„Gorący temat”

Ruch „#MeToo” zapoczątkował wielkie zmiany nie tylko w samym Hollywood, ale również w wielu innych dziedzinach. Kiedyś taki film jak „Gorący temat” nie miałby szans na realizację, za to teraz produkcje o prześladowaniu kobiet w pracy mnożą się jak grzyby po deszczu. Tym razem to historia Rogera Ailesa, szefa potężnej stacji FOX News, który nadużywał swojej pozycji by nie tylko molestować kobiety, ale również upokorzyć je i uprzedmiotowić.

„Gorący temat” to historia, która wydarzyła się naprawdę, całkiem nie tak dawno temu, bo w 2016 roku, chociaż nie wszystkie postacie są autentyczne. Historia skupia się wokół wątków trzech kobiet: Kayli Pospisil (Margot Robbie), Megyn Kelly (Charlize Theron) oraz Gretchen Carlson (Nicole Kidman). Wszystkie trzy pracują w FOX News, chociaż są na różnym etapie kariery. Poza tym, że pracują w jednej redakcji łączy je również to, że wszystkie zaznały molestowania (zarówno fizycznego, jak i słownego) ze strony wszechpotężnego Ailesa. Gdy Grethen Carlson została przez niego zwolniona, postanowiła ujawnić, że przez wiele lat molestował on kobiety pracujące w jego stacji. Początkowo sprawa z góry wydaje się przegrana, ponieważ wszechmocny Roger Alias (John Lithgow) wszędzie ma kontakty i swoich ludzi, a brak dowodów tylko komplikuje sprawę. Dopiero z czasem jego ofiary decydują się wyznać prawdę.

Szczerze przyznam, że historia upadku potężnego Rogera Ailesa jest szalenie ciekawa. Jednak po seansie „Gorącego tematu” czuję pewien niedosyt. Odnoszę wrażenie, że ma ona wiele dziur. Nie znałam wcześniej losów szefa stacji FOX News, prawdopodobnie słyszałam doniesienia zza oceanu, ale nie śledziłam ich jakoś szczególnie. Oczywiście trudno jest zamknąć całą fabułę w dwugodzinnym filmie, ale wydaje mi się, że przez większość czasu historia skupia się na wielu mało istotnych wątkach, jak np. konflikt Megyn Kelly z Donaldem Trumpem. W filmie wystąpiły trzy znakomite aktorki: Margot Robbie, Nicole Kidman i Charlize Theron. Co prawda dwie ostatnie trudno rozpoznać, co oznacza, że charakteryzacja w filmie była na wysokim poziomie. Znakomicie wypadła Margot Robbie jako początkująca dziennikarka, Kayla Pospisil (chociaż jest to postać fikcyjna, ale łącząca w sobie kilka prawdziwych osób). Właściwie to na niej na niej skupia się film, ale ona też przechodzi największą zmianę. Nic zarzucić nie można też Charlize Theron, ale za to Nicole Kidman wypada przy nich blado. Fakt, że gra Gretchen Carlson, która jako pierwsza oskarżyła Ailesa, jest jej zwyczajnie za mało i za często znika z ekranu, poza tym jej postać jest drętwa i mało emocjonująca.

Zastanawia mnie, dlaczego niektóre kobiety na to pozwalają. Z własnej woli godzą się na uprzedmiotowienie i sprowadzenie do roli seksualnego wabika  (krótkie spódniczki i głębokie dekolty na wizji). Za jaką cenę? Tego, że będą słynną panią z telewizji? Można to osiągnąć innym sposobem. Nie chcę krytykować kobiet i stawiać ich w roli prowokatorów, absolutnie daleko mi do tego! Przecież sama jestem kobietą i ruch „#MeToo” dotyczy również mnie. Wiele razy miałam tego typu okoliczności, co prawda nie na gruncie zawodowym, ale jako kobieta niestety doświadczyłam wielu nieprzyjemnych sytuacji i uprzedmiotowienia. Jednak jeśli ktoś składałby mi tego typu propozycje co pan Ailes swoim prezenterkom, albo używał obraźliwych i upokarzających komentarzy pod moim adresem, od razu złożyłabym wypowiedzenie. Nie jestem pewna, czy robienie kariery na gruncie nieustannego upokarzania i sprowadzania do roli pary jędrnych cycków na długich nogach jest tego warte. Nie mniej jednak „Gorący temat” trzeba obejrzeć, żeby mieć świadomość, co dzieje się po drugiej stronie ekranu telewizora.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

Beata Kowalik „No pasa nada!”

Meksyk jest pięknym krajem, z ciekawą kulturą i tradycjami, z interesującą historią, z fascynującymi zabytkami, z przepysznym jedzeniem. Jednak kraj ten ma także swoje drugie, niezbyt przyjazne oblicze. Korupcja, kartele narkotykowe, przemoc czy bieda nie zachęcają do przyjazdu do Meksyku. To przede wszystkim kraj macho, w którym kobieta niewiele ma do powiedzenia.

Dla prawdziwego macho każda kobieta to zdrajczyni albo szalona istota. A te, które mają odwagę coś powiedzieć i walczyć o własne prawa, tym bardziej trzeba temperować. Oni kochają i szanują tylko Matkę Boską z Guadalupe, ewentualnie może swoją rodzicielkę. Ich jedynym prawem jest usługiwanie mężczyznom i zaspokajanie ich wszystkich potrzeb, no i oczywiście – do rodzenia dzieci. Jak być kobietą w kraju, który nie szanuje i nie dba o własne obywatelki? Beata Kowalik postanowiła opowiedzieć historię kobiet z wielu różnych środowisk, które zmagają się z trudnymi realiami życia codziennego. Efektem jej pracy jest zbiór fascynujących, ale i zarazem przerażających reportaży „No pasa nada!”.

Autorka dotarła do różnych rejonów Meksyku, by porozmawiać z kobietami z wielu środowisk. Bardzo często musiała zmagać się z powszechną niechęcią do obcych, strachem, bezradnością albo po prostu zwykłym wstydem swoich rozmówczyń. Aktywistki, szamanki, prostytutki, uzdrowicielki albo po prostu zwykłe kobiety pragnące miłości – kobiety te od pokoleń muszą zmagać się z wszechobecną przemocą, maczyzmem i bezprawiem. W swoich reportażach Beata Kowalik opisuje druzgoczące realia, w jakich żyją Meksykanki. Dzięki ich szczerym wyznaniom i opowieściom, autorka stworzyła obraz nie tylko barwnego, ale przede wszystkim bezwzględnie okrutnego miejsca dla współczesnej kobiety.

Trudno mi sobie wyobrazić, dlaczego te kobiety godzą się na takie życie. Prawdopodobnie nie mają większego wyboru i muszą podporządkować się rodzicom czy mężom. Jednak żyjąc w takim błędnym kole, jeszcze długo nic się nie zmieni. Bieda i wszechobecna przemoc i korupcja skutecznie hamują wszelki postęp. Niektóre kobiety nie mają odwagi sprzeciwić się swojemu przeznaczeniu chociaż wiedzą, że nie jest dobrze. Inne z kolei (zdecydowana większość) udają, że nic się nie dzieje. No bo przecież asi es – tak już jest, zawsze było i będzie. Natomiast te kobiety, które miały odwagę wziąć los we własne ręce, zostały wykluczone ze swojej społeczności.

Jaka ja jestem wdzięczna, że urodziłam się w tej części świata! Okej, nie jest idealnie, a prawdę mówiąc sytuacja w Polsce robi się coraz gorsza, to mimo wszystko posiadamy swoje prawa i przywileje. Nie tak jak kobiety w Meksyku, które żyją w świecie zdominowanym przez mężczyzn. I najsmutniejsze – nie widać poprawy ich przerażającej sytuacji. Książkę czyta się jednym tchem, ze łzami w oczach i niedowierzaniem. „No pasa nada! ” to z jednej strony fascynująca podróż po świecie meksykańskich kobiet, ale z drugiej to wstrząsające i okrutne kobiece oblicze Meksyku.

Za książkę dziękuję:

Zoë Waxman „Kobiety Holocaustu”

Każda wojna sieje spustoszenie. Tysiące, albo i nawet miliony niewinnych ludzi cierpi i ginie w imię jakiejś chorej ideologii. Jednak największymi ofiarami każdej wojny są kobiety. To one ponoszą największe straty i dźwigają ogromne brzemię. Dowodem na to jest książka „Kobiety Holocaustu” Zoë Waxman.

Zoë Waxman to wykładowczyni w Instytucie Orientalistycznym Uniwersytetu w Oxfordzie, wybitna specjalista zajmująca się tematyką Holocaustu, a dogłębniej – feministycznej roli płci i sytuacji kobiet w czasach II wojny światowej. O tym właśnie jest jej najnowsza książka „Kobiety Holocaustu”. Chociaż Holocaust zakładał ogólną zagładę Żydów, to autorka udowadnia, że głównym celem nazistów była eliminacja żydowskich kobiet.

Matki małych dzieci, ciężarne, osoby starsze i niepełnosprawne, opiekunki osób uznawanych za niezdolne do ciężkiej pracy – wszystkie z nich od razu wysyłano do komór gazowych. Nawet jeśli jakimś cudem nie zostały skazane na śmierć, ich szanse na przetrwanie w obozie były zdecydowanie niższe niż mężczyzn. Bite, gwałcone, molestowane, głodzone, upokarzane, zmuszane do aborcji, a także stosowanie eksperymentów a ich ciałach – to wszystko przeżyły kobiety, które opowiedziały swoje dramatyczne historie. Żeby przetrwać robiły wiele upokarzających i uwłaczających rzeczy, o których chciałyby zapomnieć. Zoë Waxman opisuje przeżycia kobiet w trakcie różnych etapów wojny: przed wojną, w getcie, przebywające w ukryciu oraz po zakończeniu wojny.

Książka naszpikowana jest ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Zoë Waxman powraca do mrocznych czasów lat 40., gdzie pokazuje nam głębszy sens i jego zrozumienie, a także zmusza do przemyśleń na temat roli płci w historii. Dzięki zeznaniom i opowieściom tych kobiet, które przeżyły, a także znalezionych skrawkach pamiętników i historiom osób, po których zostało już tylko wspomnienie możemy dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w trakcie Zagłady. Autorka pokazuje, że tak samo jak kategoria rasy, ważna była kategoria płci.

Tematyka Holokaustu jest bardzo delikatnym i śliskim tematem, ale jednocześnie teraz następuje wielkie zainteresowanie tym mrocznym okresem w dziejach świata. Książki o tematyce II wojny światowej mnożą się jak grzyby po deszczu. Jednak „Kobiety Holocaustu” Zoë Waxman jest nieco inna. Nie jest to opowieść fabularna, nie jest to też typowy reportaż. Autorka stara się udowodnić, że eksterminacja żydowskich kobiet była jednym z głównych celów nazistowskich zbrodniarzy. Jej książka dostarcza żywe wspomnienia kobiet i pochyla się nad doświadczeniami, które do tej pory historia zręcznie omijała. Kobiety stoją tutaj w centrum uwagi. Bardzo ciekawe spojrzenie na temat nie tylko samego Holocaustu, ale także roli kobiet w trakcie II wojny światowej. Zoe Waxman stworzyła bardzo potrzebną publikację. Feministyczna historia Zagłady stanowi doskonałą równowagę do historii opowiadanych dotychczas.

Za książkę dziękuję:

Laila Shukuri „Jestem nieletnią żoną”

Niedawno byłam w Jordanii. W kraju, który jest gościnny i otwarty na turystów, piękny i nieokiełznany zarazem. W kraju, który uważa się za bardzo postępowy, względnie liberalny i „europejski”, pomimo wyznawanej tam religii jaką jest islam. Jak się okazuje, to tylko wydmuszka i pozory, którymi mieszkańcy karmią i zachęcają turystów do odwiedzenia fantastycznej Jordanii.

Laila Shukri – to pseudonim urywającej się pisarki, która jest znawczynią Bliskiego Wschodu. To Polka, która mieszka w krajach arabskich i podróżuje po całym świecie. Spod jej pióra powstało wiele bestsellerowych książek, m. in. „Jestem żoną terrorysty” czy „Byłam kochanką arabskich szejków”, które opowiadają prawdziwe historie kobiet mieszkających w tamtym rejonie świata. Teraz powraca z najnowszą, wstrząsającą opowieścią o małej Salmie pochodzącej z Jordanii, której dorośli – jej rodzice – zgotowali prawdziwe piekło. Laila Shukri wysłuchała dziewczynki, aby móc opowiedzieć ją całemu światu.

Salma to nastoletnia dziewczynka, która chodzi do szkoły i pilnie się uczy. Jej największym marzeniem jest zostanie w przyszłości lekarzem i pomagać dzieciom, dlatego tak bardzo przykłada się do nauki. Jednak bycie dziewczynką w islamskiej rodzinie nie wiąże się z niczym przyjemnym – rodzice mają dla niej inne plany na dalsze życie. Wraz z trzema siostrami musi pomagać matce w gospodarstwie oraz opiekować się rozpieszczanym i ulubionym przez ojca braciszkiem. Wkrótce jednak ma nastąpić prawdziwy koszmar. Z braku środków i trudnych warunków do życia , rodzice decydują się wydać trzynastoletnią Salmę za piętnaście lat od niej starszego Ahmada. Mogłoby się wydawać, że nie jest źle i mogła trafić na gorszego męża, ale oznacza to, że dziewczynka musi przerwać naukę i sprostać obowiązkom świeżo upieczonej żony. Właśnie wtedy zaczyna się piekło.

O tym, że kobieta w islamie jest niewiele wartą istotą napisałam pracę licencjacką. We fragmentach możecie ją przeczytać na tym blogu (KLIK). Wówczas jednak nie poruszyłam kilka ważnych kwestii, jaką między innymi jest wydawanie za mąż kilkunastoletnich dziewczynek za dużo starszych od nich mężczyzn. Właśnie o tym jest książka „Jestem nieletnią żoną”. Oficjalnie taki proceder jest zakazany w wielu arabskich krajach, ale kto by się tym przejmował, skoro ważniejsze jest kultywowanie przerażających tradycji? Zastanawia mnie to, jak tacy rodzice mogą spokojnie spać wiedząc, że za kilka monet skazali własne dziecko na takie piekło. Jak można być tak bezwzględnym i nieczułym potworem, żeby kilkunastoletnie dziewczynki zmuszać do pełnienia obowiązków, do których nawet fizycznie się nie rozwinęły? Pomimo wielu próśb Salmy i tragicznych sytuacji jej matka potrafiła pozostać niewzruszona, a nawet zagroziła, że jeśli zrobi coś głupiego i nie będzie słuchać męża, zostanie okryta hańbą. A wiadomo, że tam oznacza to wyrok śmierci.

To jedna z najbardziej przerażających i wstrząsających książek, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Połknęłam ją w ciągu dwóch dni, ale kilka tygodni zajęło mi napisanie tej recenzji. Musiałam „przetrawić” wiele informacji i poukładać je sobie w głowie. Fakt, że stosunkowo niedawno wróciłam z „postępowej” Jordanii dodatkowo szokuje i mrozi krew w żyłach. Kto wie, czy przypadkiem nie uśmiechnęłam się albo nie przeszłam obok takiej Salmy?

Za książkę dziękuję:

 

„Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi”

Z czym kojarzy nam się Białoruś? Chociaż to nasi wschodni sąsiedzi, tak naprawdę niewiele wiemy o tym kraju. Jednym kojarzy się z Adamem Mickiewiczem i jego „Świtezianką”, zaś innym z mityczną krainą nad Niemnem. Chyba jednak największym skojarzeniem z tym wschodnioeuropejskim krajem jest reżim Aleksandra Łukaszenki, który nieustannie rządzi krajem od kilkudziesięciu lat. „Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi” to zbiór reportaży autorstwa różnych dziennikarzy, którzy przedstawiają historię wielu ludzi, a także poruszają ważne dla nich sprawy. Co więcej, czasami poruszają się po grząskim gruncie, dotykając delikatnych tematów.

Jednak nie o polityce jest mowa w tych reportażach, chociaż przejawia się ona na każdym kroku w życiu Białorusinów. To opowieści o zwykłych ludziach, którzy uwikłani są w białoruską, można powiedzieć szarą codzienność. Każdy rozdział porusza inną sferę życia, a ich tematyka jest różnorodna. Autorzy opisują głównie życie współczesnych mieszkańców Białorusi, ale jest tam też kilka wątków historycznych. Jednym z ciekawszych są te o tym, w jaki sposób Białorusinki szukają dobrze usytuowanych mężów zza zachodnią granicą, albo ten rozdział, w którym obcokrajowcy tłumaczą, dlaczego wybrali Białoruś na swoją ojczyznę – pomimo „czarnego PR-u”.  Jednak najlepszym, a zarazem najbardziej szokującym jest pierwszy mówiący o paragrafie 328, który reguluje sprawę kar dla osób posiadających narkotyki. Dotyczy on drakońskich kar za posiadanie i zażywanie narkotyków, na które skazywani są również nieletni. Nastolatkowie w wieku szkolnym, mający nierzadko 14 czy 15 lat, są sądzeni jak dorośli, i odbywają nawet kilkunastoletnie wyroki. Przerażająca i zdumiewająca opowieść o systemie, który na równi traktuje wszystkich, bez względu na stopień winy czy jej istnienie w ogóle.

Antologia powstała w ramach projektu finansowanego ze środków Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej („Dekodowanie Białorusi. Wyjazd studyjny na Białoruś dla polskich i niemieckich dziennikarzy”). Autorzy mają dosyć ciekawe spojrzenie na Białoruś. Niewiele jest pozycji książkowych na temat tego kraju, który jednocześnie fascynuje i przeraża. „Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi” to ciekawa pozycja nie tylko dla miłośników tego kraju, ale również dla tych, którzy chcą mieć pojęcie, co dzieje się za naszą wschodnią granicą.

Za książkę dziękuję:

Meik Wiking „Sztuka tworzenia wspomnień”

Wspomnienia to coś, czego nam nikt nigdy nie zabierze. Pracujemy na nie przez całe życie, a na ich jakość składa się wiele czynników. Meik Wiking postanowił zebrać i preanalizować wiele czynników oraz przygotować doskonały przepis na to, jak stworzyć w życiu wspaniałe wspomnienia. Rezultatem jego badań jest książka „Sztuka tworzenia wspomnień”. Wiking na swoim koncie ma już bestsellerowy poradnik „Hygge. Klucz do szczęścia”. Oprócz tego, Wiking jest założycielem i dyrektorem pierwszego na świecie Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze oraz  członkiem grupy doradców Raportu Globalnej Polityki Szczęścia.

Jak to jest, że niektóre wspomnienia zapamiętujemy w każdym szczególe przez wiele lat, a inne po prostu puszczamy w niepamięć? Okazuje się, że wspomnienia to nie tylko same obrazy. Bardzo duży wpływ na nie mają pozostałe zmysły. To także aromatyczne zapachy, ulubione smaki, kojące dźwięki czy nawet kształty niektórych przedmiotów. Wszystkie z nich jednocześnie pracują na cudowne wspomnienia; to mechanizm, który napędza się wzajemnie.

Meik Wiking na podstawie badań nad szczęściem uczy, w jaki sposób powinniśmy kreować szczęśliwe chwile i lepiej je zapamiętywać. Bazując na danych eksperymentalnych, odwołując się do pamiętników i wywiadów, analizując wyniki ankiet z całego świata oraz opierając się na doświadczeniach behawioralnych Meik wyjaśnia, w jaki sposób można stworzyć idealne wspomnienia. Takie, które pozostaną z nami do końca naszych dni oraz kształtują nas tym, kim jesteśmy.

„Sztuka tworzenia wspomnień” jest wspaniale napisanym poradnikiem, a właściwie przewodnikiem po ludzkich emocjach, wrażliwości i zmysłach. Pięknie wydana książka, z mnóstwem kolorowych zdjęć, ilustracji i rysunków sprawia, że nie można się od niej oderwać. To solidna dawka twórczych i pobudzających inspiracji. „Sztukę tworzenia wspomnień” warto mieć w swoim księgozbiorze i sięgać po nią co jakiś czas, by odświeżyć sobie metody kreowania własnych wspomnień.

„Sztuka tworzenia wspomnień”

 

Seriale idealne na zimowe wieczory

Nadeszła zima, a co za tym idzie – długie i ponure wieczory. Jeśli nie macie ochoty na spacery po mieście i (tak jak ja) wolicie zostać w domu leżąc pod kocem i oglądając seriale, to świetnie się składa, bo mam dla Was kilka ciekawych propozycji 🙂 Nie będę wymieniać takich antyków (jednocześnie moich ulubionych) jak „Seks w wielkim mieście„, „Gotowych na wszystko” czy „Plotkary„, bo to już przeżytek. Polecę Wam zarówno kilka seriali sprzed lat, ale także te najnowsze telewizyjne produkcje.

„Dziewczyny nad wyraz” (2017 – …)

To moje niedawne odkrycie. Serial opowiada historię trzech dziewczyn: Kat, Jane i Sutton, które pracują w redakcji nowoczesnego pisma dla kobiet. Każda z nich zajmuje inne stanowisko i ma różne priorytety w życiu, ale mimo to wzajemnie się wspierają. Wszystkie trzy są piękne, ambitne i mają coś mądrego do powiedzenia. Poza (mogłoby się wydawać) banalną historią jakich wiele, serial porusza szereg trudnych tematów, o których rzadko głośno się mówi.

„The Crown” (2016-…)

To historia Królowej Elżbiety II i jej rządów. Akcja rozpoczyna się jeszcze przed objęciem przez nią rządów, kiedy to jej ojciec zasiada na tronie. Potem z odcinka na odcinek odkrywamy prywatną historię nowej królowej, która została rzucona na głęboką wodę i stara się przetrwać w brutalnym świecie męskiej polityki. Mam mieszane uczucia co do tego serialu. Chociaż uważam, że jest nudny i drętwy, to jakoś przebrnęłam przez dwa sezony. Aktualnie można oglądać kolejny sezon, w którym akcja dzieje się kilkanaście lat później, z innymi aktorami, ale póki co nie mam na niego ochoty.

„Russian Doll” (2019)

Zaplątanie z zagmatwaniem – to pierwsze słowa jakie cisną mi się na usta na myśl o „Russian Doll”. Nadia wpada w jakąś dziurę czasoprzestrzenną, każdego dnia umiera w różnych, momentami głupich a czasem niezwykle zabawnych okolicznościach. Od tej pory 36-latka będzie odradzać się na nowo i umierać ponownie, a każda kolejna śmierć sprowadzi ją z powrotem do tego samego miejsca – łazienki w domu jej przyjaciółki, w której za każdym razem będzie przygrywać dokładnie ta sama piosenka i to samo spojrzenie w lustrze. Pomiędzy jedną śmiercią a drugą, Nadia stara się rozwikłać zagadkę dziwnej sytuacji, w której się znalazła. Serial jest zdecydowanie inny, poniekąd zmusza do myślenia, a na pewno sprawi, że brzuch będzie bolał ze śmiechu.

„Orange is the new black” (2013-2019)

Piper w przeszłości popełniła przestępstwo, ale nie została złapana na gorącym uczynku. Dobrowolnie oddała się w ręce wymiaru sprawiedliwości, ponieważ gryzło ją sumienie. Została skazana na kilkanaście miesięcy odsiadki. Jednak więzienie to nie luksusowy hotel z darmowym jedzeniem, a prawdziwą szkołą przetrwania. Życie szybko weryfikuje wyobrażenie Piper. Każdego dnia musi walczyć o swoją pozycję i nie dać się stłamsić innym osadzonym, które skutecznie jej to utrudniają. O tyle główna bohaterka i cała jej opowieść jest wręcz irytująca, o ile pozostałe postacie nadrabiają i nie pozwalają widzowi uciec. Poboczne wątki są zdecydowanie bardziej ciekawsze od tego o niemrawej Piper i jej równie niemrawej historii.

„Uwięzione” (2015-2019)

Jeśli lubicie więzienne klimaty, a wyżej wymieniony serial Was zachęcił, to możecie śmiało sięgnąć po hiszpańskojęzyczną wersję o więźniarkach. Fabuła z grubsza jest taka sama, nie ma w nim nic odkrywczego z tym wyjątkiem, że hiszpański odpowiednik jest zdecydowanie bardziej brutalny i wyuzdany.

„Doktor Hart” (2011-2015)

Zoey Hart to świeżo upieczona kardiochirurg z Nowego Jorku dostaje szansę na pracę marzeń, ale wcześniej musi odbyć roczny staż z pacjentami. W tym celu przenosi się do małej mieściny w stanie Alabama, w którym jej zmarły ojciec od lat prowadził praktykę lekarską. Zoey nie ma łatwego życia, ponieważ musi walczyć o akceptację mieszkańców nie lubiących obcych, szpilki musi zamienić na kalosze, zaś inny miejscowy doktor skutecznie podkrada jej pacjentów. Do tego Lemon  – chodzący ideał – nienawidzi jej z całego serca i pragnie zniknięcia rywalki. Świetny i lekki serial, o zabawnych perypetiach młodej lekarki w małej amerykańskiej prowincji.

„Pokojówki z Beverly Hills” (2013-2016)

Cztery kobiety pochodzenia latynoskiego zatrudniają się jako pokojówki w ogromnych willach obrzydliwie bogatych i wpływowych ludzi w Beverly Hills. Każda z nich trafia do innej rodziny, w której panują inne warunki pracy. Poza tym, że traktowane są jako ludzie drugiej kategorii, kobiety te starają się przetrwać w brutalnym świecie milionerów i zapewnić swoim rodzinom godziwe warunki życia, a przy okazji spełnić swoje marzenia. Co więcej, chcąc nie chcąc wpadają w sidła wielu intryg, a niekiedy nawet pakują się w poważne tarapaty. Wbrew pozorom jest to czarna komedia, przy której można się nieźle pośmiać.

„Dwie spłukane dziewczyny” (2011-2017)

Jeśli wspominałam, że przy poprzednim serialu jest się z czego pośmiać, to przy tym ubaw jest po pachy. Kat i Caroline to zupełne przeciwieństwa, dwa różne światy. Caroline urodziła się w bogatej, dobrze usytuowanej rodzinie, zaś czarnowłosa Kat pochodzi z nizin społecznych. Kiedy ojciec Caroline trafia do więzienia za malwersacje finansowe, jego córka ląduje na ulicy z niczym. Stara się przetrwać w nowej, brutalnej rzeczywistości, a Kat wprowadza ją w tajniki świata niższej klasy pracującej. Ich perypetie i to gwarantowany ból mięśni brzucha wywołany salwami gromkiego śmiechu.

„Czarnobyl” (2019)

Historia, która wydarzyła się nie tak dawno temu, a skutki tej tragedii odczuwamy do dzisiaj. Rok 1986, ZSRR. W elektrowni jądrowej w Czarnobylu dochodzi do awarii, która na zawsze wpisze się w historię. Grupa wyszkolonych specjalistów oraz setki tysięcy obywateli biorą udział w heroicznej walce z nieznanymi żywiołami, bardzo często poświęcając własne życie. W jednej chwili tysiące ludzi musi zostawić swoje domy, zwierzęta muszą zginąć, a roślinność zostać wykarczowana. Cały kontynent odczuł skutki tego wydarzenia. Wszystko wydarzyło się w imperium rosyjskim – w państwie, któremu bardziej zależy na nieskazitelnej opinii niż na bezpieczeństwie swoich obywateli. Produkcja jest pięcioodcinkowym serialem, w sam raz na jeden wieczór, ale uwaga – niektóre sceny są naprawdę drastyczne.

