Seriale idealne na zimowe wieczory

Nadeszła zima, a co za tym idzie – długie i ponure wieczory. Jeśli nie macie ochoty na spacery po mieście i (tak jak ja) wolicie zostać w domu leżąc pod kocem i oglądając seriale, to świetnie się składa, bo mam dla Was kilka ciekawych propozycji 🙂 Nie będę wymieniać takich antyków (jednocześnie moich ulubionych) jak „Seks w wielkim mieście„, „Gotowych na wszystko” czy „Plotkary„, bo to już przeżytek. Polecę Wam zarówno kilka seriali sprzed lat, ale także te najnowsze telewizyjne produkcje.

„Dziewczyny nad wyraz” (2017 – …)

To moje niedawne odkrycie. Serial opowiada historię trzech dziewczyn: Kat, Jane i Sutton, które pracują w redakcji nowoczesnego pisma dla kobiet. Każda z nich zajmuje inne stanowisko i ma różne priorytety w życiu, ale mimo to wzajemnie się wspierają. Wszystkie trzy są piękne, ambitne i mają coś mądrego do powiedzenia. Poza (mogłoby się wydawać) banalną historią jakich wiele, serial porusza szereg trudnych tematów, o których rzadko głośno się mówi.

„The Crown” (2016-…)

To historia Królowej Elżbiety II i jej rządów. Akcja rozpoczyna się jeszcze przed objęciem przez nią rządów, kiedy to jej ojciec zasiada na tronie. Potem z odcinka na odcinek odkrywamy prywatną historię nowej królowej, która została rzucona na głęboką wodę i stara się przetrwać w brutalnym świecie męskiej polityki. Mam mieszane uczucia co do tego serialu. Chociaż uważam, że jest nudny i drętwy, to jakoś przebrnęłam przez dwa sezony. Aktualnie można oglądać kolejny sezon, w którym akcja dzieje się kilkanaście lat później, z innymi aktorami, ale póki co nie mam na niego ochoty.

„Russian Doll” (2019)

Zaplątanie z zagmatwaniem – to pierwsze słowa jakie cisną mi się na usta na myśl o „Russian Doll”. Nadia wpada w jakąś dziurę czasoprzestrzenną, każdego dnia umiera w różnych, momentami głupich a czasem niezwykle zabawnych okolicznościach. Od tej pory 36-latka będzie odradzać się na nowo i umierać ponownie, a każda kolejna śmierć sprowadzi ją z powrotem do tego samego miejsca – łazienki w domu jej przyjaciółki, w której za każdym razem będzie przygrywać dokładnie ta sama piosenka i to samo spojrzenie w lustrze. Pomiędzy jedną śmiercią a drugą, Nadia stara się rozwikłać zagadkę dziwnej sytuacji, w której się znalazła. Serial jest zdecydowanie inny, poniekąd zmusza do myślenia, a na pewno sprawi, że brzuch będzie bolał ze śmiechu.

„Orange is the new black” (2013-2019)

Piper w przeszłości popełniła przestępstwo, ale nie została złapana na gorącym uczynku. Dobrowolnie oddała się w ręce wymiaru sprawiedliwości, ponieważ gryzło ją sumienie. Została skazana na kilkanaście miesięcy odsiadki. Jednak więzienie to nie luksusowy hotel z darmowym jedzeniem, a prawdziwą szkołą przetrwania. Życie szybko weryfikuje wyobrażenie Piper. Każdego dnia musi walczyć o swoją pozycję i nie dać się stłamsić innym osadzonym, które skutecznie jej to utrudniają. O tyle główna bohaterka i cała jej opowieść jest wręcz irytująca, o ile pozostałe postacie nadrabiają i nie pozwalają widzowi uciec. Poboczne wątki są zdecydowanie bardziej ciekawsze od tego o niemrawej Piper i jej równie niemrawej historii.

„Uwięzione” (2015-2019)

Jeśli lubicie więzienne klimaty, a wyżej wymieniony serial Was zachęcił, to możecie śmiało sięgnąć po hiszpańskojęzyczną wersję o więźniarkach. Fabuła z grubsza jest taka sama, nie ma w nim nic odkrywczego z tym wyjątkiem, że hiszpański odpowiednik jest zdecydowanie bardziej brutalny i wyuzdany.

„Doktor Hart” (2011-2015)

Zoey Hart to świeżo upieczona kardiochirurg z Nowego Jorku dostaje szansę na pracę marzeń, ale wcześniej musi odbyć roczny staż z pacjentami. W tym celu przenosi się do małej mieściny w stanie Alabama, w którym jej zmarły ojciec od lat prowadził praktykę lekarską. Zoey nie ma łatwego życia, ponieważ musi walczyć o akceptację mieszkańców nie lubiących obcych, szpilki musi zamienić na kalosze, zaś inny miejscowy doktor skutecznie podkrada jej pacjentów. Do tego Lemon  – chodzący ideał – nienawidzi jej z całego serca i pragnie zniknięcia rywalki. Świetny i lekki serial, o zabawnych perypetiach młodej lekarki w małej amerykańskiej prowincji.

„Pokojówki z Beverly Hills” (2013-2016)

Cztery kobiety pochodzenia latynoskiego zatrudniają się jako pokojówki w ogromnych willach obrzydliwie bogatych i wpływowych ludzi w Beverly Hills. Każda z nich trafia do innej rodziny, w której panują inne warunki pracy. Poza tym, że traktowane są jako ludzie drugiej kategorii, kobiety te starają się przetrwać w brutalnym świecie milionerów i zapewnić swoim rodzinom godziwe warunki życia, a przy okazji spełnić swoje marzenia. Co więcej, chcąc nie chcąc wpadają w sidła wielu intryg, a niekiedy nawet pakują się w poważne tarapaty. Wbrew pozorom jest to czarna komedia, przy której można się nieźle pośmiać.

„Dwie spłukane dziewczyny” (2011-2017)

Jeśli wspominałam, że przy poprzednim serialu jest się z czego pośmiać, to przy tym ubaw jest po pachy. Kat i Caroline to zupełne przeciwieństwa, dwa różne światy. Caroline urodziła się w bogatej, dobrze usytuowanej rodzinie, zaś czarnowłosa Kat pochodzi z nizin społecznych. Kiedy ojciec Caroline trafia do więzienia za malwersacje finansowe, jego córka ląduje na ulicy z niczym. Stara się przetrwać w nowej, brutalnej rzeczywistości, a Kat wprowadza ją w tajniki świata niższej klasy pracującej. Ich perypetie i to gwarantowany ból mięśni brzucha wywołany salwami gromkiego śmiechu.

„Czarnobyl” (2019)

Historia, która wydarzyła się nie tak dawno temu, a skutki tej tragedii odczuwamy do dzisiaj. Rok 1986, ZSRR. W elektrowni jądrowej w Czarnobylu dochodzi do awarii, która na zawsze wpisze się w historię. Grupa wyszkolonych specjalistów oraz setki tysięcy obywateli biorą udział w heroicznej walce z nieznanymi żywiołami, bardzo często poświęcając własne życie. W jednej chwili tysiące ludzi musi zostawić swoje domy, zwierzęta muszą zginąć, a roślinność zostać wykarczowana. Cały kontynent odczuł skutki tego wydarzenia. Wszystko wydarzyło się w imperium rosyjskim – w państwie, któremu bardziej zależy na nieskazitelnej opinii niż na bezpieczeństwie swoich obywateli. Produkcja jest pięcioodcinkowym serialem, w sam raz na jeden wieczór, ale uwaga – niektóre sceny są naprawdę drastyczne.

„Muszkieterowie” (2014-2016)

Jeśli jesteście fanami produkcji „płaszcza i szpady”, to „Muszkieterowie” to idealna pozycja dla Was. Akcja toczy się w XVII-wieczna Francji. Muszkieterowie, elitarni żołnierze nieudolnego króla Ludwika XIII-tego walczą ze spiskującym kardynałem Richelieu, tropią dworskie spiski, walczą w imię honoru i … zdobywają kobiece serca. Bohaterowie najsłynniejszej powieści Aleksandra Dumasa powracają w zaskakującej odsłonie. Zabójczo przystojni i ceniący kobiece wdzięki bohaterowie powracają w wielkim stylu. Romantyczny Aramis, hazardzista Portos, pogrążony w mrocznej przeszłości Atos i młodzieńczy D’Artagnan. Sama nie wiem, który z Muszkieterów najbardziej przypadł mi do gustu. Każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego, no i każdy z nich jest oszałamiająco przystojny 🙂

„Geniusz: Picasso” (2018)

Historia jednego z najsłynniejszych artystów XX wieku, słoneczna Hiszpania i nieziemsko przystojny Antonio Banderas (generalnie, nie w tym serialu 🙂 ) – czy może być jakieś lepsze połączenie? Kobieciarz, awanturnik i zabawiaka – takie łatki przylgnęły do najsłynniejszego hiszpańskiego malarza. Pablo Picasso  był prekursorem kubizmu, który żył i działał na przełomie XIX i XX wieku, w niespokojnych czasach obu wojen światowych. To jeden z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych artystów ubiegłego stulecia. Szacuje się, że dorobek Picassa, który dożył 91. roku życia, obejmuje około 50 tysięcy prac. Jego porywczy temperament i niezwykła wena twórcza były nierozerwalnie związane z pełnym zawirowań życiem prywatnym – burzliwymi małżeństwami, licznymi romansami, zmieniającymi się sympatiami politycznymi i przelotnymi fascynacjami. Picasso nieustannie kreował siebie na nowo, wyznaczał nowe trendy w sztuce i przesuwał granice. Fantastyczna serialowa historia prawdziwego artystycznego geniuszu.

„Wikingowie” (2013-2020)

Według mnie, to jedna z lepszych produkcji ostatnich lat. Lud pochodzący z północy sieje postrach w całej Europie. Co prawda w serialu dopiero kształtują swoją pozycję na kontynencie, nie mniej jednak z sukcesami plądrują i niszczą obce zimie. Mieszkańcy zamieszkujący południowo-zachodnie rejony Europy na samą myśl o najeźdźcach drżą ze strachu. Skandynawowie są bezwzględni i okrutni wobec nich, bez wahania odbierają im życie. Sami również nie boją się śmierci, wręcz przeciwnie – pragną jej, gdyż tylko wtedy trafią do Valhali – ich raju i będą ucztować ze swoimi bohaterskimi przodkami. Umrzeć w trakcie walki jest największą chwałą i zaszczytem, jakie mogą spotkać Wikinga. Serial jest brutalny a krew leje się strumieniami, ale właśnie tacy byli Wikingowie. Ja chyba po raz kolejny zafunduję sobie zimowe leniuchowanie z „Wikingami” 🙂

„Wiedźmin” (2019 – …)

No cóż, byłoby wielką wtopą, jeśli nie wspomniałabym o tym najnowszym hicie. Prawda jest taka, że nie jestem fanką tej sagi. Nie czytałam książek Sapkowskiego, nie grałam w grę, nie oglądałam polskiej wersji „Wiedźmina”, ani nie lubię filmów fantasy… Co mnie zatem skusiło? Słyszałam różne opinie na temat tej nowości i na własnej skórze chciałam sprawdzić o co chodzi z tym serialem. Jednak to, co najbardziej przyciągnęło mnie przed telewizor, to bez wątpienia aktor wcielający się w główną rolę – arcy przystojny Henry Cavill. To jeden z moich ukochanych aktorów, a każdy film z jego udziałem oglądam z wypiekami na twarzy 🙂 Może nie jest to jego najlepsza rola, ale zdecydowanie jest na co popatrzeć 😀 Co prawda dla laika takiego jak ja serial może być nieco chaotyczny i nie zrozumiały. Nie mniej jednak jeśli lubicie tego typu seriale i/lub macie wolny wieczór (albo nawet dwa), możecie włączyć nowego „Wiedźmina”, na pewno nie będziecie się nudzić.

„Gotham” (2014-2019)

Ok, przed chwilą wspomniałam, że nie lubię filmów fantasy. Jest kilka wyjątków od tej reguły. Jednym z nich jest właśnie „Gotham”. Wszystko ze względu na moją młodzieńczą fascynację Batmanem (moim ukochanym superbohaterem – tak na marginesie) i wszystkim, co z nim związane. Jednak „Gotham” tak naprawdę nie jest o Batmanie. To historia komisarza Jamesa Gordona, który broni prawa w Gotham City, zanim pojawia się wspomniany superbohater. To tak naprawdę geneza pojawienia się Człowieka Nietoperza i wszystkich czarnych charakterów z nim związanych. Co prawda pojawiają się wszystkie te postacie, ale są one jeszcze małymi dzieciakami. Jest mrocznie, momentami zabawnie i na pewno nie ma nudy, bo każdy kolejny odcinek wciąga jeszcze bardziej.

„Dom z papieru” (2017 – …)

To aktualnie jeden z najpopularniejszych seriali. Nie ma się co dziwić, bo fabuła wciąga od pierwszego odcinka.  Grupa ośmiu przestępców napada na hiszpańską mennicę narodową. Ukryci pod maskami z wizerunkiem Salvadora Dali, z perfekcyjnie ustalonym planem pod kierownictwem niejakiego Profesora, konsekwentnie go realizują. Znajdują rozwiązanie na każdy możliwy problem, no prawie każdy. Jednak nawet doskonale doprecyzowany plan ma swoje wady i luki. Stopniowo wszystko zaczyna się sypać, a pomiędzy kryminalistami dochodzi do wielu sprzeczek. To jednak nie wszystko, bo po piętach depcze im przebiegła i niezwykle inteligentna pani inspektor, która traktuje to zadanie zbyt ambitnie. Czy uda im się skok stulecia i jednocześnie wyjść cało z zaistniałej sytuacji? Dobry scenariusz, dobra muzyka, świetni i przystojni aktorzy (ach ten Rio ❤ )- czego chcieć więcej?

„Euforia” (2019 – …)

Imprezy zakrapiane alkoholem, czasami z dodatkiem „czegoś mocniejszego”, seks bez zobowiązań, fetysze i dewiacje seksualne – tak wygląda codzienność w amerykańskim miasteczku. Na 17-letnią Rue Bennet nie robi to żadnego wrażenia, ponieważ dla niej każdy dzień wygląda tak samo: odczuwa ekstazę i radość w trakcie kolejnego narkotykowego odlotu. W serialu znajdziemy cała gamę osób ze społeczności LGBT. Są lesbijki, geje (albo kryptogeje), biseksualiści i transseksualiści. Nie ma owijania w bawełnę, wszechobecna nagość i brutalne sceny seksu czasami wręcz gorszą. Serial jest mocny, wgniatający w fotel, zdecydowanie nie dla osób wrażliwych.  Jeśli potrzebujecie mocniejszych doznań emocjonalnych, bez wątpienia sięgnijcie po „Euforię„.

„Opowieść podręcznej”

Wyobrażacie sobie świat, w którym płeć żeńska zostaje pozbawiona wszelkich praw? Świat, w którym kobiety traktowane są jak chodzące macice, a ich jedyną powinnością jest wydanie na świat jak największej liczby dzieci? Wyobrażacie sobie, że Wasz Pan regularnie Was gwałci, a Wasza Pani lepiej zna Wasz cykl menstruacyjny lepiej niż Wy same?  Brzmi irracjonalnie? Podręczne nie są konkubinami, a chodzącymi macicami; traktowane jak zwierzęta, zadaniem których jest wydawanie na świat nowych potomków. Wszystkie wyglądają tak samo: ubrane w czerwone długie sukienki, z białymi czepkami na głowach, bez grama makijażu mają wyglądać nieatrakcyjnie, by nie wzbudzać męskiego pożądania. Książki, telewizja, gry i inne rozrywki są surowo zabronione. Jedyną ich uciechą są codzienne zakupy i spotkania z innymi podręcznymi w Czerwonym Centrum. Ubezwłasnowolnione, tracą pracę, rodzinę a nawet tożsamość. Wspomniałam, że „Euforia” jest mocna i wgniatająca w fotel. Myliłam się. „Opowieść podręcznej” jeszcze bardziej mrozi krew w żyłach. Najgorsze jest to, że wizja takiego świata jest jak najbardziej prawdopodobna.

Gisele Bündchen „Lekcje. Moja droga do dobrego życia”

Gisele Bündchen to światowej sławy modelka brazylijskiego pochodzenia. Chodziła po wybiegach najsłynniejszych projektantów, jej wizerunek zdobił okładki prestiżowych pism modowych, przez kilka lat była Aniołkiem słynnej bieliźniarskiej marki Victoria’s Secret, muza wielu designerów – w modelingu osiągnęła wszystko. Teraz powraca w nowej roli – autorki książki „Lekcje. Moja droga do dobrego życia”, która wbrew pozorom nie jest jej autobiografią.

Gisele Bündchen zaprasza nas do swojego życia. Opowiada o swoim szczęśliwym dzieciństwie w brazylijskim miasteczku pośród pięciu sióstr, przyspieszonym kursie dorastania i światowej karierze w modelingu, o swoim małżeństwie i trudach macierzyństwa. Dzieli się radami na temat zdrowego odżywiania i ćwiczeń, daje rady na temat wychowywania dzieci, zdradza sekrety udanego związku, a także wspomina blaski i cienie pracy w branży modowej. Modelka wielokrotnie podkreśla, że jej życie nie zawsze było usłane różami. Bywały momenty, kiedy w jej głowie kotłowały się czarne myśli i cała masa kompleksów. Tak – supermodelka zmagała się z własnymi słabościami przez długi czas. W końcu odkryła swoją drogę do osiągnięcia szczęścia, chociaż nie była łatwa.

W swoje książce Gisele podkreśla, że zawsze trzeba żyć w zgodzie ze sobą i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Czasami droga do osiągnięcia tego jest długa i kręta, ale jest do osiągnięcia. Trzeba tylko odkryć, co jest dla nas najlepsze i konsekwentnie za tym podążać. „Lekcje. Moja droga do dobrego życia” to intymna opowieść o życiu jednej z najsłynniejszych supermodelek świata. Jednocześnie to zbiór bardzo cennych lekcji życiowych, których doświadczyła sama modelka i teraz dzieli się nimi. To także cała masa prywatnych zdjęć modelki i najbliższych jej osób, do tej pory nieznanych.

Pamiętam, że jako mała dziewczynka zachwycałam się urodą Gisele Bündchen. Podziwiałam ją na całej linii, chciałam być taka jak ona. Potem mi przeszło i miałam wręcz odwrotne zdanie na jej temat – widziałam ją jako oziębłą, niezbyt miłą i zadufaną w sobie celebrytkę. Patrzyłam na nią przez pryzmat skandali i romansów. Długo ociągałam się z przeczytaniem jejksiążki, bo co taka kobieta może mądrego i ciekawego przekazać światu? Po lekturze książki zmieniłam zdanie.

Piękna opowieść o drodze ze światowych wybiegów do harmonii i szczęścia, od zawodowych sukcesów do zaangażowania w walkę o środowisko, od samotności i kompleksów do kochającego i ciepłego domu. „Lekcje. Moja droga do dobrego życia” jest książką mądrą, przepełnioną cennymi radami, którą powinna przeczytać każda z nas.

Za książkę dziękuję:

„Król Lew”

Po ponad dwudziestu pięciu latach najpiękniejsza disneyowska bajka powróciła na ekrany kin, w jeszcze piękniejszej odsłonie.

Simba jest młodym, prawowitym następcą tronu po swoim ojcu, królu Mufasie. Jednak nie wszyscy mieszkańcy królestwa cieszą się z jego narodzin. Do tej pory dziedzicem był brat Mufasy – Skaza, który nie zamierza tak łatwo oddać władzy młodemu lwiątku. Knując spisek i posuwając się do zdrady, doprowadza do tragedii, w wyniku której to on przejmuje władzę nad królestwem zwierząt. Simba zostaje wygnany na kilka lat, ale pozostając wierny naukom swojego ojca, bierze sobie do serca swoje królewskie przeznaczenie. Z pomocą dwójki nowopoznanych przyjaciół zamierza odzyskać swoje dziedzictwo. Wcześniej musi jednak odszukać swoją drogę ku dorosłości i uwierzyć w swoje przeznaczenie.

Nowa wersja „Króla Lwa” w reżyserii Jona Favreau jest całkowitym odwzorowaniem klasyku sprzed dwudziestu pięciu lat. Pojawiają się nie tylko te same postacie, ale także te same kadry, sceny, dialogi czy piosenki, ale za to w nowych aranżacjach. Sama produkcja jest tak realistyczna, że ma się wrażenie, iż w filmie wystąpiły prawdziwe zwierzęta. W amerykańskiej wersji swoich głosów użyczyła sama hollywoodzka śmietanka: Donald Glover (Simba), Seth Rogen (Pumba), Billy Eichner (Timon), Beyonce Knowles (Nala), Chiwetel Ejiofor (Skaza), Alfre Woodard (Sarabi), James Earl Jones (Mufasa) oraz Florence Kasumba (Szenzi). W polskiej wersji językowej postaci przemówiły głosami największych gwiazd małego i dużego ekranu: Wiktora Zborowskiego (Mufasa), Artura Żmijewskiego (Skaza), Danuty Stenki (Sarabi), Jerzego Stuhra (Rafiki), Macieja Stuhra (Timon), Michała Pieli (Pumba), Piotra Polka (Zazu), Eryka Lubosa (Ed), Adama Woronowicza (Banzai) i Marcina Januszkiewicza (Simba).

Klasyczny „Król Lew” z 1994 r. jest uznawany za arcydzieło animacji. Jest to również jeden z ulubionych przez widzów filmów w historii kina. Trudno się dziwić. Nie znam nikogo z mojego pokolenia, kto nie zachwycałby się pierwotną wersją „Króla Lwa”, a jednocześnie nie płakał na tej bajce. Każdy z nas chodził smutny po śmierci Mufasy, śpiewał „Hakuna Matata” z Timonem i Pumbą czy wzruszał się przy piosence „Miłość rośnie wokół nas”. Ja, już jako dorosła kobieta, oglądając nowego „Króla Lwa” nadal wylewałam łzy i śmieję się na tych samych scenach. Oglądając tegoroczną wersję disneyowskiego hitu, na nowo przeżywałam każdą scenę, pomimo że doskonale znałam scenariusz. Dla mnie „Król Lew” na zawsze pozostaniem disneyowskim numerem 1 i niezależnie od wieku będę się nim zachwycać. Czekam na kolejną wspaniałą wersję mojej ukochanej bajki za kolejne 25 lat.

„Król Lew”

Maciej Zborowski „Nie taka Szwecja lagom”

Z czym kojarzy nam się Szwecja? Ten północny zamorski sąsiad jawi się niczym kraj mlekiem i modem płynący. To kraj równości i sprawiedliwości, najbardziej socjalne społeczeństwo Europy, w którym ludzie żyją dostatnio i spokojnie. Szwecja to także wytwórnia gwiazd, takich jak ABBA,  bezpiecznych samochodów marki Volvo oraz obecne w domach na całym świecie tanie i proste w montażu meble IKEA. To również kraj potomków groźnych Wikingów. A jak jest naprawdę? Jak wygląda życie w tym skandynawskim kraju? W swojej książce „Nie taka Szwecja lagom” Maciej Zborowski – skandynawista i przedsiębiorca – pokazuje nam drugie oblicze Szwecji.

Autor porusza wiele aspektów życia w Szwecji. Zaczynając od Rodziny Królewskiej, przez religię i edukację, przechodzi do sfery ekonomicznej i socjalnej. Obala mit, że Szwecja to istne El Dorado, w którym każdy chce mieszkać. Że panuje równość i wolność słowa, a podatki są uciążliwe. Maciej Zborowski porusza temat imigrantów, którzy licznie przybyli do tego kraju i czerpią korzyści z tego tytułu, a szwedzkie społeczeństwo bezinteresownie pomaga uchodźcom. Autor weryfikuje zakorzenione w naszej mentalności stereotypy. Nie pokazuje Szwecji pięknej i rajskiej, wywleka sporo brudu, pokazuje Szwedów, rząd, gospodarkę, politykę, również z tej mrocznej strony. Znajdziemy również dużo porównań do Polski – pokazuje w jakich dziedzinach jesteśmy podobni do Szwedów, a w jakich całkowicie inni. Nie tylko  jako ludzie, ale my jako kraj, rząd czy system polityczny.

Nie byłam w Szwecji, więc trudno mi się wypowiedzieć na temat tego kraju. Szczerze przyznam, że momentami książka była nieco nudna. Za dużo suchych faktów i zbyt naukowego słownictwa.  Mnóstwo wykresów i tabelek z cyframi są ciężkostrawne, a nawet mogą odstraszyć. Bardzo łatwo przeskoczyć mało interesujący nas temat.Trzeba jednak przyznać, że „Nie taka Szwecja lagom” jest pięknie wydana, sporo tu różnego rodzaju kolorowych zdjęć, grafik, malutkich logotypów – naprawdę wizualnie jest bardzo przyjemnie i przyciąga oko. Książka nie tylko dla miłośników Szwecji, ale równie dla tych, którzy planują swoją podróż do sąsiada zza morza.

Za książkę dziękuję:

Artur Gryżewski, Artur Górski „Macho. Instrukcja obsługi”

Na świecie istnieje wiele różnych kultur, a każda z nich ma swój własny kanon piękna i różne obyczaje. Jednym z fenomenów jest zjawisko maczyzmu. Macho istnieje na każdej szerokości geograficznej i każdym kręgu kulturowym. Chociaż może różnić się wyglądem, określenie jest jednoznaczne. Kim jest macho? To obiekt pożądania tysięcy kobiet; prawdziwy twardziel, który niczego się nie boi i wzbudza respekt; 100 % testosteronu; ideał męskości, do którego dąży każdy facet… A jaka jest druga strona medalu? Inni uważają macho za zwykłego pozera, który kiepsko gra określone role i jest obiektem drwin o tandetnym wyglądzie.

Artur Górski, autor bestsellerowej serii „Masa o polskiej mafii” oraz Andrzej Gryżewski – seksuolog i psychoterapeuta, twórca bestsellerowej „Sztuki obsługi penisa” spotkali się, by porozmawiać o fenomenie macho. Swoje wnioski i wywody zapisali na kartach książki „Macho. Instrukcja obsługi”, w której dzielą się z czytelnikami swoimi doświadczeniami, rozkładają na czynniki pierwsze i obalają mit o tym specyficznym typie mężczyzny.

Tak naprawdę nie ma jednej definicji macho. Istnieje stereotyp, że macho wygląda niczym Pablo Escobar albo inny latynoski gangster. Jednak nie o wygląd tu chodzi. W swojej rozmowie autorzy zauważają, że ci mężczyźni często stają się więźniami swojej własnej wizji męskości. Zazwyczaj wynika to ze wzorców wyniesionych z domu rodzinnego, ale czasami zmusza ich do tego otoczenie. Starają się za wszelką cenę być kimś, kim w rzeczywistości nie są, przez co ich życie staje się jedną wielką mistyfikacją. Wiąże się z tym szereg zaburzeń i problemów osobowościowych. To z kolei rzutuje na inne sfery życia, np. seks i relacje z kobietami.

„Macho. Instrukcja obsługi” to rozmowy dwóch specjalistów, którzy w swobodnej konwersacji kolegów po fachu dzielą się swoimi obserwacjami. Każdy z nich miał do czynienia z tym typem mężczyzny, więc mają pojęcie o czym piszą. W książce przeważają wypowiedzi Andrzeja Gryżewskiego, to właśnie on zajmuje się psychologicznym aspektem zjawiska. Bardzo często przywołuje historie swoich pacjentów, aby zobrazować pewne schematy, według których postępuje macho i wskazać, jak wpływają one na jego życie seksualne. Dodatkowo trafne pytania Artura Górskiego sprzyjają „pogłębieniu” diagnozy i wprowadzają czytelnika w świat prawdziwych macho, czyli w środowisko gangsterskie.

Książka ma za zadanie zasygnalizować, że zjawisko maczyzmu istnieje i należałoby się w nie zagłębić, aby właściwie zrozumieć jego specyfikę. Okazuje się bowiem, że nie ma jednoznacznej definicji macho i tak naprawdę może nim być nie tylko gość pokroju strongmana, ale także odpicowany pracownik korporacji czy znany influencer. Zgłębiając się w politykę, również wyraźnie można zauważyć zjawisko maczyzmu. Ciekawi jesteście jak kształtuje swój wizerunek Putin lub Donald Trump? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w tej książce. Interesująca książka, która nieco wyjaśnia nam czym polega to fenomenalne zjawisko, które funkcjonuje na całym świecie.

Za książkę dziękuję:

 

Marta Krupińska „#PolishBeauty”

Każda z nas dąży do tego, żeby mieć piękne i zadbane ciało oraz długo cieszyć się młodym wyglądem. Żeby to osiągnąć, trzeba jednak odpowiednio zadbać o pielęgnację. „#PolishBeauty” to poradnik stworzony dla Polek, który pomaga odpowiednio zatroszczyć się o naszą urodę.

Marta Krupińska jest szefową działu urody w magazynie ELLE oraz ELLE MAN. Postanowiła wydać książkę, w której pomaga swoim rodaczkom w pielęgnacji urody, a efektem jej pracy jest „#PolishBeauty”. W tym celu przeprowadziła śledztwo, czy wszystkie aktualnie modne kosmetyki oraz zabiegi są odpowiednie dla Polek. Przeprowadziła szereg wywiadów z m. in. założycielkami polskich marek zajmujących się produkcją naturalnych kosmetyków, a także z fryzjerkami i makijażystkami.

Bardzo chętnie testujemy i z wypiekami na twarzy śledzimy wszelkie nowości kosmetyczne. Co chwilę w drogeriach pojawiają się cudowne eliksiry gwarantujące nam wieczną młodość. Zachwycamy się sposobem pielęgnacji, które stosują Koreanki; inspirujemy się kosmetycznymi rytuałami polecanymi przez Francuzki. Nie zdajemy sobie sprawy, że niektóre zabiegi, kosmetyki czy składniki zawarte w nich mogą nam jedynie zaszkodzić. Żyjemy w innym klimacie, na innym kontynencie, dlatego nie wszystkie produkty pielęgnacyjne nam służą.

Na kartach „#PolishBeauty” dowiemy się, jak świadomie kupować kosmetyki i na co przede wszystkim zwracać uwagę w ich składzie z korzyścią dla urody, środowiska i portfela. Marta Krupińska radzi również, jak w dziesięć minut zrobić make-up „no make-up”, który uwydatni nasze naturalne atuty. Przekonuje, że naturalny look pomaga w utrzymaniu zdrowej, pięknej, a przede wszystkim młodej cery. Warto zrezygnować ze sztucznych rzęs, tipsów i hebanowej opalenizny. Bo przecież natura jest piękna, a co za tym idzie – naturalny wygląd.

„#PolishBeauty” autorstwa Marty Krupińskiej to podręcznik pielęgnacji, który powinna przeczytać każda Polka. To swoiste kompendium wiedzy na temat składników, jakich powinnyśmy używać przy naszym typie urody; prawidłowej pielęgnacji ciała; naturalnego podkreślania piękna, a także na temat naturalnych produktów polskich marek kosmetycznych. Poradnik jest idealny zarówno dla młodych dziewczyn, jak i dojrzałych kobiet. Bo wszystkie jesteśmy piękne, niezależnie od wieku, koloru skóry, wagi czy rozmiaru, który nosimy. Warto świadomie dbać o siebie.

„#PolishBeauty” 

Jonathan Eig „Narodziny pigułki”

Jedna malutka pigułka, a wstrząsnęła światem. Wzbudziła szereg kontrowersji i okrzyknięta została narzędziem szatana. Odmieniła losy milionów kobiet na całej kuli ziemskiej, czyli spełniła swoje zadanie. Dzięki niej kobiety same zaczęły decydować o swoim ciele. Była również jednym z punktów zapalnych stojącej u progu rewolucji obyczajowej. I nie, nie zdemoralizowała społeczeństwa, jak wtedy sądzono. Mamy XXI wiek, ale dla niektórych społeczeństw magiczna pigułka nadal jest co najmniej niepokojąca.

Ameryka, lata 50-te ubiegłego wieku. Pewnego dnia Margaret Sanger postanowiła odmienić losy milionów kobiet na całym świecie. To legendarna założycielka ruchu na rzecz kontroli urodzeń, ale przede wszystkim jedna z orędowniczek przyjemności seksualnej. W ówczesnych czasach uważana była za ladacznicę i czarownicę, ponieważ dążyła do demoralizacji społeczeństwa. Wtedy nie do pomyślenia było, żeby seks służył czemuś innemu niż płodzenie dzieci, a czerpanie z niego przyjemności było wręcz zakazane. Postanowiła, że znajdzie sposób, by kobiety miały samodzielną kontrolę nad własną płodnością. Oczywiście sama nie dałaby rady, dlatego też oprosiła o pomoc niejakiego Gregory’ego Pincusa, naukowca z Harvardu. Jak na tamte czasy, był on wizjonerem zajmującym się rozmnażaniem ssaków. Z czasem dołączyli do nich Katherinie McCormick – arystokratka i liderka ruchu walczącego o prawa kobiet oraz charyzmatyczny ginekolog John Rock, który posiadał wieloletnie doświadczenie w pracy z kobietami, a głęboki katolicyzm łączył z przekonaniem, że „wiara jest marną uczoną”. Ta czwórka podjęła się niemal niemożliwego zadania. W ciągu dekady doprowadziła do jednego z najradykalniejszych przełomów społecznych – wynalazła pigułkę antykoncepcyjną.

Oczywiście, jak to z nowościami bywa, „pigułka” nie została ciepło przywitana przez społeczeństwo, wręcz przeciwnie. Minęły długie lata, zanim udało się przekonać o jej zaletach kobiety, lekarzy oraz kościół katolicki. Ten ostatni oczywiście potępił szatański wynalazek, ponieważ nie pozwalała płodzić nowych wiernych. Społeczeństwo się oburzyło, ponieważ kobiety odzyskały władzę nad własnym ciałem, mogły same decydować o tym, ile dzieci chcą mieć i kiedy je mieć. A przede wszystkim – mogły czerpać przyjemność z uprawiania seksu, bez żadnego lęku, że znowu zajdą w niepożądaną ciążę. Lekarze początkowo niechętnie przyjęli nowe medyczne odkrycie, nie wiedzieli jaki wpływ w dłuższej perspektywie będzie miało stosowanie tej magicznej pigułki. Z czasem jednak się przekonali z zgodzili, że pastylka ta przynosi więcej dobra niż szkód zarówno dla samych kobiet, jak i całego społeczeństwa.

Jeszcze 70 lat temu ludzie żyli w mentalnym średniowieczu. Czasy były inne, kobiety nie miały żadnych praw, a ich zadaniem było rodzenie dzieci i usługiwanie mężom. Nikomu wtedy nie przyszło do głowy, by z czerpać przyjemność z seksu. Wtedy 30-letnie kobiety posiadały 5., 6. dzieci i z każdym obytym stosunkiem odczuwały lęk przed poczęciem nowego dziecka, najczęściej niechcianego. Naturalnie cała odpowiedzialność za wychowanie i opiekę spadała na nie. Nie mówiąc już o fizycznych i psychicznych skutkach ciągłego rodzenia dzieci. Aż tu nagle pojawiła się niejaka Margaret Sanger z obietnicą, że odmieni ich los. Po niemal dekadzie, wielu testach, stawianiu czoła wszelkim przeciwnościom, przekonywaniu społeczeństwa, milinom dolarów pochłoniętych na badania – udało się. Możemy teraz same o decydować.

Jak ja się cieszę, że żyję w czasach obecnych! Jestem wdzięczna, że mam dostęp do tego typu „wynalazków” jak tabletka antykoncepcyjna i mogę decydować o własnym ciele i swojej płodności. Chociaż kto wie, co przyniesie przyszłość. „Narodziny pigułki” autorstwa Jonathana Eiga to świetna opowieść na temat poszukiwań różnych sposobów na ograniczenie liczby urodzeń (poniekąd też emancypacji kobiet), ale także podróż po historii Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku.

Za książkę dziękuję:

Sylwia Majcher „Wykorzystuję, nie marnuję”

Nasza planeta jest tylko jedna. Niestety, coraz częściej zapominamy o tym i zamiast ją budować, niszczymy. Sylwia Majcher napisała poradnik „Wykorzystuję, nie marnuję”, który inspiruje do życia w zgodzie z naturą i pomaga mądrze korzystać z jej zasobów. Autorka jest absolwentką studiów nauk o odżywianiu. Prowadzi liczne warsztaty poświęcone niemarnowaniu jedzenia i ekologii. To także współtwórczyni i ambasadorka pierwszej w Polsce kampanii edukacyjnej #wroclawniemarnuje. Na swoim koncie ma już książkę „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku”, w której radzi, jak wykorzystać jedzenie, którego pozornie nie da się wykorzystać. Teraz powraca z nowym poradnikiem, w którym pokazuje, że w przyrodzie nic się nie marnuje.

Autorka porusza wiele ważnych i aktualnych kwestii. W morzach ląduje coraz więcej śmieci, które zatruwają je i zabijają niewinne stworzenia. Kupujemy ponad nasze potrzeby, marnujemy prąd i wodę, jemy coraz więcej mięsa. To tylko niektóre problemy, o których wspomina autorka. Jeśli tak dalej pójdzie, nasza planeta długo nie wytrzyma. Sylwia Majcher podsuwa mnóstwo pomysłów, by wykorzystać to, co już mamy, przyczyniając się jednocześnie do ochrony naszego środowiska. Możemy kupować ubrania z drugiej ręki, wymieniać się przeczytanymi książkami, robić własne konfitury, środki czystości czy hodować własne warzywa na balkonie. Udowadnia, że nawet deszczówkę można rozsądnie wykorzystać. Autorka podaje nam na tacy mnóstwo fantastycznych i banalnie łatwych rozwiązań, do których trzeba jedynie odrobinę motywacji i chęci do zmian.

Książka podzielona jest na cztery rozdziały pogrupowane względem pór roku, w których zawarte są 52 wyzwania zero waste. Autorka zachęca, aby w każdym tygodniu podjąć się jednego z nich. Nawet jeśli nie uda nam się w nich dotrwać, będziemy mieć poczucie, że chociaż spróbowaliśmy. Sama osobiście konsekwentnie stosuję niektóre wyzwania, inne mam zamiar podjąć w niedalekiej przyszłości. W jeszcze innych zapewne nie dotrwam, chociażby całkowite zrezygnowanie z jedzenia mięsa, ale będę się starać je ograniczać. Na pewno spróbuję zrobić własne kosmetyki (przepisy znajdują się w książce) na bazie produktów, które znajdują się w zasięgu ręki i przede wszystkim są naturalne.

„Wykorzystuję, nie marnuję” to pięknie wydana, kolorowa, inspirująca, a przede wszystkim mądra książka. W środku znajdziemy nie tylko wiele praktycznych i ekologicznych rozwiązań, ale także inspirujące wywiady ze specjalistami z rożnych dziedzin ekologii. Książka „Wykorzystuję, nie marnuję” autorstwa Sylwii Majcher powinna trafić w ręce każdego świadomego człowieka, który chce dbać i zmieniać naszą planetę na lepsze.

„Wykorzystuję, nie marnuję”

„Aladyn”

Ostatnimi czasy nastąpił wysyp filmowych adaptacji disnejowskich bajek z dzieciństwa. Nic w tym dziwnego, ponieważ cieszą się one ogromnym zainteresowaniem. Była „Piękna i Bestia”, „Kopciuszek” czy „Królewna Śnieżka”. Teraz przyszła kolej na egzotycznego „Aladyna”.

Aladyn (Mena Massoud) to przystojny i cwany złodziejaszek z nizin społecznych, którego domem są ulice miasta Agrabah i żyje z tego, co uda mu się ukraść. Zdaje sobie jednak sprawę, że nie jest to jego przeznaczenie i że został stworzony do wyższych celów. Po drugiej stronie miasta, w pałacowych murach mieszka księżniczka Dżasmina (Naomi Scott), która żyje swoimi marzeniami. Pragnie ona żyć poza pałacem i być dobrą władczynią dla swojego ludu. Jednak jej ojciec, sułtan, szykuje dla niej zupełnie inną przyszłość – szuka dla córki odpowiedniego męża, który w przyszłości odziedziczy i obejmie władzę. Wybór pada na Dżafara (Marwan Kenzari) – potężnego czarnoksiężnika, który czarami stara się wpłynąć na decyzję Sułtana i przejąć władzę w królestwie. Gdy w przypadkowych okolicznościach Aladyn spotyka Dżasminę zostaje zauroczony jej pięknem i temperamentem. Przez przypadek Aladyn zostaje uwikłany w spisek Dżafara, który pozornie chce pomóc mu w zdobyciu serca księżniczki. Złodziejaszek znajduje pewna lampę, w której jak się okazuje, uwięziony jest pewien Dżin (Will Smith) – barwna postać nie z tego świata. Właśnie wtedy dla wszystkich zaczyna się niezapomniana przygoda.

Bez wątpienia największym plusem filmowej wersji „Aladyna” jest egzotyczna scenografia i barwne kostiumy. Dzięki nim możemy przenieść się do świata rodem z „1001 nocy”, poczuć powiew orientu czy zatopić się w kolorowych krajobrazach arabskiej kultury. Efekty specjalne również maja ogromny wpływ na cały film, chociaż w moim odczuciu czasami są lekko przesadzone. Również kreacje aktorów wcielających się w role główne – Naomi Scott, Mena Massouda i Willa Smitha są mocnym ogniwem. Są oni mocno utalentowanymi artystami, co udowadniają swoim wokalem i tańcem. Z całą pewnością fragmenty śpiewane i tańczone są najlepszymi momentami filmu i nadają „Aladynowi” prawdziwie magicznej i bajkowej aury.

Filmowy „Aladyn” to w pewien sposób manifest feministyczny, czego dowodem jest postać księżniczki Dżasminy. Nie jest to kolejna księżniczka, która beznadziejnie czeka na swojego księcia z bajki, który uratuje ją z niedoli i będą żyli długo i szczęśliwie. Współczesna Dżasmina bierze sprawy w swoje ręce i sama pragnie rządzić ukochanym krajem, bez despotycznego męża u boku, gdzie będzie dla niego tylko zbędnym dodatkiem. Jest ona mocno wyemancypowana, co jest dosyć mocno zaskakujące, a może nawet i kontrowersyjne, bo w krajach arabskich nie ma mowy, żeby władzę sprawowała kobieta.

Jako mała dziewczynka, oglądając oryginalną bajkę, a potem serial o przygodach Aladyna, zawsze miałam wypieki na twarzy. Wtedy był to dla mnie świat z zupełnie innej planety – egzotyczna, tajemnicza i tak bardzo odległa arabska kultura oraz przepiękne stroje księżniczki Dżasminy. Dlatego też na premierę „Aladyna” czekałam z niecierpliwością i nie zawiodłam się. Chociaż momentami efekty wizualne były mocno przesadzone, to nie wpływają na całokształt filmu. Jest kolorowo, tanecznie, muzycznie i przede wszystkim egzotycznie, co chyba pociąga najbardziej. Obudziła się we mnie mała dziewczynka, która zdecydowanie chce więcej. Czekam na kolejne części o przygodach przystojnego Aladyna, niezależnej Dżasminy oraz szalonego Dżina.

„Aladyn”

Wanda Żółcińska „Ceremonia”

Bycie singelką nie jest łatwe. Tym bardziej, gdy ma się 35 lat na karku i żadnych perspektyw na zamążpójście. Wiem, bo sama muszę nasłuchać się filozoficzno-egzystencjalnych wywodów za każdym razem, kiedy odwiedzam swoją rodzinę. Co prawda nie mam jeszcze tylu lat, co bohaterka książki Wandy Żółcińskiej, ale i tak uszy mi więdną.

Liza (w pracy Elżbieta, w domu Bietka) właśnie rozpoczyna nową pracę. Jej zadaniem jest kontrolowanie firmowego działu, w którym dzieją się podejrzane rzeczy. Jeśli uda jej się coś znaleźć, otrzyma dużą premię. Przy okazji pomaga bratu w opiece nad synem Olafem, którego opuściła żona. Liza lubi też spotykać się ze swoimi przyjaciółkami. W pewnym momencie podjęła jednak decyzję, która odmieni jej życie. Decyduje się na sologamię, czyli postanawia wziąć wziąć ślub sama ze sobą. Odrzuca stereotypową rolę, potwierdza publicznie swoją samotność i pozostania być ze sobą na całe życie właśnie w takiej wersji.

Liza (albo Elżbieta czy też Bietka) ma zupełnie rożne osobowości, adekwatne do danego imienia. W pracy jest jedynie obserwatorką, chociaż powinna być chłodna i obiektywna, w domu zaś jest zbyt emocjonalna i wybucha gniewem, kiedy matka pyta o jej życie prywatne. Na każdym kroku porównuje się z innymi kobietami. Brak jej pewności siebie i ochoty do działania, by zmienić coś w swoim nudnym życiu.

Czym jest wspomniana sologoamia? To nic innego jak ślub samym ze sobą. To forma publicznej deklaracji, która nie niesie prawnych konsekwencji. ale daje światu sygnał, że dobrze nam ze sobą i nie szukamy partnera lub partnerki. To reakcja na społeczną presję posiadania męża lub partnera czy dzieci, swego rodzaju znak dla innych, że pytania o te sprawy są nie na miejscu. Zjawisko sologamii staje się coraz popularniejsze i wywołuje wiele dyskusji.

Zanim jednak Liza podejmie taką decyzję, musimy przebrnąć przez analizę jej życia, która momentami jest jak flaki z olejem. Fabuła jest nieco schematyczna i czasami wręcz nudna. Zbyt dokładny opis dosłownie każdej czynności Lizy (poszła do toalety, napisała maila, odbyła rozmowę, obejrzała film, zagrała w grę) naprawdę zanudza. Trochę trudno jest się utożsamić z bohaterką. Książka napisana jest językiem prostym, jest lekka i szybko się ją czyta. Ciekawy jest wątek na temat sologamii, która w naszym kraju jest ciągle nieznanym pojęciem. Branie ślubu samym ze sobą może budzić w społeczeństwie wiele kontrowersji. Nie mniej jednak warto mówić o nowych zjawiskach, które zapewne niebawem zyska wielu zwolenników.

Za książkę dziękuję: