Michał Leksiński „Projekt: wyprawa”

Michał Leksiński to strateg komunikacji, mówca i podróżnik, który zwiedził ponad 40 krajów świata. Teraz debiutuje jako autor książki, która łączy formę wnikliwego poradnika z kalejdoskopem relacji z wysokogórskich eskapad. Jako rzecznik prasowy Narodowej Zimowej Wyprawy na K2 2017/2018 w „Projekcie: wyprawa” dzieli się swoim doświadczeniem, oferując swoją wiedze z zakresu planowania wyprawy, pozyskiwania sponsorów, prowadzeniu kampanii informacyjnej wypraw oraz działań komunikacyjnych i informacyjnych po zakończeniu wyprawy.

Na początku z zapartym tchem czytałam jego opowieści o zdobywaniu kolejnych szczytów, ale z każdą kolejną relacją, byłam coraz bardziej wkurzona. Wspinaczka wysokogórska jest bardzo niebezpiecznym sportem. Całe szczęście, że autor zachował zdrowy rozsądek i w porę wycofywał się, zanim coś się poważnego wydarzyło. Jednak nie wszyscy tak myślą i niestety coraz częściej dochodzi do różnych tragedii, z tragiczną śmiercią włącznie. Czy za utrata życia albo zdrowia w zamian za zaspokojenie swoich chorych ambicji i wybujałego ego jest tego warta?

Szczerze przyznam, że nieco zawiodłam się na książce. Sądziłam, że znajdę w niej wiele informacji o tym, jak znaleźć pomoc pieniężną, a nie jak sfinansować podróż od A do Z, a przy tym dostać darmowy ekwipunek. Tego typu sposób na podróżowanie i pozyskiwanie na funduszy jest po prostu zwykłym żebraniem. Owszem w jego książce zawarte są tego typu informacje, ale w dziedzinie, która kompletnie mnie nie interesuje, a mianowicie alpinizm i wspinaczka wysokogórska. Lubię czasem pochodzić po górach, ale jakąś wielką zwolenniczką tego sportu nie jestem. Co więcej, totalnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie pasjonują się tym ekstremum. Dla mnie to po prostu czysta głupota i egoizm. Pozwolę sobie zacytować pewien fragment, który całkowicie podsumuje moją niechęć do tego sportu: „Wspinanie to najbardziej egoistyczna czynność ludzka. (…) Nic się przecież na świecie nie zmienia, wspinacz nie wnosi nic nowego, nie czyni obiektywnego dobra, naraża życie, aby realizować własną potrzebę spełnienia celu, jakim jest wejście na wierzchołek góry, obojętnie jakiej.” W punkt.

Pomimo całej mojej sympatii do Michała Leksińskiego, bo wydaje się całkiem sympatycznym człowiekiem, nie podzielam jego pasji, ani sposobu na podróżowanie. By mieć na koncie tego typu wyczyny, trzeba na nie samemu zapracować. Ja mam mnóstwo podróżniczych marzeń, chciałabym wyruszyć w rejs dookoła świata, ale najpierw muszę zebrać odpowiednie środki na ten cel – samodzielnie. Poza tym przyzwoitość nie pozwala mi na pukanie od drzwi do drzwi i proszenie się o cudze pieniądze na podróże.

Książka „Projekt: wyprawa” napisana jest w przystępny sposób, przyjemnie się ją czyta. Oczywiście cały projekt związany z organizacją takiej wyprawy to ogromne logistyczne wyzwanie, miesiące przygotowań, strategii i planowania. Ogrom pracy i czasu. Michał Leksiński stara się w prosty sposób wyjaśnić, w jaki sposób działa cały ten mechanizm przedsiębiorczości, komunikacji i marketingu. Fajnie, że umieścił w niej opisy wypraw razem ze zdjęciami, chociaż szkoda, że wspomina jedynie o górskich podbojach. Ciekawa jestem jego innych wypraw, np. tej do Indii czy Japonii, od której wszystko się zaczęło. Czekam na jego kolejne zapiski podróżne.

Za książkę dziękuję:

Kate Brown „Czarnobyl. Instrukcje przetrwania”

O Czarnobylu ponownie zrobiło się głośno w związku z premierą serialu wyprodukowanego przez HBO. Także Kate Brown wydała książkę o katastrofie  w Czarnobylu i jej tragicznych skutkach, która miała miejsce w 1986 roku ubiegłego stulecia.

To, co wydarzyło się za wschodnią granicą 26 kwietnia 1986 roku do dnia dzisiejszego budzi wiele wątpliwości i kontrowersji. Sama katastrofa reaktora w elektrowni jądrowej i jej tragiczne skutki były gwoździem do trumny kulejącego już mocarstwa, jakim było ZSRR. To, że dla komunistycznych władz awaria w Czarnobylu nic nie znaczyła, rozwścieczyła nie tylko podległe mu republiki, ale również Europę Zachodnią. Ignorancja, niewiedza, zaniedbania, manipulacja, kłamstwo, a przede wszystkim obojętność na życie i zdrowie ludzi zamieszkujących skażone tereny – tego nie da się niczym usprawiedliwić. Przez lata władze ZSRR wprowadzały społeczeństwo w błąd podając niewłaściwe dane i zapewniając, że niebezpieczeństwo już dawno minęło. W rzeczywistości latami mieszkańcy skażonych ziem egzystowali w Strefie Wykluczenia, chłonąć szkodliwe w skutkach promieniowanie i jedząc skażoną żywność. Tragiczne skutki potęguje fakt, że brakuje personelu medycznego do pomocy, a także rzetelnej wiedzy na temat tej tragedii.

Ze skutkami katastrofy w Czarnobylu do dzisiaj borykają się tysiące ludzi. Nie chodzi już tylko o to, że w jednej chwili musieli porzucić swoje domy i majątek, ale przede wszystkim kwestie zdrowotne i liczne choroby popromienne. Kate Brown szczegółowo odtwarza to, co wydarzyło się ponad 30 lat temu w małym, ukraińskim miasteczku. Dociera do odległych miejsc i ludzi, odkopuje ściśle skrywane dokumenty z czasów ZSRR i ujawnia prawdę. Punktem odniesienia jest instrukcja przetrwania powstała trzy miesiące po awarii, którą otrzymali mieszkańcy Strefy Wykluczenia. Oczywiście instrukcja ta pełna jest sprzeczności, niejasności i fałszywych zapewnień o rzekomym bezpieczeństwie. Dzięki zaangażowaniu Kate Brown czytelnik odkrywa nie tylko historię kijowskich tajnych akt, ale także może „posłuchać” bezpośredniej relacji świadków tej przerażającej historii.

Autorka dociera do miejsc, ludzi oraz materiałów, które powszechnie nie są znane. Muszę przyznać, że nie jest to łatwa lektura. Ogrom faktów i naukowego słownictwa nieco przytłacza. Trudno jest przebrnąć przez ten cały ogrom fachowej terminologii, liczb oraz nazw. Brakuje również zdjęć dokumentów czy odwiedzonych miejsc, dzięki temu książka byłaby bardziej wiarygodna. Nie mniej jednak książkę czyta się z wypiekami na twarzy. Każdy, kto chce zrozumieć, co wydarzyło się w Czarnobylu 26 kwietnia 1986 roku powinien wpisać te pozycję na listę książek do przeczytania.

Za książkę dziękuję:

Renata Bang „Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy”

Każdy ma swoje miejsce, do którego lubi powracać, albo marzy, żeby tam zostać na dłużej. W moim przypadku to akurat południowe tereny Europy, a konkretniej słoneczna Hiszpania 🙂 Dla mnie zarówno Norwegia, jak i cała Skandynawia, to do tej pory jedna wielka niewiadoma. Dlatego tak bardzo lubię czytać książki o krajach, w których jeszcze nie byłam, żeby zainspirować się i być może zaplanować wyprawę w nieznane mi jeszcze tereny. Właśnie skończyłam czytać opowieść o Norwegii autorstwa Renaty Bang.

Autorka wprowadza nas w swój świat od momentu pierwszej wizyty w tym kraju. Pisze o swoich trudnych początkach na obczyźnie, zmianach nawykowych i szoku kulturowym. Z nostalgią wspomina podróż do tego kraju i dokładnie pamięta pierwszy dzień, jakby to było wczoraj, a przecież minęło już ponad 20 lat. „Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy” to nie tylko piękne wspomnienia Renaty Bang czy pamiętnik z licznych podróży po tym kraju, ale to także swego rodzaju przewodnik po Norwegii.

„Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy” podzielona jest na kilka części. Pierwsza z nich opisuje wakacyjną podróż kamperem z  rodziną przez cały kraj. Autorka skupia się na odwiedzonych miejscach opisując interesujące miejsca oraz ciekawe, niekiedy śmieszne incydenty z całą rodziną w roli głównej. Druga część jest znacznie bardziej interesująca, bo opisuje życie codzienne Norwegów. Niewiele wiem o tamtejszych zwyczajach, kulturze czy świętach, dlatego też z wypiekami na twarzy przeczytałam ten rozdział. Fajnie też, że Renata podzieliła książkę na poszczególne pory roku i dodatkowo wstawiła mnóstwo kolorowych zdjęć, które jeszcze bardziej inspirują i zachęcają czytelnika do spakowania walizki, kupienia biletu i jak najszybszej wizyty w tym kraju 🙂

Renata Bang zabiera nas nie tylko do swojego świata, który zbudowała w Norwegii, ale co więcej – zaprasza nas do swojej rodziny. Wraz z mężem i dziećmi zabierają czytelnika w fascynującą podróż. „Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy” to przepiękna opowieść o kraju, który miał być jedynie chwilowym postojem w podróży zwanej życiem, a stał się prawdziwym domem  i ostoją. Książka nie tylko dla miłośników Norwegii, ale także dla takich laików jak ja, którzy przymierzają się do „podbicia” tego kraju 🙂

Za książkę dziękuję:

Autorce

Katarzyna Tubylewicz „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą”

Sztokholm to nadal nieznany mi teren. Do tej pory jakoś było mi nie po drodze, chociaż stolica Szwecji od dawna widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń. Katarzyna Tubylewicz, która od lat mieszka w Sztokholmie, w swojej najnowszej książce pokazuje czytelnikowi zupełnie inne oblicze tego miasta.

Katarzyna Tubylewicz to kulturoznawczyni, tłumaczka języka szwedzkiego oraz pisarka. Autorka między innymi zbioru reportaży „Moraliści” oraz współautorka antologii rozmów na temat promocji czytelnictwa „Szwecja czyta. Polska Czyta”. W latach 2006-2012 pełniła funkcję dyrektorki Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Wraz ze swoim synem Danielem spędzają miesiące eksplorując nie tylko centrum miasta, ale także jego fascynujące przedmieścia. Jak sami piszą, Sztokholm to miasto pełne kontrastów, tematów tabu, ukrytych kodów społecznych i hierarchii. To fascynująca stolica, na ulicach której jest ciszej niż w pozostałych dużych miastach, to z całą pewnością nie jest ona nudna.

Ich opowieść o Sztokholmie jest inna niż wszystkie inne, które do tej pory powstały. Razem z nimi odkrywamy nie tylko nieznane miejsca, ale poznamy także ukryte fakty z historii tego miasta, miejskie snobizmy, interesujących ludzi oraz ideały (i ideologie), które miały znaczny wpływ na charakter i wygląd miasta zwanego Wenecją Północy.

Jednak „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” to nie laurka dedykowana Sztokholmowi, opiewająca doskonałość tego miasta. Katarzyna Tubylewicz porusza również ciężkie i drażliwe tematy, jak np. problem z uchodźcami, a także wspomina zamach terrorystyczny, który miał miejsce w kwietniu 2017 roku. Poza barwnymi opisami poszczególnych miejsc, znajdziemy tam również dużo kolorowych zdjęć, a także ciekawe wywiady z innymi Polakami związanymi ze Sztokholmem.

„Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” to osobista opowieść o mieście, które warto zobaczyć z innej perspektywy. W każdym słowie czuć wielką miłość Katarzyny Tubylewicz do tego miasta. Z fascynacją prowadzi nas przez klimatyczne uliczki, nietypowych dzielnicach, zielonych parkach oraz fascynujących muzeach. Chociaż autorka na każdym kroku  podkreśla, że nie jest to przewodnik, to w pewnym sensie nim jest. To osobisty przewodnik pisarki po ulubionych miejscach, które ją w sobie rozkochały. Teraz Katarzyna Tubylewicz rozkochuje czytelników w tym fascynującym mieście. Czuję się mocno zainspirowana 🙂

Za książkę dziękuję:

Cat Flanders „Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów”

Znasz to uczucie, kiedy wchodzisz do sklepu po jedną konkretną rzecz, a wychodzisz z pełną torbą niepotrzebnych gadżetów? Masz skłonność do kolekcjonowania i chomikowania najróżniejszych bzdetów od długopisów zaczynając, przez próbki kosmetyków i książki, a na butach kończąc? Jeśli tak, to książka Cait Flanders to poradnik idealny dla Ciebie.

Historia Cait Flanders jest zaczyna się dramatycznie, ale na szczęście ma swój happy end. Autorka w doskonały sposób pokazuje, jak beznadziejnie pragnie bliskości i uznania drugiej osoby sprawia, że tak łatwo popadamy w obłęd. A przez to rodzi się masa kompleksów, które tylko nakręcają spiralę destrukcyjnych wydarzeń. W przypadku Cait były to zakupy, alkohol, złe towarzystwo, narkotyki. Brak samoakceptacji i niska samoocena doprowadziły ją do upadku. Obsesyjnie robiąc zakupy, imprezując na umór i zażywając dopalacz sądziła, że w ten sposób wynagrodzi sobie wszelkie życiowe niepowodzenia i porażki. Przez to, jako młoda dziewczyna popadła w niezłe tarapaty. Pewnego dnia postanowiła porzucić swoje destrukcyjne zwyczaje i pozbyć się zbędnych rzeczy, spłacić dług, wyjść z nałogów, a tym samym na zawsze odmienić swoje życie. Oczywiście nie przyszło jej to łatwo, miała po drodze wiele upadków i chwili zwątpienia, ale dzielnie wytrwała w swoim postanowieniu. Teraz udziela rad swoim czytelnikom i inspiruje ich, jak mają wybrnąć z błędnego koła konsumpcjonizmu i  czerpania przyjemności z życia bez zakupów.

„Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to nie jest zwykły poradnik. To przede wszystkim autobiografia, intymny pamiętnik autorki, która dzieli się z czytelnikiem osobistymi przeżyciami. Nie jest to jednak smętna opowiastka o ciężkim życiu i walce ze słabościami, wręcz przeciwnie. Cait w zabawny sposób rozprawia się ze swoją mroczną przeszłością i ostrzega czytelnika, że jedno uzależnienie prowadzi do drugiego, a jeden błąd potrafi nieźle się zapętlić. W 2014 roku rozpoczęła eksperyment „rok bez zakupów”, który ostatecznie stał się jej sposobem na życie.

Szczerze przyznam, że na początku sądziłam, że „Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to kolejny durny poradnik o oszczędzaniu, który nic nowego  do mojego życia nie wniesie. Naczytałam się wiele książek o oszczędzaniu i odpowiednim inwestowaniu swoich pieniędzy, ale żadna z nich nie dala mi takiego kopa. Właśnie dzięki temu, że autorka dzieli się swoimi intymnymi przemyśleniami, w pewien sposób jest mi bliższa i mogę się z nią w pewien sposób utożsamić.

„Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to niezwykle szczera, piękna i inspirująca opowieść o tym, że uwolnienie się od potrzeby kupowania pozwala nie tylko oszczędzać, ale przede wszystkim umożliwia czerpanie większej radości z życia.

Za książkę dziękuję:

Karolina Bednarz „Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet”

Kultura japońska nigdy specjalnie nie zaliczała się do mojego kręgu zainteresowań. Nigdy też nie marzyłam, żeby polecieć do Japonii. Za to jestem wielką miłośniczką reportaży, dlatego z zainteresowaniem sięgnęłam po książkę Karoliny Bednarz. Tym bardziej, że jest to książką napisana przez kobietę o innych kobietach. Szczerze powiem, że jestem nią przerażona.

Japonia – kraj samurajów, gejsz i  supernowoczesnych technologii. To jeden z najbardziej rozwiniętych państw świata. Jednak tamtejsze kobiety nie mają łatwego życia. Wydawać by się mogło, że w życie w tym kraju jest lekkie, społeczność zmaga się z innymi problemami niż my, a maszyny ułatwiają każdą czynność. Nic bardziej mylnego. Na każdym kroku Japonki muszą zmagać się z dyskryminacją, podwójnymi standardami i nierównością płci.  Kobiety, które nie spełniają społecznych wymogów, nazywa się różnie: „przegranymi psami”, „kobietami kamieniami” czy „świątecznym ciastem”. Do niedawna ideałem było wychowanie „córek w pudełkach” – ukrytych przed zewnętrznym światem, przechodzących z domu rodziców do domu męża. Umierające z przemęczenia kobiety z przędzalni były „kwiatami narodu”, zaś kobiety w biurach nazywano „kwiatami biurowymi”, które przez długi okres czasu traktowane były jak dekorację, którą zmienia się wraz z nową porą roku. Od małego wpaja się dziewczynkom, bez względu na pochodzenie, że mają być grzeczne, łagodne, dyskretne, czyste, pracowite, a przede wszystkim posłuszne swojemu przyszłemu mężowi. Kobiety, które pragną mieć wpływ na rodzinne decyzje, które nie chcą dać się wtłoczyć w ramy, które potrafią odejść od męża, pokłócić się z szefem i tworzyć własne zasady w labiryncie społecznych konwenansów nazywa się „mięsożernymi”. Takich kobiet obawiają się nie tylko sami mężczyźni, ale także inne Japonki. Obawiają się ich siły i determinacji.

Japoński minister zdrowia, pracy i opieki społecznej sam głośno mówi, że kobiety od piętnastego do pięćdziesiątego roku życia nazwał „maszynami do rodzenia dzieci” i stwierdził, że powinny postarać się wyprodukować więcej dzieci na głowę. Molestowanie uznawano za „małą przemoc”, za „coś przykrego”, za „kłopot”. Dopiero w 1994 roku po raz pierwszy odważono się napisać, że molestowanie to przemoc. W szkołach nie prowadzi się edukacji seksualnej – dzieci uczone są podstaw biologii i na tym koniec.  Nico o chorobach wenerycznych, antykoncepcji czy seksualnej przemocy. Były premier stwierdził, że młodzież nawet jeśli nie będzie się o tym uczyć, to jak przyjdzie czas, będzie o tym naturalnie wiedzieć. W 2014 roku japoński rząd zabronił posiadania pornografii dziecięcej, ale dopiero w 2017 roku ratyfikował konwencję ONZ przeciwko międzynarodowej przestępczości zorganizowanej. Do tej pory Japonia znajdowała się w jednej lidze z takimi państwami jak Somalia, Iran czy Sudan Południowy. Istne El Dorado, nieprawdaż?

Japonia to tak naprawdę kraj pozorów i udawania. Każdy problem zamiatany jest pod dywan, żeby tylko się nie wydało i nie przyniosło wstydu, czy to konkretnej rodzinie, czy całemu społeczeństwu. Z pracy nie wolno wyjść wcześniej niż szef, bo to przecież nie wypada. Kobiety i młode dziewczynki w drodze do pracy czy szkoły są molestowane, ale nikt się tym za bardzo nie przejmuje. Trędowaci (mimo, że chorobę już dawno pokonali) izolowani są i zamykani w obozach, które nazywane są japońskim Auschwitz. Ofiary zatrucia rtęcią przez wielki koncern muszą milczeć i w samotności zmagać się z własnymi dolegliwościami. Jeśli zaczną ubiegać się o własne prawa czy zadośćuczynienie, zostaną społecznie wykluczone. Aha, no i pod żadnym pozorem nie wolno się przyznawać, że jest się ofiarą. Błędne koło, z którego ciężko się wyrwać.

Jak widać, nie jest to reportaż przeznaczony tylko do miłośników Kraju Kwitnącej Wiśni. Zanim sięgniecie po „Kwiaty w pudełku”, przygotujcie się na mocną i szokującą treść. Ja jestem przerażona. Japonia zawsze jawiła mi się, jako kraj dobrobytu, sprawiedliwości i równości. Może tak jest, ale tylko wtedy, kiedy urodzisz się mężczyzną. Kobiety mają ograniczone prawa, a presja społeczna sprawia, że nie mogą podążać własnym życiem, tylko ścieżka, którą wyznaczyli rodzice.  Kobiety  pozostają ofiarami dyskryminacji systemowej, seksualnej i ekonomicznej. Są twarzami Cool Japan, symbolem „tradycyjnej” Japonii, ale lepiej, żeby na co dzień pozostawały w cieniu. Są jak kwiaty wyrwane z korzeniami, zamykane w pudełkach, wystawione na pokaz tylko po to, żeby wylądować chwilę później w koszu. Zapomniane błyskotki, chwilowe miłostki. Cholernie to smutne, że w kraju „pierwszego świata” takie rzeczy są na porządku dziennym i póki co, nie widać zmian na horyzoncie.

Za książkę dziękuję:

Monika Radzikowska „Bajkał. Tam i z powrotem”

Podróż na Syberię wydaje się szalonym planem. Tym bardziej, jeśli decydujemy się na autostopową podróż na drugi kraniec świata. Monika Radzikowska wraz z grupą przyjaciół postanowili wyruszyć w pięciomiesięczną podróż nad Jezioro Bajkał.

Grupa archeologów przejechała autostopem blisko dwadzieścia tysięcy kilometrów, zostawiając za sobą obowiązki i monotonną codzienność, decyduje się na podróż życia. Przez Petersburg, Irkuck, aż po Ułan-Ude. Autostopem i Koleją Transsyberyjską, własnymi siłami i z uśmiechem życzliwych ludzi, którzy wyciągnęli w ich stronę bezinteresowną, pomocną dłoń. Nocowali na cmentarzu, pod mostem, w piwnicy, w teatrze czy jadłodajni dla bezdomnych. Na swojej drodze spotkali wielu ludzi; mieli szczęście, bo wszyscy oni byli dobrzy i pomocni. Przez cały czas autorka udowadnia, że ludzie są dobrzy i trzeba w nich odnajdywać tylko dobro.

Podróż na Syberię to marzenie niejednego człowieka. Jednak niewielu śmiałków decyduje się na tak ekstremalną podróż. Tym bardziej autostopem, gdzie nie można niczego zaplanować i nie ma się praktycznie nad niczym kontroli. Nie zawsze było łatwo, czasami musieli się rozdzielić, by dotrzeć do swojego celu. Uczestnicy tej wyprawy wykazali się ogromną odwagą i szczerze ich podziwiam, bo ja chyba mnie zdecydowałabym się na taką wyprawę. Ale kto wie, może za kilka lat i ja tam dotrę.

Szczerze przyznam, że książka Moniki Radzikowskiej trochę mnie rozczarowała. Spodziewałam się opisu niesamowitej przygody życia, tymczasem wyszła nieudana próba spisania każdego dnia ich pięciomiesięcznej podróży. Chociaż codziennie przemieszczali się w inne miejsce, to miałam wrażenie, że tak naprawdę podróż ich marzeń była zwyczajnie nudna. Zamiast skupić się na okolicznościach przyrody, kulturze i historii odwiedzanych miejsc, autorka poświęciła uwagę nic nieznaczącym opisom. Mechanicznie spisała każdy dzień swojej podróży, który wyglądał mniej więcej tak samo jak poprzedni. W moim odczuciu tak to wyglądało: „wstaliśmy, zjedliśmy, złapaliśmy stopa, przejechaliśmy ileś kilometrów, szukaliśmy miejsce na nocleg, rozbiliśmy namiot, zjedliśmy i poszliśmy spać”. I tak przez cały czas. W rezultacie wyszedł chaotyczny pamiętnik z przeciętnymi dialogami. Miałam nadzieję na opisy niezapomnianych przygód godnych Indiany Jonesa oraz zapierających krajobrazów dzikiej i nieznanej Syberii. Szkoda, bo ich podróż miała duży potencjał, a tak naprawdę niewiele dowiedziałam się o samej Syberii i Bajkale.

„Bajkał. Tam i z powrotem” nie jest reportażem czy przewodnikiem literackim. Książka została pięknie wydana, a w środku znajdziemy wiele pięknych i kolorowych fotografii. Gratuluję uczestnikom wyprawy ogromnej odwagi, by wyruszyć autostopem w tak odległy i ciągle nieodkryty rejon. Czuję jednak lekki niedosyt, bo liczyłam na wiele więcej. Monika Radzikowska niestety nie przekonała mnie, by spakować plecak i wyruszyć ich śladami. Szkoda.

Za książkę dziękuję:

Christina Dalcher „Vox”

Wyobraź sobie świat, w którym kobieta nie ma prawa głosu. Nie chodzi tylko o prawa wyborcze, ale o dzienny limit wypowiadanych słów: wolno ci wypowiedzieć tylko 100 słów każdego dnia. Tylko dlatego, że jesteś kobietą. Jean, bohaterka najnowszej powieści Christiny Dalcher, żyje w tym przerażającym świecie.

Człowiek wypowiada dziennie średnio 16 tysięcy słów. Wyobraź sobie, ze żyjesz w świecie, w którym możesz wypowiedzieć ich tylko 100. Na ręku masz zaciśniętą bransoletkę, która liczy każde słowo. Przekroczenie limitu uaktywnia silny ładunek elektryczny wymierzony w dłoń. Licznik resetuje się o północy. Słowo pisane także ograniczono do minimum. Nie masz dostępu do komputera, telefonu i książek. Nie mówisz i nie możesz pisać, nawet język migowy jest zabroniony. Nie masz prawa podejmować żadnej aktywności zawodowej, a twoje córki uczą się w szkole, jak zostać przykładną gospodynią domową. Inne umiejętności są bowiem zbędne. Co więcej, związki homoseksualne kobiet to największe zło karane zesłaniem do obozu pracy. Jak odnaleźć się w takim świecie?

Zanim Jean McClellan straciła prawo głosu była cenioną i wybitną neurolingwistką. Większość swojego życia poświęciła badaniom naukowym, zaś protesty i politykę zostawiała innym, w tym swojej przyjaciółce – homoseksualnej  i zagorzałej feministce. Teraz gorzko tego żałuje, bo musi żyć w milczeniu i ważyć każdy wyraz ze swojego dziennego limitu. W momencie, gdy przekroczy ten limit, metalowa obręcz na jej nadgarstku wytworzy bolesny ładunek elektryczny. Jeśli dalej będzie mówiła, ból z czasem stanie się nie do wytrzymania. Kobieta, która do tej pory bardzo aktywna zawodowo staje się zwykłą kurą domową. Każdego dnia narasta w niej wewnętrzny bunt, którego nie może wykrzyczeć. Nie wspominając już o sprawnej komunikacji z mężem i synami, którzy mogą rozmawiać bez obaw i z kilkuletnią córką, która nie rozumie, dlaczego nie może się odezwać na głos, bo ona również nosi licznik. Nowy rząd pod naciskiem grupy fundamentalistów wprowadzili odwołujący się do Biblii tradycyjny podział ról, który sankcjonuje całkowitą uległość kobiet. Gdy brat prezydenta ulega wypadkowi, dr Jean ma za zadanie kontynuację badań nad cennym lekiem, nad którym pracowała zanim sprowadzono ja do roli kury domowej. Na ten czas ma odzyskać swobodę wypowiedzi. Jak się okazuje, jej wynalazek ma służyć nie do wyleczenia choroby, tylko do wywołania czegoś przerażającego.

Debiutancką powieść Christiny Dalcher czyta się jednym tchem, nie da się jej odstawić. Jedyne, co mnie w niej zaskoczyło, to zakończenie. I to w negatywnym znaczeniu tego słowa. Szczerze przyznam, że w końcówce powieści, która stanowi apogeum całej akcji i akcja dzieje się w zawrotnym tempie, łatwo można się pogubić. W moim przekonaniu zakończenie fabuły, która przez cały czas trzyma w napięciu, zupełnie nie pasuje do całości.

Christina Dalcher w swojej powieści „Vox” wykreowała przerażającą wizję świata – istnego piekła dla kobiet, która wbrew pozorom nie jest tak niemożliwa. To inteligentna i prowokująca powieść. Jest to bardzo ważny głos  w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet. „Vox” pokazuje, jak mógłby wyglądać świat, w którym dominuje skrajna dyskryminacja. Poza tym powieść daje dużo do myślenia.  Wydaje się, że taka wizja codzienności jest niemożliwa, a wręcz absurdalna, ale przecież historia już niejednokrotnie udowodniła, że czasem wystarczy jedynie kilka złych decyzji czy kilka złych osób, by zabić w nas wszystko to, co wrażliwe i ludzkie. Musimy mieć na uwadze co dzieje się w naszym społeczeństwie i reagować w odpowiednim momencie zanim będzie za późno.

Za książkę dziękuję:

Wojciech Górecki „Buran. Kirgiz wraca na koń”

Azja Centralna i Kaukaz to niedocenione rejony naszej planety. Ta mało dostępna i tajemnicza część świata skrywa wiele perełek architektonicznych, kulinarnych i kulturowych, turystów tam jak na lekarstwo, nawet porządny przewodnik o Kaukazie i Azji Centralnej nie został jeszcze napisany.

Na szczęście co chwilą pojawia się wiele genialnych reportaży o tym rejonie. Zaczynając od Ryszarda Kapuścińskiego a na Wojciechu Góreckim kończąc. Aktualnie jest on największym miłośnikiem i znawcą  postsowieckiej rzeczywistości spośród polskich reportażystów. W swojej najnowszej książce – autor trylogii kaukaskiej („Planeta Kaukaz”, „Toast za przodków”, „Abchazja”) – zabiera czytelnika w podróż, podążając śladami mistrza Kapuścińskiego. „Buran. Kirgiz wraca na koń” został napisany w 50-tą rocznicę wydania zbioru opowieści „Kirgiz schodzi z konia”.

Wraz z rozpadem Związku Radzieckiego, każda z republik poszła w swoją stronę i znalazła na siebie inny pomysł. Można przypuszczać, że kraje te są do siebie podobne, ale prawda jest taka, że różni je niemal wszystko: od stosunku do Rosji i systemu politycznego, po dominującą religię i poziom rozwoju gospodarczego. Za czasów Kapuścińskiego wszystkie te państwa należały do tzw. trzeciego świata. Na początku XXI wieku sytuacja bardzo się odmienia. Bogate stolice (Baku, Aszchabad i Astana) znacznie kontrastują z obszarami wiejskimi, a azjatyckie narody skryły się w historii, tradycji, rodzinie i religii. Turkmenistan odciął się od świata zewnętrznego i prowadzi politykę neutralności. Najbiedniejszy Tadżykistan całkowicie uzależnił się od Rosji. Kirgistan (zwany czarnym łabędziem regionu) jest w tej grupie jedyną demokracją, chociaż nadal szuka swojej tożsamości. Uzbekistan jako policyjne państwo jest cały czas reformowane po śmierci prezydenta Karimowa. Z kolei Kazachstan jest największy, najbogatszy i uniknął konfliktów wewnętrznych, z którymi borykają się jego sąsiedzi.

Wojciech Górecki opowiada o każdym kraju w inny sposób. Napisał on książkę o polityce, historii, kulturze i życiu codziennym mieszkańców Kaukazu i Azji Centralnej. Opisał najważniejsze sprawy, z którymi borykają się mieszkańcy tego regionu. Ogromna wiedza na temat poszczególnych krajów oraz unikalny styl autora sprawiają, że w przejrzysty sposób ukazuje jak wygląda życie w postsowieckich republikach oraz przedstawia najważniejsze problemy trapiące azjatyckie państwa. Jedynie brakowało mi zdjęć, które w pewien sposób zaspokoiłyby moją ciekawość dotyczącą niektórych wspomnianych miejsc w książce. Stanowiłyby idealne uzupełnienie barwnych i fascynujących opisów autora.

Od niedawna Kaukaz i Azja Centralna zaczęła mnie bardzo fascynować. Odwiedziłam kilka państw tych rejonów i przyznam szczerze, że jestem całkowicie zaskoczona, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Kraje, takie jak Armenia, Azerbejdżan, Gruzja, Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan czy Turkmenistan są bardzo niedoceniane. Panuje powszechne przekonanie, że to dzikie i nieokiełznane rejony, gdzie niebezpieczeństwo czai się za każdym rogiem, a czort nie śpi i czyha na każdym kroku. Byłam w trzech wymienionych krajach (także solo), żyję i mam się bardzo dobrze, a  niebawem wybieram się do kolejnego kraju  Azji Centralnej. Moja fascynacja trwa w najlepsze, dlatego też czytam niemal wszystko na temat tych rejonów, co wpadnie mi w ręce. Aktualnie nikt tak jak Wojciech Górecki nie zna i nie jest w stanie napisać w tak przystępny sposób o Kaukazie Południowym i Azji Centralnej. „Buran. Kirgiz wraca na koń” można potraktować jako kompendium podstawowej wiedzy na temat tych krajów.

Za książkę dziękuję:

Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk „Daj się pokochać dziewczyno”

Każda z nas ma własne wyobrażenie o szczęściu. Niezależnie czy odnajdziemy je u boku wymarzonego mężczyzny czy postanowimy realizować swoje życiowe pasje w pojedynkę. Katarzyna Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk odpowiada na pytania, które wiele z nas zadaje sobie każdego dnia.

Katarzyna Miller to psycholożka, psychoterapeutka i filozofka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną. Autorka i współautorka wielu bestsellerowych poradników, miedzy innymi „ Życie jest fajne”, „Instrukcja obsługi kobiety”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Chcę być kochana tak jak chcę”. Z kolei Joanna Olekszyk jest absolwentką polonistyki i dziennikarstwa UW oraz redaktorką naczelną miesięcznika „Sens”.

Autorki w swoich rozmowach przypominają na czym polega zdrowy egoizm oraz różnice pomiędzy egotyzmem i egocentryzmem, z którymi bardzo często jest mylony. Wspominają, jakie różnice w związkach i relacjach z partnerami miały kiedyś ich babki oraz… rozprawiają nad bohaterkami powieści Jane Austen, które wbrew pozorom mają ogromne znaczenie. Według nich zdrowy rozsądek i rady dla poszukujących miłości kobiet w książkach Austen są zaskakująco bardziej aktualne niż przed laty. Miller i Olekszyk podkreślają przede wszystkim, by całkowicie zaakceptować i pokochać najpierw siebie, by potem dać miłość innej osobie oraz przyjąć od niej ich uczucie. To jest właśnie podstawa budowania trwałej, szczerej i zdrowej relacji z drugim człowiekiem.

„Daj się pokochać dziewczyno” to mądre i zabawne rozmowy Katarzyny Miller z dziennikarką Joanną Olekszyk. W środku znajdziemy odpowiedzi na wiele nurtujących pytań, takich jak np. jak odnaleźć prawdziwe uczucie, jak wskrzesić ogień w związku czy jak pozbierać  się po zdradzie i na nowo uwierzyć w miłość. Z drugiej jednak strony Katarzyna Miller nie podaje prostych odpowiedzi oraz nie składa pustych obietnic, a wręcz skłania do myślenia i refleksji. Przekonuje, że prawdziwa miłość nie ma nic wspólnego z cierpieniem, podporządkowaniem drugiej osobie oraz nie znosi poświęceń. Jest za to prawdziwym zachwytem nad światem, nad sobą i innymi ludźmi.

Katarzyna Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk bez owijania w bawełnę, z brutalną szczerością rozprawia nad relacjami damsko-męskimi. Jest przy tym niezwykle bezpośrednia i nie boi się przekląć, kiedy zajdzie taka potrzeba. Katarzyna Miller to kobieta, która niejedno w życiu widziała, niejedno słyszała i niejednego doświadczyła. To mądra psychoterapeutka, która podpowiada współczesnym kobietom, jak radzić sobie w związku z drugim człowiekiem oraz przede wszystkim jak pokochać samą siebie i żyć w zgodzie z własnymi zasadami.

„Daj się pokochać dziewczyno”