„Muszkieterowie” (2014-2016)

Jeśli jesteście fanami produkcji „płaszcza i szpady”, to „Muszkieterowie” to idealna pozycja dla Was. Akcja toczy się w XVII-wieczna Francji. Muszkieterowie, elitarni żołnierze nieudolnego króla Ludwika XIII-tego walczą ze spiskującym kardynałem Richelieu, tropią dworskie spiski, walczą w imię honoru i … zdobywają kobiece serca. Bohaterowie najsłynniejszej powieści Aleksandra Dumasa powracają w zaskakującej odsłonie. Zabójczo przystojni i ceniący kobiece wdzięki bohaterowie powracają w wielkim stylu. Romantyczny Aramis, hazardzista Portos, pogrążony w mrocznej przeszłości Atos i młodzieńczy D’Artagnan. Sama nie wiem, który z Muszkieterów najbardziej przypadł mi do gustu. Każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego, no i każdy z nich jest oszałamiająco przystojny 🙂

„Geniusz: Picasso” (2018)

Historia jednego z najsłynniejszych artystów XX wieku, słoneczna Hiszpania i nieziemsko przystojny Antonio Banderas (generalnie, nie w tym serialu 🙂 ) – czy może być jakieś lepsze połączenie? Kobieciarz, awanturnik i zabawiaka – takie łatki przylgnęły do najsłynniejszego hiszpańskiego malarza. Pablo Picasso  był prekursorem kubizmu, który żył i działał na przełomie XIX i XX wieku, w niespokojnych czasach obu wojen światowych. To jeden z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych artystów ubiegłego stulecia. Szacuje się, że dorobek Picassa, który dożył 91. roku życia, obejmuje około 50 tysięcy prac. Jego porywczy temperament i niezwykła wena twórcza były nierozerwalnie związane z pełnym zawirowań życiem prywatnym – burzliwymi małżeństwami, licznymi romansami, zmieniającymi się sympatiami politycznymi i przelotnymi fascynacjami. Picasso nieustannie kreował siebie na nowo, wyznaczał nowe trendy w sztuce i przesuwał granice. Fantastyczna serialowa historia prawdziwego artystycznego geniuszu.

„Wikingowie” (2013-2020)

Według mnie, to jedna z lepszych produkcji ostatnich lat. Lud pochodzący z północy sieje postrach w całej Europie. Co prawda w serialu dopiero kształtują swoją pozycję na kontynencie, nie mniej jednak z sukcesami plądrują i niszczą obce zimie. Mieszkańcy zamieszkujący południowo-zachodnie rejony Europy na samą myśl o najeźdźcach drżą ze strachu. Skandynawowie są bezwzględni i okrutni wobec nich, bez wahania odbierają im życie. Sami również nie boją się śmierci, wręcz przeciwnie – pragną jej, gdyż tylko wtedy trafią do Valhali – ich raju i będą ucztować ze swoimi bohaterskimi przodkami. Umrzeć w trakcie walki jest największą chwałą i zaszczytem, jakie mogą spotkać Wikinga. Serial jest brutalny a krew leje się strumieniami, ale właśnie tacy byli Wikingowie. Ja chyba po raz kolejny zafunduję sobie zimowe leniuchowanie z „Wikingami” 🙂

„Wiedźmin” (2019 – …)

No cóż, byłoby wielką wtopą, jeśli nie wspomniałabym o tym najnowszym hicie. Prawda jest taka, że nie jestem fanką tej sagi. Nie czytałam książek Sapkowskiego, nie grałam w grę, nie oglądałam polskiej wersji „Wiedźmina”, ani nie lubię filmów fantasy… Co mnie zatem skusiło? Słyszałam różne opinie na temat tej nowości i na własnej skórze chciałam sprawdzić o co chodzi z tym serialem. Jednak to, co najbardziej przyciągnęło mnie przed telewizor, to bez wątpienia aktor wcielający się w główną rolę – arcy przystojny Henry Cavill. To jeden z moich ukochanych aktorów, a każdy film z jego udziałem oglądam z wypiekami na twarzy 🙂 Może nie jest to jego najlepsza rola, ale zdecydowanie jest na co popatrzeć 😀 Co prawda dla laika takiego jak ja serial może być nieco chaotyczny i nie zrozumiały. Nie mniej jednak jeśli lubicie tego typu seriale i/lub macie wolny wieczór (albo nawet dwa), możecie włączyć nowego „Wiedźmina”, na pewno nie będziecie się nudzić.

„Gotham” (2014-2019)

Ok, przed chwilą wspomniałam, że nie lubię filmów fantasy. Jest kilka wyjątków od tej reguły. Jednym z nich jest właśnie „Gotham”. Wszystko ze względu na moją młodzieńczą fascynację Batmanem (moim ukochanym superbohaterem – tak na marginesie) i wszystkim, co z nim związane. Jednak „Gotham” tak naprawdę nie jest o Batmanie. To historia komisarza Jamesa Gordona, który broni prawa w Gotham City, zanim pojawia się wspomniany superbohater. To tak naprawdę geneza pojawienia się Człowieka Nietoperza i wszystkich czarnych charakterów z nim związanych. Co prawda pojawiają się wszystkie te postacie, ale są one jeszcze małymi dzieciakami. Jest mrocznie, momentami zabawnie i na pewno nie ma nudy, bo każdy kolejny odcinek wciąga jeszcze bardziej.

„Dom z papieru” (2017 – …)

To aktualnie jeden z najpopularniejszych seriali. Nie ma się co dziwić, bo fabuła wciąga od pierwszego odcinka.  Grupa ośmiu przestępców napada na hiszpańską mennicę narodową. Ukryci pod maskami z wizerunkiem Salvadora Dali, z perfekcyjnie ustalonym planem pod kierownictwem niejakiego Profesora, konsekwentnie go realizują. Znajdują rozwiązanie na każdy możliwy problem, no prawie każdy. Jednak nawet doskonale doprecyzowany plan ma swoje wady i luki. Stopniowo wszystko zaczyna się sypać, a pomiędzy kryminalistami dochodzi do wielu sprzeczek. To jednak nie wszystko, bo po piętach depcze im przebiegła i niezwykle inteligentna pani inspektor, która traktuje to zadanie zbyt ambitnie. Czy uda im się skok stulecia i jednocześnie wyjść cało z zaistniałej sytuacji? Dobry scenariusz, dobra muzyka, świetni i przystojni aktorzy (ach ten Rio ❤ )- czego chcieć więcej?

„Euforia” (2019 – …)

Imprezy zakrapiane alkoholem, czasami z dodatkiem „czegoś mocniejszego”, seks bez zobowiązań, fetysze i dewiacje seksualne – tak wygląda codzienność w amerykańskim miasteczku. Na 17-letnią Rue Bennet nie robi to żadnego wrażenia, ponieważ dla niej każdy dzień wygląda tak samo: odczuwa ekstazę i radość w trakcie kolejnego narkotykowego odlotu. W serialu znajdziemy cała gamę osób ze społeczności LGBT. Są lesbijki, geje (albo kryptogeje), biseksualiści i transseksualiści. Nie ma owijania w bawełnę, wszechobecna nagość i brutalne sceny seksu czasami wręcz gorszą. Serial jest mocny, wgniatający w fotel, zdecydowanie nie dla osób wrażliwych.  Jeśli potrzebujecie mocniejszych doznań emocjonalnych, bez wątpienia sięgnijcie po „Euforię„.

„Opowieść podręcznej”

Wyobrażacie sobie świat, w którym płeć żeńska zostaje pozbawiona wszelkich praw? Świat, w którym kobiety traktowane są jak chodzące macice, a ich jedyną powinnością jest wydanie na świat jak największej liczby dzieci? Wyobrażacie sobie, że Wasz Pan regularnie Was gwałci, a Wasza Pani lepiej zna Wasz cykl menstruacyjny lepiej niż Wy same?  Brzmi irracjonalnie? Podręczne nie są konkubinami, a chodzącymi macicami; traktowane jak zwierzęta, zadaniem których jest wydawanie na świat nowych potomków. Wszystkie wyglądają tak samo: ubrane w czerwone długie sukienki, z białymi czepkami na głowach, bez grama makijażu mają wyglądać nieatrakcyjnie, by nie wzbudzać męskiego pożądania. Książki, telewizja, gry i inne rozrywki są surowo zabronione. Jedyną ich uciechą są codzienne zakupy i spotkania z innymi podręcznymi w Czerwonym Centrum. Ubezwłasnowolnione, tracą pracę, rodzinę a nawet tożsamość. Wspomniałam, że „Euforia” jest mocna i wgniatająca w fotel. Myliłam się. „Opowieść podręcznej” jeszcze bardziej mrozi krew w żyłach. Najgorsze jest to, że wizja takiego świata jest jak najbardziej prawdopodobna.

Gisele Bündchen „Lekcje. Moja droga do dobrego życia”

Gisele Bündchen to światowej sławy modelka brazylijskiego pochodzenia. Chodziła po wybiegach najsłynniejszych projektantów, jej wizerunek zdobił okładki prestiżowych pism modowych, przez kilka lat była Aniołkiem słynnej bieliźniarskiej marki Victoria’s Secret, muza wielu designerów – w modelingu osiągnęła wszystko. Teraz powraca w nowej roli – autorki książki „Lekcje. Moja droga do dobrego życia”, która wbrew pozorom nie jest jej autobiografią.

Gisele Bündchen zaprasza nas do swojego życia. Opowiada o swoim szczęśliwym dzieciństwie w brazylijskim miasteczku pośród pięciu sióstr, przyspieszonym kursie dorastania i światowej karierze w modelingu, o swoim małżeństwie i trudach macierzyństwa. Dzieli się radami na temat zdrowego odżywiania i ćwiczeń, daje rady na temat wychowywania dzieci, zdradza sekrety udanego związku, a także wspomina blaski i cienie pracy w branży modowej. Modelka wielokrotnie podkreśla, że jej życie nie zawsze było usłane różami. Bywały momenty, kiedy w jej głowie kotłowały się czarne myśli i cała masa kompleksów. Tak – supermodelka zmagała się z własnymi słabościami przez długi czas. W końcu odkryła swoją drogę do osiągnięcia szczęścia, chociaż nie była łatwa.

W swoje książce Gisele podkreśla, że zawsze trzeba żyć w zgodzie ze sobą i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Czasami droga do osiągnięcia tego jest długa i kręta, ale jest do osiągnięcia. Trzeba tylko odkryć, co jest dla nas najlepsze i konsekwentnie za tym podążać. „Lekcje. Moja droga do dobrego życia” to intymna opowieść o życiu jednej z najsłynniejszych supermodelek świata. Jednocześnie to zbiór bardzo cennych lekcji życiowych, których doświadczyła sama modelka i teraz dzieli się nimi. To także cała masa prywatnych zdjęć modelki i najbliższych jej osób, do tej pory nieznanych.

Pamiętam, że jako mała dziewczynka zachwycałam się urodą Gisele Bündchen. Podziwiałam ją na całej linii, chciałam być taka jak ona. Potem mi przeszło i miałam wręcz odwrotne zdanie na jej temat – widziałam ją jako oziębłą, niezbyt miłą i zadufaną w sobie celebrytkę. Patrzyłam na nią przez pryzmat skandali i romansów. Długo ociągałam się z przeczytaniem jejksiążki, bo co taka kobieta może mądrego i ciekawego przekazać światu? Po lekturze książki zmieniłam zdanie.

Piękna opowieść o drodze ze światowych wybiegów do harmonii i szczęścia, od zawodowych sukcesów do zaangażowania w walkę o środowisko, od samotności i kompleksów do kochającego i ciepłego domu. „Lekcje. Moja droga do dobrego życia” jest książką mądrą, przepełnioną cennymi radami, którą powinna przeczytać każda z nas.

Za książkę dziękuję:

„Król Lew”

Po ponad dwudziestu pięciu latach najpiękniejsza disneyowska bajka powróciła na ekrany kin, w jeszcze piękniejszej odsłonie.

Simba jest młodym, prawowitym następcą tronu po swoim ojcu, królu Mufasie. Jednak nie wszyscy mieszkańcy królestwa cieszą się z jego narodzin. Do tej pory dziedzicem był brat Mufasy – Skaza, który nie zamierza tak łatwo oddać władzy młodemu lwiątku. Knując spisek i posuwając się do zdrady, doprowadza do tragedii, w wyniku której to on przejmuje władzę nad królestwem zwierząt. Simba zostaje wygnany na kilka lat, ale pozostając wierny naukom swojego ojca, bierze sobie do serca swoje królewskie przeznaczenie. Z pomocą dwójki nowopoznanych przyjaciół zamierza odzyskać swoje dziedzictwo. Wcześniej musi jednak odszukać swoją drogę ku dorosłości i uwierzyć w swoje przeznaczenie.

Nowa wersja „Króla Lwa” w reżyserii Jona Favreau jest całkowitym odwzorowaniem klasyku sprzed dwudziestu pięciu lat. Pojawiają się nie tylko te same postacie, ale także te same kadry, sceny, dialogi czy piosenki, ale za to w nowych aranżacjach. Sama produkcja jest tak realistyczna, że ma się wrażenie, iż w filmie wystąpiły prawdziwe zwierzęta. W amerykańskiej wersji swoich głosów użyczyła sama hollywoodzka śmietanka: Donald Glover (Simba), Seth Rogen (Pumba), Billy Eichner (Timon), Beyonce Knowles (Nala), Chiwetel Ejiofor (Skaza), Alfre Woodard (Sarabi), James Earl Jones (Mufasa) oraz Florence Kasumba (Szenzi). W polskiej wersji językowej postaci przemówiły głosami największych gwiazd małego i dużego ekranu: Wiktora Zborowskiego (Mufasa), Artura Żmijewskiego (Skaza), Danuty Stenki (Sarabi), Jerzego Stuhra (Rafiki), Macieja Stuhra (Timon), Michała Pieli (Pumba), Piotra Polka (Zazu), Eryka Lubosa (Ed), Adama Woronowicza (Banzai) i Marcina Januszkiewicza (Simba).

Klasyczny „Król Lew” z 1994 r. jest uznawany za arcydzieło animacji. Jest to również jeden z ulubionych przez widzów filmów w historii kina. Trudno się dziwić. Nie znam nikogo z mojego pokolenia, kto nie zachwycałby się pierwotną wersją „Króla Lwa”, a jednocześnie nie płakał na tej bajce. Każdy z nas chodził smutny po śmierci Mufasy, śpiewał „Hakuna Matata” z Timonem i Pumbą czy wzruszał się przy piosence „Miłość rośnie wokół nas”. Ja, już jako dorosła kobieta, oglądając nowego „Króla Lwa” nadal wylewałam łzy i śmieję się na tych samych scenach. Oglądając tegoroczną wersję disneyowskiego hitu, na nowo przeżywałam każdą scenę, pomimo że doskonale znałam scenariusz. Dla mnie „Król Lew” na zawsze pozostaniem disneyowskim numerem 1 i niezależnie od wieku będę się nim zachwycać. Czekam na kolejną wspaniałą wersję mojej ukochanej bajki za kolejne 25 lat.

„Król Lew”

Maciej Zborowski „Nie taka Szwecja lagom”

Z czym kojarzy nam się Szwecja? Ten północny zamorski sąsiad jawi się niczym kraj mlekiem i modem płynący. To kraj równości i sprawiedliwości, najbardziej socjalne społeczeństwo Europy, w którym ludzie żyją dostatnio i spokojnie. Szwecja to także wytwórnia gwiazd, takich jak ABBA,  bezpiecznych samochodów marki Volvo oraz obecne w domach na całym świecie tanie i proste w montażu meble IKEA. To również kraj potomków groźnych Wikingów. A jak jest naprawdę? Jak wygląda życie w tym skandynawskim kraju? W swojej książce „Nie taka Szwecja lagom” Maciej Zborowski – skandynawista i przedsiębiorca – pokazuje nam drugie oblicze Szwecji.

Autor porusza wiele aspektów życia w Szwecji. Zaczynając od Rodziny Królewskiej, przez religię i edukację, przechodzi do sfery ekonomicznej i socjalnej. Obala mit, że Szwecja to istne El Dorado, w którym każdy chce mieszkać. Że panuje równość i wolność słowa, a podatki są uciążliwe. Maciej Zborowski porusza temat imigrantów, którzy licznie przybyli do tego kraju i czerpią korzyści z tego tytułu, a szwedzkie społeczeństwo bezinteresownie pomaga uchodźcom. Autor weryfikuje zakorzenione w naszej mentalności stereotypy. Nie pokazuje Szwecji pięknej i rajskiej, wywleka sporo brudu, pokazuje Szwedów, rząd, gospodarkę, politykę, również z tej mrocznej strony. Znajdziemy również dużo porównań do Polski – pokazuje w jakich dziedzinach jesteśmy podobni do Szwedów, a w jakich całkowicie inni. Nie tylko  jako ludzie, ale my jako kraj, rząd czy system polityczny.

Nie byłam w Szwecji, więc trudno mi się wypowiedzieć na temat tego kraju. Szczerze przyznam, że momentami książka była nieco nudna. Za dużo suchych faktów i zbyt naukowego słownictwa.  Mnóstwo wykresów i tabelek z cyframi są ciężkostrawne, a nawet mogą odstraszyć. Bardzo łatwo przeskoczyć mało interesujący nas temat.Trzeba jednak przyznać, że „Nie taka Szwecja lagom” jest pięknie wydana, sporo tu różnego rodzaju kolorowych zdjęć, grafik, malutkich logotypów – naprawdę wizualnie jest bardzo przyjemnie i przyciąga oko. Książka nie tylko dla miłośników Szwecji, ale równie dla tych, którzy planują swoją podróż do sąsiada zza morza.

Za książkę dziękuję: