Szczeliniec Wielki. Między Piekiełkiem a niebem

Nigdy nie byłam miłośniczką gór. Nie przepadałam za tego typu wyprawami, a jak trzeba było wejść po jakimś wzniesieniu, to następowała czarna rozpacz, a co dopiero wspinaczka po prawdziwych górach! Brak kondycji, lęk wysokości, brak odpowiedniego przygotowania i sprzętu potrafił mocno demotywować. Natomiast ludzi uciekających w góry w każdej możliwej chwili uważałam za szaleńców. Cóż, nadal co niektórych uważam za takich, ale teraz już pod nieco innym względem. Bakcyla złapałam kilka lat temu, ale chyba tak naprawdę miętę do górskich klimatów poczułam w tamtym roku. Do tego chyba trzeba po prostu dorosnąć. W góry wkręciłam się do tego stopnia, że praktycznie każdy weekend września i października spędzę właśnie buszując po górach 🙂 A wszystko za sprawą mojej ostatniej wycieczki w przecudowne Góry Stołowe, w których się totalnie zakochałam. Dzisiaj opowiem o najwyższym szczycie tych gór, czyli o niesamowitym Szczelińcu Wielkim.

Jednym z najbardziej charakterystycznych piaskowych płaskowyżów  podciętych urwiskami skalnymi, a spłaszczonych od góry, jest Szczeliniec. Rozdzielony niewielką przełęczką na dwa płaskowyże – mniejszy i nieco niższy Szczeliniec Mały oraz najwyższy w Górach Stołowych Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.). Wraz z Błędnymi Skałami i Skalniakiem należą do jednych z najlepiej zachowanych fragmentów powierzchni skał piaskowych. Spękania w piaskowcu z czasem coraz bardziej się poszerzały i pogłębiały w wyniku działalności wody, a zróżnicowana odporność części skały sprawiła, że erozja wypreparowała w nich fantastyczne kształty. To właśnie one decydują o atrakcyjności gór, w tym trasy turystycznej na szczyt Szczelinca Wielkiego.

Sam Szczeliniec Wielki do końca XVIII wieku pozostał nieznany dla turystów. Przełom nastąpił po zakończeniu wojen śląskich, kiedy władze pruskie chciały zbudować na pograniczu sieci fortów, które miały chronić świeżo podbitą prowincję. Powstał wtedy Fort Wilhelma w Górach Bystrzyckich, fort w okolicach Kamiennej Góry oraz Fort Karola – naprzeciwko Szczelińca. Zainteresowaniem budowniczych cieszył się także Szczeliniec Wielki i postanowiono wysadzić w nim skały, tworząc przejścia. Dzięki temu można dzisiaj wejść pod schronisko. Pierwszym oprowadzającym po Szczelińcu, jeszcze w trakcie prac przy budowie fortu, był Franciszek Pabel. Przewodnictwem trudnił się do końca swojego życia, a poświęcił temu zajęciu 71 lat.

Droga na szczyt Szczelińca Wielkiego prowadzi po krętych kamiennych schodach (łącznie jest ich 665), w otoczeniu lasu i mniejszych formacji skalnych. Schodki te zostały ułożone w 1814 roku przez wspomnianego Franciszka Pabela, sołtysa pobliskiej wioski Karłów oraz pierwszego przewodnika i autora pierwszej broszury o Szczelińcu. Pokonanie tej okrężnej, jednokierunkowej trasy o długości około 5 km nie powinno zająć dłużej niż 30-40 min. Chociaż nieco obawiałam się drogi na górę, to zanim się obejrzałam a już byłam na szczycie. Przejście jest banalnie proste i nawet dziecko sobie da z nim radę.

Schodki prowadzą do Schroniska PTTK na Szczelińcu, który jest jednym z dwóch (drugie to Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach) w Polsce obiektów, do którego nie można dojechać samochodem. Nie prowadzi tu żadna droga, po której mógłby się poruszać jakikolwiek pojazd. Jedynym sposobem dotarcia jest wybranie się piechotą po wspomnianych kamiennych schodkach. To także jeden z najstarszych tego typu obiektów w Sudetach. Pierwsze całoroczne schronisko powstało już w 1845 roku i istnieje do dzisiaj. Po II wojnie światowej budynek przez wiele lat stał zaniedbany i popadł w ruinę. Dzisiaj nie przypomina budowli sprzed lat, odrestaurowano go i można tam zjeść ciepły posiłek albo napić się gorącej herbaty czy czekolady i odpocząć przed buszowaniem pośród fantastycznych formacji skalnych w labiryncie.

Nie trafiliśmy na pogodę, bo ze wszystkich stron Szczeliniec Wielki spowiła mgła. Muszę jednak przyznać, że miało to swój urok – niczym sceneria z podrzędnego horroru klasy B. Widoków ze szczytu nie mogliśmy niestety podziwiać, więc po prostu udaliśmy się w stronę Skalnego Labiryntu, gdzie klimat grozy czuć znacznie bardziej.

Trasa po Labiryncie Skalnych rozpoczyna się tuż przy schronisku. Za bilet wstępu trzeba zapłacić 12 zł (dokładny cennik znajduje się tutaj). Z uwagi na bardzo wąskie przejścia, zwiedzanie Labiryntu odbywa się jednokierunkowym szlakiem czerwonym. Trzymając się stricte szlaku, można wyruszyć w najbardziej efektowne rejony Szczelińca. Ścieżka biegnie po skałkach, doprowadzając do najwyższych partii masywu, gdzie dochodzimy na widokową skałkę o wdzięcznej nazwie „Tron Pradziada”. Wędrując dalej natykamy się na:

  • Wielbłąda,
  • Mamuta,
  • Słonia,
  • Kwokę,
  • Małpoluda,
  • Psa,
  • Żółwia,
  • Koński Łeb,
  • Sowę

Jednak największe wrażenie robi tzw. Piekiełko, gdzie ścieżka prowadzi przez głęboką rozpadlinę pomiędzy skałami. Niekiedy nawet wręcz trzeba przeciskać przez jego ciasne zakamarki i czołgać na kolanach. Wewnątrz licznych korytarzy Labiryntu panuje swoisty mikroklimat, a w niektórych miejscach śnieg utrzymuje się nawet do lipca. Co ciekawe, właśnie w Piekiełku powstały zdjęcia do filmu „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”.

Przejście przez ścieżkę na Szczelińcu Wielkim zajmuje około godziny, jednak w moim przypadku było to „nieco” dłużej, bo musiałam obfotografować każdą znajdującą się tam skałkę 🙂  Jedynym minusem tego spaceru były tłumy ludzi, a przez nich w niektórych miejscach nie dało się zatrzymać na dłużej, bo nie wiadomo czemu, ale spieszyło im się gdzieś 😦 Szkoda także, że nie udało się podziwiać widoków ze szczytu Szczelińca, ale to znaczy, że muszę tam wrócić, co z przyjemnością uczynię. Może jesień to będzie dobry czas na kolejną wizytę w Szczelińcu Wielkim? 🙂

 

Zalipie. Najpiękniejsza polska wieś

Zalipie – mała wioska znajdująca się w województwie małopolskim, gdzieś pomiędzy Tarnowem, Krakowem a Kielcami. Ciągnęło mnie tam od pewnego czasu, w końcu udało się tam dotrzeć. Wioska znana jest na całym świecie i przyciąga wielu turystów. To jedna z atrakcji województwa małopolskiego. Co jest w niej takiego niezwykłego? Zalipie słynie z kolorowych domków, a konkretniej ręcznie dekorowanymi niezwykłymi i misternymi wzorkami domków. Można powiedzieć, że to swego rodzaju sztuka uliczna, a jeśli nie uliczna to na 100% jest to sztuka – i to jedyna w swoim rodzaju. Zalipie uznawane jest za najpiękniejszą i najbardziej kolorową wioskę w Polsce. Trudno się dziwić, bo malowane budynki to unikat, a turyści ochoczo przybywają podziwiać malunki miejscowych ludzi. Ja totalnie oszalałam i piałam z zachwytu nad ozdobionymi domkami, aczkolwiek spodziewałam się czegoś innego, no i pojawił się pewien szkopuł, ale o tym później.

Chociaż wioska jest popularna i przyjeżdżają do niej turyści z całego świata, to nie przypomina typowych turystycznych miejsc i tak naprawdę trudno doszukać się tam jakiejkolwiek komercji. Zalipie nie jest żadnym skansenem, a w domach mieszkają zwyczajni ludzie. Mieszkańcy malują swoje domy nie dla turystów, ale dla siebie.

Jak dostać się do Zalipia?

Zalipie znajduje się około 40 minut od Tarnowa oraz 1,5 h od Krakowa i Kielc. Nie ma się co oszukiwać – najlepiej i najwygodniej będzie przyjechać własnym autem. Trudno powiedzieć, czy znajduje się tam jakaś miejscowa komunikacja. Tego dnia, kiedy tam byliśmy, razem z nami byli turyści, którzy przyjechali wynajętymi busami. Poza tym, wioskę najlepiej zwiedzać właśnie samochodem albo rowerem, ponieważ – jak się potem okazało – odległości są dość duże. My natomiast postanowiliśmy zrobić sobie kilkukilometrowy spacer, co nie było takie złe. Autem na pewno byłoby szybciej, ale nie sądzę, żebyśmy wtedy tak wnikliwie i dogłębnie zobaczyli wszystkie atrakcje.

Skąd wzięła się tradycja malowania domów?

Na początku XX wieku w wiejskich domach, w centralnej izbie dominowały wielkie piece. Były one nieco problematyczne dla domowników, ponieważ sadza pokrywała ściany, a to dla ówczesnej gospodyni domowej było nie do zaakceptowania. Sprytne panie domu znalazły jednak sposób, by zamaskować uciążliwe zabrudzenia: najpierw wybieliły wapnem wszystkie ściany a za pomocą pędzla wykonanego z prosa lub żyta malowały nieregularne plamki. Z czasem tego typu dekoracja ścian zagościła w kolejnych domach zdobywając coraz większą popularność. Wtedy też panie zaczęły tworzyć ozdoby z motywem roślinnym, głównie w odcieniach brązu i beżu.

Jednak prawdziwy szał nastąpił po II Wojnie Światowej. Wtedy też piece odeszły do lamusa i zaczęto budować murowane domy. W raz z rozwojem techniki pojawiało się więcej kolorowych i trwalszych barwników, a dzięki temu nie trzeba było malować domu każdego roku. Na ścianach zaczęło pojawiać się coraz więcej barwniejszych i artystycznych ozdób.

Co ciekawe, każdego roku, w pierwszy weekend po Bożym Ciele odbywa się rozstrzygnięcie  – szalenie istotnego dla zalipiańskiej społeczności – konkursu na najbardziej kreatywną i kolorową zagrodę. Jury ocenia zarówno pierwszy raz zdobione gospodarstwa, jak i te przemalowane przez kreatywnych twórców. Jest nawet kategoria dziecięca, któa ma zachęcać najmłodszych do kontynuowania tej tradycji.

 

Co trzeba zobaczyć w Zalipiu?

Dom Malarek

Od tego miejsca zaczęliśmy nasze zwiedzanie. To swoiste centrum Zalipia, a jednocześnie lokalny Dom Kultury. Odbywają się tam różne warsztaty plastyczne, podczas których można zglebić wiedzę i odkryć talent artystyczny. Wejście jest bezpłatne, w środku znajduje się wystawa zdjęć z całej okolicy oraz sklepik z lokalnymi pamiątkami.

Na zewnątrz zaś znajdują się pokazowe „rekwizyty”, które mają zachęcić do dalszej wędrówki po okolicy.  Naprzeciwko wejścia jest pokazowa mała chata ze studnią i rowerem, zegar słoneczny oraz bogato zdobione stoły.

Strona internetowa: Domu Malarek

 

Muzeum Felicji Curyłowej

Za prekursorkę sztuki ozdabiania zalipiańskich domów uważa się Felicję Curyłową. Muzeum jej imienia to jedna z największych atrakcji tej wioski. W Zagrodzie Felicji Curyłowej znajdują się 3 chaty, a za opłatą można zwiedzić je w środku i posłuchać o malowanej kulturze Zalipia.

Nam jednak nie było to dane. W związku z szalejącym koronawirusem,do muzeum jednocześnie mogło wejść 10 osób na godzinę. Jednak trzeba mieć wcześniej rezerwację, ale o tym już nie wiedzieliśmy. Poza tym, przez najbliższe 3 godziny nie dało rady wejść, bo miały przyjechać wycieczki. Niepocieszeni i lekko zdezorientowani (a ja nawet zrozpaczona), musieliśmy opuścić teren zagrody. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie sposób, w jaki pani przewodniczka się z nami obeszła. Przegoniła nas jak jakieś natrętne komary krążące nad bezbronną ofiarą…

Strona internetowa Muzeum Felicji Cyryłowej

Kościół parafialny pod wezwaniem św. Józefa

Nie jestem fanką sztuki sakralnej i zwiedzania kościołów, ale muszę przyznać, że ten wyjątkowo mnie uwiódł. Z zewnątrz wygląda niepozornie, a wewnątrz urzeka swoim artystycznym wykonaniem. Nie ma przepychu, nie ma kiczu i ociekającego złotem ołtarza. Jest za to prostota, umiar oraz charakterystyczne zalipiańskie ozdoby.

Co poza tym?

Przegonieni z zagrody Curyłowej, nieco zniesmaczeni (oraz ja zrozpaczona :)) poszliśmy przed siebie, ale kierując się do punktu wyjścia.  Już straciłam nadzieję, że uda mi się wejść do środka którejś chaty, aż tu nagle okazało się, że na samym końcu (albo na początku – w zależności, od której strony się idzie :)) znajdowały się najpiękniejsze „okazy”. W rzędzie ustawione były domy, do których można było normalnie wejść, nawet panie same zapraszały do środka. Zazwyczaj jednak okazywało się, że to jedynie budynek na pokaz z jedną przyozdobiona izbą, zaś w drugiej znajdował się sklepik z pamiątkami. Nie mniej jednak warto było tam zajrzeć.

 

 

Idąc dalej, przyglądając się przypadkowemu gospodarstwu z ogromnym domem, staruszka siedząca na ławce na podwórku powiedziała, że mogę wejść na posesję i tam na spokojnie zrobić zdjęcia. Nie wahając się ani sekundy, weszłam i znalazłam się w artystycznym raju. Okazało się, że nie tylko dom był ozdobiony, ale także doniczki, buda dla psa, kamień oraz… drzewo! Co więcej, staruszka zaprosiła mnie do środka, do prawdziwego, autentycznego domu, do swojej kuchni i sypialni.  Starsza pani ma niesamowitą cierpliwość i niebywały talent, bo maluje wszystko, co się da 🙂 Ja po prostu oszalałam do końca 🙂

Zalipie – czy warto?

Powiem tak – oczywiście, że warto. To piękna, jedyna w swoim rodzaju wieś z własną tradycją kulturową, którą trzeba odwiedzić. Jednak przyjeżdżając tam, nastawiłam się, że będzie to coś w rodzaju skansenu, a wszystkie budynki znajdują się w jednym miejscu. Tak niestety nie jest. Trzeba przejść (albo przejechać) całą wioskę, żeby zobaczyć wszystkie malowane domki. I nie jest tak, że każdy dom jest barwnie przyozdobiony. Zalipie liczy ponad 200 domów, a jedynie kilkadziesiąt z nich jest pomalowanych. Trzeba mieć również na uwadze, że w większości domów mieszkają ludzie i nie wolno wejść na teren ich posesji, chyba że sami nas do siebie zaproszą. I nie – Zalipie nie jest przereklamowane, jak niektórzy twierdzą.

 

Bydgoszcz. Muzeum Mydła i Historii Brudu

Istnieje takie muzeum, które jest bardzo nietypowe. Muzeum Mydła i Historii Brudu – bo o nim mowa – znajduje się w Bydgoszczy i oferuje mocno oryginalną ekspozycję 🙂 O ile historia mydła może zaciekawić, to już opowieści o samym brudzie mogą wzbudzać odrazę. Faktycznie, nie ma nic przyjemnego w brudzie, jednak słuchanie o nieczystym życiu naszych przodków jest fascynujące. Naprawdę! Momentami nawet zabawne, bo powody, przez które w średniowieczu zaniechano higienę osobistą i to, jak szukano wszelakich zamienników zwyczajnego mycia się, są po prostu groteskowe. No i faktycznie – czasami wręcz obrzydliwe, ale to właśnie jest w tym wszystkim fascynujące 🙂

Dlaczego tego typu muzeum powstało akurat w Bydgoszczy? Miasto ma bogate tradycje dotyczące przemysłu chemicznego, który najlepiej rozwijał się tutaj w XIX wieku. Bydgoskie mydło eksportowano do wielu europejskich krajów. Co więcej, jest to jedna z nielicznych tego typu placówek w Europie.

 

Wizyta trwa około godziny. Na samym początku przewodnicy zapraszają nas na warsztaty robienia mydła. W „Maglu u Ciotki Hejtki” można sobie zrobić własne mydełko, w ulubionym kolorze, zapachu i kształcie oraz z wybranymi dodatkami. Każdy ma swoje stanowisko i akcesoria do wyrobu pachnącego mydła. Po kolei uczestnicy wąchają, oglądają, macają, aż w końcu wybierają i mieszają wybrane składniki, według własnego upodobania. Oczywiście wszystko zgodnie z „tradycyjną” recepturą, którą dyktują nam przewodnicy. Po skończonej pracy, udajemy się na zwiedzanie muzeum i słuchanie opowieści o historii brudu.

W tym nietypowym muzeum można poznać historię brudu i higieny od czasów starożytnych po współczesność. Samo muzeum nie jest duże, ale we wnętrzach zaaranżowano m.in. XIX-wieczny pokój kąpielowy, średniowieczną łaźnię, a także dobrze znane wnętrze łazienki z czasów PRL-u z kultową pralką „Franią” na czele. Wśród zbiorów znajdują się: pierwsza przenośna ubikacja, pierwowzór prysznica, żeliwne wanny z XIX wieku, szczotki do szorowania ciała wykonane z końskiego włosia, pralki, maglownice i suszarki. Na ścianach wiszą przedwojenne fotografie i reklamy mydeł z gazet i czasopism sprzed 1939 roku. Oczywiście zobaczyć można również bogatą kolekcję mydeł oraz proszków do prania pochodzących z różnych zakątków świata. Wszystkich eksponatów można dotknąć i powąchać! Najciekawszym z nich jest chyba pierwsze mydło, którego receptura została opracowana tysiące lat temu, i które jest – ładnie mówiąc – odrażające, zarówno w „zapachu”, jak i samej konsystencji.

Na sam koniec zwiedzania można udać się do sklepiku oraz zakupić naturalne i ekologiczne mydełka. W ofercie znajduje się wiele ciekawych mydlarskich wyrobów, które mają cudowne właściwości upiększające. Od ich zapachu aż kręci się w głowie.

Jeśli zamierzacie się tam wybrać, lepiej zarezerwujcie miejsce wcześniej. Muzeum cieszy się dużą popularnością, więc i miejscówki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.

FB: Muzeum Mydła i Historii Brudu

Adres: Bydgoszcz, ul. Długa 13-17

Cena biletu: 18 zł

Szczecin: Be Happy Sweet Art & Illusion Museum

Podobno szczęścia nie można kupić. Nieustannie za nim gonimy, tak naprawdę nie wiedząc, czym ono dla nas jest. Mówią, że szczęście jest bezcenne i nie łatwo je odnaleźć. Bzdura, bo można kupić bilet do Muzeum Szczęścia, a to prawie to samo 🙂 W sumie przez przypadek odkryłam, że jest takie nietypowe miejsce w odległym Szczecinie. Od razu jednak wiedziałam, że to jeden z głównych punktów mojego weekendowego wypadu do tego miasta. Zabawne, jak kawałek kolorowego plastiku może wywołać taką dziecięcą radość 🙂 Eksplozja endorfin gwarantowana, uśmiech nie schodził mi z twarzy przez dwa dni. Dlatego też niezwłocznie musiałam się z Wami podzielić wrażeniami z tego magicznego miejsca.

Be Happy Museum to miejsce gdzie marzenia się spełniają a wyobraźnia zamienia się w słodkie i kolorowe doznania. To miejsce, gdzie iluzja wprawia w osłupienie i rozbawia do łez. Misją tego miejsca jest kultywowanie szczęścia, dzielenie się dobrymi wspomnieniami i uczynienie świata jeszcze bardziej słodkim!

Już na samym wejściu wita nas lada pełna pachnących słodyczy i kolorowych gadżetów. Dalej jest tylko lepiej. Wszechobecny róż doprowadził mnie do eksplozji szaleństwa i radości. Jako, że mam obsesję na punkcie tego koloru (to mój ulubiony), czułam się tam wspaniale, jakbym znowu miała 10 lat.

W kolejnych pomieszczeniach spotkamy takie osobistości jak flamingi, jednorożca czy też zmienimy się w piękną lalkę Barbie z limitowanej kolekcji. Możemy „popływać” w basenie wypełnionym piankami Marshmallow, pobujać się na bananowej huśtawce, zawisnąć na bambusie ze słodką pandą czy zakręcić kołem fortuny.

Jak trafić do Be Happy Museum?

Muzeum znajduje się w centrum Szczecina, 100 m od C.H. KASKADA. Dokładny adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 3-4

Jednak Szczecin to nie tylko Be Happy Museum, to również przepyszne jedzenie. Chciałam Wam polecić kilka knajpek z obłędnym jedzeniem. Ja na samo ich wspomnienie dostaję ślinotoku 🙂 Pragnę na wstępie zaznaczyć, że przyjeżdżając do Szczecina pragnęłam rozkoszować się smakiem najróżniejszych ryb i innych morskich stworzeń. Dlatego też, jeśli ktoś nie jest miłośnikiem tego typu dań, muszę go rozczarować, bo skupiłam się na konkretnych kulinarnych doznaniach 🙂 Jeśli kiedyś będziecie w stolicy województwa Zachodniopomorskiego i chcecie spróbować dobrych dań rybnych, koniecznie idźcie do tych restauracji. Zlokalizowane są w centrum miasta, więc łatwo można je odnaleźć.

Paprykarz

Z czym najbardziej kojarzy się Szczecin? Oczywiście z paprykarzem! Szczerze przyznam, że nigdy nie byłam jakąś wielką fanką tego smakołyku. Od czasu do czasu zajadałam się nim, głównie w trakcie niskobudżetowych wakacji w czasach liceum 🙂 Dawno też nie jadałam paprykarzu, ale skoro przejechałam taki kawał drogi, grzechem byłoby nie spróbować tego regionalnego przysmaku. I wiecie co? Doznałam kulinarnego orgazmu, a to był dopiero początek kulinarnej rozpusty 😀 Na danie główne zamówiłam tagiatelle z krewetkami w sosie ziołowym, zaś Aga wybrała pieczoną rybę. Prawda, że apetyczne? 🙂

Adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 42

Spiżarnia Szczecińska

Weszłyśmy tam z lekką nutą niepewności. Na piętrze restauracja świeciła pustkami, a to nie zachęcało do stołowania się tam. Na szczęście to w podziemiach ukryła się cała magia tego miejsca. Na przystawkę zamówiłyśmy paprykarz z żelem z kiszonych ogórków i przyznaję, że był on jeszcze lepszy niż w „Paprykarzu” 🙂 Tym razem byłyśmy zgodne, bo danie główne wybrałyśmy takie samo: rybę z puree z białych warzyw w sosie z zielonej herbaty. Brzmi egzotycznie, tak też smakowało. Pierwsze wrażenie: dziwne, bo sos był słodki. Jednak z każdym kolejnym kęsem smakowało nam coraz bardziej, a na sam koniec stwierdziłyśmy, że jednak było pyszne 🙂

Adres: plac Hołdu Pruskiego 8

Bananowa Szklarnia

Na śniadanie udałyśmy się do uroczego miejsca, nieopodal „Paprykarza”. Knajpka specjalizuje się w śniadaniach, które serwowane jest przez cały dzień. Wszystkie pozycje w menu wyglądały smakowicie, dlatego też miałam dylemat, co wybrać. Po długim namyśle zdecydowałam się (w końcu) na placuszki bananowe z musem mango, bitą śmietana, nutellą i świeżymi owocami. Tak, wiem – niezła bomba kaloryczna na sam początek dnia, ale kto by się tym przejmował, gdy takie pyszności czekają na talerzu 🙂 Szakszuka mojej towarzyszki podobno też była wyborna, na pewno smakowicie wyglądała 🙂

Adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 45

Wrocław. Po drugiej stronie podwórka

Uwielbiam Wrocław. To moje drugie ulubione miasto w Polsce, mogłabym tam spędzać każdą wolną chwilę. Stolica Dolnośląska zachwyci każdego przybysza ciekawą historią, mnóstwem urokliwych kamienic,  świetnymi knajpkami, no i przede wszystkim krasnalami ukrytymi w całym mieście. Każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Ale dzisiaj nie będzie o jego pięknie, przynajmniej nie w standardowym znaczeniu tego słowa. Całkiem niedawno odkryłam inną twarz tego miasta. Jest taka dzielnica we Wrocławiu, która przenosi nas do świata magii. Spotkamy w nim Vincenta Van Gogha, Fridę Kahlo, Irenę Sendlerową, Gustawa Klimta, Spartan, starożytnych faraonów, Marię Skłodowską-Curie czy Janosika ze swoją zbójnicką ekipą. Tą dzielnicą jest Nadodrze.

Szare kamienice przy ul. Jedności Narodowej i Roosevelta skrywają niesamowite podwórko stworzone przez samych mieszkańców, pod kierunkiem artystów. Głównym celem ekspozycji jest pokazanie street art’u nie tylko jako zjawiska społecznego i formy aktywności twórczej młodych ludzi, ale przede wszystkim jako sposobu szczególnego dialogu międzypokoleniowego Nadodrza.

Jednak to, był dopiero przedsmak, co tak naprawdę Po drugiej stronie ulicy czekała na mnie wrocławska Kraina Czarów.

Dzieło to zajmuje ponad 1200 metrów kwadratowych i jest połączeniem malarstwa, rzeźby i ceramiki, zaangażowani byli wszyscy mieszkańcy – od najmłodszych, przez młodzież, mniejszość romską, kibiców piłkarskiego Śląska, po seniorów Na malowidle, w które wkomponowane są rzeźby, płaskorzeźby, a nawet wiersz znajdują się portrety mieszkańców kamienic i ich pupili – kotów i psów.

Miałam okazję spotkać  jednego młodego modela, którego wizerunek widnieje na wejściu do jednej z kamienic 🙂 To ten młodzieniec w białym ubraniu, po lewej stronie 🙂

Przyznam szczerze, że jeszcze nie spotkałam się z taką piękną sztuka uliczną. Przy tych muralach wszystkie inne wydają się być zwykłymi bohomazami 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Tajemnice Dolnego Śląska – 10 miejsc, które budzą dreszcz emocji

Gorączka związana ze „złotym pociągiem” trwa w najlepsze. Każdemu marzy się, by wziąć udział w wyścigu o zdobycie ukrytego złota. Albo poznać inne atrakcje, które ma do zaoferowania Dolny Śląsk. A tych nie brakuje!

Zamek Książ

Zamek Książ jest nie tylko najważniejszą atrakcją Dolnego Śląska, ale również jednym z największych zamków w Europie i trzecim pod względem wielkości w Polsce.Każdy znajdzie tu coś dla siebie: można przespacerować się po pięknych tarasach podziwiając krajobraz z wysokiej wieży, zaś najmłodsi mogą zamknąć się w sali duchów.Ci bardziej odważni mogą przejść się podziemiami wydrążonymi w 1943 r., podczas przygotowywania jednej z kwater Hitlera przez nazistowską paramilitarną Organizację Todt, która w tamtym okresie przejęła zamek.

Zamek-Książfot. cit.walbrzych.pl

Twierdza Srebrna Góra

Powstała w latach 1763-1785 i od tamtej chwili należała do najnowocześniejszych fortyfikacji w Europie. Znajdowało się w niej 151 pomieszczeń fortecznych (m.in. magazyny, kaplica, zbrojownia, prochownia, szpital), umiejscowionych na trzech kondygnacjach. Twierdza Srebrna Góra jest unikatowym obiektem w skali dziedzictwa kulturowego Europy i bez wątpienia jedną z największych atrakcji Dolnego Śląska.

twierdza21fot. www.srebrna.com

Zamek Czocha

Ponure i mroczne zamczysko, w swoim wnętrzu skrywa liczne legendy i tajemnice. Sala tortur, podziemne przejścia, lochy, podwójne ściany i korytarze – o tym wszystkim można usłyszeć w czasie pobytu na jednym z najbardziej tajemniczych i lepiej zachowanych zamków w Polsce. Co ciekawe, to właśnie tutaj powstały zdjęcia do kilku polskich filmów i seriali, m.in. do „Tajemnicy Twierdzy Szyfrów” oraz „Wiedźmina”. Prawdziwa gratka dla niestrudzonych poszukiwaczy przygód.

Czocha-zamek-z-XIIIwieku-3563147fot. www.wieliczko.com.pl

 

Kłodzka Podziemna Trasa Turystyczna

Podziemna trasa łączy Twierdzę Kłodzką z kościołem Najświętszej Marii Panny, który słynie z cudów związanych z jego fundatorem, pierwszym arcybiskupem praskim Arnoštem z Pardubic. Zaobserwowano, że z płyty nagrobnej znajdującej się w tej świątyni, dwukrotnie wypływał balsam o pięknym zapachu.

61191fot. dolny-slask.org.pl

Zamek Grodno

Wybudowany na szczycie wzgórza Choina, wznoszący się nad doliną rzeki Bystrzycy jest najbardziej malowniczo położonym zamkiem na Dolnym Śląsku. Wejście na wieżę widokową gwarantuje niezwykłe doznania estetyczne: zapierający dech w piersiach widok na Jezioro Bystrzyckie i Góry Sowie.

dolnoslaskie-fotopolska-eu2fot. www.misiowka.com

Zamek w Bolkowie

Pierwsze informacje na temat zamku sięgają XIII wieku. Budowla została wzniesiona przez Bolesława II Rogatkę. Kręcono tu wiele polskich filmów i seriali, m.in. „Wiedźmina” czy „Tajemnicę Twierdzy Szyfrów”. Aktualnie zamek jest siedzibą bractwa rycerskiego, które zajmuje się m.in. organizowaniem lokalnych turniejów rycerskich.

m_zam_bolkow_p1fot. www.museo.pl

Kopalnia złota Złoty Stok

Pierwsze prace wydobywcze w tamtym rejonie rozpoczęły się około 2000 lat p.n.e. Od tego czasu aż po czasy obecne zdołano wydrążyć ponad 300 km sztolni, szybów i chodników, usytuowanych aż na 21 poziomach! Złoty Stok ma jeszcze wiele do zaoferowania. Poszukiwacze skarbów mogą tu znaleźć wiele pamiątek po minionych wiekach i odkryć tajemnice III Rzeszy, starannie ukrywanie przez dziesiątki lat.

kopalnia-zlota-4fot. funkydiva.pl

Kompleks Riese – podziemne miasto w Górach Sowich

Miejsce szczególnie ważne, ale tragiczne w swojej historii. Gdyby nie dramat, niedola oraz przelana krew tysięcy hitlerowskich więźniów, Kompleks Riese mógłby w ogóle nie istnieć. Jego budowę zlecił i nadzorował jeden z największych katów ubiegłego wieku. Gdyby nie wkroczenie Armii Czerwonej, prawdopodobnie byłaby to największa kwatera Hitlera w całej III Rzeszy.

wlodarz6-1327160001fot. www.c-moto.pl

Arado – tajne laboratorium Hitlera w Kamiennej Górze

Innowacyjna iluminacja świetlna, efekty audio oraz przewodnik, który wciela się w rolę agenta polskiego wywiadu i pomaga grupie rozwiązać nazistowskie tajemnice – wszystko to sprawia, że Arado jest najnowocześniejszym zespołem podziemnym w Polsce. W piwnicach Kamiennej Góry znajdują się unikatowe w skali Europy eksponaty, m.in. części pocisku V-1 i rakiety V-2 oraz… niemieckiej enigmy!

2fot. latawce.netstrefa.pl

Sztolnie Kowary

Podziemna trasa turystyczna, która w swoich piwnicach kryje eksponaty związane nie tylko z geologią Sudetów, ale również z górniczymi technikami wydobycia rud żelaza i uranu. Będzie można poznać skrywaną przez wiele lat historię na temat wydobywania uranu przez Związek Radziecki.

e04c48eace2415acd5ec5941e7ce941cfot. www.maszwolne.pl

http://www.podroze.pl/polska/dolnoslaskie/tajemnice-dolnego-slaska-10-miejsc-ktore-budza-dreszcz-emocji/5079/

Weekend w Podziemnym Mieście

Na wyjazd do MRU zapisałam się chwilę po tym, jak wróciłam z innego weekendu, Złotego Weekendu w Pieninach. Zachwycona nie tylko pięknem polskich gór, ale również zacnym towarzystwem postanowiłam, że następnym razem z ekipą gdzienaweekend.pl pojadę w każde miejsce, gdziekolwiek by to nie było. No i padło na Międzyrzecki Rejon Umocniony. Nigdy nie interesowałam się militariami, podziemiami, bunkrami czy nietoperzami. Wręcz przeciwnie – nietoperze kojarzyły mi się z Batmanem albo krwiożerczymi wampirami, z wojskiem miałam wspólnego tyle, że swego czasu spotykałam się z żołnierzem, zaś ciemne i wilgotne strefy umiejscowione głęboko pod ziemią przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Zapewne teraz pada pytanie: to po co się tam wybrałaś? A no po to, żeby odkryć nowe tereny, o których istnieniu nie miałam bladego pojęcia, przeżyć niezapomnianą przygodę oraz… odnaleźć złoty skarb!

Na poszukiwanie przygód wyruszyliśmy w piątek późnym popołudniem. Oczywiście w busie nie zabrakło atrakcji w postaci gier integracyjnych, z których słyną wyjazdy organizowane przez ekipę gdzienaweekend.pl. W międzyczasie, dzięki uprzejmości naszego przewodnika Zbyszka, mogliśmy zapoznać się z Gackiem, Mroczkiem, Mopkiem i Nockiem – niektórymi gatunkami nietoperzy oraz wchłonąć trochę wiedzy na temat MRU. Po kilku godzinach drogi, w pełni zintegrowani i odrobinę zmęczeni, szczęśliwie dotarliśmy do ośrodka na kilkugodzinną drzemkę.

Dzień 1 – W poszukiwaniu przygód (i skarbu)

W słoneczny sobotni poranek, tuż po śniadaniu, udaliśmy się do Międzyrzecza. Pierwszym punktem naszego programu było Muzeum Ziemi Międzyrzeckiej im. Adolfa Kowalskiego. Na terenie parku, który umiejscowiony jest na obszarze dwóch rzek Obry i Paklicy mogliśmy podziwiać ruiny zamku królewskiego z czasów Kazimierza Wielkiego. Zamek nie zapadł mi szczególnie w pamięci; jedynie co pamiętam to komnatę tortur, w której znajdowały się różne urządzenia do zadawania bólu. Następnie udaliśmy się do wnętrza Muzeum, by podziwiać największą w Polsce kolekcję portretów trumiennych z XVII i XVIII wieku. Była to sztuka, która cieszyła się ogromną popularnością wśród polskiej szlachty. Portrety mocowano do trumny od strony głowy zmarłego podczas uroczystości pogrzebowych (tak, by on sam mógł „brać” udział w uroczystości). Po zakończeniu uroczystości portret często wieszano na ścianie kościoła, którego zmarły był dobrodziejem. Wiszące na ścianach twarze zmarłych osób sprzed kilkuset lat spoglądały na nas z każdej strony. Dziwnie się czułam w tym miejscu. Muszę przyznać, że nie jestem fanką tego typu „sztuki”. Po zaczerpnięciu kulturowych i artystycznych wrażeń, udaliśmy się do Kęszycy Leśnej. Na miejscu rozpoczęliśmy przygotowania do naszej misji: zmieniliśmy obuwie na kalosze (wreszcie miałam okazję założyć moje piękne kalosze, które na marginesie zrobiły ogromną furorę 🙂 ), przygotowaliśmy latarki i ruszyliśmy przed siebie. Hej, przygodo!

DSCN4058

DSCN4033

Punktualnie w południe wyruszyliśmy w poszukiwania ukrytego skarbu. Podzieleni na dwie drużyny, nie tracąc czasu, rozpoczęliśmy od poszukiwania wskazówek. Nie byłoby w tym nic trudnego, gdyby nie to, że musieliśmy to robić dyskretnie, gdyż drużyna przeciwna deptała nam po piętach! Po odnalezieniu pierwszej instrukcji, ruszyliśmy w głąb lasu w poszukiwaniu kolejnych, które miały zaprowadzić nas prosto do Podziemnego Miasta.

10410106_1638219969738963_3929438781830881870_n

10550816_1638220173072276_8849141630288205384_n

Po wielu trudach i poszukiwaniach, znaleźliśmy tajemnicze wrota. Wyglądały niepozornie, kawałek zamurowanego bunkru, do którego faktycznie wpływało jakieś źródełko. Dlatego, gdy podeszłam bliżej i się przyjrzałam, serce na moment mi zamarło. Widząc jak kompani z drużyny wciskają się do tej dziury, pierwsze co pomyślałam: „W życiu tam nie wejdę!”. Po chwili zastanowienia i kilku głębszych oddechach, do mojej świadomości dotarło, że nie mam większego wyboru. „No dobra, dasz radę” – pomyślałam i zanurzyłam się w czarnej otchłani. Jednak samo wejście okazało się drobnostką. Woda sięgająca kostek, ciasne pomieszczenie, które zdawało się nie mieć końca, niski sufit, przez który trzeba było się schylać, a na dodatek nad głową całe gromady dyndających nietoperzy… Z moimi lekkimi skłonnościami do klaustrofobii, prawie wpadłam w panikę, ale zacisnęłam zęby, skuliłam się na tyle ile mogłam i z zamkniętymi oczami ruszyłam naprzód. W końcu dotarliśmy do miejsca, w którym mogliśmy chodzić wyprostowani, bez obaw, że nietoperz zrobi sobie gniazdo na naszej głowie. To co tam zobaczyłam, przeszło moje wszelkie oczekiwania. Na ścianach i suficie znajdowały się całe stada różnych gatunków nietoperzy. Musze przyznać, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i chociaż uważam te stworzonka za odrażające, to mimo wszystko skradły moje serce. Oczywiście do czasu, kiedy nie zachciało im się krążyć jak szalone tuż nad głowami, czy wydawać nieprzyjemne dźwięki na nasz widok.

DSC_3427

DSCN4063

20141206_132643

Ciemność ogarniała każdy zakamarek bunkru. Bez latarki nie dałoby rady gdziekolwiek się ruszyć. Cały czas trzeba było patrzeć pod nogi i uważać, żeby nie zatopić się w studzience wypełnionej wodą. Na dodatek musieliśmy mieć na uwadze mieszkańców podziemi, żeby ich nie obudzić, a nie daj Boże rozzłościć. W obecnej ciemnicy spędziliśmy ponad godzinę w poszukiwaniu kolejnych ukrytych wskazówek. Z każdymi kolejnymi odnalezionymi instrukcjami zbliżaliśmy się do zdobycia upragnionego skarbu. Byliśmy przekonani, że nasz przewodnik wyprowadzi nas spokojnym i jasnym pomieszczeniem, jednak nasza nadzieja legła w gruzach. Okazało się, że nie ma innego wyjścia i musimy wrócić tym, którym przyszliśmy. Nie byliśmy zadowoleni z tego powodu, ale nikt nie chciał tam zostać. No cóż, jak mus to mus. Przynajmniej wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać. Po wydobyciu się na powierzchnię, zgodnie z dalszymi wskazówkami powędrowaliśmy do lasu, szukając następnego tropu. Niestety przeciwna drużyna jako pierwsza je odnalazła, dlatego też bez większego ciśnienia ruszyliśmy w obranym kierunku (dzięki uprzejmości Zbyszka, który nas pokierował). W międzyczasie Zbyszek oprowadził nas po pobliskich bunkrach i opowiedział nieco historii na ich temat. Odrobinę zmęczeni, ale podekscytowani ruszyliśmy w kierunku busa, by udać się na chwilowy odpoczynek i skonsumowanie obiadu. To, co czekało na nas później było zapowiedzią przygody, której nie powstydziłby się sam Indiana Jones.

Po zregenerowaniu sił, kontynuowaliśmy poszukiwanie skarbu. Środek lasu, ciemność, dwadzieścia zdezorientowanych osób, co tu robić dalej? Przecież skarb sam się nie odnajdzie. Obie drużyny rozproszyły się po okolicy szukając dalszych instrukcji. Ja akurat pobiegłam w przeciwną stronę niż wszyscy. Znajdując się w środku lasu, oddalona o kilkaset metrów od głównej dróżki i reszty kompanów, osaczona ciemnością i samotnością, po chwili stwierdziłam, że nie jest to dobry pomysł żebym tam dalej przebywała. Na dodatek odgłos zbliżających się kroków sprawił, że w mgnieniu oka znalazłam się przy swojej drużynie. No i tyle było z mojej odwagi. Ostatnim punktem na naszej mapie było odnalezienie bunkru, w którym ostatecznie był skarb. Nie było to proste zadanie, gdyż wejście do tych lochów było ukryte w ziemi (jak się okazało, krasnoludki pozostawiły nam wskazówki, które cały czas ignorowaliśmy). Po raz kolejny po zobaczeniu „wejścia” (a właściwe dziury wydrążonej w ziemi) otarłam się o panikę. Mało zachęcające były również słowa Zbyszka, który wszedł pierwszy, by pokazać nam sposób, żeby nie spaść i się nie zabić. „Tym razem nic i nikt nie zmusi mnie, żebym się tam wcisnęła!” – pierwsza myśl, która mi towarzyszyła po zobaczeniu owej dziury. Kolejna była taka, że przecież nie zostanę tutaj sama, a tym bardziej nie wrócę leśna drogą z każdej strony otoczona ciemnością. Jak się okazuje moja silna wola i zdecydowanie również nie ma się najlepiej. „Co ma być to będzie” – pomyślałam i wcisnęłam się do dziury. W środku było mniej przyjemnie niż w poprzednich podziemiach. Przede wszystkim były bardzo ciasne i bardzo zniszczone. Mało tego, wszędzie unosiły się pyły kurzu, którymi można było się zakrztusić. Chwilę nam się zeszło, zanim dotarliśmy do ostatniego punktu – odnalezienie klucza. Najważniejsze, że cel został osiągnięty – po wielu trudach odnaleźliśmy upragniony skarb! Przy wyjściu, ku zaskoczeniu wszystkich, spotkaliśmy innych poszukiwaczy przygód, którzy jak się okazało, przybyli do bunkrów na biwak – spali w środku, na zewnątrz zaś przyrządzali kolację w postaci kiełbasek z ogniska, popijając piwo. Zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi i dumni wróciliśmy do ośrodka na dalszą integrację oraz konsumowanie odnalezionego skarbu w postaci płynnego złota z elementami ciemnej czekolady.

10847796_1638220019738958_5555848201920804959_n

10610668_1638220216405605_7526478536909872030_n

10850037_1638220236405603_3493483991041506845_n

Dzień 2 – Na tropie Białej Damy

Kolejny dzień był spokojniejszy, ale był równie ekscytujący co poprzedni. Po śniadaniu i wymeldowaniu z hotelu wyruszyliśmy do Pniewa, a konkretniej do Muzeum Fortyfikacji i Nietoperzy. Tam czekał na nas przewodnik Kamil, który oprowadził nas po zakamarkach tamtejszych podziemi, opowiadając przy tym ciekawe historie na ich temat.

DSCN4090

Już wszystko to, co znajdowało się na powierzchni było bardzo interesujące. Najciekawszym elementem z nich były kopuły pancerne oraz system zapór przeciwpancernych tzw. „zęby smoka”. To, co najbardziej zapadło mi w pamięć było samo wejście do bunkru, a właściwie szereg pancerzy wokół niego. Na sam jego widok miało się wrażenie, że jest to twierdza nie do zdobycia, a kolejne etapy zabezpieczeń tylko potwierdzały tę tezę. Rzędy podziemnych korytarzy bardzo różniły się od tych z dnia poprzedniego – sucho, przestronnie, z pełnym oświetleniem i małą ilością miniaturowych Batmanów – istny luksus, można rzec. Lochy podzielone były na izby, w których dawniej znajdowały się między innymi: kabina kapitana, kajuty szeregowych, maszynownia czy… pomieszczenie sanitarne. Dalej udaliśmy się na zwiedzanie sytemu podziemnych tuneli. Nie były tak straszne jak te, które mieliśmy okazję poznać wcześniej, więc tym razem nie dostałam ataku paniki na ich widok. Jak się okazało, Pan Kamil maczał palce w naszym wczorajszym poszukiwaniu skarbu, bowiem odpowiedzialny był za umieszczenie kilku wskazówek.

DSC_3446

DSCN4103

DSCN4100

Po ciekawym wykładzie i podziemnym spacerze zaserwowanym przez przewodnika Kamila, pojechaliśmy do Kórnika, by odgadnąć zagadkę tajemniczej Białej Damy. Zamek wyglądał równie pięknie jak na zdjęciach. Architektura łączy ze sobą odrębne style, przez co wzbudza ogromny zachwyt. Początki pałacu sięgają czasów średniowiecza, jednak jego obecny kształt i wygląd pochodzi z pierwszej połowy XIX wieku. Charakterystyczną cechą wejścia głównego jest zwieńczenie głównego okna nad wejściem łukiem Tudora. Stronę południową zdominował łuk indyjski, prawdopodobnie wzorowany na Pawilonie Królewskim w Brighton, a pośrednio na muzułmańskiej architekturze Indii (widać odniesienia do łuków Taj Mahal). Od strony wschodniej wznosi się neogotycka wieża wybudowana dopiero podczas przebudowy zamku przez Tytusa Działyńskiego. Swoją elewacją z czerwonej cegły kontrastuje z resztą zamku. Wokół pałacu rozciągają się liczne ogrody , fontanny oraz pomosty. W 2011 roku Kórnik został uznany za Pomnik Historii Polski.

DSCN4104

DSC_3501

Z tym obiektem związana jest legenda o Białej Damie – najsłynniejszym polskim duchu, który podobno na stale mieszka w pałacu. Niejaka Teofila z Działyńskich, była właścicielka zamku, która według legendy co noc schodzi z obrazu i przechadza się po ogrodach zamkowych. Obraz jest imponujący i zapada w pamięć, znajduje się w sali jadalnej pałacu. Legenda głosi, że mimo zasług względem Kórnika, jeszcze za życia Teofilię zaczęły otaczać niepokojące plotki. Wieści głosiły, że wdowa utrzymuje niemoralne stosunki z mężczyznami, w tym proboszczem katolickim z Kórnika i pastorem luterańskim z Bnina. W XIX wieku wśród okolicznej ludności zaczęto opowiadać, że krótko przed północą Teofila schodzi z portretu i przechodzi na taras zamkowy. Następnie o północy do zamku przyjeżdża rycerz na czarnym koniu, który zabiera ją na przejażdżkę po parku. Nasza pani przewodnik powiedziała, że objawia się tylko wybranych młodzieńcom, co wzbudziło spore rozczarowanie.

SAMSUNG

W wnętrzach znajduje się muzeum z wieloma cennymi zabytkami, między innymi meblami pochodzącymi z różnych epok, przedstawiające odmienne style; obrazy mistrzów polskich i europejskich; rzeźby; kolekcje numizmatyczne; militaria polskie i wschodnie; wyroby rzemiosła artystycznego z porcelany i srebra. Największe wrażenie robi Sala Mauretańska, która nawiązuje do Dziedzińca Lwów w Alhambrze. Pierwotnie miała znajdować się tam biblioteka, później sala muzealna, która do dnia dzisiejszego eksponuje pamiątki narodowe, m. in. zbroje husarskie. Niestety nie dane nam było wnikliwe zwiedzanie, gdyż pani przewodnik cały czas nas spoganiała twierdząc, ze za chwilę muzeum zostanie zamknięte i mamy mało czasu. Nie za bardzo chciała również odpowiadać na nasze pytania, jedynie zbywając nas jakimiś krótkimi odpowiedziami, otwarcie uznając nas za zbyt ciekawską grupę ze Stolicy. Tym (mało) optymistycznym akcentem zakończył się nasz drugi (a zarazem ostatni) dzień weekendu pełnego wrażeń. Po obejrzeniu wnętrz pałacu, zdecydowaliśmy się na ekspresowe obejrzenie bajecznych ogrodów. Następnie powędrowaliśmy do busa i ruszyliśmy w kierunku Warszawy.

SAMSUNG

Wrażenia, wnioski, przemyślenia

Na kilka dni przed wyjazdem, mocno zastanawiałam się czy z niego nie zrezygnować. Jak wspomniałam wcześniej, na wycieczkę do MRU zapisałam się pod wpływem impulsu i emocji związanymi jeszcze z poprzednim wyjazdem. Wydawało mi się, że takie wyprawy „nie są w moim stylu”, bo ze mnie notoryczna panikara, bo tam będzie mokro i brudno, no i pewnie wynudzę się jak mops. Po co ja tam mam się pchać, skoro ani militaria, ani nietoperze, ani bunkry mnie nie interesują? A na dodatek jakaś dziwna gra miejska – bieganie po lesie i włażenie do bunkrów w chłodzie i wilgoci – na pewno zdrowa nie wrócę, a może nawet jakiś nietoperek skosztuje mojej krwi. Jedyne, co mnie trzymało przy tej decyzji to odwiedziny zamku w Kórniku, no ale to za mało, żeby zrekompensować resztę atrakcji. Jakże się cieszę, że pojechałam! Jestem z siebie dumna, że zdecydowałam się na wycieczkę, która „nie była w moim stylu”. Dzięki temu poszerzyłam nie tylko swoje horyzonty, ale również wiedzę na temat miejsc, o istnieniu których nie miałam zielonego pojęcia. Wniosek jest taki: nie bójmy się próbować nowych rzeczy i bądźmy otwarci, bo jak się okazuje możemy bardzo pozytywnie się zaskoczyć. A tak właśnie było w moim przypadku.

Kilka słów o samym MRU

Mówi się, że Międzyrzecki Rejon Umocniony są największymi pomilitarnymi podziemiami w Europie. Fortyfikacje MRU, stanowiące największą atrakcję województwa lubuskiego, wzniesiono w latach 30- tych ubiegłego wieku. Wybudowane w celu odparcia niespodziewanego ataku wojska polskiego. Rozpostarte są na przestrzeni ok. 100 km pomiędzy Wartą o Odrą pośród malowniczych ciągów jezior i licznych kompleksów leśnych. W 1945 roku umocnienia zostały zdobyte przez jednostki radzieckie i następnie wysadzone w powietrze. Zniszczono wiele, ale nie wszystko.

W centralnej części fortyfikacji ocalał bezcenny system podziemnych tuneli o łącznej długości 32 km, sieć magazynów amunicyjnych oraz dworce kolejki wąskotorowej (głębokość sięga do 52 m). Całe założenie drążone było metodą górniczą w latach 1936-1939 i stanowiło zaplecze dla potężnych obiektów wyposażonych w półautomatyczne moździerze, stacjonarne miotacze ognia oraz sieć karabinów maszynowych. Wszystko to ukryte było pod pancernymi osłonami o wadze sięgającej 64 ton, których w Polsce nie zobaczy się praktycznie nigdzie.

Od 2011 roku, obiekty MRU znajdują się w rejestrze zabytków i są częścią całorocznych podziemnych tras turystycznych w ramach Muzeum Fortyfikacji i Nietoperzy w Pniewie. W ich obrębie utworzono w 1980 r. największy rezerwat nietoperzy w Europie. Jest to zimowa kryjówka dla ponad 35 tys. skrzydlatych ssaków.

2000px-MRU_schemat_podziemi.svg

http://www.wikipedia.pl

Garść ciekawostek na temat nietoperzy

DSCN4102 - Kopia