Cat Flanders „Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów”

Znasz to uczucie, kiedy wchodzisz do sklepu po jedną konkretną rzecz, a wychodzisz z pełną torbą niepotrzebnych gadżetów? Masz skłonność do kolekcjonowania i chomikowania najróżniejszych bzdetów od długopisów zaczynając, przez próbki kosmetyków i książki, a na butach kończąc? Jeśli tak, to książka Cait Flanders to poradnik idealny dla Ciebie.

Historia Cait Flanders jest zaczyna się dramatycznie, ale na szczęście ma swój happy end. Autorka w doskonały sposób pokazuje, jak beznadziejnie pragnie bliskości i uznania drugiej osoby sprawia, że tak łatwo popadamy w obłęd. A przez to rodzi się masa kompleksów, które tylko nakręcają spiralę destrukcyjnych wydarzeń. W przypadku Cait były to zakupy, alkohol, złe towarzystwo, narkotyki. Brak samoakceptacji i niska samoocena doprowadziły ją do upadku. Obsesyjnie robiąc zakupy, imprezując na umór i zażywając dopalacz sądziła, że w ten sposób wynagrodzi sobie wszelkie życiowe niepowodzenia i porażki. Przez to, jako młoda dziewczyna popadła w niezłe tarapaty. Pewnego dnia postanowiła porzucić swoje destrukcyjne zwyczaje i pozbyć się zbędnych rzeczy, spłacić dług, wyjść z nałogów, a tym samym na zawsze odmienić swoje życie. Oczywiście nie przyszło jej to łatwo, miała po drodze wiele upadków i chwili zwątpienia, ale dzielnie wytrwała w swoim postanowieniu. Teraz udziela rad swoim czytelnikom i inspiruje ich, jak mają wybrnąć z błędnego koła konsumpcjonizmu i  czerpania przyjemności z życia bez zakupów.

„Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to nie jest zwykły poradnik. To przede wszystkim autobiografia, intymny pamiętnik autorki, która dzieli się z czytelnikiem osobistymi przeżyciami. Nie jest to jednak smętna opowiastka o ciężkim życiu i walce ze słabościami, wręcz przeciwnie. Cait w zabawny sposób rozprawia się ze swoją mroczną przeszłością i ostrzega czytelnika, że jedno uzależnienie prowadzi do drugiego, a jeden błąd potrafi nieźle się zapętlić. W 2014 roku rozpoczęła eksperyment „rok bez zakupów”, który ostatecznie stał się jej sposobem na życie.

Szczerze przyznam, że na początku sądziłam, że „Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to kolejny durny poradnik o oszczędzaniu, który nic nowego  do mojego życia nie wniesie. Naczytałam się wiele książek o oszczędzaniu i odpowiednim inwestowaniu swoich pieniędzy, ale żadna z nich nie dala mi takiego kopa. Właśnie dzięki temu, że autorka dzieli się swoimi intymnymi przemyśleniami, w pewien sposób jest mi bliższa i mogę się z nią w pewien sposób utożsamić.

„Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to niezwykle szczera, piękna i inspirująca opowieść o tym, że uwolnienie się od potrzeby kupowania pozwala nie tylko oszczędzać, ale przede wszystkim umożliwia czerpanie większej radości z życia.

Za książkę dziękuję:

Karolina Bednarz „Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet”

Kultura japońska nigdy specjalnie nie zaliczała się do mojego kręgu zainteresowań. Nigdy też nie marzyłam, żeby polecieć do Japonii. Za to jestem wielką miłośniczką reportaży, dlatego z zainteresowaniem sięgnęłam po książkę Karoliny Bednarz. Tym bardziej, że jest to książką napisana przez kobietę o innych kobietach. Szczerze powiem, że jestem nią przerażona.

Japonia – kraj samurajów, gejsz i  supernowoczesnych technologii. To jeden z najbardziej rozwiniętych państw świata. Jednak tamtejsze kobiety nie mają łatwego życia. Wydawać by się mogło, że w życie w tym kraju jest lekkie, społeczność zmaga się z innymi problemami niż my, a maszyny ułatwiają każdą czynność. Nic bardziej mylnego. Na każdym kroku Japonki muszą zmagać się z dyskryminacją, podwójnymi standardami i nierównością płci.  Kobiety, które nie spełniają społecznych wymogów, nazywa się różnie: „przegranymi psami”, „kobietami kamieniami” czy „świątecznym ciastem”. Do niedawna ideałem było wychowanie „córek w pudełkach” – ukrytych przed zewnętrznym światem, przechodzących z domu rodziców do domu męża. Umierające z przemęczenia kobiety z przędzalni były „kwiatami narodu”, zaś kobiety w biurach nazywano „kwiatami biurowymi”, które przez długi okres czasu traktowane były jak dekorację, którą zmienia się wraz z nową porą roku. Od małego wpaja się dziewczynkom, bez względu na pochodzenie, że mają być grzeczne, łagodne, dyskretne, czyste, pracowite, a przede wszystkim posłuszne swojemu przyszłemu mężowi. Kobiety, które pragną mieć wpływ na rodzinne decyzje, które nie chcą dać się wtłoczyć w ramy, które potrafią odejść od męża, pokłócić się z szefem i tworzyć własne zasady w labiryncie społecznych konwenansów nazywa się „mięsożernymi”. Takich kobiet obawiają się nie tylko sami mężczyźni, ale także inne Japonki. Obawiają się ich siły i determinacji.

Japoński minister zdrowia, pracy i opieki społecznej sam głośno mówi, że kobiety od piętnastego do pięćdziesiątego roku życia nazwał „maszynami do rodzenia dzieci” i stwierdził, że powinny postarać się wyprodukować więcej dzieci na głowę. Molestowanie uznawano za „małą przemoc”, za „coś przykrego”, za „kłopot”. Dopiero w 1994 roku po raz pierwszy odważono się napisać, że molestowanie to przemoc. W szkołach nie prowadzi się edukacji seksualnej – dzieci uczone są podstaw biologii i na tym koniec.  Nico o chorobach wenerycznych, antykoncepcji czy seksualnej przemocy. Były premier stwierdził, że młodzież nawet jeśli nie będzie się o tym uczyć, to jak przyjdzie czas, będzie o tym naturalnie wiedzieć. W 2014 roku japoński rząd zabronił posiadania pornografii dziecięcej, ale dopiero w 2017 roku ratyfikował konwencję ONZ przeciwko międzynarodowej przestępczości zorganizowanej. Do tej pory Japonia znajdowała się w jednej lidze z takimi państwami jak Somalia, Iran czy Sudan Południowy. Istne El Dorado, nieprawdaż?

Japonia to tak naprawdę kraj pozorów i udawania. Każdy problem zamiatany jest pod dywan, żeby tylko się nie wydało i nie przyniosło wstydu, czy to konkretnej rodzinie, czy całemu społeczeństwu. Z pracy nie wolno wyjść wcześniej niż szef, bo to przecież nie wypada. Kobiety i młode dziewczynki w drodze do pracy czy szkoły są molestowane, ale nikt się tym za bardzo nie przejmuje. Trędowaci (mimo, że chorobę już dawno pokonali) izolowani są i zamykani w obozach, które nazywane są japońskim Auschwitz. Ofiary zatrucia rtęcią przez wielki koncern muszą milczeć i w samotności zmagać się z własnymi dolegliwościami. Jeśli zaczną ubiegać się o własne prawa czy zadośćuczynienie, zostaną społecznie wykluczone. Aha, no i pod żadnym pozorem nie wolno się przyznawać, że jest się ofiarą. Błędne koło, z którego ciężko się wyrwać.

Jak widać, nie jest to reportaż przeznaczony tylko do miłośników Kraju Kwitnącej Wiśni. Zanim sięgniecie po „Kwiaty w pudełku”, przygotujcie się na mocną i szokującą treść. Ja jestem przerażona. Japonia zawsze jawiła mi się, jako kraj dobrobytu, sprawiedliwości i równości. Może tak jest, ale tylko wtedy, kiedy urodzisz się mężczyzną. Kobiety mają ograniczone prawa, a presja społeczna sprawia, że nie mogą podążać własnym życiem, tylko ścieżka, którą wyznaczyli rodzice.  Kobiety  pozostają ofiarami dyskryminacji systemowej, seksualnej i ekonomicznej. Są twarzami Cool Japan, symbolem „tradycyjnej” Japonii, ale lepiej, żeby na co dzień pozostawały w cieniu. Są jak kwiaty wyrwane z korzeniami, zamykane w pudełkach, wystawione na pokaz tylko po to, żeby wylądować chwilę później w koszu. Zapomniane błyskotki, chwilowe miłostki. Cholernie to smutne, że w kraju „pierwszego świata” takie rzeczy są na porządku dziennym i póki co, nie widać zmian na horyzoncie.

Za książkę dziękuję:

Monika Radzikowska „Bajkał. Tam i z powrotem”

Podróż na Syberię wydaje się szalonym planem. Tym bardziej, jeśli decydujemy się na autostopową podróż na drugi kraniec świata. Monika Radzikowska wraz z grupą przyjaciół postanowili wyruszyć w pięciomiesięczną podróż nad Jezioro Bajkał.

Grupa archeologów przejechała autostopem blisko dwadzieścia tysięcy kilometrów, zostawiając za sobą obowiązki i monotonną codzienność, decyduje się na podróż życia. Przez Petersburg, Irkuck, aż po Ułan-Ude. Autostopem i Koleją Transsyberyjską, własnymi siłami i z uśmiechem życzliwych ludzi, którzy wyciągnęli w ich stronę bezinteresowną, pomocną dłoń. Nocowali na cmentarzu, pod mostem, w piwnicy, w teatrze czy jadłodajni dla bezdomnych. Na swojej drodze spotkali wielu ludzi; mieli szczęście, bo wszyscy oni byli dobrzy i pomocni. Przez cały czas autorka udowadnia, że ludzie są dobrzy i trzeba w nich odnajdywać tylko dobro.

Podróż na Syberię to marzenie niejednego człowieka. Jednak niewielu śmiałków decyduje się na tak ekstremalną podróż. Tym bardziej autostopem, gdzie nie można niczego zaplanować i nie ma się praktycznie nad niczym kontroli. Nie zawsze było łatwo, czasami musieli się rozdzielić, by dotrzeć do swojego celu. Uczestnicy tej wyprawy wykazali się ogromną odwagą i szczerze ich podziwiam, bo ja chyba mnie zdecydowałabym się na taką wyprawę. Ale kto wie, może za kilka lat i ja tam dotrę.

Szczerze przyznam, że książka Moniki Radzikowskiej trochę mnie rozczarowała. Spodziewałam się opisu niesamowitej przygody życia, tymczasem wyszła nieudana próba spisania każdego dnia ich pięciomiesięcznej podróży. Chociaż codziennie przemieszczali się w inne miejsce, to miałam wrażenie, że tak naprawdę podróż ich marzeń była zwyczajnie nudna. Zamiast skupić się na okolicznościach przyrody, kulturze i historii odwiedzanych miejsc, autorka poświęciła uwagę nic nieznaczącym opisom. Mechanicznie spisała każdy dzień swojej podróży, który wyglądał mniej więcej tak samo jak poprzedni. W moim odczuciu tak to wyglądało: „wstaliśmy, zjedliśmy, złapaliśmy stopa, przejechaliśmy ileś kilometrów, szukaliśmy miejsce na nocleg, rozbiliśmy namiot, zjedliśmy i poszliśmy spać”. I tak przez cały czas. W rezultacie wyszedł chaotyczny pamiętnik z przeciętnymi dialogami. Miałam nadzieję na opisy niezapomnianych przygód godnych Indiany Jonesa oraz zapierających krajobrazów dzikiej i nieznanej Syberii. Szkoda, bo ich podróż miała duży potencjał, a tak naprawdę niewiele dowiedziałam się o samej Syberii i Bajkale.

„Bajkał. Tam i z powrotem” nie jest reportażem czy przewodnikiem literackim. Książka została pięknie wydana, a w środku znajdziemy wiele pięknych i kolorowych fotografii. Gratuluję uczestnikom wyprawy ogromnej odwagi, by wyruszyć autostopem w tak odległy i ciągle nieodkryty rejon. Czuję jednak lekki niedosyt, bo liczyłam na wiele więcej. Monika Radzikowska niestety nie przekonała mnie, by spakować plecak i wyruszyć ich śladami. Szkoda.

Za książkę dziękuję:

Christina Dalcher „Vox”

Wyobraź sobie świat, w którym kobieta nie ma prawa głosu. Nie chodzi tylko o prawa wyborcze, ale o dzienny limit wypowiadanych słów: wolno ci wypowiedzieć tylko 100 słów każdego dnia. Tylko dlatego, że jesteś kobietą. Jean, bohaterka najnowszej powieści Christiny Dalcher, żyje w tym przerażającym świecie.

Człowiek wypowiada dziennie średnio 16 tysięcy słów. Wyobraź sobie, ze żyjesz w świecie, w którym możesz wypowiedzieć ich tylko 100. Na ręku masz zaciśniętą bransoletkę, która liczy każde słowo. Przekroczenie limitu uaktywnia silny ładunek elektryczny wymierzony w dłoń. Licznik resetuje się o północy. Słowo pisane także ograniczono do minimum. Nie masz dostępu do komputera, telefonu i książek. Nie mówisz i nie możesz pisać, nawet język migowy jest zabroniony. Nie masz prawa podejmować żadnej aktywności zawodowej, a twoje córki uczą się w szkole, jak zostać przykładną gospodynią domową. Inne umiejętności są bowiem zbędne. Co więcej, związki homoseksualne kobiet to największe zło karane zesłaniem do obozu pracy. Jak odnaleźć się w takim świecie?

Zanim Jean McClellan straciła prawo głosu była cenioną i wybitną neurolingwistką. Większość swojego życia poświęciła badaniom naukowym, zaś protesty i politykę zostawiała innym, w tym swojej przyjaciółce – homoseksualnej  i zagorzałej feministce. Teraz gorzko tego żałuje, bo musi żyć w milczeniu i ważyć każdy wyraz ze swojego dziennego limitu. W momencie, gdy przekroczy ten limit, metalowa obręcz na jej nadgarstku wytworzy bolesny ładunek elektryczny. Jeśli dalej będzie mówiła, ból z czasem stanie się nie do wytrzymania. Kobieta, która do tej pory bardzo aktywna zawodowo staje się zwykłą kurą domową. Każdego dnia narasta w niej wewnętrzny bunt, którego nie może wykrzyczeć. Nie wspominając już o sprawnej komunikacji z mężem i synami, którzy mogą rozmawiać bez obaw i z kilkuletnią córką, która nie rozumie, dlaczego nie może się odezwać na głos, bo ona również nosi licznik. Nowy rząd pod naciskiem grupy fundamentalistów wprowadzili odwołujący się do Biblii tradycyjny podział ról, który sankcjonuje całkowitą uległość kobiet. Gdy brat prezydenta ulega wypadkowi, dr Jean ma za zadanie kontynuację badań nad cennym lekiem, nad którym pracowała zanim sprowadzono ja do roli kury domowej. Na ten czas ma odzyskać swobodę wypowiedzi. Jak się okazuje, jej wynalazek ma służyć nie do wyleczenia choroby, tylko do wywołania czegoś przerażającego.

Debiutancką powieść Christiny Dalcher czyta się jednym tchem, nie da się jej odstawić. Jedyne, co mnie w niej zaskoczyło, to zakończenie. I to w negatywnym znaczeniu tego słowa. Szczerze przyznam, że w końcówce powieści, która stanowi apogeum całej akcji i akcja dzieje się w zawrotnym tempie, łatwo można się pogubić. W moim przekonaniu zakończenie fabuły, która przez cały czas trzyma w napięciu, zupełnie nie pasuje do całości.

Christina Dalcher w swojej powieści „Vox” wykreowała przerażającą wizję świata – istnego piekła dla kobiet, która wbrew pozorom nie jest tak niemożliwa. To inteligentna i prowokująca powieść. Jest to bardzo ważny głos  w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet. „Vox” pokazuje, jak mógłby wyglądać świat, w którym dominuje skrajna dyskryminacja. Poza tym powieść daje dużo do myślenia.  Wydaje się, że taka wizja codzienności jest niemożliwa, a wręcz absurdalna, ale przecież historia już niejednokrotnie udowodniła, że czasem wystarczy jedynie kilka złych decyzji czy kilka złych osób, by zabić w nas wszystko to, co wrażliwe i ludzkie. Musimy mieć na uwadze co dzieje się w naszym społeczeństwie i reagować w odpowiednim momencie zanim będzie za późno.

Za książkę dziękuję:

Wojciech Górecki „Buran. Kirgiz wraca na koń”

Azja Centralna i Kaukaz to niedocenione rejony naszej planety. Ta mało dostępna i tajemnicza część świata skrywa wiele perełek architektonicznych, kulinarnych i kulturowych, turystów tam jak na lekarstwo, nawet porządny przewodnik o Kaukazie i Azji Centralnej nie został jeszcze napisany.

Na szczęście co chwilą pojawia się wiele genialnych reportaży o tym rejonie. Zaczynając od Ryszarda Kapuścińskiego a na Wojciechu Góreckim kończąc. Aktualnie jest on największym miłośnikiem i znawcą  postsowieckiej rzeczywistości spośród polskich reportażystów. W swojej najnowszej książce – autor trylogii kaukaskiej („Planeta Kaukaz”, „Toast za przodków”, „Abchazja”) – zabiera czytelnika w podróż, podążając śladami mistrza Kapuścińskiego. „Buran. Kirgiz wraca na koń” został napisany w 50-tą rocznicę wydania zbioru opowieści „Kirgiz schodzi z konia”.

