Maciej Zborowski „Nie taka Szwecja lagom”

Z czym kojarzy nam się Szwecja? Ten północny zamorski sąsiad jawi się niczym kraj mlekiem i modem płynący. To kraj równości i sprawiedliwości, najbardziej socjalne społeczeństwo Europy, w którym ludzie żyją dostatnio i spokojnie. Szwecja to także wytwórnia gwiazd, takich jak ABBA,  bezpiecznych samochodów marki Volvo oraz obecne w domach na całym świecie tanie i proste w montażu meble IKEA. To również kraj potomków groźnych Wikingów. A jak jest naprawdę? Jak wygląda życie w tym skandynawskim kraju? W swojej książce „Nie taka Szwecja lagom” Maciej Zborowski – skandynawista i przedsiębiorca – pokazuje nam drugie oblicze Szwecji.

Autor porusza wiele aspektów życia w Szwecji. Zaczynając od Rodziny Królewskiej, przez religię i edukację, przechodzi do sfery ekonomicznej i socjalnej. Obala mit, że Szwecja to istne El Dorado, w którym każdy chce mieszkać. Że panuje równość i wolność słowa, a podatki są uciążliwe. Maciej Zborowski porusza temat imigrantów, którzy licznie przybyli do tego kraju i czerpią korzyści z tego tytułu, a szwedzkie społeczeństwo bezinteresownie pomaga uchodźcom. Autor weryfikuje zakorzenione w naszej mentalności stereotypy. Nie pokazuje Szwecji pięknej i rajskiej, wywleka sporo brudu, pokazuje Szwedów, rząd, gospodarkę, politykę, również z tej mrocznej strony. Znajdziemy również dużo porównań do Polski – pokazuje w jakich dziedzinach jesteśmy podobni do Szwedów, a w jakich całkowicie inni. Nie tylko  jako ludzie, ale my jako kraj, rząd czy system polityczny.

Nie byłam w Szwecji, więc trudno mi się wypowiedzieć na temat tego kraju. Szczerze przyznam, że momentami książka była nieco nudna. Za dużo suchych faktów i zbyt naukowego słownictwa.  Mnóstwo wykresów i tabelek z cyframi są ciężkostrawne, a nawet mogą odstraszyć. Bardzo łatwo przeskoczyć mało interesujący nas temat.Trzeba jednak przyznać, że „Nie taka Szwecja lagom” jest pięknie wydana, sporo tu różnego rodzaju kolorowych zdjęć, grafik, malutkich logotypów – naprawdę wizualnie jest bardzo przyjemnie i przyciąga oko. Książka nie tylko dla miłośników Szwecji, ale równie dla tych, którzy planują swoją podróż do sąsiada zza morza.

Za książkę dziękuję:

Artur Gryżewski, Artur Górski „Macho. Instrukcja obsługi”

Na świecie istnieje wiele różnych kultur, a każda z nich ma swój własny kanon piękna i różne obyczaje. Jednym z fenomenów jest zjawisko maczyzmu. Macho istnieje na każdej szerokości geograficznej i każdym kręgu kulturowym. Chociaż może różnić się wyglądem, określenie jest jednoznaczne. Kim jest macho? To obiekt pożądania tysięcy kobiet; prawdziwy twardziel, który niczego się nie boi i wzbudza respekt; 100 % testosteronu; ideał męskości, do którego dąży każdy facet… A jaka jest druga strona medalu? Inni uważają macho za zwykłego pozera, który kiepsko gra określone role i jest obiektem drwin o tandetnym wyglądzie.

Artur Górski, autor bestsellerowej serii „Masa o polskiej mafii” oraz Andrzej Gryżewski – seksuolog i psychoterapeuta, twórca bestsellerowej „Sztuki obsługi penisa” spotkali się, by porozmawiać o fenomenie macho. Swoje wnioski i wywody zapisali na kartach książki „Macho. Instrukcja obsługi”, w której dzielą się z czytelnikami swoimi doświadczeniami, rozkładają na czynniki pierwsze i obalają mit o tym specyficznym typie mężczyzny.

Tak naprawdę nie ma jednej definicji macho. Istnieje stereotyp, że macho wygląda niczym Pablo Escobar albo inny latynoski gangster. Jednak nie o wygląd tu chodzi. W swojej rozmowie autorzy zauważają, że ci mężczyźni często stają się więźniami swojej własnej wizji męskości. Zazwyczaj wynika to ze wzorców wyniesionych z domu rodzinnego, ale czasami zmusza ich do tego otoczenie. Starają się za wszelką cenę być kimś, kim w rzeczywistości nie są, przez co ich życie staje się jedną wielką mistyfikacją. Wiąże się z tym szereg zaburzeń i problemów osobowościowych. To z kolei rzutuje na inne sfery życia, np. seks i relacje z kobietami.

„Macho. Instrukcja obsługi” to rozmowy dwóch specjalistów, którzy w swobodnej konwersacji kolegów po fachu dzielą się swoimi obserwacjami. Każdy z nich miał do czynienia z tym typem mężczyzny, więc mają pojęcie o czym piszą. W książce przeważają wypowiedzi Andrzeja Gryżewskiego, to właśnie on zajmuje się psychologicznym aspektem zjawiska. Bardzo często przywołuje historie swoich pacjentów, aby zobrazować pewne schematy, według których postępuje macho i wskazać, jak wpływają one na jego życie seksualne. Dodatkowo trafne pytania Artura Górskiego sprzyjają „pogłębieniu” diagnozy i wprowadzają czytelnika w świat prawdziwych macho, czyli w środowisko gangsterskie.

Książka ma za zadanie zasygnalizować, że zjawisko maczyzmu istnieje i należałoby się w nie zagłębić, aby właściwie zrozumieć jego specyfikę. Okazuje się bowiem, że nie ma jednoznacznej definicji macho i tak naprawdę może nim być nie tylko gość pokroju strongmana, ale także odpicowany pracownik korporacji czy znany influencer. Zgłębiając się w politykę, również wyraźnie można zauważyć zjawisko maczyzmu. Ciekawi jesteście jak kształtuje swój wizerunek Putin lub Donald Trump? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w tej książce. Interesująca książka, która nieco wyjaśnia nam czym polega to fenomenalne zjawisko, które funkcjonuje na całym świecie.

Za książkę dziękuję:

 

Marta Krupińska „#PolishBeauty”

Każda z nas dąży do tego, żeby mieć piękne i zadbane ciało oraz długo cieszyć się młodym wyglądem. Żeby to osiągnąć, trzeba jednak odpowiednio zadbać o pielęgnację. „#PolishBeauty” to poradnik stworzony dla Polek, który pomaga odpowiednio zatroszczyć się o naszą urodę.

Marta Krupińska jest szefową działu urody w magazynie ELLE oraz ELLE MAN. Postanowiła wydać książkę, w której pomaga swoim rodaczkom w pielęgnacji urody, a efektem jej pracy jest „#PolishBeauty”. W tym celu przeprowadziła śledztwo, czy wszystkie aktualnie modne kosmetyki oraz zabiegi są odpowiednie dla Polek. Przeprowadziła szereg wywiadów z m. in. założycielkami polskich marek zajmujących się produkcją naturalnych kosmetyków, a także z fryzjerkami i makijażystkami.

Bardzo chętnie testujemy i z wypiekami na twarzy śledzimy wszelkie nowości kosmetyczne. Co chwilę w drogeriach pojawiają się cudowne eliksiry gwarantujące nam wieczną młodość. Zachwycamy się sposobem pielęgnacji, które stosują Koreanki; inspirujemy się kosmetycznymi rytuałami polecanymi przez Francuzki. Nie zdajemy sobie sprawy, że niektóre zabiegi, kosmetyki czy składniki zawarte w nich mogą nam jedynie zaszkodzić. Żyjemy w innym klimacie, na innym kontynencie, dlatego nie wszystkie produkty pielęgnacyjne nam służą.

Na kartach „#PolishBeauty” dowiemy się, jak świadomie kupować kosmetyki i na co przede wszystkim zwracać uwagę w ich składzie z korzyścią dla urody, środowiska i portfela. Marta Krupińska radzi również, jak w dziesięć minut zrobić make-up „no make-up”, który uwydatni nasze naturalne atuty. Przekonuje, że naturalny look pomaga w utrzymaniu zdrowej, pięknej, a przede wszystkim młodej cery. Warto zrezygnować ze sztucznych rzęs, tipsów i hebanowej opalenizny. Bo przecież natura jest piękna, a co za tym idzie – naturalny wygląd.

„#PolishBeauty” autorstwa Marty Krupińskiej to podręcznik pielęgnacji, który powinna przeczytać każda Polka. To swoiste kompendium wiedzy na temat składników, jakich powinnyśmy używać przy naszym typie urody; prawidłowej pielęgnacji ciała; naturalnego podkreślania piękna, a także na temat naturalnych produktów polskich marek kosmetycznych. Poradnik jest idealny zarówno dla młodych dziewczyn, jak i dojrzałych kobiet. Bo wszystkie jesteśmy piękne, niezależnie od wieku, koloru skóry, wagi czy rozmiaru, który nosimy. Warto świadomie dbać o siebie.

„#PolishBeauty” 

Petra. Tajemnicze królestwo Nabatejczyków

Ukryta w skalnych labiryntach Petra, znajduje się w południowej części Jordanii, nieopodal miasteczka Wadi Musa. Wpisane na listę UNESCO ( od 1985 r.) starożytne miasto, jeden z Siedmiu Cudów Świata (okrzyknięty tym mianem w 2007) jest najczęściej odwiedzanym miejscem w całej Jordanii.  To właśnie dla tego miejsca warto przyjechać do tego kraju, chociażby nawet na jeden dzień. Petra warta jest każdej spędzonej tam minuty. Nie ma się co dziwić, że tłumy turystów z całego świata przemieszczają się tędy każdego dnia – to absolutnie unikatowe miejsce na skalę ogólnoświatową. Trudno o bardziej spektakularne widoki: wykute w skałach ogromne grobowce, tajemnicze i głębokie na setki metry kaniony w skalnych rozpadlinach, ogromne góry stołowe oraz skały o fantastycznych kształtach i kolorach. Takie doznania oferuje Petra.

Będąc małą dziewczynką, marzyłam, że któregoś dnia stanę u wrót Skarbca Faraona, niczym jak nieustraszony Indiana Jones sama rozwiążę jakąś zagadkę i uratuję świat przed szponami zła. Prawdę mówiąc stojąc przy Skarbcu nie odkryłam niczego nowego, ale za to utwierdziłam się w przekonaniu, że warto było ruszyć tyłek i przebyć te tysiące kilometrów, by spełnić swoje marzenie. I wiecie co? Perta mnie nie zawiodła – do tej pory, w całym swoim 31-letnim żywocie i 33 odwiedzonych krajach, nie widziałam piękniejszego miejsca.

Krótko o historii Petry

Kiedy w 1812 roku do wrót Petry dotarł podróżnik Johann L. Burckardt, miasto było zapomniane i owiane tajemnicą. By tam wejść, szwajcarski odkrywca musiał się solidnie przygotować. Wymagało to od niego nauki języka arabskiego, konwersji na islam a przede wszystkim zdobycie zaufania miejscowych Beduinów, którzy zaprzysięgli chronić tajemnicy istnienia starożytnego miasta. Burckardt zdołał wjechać do miasta pod pretekstem ślubowania, że złoży ofiarę przy grobie Aarona.

Petra była najważniejszym miastem niejakich Nabatejczyków – ludu pochodzenia arabskiego, który majątek zdobył na handlu karawanowym. Ściślej mówiąc kontrolował transport najbardziej pożądanych na szlaku śródziemnomorskim przypraw korzennych pochodzących z głębi Półwyspu Arabskiego i Azji. Dzięki temu Nabatejczycy założyli potężne królestwo w III w. p.n.e. oraz zbudowali stolicę ukrytą pośród niezwykłych formacji skalnych. Nazwa „Petra” wywodzi się ze starożytnej greki i oznacza „skałę”. Kres świetności królestwa zakończyli Rzymianie, którzy nie tylko przejęli kontrolę nasz szklakami morskimi, ale także w końcu zdobyli osłabione kryzysem królestwo nabatejskie, zmieniając je w rzymską prowincję.

W okresie wypraw krzyżowych rycerze wybudowali ad miastem niewielki fort i utworzyli biskupstwo podlegające łacińskiemu patriarchatowi w Jerozolimie. Jednak potem nad całą okolicą przejęły kontrolę niezależne i koczownicze plemiona Beduinów. Przez wieki strzegły one tajemnicy, nie dopuszczając do ruin miasta obcych. Ich członkowie uważali się za strażników i dziedziców dawnego państwa nabatejskiego. O tajemniczym mieście zapomniano w Europie, aż do początku XIX wieku i przybycia szwajcarskiego odkrywcy.

Achhh, ta Petra!…

… to najczęstszy okrzyk wydobywający się z moich ust. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tam jestem, że w końcu stanęłam u wrót Skarbca, że dotarłam na szczyt do Monastyru! Cały czas prosiłam Kamilę, żeby mnie uszczypała, czy to aby na pewno nie sen i czy naprawdę tutaj jestem. Zachwyt nad zachwytem, ochom i achom nie było końca. Ale może zacznę od początku. Czym tak bardzo się zachwyciłam?

Grobowiec Obelisków (Bab Al Siq)

Już na samym początku naszej wędrówki przenosimy się na… Księżyc. Tak, tak – dobrze czytacie. Wszystkie formacje skalne przypominają powierzchnię tej ziemskiej satelity (nie żebym tam była).  A pośród nich widnieje Grobowiec Obelisków oraz poniżej Triclinium, czyli wykute w skale pierwsze grobowce Nabatejczyków pochodzące z I w. n.e. Znajdują się tam bloki skalne wyraźnie obrobione ręką człowieka. Widać na nich cztery kamienne piramidy, a poniżej wnękę, w której spłonęło niegdyś pięć osób. Te foremne prostopadłościany to tzw. dżiny (w języku arabskim słowo to oznacza duchy), które mogą symbolizować ołtarze bóstw nabatejskich.

Wąwóz Siq

Idąc dalej, wchodzimy w spektakularny i zapierający dech wąwóz Siq, który ciągnie się przez ponad 1 km. To właśnie tędy przed wiekami wiodła ceremonialna droga do miasta. Wąwóz głęboki jest na ponad 100 m, o szerokości miejscami nieprzekraczającej 3 m. Ta skalna szczelina wbrew pozorom nie powstała przez płynącą tędy wodę – to tektoniczna rozpadlina, która jedynie została pogłębiona przez erozję wodną. Spacer wzdłuż tego kanionu, pośród wijących się alejek jest niesamowitym przeżyciem. Zaskakująca jest barwa skał oraz całkiem bujna roślinność.

Skarbiec Faraona (Al Khazna)

Na końcu dróżki biegnącej przez wąwóz, nieśmiało zza szczelin skalnych wyłania się najpopularniejsza budowla w Petrze, TA hipnotyzująca budowla – Skarbiec Faraonów. To chyba najbardziej obfotografowane miejsce w całej Petrze. Wysoka na 40 metrów fasada udekorowana jest korynckimi kolumnami, frazesami i licznymi figurkami. Wbrew pozorom ten imponujący wykutą w skale fasadą grobowiec nie ma nic wspólnego z władcami starożytnego Egiptu. Według jednej z beduińskich legend, w środku znajduje się ukryty złoty skarb jednego z faraonów. Niestety nie było mi dane to sprawdzić, ponieważ wstęp był zakazany 😦 Pomimo tłumu turystów, leżakujących po środku wielbłądów i agresywnie nagabujących Beduinów, byłam w siódmym niebie. W końcu ziściłam swoje marzenie, w końcu poczułam się jak Indiana Jones. Większość turystów kończy swoją wędrówkę właśnie przy Skarbcu. My jednak głodne wrażeń i kolejnych zachwytów, poszłyśmy dalej. Co  jeszcze na nas czekało?

Teatr

Idąc kawałek dalej od Skarbca, dojdziemy do wykutego w skale w I w. p.n.e. teatru. Kryjąca się u zboczy gór arena widowiskowa mogła pomieścić 4 tysiące widzów! W późniejszych wiekach został on rozbudowany przez Rzymian, którzy podbili miasto. Co ciekawe, teatr ten jest jedyną tego typu areną na świecie, który został wykuty w skale.

Grobowce Królewskie

Za teatrem, na górze po prawej stronie znajdują się cztery imponujące Grobowce Królewskie. Ich wspaniałe fasady całkowicie wykuto w kolorowych skałach. Wśród nich możemy wyróżnić:

  • Grobowiec Urnowy – z ogromną kamienną urną wieńczącą 25-metrową fasadą, poprzedzoną wielkim tarasem. W 446 roku n.e. grobowiec ten był zaadaptowany na kościół bizantyjski;
  • Grobowiec Jedwabny – nazwano go tak z powodu niezwykłych kolorów piaskowca, w których został wykuty;
  • Grobowiec Koryncki – przypomina kształtem fasady Skarbiec. Grobowiec jest połączeniem dwóch elementów architektonicznych: nabatejskiego oraz klasycznego stylu antycznego;
  • Grobowiec Pałacowy – górną część tego grobowca nadbudowano z kamiennych bloków, ponieważ skała w tym miejscu była za niska. Prawdopodobnie ta część służyła za salę bankietową lub pogrzebową.

Ulica kolumnowa

Idąc dalej szlakiem, ciągnie się ulica kolumnowa. Poprzedza ją typowy rzymski łuk triumfalny, wzniesiony na cześć cesarza Hadriana, który odwiedził miasto w 130 r. n.e. Prawdopodobnie była to główna ulica handlowa dawnej Petry.

Wielka Świątynia

Idąc ulicą kolumnową, po lewej stronie znajdują się majestatyczne pozostałości Wielkiej Świątyni, która reprezentuje jedną z najważniejszych architektonicznych i archeologicznych zabytków centralnej Petry. Znajduje się na obszarze 7 tysięcy metrów kwadratowych, wliczając południowe i północne wejścia oraz dolny i górny poziom Świątyni. Jej wysokość w przybliżeniu wynosi 15 metrów. Nabatejczycy lubili mieszać swój własny styl architektoniczny z duchem antycznego klasycyzmu, co doskonale przekłada się na unikatowość Wielkiej Świątyni.

Droga do Monastyru

To najtrudniejszy odcinek na całej trasie. Trzeba się wspiąć po kamiennych schodach na szczyt, by zobaczyć położony na pustkowiu klasztor. Szczerze przyznam, że wspinaczka nie była jakoś specjalnie trudna, nawet za bardzo się nie spociłam, chociaż nie jestem wielką miłośniczką gór i brak mi odpowiedniego przygotowania kondycyjnego 🙂 Jednak widoki po drodze zapierają dech. Z resztą sami zobaczcie.

Monastyr (Al Deir)

Trud (wydawać by się mogło) niekończącej się wspinaczki wynagradza widok położonej na pustkowiu pośród potężnych skalnych urwisk fasada Monastyru. Ta wysoka na 48 metrów i prawie tyle samo szeroka budowla pochodzi z I w. n.e. Wbrew nazwie był to kolejny grobowiec – największy w całej Petrze, ale nigdy całkowicie nieukończony. W środku miały miejsce spotkanie o charakterze religijnym. W późniejszych czasach sala została zaadaptowana na chrześcijańską kaplicę. Na szczycie znajduje się też niewielka restauracja serwująca nie tylko zimne napoje, ale także widok na ten imponujący cud architektoniczny.

Nadal, nawet pisząc tego posta, nie mogę uwierzyć, że tam byłam 🙂 Pięknie jest spełniać swoje marzenia, do czego ochoczo Was zachęcam 🙂

Garść informacji praktycznych

Generalnie Jordania jest droga (dla przypomnienia: 1 JOD= ok. 5,6 zł). Również sam wstęp do Perty jest drogi, ale zapewniam Was – wart każdej ceny 🙂 Najbardziej opłaca się kupić Jordan Pass, który poza wizą do kraju, zawiera także wejściówki do 40 atrakcji w całym kraju, w tym również do Petry. Cena za Jordan Pass uzależniona jest od tego, ile dni chcemy spędzić w samej Petrze:

Jeśli natomiast nie chcecie inwestować w Jordan Pass, wówczas cena za sam jednodniowy wstęp do Petry wyniesie 50 JOD plus do tego oczywiście wiza jordańska (ok. 40 JOD). Godziny otwarcia Petra Visitors Center w sezonie (maj-wrzesień) 6:00-18:00, a poza sezonem (październik-kwiecień) – 6:00-17:00.

Ile czasu poświęcić na zwiedzanie Petry? My zainwestowałyśmy w dwudniową wizytę w starożytnym mieście. Jednak główną trasę (czerwona), na której znajdują się wszystkie wymienione wyżej obiekty, można spokojnie przejść w jeden dzień, zaczynając wcześnie rano. Oczywiście w tym skalnym mieście znajduje się kilka różnych tras, także dla miłośników trekkingu, którzy chcą przebyć wszystkie szlaki, najlepszym rozwiązaniem będzie zakup dwu- albo trzydniowego Jordan Passa. Aha! Na „spacer” po Petrze załóżcie wygodne buty, z solidną podeszwą, bo jest kilka ładnych kilometrów do przejścia 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Zapiski podróżne: Jordania

Właśnie wróciłam z Jordanii. Mistyczna Petra, bezkresna pustynia Wadi Rum, kąpiel w Morzu Martwym, rafa koralowa w Morzu Czerwonym – te wszystkie niesamowite atrakcje czekały tam na mnie. Spełniłam jedno ze swoich podróżniczych marzeń! Do tej pory nie widziałam piękniejszych widoków. Jordania posiada wiele wspaniałych miejsc, które kuszą turystów z całego świata. Pomimo tego, że znajduje się w konfliktowym rejonie świata (na północy Syria ogarnięta wojną; od zachodu Izrael i Palestyna), wbrew pozorom jest bezpiecznym krajem.

Mam kilka przemyśleń na temat tego kraju, którymi chciałabym się z Wami podzielić, póki buzują we mnie jeszcze wszystkie emocje.

Drożyzna

Jordania jest drogim krajem. Wszystko jest kilka razy droższe niż w w naszym kraju. Dodatkowo o wszystko trzeba się targować (czego szczerze nienawidzę), czy to w sklepie, czy na bazarze. Najgorsi są oczywiście taksówkarze. Ci nie mają żadnych skrupułów, żeby ogołocić przeciętnego turystę. Nawet jeśli wydaje nam się, że utargowałyśmy „good price” za przejazd, potem dowiadujemy się, że i tak dwukrotnie przepłaciłyśmy. Za wszystko trzeba płacić, niestety nie ma nic za darmo. A ceny zaczynają się od 1 JOD (5,6 zł) za butelkę wody, a za piwo można zapłacić nawet 6 JOD!

Jest bezpiecznie, ale…

To było moje pierwsze zetknięcie z Bliskim Wschodem, taki szok kulturowy. Okej, nie licząc jednodniowej wizyty w Stambule 10 lat temu, po której obiecałam sobie, że nigdy więcej nie pojadę do Turcji. Jordania to zupełnie inna kultura, religia, obyczaje czy nawet klimat. Nie chcę oceniać, ale to zdecydowanie nie moja bajka. We wszystkich turystycznych rejonach czułam się bardzo bezpiecznie, a Jordańczycy byli bardzo życzliwi i pomocni, wszyscy zawsze witali nas słowami „Welcome to Jordan”. Poza tym, funkcjonuje tam specjalna policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo turystów. Jednak pewien niesmak pozostał.

Już pierwszego dnia po wylądowaniu w Ammanie,  postanowiłyśmy się udać się do miasta na kolację. Nasz hotel znajdował się 20 minut od centrum, więc zdecydowałyśmy przejść się piechotą. To był pierwszy i ostatni raz, potem brałyśmy już tylko taksówki. Czułam się jak małpka w zoo – każdy się na nas gapił, jakby pierwszy raz widział białą, blondwłosą kobietę. Mężczyźni lustrowali nas wzrokiem w taki sposób, że prawie nas pożarli żywcem. Poza tym gwizdy i wyznania miłości były na porządku dziennym. Z kolei kobiety patrzyły z pogardą na „roznegliżowane” paniusie (roznegliżowane – czyt. w długich dżinsach i t-shirtach). Turystki nie mają tam obowiązku zakrywania ciała abajami i hidżabami, a my miałyśmy zakryte wszystko, co było konieczne. Dziwię się, że w stolicy kraju, który żyje z turystyki, blondwłosa i biała kobieta nadal wywołuje tyle emocji i sensacji.

Amman – najbrzydsza stolica, w której byłam

Kontynuując wątek o Ammanie. Zwiedziłam wiele stolic, mniejszych czy większych, i stwierdzam, że stolica Jordanii jest najbrzydszym miastem, jakie do tej pory odwiedziłam. Mieszka tam prawie 4 miliony ludzi, korki są niemiłosierne, a miliony samochodów robią niebywały hałas. Architektura miasta pozostawia wiele do życzenia – domki wyglądają jak z kartonu i poukładane są jeden na drugim. Chaos, kurz, brak jakiegokolwiek zorganizowania i reguł – tak mogę opisać Amman. Do tego śmieci walające się po ulicach – coś obrzydliwego. A przejście przez ulice graniczy z cudem. Tak jak pisałam, że w Uzbekistanie z trudem przechodzi się przez jezdnię, to Amman bezapelacyjnie wygrywa w tej konkurencji. Nie za bardzo jest też co tam specjalnie robić. Owszem, jest kilka zabytków, ale o samym mieście napiszę osobny post. Do tego codzienna pobudka o 4:30 rano, bo z objęć Morfeusza wybudzało nas głośne nawoływanie muezina z pobliskiego meczetu… Niestety zmuszone byłyśmy spędzić tam prawie 3 dni, bo była to nasza baza wypadowa do innych miejsc, no i tam też miałyśmy loty z/do Warszawy. Jedno jest pewne – nie chciałabym tam więcej powrócić.

Przepiękne widoki

Tak, jak Amman mnie od siebie zraził, tak w południowej części kraju kryje się wiele fantastycznych perełek. Zaczynając od zachwycającej Petry, przez kosmiczną pustynię Wadi Rum, aż po rafę koralową w Akabie.  Do tej pory nie widziałam nic piękniejszego od Petry, a trochę miejsc w swoim życiu już zobaczyłam. Aż ciężko pojąć, że w jednym kraju kryje się tyle skarbów natury i ślad  starożytnych cywilizacji. Jest jeszcze wiele miejsc, których nie odwiedziłam z powodu braku czasu czy zamknięcia niektórych obiektów. Tydzień to zdecydowanie za mało, ale mam przynajmniej po co tam wracać, co nieco zostawiłam na później 🙂

Przepyszne jedzenie

Odkąd pamiętam, jestem fanką hummusu, falafeli i innych bliskowschodnich specjałów. Dlatego też wizyta w tym kraju była dla mnie kulinarnym rajem. Wszystko świeże, pachnące i aromatyczne – na samą myśl ślinka cieknie 🙂 Hummus na śniadanie, obiad i kolację, czasami przegryzany falafelem (albo po prostu – falafel maczany w hummusie) – tak mniej więcej wyglądała moja jordańska dieta. Nie wnikałam, w jakich warunkach sanitarnych przygotowywano to jedzenie, ale najważniejsze, że nie złapałyśmy żadnej „klątwy faraona” i innych przykrych dolegliwości 😀  Jednak po tygodniowej uczcie, na hummus nie spojrzę przez kilka kolejnych tygodni, pomimo mojego zamiłowania do tej bliskowschodniej przekąski 🙂

Hummus, falafel, baba ganush, pieczony bakłażan, świeże warzywa i herbata – weganizm pełną gębą

Jeszcze więcej hummusu 🙂

Jordańskie piwo nie było zbyt smaczne, ale za to miało moc

 

Rachunek za naszą kolację 🙂

Jordańczycy nie dbają o zwierzęta

Niestety, zwierzęta w tym kraju nie są dobrze traktowane. Wiele razy widziałam, jak właściciele chłostali swoje konie czy wielbłądy. W Petrze osiołki wnosiły na grzbietach grubych i leniwych ludzi, którym nie chciało się wejść po schodach, albo stały przywiązane na sznurach pozostawione w pełnym słońcu, bez miski wody. Dorożki z pędzącymi, spoconymi i ledwo zipiącymi końmi co rusz prawie tratowały grupy pieszych. Właściciele tych zwierząt pieszczotliwie nazywając ich „beduin ferrari” czy „camel taxi”, nagabywali do skorzystania z tego typu transportu gwarantując, że zamiast 2 godzin, na szczyt dostaniemy się w przeciągu 40 minut. Ja nawet nie chciałam wsiąść na 2 minuty na wielbłąda, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie, mimo tego, że jego właściciel ochoczo mnie do tego zachęcał. Nie potrafię tego zrozumieć, bo przecież zwierzęta to źródło ich zarobku, więc powinni traktować je z szacunkiem, a nie znęcać się nad nimi. Ale to wszystko wina leniwych turystów, którzy korzystają z tego typu „usług”, bo przecież gdyby nie oni, nie byłoby tego zjawiska. Nie wspomnę już o wygłodniałych, wychudzonych psach i wyleniałych kotach, na które nikt nie zwraca tam najmniejszej uwagi.

Dlatego też będąc w Petrze, proszę – nie korzystajcie z tego typu „usług”. Nie przykładajmy się do maltretowania i wyzyskiwania zwierząt dla chwili własnej wygody. Poza tym spacer po tym miejscu sprawia, że staje się ono jeszcze bardziej magiczne.

Słodziaczek ❤

I kolejny 🙂

Jeszcze więcej słodziaków 🙂

Wzorowe modelki

Wielodzietne rodziny

Jordańczycy są muzułmanami, a co za tym idzie – posiadają wielodzietne rodziny. Co więcej, mężczyzna może mieć do 4 żon, ale kobieta może posiadać tylko jednego męża. Ot, taka mała niesprawiedliwość. Ludzie, z którymi miałam styczność opowiadali, że posiadają np. 7 braci i 3 siostry, albo 6 sióstr i 4 braci. Każdy miał brata/kuzyna/wujka w swoim „biznesie”. Czy to Beduin mieszkający na pustyni, wożący nas po mieście taksówkarz czy właściciel hostelu, w którym mieszkałyśmy – każdy miał ogromną rodzinę. Jeden z nich opowiadała o swoim wujku, który posiada 4 żony i 34 dzieci!!! Jak tu spamiętać imiona wszystkich pociech? Co ciekawe, każdy z napotkanych „młodzieńców” był singlem, który nie znalazł jeszcze do tej pory „tej jedynej”. Zastanawiam się, czy  to prawda czy gadali tak, żeby poderwać i skusić na ożenek europejską turystkę 🙂

Jordański kawaler 😉

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Jonathan Eig „Narodziny pigułki”

Jedna malutka pigułka, a wstrząsnęła światem. Wzbudziła szereg kontrowersji i okrzyknięta została narzędziem szatana. Odmieniła losy milionów kobiet na całej kuli ziemskiej, czyli spełniła swoje zadanie. Dzięki niej kobiety same zaczęły decydować o swoim ciele. Była również jednym z punktów zapalnych stojącej u progu rewolucji obyczajowej. I nie, nie zdemoralizowała społeczeństwa, jak wtedy sądzono. Mamy XXI wiek, ale dla niektórych społeczeństw magiczna pigułka nadal jest co najmniej niepokojąca.

Ameryka, lata 50-te ubiegłego wieku. Pewnego dnia Margaret Sanger postanowiła odmienić losy milionów kobiet na całym świecie. To legendarna założycielka ruchu na rzecz kontroli urodzeń, ale przede wszystkim jedna z orędowniczek przyjemności seksualnej. W ówczesnych czasach uważana była za ladacznicę i czarownicę, ponieważ dążyła do demoralizacji społeczeństwa. Wtedy nie do pomyślenia było, żeby seks służył czemuś innemu niż płodzenie dzieci, a czerpanie z niego przyjemności było wręcz zakazane. Postanowiła, że znajdzie sposób, by kobiety miały samodzielną kontrolę nad własną płodnością. Oczywiście sama nie dałaby rady, dlatego też oprosiła o pomoc niejakiego Gregory’ego Pincusa, naukowca z Harvardu. Jak na tamte czasy, był on wizjonerem zajmującym się rozmnażaniem ssaków. Z czasem dołączyli do nich Katherinie McCormick – arystokratka i liderka ruchu walczącego o prawa kobiet oraz charyzmatyczny ginekolog John Rock, który posiadał wieloletnie doświadczenie w pracy z kobietami, a głęboki katolicyzm łączył z przekonaniem, że „wiara jest marną uczoną”. Ta czwórka podjęła się niemal niemożliwego zadania. W ciągu dekady doprowadziła do jednego z najradykalniejszych przełomów społecznych – wynalazła pigułkę antykoncepcyjną.

Oczywiście, jak to z nowościami bywa, „pigułka” nie została ciepło przywitana przez społeczeństwo, wręcz przeciwnie. Minęły długie lata, zanim udało się przekonać o jej zaletach kobiety, lekarzy oraz kościół katolicki. Ten ostatni oczywiście potępił szatański wynalazek, ponieważ nie pozwalała płodzić nowych wiernych. Społeczeństwo się oburzyło, ponieważ kobiety odzyskały władzę nad własnym ciałem, mogły same decydować o tym, ile dzieci chcą mieć i kiedy je mieć. A przede wszystkim – mogły czerpać przyjemność z uprawiania seksu, bez żadnego lęku, że znowu zajdą w niepożądaną ciążę. Lekarze początkowo niechętnie przyjęli nowe medyczne odkrycie, nie wiedzieli jaki wpływ w dłuższej perspektywie będzie miało stosowanie tej magicznej pigułki. Z czasem jednak się przekonali z zgodzili, że pastylka ta przynosi więcej dobra niż szkód zarówno dla samych kobiet, jak i całego społeczeństwa.

Jeszcze 70 lat temu ludzie żyli w mentalnym średniowieczu. Czasy były inne, kobiety nie miały żadnych praw, a ich zadaniem było rodzenie dzieci i usługiwanie mężom. Nikomu wtedy nie przyszło do głowy, by z czerpać przyjemność z seksu. Wtedy 30-letnie kobiety posiadały 5., 6. dzieci i z każdym obytym stosunkiem odczuwały lęk przed poczęciem nowego dziecka, najczęściej niechcianego. Naturalnie cała odpowiedzialność za wychowanie i opiekę spadała na nie. Nie mówiąc już o fizycznych i psychicznych skutkach ciągłego rodzenia dzieci. Aż tu nagle pojawiła się niejaka Margaret Sanger z obietnicą, że odmieni ich los. Po niemal dekadzie, wielu testach, stawianiu czoła wszelkim przeciwnościom, przekonywaniu społeczeństwa, milinom dolarów pochłoniętych na badania – udało się. Możemy teraz same o decydować.

Jak ja się cieszę, że żyję w czasach obecnych! Jestem wdzięczna, że mam dostęp do tego typu „wynalazków” jak tabletka antykoncepcyjna i mogę decydować o własnym ciele i swojej płodności. Chociaż kto wie, co przyniesie przyszłość. „Narodziny pigułki” autorstwa Jonathana Eiga to świetna opowieść na temat poszukiwań różnych sposobów na ograniczenie liczby urodzeń (poniekąd też emancypacji kobiet), ale także podróż po historii Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku.

Za książkę dziękuję: