń z dzieciństwa, a zdjęcia Registanu w przewodnikach podkręcały tylko temperaturę. Nie ma co się dziwić, bo na żywo robi piorunujące wrażenie, chociaż moim namber łan jest nekropolia Szah-i-Zinda. Bez dwóch zdań Samarkanda jest fascynującym miejscem, ale…

Kiedy przybyłam do miasta, byłam nieco rozczarowana. Moje pierwsze wrażenie było negatywne, a przecież najbardziej czekałam właśnie na Samarkandę. Nie tego się spodziewałam. Dwa poprzednie miasta miały swój niepowtarzalny urok i klimat, natomiast Samarkandzie czegoś zabrakło. Miała być egzotyka pełną gębą (chociaż sama nie wiem, co to miało wtedy oznaczać), tancerki brzucha kręcące biodrami na każdym rogu (zabawne, co nie? 😀 ), a Aladyn miał czekać na mnie ze swoim latającym dywanem (ach te dziewczęce marzenia). W zamian dostałam hałaśliwe, zakorkowane, śmierdzące i brudne miasto, z ogromnymi odległościami do przejścia. Miejsca, które warto odwiedzić są rozproszone na dużym obszarze, a do wielu z nich jesteśmy zmuszeni iść pieszo. W rezultacie nie zobaczyłam wszystkiego, co chciałam, bo po całodziennym „spacerze” w upale byłam zwyczajnie padnięta. A komunikacja miejska? No cóż, raz autobus jechał, a raz nie, albo spontanicznie zmieniał swoją trasę. Nie ma tego złego, ponieważ na 1000% tam jeszcze pojadę, a wtedy nadrobię wszystkie zaległości.

Głównym ośrodkiem południowo-wschodniego Uzbekistanu jest magiczna Samarkanda, która swoim dziedzictwem sięga czasów antycznych. Aktualnie obok Buchary i Chiwy jest to najbardziej turystyczne miejsce w Uzbekistanie, a śmiem powiedzieć, że to najważniejszy punkt na mapie tego kraju. Bardzo często porównuje się te trzy miasta, jednak prawda jest taka, że każde z nich ma zupełnie inny charakter i klimat. Samarkanda to miasto, gdzie na każdym kroku kryje się historia. To właśnie tutaj znajdziemy wszystko to, z czego słynie i kojarzy się Uzbekistan: pokryte niebieskimi kafelkami kopuły meczetów i medres za czasów Timurydów, uzbecką kuchnię czy nadal tętniące życiem bazary. Samarkanda to wizytówka Uzbekistanu, której nie wolno pominąć.

Krótka historia Samarkandy

Samarkanda to jedno z najstarszych osad w Azji Środkowej. Jej nazwa prawdopodobnie odnosi się do słów asmara (oznaczającego kamień lub skałę) oraz kand – tłumaczonego jako miasto, gród lub fort. Starożytne miasto pod nazwą Marakanda najprawdopodobniej powstało w VI wieku p.n.e. Przez teren miasta biegł starożytny Jedwabny Szlak, łączący Chiny z Europą. Dzięki niemu Samarkanda rozwinęła się gospodarczo i stanowiła ważny punkt komunikacyjny w ówczesnym świecie, a przez pewien czas była największym miastem w całej Azji Środkowej. Na początku VIII wieku Samarkanda została podbita przez Arabów, którzy wprowadzili na jej terenie religię muzułmańską.  Co więcej, od chińskich niewolników wydarli oni tajemną recepturę produkcji papieru i otworzyli tu pierwszą wytwórnię papieru w całym arabskim świecie.

W XIII wieku większa część Samarkandy uległa zniszczeniu w wyniku najazdu wojsk Czyngis-Chana. Potem odbudowano je w ciągu 36 lat, by w XIV wieku pełniło już funkcję stolicy państwa za sprawą  Timura Chromy. Władca odznaczał się wyjątkowym okrucieństwem.Historycy szacują, że zabił około 5 procent ówczesnej populacji świata. Za jego rozkazem sprowadzono do miasta architektów, artystów i rzemieślników, którzy zrobili wszystko, by miasto odzyskało dawną świetność i sławę. W rezultacie Samarkanda zaczęła przeżywać kolejny okres rozkwitu gospodarczego i politycznego, który trwał przez cały XV wiek. W następnym stuleciu została włączona w granice Chanatu Bucharskiego i utraciła funkcję stolicy. Kolejne wieki to okres powolnego upadku miasta, gdy przechodziło ono z rąk Iranu we władzę Rosji. W XIX i XX wieku status administracyjny miasta ustabilizował się i na długo zostało stolicą radzieckiego Uzbekistanu. W 2001 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę UNESCO.

Co ciekawe, w historię Samarkandy wpisany jest również polski akcent. Miasto było jednym z miejsc, do których zsyłano uczestników walk powstania listopadowego i styczniowego. To właśnie o tym mieście Ksawery Pruszyński napisał opowiadanie „Trębacz z Samarkandy”.

Jakie są obowiązkowe miejsca do odwiedzenia w Samarkandzie?

Plac Registan

Z tym kompleksem kojarzy się właśnie Samarkanda, to swoista wizytówka tego miasta, ikoniczne miejsce całego Uzbekistanu. Ba! Śmiem stwierdzić, że to najwspanialszy zespół architektoniczny w całej Azji Środkowej. Trzy strzeliste madrasy robią piorunujące wrażenie. Wyłożone od fundamentów po same szczyty połyskującymi płytkami ceramicznymi w odcieniach błękitu, wznoszą się wokół otwartej przestrzeni tworząc zespół o niesamowitej symetrii. Registan (dosłownie oznacza”piaszczyste miejsce”) pierwotnie był targowiskiem, na którym zbiegało się sześć głównych ulic Samarkandy. Później odbywały się tu parady wojskowe i publiczne egzekucje (z tego względu zasypywany był piaskiem), a bolszewicy urządzali polityczne wiece i procesy. Słowem registan określa także najważniejsze miejsca innych miast, coś takiego jak nasze dzisiejsze rynki. Aktualnie jest on odrestaurowany, a wieczorami odbywają się tu spektakle światła i dźwięku.

Przestrzeń Registanu wyznaczają fasady trzech monumentalnych medres. Pierwsza z nich, która stoi po zachodniej stronie w latach1417-1420 wybudował Uług Beg. Budynek wieńczą 33-metrowe minarety i bogato zdobią go motywy gwiazd, geometryczne ornamenty, mozaiki oraz ceramiczne płytki. W zamyśle fundatora medresy, miało to być miejsce nauczania nauk przyrodniczych, astronomii, matematyki i astronomii.

Dopiero po dwóch stuleciach zbudowano po wschodniej stronie, jako lustrzane odbicie tej pierwszej, madresę Szir Dar (1619-1636). Jej nazwa pochodzi od mozaikowych lwów w promieniach słońca (shir), które zdobią naroża wejścia i stanowią tradycyjny symbol Samarkandy. W tym przypadku architekci pogwałcili islamską zasadę nieprzedstawiania żywych istot (ludzi, zwierząt i roślin) w sztuce.

Ukoronowaniem zespołu jest trzecia madrasa Tillja Kari (1646-1660), szersza od poprzednich, z potężną turkusową kopułą i bogato złoconym wnętrzem.

Meczet Bibi Chanum

Jest to największy i jeden z najbardziej charakterystycznych meczetów w całej Samarkandzie. Powstał na cześć ukochanej żony Timura Bibi Chanum. W zamyśle miał być największym w całym muzułmańskim świecie. Do jego budowy zatrudniono architektów i budowniczych z całego imperium. Budowa została sfinansowana z łupów ostatniej kampanii w Delhi (1398 rok), a przy pracach wykorzystywano 95 sprowadzonych z Indii słoni. Potężny, 35-metrowy łuk wejściowy, flankowany 50-metrowymi minaretami, prowadzi na wyłożony marmurowymi płytami dziedziniec, przy którym znajdują się meczety. Kompleks wybudowano w pośpiechu (Timur osobiście rzucał robotnikom złote monety i kawałki pieczonego mięsa, aby przynaglić ich do pracy) i chwiejne ściany zaczęły się walić niemal natychmiast po ukończeniu. Aktualnie meczet czynny jest dla odwiedzających, a jego kopuła widoczna jest z wielu miejsc Samarkandy.

Gur-i Mir

Nazwa tego mauzoleum dosłownie oznacza „grób króla”, a w tym miejscu pochowano Timura Chromego – jedną z najważniejszych postaci historycznych Uzbekistanu. Początkowo mauzoleum było przeznaczone dla ulubionego wnuka Timura, Muhammada Sułtana (sam Timur zawsze chciał być pochowany w Shahrisabzie), ale to właśnie Samarkanda została uznana za bardziej odpowiednie miejsce ostatniego spoczynku wielkiego wodza. Obok Timura pochowano tu z czasem jego synów: Szach Ruch i Miranszch, a także wnuków: Muhammad Sułtan i Uług Beg. Głównym elementem zewnętrznej konstrukcji jest portal i charakterystyczna, turkusowa kopuła nad centralną, ośmioboczną salą.

Chciaż Gur-i Mur jest architektonicznym dziełem, w tamtych czasach tak naprawdę stanowił swego rodzaju prototyp innych powstających budowli, między innymi Tadż Mahal w Agrze. Z pochówkiem Timura związana jest pewna legenda, która do tej pory krąży pośród mieszkańców Samarkandy. Nawiązuje do inskrypcji znajdującej się na sarkofagu: „Ktokolwiek naruszy mój grobowiec, wyzwoli pogromcę straszniejszego niż ja”. Pod koniec lat 30-tych XX wieku radzieccy archeolodzy chcieli odrestaurować mauzoleum i otworzyć sarkofag wodza, ale mieszkańcy stanowczo się temu sprzeciwili. W czerwcu 1941 roku Józef Stalin wysłał do Uzbekistanu ekipę badaczy, która odważyła się otworzyć grób. Kilka dni później nastąpiła inwazja III Rzeszy na ZSRR.

Nekropolia Szah-i-Zinda

To chyba moje ulubione miejsce na mapie Samarkandy. Poszłam tam dwukrotnie w ciągu jednego dnia (chociaż znajdowało się na saaaaamym krańcu miasta): pierwszy raz pojawiłam się tam z rana, a potem wróciłam po południu, kiedy złote promienie zachodzącego słońca pięknie oświetlały cały kompleks. To swoiste dzieło sztuki, gdzie spoczywa timurydzka arystokracja (urzędnicy imperium i ważne osobistości sułtańskiego dworu). Groby i inne budowle funeralne pokrywają reliefy i płytki ceramiczne w różnych odcieniach błękitu, a całość zdobią motywy roślinne i kaligraficzne.

Cały zespół architektoniczny obejmuje 20 budowli, niemal tonących w błękicie i turkusie misternych mozaik. Wszystkie z nich są bogato zdobione oraz zwieńczone kopułą, z wielkimi portalami wejściowymi. Szah-i-Zinda z całą pewnością jest miejscem imponującym i gdybym mogła, zostałabym tam przez cały dzień. Nekropolia robi piorunujące wrażenie, ma coś hipnotyzującego w sobie. W 2001 roku kompleks Shah-i-Zinda wraz z innymi zabytkami Samarkandy, w pełni zasłużenie został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

„Sędzia”

Palestyna to jeden z najbardziej zapalnych punktów na świecie. Konflikt z Izraelem trwa od kilkudziesięciu lat i póki  końca nie widać. Ludzie tam żyją w permanentnym strachu o własne życie, a mimo to muszą też normalnie funkcjonować. Erika Cohn jest laureatką nagrody Emmy, reżyserką i producentką, którą magazyn „Variety” uznał w 2017 roku za jedną 10 najważniejszych twórczyń filmowych. Wyrusza do Palestyny, by nakręcić dokument o Kholoud – silnej i odważnej kobiecie, która zmaga się nie tylko piętnem wojny, ale przede wszystkim z niesprawiedliwością społeczną i krzywdą innych kobiet w świecie islamu.

Kholoud Al-Faqih to kobieta o niezwykłym charakterze i sile, która jako pierwsza kobieta na Bliskim Wschodzie, która piastuje urząd sędzi. To również jedyna kobieta w muzułmańskim kręgu kulturowym orzekająca w sądzie szariackim, która zajmuje się w pracy głównie przemocą domową, rozwodami, alimentami i kwestiami opieki nad dziećmi. Nie ma łatwego zadania, ponieważ jest to chleb powszedni większości palestyńskich rodzin. Rozprawy bywają bardzo trudne, ponieważ w Palestynie tradycyjnie ostatnie słowo należy zwykle do mężczyzny. Kobieca perspektywa, jaką przyjmuje Kholoud, to często jedyna szansa na sprawiedliwy wyrok.

Niestety jej funkcja sędzi w patriarchalnym świecie jest ekstremalnie trudna. Wśród zwierzchników Kholoud nie brakuje konserwatystów, którzy kwestionują zasadność piastowania tak eksponowanego stanowiska przez kobietę. Uważają, że kobieta nie nadaje się na tę funkcję, ponieważ nie posiada odpowiedniej wiedzy i z reguły jest istotą mniej inteligentną od mężczyzny. Oczywiście w przypadku Kholoud i wielu innych kobiet ubiegających się o tę posadę tak nie jest – to znakomicie wykształcone osoby z predyspozycjami do pracy na tym stanowisku. Kiedy w Ministerstwie Sprawiedliwości do głosu dochodzą radykałowie, tytułowa sędzia znajduje się w naprawdę trudnej sytuacji.

Erika Cohn zabiera widza w nietypową, ale i fascynującą podróż, w którą normalnie się nie wyrusza. Reżyserka pokazuje obraz zniszczonego miasta, biedy i prozę dnia codziennego naznaczonego wojną. Nawet budynek Sądu Najwyższego to rozpadająca się rudera, zaś sala rozpraw to przyciasny i duszny pokoik na piętrze. Sama Kholoud zaprasza ekipę filmową nie tylko do pracy, ale także do swojego prywatnego życia. Obserwujemy ją jak z mężem i dziećmi gotuje obiad, spacerują czy odwiedzają swoich rodziców. W tym patriarchalnym świecie stara się wychować własne córki na silne kobiety, zapewniając im odpowiednią edukację i wsparcie. Kholoud udziela także darmowych porad prawnych kobietom w swojej dzielnicy. Walczy także z niesprawiedliwym systemem, dyskryminujący kobiety, chcące piastować funkcję sędzi. Na szczęście jej walka przynosi skutki, ponieważ ostatnimi czasy kilka kobiet zostało zaprzysiężonych na stanowiska sędzi.

„Sędzia” to przejmujący dokument o trudnej sytuacji kobiet w świecie islamu. Kholoud ma wiele szczęścia w swoim życiu. Rodzice z całych sił ją wspierają,  zapewnili jej porządną edukację i są z niej bardzo dumni. Znalazła dobrego męża, który jest nie tylko partnerem, ale także powiernikiem i przyjacielem, co w tamtejszej kulturze wcale nie jest takie oczywiste. Jako pierwsza kobieta na Bliskim Wschodzie zaszła wysoko, miała wstawiennictwo i wsparcie Ministra Sprawiedliwości, a teraz innym kobietom, które nie mają tyle szczęścia co ona.  Takie filmu uświadamiają, ile nam się w życiu poszczęściło, że nie musimy zmagać się z dyskryminacją tylko dlatego, że urodziłyśmy się kobietami.

Więcej info tutaj: https://www.thejudgefilm.com/

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

 

Marcin Margielewski „Zaginione arabskie księżniczki”

Zjednoczone Emiraty Arabski, Arabia Saudyjska czy inne kraje Półwyspu Arabskiego wydają się być idealnym rajem wakacyjnym. Ta część świata otwiera się i robi się coraz bardziej popularna pośród spragnionych wrażeń turystów. Jednak okazuje się, że to wcale nie taki raj na ziemi, a przynajmniej nie dla tamtejszych kobiet, niezależnie od tego, czy to arabska księżniczka, czy „zwykła śmiertelniczka”. Bliski Wschód to nie jest dobre miejsce dla kobiet.

Marcin Margielewski przez 10 lat podróżował, mieszkając między innymi w Wielkiej Brytanii, Kuwejcie, Dubaju i Arabii Saudyjskiej. Jest autorem dwóch bestsellerowych książek „Jak podrywają szejkowie” oraz „Była arabską stewardesą”. Teraz wydał kolejną, w której ujawnia prawdę o arabskich księżniczkach, o których świat miał zapomnieć, że kiedykolwiek istniały.

Marcin Margielewski poznał człowieka, który przez większość swojego życia pracował na dworach saudyjskich władców. O tym, co widział, wszystko zostało zapisane na kartach tej książki. To historia księżniczek, które decyzjom swoich ojców, braci i mężów, czyli najbogatszych mężczyzn świata, zostały skazane na to, by świat o nich zapomniał. w XXI wieku, w rzekomo cywilizowanym i zeuropeizowanym kraju bez śladu znikają kobiety, co gorsze – księżniczki, o które nikt nie pyta których nikt nie szuka. Zupełnie jakby rozpłynęły się w powietrzu, zniknęły z powierzchni ziemi, nigdy nie istniały.

Kobiety w kulturze islamskiej nie mają nic do powiedzenia. Przychodzą na świat jako te niechciane istoty, które mają jedynie usługiwać mężczyznom oraz rodzić im gromadkę dzieci. Nie ważne, czy urodziły się w biednej rodzinie w saudyjskiej wsi czy na dworze królewskim – czeka je ten sam los. Z tym wyjątkiem, że arabskie księżniczki mieszkają w luksusowych pałacach ociekających złotem. Nie zmienia to faktu, że to jedynie otoczka, zachowanie pozorów, bo tak naprawdę żyją w złotej klatce, a o ich honor bają ojcowie, mężowie i bracia. Zwykły człowiek nie ma do nich dostępu. otoczone przez ochronę i opiekunów, pozornie wiodą baśniowe życie. Arabskie księżniczki spełniają (prawie) wszystkie swoje zachcianki, za niewyobrażalnie duże pieniądze. I tutaj znajduje się haczyk – muszą być bezwzględnie oddane i podporządkowane mężczyznom. Gorzej dla nich, jeśli któregoś dnia postanowią się sprzeciwić…

Marcin Margielewski opisuje historie kilku arabskich księżniczek, które w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęły z powierzchni ziemi. Co gorsza – nikt ich nie poszukiwał i nawet nie zainteresował się ich zniknięciem. „Zaginione arabskie księżniczki” to wstrząsająca powieść, oparta na prawdziwych wydarzeniach. Talal, rozmówca pisarza z wielkim bólem serca i ściskiem w gardle opowiada o masakrycznych wydarzeniach, które rozgrywały się za pałacowymi murami. Chociaż wiedział, że może przez to zginąć, postanowił zaryzykować, by świat się dowiedział, co tak naprawdę dzieje się z kobietami w Arabii Saudyjskiej oraz innych krajach Bliskiego Wschodu. Książkę czyta się z zapartym tchem, ale dla ludzi o mocnych nerwach.

Jeśli interesuje Was tego typu tematyka, polecam również te książki:

Za książkę dziękuję:

Magdalena Bartczak „Chile Południowe. Tysiąc niespokojnych wysp”

Chile. Kraj położony gdzieś na południowoamerykańskim kontynencie. No właśnie, a gdzie konkretnie? Oddalony o tysiące kilometrów kraj, nie jest popularnym kierunkiem podróżniczym. Co jeszcze wiemy na temat tego kraju? Magdalena Bartczak, miłośniczka tego kraju, od 2016 roku mieszka w stolicy kraju Santiago de Chile, gdzie pracuje jako dziennikarka, przewodniczka i organizatorka wydarzeń kulturalnych. W swojej debiutanckiej książce „Chile Południowe. Tysiąc niespokojnych wysp” opowiada o  kraju przekonując o jego pięknie i fascynującej, choć niełatwej historii.

Chile to fascynujący kraj, który ciągle szuka własnej tożsamości. Autorka pisze o ludziach, którzy na co dzień zmagają się z demonami przeszłości: eksterminacją rdzennych mieszkańców południowego Chile, dyskryminowanych Mapuczy oraz pozostawioną z ogromną trauma po rządach junty. Książka Magdaleny Bartczak to przede wszystkim opowieść o ludziach i miejscach To historie tych, którzy zginęli w czasach dyktatury. O epoce rządów Pinocheta, które dla jednych były koszmarem, a dla innych najwspanialszym, co przytrafiło się krajowi. O rybackich wioskach i miasteczkach ukrytych wśród wulkanów i lasów tropikalnych. O dawnej kolonii karnej, Puntas Arenas – czyli mieście wiatru, o miejscu, gdzie Atlantyk spotyka się z Pacyfikiem. To również przejmujące historie setek chilijskich dzieci, które w latach 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku, wbrew woli rodziców, zostały odebrane im przez rząd.

„Chile Południowe. Tysiąc niespokojnych wysp” to książka reportersko-podróżnicza. Magdalena Bartczak stara się przybliżyć nam wizję tego, jak wygląda życie ludzi na rzeczywistym końcu świata, gdzie nieokiełznana przyroda wciąż szykuje nowe wyzwania dla mieszkańców. Prawda jest taka, że Chile to kraj rozciągnięty na całą długość kontynenty, a od zachodniej strony zagrożone jest katastrofami, takimi jak jak np. tsunami czy trzęsieniami ziemi. Jak żyć w kraju z ciągłym niepokojem i poczuciem zagrożenia oraz brakiem zainteresowania i pomocy ze strony rządu?

Debiutancki reportaż Magdaleny Bartczak to fascynująca podróż po kraju, który nadal pozostaje nieodkryty. Zaprasza nas na czytelniczą podróż na południe Chile, gdzie pozwala nam bliżej poznać nie tylko samą nieokiełznaną przyrodę tego kraju, ale przede wszystkim mieszkańców, ich kulturę, historię i mentalność.

Za książkę dziękuję:

„Woman”

Bycie kobietą to przywilej i zaszczyt. Kobieta może wszystko, nie ma silniejszej istoty na ziemi. Szkoda tylko, że mężczyźni tego nie widzą i traktują je jak najgorsze zło tego świata, które trzeba nieustannie ograniczać, kontrolować, uciszać i manipulować. Anastasia Mikova i Yann Arthus-Bertrand w swoim filmie dokumentalnym „Woman” postanowili pokazać, czym jest kobiecość rozumiana we współczesnym świecie.

fot. herdocs.pl

Reżyserzy dotarli do wielu zakątków naszego globu i spotkali się z kobietami z różnych kultur pytając, czym dla nich jest kobiecość. 2000 kobiet z 50 różnych krajów świata zdecydowało się podzielić przed kamerą swoimi historiami i opowiada o własnych doświadczeniach – od tych najbardziej intymnych aż po kulturowe. Poruszają szeroką gamę problemów, między innymi na temat seksualności, małżeństwa, macierzyństwa, aborcji, przemocy domowej, gwałtu, wolności, zniewolenia, niezależności finansowej, wizerunku ciała, zdrady, dyskryminacji, starości, miłości, złości i mądrości. Kobiety te siedzą na czarnym tle, co jeszcze bardziej potęguje poziom adrenaliny. Co prawda są to jedynie krótkie wypowiedzi każdej z nich, ale nie zmienia to faktu, że ich historie są emocjonalnym ładunkiem wybuchowym.

fot. herdocs.pl

Meksyk, Chiny, Rosja, Włochy, Argentyna, Kambodża, Senegal, Australia, Syria, Indie, Arabia Saudyjska, Białoruś – to właśnie stąd pochodzą niektóre bohaterki „Woman”. Pochodzą z rożnych kontynentów, z różnych kręgów kulturowych, są w różnym wieku, mówią w różnych językach i mają za sobą różne życiowe doświadczenia. Wydaje się, że dzieli je niemal wszystko, ale coś je jednak łączy. Bezapelacyjnie wszystkie z nich są piękne. Nie chodzi o wygląd, ale o to, co mają do przekazania światu. Odwaga, jaka z nich emanuje motywuje oraz daje siłę i wsparcie innym kobietą, że może być lepiej. Niektóre z nich nadal nie pogodziły się z tym, co je spotkało i ze łzami w oczach oraz ściśniętym gardłem mówią o tragedii. Inne z kolei są roześmiane, a ich blask i pewność siebie bije po oczach. Jeszcze inne zgodziły się zaprosić widza do swoich domów, dzieląc się codziennymi, intymnymi momentami spędzanymi z rodziną.

fot. herdocs.pl

fot. herdocs.pl

fot. herdocs.pl

Pomimo przeciwności losu, a czasami tragedii, jakie przeszły, wszystkie wyglądają promiennie, ponieważ w końcu mają szansę wyrazić siebie. Już sam fakt, że te 2000 kobiet miało odwagę stanąć przed kamerą i opowiedzieć o swoich nierzadko tragicznych historiach czyni z nich superbohaterki. Mnie niejednokrotnie łezka w oku się zakręciła. „Woman” to przepiękny, niezwykle wzruszający i przejmujący dokument, który każda z nas powinna obejrzeć.

Film „Woman” wyświetlany był podczas HER Docs Film Festival w ramach przedpremiery organizowanej wspólnie z festiwalem Millennium Docs Against Gravity, na którym będzie miał swoją premierę (8-17 maja 2020 w Warszawie).

Więcej info: https://www.herdocs.pl/woman

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję: