„Mulan”

Na ten film czekałam od bardzo dawna. Konkretniej od 1998 roku, kiedy to powstał disneyowski film kreskówkowy o chińskiej bohaterce, a na pewno przez ostatnich kilkanaście miesięcy, od momentu pojawienia się pierwszego zwiastunu tej hollywoodzkiej superprodukcji. Pandemia skutecznie opóźniła premierę  „Mulan”, a oczekiwanie na nią stało się nieznośne. Mulan jest moją ulubioną postacią disneyowskich bajek, dlatego też z niecierpliwieniem wyczekiwałam, kiedy pełnometrażowy film o mojej ukochanej wojowniczce wreszcie zawita do kin. No i w końcu się pojawił, ale było to coś zupełnie innego, niż się spodziewałam.

Mulan (Yifei Liu) mieszka z rodziną w małej chińskiej wiosce położonej gdzieś w górach. Nie jest to typowa dziewczyna, ponieważ już od najmłodszych lat wykazuje niezwykłe zdolności, które tak naprawdę nie przystoją dziewczynkom w jej wieku. Chociaż stara się jak może, nie jest w stanie zadowolić swoich rodziców.  Zgodnie z chińską tradycją, powinna wyjść za mąż, stać się przykładną żoną i matką oraz na zawsze pogodzić się z losem posłusznej kury domowej. Jednak taki los nie jest przeznaczony Mulan. W trakcie wizyty u swatki całkowicie kompromituje się jako przyszła żona i okrywa hańbą swoją rodzinę. Tymczasem do wioski przybywają wysłannicy cesarza i ogłaszają powszechny nabór do wojska, ponieważ Chinom zagrażają barbarzyńcy z północy. Cesarz wydaje dekret nakazujący rekrutację do armii jednego mężczyzny z każdej rodziny.  Z racji tego, że w rodzinie Hua jedynym mężczyzną jest schorowany i niepełnosprawny ojciec – weteran poprzedniej wojny, pod osłoną nocy zdesperowana Mulan wykrada zbroję i miecz ojca, i konno wyrusza do wojskowego obozu. Przebrana za mężczyznę Hua na każdym kroku poddawana jest próbom wymagającym od niej zmobilizowania wewnętrznej siły i wykorzystania pełni swoich możliwości. W wyniku tej wielkiej przygody dziewczyna przemienia się w niezłomną wojowniczkę, zdobywa szacunek wdzięcznego narodu oraz oczyszcza splamiony honor swojej rodziny.

Trzeba przyznać, że najnowsza wersja „Mulan” w reżyserii Niki Caro jest wielkim widowiskiem. Zapierające dech w piersiach panoramy, sceny akcji i cudowna gra kolorami na wielkim ekranie robią piorunujące wrażenie. Mam jednak zastrzeżenia co do fabuły tej produkcji. Filmowa wersja tej produkcji odcina się od jej kreskówkowego pierwowzoru. Co prawda pewne nawiązania do oryginału zostały wplecione, ale robią to w taki sposób, że nie tłamszą autonomiczności nowej „Mulan”.  Będzie trochę spojlerów, więc proszę o przebaczenie. Po pierwsze: nie ma Muszu – sympatycznego małego smoka, który nie tylko jest towarzyszem wyprawy Mulan, ale również przyjacielem, powiernikiem i obrońcą. Trudno sobie wyobrazić Mulan bez Muszu, a jednak producenci postanowili z niego zrezygnować. Pojawia się za to postać Feniksa, który chyba miał zastąpić małego smoka, jednak dla mnie zupełnie tam nie pasował. Smoki od zawsze silnie zakorzenione są w chińskiej kulturze, więc skąd nagle feniks? Oczywiście symbol tego ptaka ma ukryte znaczenie, ale mimo wszystko nadal tu nie pasuje. Po drugie pojawia się postać czarownicy Xianniang (Li Gong) i tak naprawdę nie wiadomo skąd się tam wzięła i po co. Chyba tylko dlatego, żeby jeszcze bardziej nadać feministycznego zacięcia nowej „Mulan”. Poza tym zabrakło jeszcze wielu ważnych postaci, które były istotnym elementem akcji kreskówkowej wersji tego filmu.  Brakuje również humoru, który był tak bardzo obecny i nadawał dużej wartości oryginalnej „Mulan”. Mam zastrzeżenia do jeszcze wielu innych aspektów fabuły, ale nie chcę opowiadać i rozkładać na czynniki pierwsze całego filmu 🙂

Jedno trzeba przyznać: producenci znaleźli odpowiednią wizualnie Mulan – nie wygląda ani ja chłopak, ani jak dziewczyna. Albo może na odwrót – wygląda zarówno zarówno jak młodzieniec oraz przedstawicielka płci pięknej zarazem. Yifei Liu jest androginicznej urody, co z pewnością przełożyło się na jakość wizualną jej roli. Natomiast jeśli chodzi o samą interpretację tej roli, to niestety jakość jest niska. Jej Mulan ma kamienną twarz i nie wykazuje żadnych emocji, niczym robot.  Nawet jak była szczęśliwa, trudno było rozpoznać grymas na jej twarzy, który rzekomo miał być uśmiechem. Najlepszą postacią tej produkcji był Böri Khan – grany przez Jasona Scotta Lee, który z całą pewnością był wyrazisty i bardzo charyzmatyczny. W pozostałych rolach zobaczymy między innymi Donnie Yena (Komandor Tung), Li Gong (Xianniang), Jeta Li (Cesarz), Yosona An (Honghui) oraz Tzi Ma (Zhou).

Czy warto wybrać się na nową „Mulan”? No cóż, mimo wszystko nie żałuję wydanych na bilet pieniędzy, aczkolwiek nastawiałam się na coś innego. Sądziłam, że współczesna „Mulan” będzie bardziej zbliżona do swojego pierwowzoru. Trochę jestem zawiedziona, bo wizerunek Mulan z dzieciństwa trochę się zatarł. Nie mniej jednak na swój sposób najnowsza „Mulan” jest współczesną baśnią, od której trudno jest oderwać wzrok. To także inspirująca i napawająca nadzieją opowieść dla małych dziewczynek, które marzą o czymś więcej, niż posiadanie męża, dzieci i wicie rodzinnego gniazdka. Zarówno bajka, jak i sam film mają wyraźne przesłanie: karmią nasza wyobraźnię oraz wspierają w dążeniu do wyznaczonego celu i realizacji marzeń.

Małgorzata Sidz „Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii”

Do tej pory nie dotarłam do Finlandii, chociaż ostatnio kierunek ten stał się moją małą obsesją. Gdyby nie sytuacja na świecie, w tym roku planowałam tam w końcu dotrzeć. No niestety, na razie chyba nie jest mi to przeznaczone. Jedyne co mi pozostało, to namiętne czytanie książek o Finlandii i jej mieszkańcach. Niedawno trafiła w moje ręce reportaż Małgorzaty Sidz „Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii”, którą od razu pochłonęłam.

Finlandia to kraina, w której latem słońce nie zachodzi, a zimą panują egipskie ciemności rozświetlane tęczą zorzy polarnej. To kraina, gdzie 30 stopni poniżej zera i metr śniegu to norma, a łyk ciepłej bryzy jest wyczekiwanym przez wiele długich, mrocznych miesięcy luksusem. Tutaj ciągle silny jest kult sisu, czyli wytrwałości, determinacji, nieustępliwości, samowystarczalności, siły, spokoju ducha, uporu i odwagi w mozolnym dążeniu do celu, stoicyzmu w obliczu przeciwności, wytrwałości, odporności, krzepy i hartu ducha. Tacy właśnie są Finowie, albo po prostu na takich się kreują.

Tytułowe kocie chrzciny to pretekst do świętowania, muzyki i śpiewu. Finowie umieją imprezować, również w samotności – słynne „gaciopicie”, czyli sączenie drinków w zaciszu własnego domu na kanapie przed telewizorem w powyciąganych dresach. Jednak autorka tego reportażu zaprasza nas nie tylko do zabawy. Uchyla przed nami drzwi do fińskich domów, przedstawia fińskie rodziny, opowiada o ich mentalności, o pracowitości i wyrozumiałości, alkoholizmie i samotności. Zabiera nas do domków letniskowych i do domów spokojnej starości, do Doliny Muminków i saun, a także opowiada fascynującą historię życia Tove Jansson, autorki książek o sympatycznych hipopotamach. Porusza wątek związany z nietolerancją i niechęcią Finów względem Szwedów i szwedzkojęzycznych Finów. Przypomina o burzliwej historii narodu fińskiego, ale w dość nietypowy sposób.

Książka „Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii” nie jest piękną laurką kierowaną w stronę Finów, wręcz przeciwnie. Autorka opowiada o  wszystkim tym, co dobre w tym kraju, ale także nie omieszka poruszać wstydliwych tematów. Mowa tutaj między innymi o alkoholizmie i pijaństwie Finów, ich depresji i samotności, nietolerancji czy przemocy domowej, o której się tam raczej nie mówi. Rzeczywiście nie są to tematy przyjemne, ale dobrze, że takie reportaże powstają, bo przynajmniej mamy kompletny obraz tego kraju, bez upiększania i wynoszenia na piedestał. W książce Małgorzaty Sidz Finlandia to kraj pełen sprzeczności i podziałów, wspaniały i trudny zarazem. Kraj lata i zimy.

Za książkę dziękuję:

Anna Daszkiewcz „Sycylia. Travel&Style”

Każdy, kto był na Sycylii bardzo zachwala tę wyspę. Co prawda znajdowała się na mojej podróżniczej liście marzeń, ale nigdy nie była priorytetem. Takie marzenie, które kiedyś zrealizuję. Teraz to się zmieniło, bo w moje ręce wpadł przewodnik z serii „Travel & Style” Wydawnictwa Bezdroża. To prawdziwa skarbnica wiedzy na temat tej śródziemnomorskiej wyspy.

Sycylia nazywana jest perłą Morza Śródziemnego. Słynny niemiecki poeta Goethe określił ją mianem „raju” i „królowej wysp”. Patrząc na przepiękne i kolorowe zdjęcia zamieszczone w przewodniku, widać tam rajskie plaże, cudowne zatoki, malownicze klify i góry łączące się z morzem. Wyspa wydaje się fantastycznym miejscem do odpoczynku w harmonii z przyrodą. Ponieważ przez wieki pozostawała pod panowaniem wielu rożnych nacji i władców nie tylko europejskich dynastii, znajdują się tam wspaniałe ślady wielu kultur i fascynujące zabytki: greckie świątynie i teatry, rzymskie wille, arabskie meczety, normańskie zamki i barokowe kościoły. Wyspa kusi także oryginalną regionalną kuchnią.

Przewodnik podzielony jest na kilka części, w których każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli jesteśmy amatorami lokalnych smaków, dobrze jest się przyjrzeć informacjom oznaczonym ikoną travel&food. Jeśli pasjonuje nas życie i historia mieszkańców danego regionu, warto skupić się na informacjach oznaczonych travel&culture. Propozycje aktywnego spędzania czasu znajdziemy pod ikoną travel&active. Jeśli kochamy przyrodę, w poszukiwaniu spokoju pośród natury pomoże nam zakładka travel&nature. Jeśli marzy nam się bardziej spokojny odpoczynek, atrakcji szukajmy pod znakiem travel&relax. Natomiast jeśli chcemy zapewnić ciekawe atrakcje naszym małym pociechom, warto poczytać strony opatrzone frazą travel&family.

Seria „Travel&Style” właśnie stała się moją ulubioną serią Wydawnictwa Bezdroża. Mnóstwo przepięknych zdjęć, kolorowych map, praktycznych informacji i cała masa ciekawostek sprawia, że nie można się od niego oderwać. Chociaż Sycylię zostawiłam sobie na „kiedyś”, to po przeanalizowaniu tego przewodnika mam ochotę kupić bilet, spakować walizkę i czym prędzej pognać na tę włoską wyspę. Jeśli nie w tym roku, na pewno będzie ona moim priorytetem w kolejnym.

Za książkę dziękuję:

Amy Reed „Dziewczyny znikąd”

Żyjemy w bardzo dziwnych czasach. W czasach, w których seksizm, rasizm, homofobia i nierówność społeczna nadal silnie funkcjonują, niezależnie w którym zakamarku świata mieszkamy. Dotyczy to każdej narodowości, osób każdego koloru skóry, ludzi biednych i lepiej usytuowanych, z dużych i małych miejscowości. Najnowsza książka Amy Reed ujawnia brutalna prawdę, ale z drugiej strony daje nadzieję, że zmiana sposobu myślenia jest naprawdę blisko.

Grace Slater jest nowa w mieście. Jej rodzina opuściła społeczność baptystów po tym, jak jej matka stała się zagorzała liberałką. Rosina Suarez z rodziny meksykańskich imigrantów marzy o graniu punkowej muzyki. Erin DeLillo – dziewczyna z zespołem Aspergera – fascynuje się biologią morską i serialem „Star Trek”. Kiedy Grace dowiaduje się, że mieszkająca wcześniej w jej nowym domu Lucy Moynihan została wykluczona ze społeczności i uciekła z miasteczka, bo miała oskarżyć grupę popularnych miejscowych chłopaków o gwałt, postanawia zwalczyć o sprawiedliwość. Grace, Erin i Rosina postanawiają pomścić zbiorowy gwałt na koleżance, o którym milczy lokalna społeczność. Wraz z przyjaciółkami zakłada anonimowe zrzeszenie dziewcząt w liceum, które ma przeciwstawić seksizmowi i kulturze gwałtu szerzącej się w lokalnej szkole. Nazywają siebie Dziewczynami Znikąd, a niebawem ich idea przeradza się w ogromny ruch feministyczny, który ma potencjał i realną moc zmieniania rzeczywistości.

Początkowo sądziłam, że książka „Dziewczyny Znikąd” adresowana jest dla nastolatek. Chociaż bohaterkami są licealistki, które zmagają się z typowymi dylematami nastolatek, to tak naprawdę problemy w niej poruszane mają głębsze znaczenie – dotyczą każdej kobiety, niezależnie ile ma lat i gdzie mieszka. Jednak Amy Reed napisała coś, co jest szalenie ważne dla kobiet w każdym wieku, obok czego nie można obojętnie przejść. Książka zmusza do myślenia i konfrontacji z głęboko zakorzenioną niechęcią i uprzedzeniami, a także podkreśla istotę kobiecej siły i zrozumienia dla siebie nawzajem i sytuacji, z którymi mamy do czynienia. To także manifest feminizmu, w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Za książkę dziękuję:

„Sudety. Najpiękniejsze wycieczki w Polsce, Czechach i Niemczech”

Sudety mają do zaoferowania mnóstwo atrakcji – od wysokich szczytów Karkonoszy na czele ze Śnieżką, przez pełne fantazyjnych formacji skalne miasta Gór Stołowych i Gór Łużyckich, po grzmiące wodospady i urokliwe jeziora polodowcowe. Na uwagę zasługuje także niezwykłe bogactwo świata podziemnego – na śmiałków czekają zarówno tajemnicze jaskinie, jak i sztolnie dawnych kopalni, lochy oraz bunkry. Malowniczo położone miasta i miasteczka skrywają zamki, pałace i zespoły klasztorne. Jedno jest pewne – w Sudetach nie da się nudzić.

W przewodniku opisano 30 wycieczek pośród sudeckich szczytów i dolin zarówno na terytorium Polski, jak i Czech oraz Niemiec. Wszystkie trasy można pokonać w jeden dzień. Przy każdej propozycji znajduje się mapa pokazująca przebieg trasy, profil wysokościowy oraz informacja, czy jest ona odpowiednia dla dzieci. Każda trasa zawiera szczegółowe informacje na temat jej przebiegu, paśmie górskim, profilu wysokościowym czy skróconym opisie trasy. Wszystko jest pięknie wyszczególnione i przejrzyście rozpisane. Oprócz tego wraz z opisem danej trasy znajdziemy mnóstwo mapek z zaznaczonymi kolorami tras oraz z przepiękne zdjęcia najważniejszych punktów i obiektów znajdujących się na danej trasie.

Jednak to nie tylko przewodnik po górach. Poza pieszymi wycieczkami, z tym przewodnikiem możemy się udać nad jeziorka, zwiedzić zamki albo zdobyć masywne twierdzy. Jeśli jesteśmy spragnieni innych wrażeń, to możemy zejść pod ziemię odkrywając tajemnice bunkrów, dawnych kopalni czy pałacowych lochów. Jeśli jednak jesteśmy zbyt przemęczeni trekkingiem, możemy udać się do pobliskiej miejscowości uzdrowiskowej, by się zrelaksować. Zdobędziemy także wiedzę na temat historii tych wszystkich obiektów. A wszystko to opatrzone jest pięknymi, kolorowymi zdjęciami.

Czytając przewodnik „Sudety. Najpiękniejsze wycieczki po Polsce, Czechach i Niemczech” aż chce się wyruszyć na podbój tych tras. Sama osobiście zaplanowałam już kilka górskich wycieczek w tamte rejony.  Nie mogę się już doczekać, a przewodnik ten z całą pewnością wezmę ze sobą do plecaka.

Za książkę dziękuję:

Natalia Kraus „Slow life w wielkim mieście”

W dzisiejszych czasach żyjemy w ciągłym biegu. Wmawia się nam, że szybciej, dalej i więcej są synonimami słowa lepiej. Że musimy nieco więcej pracować, szybciej się przemieszczać i komunikować, a planami sięgać dalej niż tylko do przyszłego tygodnia. Jacy się w końcu staniemy, jeśli ciągle będziemy gonić za niedościgniętymi lun wyimaginowanymi ideałami? Szczęśliwi, spełnieni, a może godni podziwu? XXI wiek zmusza nas do wielu wyzwań, ale to nie oznacza, że musimy ślepo pędzić niczym chomik w swoim zakręconym i pustym kołowrotku życia.

Natalia Kraus w swojej książce „Slow life w wielkim mieście” przekonuje nas, żeby nieco zwolnić, wyluzować i przystopować z pracą, konsumpcjonizmem czy nadmiarem spotkań towarzyskich. Doskonale wie, o czym pisze i zna się na rzeczy. Natalia Kraus regularnie publikuje w mediach artykuły dotyczące minimalizmu, slow life i jogi. Jest instruktorką jogi z uprawnieniami państwowymi i stworzyła swoją własną metodę dla przemęczonych i zapracowanych osób. Sama niegdyś ugrzęzła w kołowrotku i zatracała się w pędzie donikąd, dlatego postanowiła zmienić i przewartościować swoje dotychczasowe życie. Teraz w swoim poradniku „Slow life w wielkim mieście” dzieli się swoim doświadczeniem i zachęca wszystkich, by nieco przystopowali.

Chociaż zdecydowana większość ludzi mieszkających w dużych miastach jest zabiegana, to tak naprawdę, w głębi duszy pragnie spokoju. Chcemy się zatrzymać, chociaż na moment stanąć pewnie na własnych nogach, wciągnąć w płuca świeże powietrze, zamknąć oczy i poczuć, jak przepływa przez nas energia. Chcemy, żeby wystarczyło nam do życie to, co aktualnie posiadamy, albo nawet i mniej. Pragniemy pozbyć się nadmiaru obowiązków, przedmiotów oraz dążeń, bo czujemy, że wszystko powoli zaczyna nas przytłaczać. Marzymy, żeby uwolnić się od nich, ale tak naprawdę nie wiemy jak to zrobić. Nie chcemy żyć, by nieustannie pracować, ale pracować z rozwagą, żeby zacząć prawdziwie żyć.

Natalia Kraus porusza wiele istotnych kwestii. Slow life nie tylko dotyczy pracy, ale także wielu innych aspektów naszego życia. Oczywiście to właśnie głównie przez pracę nie potrafimy znaleźć równowagi pomiędzy życiem prywatnym. Jednak znalezienie balansu dotyczy także innych obszarów, jak w domu, w relacjach, w modzie i urodzie czy zdrowiu. Autorka przekonuje nas, żeby zaprzestać podążać za konsumpcjonizmem i wylicza zalety minimalizmu. Radzi, w jaki sposób zarządzać domowym budżetem, żeby starczał nam i na bieżące rachunki, oszczędności oraz na niespodziewane wydatki. Zwraca uwagę, że należy cieszyć się z małych rzeczy i sprawiać sobie małe przyjemności. Ciągle podkreśla, że dzięki zgłębianiu tajników jogi i medytacji można skutecznie odnaleźć równowagę życiową. Zachęca, by coraz częściej wylogować się z sieci i doceniać otaczające nas piękno prawdziwego życia.

Chociaż w dzisiejszych czasach może brzmieć to abstrakcyjnie, warto wypróbować metody proponowane przez Natalię Kraus. Książka „Slow life w wielkim mieście” nie zrewolucjonizuje od razu naszego życia, ale małymi kroczkami pokaże, że taka zmiana jest możliwa. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że wszystko, co dobre i wartościowe wymaga czasu. Poradnik Natalii Kraus na pewno wspomoże nas w odnalezieniu spokoju i podążaniu własną ścieżką, również w wielkim mieście.

Za książkę dziękuję:

Mikołaj Buczak „Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii”

Nigdy nie ukrywałam, że Hiszpania to moja obsesja, moja fascynacja, moja druga ojczyzna. Kiedyś spełnię swoje marzenie i przeprowadzę się do magicznej Barcelony, upalnej Sewilli albo królewskiego Madrytu. Jeśli nie na stałe, to chociaż na chwilę. Póki co pozostają mi częste, aczkolwiek krótkie wizyty albo wirtualne podróże po tym słonecznym kraju. W moje ręce wpadła niedawno książka Mikołaja Buczaka „Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii”, która wywołała u mnie szybsze bicie serca. Coraz bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że Hiszpania to kraj idealny dla mnie.

„Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii” nie jest żadnym przewodnikiem. Nie jest także typowym reportażem, od których uginają się księgarniane półki. Mikołaj Buczak skupił się na nieco innych aspektach tego kraju. Jak sam przyznaje, chciał napisać książkę, która nieco będzie się różnić od tych, które dostępne są na rynku wydawniczym, ale niektóre zagadnienia i tematy pokrywają się z dostępnymi już pozycjami. Jednak autor skupia się w głównej mierze na teraźniejszym życiu Hiszpanów, które oczywiście powiązane jest z przeszłością, nie tak z resztą odległą. Porusza tematy dotyczące masowej turystyki i to, jak Hiszpanie mają dosyć turystów atakujących ich kraj każdego roku. Mikołaj Buczak pisze również o tym, dlaczego Hiszpanie tak słabo mówią po angielsku i dogłębnie wyjaśnia genezę i przyczyny takiego stanu rzeczy. Z tej książki dowiemy się także o hiszpańskim współczesnym feminizmie oraz tym, dlaczego Hiszpania to dobry kraj do życia. Pojawiają się również nieco mnie przyjemne tematy, jak wielki kryzys ekonomiczny, z którym nadal Hiszpanie nie potrafią sobie poradzić czy fala emigrantów zalewająca każdego roku ten kraj.

Jednak to, co najbardziej fascynuje w „Sobremesie” to rozdział o różnorodności Hiszpanii i jej mieszkańców. Tak naprawdę Hiszpania nie jest spójnym krajem o jednolitym języku, kulturze i obyczajach. Jeszcze nie tak dawno temu  Katalończycy wykazywali zapędy niepodległościowe, a Baskowie im w tym wtórowali.  Z drugiej strony ta różnorodność językowo-kulturowa sprawia, że kraj ten jest tak bardzo fascynujący.  W rozdziale „Już tacy jesteśmy” Mikołaj Buczak opisuje różnice pomiędzy Andaluzyjczykami, Baskami, Katalończykami, Galisyjczykami i mieszkańcami Madrytu. Dokładnie pisze o stereotypach, przywarach i zaletach poszczególnych mieszkańców danego regionu. W dowcipny sposób autor przedstawia różne oblicza mieszkańców Hiszpanii, wyjaśnia dlaczego tak często śmieją się z siebie samych oraz jak radzą sobie z historycznymi podziałami.

Książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy. Chociaż 95% informacji zawartych w tym reportażu były mi znane, nie mniej jednak „Sobremesę” z przyjemnością przeczytałam. Zastanawiam się, dlaczego ja nie napiszę tego typu książki. Przecież często goszczę w Hiszpanii – mojej drugiej ojczyźnie i posiadam pewną wiedzę na temat tamtejszej kultury, geografii czy obyczajów. No cóż, muszę przemyśleć sprawę – może i ja kiedyś napiszę swoją książkę? 🙂 Póki co serdecznie polecam książkę Mikołaja Buczaka, która za sprawą fascynującego tekstu i przepięknych, kolorowych fotografii przeniesie nas do słonecznej Hiszpanii. Ja mam ochotę kupić bilet,  spakować walizkę i wyruszyć po raz któryś do mojego ukochanego kraju, by odkryć kolejne regiony, po raz kolejny zatracić się w tej specyficznej atmosferze oraz zajadać się przepysznym hiszpańskim jedzeniem.

Za książkę dziękuję:

Katarzyna Borowska, Anna Matusiak-Rześniowiecka „Molestowane. Historie bezbronnych”

Dzieciństwo to okres beztroski, zabawy, niewinności i wyrażania własnej kreatywności. Tak przynajmniej powinno być w normalnie funkcjonującej i kochającej rodzinie. Niestety nie każdemu dziecku dane było żyć w takiej właśnie rodzinie. Wiele z nich przeszło prawdziwe piekło i do tej pory borykają się z traumami, a koszmary z dzieciństwa będą prześladować je do końca życia. Takimi dziećmi z dysfunkcyjnych rodzin są bohaterki reportażu „Molestowane. Historie bezbronnych”, które odważyły się opowiedzieć o swoich przerażających przeżyciach.

Katarzyna Borowska to coach, pedagog i nauczyciel. Ukończyła Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Autorka literatury faktu i licznych felietonów poświęconych relacjom i skierowanych przede wszystkim do kobiet. Natomiast Anna Matusiak-Rześniowiecka to absolwentka filologii polskiej i teatrologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Pracuje jako dziennikarka, prezenterka radiowa i telewizyjna. Wykłada również dziennikarstwo, pisze felietony. Autorki mają już na koncie wspólną publikację. Ich poprzednia książka „Skazane” to opowieści więźniarek. Teraz w swojej najnowszej książce „Molestowane. Historie bezbronnych” oddają głos kobietom, które w dzieciństwie przeżyły piekło.

To wstrząsające historie czternastu kobiet. Chociaż każda z nich jest inna, dzisiaj idą własnymi ścieżkami i często są kobietami sukcesu, to wszystkie łączy jedno – w dzieciństwie były molestowane przez bliskie im osoby: ojca, wujka, ojczyma, dziadka, kuzynkę, siostrę albo kogoś obcego. Miały po 3 latka, 5 lat czy 12 lat… Niektóre z nich były uwodzone, mamione obietnicą opieki, namiastką miłości, przekonaniem, że są ważne. Inne mają za sobą brutalne i zbiorowe gwałty. Wmawiano im, że to nie molestujący, nie gwałciciele byli winni, ale one same – winne rozpadu rodziny czy wstydu przed sąsiadami. Bo dobrych dzieci przecież nie spotykają złe rzeczy… Teraz odważyły się opowiedzieć o tym, że w dzieciństwie były wykorzystywane seksualnie, a nikt nie dawał wiary im słowom.

Każda z tych historii poraża. W każdej opowieści  Najgorsze w tym wszystkim jest to, że matki/babki/siostry doskonale wiedziały, co dzieje się pod ich dachem, a niekiedy nawet dawały ciche przyzwolenie na molestowanie swojej córki/wnuczki/siostry… Wiele z tych matek nie uwierzyło swoim córkom, gdy te przyszły im się zwierzyć z bolesnej tajemnicy. Wiele z nich mimo, że wiedziały i tego nie „pochwalały”, kazały milczeć, żeby nie przynieść wstydu rodzinie, albo żeby tata/ojczym/wujek nie odszedł od nich. Zastanawiam się, jakim złym człowiekiem trzeba być, by pozwolić na to, żeby własne dziecko tak cierpiało. Wiele z tych kobiet ma na swoim koncie kilka nieudanych prób samobójczych. Jedne z nich zdążyły już uporać się z upiorami i traumami z dzieciństwa, inne nadal walczą o uporządkowanie swojego życia. Wiele z tych kobiet wybaczyło swoim oprawcom oraz osobom, które mogły zapobiec tej tragedii, ale nie wszystkie potrafiły to zrobić. Jedno jest pewne, oparcie w kochającej i współczującej osobie oraz dobra psychoterapia złagodzą nieco krzywdę wyrządzoną w dzieciństwie przez osoby, które przecież miały się opiekować bezbronnymi istami, a nie skazywać je na piekło na ziemi.

„Molestowane. Historie bezbronnych” to kawał mocnej i przerażającej lektury, która niestety nie jest fikcją literacką. To  odważna i bardzo ważna książka, która otwiera oczy i może uchronić dzieci przez wykorzystywaniem seksualnym. Na końcu każdej historii znajduje się komentarz psychologa, który uświadamia, jak z jak traumatycznymi przeżyciami borykają się te kobiety. Lektura „Molestowanych” nie należy do łatwych, trzeba robić przerwy, bo nagromadzenie zła zamkniętego na kartach tej książki po prostu przerasta i wywołuje bezsilność. To reportaż dla ludzi o stalowych nerwach.

Za książkę dziękuję:

Candance Bushnell „Seks w wielkim mieście… i co dalej?”

W latach 90. serial „Seks w wielkim mieście” był prawdziwą rewolucją. Chyba nie każdy sobie zdaje sprawę, że telewizyjna produkcja powstała na podstawie książki Candance Bushnell o tym samym tytule. Dzisiaj autorka powraca do historii sprzed ponad dwudziestu lat i opisuje aktualne trendy dotyczące randkowania i poszukiwania miłości.

Ponad dwadzieścia lat temu na ekranach telewizorów emitowano kultowy serial „Seks w wielkim mieście”, który był rewolucyjny i nieco kontrowersyjny jak na tamte czasy. Perypetie miłosne czterech przyjaciółek: Carrie, Samanthy, Mirandy i Charlotte znają niemal wszyscy. Bohaterki na stałe zapisały się w naszej kulturze. Serial jest ponadczasowy i głosi uniwersalne prawdy na temat randkowania, miłości, związków. Dziewczyny przeżyły wiele wzlotów i upadków, zaliczyły wiele wpadek i niepowodzeń, ale też wykreowały piękne relacje partnerskie ze swoimi mężczyznami. Jednak dzisiejszy świat randek i miłości zdecydowanie różni się od tego w latach 90-tych ubiegłego wieku.

Candance Bushnell i bohaterka jej kultowej książki – Carrie Bradshaw – maja tyle samo lat, więc autorka utożsamia się z nią pod każdym względem. W wyniku zawirowań życiowych, jakimi była niespodziewana śmierć ukochanego psa czy zaskakujący rozwód, pisarka musi odnaleźć się w zupełnie nowych realiach randkowych. Autorka opisuje rzeczywistość dojrzałych kobiet, które muszą się zmierzyć z brutalnym światem, w którym liczy się przede wszystkim gładka cera i metryka. W świecie, gdzie nowoczesne technologie, pieniądze są ważniejsze od miłości. W swojej najnowszej powieści Candance Bushnell opowiada o własnych przeżyciach oraz opowiada historię sześciu przyjaciółek, które spotyka po latach. To taki swoisty przegląd życiowych doświadczeń (rozwodów, bolesnych rozstań i śmierci) i opis wyzwania, jakim jest podjęcie próby i ryzyka poukładania życia od początku.

Sęk w tym, że zarówno sama autorka, jak i jej koleżanki są grubo po 50-tce, a świat stał się brutalnym polem walki. Poszukiwanie miłości przez 50-letnią singielkę w dzisiejszych czasach staje się przyczyną wielu pytań i budzi wiele wątpliwości. Czy kobiety z odzysku w średnim wieku powinny się w to bawić? Czy to wypada? Czy ktokolwiek zechce związać się z dojrzała kobietą? Jak się okazuje – chętnych nie brakuje. I to nie tylko starszych mężczyzn, ale przede wszystkim młodych chłopaków, którzy gustują w doświadczonych kobietach. W tym wieku łóżkowe przygody nie są już tak niewinne, jak kiedyś, ale aby do nich w ogóle doszło, należy pokonać drogę najeżoną trudnościami, choćby nauczyć się obsługiwać aplikacje takie jak Tinder. Poza tym trzeba zainwestować grube pieniądze, by wyglądać pięknie, promiennie i młodo. W tym wieku trzeba sporo napracować, by odnaleźć nową miłość i osiągnąć szczęście, ale autorka zapewnia, że warto.

„Seks w wielkim mieście… i co dalej?” to zbiór błyskotliwych i intymnych felietonów, które są szczere do bólu. Bez ogródek opisuje społeczne postrzeganie dojrzałych osób, przede wszystkim kobiet. Zadaje odważne pytania i podsuwa odpowiedzi, na które wiele osób nie ma odwagi nawet pomyśleć. Chociaż Candance na swój własny, żartobliwy i ironiczny sposób opisuje rzeczywistość, w jej felietonach wyraźnie można dostrzec poważniejsze, dojrzalsze i głębokie rozważania. „Seks w wielkim mieście… i co dalej?” to obowiązkowa lektura dla wszystkich miłośniczek serialu, ale także kobiet, które po latach powracają na rynek matrymonialny, podejmują ryzyko i próbują stoczyć tę walkę.

Candance Bushnell „Seks w wielkim mieście… i co dalej?”

Katarzyna Czyż „Miej wyje**ne, będzie ci dane”

Na rynku wydawniczym pojawiło się wiele książek coachingowo – rozwojowych, ale takiej jak ta jeszcze nie było.

Katarzyna Czyż pochodzi z tzw. „dobrej” rodziny, w której rodzice dbali o nią i której niczego w życiu nie brakowało. Minusem takiej sytuacji było to, że to właśnie rodzice zaplanowali jej całe dorosłe życie: wysłali na studia prawnicze za granicę i wspierali w osiąganiu zawodowych celów. Potem naturalnie miał być ślub, dzieci oraz stała posadka w jakiejś prawniczej kancelarii. Wszystko zaplanowane od A do Z. Katarzyna Czyż zdobyła porządne wykształcenie z tytułem doktora, ukończyła studia MBA, biegle włada dwoma językami obcymi, odbyła mnóstwo ważnych staży, ciężko pracowała na swoją karierę prawniczą by w jednej chwili uświadomić sobie, że to nie jest to, o czym marzy. Któregoś dnia postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i zmienić swoje życie. Z prawnika przekwalifikowała się na coacha i psychologa. A to już nie spodobało się jej rodzicom. Dzisiaj z sukcesem organizuje i prowadzi liczne szkolenia motywacyjne, które gromadzą tysiące ludzi. Od lat praktykuje jogę i, jak twierdzi, dzięki niej zaczął się przełom w jej życiu.

Książka podzielona została na 3 główne rozdziały. W pierwszej części autorka opowiada historię swojego – wydawać by się mogło – idealnego życia. Wspomina o tym, jak zdecydowała się zmienić całe swoje dotychczasowe życie i ciężką pracą dążyć do osiągnięcia szczęścia i sukcesu zawodowego. W drugim rozdziale autorka skupia się na technikach coachingowych wraz z krótkimi ćwiczeniami, które mają zachęcić nas do działania. Znajdziemy tam wiele różnych metod relaksacyjnych, motywacyjnych, które pozwolą na wprowadzanie zmian w naszym życiu i sprawią, że będziemy mieli wyje**ne na pewne sprawy. To typowe narzędzia, o których mówi na szkoleniach i warsztatach. Trzeci rozdział przeznaczony jest dla tych, którzy niczego dla siebie nie wybrali z poprzednich etapów książki. To elementy wiedzy zaczerpnięte z tzw. literatury Wschodu, z różnych szkoleń, warsztatów i książek, które autorka przeczytała i na własnej skórze sprawdziła.

Poza oryginalnym stylem autorki, książka wydana jest w nietypowy sposób. Zamiast standardowego tekstu, strona podzielona jest na dwie kolumny tekstowe, co momentami sprawia, że ciężko się to czyta. Poza tym na kartach poradnika znajdziemy wiele rysunków motywacyjnych, czerwonych wyróżnień, tabelki, wykresy, itp. Jest to przyjemna metoda dla oka, bo nie skupiamy się tylko i wyłącznie na samym tekście.

„Miej wyje**ne, będzie ci dane” to nietypowy poradnik coachingowy. Już sam tytuł może być dla kogoś kontrowersyjny i bulwersujący. Tytuł tego poradnika nawiązuje do popularnego i starego powiedzenia, które faktycznie działa. W ten nietypowy sposób chce zachęcić do wprowadzania zmian w naszym życiu i dzięki temu odnaleźć własną drogę do szczęścia i spełnienia. Poradnik napisany jest w nieco innej formie niż pozostałe tego typu książki, ponieważ Katarzyna Czyż nie owija w bawełnę, a kiedy trzeba potrafi nawet przekląć. Jest to jakaś metoda motywacji do działania, chociaż nie wszystkim się on może spodobać. Osobiście mi nie przeszkadza, a nawet intryguje w pewien sposób. Poradnik Katarzyny Czyż jest na pewno oryginalny i nietuzinkowy, łączy w sobie między innymi mądrość psychologii i uważność jogi. Warto sięgnąć po „Miej wyje**ne, będzie ci dane”, może tego typu porady do kogoś przemówią i zachęcą do wprowadzania zmian w swoim życiu.

Katarzyna Czyż „Miej wyje**ne, będzie ci dane