Wraz z rozpadem Związku Radzieckiego, każda z republik poszła w swoją stronę i znalazła na siebie inny pomysł. Można przypuszczać, że kraje te są do siebie podobne, ale prawda jest taka, że różni je niemal wszystko: od stosunku do Rosji i systemu politycznego, po dominującą religię i poziom rozwoju gospodarczego. Za czasów Kapuścińskiego wszystkie te państwa należały do tzw. trzeciego świata. Na początku XXI wieku sytuacja bardzo się odmienia. Bogate stolice (Baku, Aszchabad i Astana) znacznie kontrastują z obszarami wiejskimi, a azjatyckie narody skryły się w historii, tradycji, rodzinie i religii. Turkmenistan odciął się od świata zewnętrznego i prowadzi politykę neutralności. Najbiedniejszy Tadżykistan całkowicie uzależnił się od Rosji. Kirgistan (zwany czarnym łabędziem regionu) jest w tej grupie jedyną demokracją, chociaż nadal szuka swojej tożsamości. Uzbekistan jako policyjne państwo jest cały czas reformowane po śmierci prezydenta Karimowa. Z kolei Kazachstan jest największy, najbogatszy i uniknął konfliktów wewnętrznych, z którymi borykają się jego sąsiedzi.

Wojciech Górecki opowiada o każdym kraju w inny sposób. Napisał on książkę o polityce, historii, kulturze i życiu codziennym mieszkańców Kaukazu i Azji Centralnej. Opisał najważniejsze sprawy, z którymi borykają się mieszkańcy tego regionu. Ogromna wiedza na temat poszczególnych krajów oraz unikalny styl autora sprawiają, że w przejrzysty sposób ukazuje jak wygląda życie w postsowieckich republikach oraz przedstawia najważniejsze problemy trapiące azjatyckie państwa. Jedynie brakowało mi zdjęć, które w pewien sposób zaspokoiłyby moją ciekawość dotyczącą niektórych wspomnianych miejsc w książce. Stanowiłyby idealne uzupełnienie barwnych i fascynujących opisów autora.

Od niedawna Kaukaz i Azja Centralna zaczęła mnie bardzo fascynować. Odwiedziłam kilka państw tych rejonów i przyznam szczerze, że jestem całkowicie zaskoczona, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Kraje, takie jak Armenia, Azerbejdżan, Gruzja, Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan czy Turkmenistan są bardzo niedoceniane. Panuje powszechne przekonanie, że to dzikie i nieokiełznane rejony, gdzie niebezpieczeństwo czai się za każdym rogiem, a czort nie śpi i czyha na każdym kroku. Byłam w trzech wymienionych krajach (także solo), żyję i mam się bardzo dobrze, a  niebawem wybieram się do kolejnego kraju  Azji Centralnej. Moja fascynacja trwa w najlepsze, dlatego też czytam niemal wszystko na temat tych rejonów, co wpadnie mi w ręce. Aktualnie nikt tak jak Wojciech Górecki nie zna i nie jest w stanie napisać w tak przystępny sposób o Kaukazie Południowym i Azji Centralnej. „Buran. Kirgiz wraca na koń” można potraktować jako kompendium podstawowej wiedzy na temat tych krajów.

Za książkę dziękuję:

Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk „Daj się pokochać dziewczyno”

Każda z nas ma własne wyobrażenie o szczęściu. Niezależnie czy odnajdziemy je u boku wymarzonego mężczyzny czy postanowimy realizować swoje życiowe pasje w pojedynkę. Katarzyna Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk odpowiada na pytania, które wiele z nas zadaje sobie każdego dnia.

Katarzyna Miller to psycholożka, psychoterapeutka i filozofka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną. Autorka i współautorka wielu bestsellerowych poradników, miedzy innymi „ Życie jest fajne”, „Instrukcja obsługi kobiety”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Chcę być kochana tak jak chcę”. Z kolei Joanna Olekszyk jest absolwentką polonistyki i dziennikarstwa UW oraz redaktorką naczelną miesięcznika „Sens”.

Autorki w swoich rozmowach przypominają na czym polega zdrowy egoizm oraz różnice pomiędzy egotyzmem i egocentryzmem, z którymi bardzo często jest mylony. Wspominają, jakie różnice w związkach i relacjach z partnerami miały kiedyś ich babki oraz… rozprawiają nad bohaterkami powieści Jane Austen, które wbrew pozorom mają ogromne znaczenie. Według nich zdrowy rozsądek i rady dla poszukujących miłości kobiet w książkach Austen są zaskakująco bardziej aktualne niż przed laty. Miller i Olekszyk podkreślają przede wszystkim, by całkowicie zaakceptować i pokochać najpierw siebie, by potem dać miłość innej osobie oraz przyjąć od niej ich uczucie. To jest właśnie podstawa budowania trwałej, szczerej i zdrowej relacji z drugim człowiekiem.

„Daj się pokochać dziewczyno” to mądre i zabawne rozmowy Katarzyny Miller z dziennikarką Joanną Olekszyk. W środku znajdziemy odpowiedzi na wiele nurtujących pytań, takich jak np. jak odnaleźć prawdziwe uczucie, jak wskrzesić ogień w związku czy jak pozbierać  się po zdradzie i na nowo uwierzyć w miłość. Z drugiej jednak strony Katarzyna Miller nie podaje prostych odpowiedzi oraz nie składa pustych obietnic, a wręcz skłania do myślenia i refleksji. Przekonuje, że prawdziwa miłość nie ma nic wspólnego z cierpieniem, podporządkowaniem drugiej osobie oraz nie znosi poświęceń. Jest za to prawdziwym zachwytem nad światem, nad sobą i innymi ludźmi.

Katarzyna Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk bez owijania w bawełnę, z brutalną szczerością rozprawia nad relacjami damsko-męskimi. Jest przy tym niezwykle bezpośrednia i nie boi się przekląć, kiedy zajdzie taka potrzeba. Katarzyna Miller to kobieta, która niejedno w życiu widziała, niejedno słyszała i niejednego doświadczyła. To mądra psychoterapeutka, która podpowiada współczesnym kobietom, jak radzić sobie w związku z drugim człowiekiem oraz przede wszystkim jak pokochać samą siebie i żyć w zgodzie z własnymi zasadami.

„Daj się pokochać dziewczyno”

 

Stephane Garnier „Żyć jak kot!”

Koty to niesamowite stworzenia. Chodzą własnymi ścieżkami, potrafią same o siebie zadbać, są niezależne i mają 9 żyć. 70% swojego życia przesypiają, a pozostały czas jedzą albo bawią się – jeśli akurat mają na to ochotę. Dlaczego zatem mamy nie brać z nich przykładu?

Na podstawie obserwacji zachowania i charakteru swojego kota Ziggy’ego, Stephane Garnier postanowił napisać poradnik o dobrym życiu. Na pierwszy rzut oka widać, że kotom żyję się zdecydowanie lepiej niż nam. Kot nie musi cały czas miauczeć, wyskakiwać z każdego kąta, czy robić z siebie przedstawienia, by zwrócono na niego uwagę. Czujemy jego obecność od razu gdy tylko się pojawi. Nie musi się popisywać, sama charyzma wystarcza, by został zauważony. Jego osobowość i takt sprawiają, że musimy odwrócić głowę w jego stronę zawsze, gdy przechadza się po pokoju.

Zdrowy styl życia pozwala im żyć bez stresu, a ich jedynym celem jest dobre samopoczucie. Wzorując się na nich i próbując choć częściowo przybliżyć się do ich sposobu funkcjonowania, możemy otworzyć się na nową perspektywę, inne spojrzenie na świat, a także na nowo, głębiej i pełniej zrozumieć samych siebie. Warto więc spojrzeć na świat oczami kota, wkraść się w jego myśli, poznać jego filozofię, by nauczyć się cieszyć życiem tak jak on. Koty dają nam wspaniałe wskazówki, trzeba je tylko dostrzec. Trzeba po prostu być.

Stephane Garnier uważa, że zarówno w naszym życiu zawodowym, jak i osobistym możemy się wiele nauczyć od kotów. Możemy czerpać wiele z charakteru kotów, by osiągnąć zamierzone cele. Pomiędzy kolejnymi rozdziałami znajdziemy dokładnie co do minuty rozpisany koci plan dnia, tak, alby nie tracić czasu na niepotrzebne czynności. Ponadto każdy rozdział rozpoczyna się od przysłowia czy cytatu słynnych ludzi właśnie o kotach. Co więcej, w książce „wypowiada się” nawet sam Ziggy 🙂 Z przymrużeniem oka zachęca, aby spojrzeć z dystansem na swoją codzienność oraz odnaleźć uśmiech i zadowolenie z każdej chwili.

Za książkę dziękuję:

Joanna Godecka „Nie odkładaj życia na później”

Jeśli czujesz, że dopadła cię rutyna, stres nie pozwala normalnie funkcjonować, a świat jawi się jako bezwzględna dżungla, to znak, że pora na emocjonalny detoks. Joanna Godecka napisała skuteczny poradnik, który pomaga powrócić na właściwe tory.

Joanna Godecka, terapeutka i coach, pomaga wprowadzić pozytywne zmiany w życiu, aby przynosiło więcej radości, przyjemności, spełnienia i sukcesów. Zwraca także uwagę na najczęściej popełniane błędy oraz pułapki radząc przy tym, jak ich unikać. Podaje kilka propozycji rozwiązań, które pomagają ocenić, co jest w życiu nie działa tak jak powinno oraz krok po kroku budować zadowolenie ze swojego losu.

Stres jest jednym z czynników, które uniemożliwiają nam normalne funkcjonowanie. Pozostałe z nich to między innymi pracoholizm, samotność, rozpamiętywanie przyszłości czy życie w ciągłej prowizorce. Wszystkie z nich sprawiają, że nie potrafimy poukładać naszej codzienności i  nie pozwalają ruszyć dalej, trzymają nas w ciągłej niemocy. Dzięki swojej wieloletniej praktyce, Joanna Godecka pomaga uporać się z tymi zmartwieniami. W swojej książce „Nie odkładaj życia na później”  autorka diagnozuje problemy i pomaga oczyścić życie z tego, co jest w nim zbędne. Poradnik zawiera także wiele praktycznych ćwiczeń, które pokazują, jak należy cieszyć się każdą chwilą i pokazują, jakie zmiany warto wprowadzić w życie, by zaczęło przynosić więcej przyjemności, radości i satysfakcji.

Książka kierowana jest do osób, które odczuwają, że życie codzienne nie daje im już satysfakcji, odmierzają czas od weekendu do weekendu albo od urlopu do urlopu i beznadziejnie trwają w przeświadczeniu, że to co najlepsze dawno już za nimi. Ich sposób na życie to bardziej strategia przetrwania niż spełnienie. Jeśli odczuwacie marazm, zmęczenie czy wypalenie, warto sięgnąć po poradnik Joanny Godeckiej. Może od razu nie zdziała cuda, ale krok po kroku wprowadzając w życie rady autorki wyjdziemy z własnej strefy komfortu i zaczniemy czerpać z niego jak najwięcej.

Za książkę dziękuję:

Tomas Navarro „Kintsugi. Jak czerpać siłę z życiowych trudności”

W dzisiejszych czasach panuje moda na bycie fit, eko, zdrowym oraz stabilnym emocjonalnie. Prawda jest taka, że większość ludzi, chociaż nie pokazuje tego na co dzień,  wewnętrznie boryka się  z wieloma przeciwnościami losu. Społeczeństwo oczekuje, że będziemy cierpieć w milczeniu i nie okazywać bólu publicznie, bo to oznaka słabości. Tomas Navarro jest całkowicie innego zdania. W swojej książce „Kintsugi” udowadnia, że ból jest katalizatorem do życiowych zmian.

Tomas Navarro jest zawodowym psychologiem z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem. Jego specjalizacja to tematyka siły emocjonalnej, którą traktuje jako przeciwieństwo odporności na cierpienie czy życiowe trudności. Podkreśla, że jego życiowym celem jest popularyzacja psychologii, wprowadzenie jej z gabinetów terapeutycznych i sal akademickich, by coraz silniej zakorzeniała się w samoświadomości każdego człowieka.

W swojej książce „Kintsugi. Jak czerpać z życiowych trudności” pisze, że ból emocjonalny gra kluczową rolę w osiąganiu szczęścia, ponieważ jest nieodłącznym elementem naszego istnienia. Jest przecież znakiem tego, że coś w naszym życiu wymaga zmiany i nie można tego ignorować. Tytułowe kintsugi to japońska sztuka naprawiania potłuczonej porcelany, która jest odbiciem teorii wykorzystywania bólu emocjonalnego jako narzędzia do rozwoju. Gdy ceramika ulega uszkodzeniu, mistrzowie kintsugi naprawiają ją używając złota. Celowo pozostawiają ślady swoich działań – ich zdaniem taki przedmiot jest jednocześnie symbolem kruchości, siły i piękna. Autor wykorzystuje tę metaforę do przedstawienia współczesnej wiedzy terapeutycznej, dostarczenia narzędzi potrzebnych do pokonania przeciwności oraz odbudowy naszego życia, jakbyśmy byli prawdziwymi mistrzami kintsugi.

W „Kintsugi. Jak czerpać siłę z życiowych trudności” znajdziemy opisy trudnych sytuacji życiowych oraz narzędzia potrzebne do pokonania przeciwności i odbudowy życia. To idealna propozycja nie tylko dla tych, którzy borykają się z osobistą tragedią, ale również dla wszystkich osób, które poszukują w życiu czegoś więcej, ale brak im odwagi i świadomości na wykonanie pierwszego kroku. To książka o tym, jak pokonać przeszkody, wyciągnąć z nich naukę i zyskać siłę oraz poczucie, że jest się w stanie stawić czoła wszystkiemu, co przyniesie nam los.

Za książkę dziękuję:

Nadia Hamid „Dzieci szariatu”

Nadia Hamid napisała już dwie powieści o swoim małżeństwie z Libijczykiem oraz jego tragicznych  konsekwencjach: „Gorzka pomarańcza” oraz „Jarzmo przeszłości”. Teraz powraca z nową książką, w której opowiada historie dzieci wychowanych w polsko-libijskiej rodzinie. I nie są to jednak szczęśliwe opowieści, które kończą się happy endem…

Autorka opisuje cztery historie, w tym również własnego syna. Jako owoc miłości dwóch różnych kultur, w Polsce chłopak jest dyskryminowany i napiętnowany ze względu na swoja rasę oraz religię. Zdesperowany postanawia emigrować, a gdy traci ukochaną dziewczynę, nie waha się ani chwili i opuszcza kraj. Zosia zachodzi w ciążę i zostaje porzucona przez Hamida, po kilku latach daje mu jednak kolejną szansę. Mężczyzna obiecuje jej gwiazdkę z nieba, dlatego Zosia wraz z ich córką Marysią wyjeżdżają do Libii. Tam mężczyzna pokazuje swoje drugie oblicze – brutalność, ignorancję i nienawiść. Czar pryska, zostaje trudna i bolesna codzienność oraz choroba, która zabija kobietę. Co stanie się z 13 letnią Marysią, która zdana jest tylko na łaskę ojca? Historia Fauda – chłopca którego wrażliwość i dobre serce zostało stłamszone przez ojca. Od najmłodszych lat wpajano mu nienawiść do innowierców i pokazywano, że męczeństwo to droga do nieba. Czy chłopiec straci resztki dobra i zostanie zamachowcem samobójcą? A może wiara i kochające oczy matki pozwolą mu przeżyć? Joasia jest nastoletnią córką muzułmanina, który wyjeżdżając z Polski obiecał byłej żonie, że któregoś dnia upomni się o córkę. W bardzo przebiegły i okrutny sposób udało mu się osiągnąć swój cel. Jak skończy się historia dziewczyny, która oczarowana swoim biologicznym ojcem, wyjeżdża z nim z Polski? Historia Joasi jest bardzo brutalna, chyba najbardziej wstrząsająca z nich wszystkich.

Każda historia jest inna, ale każda z nich kończy się tragicznie. Nadia po raz kolejny udowadnia, że kulturze jej męża nie ma miejsca na szacunek, równość, a tym bardziej miłość. Liczą się tylko nakazy, zakazy, przesądy i wszechmocny Allah. Życie ludzkie nie ma tam żadnej wartości, tym bardziej, gdy jest się kobietą. Nadia ostrzega kobiety, by trzykrotnie zastanowiły się za kogo wychodzą za mąż. W przypływie emocji podejmują nieracjonalne decyzje, kierowane ideą prawdziwej miłości. W rezultacie popełniają największy błąd w życiu, za który płacą wysoką cenę, nawet długo po rozwodzie.

Ukazane w książce dzieci to niewinne ofiary miłości rodziców wywodzących się z dwóch różnych i tak odległych od siebie światów. Polsko-libijskie pochodzenie stanie się dla nich przekleństwem. Muzułmańscy ojcowie odbiorą im wszystko: dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, wolność, a nawet życie. Po stronie mężczyzn stoi prawo, religia i obyczaje panujące w ich kraju, po stronie krzywdzonych dzieci – jedynie bezradne matki. Nadia pisze, że dzieciom wychowywanym w Libii, od najmłodszych lat wpaja się nienawiść do ludzi wyznających inne religie. Nauczyciele robią im pranie mózgu i sieją okrutną propagandę.

Przyznam szczerze, że niewiele książek wstrząsnęło w moim życiu. „Dzieci szariatu” należy do tych, o których nie da się łatwo zapomnieć. Wszystkie historie są bolesne i rozrywają serce. Chociaż Nadia opisuje ekstremalne sytuacje, to mimo wszystko dzieją się one, niekiedy nawet pod naszym nosem. Wszystkie publikacje Nadii mają być przestrogą dla kobiet, które decydują się na związek z człowiekiem odmiennej kultury, wyznania czy mentalności, bo to wiąże się także z innym postrzeganiem i rozumieniem spraw dotyczących małżeństwa oraz rodziny.

Za książkę dziękuję: