Filip Skrońc „Nie róbcie mu krzywdy”

XXI wiek. Mamy dostęp do najnowocześniejszych gadżetów elektronicznych, konstruujemy maszyny, o których nawet nie śniło się naszym przodkom, jesteśmy w stanie uratować niemal każde życie, wznosimy budynki sięgające nieba czy latamy samolotami, które coraz szybciej pokonują dystans. To wszystko zawdzięczamy nauce i technice. Jednak w XXI wieku istnieją na świecie państwa, w których mimo, iż ludzie korzystają z tego dorobku cywilizacyjnego, to oprócz tego polują na drugiego człowieka. Wierzą, że za pomocą części ciała albinosa odmienią swoje dotychczasowe życie.

Takie barbarzyństwo praktykowane jest między innymi w Tanzanii. Ludzie polują na albinosów, maczetami odrąbują im ręce i nogi tylko dlatego, że wyglądają inaczej od reszty społeczności. Albinosi mają bardzo jasną skórę (brak pigmentu), białe włosy, rzęsy i brwi, zaś tęczówka oka ma kolor czerwony lub niebieskawy (rzadziej). W niektórych wierzeniach afrykańskich uważa się ich za wcielenia duchów zmarłych, istnieje też przesąd, że części ciała albinosów mają magiczną moc. Barbarzyńcy potrafią zaatakować o każdej porze dnia, chociaż najchętniej robią to pod osłoną nocy, kiedy czujność domowników jest uśpiona. Jeśli nie są w stanie nikogo upolować, to w akcie desperacji plądrują groby, w których spoczywają ciała albinosów. Co się robi z upolowanymi częściami ciała? Sprzedaje na czarnym rynku za horrendalne kwoty albo idzie do lokalnego szamana, który przerabia je na magiczne mikstury, lekarstwa i amulety. Z kolei seks z albinoską ma uleczyć wszelkie choroby weneryczne, w tym HIV.

Filip Skrońc skupia się na Tanzanii, ale łącznie 18 afrykańskich państw uprawia barbarzyński proceder, jakim jest polowanie na albinosów. Autor przez lata dokumentował kolejne przypadki ataków, dociekał przyczyn tkwiących w zarówno w historii afrykańskiego kontynentu, jak i ludzkich głowach. Pojechał do niebezpiecznych miejsc, rozmawiał zarówno z samymi oprawcami, jak i ofiarami i ich rodzinami. Odwiedził zamknięte zakłady, w których mieszkają i się uczą albinoskie dzieci do ukończenia pełnoletności. Potem muszą radzić sobie same, po państwa nie stać na ich dalsze utrzymywanie. Chociaż oficjalnie rząd zakazuje i potępia polowań na albinosów a morderców surowo karze, przed Tanzanią i innymi afrykańskimi krajami jeszcze długa droga do wyjścia na prostą.

„Nie róbcie mu krzywdy” to wstrząsający reportaż, któremu  Filip Skońc poświęcił wiele lat swojej reporterskiej pracy. Ta książka to świadectwo łamania praw człowieka w Tanzanii i krajach Afryki Wschodniej, gdzie osoby z albinizmem żyją w ciągłym zagrożeniu życia. To także opowieść o dyskryminacji oraz o tym, jak jedni wywyższają się nad drugich. Również o tym, że inność jest powodem do napiętnowania. Reportaż Filipa Skońca to kawał mocnej, ale bardzo potrzebnej lektury, uświadamiającej nam, że nie możemy pozostać obojętni na cierpienie ludzie oraz przyzwalać na jakiekolwiek formy dyskryminacji.

Za książkę dziękuję:

Lene Wold „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę”

Czym w dzisiejszych czasach jest miłość? Czy można ją zdefiniować jednym słowem? Przecież nie da się wybrać, kogo kochamy a kogo nie. Nie mamy wpływu na to, czy kochamy kobietę czy mężczyznę, tacy po prostu jesteśmy. Natomiast w Jordanii można, a nawet trzeba rozważnie lokować własne uczucia. W kraju, który szczyci się, że jest proeuropejski, liberalny, otwarty i tolerancyjny, dzieją się bestialskie rzeczy. Lena Wold w swojej książce „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę” opowiada historię miłosnego trójkąta Rahmana, Aiszy i Aminy , która skończyła się tragicznie.

Rahman to postępowy i nowoczesny muzułmanin, który nawet nie wymagał od swoich córek noszenia hidżabu. Aisza i Amina to siostry, które były niemalże nierozłączne, zawsze wszędzie razem chodziły i wszystko robiły razem. Ich życie zmieniło się w momencie, w którym do ich domu zawitała Maram. Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Aisza zapłaciła życiem za to, że zakochała się w innej kobiecie. Seks pozamałżeński oraz homoseksualizm to w religii muzułmańskiej największe przestępstwa przynoszące hańbę całej rodzinie. Natomiast zbrodnią Amina było to, że ukrywała prawdę o swojej siostrze. Jedynym sposobem na przywrócenie utraconego honoru jest zabójstwo niepokornych córek. Jakimś cudem młodszej córce udało się ująć z życiem, ale teraz musi ukrywać się z dala od swojego rodzinnego domu.

Lena jest norweską dziennikarką śledczą. Napisała tę książkę z trzech perspektyw: kata, ofiary i obserwatora. Jak sama mówi, początkowo miała to być wyłącznie historia Aminy, jednak by w móc zrozumieć temat, musiała spotkać się i porozmawiać z Rahmanem. Zależało jej, aby była to obiektywna opowieść, chociaż trudno w takiej sytuacji zachować jakikolwiek obiektywizm. Chciała wiedzieć, jakie uczucia kierują ojcem, który w imię honoru zmuszony jest zabić własne córki. Lena pracowała nad tą książką ponad 4 lata, kilkukrotnie przyjeżdżając do Jordanii, rozmawiając z wieloma ludźmi, wielokrotnie ryzykując własne życie, zgłębiając tamtejsze prawo oraz poznając prawdy głoszone przez Koran. Niejednokrotnie spotkała się z samym Rahmanem, by poznać tragiczną historię jego rodziny. Jednak tylko raz udało jej się spotkać i porozmawiać z Aminą, ukrytą gdzieś daleko w bezkresach pustyni Wadi Rum.

Swego czasu naczytałam się wielu historii kobiet, które skazane były na śmierć z rąk najbliższych, na jednak jakimś cudem udało im się przeżyć. Było to wówczas jedno z zagadnień mojej pracy licencjackiej. Szerzej o tym bestialskim obyczaju pisałam tutaj.To, co mną tym razem głęboko wstrząsnęło to fakt, że takie okrutne rzeczy nadal dzieją się w XXI-wiecznej Jordanii – w kraju, który nie tak dawno temu sama odwiedziłam. Byłam w tych wszystkich miejscach, o których pisze Lena. To, co mnie tam wtedy urzekło to oczywiście zjawiskowa Petra, cudowna pustynia Wadi Rum, ale także gościnność i przyjazne nastawienie mieszkańców tego kraju. Jak widać świetnie zachowane są tam pozory. Nigdy nie przypuszczałabym, że w kraju, który aspiruje do tego, by być europejski i jest oazą spokoju na Bliskim Wschodzie, nadal praktykuje bestialski obyczaj, jakim jest honorowe morderstwo kobiet. Szok i niedowierzanie. „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę” to wstrząsająca historia nie tylko Aminy i jej siostry, ale także o sytuacji wszystkich jordańskich kobiet.

 

Za książkę dziękuję:

„Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi”

Z czym kojarzy nam się Białoruś? Chociaż to nasi wschodni sąsiedzi, tak naprawdę niewiele wiemy o tym kraju. Jednym kojarzy się z Adamem Mickiewiczem i jego „Świtezianką”, zaś innym z mityczną krainą nad Niemnem. Chyba jednak największym skojarzeniem z tym wschodnioeuropejskim krajem jest reżim Aleksandra Łukaszenki, który nieustannie rządzi krajem od kilkudziesięciu lat. „Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi” to zbiór reportaży autorstwa różnych dziennikarzy, którzy przedstawiają historię wielu ludzi, a także poruszają ważne dla nich sprawy. Co więcej, czasami poruszają się po grząskim gruncie, dotykając delikatnych tematów.

Jednak nie o polityce jest mowa w tych reportażach, chociaż przejawia się ona na każdym kroku w życiu Białorusinów. To opowieści o zwykłych ludziach, którzy uwikłani są w białoruską, można powiedzieć szarą codzienność. Każdy rozdział porusza inną sferę życia, a ich tematyka jest różnorodna. Autorzy opisują głównie życie współczesnych mieszkańców Białorusi, ale jest tam też kilka wątków historycznych. Jednym z ciekawszych są te o tym, w jaki sposób Białorusinki szukają dobrze usytuowanych mężów zza zachodnią granicą, albo ten rozdział, w którym obcokrajowcy tłumaczą, dlaczego wybrali Białoruś na swoją ojczyznę – pomimo „czarnego PR-u”.  Jednak najlepszym, a zarazem najbardziej szokującym jest pierwszy mówiący o paragrafie 328, który reguluje sprawę kar dla osób posiadających narkotyki. Dotyczy on drakońskich kar za posiadanie i zażywanie narkotyków, na które skazywani są również nieletni. Nastolatkowie w wieku szkolnym, mający nierzadko 14 czy 15 lat, są sądzeni jak dorośli, i odbywają nawet kilkunastoletnie wyroki. Przerażająca i zdumiewająca opowieść o systemie, który na równi traktuje wszystkich, bez względu na stopień winy czy jej istnienie w ogóle.

Antologia powstała w ramach projektu finansowanego ze środków Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej („Dekodowanie Białorusi. Wyjazd studyjny na Białoruś dla polskich i niemieckich dziennikarzy”). Autorzy mają dosyć ciekawe spojrzenie na Białoruś. Niewiele jest pozycji książkowych na temat tego kraju, który jednocześnie fascynuje i przeraża. „Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi” to ciekawa pozycja nie tylko dla miłośników tego kraju, ale również dla tych, którzy chcą mieć pojęcie, co dzieje się za naszą wschodnią granicą.

Za książkę dziękuję:

Kate Brown „Czarnobyl. Instrukcje przetrwania”

O Czarnobylu ponownie zrobiło się głośno w związku z premierą serialu wyprodukowanego przez HBO. Także Kate Brown wydała książkę o katastrofie  w Czarnobylu i jej tragicznych skutkach, która miała miejsce w 1986 roku ubiegłego stulecia.

To, co wydarzyło się za wschodnią granicą 26 kwietnia 1986 roku do dnia dzisiejszego budzi wiele wątpliwości i kontrowersji. Sama katastrofa reaktora w elektrowni jądrowej i jej tragiczne skutki były gwoździem do trumny kulejącego już mocarstwa, jakim było ZSRR. To, że dla komunistycznych władz awaria w Czarnobylu nic nie znaczyła, rozwścieczyła nie tylko podległe mu republiki, ale również Europę Zachodnią. Ignorancja, niewiedza, zaniedbania, manipulacja, kłamstwo, a przede wszystkim obojętność na życie i zdrowie ludzi zamieszkujących skażone tereny – tego nie da się niczym usprawiedliwić. Przez lata władze ZSRR wprowadzały społeczeństwo w błąd podając niewłaściwe dane i zapewniając, że niebezpieczeństwo już dawno minęło. W rzeczywistości latami mieszkańcy skażonych ziem egzystowali w Strefie Wykluczenia, chłonąć szkodliwe w skutkach promieniowanie i jedząc skażoną żywność. Tragiczne skutki potęguje fakt, że brakuje personelu medycznego do pomocy, a także rzetelnej wiedzy na temat tej tragedii.

Ze skutkami katastrofy w Czarnobylu do dzisiaj borykają się tysiące ludzi. Nie chodzi już tylko o to, że w jednej chwili musieli porzucić swoje domy i majątek, ale przede wszystkim kwestie zdrowotne i liczne choroby popromienne. Kate Brown szczegółowo odtwarza to, co wydarzyło się ponad 30 lat temu w małym, ukraińskim miasteczku. Dociera do odległych miejsc i ludzi, odkopuje ściśle skrywane dokumenty z czasów ZSRR i ujawnia prawdę. Punktem odniesienia jest instrukcja przetrwania powstała trzy miesiące po awarii, którą otrzymali mieszkańcy Strefy Wykluczenia. Oczywiście instrukcja ta pełna jest sprzeczności, niejasności i fałszywych zapewnień o rzekomym bezpieczeństwie. Dzięki zaangażowaniu Kate Brown czytelnik odkrywa nie tylko historię kijowskich tajnych akt, ale także może „posłuchać” bezpośredniej relacji świadków tej przerażającej historii.

Autorka dociera do miejsc, ludzi oraz materiałów, które powszechnie nie są znane. Muszę przyznać, że nie jest to łatwa lektura. Ogrom faktów i naukowego słownictwa nieco przytłacza. Trudno jest przebrnąć przez ten cały ogrom fachowej terminologii, liczb oraz nazw. Brakuje również zdjęć dokumentów czy odwiedzonych miejsc, dzięki temu książka byłaby bardziej wiarygodna. Nie mniej jednak książkę czyta się z wypiekami na twarzy. Każdy, kto chce zrozumieć, co wydarzyło się w Czarnobylu 26 kwietnia 1986 roku powinien wpisać te pozycję na listę książek do przeczytania.

Za książkę dziękuję:

Natalia Budzyńska „Dzieci nie płakały”

Wyobraź sobie, że przeglądając dawne zdjęcia rodzinne odkrywasz, że jeden z członków rodziny był zbrodniarzem wojennym, okrutnym katem, który dokonywał przerażających rzeczy i eksperymentował na niewinnych ludziach w obozach zagłady, jak np. Auschwitz. Takiego odkrycia dokonała Natalia Budzyńska, która w swojej książce „Dzieci nie płakały” opisuje dzieje jej wuja, lekarza-kata Alfreda Trzebinskiego.

Doktor Alfred Trzebinski w 1932 roku wstąpił do SS, a rok później został członkiem NSDAP, zapominając o polskim pochodzeniu swojego ojca. W 1941 roku został lekarzem w Auschwitz, potem na Majdanku, a w końcu w Neuengamme. W 1946 roku skazano go na karę śmierci przez powieszenie. Trybunałem najbardziej wstrząsnął udział Trzebinskiego w egzekucji dwadzieściorga żydowskich dzieci, które powieszono tuż przed wyzwoleniem obozu, by ukryć, że były poddawane okrutnym eksperymentom medycznym.

Zabawne, że pod koniec życia, w trakcie procesu Alfred Trzebinski uważał, że jest niewinny, niczego złego nie zrobił, a sam stał się ofiarą systemu. Tłumaczył się, że musiał wykonywać wszystkie rozkazy, inaczej sam straciłby życie. Nie poczuwa się do winy zabójstwa tych dzieci, a nawet był przekonany, że pomógł im umrzeć szybko i bezboleśnie. Uważał, że niesłusznie został skazany, nie rozumiał, do jakiego zła doprowadziła nazistowska ideologia. Przebywając na terenie brytyjskiego obozu jenieckiego z oburzeniem porównywał warunki tam panujące do tych w Auschwitz. Na chwilę przed śmiercią decyduje się napisać pamiętnik adresowany do jego ukochanej, maleńkiej córeczki. Przez cały czas nie wychodzi z roli nazisty. Prosi również córkę, żeby zachowała czystość rasy i krwi, by na ojca swoich dzieci wybrała Aryjczyka. List kierowany do swojego dziecka ozdabia swastykami i starożytnymi runami. Kiedy go wieszają, jego ostatnie słowa brzmią: „Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.

Przyznam szczerze, że książkę musiałam czytać partiami. Chociaż tak bardzo interesująca i wciągająca, musiałam ja sobie dawkować. Przerażające opisy zbrodni, których dokonywali nazistowscy lekarze w obozach zagłady skutecznie podnoszą ciśnienie krwi i na długo zapisują się w pamięci. Natalia Budzyńska, czytając pamiętnik wuja esesmana, próbuje zrozumieć jego motywację. Przede wszystkim jednak przywraca pamięć o zamordowanych dzieciach – niemych, niemal zapomnianych ofiarach. Książka jest wstrząsająca i przerażająca, ale to pozycja, którą powinno, a nawet trzeba przeczytać.

Za książkę dziękuję:

Wojciech Górecki „Buran. Kirgiz wraca na koń”

Azja Centralna i Kaukaz to niedocenione rejony naszej planety. Ta mało dostępna i tajemnicza część świata skrywa wiele perełek architektonicznych, kulinarnych i kulturowych, turystów tam jak na lekarstwo, nawet porządny przewodnik o Kaukazie i Azji Centralnej nie został jeszcze napisany.

Na szczęście co chwilą pojawia się wiele genialnych reportaży o tym rejonie. Zaczynając od Ryszarda Kapuścińskiego a na Wojciechu Góreckim kończąc. Aktualnie jest on największym miłośnikiem i znawcą  postsowieckiej rzeczywistości spośród polskich reportażystów. W swojej najnowszej książce – autor trylogii kaukaskiej („Planeta Kaukaz”, „Toast za przodków”, „Abchazja”) – zabiera czytelnika w podróż, podążając śladami mistrza Kapuścińskiego. „Buran. Kirgiz wraca na koń” został napisany w 50-tą rocznicę wydania zbioru opowieści „Kirgiz schodzi z konia”.

Wraz z rozpadem Związku Radzieckiego, każda z republik poszła w swoją stronę i znalazła na siebie inny pomysł. Można przypuszczać, że kraje te są do siebie podobne, ale prawda jest taka, że różni je niemal wszystko: od stosunku do Rosji i systemu politycznego, po dominującą religię i poziom rozwoju gospodarczego. Za czasów Kapuścińskiego wszystkie te państwa należały do tzw. trzeciego świata. Na początku XXI wieku sytuacja bardzo się odmienia. Bogate stolice (Baku, Aszchabad i Astana) znacznie kontrastują z obszarami wiejskimi, a azjatyckie narody skryły się w historii, tradycji, rodzinie i religii. Turkmenistan odciął się od świata zewnętrznego i prowadzi politykę neutralności. Najbiedniejszy Tadżykistan całkowicie uzależnił się od Rosji. Kirgistan (zwany czarnym łabędziem regionu) jest w tej grupie jedyną demokracją, chociaż nadal szuka swojej tożsamości. Uzbekistan jako policyjne państwo jest cały czas reformowane po śmierci prezydenta Karimowa. Z kolei Kazachstan jest największy, najbogatszy i uniknął konfliktów wewnętrznych, z którymi borykają się jego sąsiedzi.

Wojciech Górecki opowiada o każdym kraju w inny sposób. Napisał on książkę o polityce, historii, kulturze i życiu codziennym mieszkańców Kaukazu i Azji Centralnej. Opisał najważniejsze sprawy, z którymi borykają się mieszkańcy tego regionu. Ogromna wiedza na temat poszczególnych krajów oraz unikalny styl autora sprawiają, że w przejrzysty sposób ukazuje jak wygląda życie w postsowieckich republikach oraz przedstawia najważniejsze problemy trapiące azjatyckie państwa. Jedynie brakowało mi zdjęć, które w pewien sposób zaspokoiłyby moją ciekawość dotyczącą niektórych wspomnianych miejsc w książce. Stanowiłyby idealne uzupełnienie barwnych i fascynujących opisów autora.

Od niedawna Kaukaz i Azja Centralna zaczęła mnie bardzo fascynować. Odwiedziłam kilka państw tych rejonów i przyznam szczerze, że jestem całkowicie zaskoczona, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Kraje, takie jak Armenia, Azerbejdżan, Gruzja, Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan czy Turkmenistan są bardzo niedoceniane. Panuje powszechne przekonanie, że to dzikie i nieokiełznane rejony, gdzie niebezpieczeństwo czai się za każdym rogiem, a czort nie śpi i czyha na każdym kroku. Byłam w trzech wymienionych krajach (także solo), żyję i mam się bardzo dobrze, a  niebawem wybieram się do kolejnego kraju  Azji Centralnej. Moja fascynacja trwa w najlepsze, dlatego też czytam niemal wszystko na temat tych rejonów, co wpadnie mi w ręce. Aktualnie nikt tak jak Wojciech Górecki nie zna i nie jest w stanie napisać w tak przystępny sposób o Kaukazie Południowym i Azji Centralnej. „Buran. Kirgiz wraca na koń” można potraktować jako kompendium podstawowej wiedzy na temat tych krajów.

Za książkę dziękuję:

Małgorzata Rejmer „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”

Żyjemy w XXI wieku, w pozornie poukładanym i bezpiecznym świecie. Chociaż w Europie czasy komunizmu to przeszłość, na świecie nadal ten system funkcjonuje. O polskim komunizmie wiemy dużo z lekcji historii i opowieści rodziców, ale ile wiemy na temat komunizmu w Albanii? Reportaż Małgorzaty Rejmer to zbiór tragicznych opowieści, które ukazują kulisy najczarniejszego okresu w historii tego kraju.

Życie w czasach panowania Envera Hoxhy w Albanii było prawdziwym koszmarem. W zamieszkanej przez niespełna dwa miliony ludzi Albanii, co czwarty obywatel donosił władzy. Ponad dwieście tysięcy osób współpracowało z bezpieką. Blisko sześćdziesiąt tysięcy ludzi zostało internowanych. Za kratami przetrzymywano trzydzieści cztery tysiące więźniów politycznych. Z rozkazu partii zamordowano sześć tysięcy osób. Blisko tysiąc zmarło w więzieniach. Siedem tysięcy zginęło w obozach pracy albo na zesłaniu. Tysiące cierpiących i borykających się z depresją, niską samooceną oraz poczuciem zmarnowanego życia.  Takie są statystyki za czasów komunistycznej Albanii Envera Hoxhy.

Reżim terroryzował obywateli a tych, którzy ośmielili się protestować lub myśleć inaczej – skazywał na zesłanie, więzienie albo śmierć. Nikomu nie można było ufać, nawet własnemu bratu, bo szerzyło się donosicielstwo. Trzeba było uważać na każde wypowiedziane słowo, bo nawet za krytykę czerstwego chleba otrzymywało się kilkuletni wyrok. Jeśli urodziłeś się w nieodpowiedniej rodzinie, która znieważyła system, twoje życie skazane było na porażkę i cierpienie od samego początku. Co więcej, kaci i ofiary komunistycznego reżimu w Albanii do dnia dzisiejszego mijają się na ulicy, robią zakupy w jednym sklepie, budują wspólnie nowy kraj. Do tej pory sprawiedliwość nigdy nie została wymierzona.

„Błoto słodsze niż miód” to opowieść o kraju udręczonym terrorem Envera Hoxhy, dyktatora, który po zerwaniu sojuszy z Jugosławią, Związkiem Radzieckim i Chinami uwierzył, że Albania może stać się samowystarczalną twierdzą komunizmu. O ludziach z dnia na dzień skazywanych na zesłanie, tylko dlatego że urodzili się w niewłaściwej rodzinie lub szeptem w czterech ścianach próbowali samodzielnie myśleć. O krwawych buntach w obozach pracy, tragicznych ucieczkach z kraju zamienionego w bunkier, o życiorysach ofiarowanych na ołtarzu ideologicznego raju i o tych, którzy je miażdżyli, nie bacząc na konsekwencje.

Chociaż urodziłam się w 1988 roku, to mam szczęście, że nie dane mi było długo żyć w tym absurdalnym systemie, jakim był komunizm. Chociaż słyszałam wiele opowieści od swoich rodziców, jak ciężkie i niedorzeczne było życie w tamtych czasach. Ile to musieli się nakombinować by cokolwiek dostać, bo w sklepach widniały tylko puste półki. Przez reżim komunistyczny Polska wycierpiała swoje, to mimo wszystko powinniśmy się zainteresować historią innych krajów, np. Albanii. W porównaniu z tym państwem, u nas było jak w raju.

W swojej najnowszej książce Małgorzata Rejmer przedstawia tragedię i cierpienie zwykłych ludzi, a przy tym posługuje się pięknym językiem. Materiał zbierała przez kilka lat, nauczyła się nawet albańskiego, zaś bohaterowie zostali starannie dobrani. Ich dramatyczne przeżycia na długo pozostają w pamięci czytelnika. Książka nie tylko dla fanów bałkańskich klimatów, ale dla wszystkich, którzy lubią odkrywać mało znana historię.

Za książkę dziękuję:

Maria Hawranek, Szymon Opryszek „Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju”

Urugwaj to dziwny kraj, który zupełnie nie pasuje do reszty kontynentu. Reportaż „Wyhoduj sobie wolność” to opowieść o eksperymencie społecznym i otwarte pytanie o granice dla marzycieli i wizjonerów, próbujących wykreować swój własny nowy i lepszy świat.

Choć Urugwaj zajmuje powierzchnię niewiele większą od Grecji i mieszka w nim zaledwie trzy i pół miliona ludzi, zdecydowanie różni się od swoich południowoamerykańskich sąsiadów. Stabilny politycznie i ekonomicznie, to jeden z najbardziej laickich państw świata. Jako pierwsze całkowicie zalegalizowało uprawę i spożycie marihuany, pary jednopłciowe mogą tu adoptować dzieci, a prostytutki płacą składki na ubezpieczenie społeczne. Każdy uczeń dostaje od państwa laptop, emeryt – tablet, a imigrant i uchodźca, nawet były więzień Guantanamo  mają szansę na nowe życie. Co więcej, José Mujica, były prezydent Urugwaju jeździł do pracy wysłużonym, dwudziestoletnim garbusem, a ogromna część swojej pensji oddawał na cele charytatywne.

Maria Harwanek i Szymon Opryszek przemierzają Urugwaj w poszukiwaniu niuansów i nietypowych obyczajów tego latynoskiego światka. Bo tak naprawdę na tle innych krajów Ameryki Południowej, to kraj ten jest nieoczywisty – niejednoznaczny i dziwny. Urugwajczycy cenią sobie wszelką wolność, ale z drugiej strony zapominają jednak o tolerancji, kiedy chodzi o wyznanie religijne. Mają wręcz obsesję na tym punkcie – w sferze publicznej nie ma miejsca na eksponowanie jakiejkolwiek wyznania. Codzienne zakupy są dla nich bardzo drogie, a jednocześnie każde dziecko dostaje darmowy laptop na koszt państwa. Małżeństwa jednopłciowe mogą funkcjonować w szczęśliwych związkach i adoptować dzieci, ale na pełną akceptację związków homoseksualnych długo trzeba było poczekać. Marihuana jest w pełni legalna, ale jednocześnie terroryzuje palaczy tytoniu. W Urugwaju wszystko jest możliwe.

„Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju” to zbiór ciekawych, ale nieco oderwanych od siebie krótkich reportaży. Każdy kolejny rozdział opowiada inną, kompletnie inną historię. Momentami wprowadza to nieco chaosu.  Wydaje się, że autorzy celowo zastosowali takie rozwiązanie, ponieważ sam Urugwaj taki jest. Niby wszystko jest uporządkowane, z jasnymi zasadami, ale jednak nie do końca to wszystko jest jednoznaczne.

Urugwaj nie jest oczywistym kierunkiem podróżniczym. Niewiele jest osób, które podróżują do tego kraju. Bo co tak naprawdę o nim wiemy? Dlatego jeśli ktoś interesuje się kulturą latynoską, jak najbardziej powinien sięgnąć po reportaż Marii Harwanek i Szymona Opryszka. Z drugiej jednak strony to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odbywać czytelnicze podróże po innych kulturach i kontynentach.

Za książkę dziękuję:

Ola Synowiec „Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk”

Meksyk widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń. Z czym kojarzy mi się ten kraj? Z obłędną kuchnią (na samą myśl o tym pysznym jedzeniu ślinka mi cieknie), z tequilą, Dia De Los Muertos, no i niestety – z narkotykowymi kartelami. Jak się okazuje, Meksyk ma drugie, mało znane oblicze. W swojej książce „Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk” Ola Synowiec opowiada o religiach i wierzeniach współczesnych Meksykanów.

Ola Synowiec jest absolwentką polonistyki i latynoamerykanistyki na UW. Od kilku lat mieszka w Meksyku, zgłębiając jego kulturę, obyczaje i historię. Swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami dzieli się na swoim blogu Mexico Magico Blog oraz pisze artykuły do polskiej prasy poświęcone Meksykowi. W swojej debiutanckiej książce „Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk” opisuje wierzenia mieszkańców tego kraju, które – jak się okazuje – nie są takie oczywiste.

Oficjalną religią w Meksyku jest katolicyzm. Oprócz tego istnieje szereg różnych innych wierzeń, które z katolicyzmem niewiele mają wspólnego. Autorka pokazuje, jak współcześnie odchodzi się od religii narzuconej przez hiszpańskich konkwistadorów. „Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk” to reportaż, którego kolejne rozdziały opowiadają o zupełnie innych formach duchowości praktykowanych w tym kraju. Zaczyna od święta zmarłych – Dia De Los Muertos – który stanowi powrót do religii przodków; meksykański new age; rytuały z użyciem halucynogennych grzybów i psychodeliczna turystyka; synkretyczne rytuały ludu Chamula; konflikt między katolikami i ewangelikami oraz meksykański szamanizm. Każde wierzenie ma solidnie opisaną genezę, dzięki której dogłębnie możemy poznać opisywane zjawiska i co się za nimi kryje. Kolejność rozdziałów nie jest przypadkowa – w tych początkowych jest znacznie więcej informacji na temat historii Meksyku i przemian zachodzących w jego społeczeństwie. Dzięki takiemu zabiegowi czytelnik stopniowo zyskuje coraz szerszą wiedzę na temat kraju i jego kultury.

To, co kiedyś wydawało się święte i niedostępne, w dzisiejszych czasach jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy odpowiednio wypchany portfel. W dzisiejszych czasach nawet religia idzie z duchem czasu. Lekarze, biznesmeni, wykładowcy uniwersyteccy zrzucają dżinsy i garnitury, na głowy wkładają pióropusze, na kostki grzechotki i gromadzą się w stolicy na placu Zócalo, by przez pięć godzin wykonywać taniec dla przedhiszpańskich bogów. Nie są Indianami, ale jak sami mówią, pragną odtwarzać wiarę azteckich przodków. Tymczasem Indianie na południu Meksyku w swoich rytuałach wykorzystują coca-colę, którą uważają za święty napój. Tradycyjni czarownicy z Catemaco też dostosowują się do realiów XXI wieku i mają swoje strony na Facebooku. Niestety dla wielu tubylców odprawianie dalekich względem tradycji rytuałów stało się przede wszystkim sposobem na łatwy zarobek.

Ola Synowiec pokazuje, jak Meksyk stopniowo odchodzi od przywiezionego z Europy pięćset lat temu katolicyzmu. Pisze o ruchu New Age, psychodelicznych turystach oraz meksykańskiej stolicy grzybów halucynogennych. Opowiada o Meksyku mało znanym, a także o tym, jak uniwersalna jest ludzka potrzeba religijności. „Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk” to zbiór świetnych reportaży z Meksyku, zupełnie różnych niż te, które do tej pory się ukazały. To nie tylko świetna lektura dla miłośników tego kraju i kultury, ale również dla wielbicieli dobrej literatury faktu i czerpiących przyjemność z lektury reportażu.

Za książkę dziękuję: