„Sudety. Najpiękniejsze wycieczki w Polsce, Czechach i Niemczech”

Sudety mają do zaoferowania mnóstwo atrakcji – od wysokich szczytów Karkonoszy na czele ze Śnieżką, przez pełne fantazyjnych formacji skalne miasta Gór Stołowych i Gór Łużyckich, po grzmiące wodospady i urokliwe jeziora polodowcowe. Na uwagę zasługuje także niezwykłe bogactwo świata podziemnego – na śmiałków czekają zarówno tajemnicze jaskinie, jak i sztolnie dawnych kopalni, lochy oraz bunkry. Malowniczo położone miasta i miasteczka skrywają zamki, pałace i zespoły klasztorne. Jedno jest pewne – w Sudetach nie da się nudzić.

W przewodniku opisano 30 wycieczek pośród sudeckich szczytów i dolin zarówno na terytorium Polski, jak i Czech oraz Niemiec. Wszystkie trasy można pokonać w jeden dzień. Przy każdej propozycji znajduje się mapa pokazująca przebieg trasy, profil wysokościowy oraz informacja, czy jest ona odpowiednia dla dzieci. Każda trasa zawiera szczegółowe informacje na temat jej przebiegu, paśmie górskim, profilu wysokościowym czy skróconym opisie trasy. Wszystko jest pięknie wyszczególnione i przejrzyście rozpisane. Oprócz tego wraz z opisem danej trasy znajdziemy mnóstwo mapek z zaznaczonymi kolorami tras oraz z przepiękne zdjęcia najważniejszych punktów i obiektów znajdujących się na danej trasie.

Jednak to nie tylko przewodnik po górach. Poza pieszymi wycieczkami, z tym przewodnikiem możemy się udać nad jeziorka, zwiedzić zamki albo zdobyć masywne twierdzy. Jeśli jesteśmy spragnieni innych wrażeń, to możemy zejść pod ziemię odkrywając tajemnice bunkrów, dawnych kopalni czy pałacowych lochów. Jeśli jednak jesteśmy zbyt przemęczeni trekkingiem, możemy udać się do pobliskiej miejscowości uzdrowiskowej, by się zrelaksować. Zdobędziemy także wiedzę na temat historii tych wszystkich obiektów. A wszystko to opatrzone jest pięknymi, kolorowymi zdjęciami.

Czytając przewodnik „Sudety. Najpiękniejsze wycieczki po Polsce, Czechach i Niemczech” aż chce się wyruszyć na podbój tych tras. Sama osobiście zaplanowałam już kilka górskich wycieczek w tamte rejony.  Nie mogę się już doczekać, a przewodnik ten z całą pewnością wezmę ze sobą do plecaka.

Za książkę dziękuję:

Natalia Kraus „Slow life w wielkim mieście”

W dzisiejszych czasach żyjemy w ciągłym biegu. Wmawia się nam, że szybciej, dalej i więcej są synonimami słowa lepiej. Że musimy nieco więcej pracować, szybciej się przemieszczać i komunikować, a planami sięgać dalej niż tylko do przyszłego tygodnia. Jacy się w końcu staniemy, jeśli ciągle będziemy gonić za niedościgniętymi lun wyimaginowanymi ideałami? Szczęśliwi, spełnieni, a może godni podziwu? XXI wiek zmusza nas do wielu wyzwań, ale to nie oznacza, że musimy ślepo pędzić niczym chomik w swoim zakręconym i pustym kołowrotku życia.

Natalia Kraus w swojej książce „Slow life w wielkim mieście” przekonuje nas, żeby nieco zwolnić, wyluzować i przystopować z pracą, konsumpcjonizmem czy nadmiarem spotkań towarzyskich. Doskonale wie, o czym pisze i zna się na rzeczy. Natalia Kraus regularnie publikuje w mediach artykuły dotyczące minimalizmu, slow life i jogi. Jest instruktorką jogi z uprawnieniami państwowymi i stworzyła swoją własną metodę dla przemęczonych i zapracowanych osób. Sama niegdyś ugrzęzła w kołowrotku i zatracała się w pędzie donikąd, dlatego postanowiła zmienić i przewartościować swoje dotychczasowe życie. Teraz w swoim poradniku „Slow life w wielkim mieście” dzieli się swoim doświadczeniem i zachęca wszystkich, by nieco przystopowali.

Chociaż zdecydowana większość ludzi mieszkających w dużych miastach jest zabiegana, to tak naprawdę, w głębi duszy pragnie spokoju. Chcemy się zatrzymać, chociaż na moment stanąć pewnie na własnych nogach, wciągnąć w płuca świeże powietrze, zamknąć oczy i poczuć, jak przepływa przez nas energia. Chcemy, żeby wystarczyło nam do życie to, co aktualnie posiadamy, albo nawet i mniej. Pragniemy pozbyć się nadmiaru obowiązków, przedmiotów oraz dążeń, bo czujemy, że wszystko powoli zaczyna nas przytłaczać. Marzymy, żeby uwolnić się od nich, ale tak naprawdę nie wiemy jak to zrobić. Nie chcemy żyć, by nieustannie pracować, ale pracować z rozwagą, żeby zacząć prawdziwie żyć.

Natalia Kraus porusza wiele istotnych kwestii. Slow life nie tylko dotyczy pracy, ale także wielu innych aspektów naszego życia. Oczywiście to właśnie głównie przez pracę nie potrafimy znaleźć równowagi pomiędzy życiem prywatnym. Jednak znalezienie balansu dotyczy także innych obszarów, jak w domu, w relacjach, w modzie i urodzie czy zdrowiu. Autorka przekonuje nas, żeby zaprzestać podążać za konsumpcjonizmem i wylicza zalety minimalizmu. Radzi, w jaki sposób zarządzać domowym budżetem, żeby starczał nam i na bieżące rachunki, oszczędności oraz na niespodziewane wydatki. Zwraca uwagę, że należy cieszyć się z małych rzeczy i sprawiać sobie małe przyjemności. Ciągle podkreśla, że dzięki zgłębianiu tajników jogi i medytacji można skutecznie odnaleźć równowagę życiową. Zachęca, by coraz częściej wylogować się z sieci i doceniać otaczające nas piękno prawdziwego życia.

Chociaż w dzisiejszych czasach może brzmieć to abstrakcyjnie, warto wypróbować metody proponowane przez Natalię Kraus. Książka „Slow life w wielkim mieście” nie zrewolucjonizuje od razu naszego życia, ale małymi kroczkami pokaże, że taka zmiana jest możliwa. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że wszystko, co dobre i wartościowe wymaga czasu. Poradnik Natalii Kraus na pewno wspomoże nas w odnalezieniu spokoju i podążaniu własną ścieżką, również w wielkim mieście.

Za książkę dziękuję:

Mikołaj Buczak „Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii”

Nigdy nie ukrywałam, że Hiszpania to moja obsesja, moja fascynacja, moja druga ojczyzna. Kiedyś spełnię swoje marzenie i przeprowadzę się do magicznej Barcelony, upalnej Sewilli albo królewskiego Madrytu. Jeśli nie na stałe, to chociaż na chwilę. Póki co pozostają mi częste, aczkolwiek krótkie wizyty albo wirtualne podróże po tym słonecznym kraju. W moje ręce wpadła niedawno książka Mikołaja Buczaka „Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii”, która wywołała u mnie szybsze bicie serca. Coraz bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że Hiszpania to kraj idealny dla mnie.

„Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii” nie jest żadnym przewodnikiem. Nie jest także typowym reportażem, od których uginają się księgarniane półki. Mikołaj Buczak skupił się na nieco innych aspektach tego kraju. Jak sam przyznaje, chciał napisać książkę, która nieco będzie się różnić od tych, które dostępne są na rynku wydawniczym, ale niektóre zagadnienia i tematy pokrywają się z dostępnymi już pozycjami. Jednak autor skupia się w głównej mierze na teraźniejszym życiu Hiszpanów, które oczywiście powiązane jest z przeszłością, nie tak z resztą odległą. Porusza tematy dotyczące masowej turystyki i to, jak Hiszpanie mają dosyć turystów atakujących ich kraj każdego roku. Mikołaj Buczak pisze również o tym, dlaczego Hiszpanie tak słabo mówią po angielsku i dogłębnie wyjaśnia genezę i przyczyny takiego stanu rzeczy. Z tej książki dowiemy się także o hiszpańskim współczesnym feminizmie oraz tym, dlaczego Hiszpania to dobry kraj do życia. Pojawiają się również nieco mnie przyjemne tematy, jak wielki kryzys ekonomiczny, z którym nadal Hiszpanie nie potrafią sobie poradzić czy fala emigrantów zalewająca każdego roku ten kraj.

Jednak to, co najbardziej fascynuje w „Sobremesie” to rozdział o różnorodności Hiszpanii i jej mieszkańców. Tak naprawdę Hiszpania nie jest spójnym krajem o jednolitym języku, kulturze i obyczajach. Jeszcze nie tak dawno temu  Katalończycy wykazywali zapędy niepodległościowe, a Baskowie im w tym wtórowali.  Z drugiej strony ta różnorodność językowo-kulturowa sprawia, że kraj ten jest tak bardzo fascynujący.  W rozdziale „Już tacy jesteśmy” Mikołaj Buczak opisuje różnice pomiędzy Andaluzyjczykami, Baskami, Katalończykami, Galisyjczykami i mieszkańcami Madrytu. Dokładnie pisze o stereotypach, przywarach i zaletach poszczególnych mieszkańców danego regionu. W dowcipny sposób autor przedstawia różne oblicza mieszkańców Hiszpanii, wyjaśnia dlaczego tak często śmieją się z siebie samych oraz jak radzą sobie z historycznymi podziałami.

Książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy. Chociaż 95% informacji zawartych w tym reportażu były mi znane, nie mniej jednak „Sobremesę” z przyjemnością przeczytałam. Zastanawiam się, dlaczego ja nie napiszę tego typu książki. Przecież często goszczę w Hiszpanii – mojej drugiej ojczyźnie i posiadam pewną wiedzę na temat tamtejszej kultury, geografii czy obyczajów. No cóż, muszę przemyśleć sprawę – może i ja kiedyś napiszę swoją książkę? 🙂 Póki co serdecznie polecam książkę Mikołaja Buczaka, która za sprawą fascynującego tekstu i przepięknych, kolorowych fotografii przeniesie nas do słonecznej Hiszpanii. Ja mam ochotę kupić bilet,  spakować walizkę i wyruszyć po raz któryś do mojego ukochanego kraju, by odkryć kolejne regiony, po raz kolejny zatracić się w tej specyficznej atmosferze oraz zajadać się przepysznym hiszpańskim jedzeniem.

Za książkę dziękuję:

Katarzyna Borowska, Anna Matusiak-Rześniowiecka „Molestowane. Historie bezbronnych”

Dzieciństwo to okres beztroski, zabawy, niewinności i wyrażania własnej kreatywności. Tak przynajmniej powinno być w normalnie funkcjonującej i kochającej rodzinie. Niestety nie każdemu dziecku dane było żyć w takiej właśnie rodzinie. Wiele z nich przeszło prawdziwe piekło i do tej pory borykają się z traumami, a koszmary z dzieciństwa będą prześladować je do końca życia. Takimi dziećmi z dysfunkcyjnych rodzin są bohaterki reportażu „Molestowane. Historie bezbronnych”, które odważyły się opowiedzieć o swoich przerażających przeżyciach.

Katarzyna Borowska to coach, pedagog i nauczyciel. Ukończyła Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Autorka literatury faktu i licznych felietonów poświęconych relacjom i skierowanych przede wszystkim do kobiet. Natomiast Anna Matusiak-Rześniowiecka to absolwentka filologii polskiej i teatrologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Pracuje jako dziennikarka, prezenterka radiowa i telewizyjna. Wykłada również dziennikarstwo, pisze felietony. Autorki mają już na koncie wspólną publikację. Ich poprzednia książka „Skazane” to opowieści więźniarek. Teraz w swojej najnowszej książce „Molestowane. Historie bezbronnych” oddają głos kobietom, które w dzieciństwie przeżyły piekło.

To wstrząsające historie czternastu kobiet. Chociaż każda z nich jest inna, dzisiaj idą własnymi ścieżkami i często są kobietami sukcesu, to wszystkie łączy jedno – w dzieciństwie były molestowane przez bliskie im osoby: ojca, wujka, ojczyma, dziadka, kuzynkę, siostrę albo kogoś obcego. Miały po 3 latka, 5 lat czy 12 lat… Niektóre z nich były uwodzone, mamione obietnicą opieki, namiastką miłości, przekonaniem, że są ważne. Inne mają za sobą brutalne i zbiorowe gwałty. Wmawiano im, że to nie molestujący, nie gwałciciele byli winni, ale one same – winne rozpadu rodziny czy wstydu przed sąsiadami. Bo dobrych dzieci przecież nie spotykają złe rzeczy… Teraz odważyły się opowiedzieć o tym, że w dzieciństwie były wykorzystywane seksualnie, a nikt nie dawał wiary im słowom.

Każda z tych historii poraża. W każdej opowieści  Najgorsze w tym wszystkim jest to, że matki/babki/siostry doskonale wiedziały, co dzieje się pod ich dachem, a niekiedy nawet dawały ciche przyzwolenie na molestowanie swojej córki/wnuczki/siostry… Wiele z tych matek nie uwierzyło swoim córkom, gdy te przyszły im się zwierzyć z bolesnej tajemnicy. Wiele z nich mimo, że wiedziały i tego nie „pochwalały”, kazały milczeć, żeby nie przynieść wstydu rodzinie, albo żeby tata/ojczym/wujek nie odszedł od nich. Zastanawiam się, jakim złym człowiekiem trzeba być, by pozwolić na to, żeby własne dziecko tak cierpiało. Wiele z tych kobiet ma na swoim koncie kilka nieudanych prób samobójczych. Jedne z nich zdążyły już uporać się z upiorami i traumami z dzieciństwa, inne nadal walczą o uporządkowanie swojego życia. Wiele z tych kobiet wybaczyło swoim oprawcom oraz osobom, które mogły zapobiec tej tragedii, ale nie wszystkie potrafiły to zrobić. Jedno jest pewne, oparcie w kochającej i współczującej osobie oraz dobra psychoterapia złagodzą nieco krzywdę wyrządzoną w dzieciństwie przez osoby, które przecież miały się opiekować bezbronnymi istami, a nie skazywać je na piekło na ziemi.

„Molestowane. Historie bezbronnych” to kawał mocnej i przerażającej lektury, która niestety nie jest fikcją literacką. To  odważna i bardzo ważna książka, która otwiera oczy i może uchronić dzieci przez wykorzystywaniem seksualnym. Na końcu każdej historii znajduje się komentarz psychologa, który uświadamia, jak z jak traumatycznymi przeżyciami borykają się te kobiety. Lektura „Molestowanych” nie należy do łatwych, trzeba robić przerwy, bo nagromadzenie zła zamkniętego na kartach tej książki po prostu przerasta i wywołuje bezsilność. To reportaż dla ludzi o stalowych nerwach.

Za książkę dziękuję:

Candance Bushnell „Seks w wielkim mieście… i co dalej?”

W latach 90. serial „Seks w wielkim mieście” był prawdziwą rewolucją. Chyba nie każdy sobie zdaje sprawę, że telewizyjna produkcja powstała na podstawie książki Candance Bushnell o tym samym tytule. Dzisiaj autorka powraca do historii sprzed ponad dwudziestu lat i opisuje aktualne trendy dotyczące randkowania i poszukiwania miłości.

Ponad dwadzieścia lat temu na ekranach telewizorów emitowano kultowy serial „Seks w wielkim mieście”, który był rewolucyjny i nieco kontrowersyjny jak na tamte czasy. Perypetie miłosne czterech przyjaciółek: Carrie, Samanthy, Mirandy i Charlotte znają niemal wszyscy. Bohaterki na stałe zapisały się w naszej kulturze. Serial jest ponadczasowy i głosi uniwersalne prawdy na temat randkowania, miłości, związków. Dziewczyny przeżyły wiele wzlotów i upadków, zaliczyły wiele wpadek i niepowodzeń, ale też wykreowały piękne relacje partnerskie ze swoimi mężczyznami. Jednak dzisiejszy świat randek i miłości zdecydowanie różni się od tego w latach 90-tych ubiegłego wieku.

Candance Bushnell i bohaterka jej kultowej książki – Carrie Bradshaw – maja tyle samo lat, więc autorka utożsamia się z nią pod każdym względem. W wyniku zawirowań życiowych, jakimi była niespodziewana śmierć ukochanego psa czy zaskakujący rozwód, pisarka musi odnaleźć się w zupełnie nowych realiach randkowych. Autorka opisuje rzeczywistość dojrzałych kobiet, które muszą się zmierzyć z brutalnym światem, w którym liczy się przede wszystkim gładka cera i metryka. W świecie, gdzie nowoczesne technologie, pieniądze są ważniejsze od miłości. W swojej najnowszej powieści Candance Bushnell opowiada o własnych przeżyciach oraz opowiada historię sześciu przyjaciółek, które spotyka po latach. To taki swoisty przegląd życiowych doświadczeń (rozwodów, bolesnych rozstań i śmierci) i opis wyzwania, jakim jest podjęcie próby i ryzyka poukładania życia od początku.

Sęk w tym, że zarówno sama autorka, jak i jej koleżanki są grubo po 50-tce, a świat stał się brutalnym polem walki. Poszukiwanie miłości przez 50-letnią singielkę w dzisiejszych czasach staje się przyczyną wielu pytań i budzi wiele wątpliwości. Czy kobiety z odzysku w średnim wieku powinny się w to bawić? Czy to wypada? Czy ktokolwiek zechce związać się z dojrzała kobietą? Jak się okazuje – chętnych nie brakuje. I to nie tylko starszych mężczyzn, ale przede wszystkim młodych chłopaków, którzy gustują w doświadczonych kobietach. W tym wieku łóżkowe przygody nie są już tak niewinne, jak kiedyś, ale aby do nich w ogóle doszło, należy pokonać drogę najeżoną trudnościami, choćby nauczyć się obsługiwać aplikacje takie jak Tinder. Poza tym trzeba zainwestować grube pieniądze, by wyglądać pięknie, promiennie i młodo. W tym wieku trzeba sporo napracować, by odnaleźć nową miłość i osiągnąć szczęście, ale autorka zapewnia, że warto.

„Seks w wielkim mieście… i co dalej?” to zbiór błyskotliwych i intymnych felietonów, które są szczere do bólu. Bez ogródek opisuje społeczne postrzeganie dojrzałych osób, przede wszystkim kobiet. Zadaje odważne pytania i podsuwa odpowiedzi, na które wiele osób nie ma odwagi nawet pomyśleć. Chociaż Candance na swój własny, żartobliwy i ironiczny sposób opisuje rzeczywistość, w jej felietonach wyraźnie można dostrzec poważniejsze, dojrzalsze i głębokie rozważania. „Seks w wielkim mieście… i co dalej?” to obowiązkowa lektura dla wszystkich miłośniczek serialu, ale także kobiet, które po latach powracają na rynek matrymonialny, podejmują ryzyko i próbują stoczyć tę walkę.

Candance Bushnell „Seks w wielkim mieście… i co dalej?”

Katarzyna Czyż „Miej wyje**ne, będzie ci dane”

Na rynku wydawniczym pojawiło się wiele książek coachingowo – rozwojowych, ale takiej jak ta jeszcze nie było.

Katarzyna Czyż pochodzi z tzw. „dobrej” rodziny, w której rodzice dbali o nią i której niczego w życiu nie brakowało. Minusem takiej sytuacji było to, że to właśnie rodzice zaplanowali jej całe dorosłe życie: wysłali na studia prawnicze za granicę i wspierali w osiąganiu zawodowych celów. Potem naturalnie miał być ślub, dzieci oraz stała posadka w jakiejś prawniczej kancelarii. Wszystko zaplanowane od A do Z. Katarzyna Czyż zdobyła porządne wykształcenie z tytułem doktora, ukończyła studia MBA, biegle włada dwoma językami obcymi, odbyła mnóstwo ważnych staży, ciężko pracowała na swoją karierę prawniczą by w jednej chwili uświadomić sobie, że to nie jest to, o czym marzy. Któregoś dnia postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i zmienić swoje życie. Z prawnika przekwalifikowała się na coacha i psychologa. A to już nie spodobało się jej rodzicom. Dzisiaj z sukcesem organizuje i prowadzi liczne szkolenia motywacyjne, które gromadzą tysiące ludzi. Od lat praktykuje jogę i, jak twierdzi, dzięki niej zaczął się przełom w jej życiu.

Książka podzielona została na 3 główne rozdziały. W pierwszej części autorka opowiada historię swojego – wydawać by się mogło – idealnego życia. Wspomina o tym, jak zdecydowała się zmienić całe swoje dotychczasowe życie i ciężką pracą dążyć do osiągnięcia szczęścia i sukcesu zawodowego. W drugim rozdziale autorka skupia się na technikach coachingowych wraz z krótkimi ćwiczeniami, które mają zachęcić nas do działania. Znajdziemy tam wiele różnych metod relaksacyjnych, motywacyjnych, które pozwolą na wprowadzanie zmian w naszym życiu i sprawią, że będziemy mieli wyje**ne na pewne sprawy. To typowe narzędzia, o których mówi na szkoleniach i warsztatach. Trzeci rozdział przeznaczony jest dla tych, którzy niczego dla siebie nie wybrali z poprzednich etapów książki. To elementy wiedzy zaczerpnięte z tzw. literatury Wschodu, z różnych szkoleń, warsztatów i książek, które autorka przeczytała i na własnej skórze sprawdziła.

Poza oryginalnym stylem autorki, książka wydana jest w nietypowy sposób. Zamiast standardowego tekstu, strona podzielona jest na dwie kolumny tekstowe, co momentami sprawia, że ciężko się to czyta. Poza tym na kartach poradnika znajdziemy wiele rysunków motywacyjnych, czerwonych wyróżnień, tabelki, wykresy, itp. Jest to przyjemna metoda dla oka, bo nie skupiamy się tylko i wyłącznie na samym tekście.

„Miej wyje**ne, będzie ci dane” to nietypowy poradnik coachingowy. Już sam tytuł może być dla kogoś kontrowersyjny i bulwersujący. Tytuł tego poradnika nawiązuje do popularnego i starego powiedzenia, które faktycznie działa. W ten nietypowy sposób chce zachęcić do wprowadzania zmian w naszym życiu i dzięki temu odnaleźć własną drogę do szczęścia i spełnienia. Poradnik napisany jest w nieco innej formie niż pozostałe tego typu książki, ponieważ Katarzyna Czyż nie owija w bawełnę, a kiedy trzeba potrafi nawet przekląć. Jest to jakaś metoda motywacji do działania, chociaż nie wszystkim się on może spodobać. Osobiście mi nie przeszkadza, a nawet intryguje w pewien sposób. Poradnik Katarzyny Czyż jest na pewno oryginalny i nietuzinkowy, łączy w sobie między innymi mądrość psychologii i uważność jogi. Warto sięgnąć po „Miej wyje**ne, będzie ci dane”, może tego typu porady do kogoś przemówią i zachęcą do wprowadzania zmian w swoim życiu.

Katarzyna Czyż „Miej wyje**ne, będzie ci dane

Natalia Kołaczek „I cóż, że o Szwecji”

Wpadłam w jakiś amok, jeśli chodzi o książki dotyczące Szwecji, cały czas mogę się w nich zaczytywać. Szwecja wysoko widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń. Gdyby nie ten cały wirus, w tym roku miałam tam eksplorować ten kraj. Póki co pozostają mi właśnie książkowe podróże po tym państwie. „I cóż, że o Szwecji” Natalii Kołaczek jest swego rodzaju przewodnikiem po tym kraju., zwłaszcza dla laików takich jak ja, którzy wiedzę o Szwecji czerpią jedynie z książek i filmów.

O Szwecji w powszechnej opinii krąży wiele informacji i mitów. W jednych z nich drzemie sporo prawdy, inne są całkowitą fikcją. Jedno jest pewne – Szwecja jest niesamowitym krajem. Mieszkańcy tego kraju postrzegani są jako serdeczni i otwarci, ale jednak nieco chłodni i zdystansowani ludzie. Szwecja, z którą graniczymy przez Bałtyk, jest nieco inna niż nasza ojczyzna.  W ich kraju panuje zimniejszy klimat i lato trwa krócej. Stopa życiowa jest wyższa niż w wielu krajach Europy. Dzieci znają Szwecję z lektury o sympatycznych rówieśnikach z Bullerbyn. Czy jest możliwe, żebyśmy mieli coś wspólnego (poza historią) ze Szwecją?

Z lektury książki dowiemy się czym jest syndrom Bullerbyn, jak dogadać się z uchodzącym za introwertycznego i małomównego Szwedem, dlaczego w sklepowej kasie okazuje się, że płacicie inaczej niż sobie policzyliście, dlaczego Szwedzi uważają, że królewskie dzieci są traktowane niesprawiedliwie, pogotujemy z niestroniącym od przekleństw Food Emperorem, poznamy wszelkie możliwe powody do świętowania, uzyskamy odpowiedź na to przez ile lat szwedzka zabudowa będzie jeszcze tak charakterystycznie czerwona i dowiemy się jak przejawia się słynne szwedzkie równouprawnienie. Jednym zdaniem – to prawdziwe kompendium wiedzy o tym północnym kraju.

Książka „I cóż, że o Szwecji” to swoisty przewodnik po tym kraju. Znajdziemy w niej wiele ciekawostek obyczajowych, kulturowych, historycznych, przyrodniczych czy kulinarnych. Autorka starała się opowiedzieć dosłownie wszystko o tym kraju. Mam wrażenie, że momentami chce przekazać za dużo informacji na na raz i robi się chaos. Nie mniej jednak Natalia Kołaczek to prawdziwa miłośniczka Szwecji, w końcu nie na darmo przeprowadziła się do tego kraju. Natalia Kołaczek żyje Szwecją, jest nią i jest w niej. W książce czuć jej fascynację i z pasją opowiada nie tylko o dobrych, ale także i złych stronach życia w Szwecji. Książka jest niezwykle lekka w odbiorze, napisana przystępnym stylem. Natomiast przepiękne zdjęcia zachęcają, by jak najszybciej odwiedzić ten kraj. „I cóż, że o Szwecji” to książka nie tylko dla miłośników tego państwa, ale również dla laików, którzy planują swoją podróż do Szwecji.

Za książkę dziękuję:

Wiktoria Michałkiewicz „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie”

Szwecja to dla mnie ciągle wielka niewiadoma. Chociaż nigdy tam nie byłam, namiętnie czytam niemal każdą książkę o tym kraju. Coś mnie w nim fascynuje i pociąga. Dlatego też ochoczo sięgnęłam po debiutancką książkę Wiktorii Michałkiewicz. Nie jest to jednak barwny przewodnik po szwedzkości, ani reportaż opiewający geniusz Szwedów, wręcz przeciwnie – to drugie, mroczne oblicze tego narodu.

Szwecja to specyficzny kraj. Z jednej strony to oaza równości, otwartości, tolerancji i ekologii. Szwedzi uważani są za jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Z drugiej zaś niepokój społeczny i wszędzie wkradająca się poprawność polityczna, która ostatecznie prowadzi do rasizmu i ksenofobii. Dlatego w ostatnim czasie tak bardzo na popularności zyskały wszelkie ruchy i idee nacjonalistyczne. Czy faktycznie XXI-wieczna Szwecja jest takim rajem, za jaki uważają go imigranci i turyści?

Wiktoria Michałkiewicz stara się dowiedzieć, jak to się stało, że narodził się szwedzki nacjonalizm i przekonanie o wyższości własnej rasy nad innymi. Oczywiście doskonale widać wątek historyczny związany z nazizmem. Chociaż w trakcie II wojny światowej Szwecja starała się zachować neutralność, to jednak zezwoliła na transport wojsk III Rzeszy na terenie kraju. Oprócz wprowadzenia w historię Szwecji ostatnich dwóch wieków, porusza temat ról społecznych i ewolucji poglądów w tym zakresie. Co więcej, autorka przeprowadziła szereg rozmów nie tylko z szeregowymi Szwedami, ale także przeprowadziła wywiady także z politykami nacjonalistycznej partii Szwedzkich Demokratów – zwraca uwagę jak ich język zmieniał się na przestrzeni lat, jak tonowali swoje wypowiedzi, ujmując eufemistycznie rasistowskie postulaty. Nie pominęła również najbardziej kontrowersyjnego zagadnienia, dotyczącego miejsca w szwedzkim społeczeństwie dla obcokrajowców i uchodźców. Rozmawiała także z imigrantami przybyłymi w latach 70. ubiegłego wieku i na początku XXI wieku.

Mam nieco mieszane uczucia co do tej książki. Nie tego się spodziewałam. Przez kilka pierwszych rozdziałów autorka opisuje dumną historię Szwedów. Jednak skupia się na takich aspektach jak wielka emigracja czy czasy II wojny światowej, by potem przeskoczyć na tematy obozów koncentracyjnych. „Wstęp”, czyli tak naprawdę ponad połowa książki, to szwedzka historia dwóch ostatnich wieków w pigułce. Momentami książka  jest niezrozumiała, bo przeplatają się w niej rożne wątki, które niekoniecznie są ze sobą spójne.

Nie mniej jednak treść reportażu „Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” zaciekawia, wzbudza emocje i daje do myślenia. Reporterka rzetelnie zebrała informacje, korzystała z wielu źródeł, dotarła do przedstawicieli Szwedzkich Demokratów, naukowców i imigrantów, rozmawiała z nimi i przeprowadziła liczne wywiady. Wiktoria Michałkiewicz bardzo dobrze tłumaczy, co zadziało się w przeszłości i co determinuje szwedzką teraźniejszość.

Za książkę dziękuję:

„Mrs. America”

Stany Zjednoczone, lata 70-te XX wieku. Kraj wielkich możliwości, potęga gospodarcza świata, kraina mlekiem i miodem płynąca. Przynajmniej taką łatkę ma USA. Jednak coś w tym państwie nie działa prawidłowo, bo nie ma równości, tolerancji i akceptacji. Dotyczy to kobiet, osób etnicznego pochodzenia oraz mniejszości seksualnych, narodowych i religijnych. Nadciąga druga fala feminizmu, na czele której stoją takie postaci jak Gloria Steinem (Rose Byrne) – feministka i niezależna dziennikarka, Betty Friedan (Tracey Ullmann) – feministka i pisarka, autorka kultowej „Mistyki kobiecości”, Shirley Chisolm (Udo Aduka) – pierwsza kobieta Afroamerykanka walcząca o prezydenturę czy Bella Abzug (Margo Martindale) – prawniczka i polityk, członkini Izby Reprezentantów. Te wybitne kobiety na stałe zapisały się na kartach amerykańskiej historii.

„Mrs. America” przenosi nas do Ameryki lat 70., w której grupa zaangażowanych i mocno zmotywowanych feministek walczy o wprowadzenie poprawki do konstytucji USA. ERA, czyli Equal Rights Amendment, dotyczyła równości płci i została przygotowana już na początku XX wieku, ale dopiero w latach 70. miała szansę wejść w życie, gdyż przegłosował ją kongres Stanów Zjednoczonych. Jednak by rzeczywiście się to stało, musiało zatwierdzić ją 38 stanów. Mówi się, że osobą, która stała za jej zablokowaniem jest Phyllis Schlafly (Cate Blanchett). Wraz z innymi gospodyniami domowymi zakładają ruch, który ze wszystkich sił ma zatrzymać rozpędzone już na drodze do ratyfikacji prawo.

Serial pokazuje dwie strony medalu walki o równouprawnianie. Z jednej mamy feministki i kobiety, które domagają się swoich praw, chcą legalnie pracować i dostawać równą płacę, zalegalizować aborcję oraz związki homoseksualne. Z drugiej strony pojawiają się konserwatywne gospodynie domowe, pragnące pozostać w domu, rodzić dzieci i piec chleb swoim mężom. Są przekonane, że liberalne feministki stanowią zagrożenie dla tradycyjnej rodziny i za wszelką cenę pragną zniszczyć szczęście amerykańskich kobiet. Nieprawdopodobne że kobieta jest w stanie zgotować innej kobiecie taki los. Kobiety, które żyją za pieniądze mężów, gardzą homoseksualistami, aborcję uważają za morderstwo, homoseksualne dzieci nazywają zboczeńcami, popierają przemoc domową i szydzą z kobiet niezależnych domagają się, żeby wszystkie obywatelki Ameryki żyły jak i one. Zabawne, że kobiety, które nie chcą pracować, z całych sił walczą, a więc angażują się w ten „projekt” i poświęcają mu całą uwagę, tym samym stają się kobietami pracującymi. Ot, taki paradoks.

Obsada serialu jest imponująca. Mamy tutaj zbiór utalentowanych aktorek, jak Rose Byrne, Sarah Paulson, Udo Aduka czy Elizabeth Banks, które świetnie sportretowały swoje bohaterki. Nie wspomnę o genialnej Cate Blanchett, której postać tak naprawdę jest smutna i dramatyczna. Wzorowa matka i żona oraz perfekcyjna pani domu, która świeci przykładem dla innych kobiet, zakłada własny ruch, który ma na celu zatrzymać projekt ERA. Phyllis tak bardzo wsiąka w świat polityki, że jej działalność zaczyna przesłaniać to, o co właściwie walczy. Chociaż domaga się, by kobiety nie pracowały i siedziały w domu z dziećmi, tak naprawdę marzy o władzy, dobrej edukacji i sławie. Czyli wychodzi na to, że jest po prostu hipokrytką. Na koniec się okazuje, że odwaliła kawał ciężkiej, nikomu niepotrzebnej roboty.

To, co działo się w Stanach Zjednoczonych ponad 50 lat temu, ciągle jest aktualne w dzisiejszych czasach. Mam wrażenie, że nadal nie ma równouprawnienia, tolerancji i społecznej akceptacji, a historia zatacza koło. Chociaż odnosi się to do innego kontekstu, to ciągle musimy coś udowadniać i domagać się uznania w oczach społeczeństwa i polityków. „Mrs. America” to świetny serial w klimacie retro z genialnymi aktorkami w obsadzie oraz fantastycznymi kostiumami i scenografią. Serial sprawnie łączy politykę z osobistymi historiami wszystkich bohaterek, świetnie oddaje klimat lat 70., jednocześnie nie popadając w nostalgię i tęsknotą za minionym okresem. Gorąco polecam!

Serial dostępny na platformie HBO GO

Laila Shukri „Jestem żoną terrorysty”

„Jestem żoną terrorysty” to opowieść o kobiecie, która została rozkochana i uwiedziona, aby urodzić terrorystę samobójcę. To również swego rodzaju świadectwo o rodzinach zaangażowanych w terroryzm, o których się nie mówi. Laila Shukri wysłuchała historii jednej z Polek, aby opowiedzieć ją światu.

Zaskakujące, że scenariusz zazwyczaj jest taki sam: kobieta poznaje nieziemsko przystojnego mężczyznę, który jest szarmancki, elegancki i hojny. Ów mężczyzna stara się przychylić nieba swojej wybrance: zaprasza na romantyczne kolacje, zabiera na egzotyczne wycieczki, kupuje luksusowe rzeczy. Zakochana na całego kobieta postanawia rzucić całe swoje dotychczasowe życie i przekonania i postanawia wziąć z nim ślub. Potem jest już coraz gorzej. Ukochany przestał być tak szarmancki i hojny, a za każdy sprzeciw i niesubordynację wymierza surową karę. Nie inaczej było w przypadku Klaudii, która po rozstaniu z długoletnim partnerem niespodziewanie zostaje wyrzucona z pracy. Decyduje się na podróż do Maroka, która miała pomóc jej odzyskać utraconą równowagę duchową i psychiczną. Poznany w egzotycznym kraju Raszid szybko zdobywa jej serce, pokazując jej najpiękniejsze zakątki własnej ojczyzny. Kiedy mężczyzna proponuje jej przyjazd do niego do Londynu, Klaudia ma nadzieję na znalezienie u jego boku szczęścia. Nie zdaje sobie sprawy, że znajdzie się w mackach najniebezpieczniejszej siatki terrorystycznej, której głównym celem jest szkolenie dzieci na terrorystów samobójców. Natomiast jej zadaniem miało być rodzenie jak najwięcej liczby chłopców, którzy mieliby dołączyć do dżihadu…

Książki Laili Shukri szokują i wprawiają w osłupienie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że są to prawdziwe historie, nie żadna fikcja. „Jestem żoną terrorysty” na początku wydaje się być tanim romansem, ale potem autorka odpala prawdziwą bombę emocjonalną. Tym razem dotyka sfery terroryzmu oraz wykorzystywania kobiet i dzieci przez dżihadystów. Laila zagłębia się nie tylko w historię Klaudii, ale także powołuje się na szereg faktów dotyczących terroryzmu czy „świętej wojny”, do której pod każdym względem dążą muzułmanie. Książka zakończyła się w dziwnym momencie, po prostu się urwała. Chciałabym wiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy Klaudii i jej dziecka.

Autorka porusza szereg trudnych, przemilczanych i niebezpiecznych tematów. Laila opisuje historie pod pseudonimem i w wielkiej tajemnicy, sama zaś jest żoną arabskiego szejka, który nie ma pojęcia o jej pracy. Chociaż wydaje się być szczęśliwa, to jak sama przyznaje nie wie, co by się z nią stało, gdyby mąż dowiedział się o jej „hobby”. Książkę „Jestem żona terrorysty” jak najbardziej polecam, by mieć pogląd na to, jakie niebezpieczeństwa czyhają we współczesnym świecie. Ostrzegam jednak, że to kawał mocnej i ciężkiej lektury.

Jeśli chcecie poczytać więcej tego typu książek na ten temat, to polecam również te pozycje:

 

Za książkę dziękuję: