Beata Kowalik „No pasa nada!”

Meksyk jest pięknym krajem, z ciekawą kulturą i tradycjami, z interesującą historią, z fascynującymi zabytkami, z przepysznym jedzeniem. Jednak kraj ten ma także swoje drugie, niezbyt przyjazne oblicze. Korupcja, kartele narkotykowe, przemoc czy bieda nie zachęcają do przyjazdu do Meksyku. To przede wszystkim kraj macho, w którym kobieta niewiele ma do powiedzenia.

Dla prawdziwego macho każda kobieta to zdrajczyni albo szalona istota. A te, które mają odwagę coś powiedzieć i walczyć o własne prawa, tym bardziej trzeba temperować. Oni kochają i szanują tylko Matkę Boską z Guadalupe, ewentualnie może swoją rodzicielkę. Ich jedynym prawem jest usługiwanie mężczyznom i zaspokajanie ich wszystkich potrzeb, no i oczywiście – do rodzenia dzieci. Jak być kobietą w kraju, który nie szanuje i nie dba o własne obywatelki? Beata Kowalik postanowiła opowiedzieć historię kobiet z wielu różnych środowisk, które zmagają się z trudnymi realiami życia codziennego. Efektem jej pracy jest zbiór fascynujących, ale i zarazem przerażających reportaży „No pasa nada!”.

Autorka dotarła do różnych rejonów Meksyku, by porozmawiać z kobietami z wielu środowisk. Bardzo często musiała zmagać się z powszechną niechęcią do obcych, strachem, bezradnością albo po prostu zwykłym wstydem swoich rozmówczyń. Aktywistki, szamanki, prostytutki, uzdrowicielki albo po prostu zwykłe kobiety pragnące miłości – kobiety te od pokoleń muszą zmagać się z wszechobecną przemocą, maczyzmem i bezprawiem. W swoich reportażach Beata Kowalik opisuje druzgoczące realia, w jakich żyją Meksykanki. Dzięki ich szczerym wyznaniom i opowieściom, autorka stworzyła obraz nie tylko barwnego, ale przede wszystkim bezwzględnie okrutnego miejsca dla współczesnej kobiety.

Trudno mi sobie wyobrazić, dlaczego te kobiety godzą się na takie życie. Prawdopodobnie nie mają większego wyboru i muszą podporządkować się rodzicom czy mężom. Jednak żyjąc w takim błędnym kole, jeszcze długo nic się nie zmieni. Bieda i wszechobecna przemoc i korupcja skutecznie hamują wszelki postęp. Niektóre kobiety nie mają odwagi sprzeciwić się swojemu przeznaczeniu chociaż wiedzą, że nie jest dobrze. Inne z kolei (zdecydowana większość) udają, że nic się nie dzieje. No bo przecież asi es – tak już jest, zawsze było i będzie. Natomiast te kobiety, które miały odwagę wziąć los we własne ręce, zostały wykluczone ze swojej społeczności.

Jaka ja jestem wdzięczna, że urodziłam się w tej części świata! Okej, nie jest idealnie, a prawdę mówiąc sytuacja w Polsce robi się coraz gorsza, to mimo wszystko posiadamy swoje prawa i przywileje. Nie tak jak kobiety w Meksyku, które żyją w świecie zdominowanym przez mężczyzn. I najsmutniejsze – nie widać poprawy ich przerażającej sytuacji. Książkę czyta się jednym tchem, ze łzami w oczach i niedowierzaniem. „No pasa nada! ” to z jednej strony fascynująca podróż po świecie meksykańskich kobiet, ale z drugiej to wstrząsające i okrutne kobiece oblicze Meksyku.

Za książkę dziękuję:

Zoë Waxman „Kobiety Holocaustu”

Każda wojna sieje spustoszenie. Tysiące, albo i nawet miliony niewinnych ludzi cierpi i ginie w imię jakiejś chorej ideologii. Jednak największymi ofiarami każdej wojny są kobiety. To one ponoszą największe straty i dźwigają ogromne brzemię. Dowodem na to jest książka „Kobiety Holocaustu” Zoë Waxman.

Zoë Waxman to wykładowczyni w Instytucie Orientalistycznym Uniwersytetu w Oxfordzie, wybitna specjalista zajmująca się tematyką Holocaustu, a dogłębniej – feministycznej roli płci i sytuacji kobiet w czasach II wojny światowej. O tym właśnie jest jej najnowsza książka „Kobiety Holocaustu”. Chociaż Holocaust zakładał ogólną zagładę Żydów, to autorka udowadnia, że głównym celem nazistów była eliminacja żydowskich kobiet.

Matki małych dzieci, ciężarne, osoby starsze i niepełnosprawne, opiekunki osób uznawanych za niezdolne do ciężkiej pracy – wszystkie z nich od razu wysyłano do komór gazowych. Nawet jeśli jakimś cudem nie zostały skazane na śmierć, ich szanse na przetrwanie w obozie były zdecydowanie niższe niż mężczyzn. Bite, gwałcone, molestowane, głodzone, upokarzane, zmuszane do aborcji, a także stosowanie eksperymentów a ich ciałach – to wszystko przeżyły kobiety, które opowiedziały swoje dramatyczne historie. Żeby przetrwać robiły wiele upokarzających i uwłaczających rzeczy, o których chciałyby zapomnieć. Zoë Waxman opisuje przeżycia kobiet w trakcie różnych etapów wojny: przed wojną, w getcie, przebywające w ukryciu oraz po zakończeniu wojny.

Książka naszpikowana jest ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Zoë Waxman powraca do mrocznych czasów lat 40., gdzie pokazuje nam głębszy sens i jego zrozumienie, a także zmusza do przemyśleń na temat roli płci w historii. Dzięki zeznaniom i opowieściom tych kobiet, które przeżyły, a także znalezionych skrawkach pamiętników i historiom osób, po których zostało już tylko wspomnienie możemy dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w trakcie Zagłady. Autorka pokazuje, że tak samo jak kategoria rasy, ważna była kategoria płci.

Tematyka Holokaustu jest bardzo delikatnym i śliskim tematem, ale jednocześnie teraz następuje wielkie zainteresowanie tym mrocznym okresem w dziejach świata. Książki o tematyce II wojny światowej mnożą się jak grzyby po deszczu. Jednak „Kobiety Holocaustu” Zoë Waxman jest nieco inna. Nie jest to opowieść fabularna, nie jest to też typowy reportaż. Autorka stara się udowodnić, że eksterminacja żydowskich kobiet była jednym z głównych celów nazistowskich zbrodniarzy. Jej książka dostarcza żywe wspomnienia kobiet i pochyla się nad doświadczeniami, które do tej pory historia zręcznie omijała. Kobiety stoją tutaj w centrum uwagi. Bardzo ciekawe spojrzenie na temat nie tylko samego Holocaustu, ale także roli kobiet w trakcie II wojny światowej. Zoe Waxman stworzyła bardzo potrzebną publikację. Feministyczna historia Zagłady stanowi doskonałą równowagę do historii opowiadanych dotychczas.

Za książkę dziękuję:

Laila Shukuri „Jestem nieletnią żoną”

Niedawno byłam w Jordanii. W kraju, który jest gościnny i otwarty na turystów, piękny i nieokiełznany zarazem. W kraju, który uważa się za bardzo postępowy, względnie liberalny i „europejski”, pomimo wyznawanej tam religii jaką jest islam. Jak się okazuje, to tylko wydmuszka i pozory, którymi mieszkańcy karmią i zachęcają turystów do odwiedzenia fantastycznej Jordanii.

Laila Shukri – to pseudonim urywającej się pisarki, która jest znawczynią Bliskiego Wschodu. To Polka, która mieszka w krajach arabskich i podróżuje po całym świecie. Spod jej pióra powstało wiele bestsellerowych książek, m. in. „Jestem żoną terrorysty” czy „Byłam kochanką arabskich szejków”, które opowiadają prawdziwe historie kobiet mieszkających w tamtym rejonie świata. Teraz powraca z najnowszą, wstrząsającą opowieścią o małej Salmie pochodzącej z Jordanii, której dorośli – jej rodzice – zgotowali prawdziwe piekło. Laila Shukri wysłuchała dziewczynki, aby móc opowiedzieć ją całemu światu.

Salma to nastoletnia dziewczynka, która chodzi do szkoły i pilnie się uczy. Jej największym marzeniem jest zostanie w przyszłości lekarzem i pomagać dzieciom, dlatego tak bardzo przykłada się do nauki. Jednak bycie dziewczynką w islamskiej rodzinie nie wiąże się z niczym przyjemnym – rodzice mają dla niej inne plany na dalsze życie. Wraz z trzema siostrami musi pomagać matce w gospodarstwie oraz opiekować się rozpieszczanym i ulubionym przez ojca braciszkiem. Wkrótce jednak ma nastąpić prawdziwy koszmar. Z braku środków i trudnych warunków do życia , rodzice decydują się wydać trzynastoletnią Salmę za piętnaście lat od niej starszego Ahmada. Mogłoby się wydawać, że nie jest źle i mogła trafić na gorszego męża, ale oznacza to, że dziewczynka musi przerwać naukę i sprostać obowiązkom świeżo upieczonej żony. Właśnie wtedy zaczyna się piekło.

O tym, że kobieta w islamie jest niewiele wartą istotą napisałam pracę licencjacką. We fragmentach możecie ją przeczytać na tym blogu (KLIK). Wówczas jednak nie poruszyłam kilka ważnych kwestii, jaką między innymi jest wydawanie za mąż kilkunastoletnich dziewczynek za dużo starszych od nich mężczyzn. Właśnie o tym jest książka „Jestem nieletnią żoną”. Oficjalnie taki proceder jest zakazany w wielu arabskich krajach, ale kto by się tym przejmował, skoro ważniejsze jest kultywowanie przerażających tradycji? Zastanawia mnie to, jak tacy rodzice mogą spokojnie spać wiedząc, że za kilka monet skazali własne dziecko na takie piekło. Jak można być tak bezwzględnym i nieczułym potworem, żeby kilkunastoletnie dziewczynki zmuszać do pełnienia obowiązków, do których nawet fizycznie się nie rozwinęły? Pomimo wielu próśb Salmy i tragicznych sytuacji jej matka potrafiła pozostać niewzruszona, a nawet zagroziła, że jeśli zrobi coś głupiego i nie będzie słuchać męża, zostanie okryta hańbą. A wiadomo, że tam oznacza to wyrok śmierci.

To jedna z najbardziej przerażających i wstrząsających książek, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Połknęłam ją w ciągu dwóch dni, ale kilka tygodni zajęło mi napisanie tej recenzji. Musiałam „przetrawić” wiele informacji i poukładać je sobie w głowie. Fakt, że stosunkowo niedawno wróciłam z „postępowej” Jordanii dodatkowo szokuje i mrozi krew w żyłach. Kto wie, czy przypadkiem nie uśmiechnęłam się albo nie przeszłam obok takiej Salmy?

Za książkę dziękuję:

 

„Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi”

Z czym kojarzy nam się Białoruś? Chociaż to nasi wschodni sąsiedzi, tak naprawdę niewiele wiemy o tym kraju. Jednym kojarzy się z Adamem Mickiewiczem i jego „Świtezianką”, zaś innym z mityczną krainą nad Niemnem. Chyba jednak największym skojarzeniem z tym wschodnioeuropejskim krajem jest reżim Aleksandra Łukaszenki, który nieustannie rządzi krajem od kilkudziesięciu lat. „Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi” to zbiór reportaży autorstwa różnych dziennikarzy, którzy przedstawiają historię wielu ludzi, a także poruszają ważne dla nich sprawy. Co więcej, czasami poruszają się po grząskim gruncie, dotykając delikatnych tematów.

Jednak nie o polityce jest mowa w tych reportażach, chociaż przejawia się ona na każdym kroku w życiu Białorusinów. To opowieści o zwykłych ludziach, którzy uwikłani są w białoruską, można powiedzieć szarą codzienność. Każdy rozdział porusza inną sferę życia, a ich tematyka jest różnorodna. Autorzy opisują głównie życie współczesnych mieszkańców Białorusi, ale jest tam też kilka wątków historycznych. Jednym z ciekawszych są te o tym, w jaki sposób Białorusinki szukają dobrze usytuowanych mężów zza zachodnią granicą, albo ten rozdział, w którym obcokrajowcy tłumaczą, dlaczego wybrali Białoruś na swoją ojczyznę – pomimo „czarnego PR-u”.  Jednak najlepszym, a zarazem najbardziej szokującym jest pierwszy mówiący o paragrafie 328, który reguluje sprawę kar dla osób posiadających narkotyki. Dotyczy on drakońskich kar za posiadanie i zażywanie narkotyków, na które skazywani są również nieletni. Nastolatkowie w wieku szkolnym, mający nierzadko 14 czy 15 lat, są sądzeni jak dorośli, i odbywają nawet kilkunastoletnie wyroki. Przerażająca i zdumiewająca opowieść o systemie, który na równi traktuje wszystkich, bez względu na stopień winy czy jej istnienie w ogóle.

Antologia powstała w ramach projektu finansowanego ze środków Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej („Dekodowanie Białorusi. Wyjazd studyjny na Białoruś dla polskich i niemieckich dziennikarzy”). Autorzy mają dosyć ciekawe spojrzenie na Białoruś. Niewiele jest pozycji książkowych na temat tego kraju, który jednocześnie fascynuje i przeraża. „Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi” to ciekawa pozycja nie tylko dla miłośników tego kraju, ale również dla tych, którzy chcą mieć pojęcie, co dzieje się za naszą wschodnią granicą.

Za książkę dziękuję:

Meik Wiking „Sztuka tworzenia wspomnień”

Wspomnienia to coś, czego nam nikt nigdy nie zabierze. Pracujemy na nie przez całe życie, a na ich jakość składa się wiele czynników. Meik Wiking postanowił zebrać i preanalizować wiele czynników oraz przygotować doskonały przepis na to, jak stworzyć w życiu wspaniałe wspomnienia. Rezultatem jego badań jest książka „Sztuka tworzenia wspomnień”. Wiking na swoim koncie ma już bestsellerowy poradnik „Hygge. Klucz do szczęścia”. Oprócz tego, Wiking jest założycielem i dyrektorem pierwszego na świecie Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze oraz  członkiem grupy doradców Raportu Globalnej Polityki Szczęścia.

Jak to jest, że niektóre wspomnienia zapamiętujemy w każdym szczególe przez wiele lat, a inne po prostu puszczamy w niepamięć? Okazuje się, że wspomnienia to nie tylko same obrazy. Bardzo duży wpływ na nie mają pozostałe zmysły. To także aromatyczne zapachy, ulubione smaki, kojące dźwięki czy nawet kształty niektórych przedmiotów. Wszystkie z nich jednocześnie pracują na cudowne wspomnienia; to mechanizm, który napędza się wzajemnie.

Meik Wiking na podstawie badań nad szczęściem uczy, w jaki sposób powinniśmy kreować szczęśliwe chwile i lepiej je zapamiętywać. Bazując na danych eksperymentalnych, odwołując się do pamiętników i wywiadów, analizując wyniki ankiet z całego świata oraz opierając się na doświadczeniach behawioralnych Meik wyjaśnia, w jaki sposób można stworzyć idealne wspomnienia. Takie, które pozostaną z nami do końca naszych dni oraz kształtują nas tym, kim jesteśmy.

„Sztuka tworzenia wspomnień” jest wspaniale napisanym poradnikiem, a właściwie przewodnikiem po ludzkich emocjach, wrażliwości i zmysłach. Pięknie wydana książka, z mnóstwem kolorowych zdjęć, ilustracji i rysunków sprawia, że nie można się od niej oderwać. To solidna dawka twórczych i pobudzających inspiracji. „Sztukę tworzenia wspomnień” warto mieć w swoim księgozbiorze i sięgać po nią co jakiś czas, by odświeżyć sobie metody kreowania własnych wspomnień.

„Sztuka tworzenia wspomnień”

 

Gisele Bündchen „Lekcje. Moja droga do dobrego życia”

Gisele Bündchen to światowej sławy modelka brazylijskiego pochodzenia. Chodziła po wybiegach najsłynniejszych projektantów, jej wizerunek zdobił okładki prestiżowych pism modowych, przez kilka lat była Aniołkiem słynnej bieliźniarskiej marki Victoria’s Secret, muza wielu designerów – w modelingu osiągnęła wszystko. Teraz powraca w nowej roli – autorki książki „Lekcje. Moja droga do dobrego życia”, która wbrew pozorom nie jest jej autobiografią.

Gisele Bündchen zaprasza nas do swojego życia. Opowiada o swoim szczęśliwym dzieciństwie w brazylijskim miasteczku pośród pięciu sióstr, przyspieszonym kursie dorastania i światowej karierze w modelingu, o swoim małżeństwie i trudach macierzyństwa. Dzieli się radami na temat zdrowego odżywiania i ćwiczeń, daje rady na temat wychowywania dzieci, zdradza sekrety udanego związku, a także wspomina blaski i cienie pracy w branży modowej. Modelka wielokrotnie podkreśla, że jej życie nie zawsze było usłane różami. Bywały momenty, kiedy w jej głowie kotłowały się czarne myśli i cała masa kompleksów. Tak – supermodelka zmagała się z własnymi słabościami przez długi czas. W końcu odkryła swoją drogę do osiągnięcia szczęścia, chociaż nie była łatwa.

W swoje książce Gisele podkreśla, że zawsze trzeba żyć w zgodzie ze sobą i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Czasami droga do osiągnięcia tego jest długa i kręta, ale jest do osiągnięcia. Trzeba tylko odkryć, co jest dla nas najlepsze i konsekwentnie za tym podążać. „Lekcje. Moja droga do dobrego życia” to intymna opowieść o życiu jednej z najsłynniejszych supermodelek świata. Jednocześnie to zbiór bardzo cennych lekcji życiowych, których doświadczyła sama modelka i teraz dzieli się nimi. To także cała masa prywatnych zdjęć modelki i najbliższych jej osób, do tej pory nieznanych.

Pamiętam, że jako mała dziewczynka zachwycałam się urodą Gisele Bündchen. Podziwiałam ją na całej linii, chciałam być taka jak ona. Potem mi przeszło i miałam wręcz odwrotne zdanie na jej temat – widziałam ją jako oziębłą, niezbyt miłą i zadufaną w sobie celebrytkę. Patrzyłam na nią przez pryzmat skandali i romansów. Długo ociągałam się z przeczytaniem jejksiążki, bo co taka kobieta może mądrego i ciekawego przekazać światu? Po lekturze książki zmieniłam zdanie.

Piękna opowieść o drodze ze światowych wybiegów do harmonii i szczęścia, od zawodowych sukcesów do zaangażowania w walkę o środowisko, od samotności i kompleksów do kochającego i ciepłego domu. „Lekcje. Moja droga do dobrego życia” jest książką mądrą, przepełnioną cennymi radami, którą powinna przeczytać każda z nas.

Za książkę dziękuję:

Artur Gryżewski, Artur Górski „Macho. Instrukcja obsługi”

Na świecie istnieje wiele różnych kultur, a każda z nich ma swój własny kanon piękna i różne obyczaje. Jednym z fenomenów jest zjawisko maczyzmu. Macho istnieje na każdej szerokości geograficznej i każdym kręgu kulturowym. Chociaż może różnić się wyglądem, określenie jest jednoznaczne. Kim jest macho? To obiekt pożądania tysięcy kobiet; prawdziwy twardziel, który niczego się nie boi i wzbudza respekt; 100 % testosteronu; ideał męskości, do którego dąży każdy facet… A jaka jest druga strona medalu? Inni uważają macho za zwykłego pozera, który kiepsko gra określone role i jest obiektem drwin o tandetnym wyglądzie.

Artur Górski, autor bestsellerowej serii „Masa o polskiej mafii” oraz Andrzej Gryżewski – seksuolog i psychoterapeuta, twórca bestsellerowej „Sztuki obsługi penisa” spotkali się, by porozmawiać o fenomenie macho. Swoje wnioski i wywody zapisali na kartach książki „Macho. Instrukcja obsługi”, w której dzielą się z czytelnikami swoimi doświadczeniami, rozkładają na czynniki pierwsze i obalają mit o tym specyficznym typie mężczyzny.

Tak naprawdę nie ma jednej definicji macho. Istnieje stereotyp, że macho wygląda niczym Pablo Escobar albo inny latynoski gangster. Jednak nie o wygląd tu chodzi. W swojej rozmowie autorzy zauważają, że ci mężczyźni często stają się więźniami swojej własnej wizji męskości. Zazwyczaj wynika to ze wzorców wyniesionych z domu rodzinnego, ale czasami zmusza ich do tego otoczenie. Starają się za wszelką cenę być kimś, kim w rzeczywistości nie są, przez co ich życie staje się jedną wielką mistyfikacją. Wiąże się z tym szereg zaburzeń i problemów osobowościowych. To z kolei rzutuje na inne sfery życia, np. seks i relacje z kobietami.

„Macho. Instrukcja obsługi” to rozmowy dwóch specjalistów, którzy w swobodnej konwersacji kolegów po fachu dzielą się swoimi obserwacjami. Każdy z nich miał do czynienia z tym typem mężczyzny, więc mają pojęcie o czym piszą. W książce przeważają wypowiedzi Andrzeja Gryżewskiego, to właśnie on zajmuje się psychologicznym aspektem zjawiska. Bardzo często przywołuje historie swoich pacjentów, aby zobrazować pewne schematy, według których postępuje macho i wskazać, jak wpływają one na jego życie seksualne. Dodatkowo trafne pytania Artura Górskiego sprzyjają „pogłębieniu” diagnozy i wprowadzają czytelnika w świat prawdziwych macho, czyli w środowisko gangsterskie.

Książka ma za zadanie zasygnalizować, że zjawisko maczyzmu istnieje i należałoby się w nie zagłębić, aby właściwie zrozumieć jego specyfikę. Okazuje się bowiem, że nie ma jednoznacznej definicji macho i tak naprawdę może nim być nie tylko gość pokroju strongmana, ale także odpicowany pracownik korporacji czy znany influencer. Zgłębiając się w politykę, również wyraźnie można zauważyć zjawisko maczyzmu. Ciekawi jesteście jak kształtuje swój wizerunek Putin lub Donald Trump? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w tej książce. Interesująca książka, która nieco wyjaśnia nam czym polega to fenomenalne zjawisko, które funkcjonuje na całym świecie.

Za książkę dziękuję:

 

Marta Krupińska „#PolishBeauty”

Każda z nas dąży do tego, żeby mieć piękne i zadbane ciało oraz długo cieszyć się młodym wyglądem. Żeby to osiągnąć, trzeba jednak odpowiednio zadbać o pielęgnację. „#PolishBeauty” to poradnik stworzony dla Polek, który pomaga odpowiednio zatroszczyć się o naszą urodę.

Marta Krupińska jest szefową działu urody w magazynie ELLE oraz ELLE MAN. Postanowiła wydać książkę, w której pomaga swoim rodaczkom w pielęgnacji urody, a efektem jej pracy jest „#PolishBeauty”. W tym celu przeprowadziła śledztwo, czy wszystkie aktualnie modne kosmetyki oraz zabiegi są odpowiednie dla Polek. Przeprowadziła szereg wywiadów z m. in. założycielkami polskich marek zajmujących się produkcją naturalnych kosmetyków, a także z fryzjerkami i makijażystkami.

Bardzo chętnie testujemy i z wypiekami na twarzy śledzimy wszelkie nowości kosmetyczne. Co chwilę w drogeriach pojawiają się cudowne eliksiry gwarantujące nam wieczną młodość. Zachwycamy się sposobem pielęgnacji, które stosują Koreanki; inspirujemy się kosmetycznymi rytuałami polecanymi przez Francuzki. Nie zdajemy sobie sprawy, że niektóre zabiegi, kosmetyki czy składniki zawarte w nich mogą nam jedynie zaszkodzić. Żyjemy w innym klimacie, na innym kontynencie, dlatego nie wszystkie produkty pielęgnacyjne nam służą.

Na kartach „#PolishBeauty” dowiemy się, jak świadomie kupować kosmetyki i na co przede wszystkim zwracać uwagę w ich składzie z korzyścią dla urody, środowiska i portfela. Marta Krupińska radzi również, jak w dziesięć minut zrobić make-up „no make-up”, który uwydatni nasze naturalne atuty. Przekonuje, że naturalny look pomaga w utrzymaniu zdrowej, pięknej, a przede wszystkim młodej cery. Warto zrezygnować ze sztucznych rzęs, tipsów i hebanowej opalenizny. Bo przecież natura jest piękna, a co za tym idzie – naturalny wygląd.

„#PolishBeauty” autorstwa Marty Krupińskiej to podręcznik pielęgnacji, który powinna przeczytać każda Polka. To swoiste kompendium wiedzy na temat składników, jakich powinnyśmy używać przy naszym typie urody; prawidłowej pielęgnacji ciała; naturalnego podkreślania piękna, a także na temat naturalnych produktów polskich marek kosmetycznych. Poradnik jest idealny zarówno dla młodych dziewczyn, jak i dojrzałych kobiet. Bo wszystkie jesteśmy piękne, niezależnie od wieku, koloru skóry, wagi czy rozmiaru, który nosimy. Warto świadomie dbać o siebie.

„#PolishBeauty” 

Jonathan Eig „Narodziny pigułki”

Jedna malutka pigułka, a wstrząsnęła światem. Wzbudziła szereg kontrowersji i okrzyknięta została narzędziem szatana. Odmieniła losy milionów kobiet na całej kuli ziemskiej, czyli spełniła swoje zadanie. Dzięki niej kobiety same zaczęły decydować o swoim ciele. Była również jednym z punktów zapalnych stojącej u progu rewolucji obyczajowej. I nie, nie zdemoralizowała społeczeństwa, jak wtedy sądzono. Mamy XXI wiek, ale dla niektórych społeczeństw magiczna pigułka nadal jest co najmniej niepokojąca.

Ameryka, lata 50-te ubiegłego wieku. Pewnego dnia Margaret Sanger postanowiła odmienić losy milionów kobiet na całym świecie. To legendarna założycielka ruchu na rzecz kontroli urodzeń, ale przede wszystkim jedna z orędowniczek przyjemności seksualnej. W ówczesnych czasach uważana była za ladacznicę i czarownicę, ponieważ dążyła do demoralizacji społeczeństwa. Wtedy nie do pomyślenia było, żeby seks służył czemuś innemu niż płodzenie dzieci, a czerpanie z niego przyjemności było wręcz zakazane. Postanowiła, że znajdzie sposób, by kobiety miały samodzielną kontrolę nad własną płodnością. Oczywiście sama nie dałaby rady, dlatego też oprosiła o pomoc niejakiego Gregory’ego Pincusa, naukowca z Harvardu. Jak na tamte czasy, był on wizjonerem zajmującym się rozmnażaniem ssaków. Z czasem dołączyli do nich Katherinie McCormick – arystokratka i liderka ruchu walczącego o prawa kobiet oraz charyzmatyczny ginekolog John Rock, który posiadał wieloletnie doświadczenie w pracy z kobietami, a głęboki katolicyzm łączył z przekonaniem, że „wiara jest marną uczoną”. Ta czwórka podjęła się niemal niemożliwego zadania. W ciągu dekady doprowadziła do jednego z najradykalniejszych przełomów społecznych – wynalazła pigułkę antykoncepcyjną.

Oczywiście, jak to z nowościami bywa, „pigułka” nie została ciepło przywitana przez społeczeństwo, wręcz przeciwnie. Minęły długie lata, zanim udało się przekonać o jej zaletach kobiety, lekarzy oraz kościół katolicki. Ten ostatni oczywiście potępił szatański wynalazek, ponieważ nie pozwalała płodzić nowych wiernych. Społeczeństwo się oburzyło, ponieważ kobiety odzyskały władzę nad własnym ciałem, mogły same decydować o tym, ile dzieci chcą mieć i kiedy je mieć. A przede wszystkim – mogły czerpać przyjemność z uprawiania seksu, bez żadnego lęku, że znowu zajdą w niepożądaną ciążę. Lekarze początkowo niechętnie przyjęli nowe medyczne odkrycie, nie wiedzieli jaki wpływ w dłuższej perspektywie będzie miało stosowanie tej magicznej pigułki. Z czasem jednak się przekonali z zgodzili, że pastylka ta przynosi więcej dobra niż szkód zarówno dla samych kobiet, jak i całego społeczeństwa.

Jeszcze 70 lat temu ludzie żyli w mentalnym średniowieczu. Czasy były inne, kobiety nie miały żadnych praw, a ich zadaniem było rodzenie dzieci i usługiwanie mężom. Nikomu wtedy nie przyszło do głowy, by z czerpać przyjemność z seksu. Wtedy 30-letnie kobiety posiadały 5., 6. dzieci i z każdym obytym stosunkiem odczuwały lęk przed poczęciem nowego dziecka, najczęściej niechcianego. Naturalnie cała odpowiedzialność za wychowanie i opiekę spadała na nie. Nie mówiąc już o fizycznych i psychicznych skutkach ciągłego rodzenia dzieci. Aż tu nagle pojawiła się niejaka Margaret Sanger z obietnicą, że odmieni ich los. Po niemal dekadzie, wielu testach, stawianiu czoła wszelkim przeciwnościom, przekonywaniu społeczeństwa, milinom dolarów pochłoniętych na badania – udało się. Możemy teraz same o decydować.

Jak ja się cieszę, że żyję w czasach obecnych! Jestem wdzięczna, że mam dostęp do tego typu „wynalazków” jak tabletka antykoncepcyjna i mogę decydować o własnym ciele i swojej płodności. Chociaż kto wie, co przyniesie przyszłość. „Narodziny pigułki” autorstwa Jonathana Eiga to świetna opowieść na temat poszukiwań różnych sposobów na ograniczenie liczby urodzeń (poniekąd też emancypacji kobiet), ale także podróż po historii Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku.

Za książkę dziękuję:

Sylwia Majcher „Wykorzystuję, nie marnuję”

Nasza planeta jest tylko jedna. Niestety, coraz częściej zapominamy o tym i zamiast ją budować, niszczymy. Sylwia Majcher napisała poradnik „Wykorzystuję, nie marnuję”, który inspiruje do życia w zgodzie z naturą i pomaga mądrze korzystać z jej zasobów. Autorka jest absolwentką studiów nauk o odżywianiu. Prowadzi liczne warsztaty poświęcone niemarnowaniu jedzenia i ekologii. To także współtwórczyni i ambasadorka pierwszej w Polsce kampanii edukacyjnej #wroclawniemarnuje. Na swoim koncie ma już książkę „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku”, w której radzi, jak wykorzystać jedzenie, którego pozornie nie da się wykorzystać. Teraz powraca z nowym poradnikiem, w którym pokazuje, że w przyrodzie nic się nie marnuje.

Autorka porusza wiele ważnych i aktualnych kwestii. W morzach ląduje coraz więcej śmieci, które zatruwają je i zabijają niewinne stworzenia. Kupujemy ponad nasze potrzeby, marnujemy prąd i wodę, jemy coraz więcej mięsa. To tylko niektóre problemy, o których wspomina autorka. Jeśli tak dalej pójdzie, nasza planeta długo nie wytrzyma. Sylwia Majcher podsuwa mnóstwo pomysłów, by wykorzystać to, co już mamy, przyczyniając się jednocześnie do ochrony naszego środowiska. Możemy kupować ubrania z drugiej ręki, wymieniać się przeczytanymi książkami, robić własne konfitury, środki czystości czy hodować własne warzywa na balkonie. Udowadnia, że nawet deszczówkę można rozsądnie wykorzystać. Autorka podaje nam na tacy mnóstwo fantastycznych i banalnie łatwych rozwiązań, do których trzeba jedynie odrobinę motywacji i chęci do zmian.

Książka podzielona jest na cztery rozdziały pogrupowane względem pór roku, w których zawarte są 52 wyzwania zero waste. Autorka zachęca, aby w każdym tygodniu podjąć się jednego z nich. Nawet jeśli nie uda nam się w nich dotrwać, będziemy mieć poczucie, że chociaż spróbowaliśmy. Sama osobiście konsekwentnie stosuję niektóre wyzwania, inne mam zamiar podjąć w niedalekiej przyszłości. W jeszcze innych zapewne nie dotrwam, chociażby całkowite zrezygnowanie z jedzenia mięsa, ale będę się starać je ograniczać. Na pewno spróbuję zrobić własne kosmetyki (przepisy znajdują się w książce) na bazie produktów, które znajdują się w zasięgu ręki i przede wszystkim są naturalne.

„Wykorzystuję, nie marnuję” to pięknie wydana, kolorowa, inspirująca, a przede wszystkim mądra książka. W środku znajdziemy nie tylko wiele praktycznych i ekologicznych rozwiązań, ale także inspirujące wywiady ze specjalistami z rożnych dziedzin ekologii. Książka „Wykorzystuję, nie marnuję” autorstwa Sylwii Majcher powinna trafić w ręce każdego świadomego człowieka, który chce dbać i zmieniać naszą planetę na lepsze.

„Wykorzystuję, nie marnuję”