Świątynia Wang w Karpaczu. Kościółek z niesamowitą historią w tle

Do tej pory nigdy nie byłam w Karpaczu (shame on me), ale dużo słyszałam o tej miejscowości. Właściwie nie tyle o samej miejscowości, ale o jednym z niezwykłych obiektów znajdujących się tam, a mianowicie norweskiej Świątyni Wang. Kościół ten stanowi swoistą atrakcję turystyczną Karpacza. Nic dziwnego, bo brzmi oraz wygląda egzotycznie i tajemniczo, a historia tego miejsca również jest nieszablonowa. I chociaż nie jestem wielbicielką obiektów sakralnych (z kilkoma wyjątkami), to ten enigmatyczny obiekt bardzo przypadł mi do gustu. Nie widziałam jeszcze tak oryginalnego kościoła z tak interesującą historią w tle.

Norweski skarb narodowy w sercu polskich Karkonoszy

Jednym ze skarbów narodowych Norwegii jest grupa średniowiecznych drewnianych kościółków. Charakteryzują się one nietypową  konstrukcją wykonaną z pionowych słupów umocowanych w podwalinie i wieńcu, a stabilizowanych krzyżulcami. Prawdopodobnie są to najstarsze budowle drewniane w Europie, które zachowały się w całości. Część elementów dekoracyjnych pokryta została skomplikowanymi plecionkami, wśród których wyrzeźbiono smoki, ptaki i wojujących rycerzy.

Tego typu kościółki przetrwały dzięki surowemu klimatowi północy, ale też solidnemu wykonaniu i dobrej opiece nad nimi. Najstarszy z nich pochodzi z połowy XIII wieku, ale większość jednak zbudowano w kolejnym stuleciu. Obecnie pozostało ich już niewiele, dlatego też norwescy konserwatorzy zabytków obchodzą się z nimi jak z najcenniejszymi klejnotami.

Dziwnym trafem jeden z tych kościółków, za sprawą norweskiego malarza, króla pruskiego oraz pewnej śląskiej hrabinie, znalazł się w polskim Karpaczu. Świątynia malowniczo komponuje się z surową, górską przyrodę u podnóża masywu Karkonoszy. Bez wątpienia ten średniowieczny norweski kościółek Wang jest największą atrakcją Karpacza.

Co norweska świątynia robi w śląskich górach?

Świątynię wzniesiono na początku XIII-wieku i przez ponad 600 lat służyła początkowo katolickiej, a później luterańskiej ludności mieszkającej  na dalekiej północy, w południowej części Norwegii w regionie Valdres, nad otoczonym wysokimi górami jeziorem Vangsmjøsa. Stąd też wywodzi się jego nazwa. W XIX wieku kościółek okazał się za mały i wymagał kosztownej naprawy. Gmina postanowiła go sprzedać, by zdobyć pieniądze potrzebne na budowę nowej, znacznie większej świątyni. Dzięki staraniom zamieszkałego w Dreźnie norweskiego malarza Jana Christiana Dahla, zabytek został zakupiony przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV. Po sporządzeniu dokumentacji architektonicznej kościół rozebrano na części i w 1841 roku przewieziono w skrzyniach statkiem do Szczecina, a następnie do Muzeum Królewskiego w Berlinie.

Ostatecznie król jednak się rozmyślił i zrezygnował z postawienia kościoła w skansenie na Wyspie Pawiej koło Berlina. Zaprzyjaźniona z królem hrabina Fryderyka von Reden przekonała go, by świątynie przewieść do Karkonoszy, by mogła służyć tamtejszym ewangelikom. Miejsce pod budowę na zboczu Czarnej Góry (885 m n.p.m.), które leży w połowie drogi z dolnego Karpacza na Śnieżkę, ofiarował hrabia Christian Leopold von Schaffgotsch. Okazało się, że znaczna część oryginalnych elementów kościoła nie nadawała się do użytku, a z Norwegii przewieziono jedynie jedną piętnastą jego fragmentów. Brakujące części dorabiano w trakcie budowy na podstawie rysunków.  2 sierpnia 1842 roku król Fryderyk Wilhelm IV osobiście położył kamień węgielny, a dwa lata później nastąpiło uroczyste otwarcie i poświęcenie kościoła przy udziale króla i jego małżonki oraz wielu innych znanych i ważnych osobowości.

Czy to faktycznie kościół katolicki czy pogańskie miejsce kultu?

No właśnie, o co tutaj chodzi? Bo to kościół katolicki, a jednak wiele elementów na elewacji i ołtarzu temu zaprzecza. Świątynia wykonana jest z sosny norweskiej, która – nasycona żywicą – wykazuje niezwykłą trwałość, dlatego też nieliczne tylko elementy wymagały podczas odbudowy napraw i uzupełnień. Zrekonstruowano otaczające kościół podcienia, zwane w Polsce sobotami. Służyły one jako izolacja przed zimnem ścian nawy i prezbiterium oraz jako miejsce oczekiwania na rozpoczęcie nabożeństwa. Co ciekawe, konstrukcja kościoła wykonana jest bez użycia gwoździ, a wszystkie połączenia wykonano przy pomocy drewnianych złączy ciesielskich. Tutaj też przed wejściem do kościoła zostawiano broń. Wysokie, pokryte gontem dachy zdobią przy kalenicach sterczyny w kształcie otwartych smoczych paszcz, przypominające dzioby długich łodzi wikingów. Do bocznej ściany dostawiono wieżę-dzwonnicę, zbudowaną już ze śląskiego granitu, która chroni drewniany kościółek przed ostrymi podmuchami wiatru wiejącego od strony Śnieżki.

Główny portal, przez który wchodzi się do wnętrza, ozdobiony jest półkolumienkami ozdobioną gęstą plecionką wężów i roślin. Wyrzeźbione twarze wojowników w szpiczastych hełmach – z wysuniętymi, rozdwojonymi jak u wężów językami – mają symbolizować przekazywanie wiedzy i mądrości kolejnym pokoleniom. Na kolumienkach stoją stylizowane lwy, które występują w symbolicznej roli strzegących bram. W górnych narożnikach XIII-wiecznych portali umieszczono uskrzydlone smoki, trzymające w paszczach poziomo położoną ósemkę, czyli pętlę nieskończoności. Są też na nich znaki pisma runicznego.

Runy to znaki pisma zgłoskowego, którego używali na początku naszej ery przez ludy Europy północnej i północno-zachodniej. Znaki te ryto zazwyczaj w kamieniu, metalu, kości i drewnie. Wzorowano je na alfabecie greckim lub łacińskim. Aż do XIX wieku utrzymywały się one pośród narodów skandynawskich jako pismo chłopskie i zdobnicze. Podobno w samej Norwegii znajduje się około 1600 napisów runicznych.

W kościele nie brakuje jednak typowo chrześcijańskich odniesień. Kolumny stojące przed ołtarzem przedstawiają zwycięstwo Dawida nad Goliatem oraz proroka Daniela w jaskini lwów. Elementy te zostały zrekonstruowane w trakcie odbudowy kościoła przez rzeźbiarza Jakuba z Janowic. Także krucyfiks wykonany w 1844 roku z jednego pnia dębowego, jest dziełem tego samego artysty. Ambona – chociaż wykonana na miejscu – powstała z drewna sprowadzonego z Norwegii. Jedynie barokowa chrzcielnica jest miejscowym elementem i pochodzi z rozebranego kościoła z okolic Wałbrzycha.

Niestety wtedy, kiedy tam byłam Świątynia była zamknięta, dlatego też zdjęcia wnętrza pochodzą z internetu 😦

Kościół to nie wszystko

Sam kościół jest nie lada atrakcją, ale także plac, na którym znajduje się Świątynia stanowi nie lada atrakcję. Na przykościelnym cmentarzu pochowani zostali zarówno wierni z miejscowej parafii (np. Henryk Tomaszewski) oraz ich duszpasterze, jak również osoby, które zginęły w górach (np. Julianne Caroline Korber – właścicielka Riesenbaude, zmarła 22 listopada 1884 i pochowana 6 dni później). 29 kwietnia 2014 roku na cmentarzu przy świątyni Wang został pochowany Tadeusz Różewicz – polski poeta, dramaturg, prozaik i scenarzysta, autor m. in. „Niepokoju”, „Szarej strefy” czy „Kartoteki”.

Informacje praktyczne

Adres: ul. Na Śnieżkę 8, 58-540 Karpacz

Godziny otwarcia: w okresie od 15.04 do 31.10 zwiedzanie w godz. 9.00 – 18.00, w okresie od 1.11 do 14.04 zwiedzanie w godz. 9.00 – 17.00. W niedziele i święta zwiedzanie rozpoczyna się o godzinie 11.30.

Ceny biletów: normalny – 10 zł , ulgowy – 5 zł, wstęp na plac kościelny – 2 zł.

Strona www: http://wang.com.pl/

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Marcin Margielewski „Urodziłam dziecko szejka”

Życie pisze różne scenariusze, ale te, o których w swoich książkach opowiada Marcin Margielewski mogą przerazić nawet że samego mistrza horrorów, Stephena Kinga. Czasami wręcz trudno uwierzyć, że takie historie wydarzyły się naprawdę, że nie jest to czysta fikcja, ale stuprocentowa, przerażająca do szpiku kości prawda. Poprzednie książki Marcina bardzo szokują, a ale ta przebiła wszystkie. Z przerażeniem, niedowierzaniem, gniewem i głębokim współczuciem wertowałam kolejne stronice książki. Sama bohaterka, po niemal dekadzie od tamtych wydarzeń, była gotowa opowiedzieć historię, która ją spotkała. Tych zwierzeń wysłuchał Marcin Margielewski, a efektem ich rozmów jest książka „Urodziłam dziecko szejka”.

Dla wielu ludzi ZEA czy Arabia Saudyjska kojarzą się z pewnego rodzaju prestiżem i luksusem. Dlatego też tak ochoczo wykupują wczasy do tych krajów, by potem pochwalić się pięknymi zdjęciami na pustyni czy pośród ociekających złotem ekskluzywnych hotelowych wnętrz. Ale czy tak naprawdę posiadają jakąkolwiek wiedzę na temat krajów Bliskiego Wschodu? Czy wiedzą, jak mają się zachować i ubrać, że pewne rzeczy, które nam wydają się całkowicie normalne, w tamtej części świata są zakazane? Natomiast za złamanie tych zasad nie ma żadnej taryfy ulgowej, a „przestępcy” trafiają do więzienia o zaostrzonym rygorze, bez możliwości otrzymania pomocy prawnej czy nawet skontaktowania się z rodziną. Nieustannie zadziwia mnie fakt, że ludzie kuszeni ogromnymi pieniędzmi podejmują pracę w luksusowym Dubaju czy Rijadzie, zaczynając nowe życie, zostawiając swoją przeszłość za sobą. Nie ma w tym nic dziwnego, ale miejsce na nowe życie trzeba podjąć z rozwagą i pewną wiedzą, a nie kierować się jedynie pieniędzmi. Ola – bohaterka książki Marcina Margielewskiego – tego nie zrobiła, a jej historia jest przerażająca, natomiast ona sama do końca swych dni ponosić będzie konsekwencje swojego nierozważnego wyboru.

Ola to młoda i oddana pielęgniarka, która dostaje pracę w szpitalu w Dubaju. W międzyczasie otrzymuje bardzo atrakcyjną finansowo propozycję pracy jako opiekunka niepełnosprawnej córki saudyjskich arystokratów. Na miejscu okazuje się, że pani domu ma dla niej zupełnie inne zadanie niż to, na które wskazywał kontrakt. Dziewczyna wpada w idealnie dopracowaną pułapkę intryg trzęsącej arabską rodziną matrony i znajduje się w sytuacji bez wyjścia. W tym całym oszustwie jest jeden cel – macierzyństwo za wszelką ceną, niezależnie od jakichkolwiek konsekwencji. Ola wbrew swojej woli i świadomości zachodzi w ciążę z synem saudyjskiego szejka. Rozpoczyna się koszmar, który na zawsze odmieni i odciśnie piętno na jej życiu, bo w Arabii Saudyjskiej za nieślubną ciążę grozi nawet kara śmierci.

Po przeczytaniu najnowszej książki Marcina Margielewskiego skrajne emocje nadal we mnie buzują. Szok, że taka historia w ogóle miała miejsce we współczesnym świecie. Niedowierzanie, że Ola była tak naiwna jeśli chodzi o wiedzę na temat stanu swojego zdrowia – uwierzyła słowom i zapewnieniom kobiety, która ledwo umie czytać. Ja rozumiem, że informacja o chorobie mogła nieco zaćmić jej umysł, ale że dopiero po serii „kuracji” przygotowującej do leczenia i operacji zażądała, żeby lekarz powiedział jej łaskawie na co choruje. No cóż, ja nie dałabym sobie niczego wstrzyknąć zanim lekarz nie uświadomi mnie o stanie zdrowia. Gniew, że nikt z rodziny królewskiej nie poniósł żadnej odpowiedzialności karnej, a sprawa została zamieciona pod dywan. Współczuję Oli, że do końca swych dni będzie musiała dźwigać ciężar tych wydarzeń, które mają negatywne konsekwencje, nie tylko psychiczne, ale również fizyczne.

Zastanawia mnie, dlaczego kobiety potrafią tak bardzo krzywdzić inne kobiety, a zwłaszcza w kraju, w którym wszystkie praktycznie nie mają żadnych praw. Podobno w piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które z premedytacją krzywdzą inne kobiety. Jednak za to, jaki los szejka Safa zgotowała nie tylko Oli, ale także własnej rodzinie powinna odpokutować również za życia. Jednak tek, kto jest u władzy i ma pieniądze, ale nie ma żadnego sumienia i moralności, może czuć się bezkarny. Tak właśnie było w przypadku saudyjskiej rodziny królewskiej – nikt nie zapłacił za krzywdę, jaką wyrządzili dziewczynie z Europy Wschodniej oraz innym obcokrajowcom. Już nie chodzi tylko o sam islam, bo w każdej religii czy ogólnie społeczeństwie skrajny konserwatyzm skutkuje odebraniem wolności i szeregiem zakazów lub nakazów. Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego Ola nic z tym nie zrobiła, bo gdyby zwróciła się do konkretnych władz, rozpętałaby się międzynarodowa afera. A może gdyby więcej tego sytuacji wychodziło na światło dzienne – nie tylko w książkach, być może rodzina królewska i inni „uprzywilejowani” bogacze z Bliskiego Wschodu nie wyrządzałaby tylu krzywd niewinnym ludziom, nie czuliby się bezkarni i ponosiliby konsekwencje swoich okrutnych i niemoralnych czynów.

Za książkę dziękuję:

Jeśli interesuje Was tego typu tematyka, to polecam również te książki, ale ostrzegam – to dla czytelników o mocnych nerwach.

Iwona Blecharczyk „Trucking Girl. 70-metrową ciężarówką przez świat”

Iwona Blecharczyk opisuje, jak wygląda męski świat, do którego odważyła się wkroczyć kobieta. Zdradza kulisy pracy kierowcy samochodów ciężarowych i bez owijania w bawełnę opowiada o zaletach i wadach tego zawodu.

O czym marzy młoda dziewczynka z małej miejscowości? Ano o tym, że znajdzie spokojną i stabilną pracę, wyjdzie za mąż za dobrego mężczyznę i będzie mieć z nim gromadkę dzieci. Tak też było w przypadku Iwony Blecharczyk, która marzyła o zostaniu weterynarzem i o posiadaniu szczęśliwej rodziny. Życie zaskoczyło ją i poprowadziło w zupełnie innym kierunku. Iwona Blecharczyk jest jedną z najbardziej znanych Polek na świecie. Kiedy przewozi wielotonowy ładunek po zamarzniętym jeziorze albo dostarcza olbrzymie skrzydło wiatraka na zabagnione pole, jej wyczyny podziwiają miliony obserwujących jej konto na You Tube. To właśnie jej przyznano zaszczytny tytuł „Barbie Shero” – ambasadorki akcji mającej na celu pomóc dziewczynkom uwierzyć, że mogą zostać, kim tylko chcą.

Iwona Blecharczyk pochodzi z małej podkarpackiej miejscowości. Jej rodzina nigdy nie podróżowała, w domu zawsze brakowało pieniędzy. Jako mała dziewczynka musiała pracować w gospodarstwie, a prowadzić samochód nauczył ją pierwszy chłopak. Startowała z sukcesami w konkursie Miss Polonia, interesowała się modą i sama projektowała oraz szyła wymyślne sukienki. Myślała o karierze weterynarza, ale ostatecznie została nauczycielką języka angielskiego. Uciekła ze szkoły, by poczuć prawdziwą wolność – nocą za kółkiem. Ostatecznie Iwona została zawodowym kierowcą ciężarówki oraz influencerką. Najczęściej przewozi ładunki ponadgabarytowe ładunki, o długości dochodzącej nawet do siedemdziesięciu metrów. Natomiast przez swoją działalność w mediach społecznościowych stara się wpłynąć na pozytywną zmianę wizerunku w branży transportowej.

Kiedy patrzę na jej zdjęcia, to sobie myślę: Jak to możliwe, że tak atrakcyjna blondynka zdecydowała się na tego typu karierę? A przecież odnosiła sukcesy jako nauczycielka, krawcowa, a także zdobyła tytuł Miss Podkarpacia. Iwona Blecharczyk w swojej książce opisuje cienie i blaski życia zawodowego truckera. Dowiemy się  co wpłynęło na to, że porzuciła wszystko i postawiła na jedna kartę. Poza tym, że spełnia swoje marzenia, to nie pomija tego, że to kawał ciężkiej i niebezpiecznej roboty. Już nie chodzi tylko o sam fakt prowadzenia ogromnej ciężarówki przez tysiące kilometrów, ale także o stereotypowe i seksistowskie podejście do kobiet w tej branży. Pisze o tym, jak brutalnie traktują zawodowych kierowców, tym bardziej, jeśli pochodzą z Europy Wschodniej. Dzięki swojej działalności w mediach społecznościowych pokazuje, jak faktycznie wygląda ten zawód, a tym bardziej jeśli jest się kobietą. Ogromny szacun dla tej kobiety.

„Trucking Girl. 70-metrową ciężarówką przez świat”  czyta się z wypiekami na twarzy, ja pochłonęłam ją w dwa dni. To fascynująca opowieść o nietypowym życiu kobiety z małej miejscowości, dla której świat stanął otworem. Bije od niej autentyczność i widać wyraźnie pasję do tego co robi, ale nie ukrywa, że momentami bywa naprawdę ciężko. To książka o tym, że zawsze warto być sobą i dążyć do spełnienia marzeń, nawet jeśli w Ciebie nie wierzą i rzucają Ci kłody pod nogi. Podróż krętymi drogami z Iwoną Blecharczyk pozwala nie tylko poznać życie prawdziwego truckera, ale także obalić wiele stereotypów.

„Trucking Girl. 70-metrową ciężarówką przez świat”

Skaros Rock. Sekretna atrakcja Santorini

Santorini słynie z wielu atrakcji, takich jak kolorowe plaże czy białe domki z niebieskimi kopułami. Jednak ilu ludzi słyszało o Skaros Rock? Przyznam się bez bicia, że zanim przybyłam na wyspę, nie słyszałam o tym miejscu, dopiero jeden z lokalesów powiedział mi, żebym koniecznie tam poszła. Oczywiście skałę doskonale widać z całej wyspy i nawet kilkukrotnie przechodziłam obok niej, ale do głowy mi nie przyszło, że można się tam wdrapać. Dopiero po sugestii i rekomendacji N., pognałam tam następnego dnia.

Cypel z dużym potencjałem

Czym jest to tajemnicze Skaros Rock? To duży skalny cypel na egejskiej wyspie Santorini. Formacja ta powstała w wyniku aktywności wulkanicznej (prawdopodobnie w wyniku erupcji datowanej na 68 tys. lat p.n.e.) pobliskiej kaldery Santorini i od tego czasu jest dalej kształtowana przez erozję i trzęsienia ziemi. W związku z tym, że był to doskonały punkt obserwacyjny, podwyższone położenie skały uczyniło z niej znakomite miejsce do utworzenia fortyfikacji obronnych.

Początki tego miejsca sięgają początku XIII wieku, a pomysłodawca i zleceniodawcą tego przedsięwzięcia było Cesarstwo Bizantyjskie, które zatrudniło znakomitego weneckiego architekta Giacomo Barozziego do budowy fortecy wokół cypla. Początkowa konstrukcja, znana jako „La Roka” (po grecku „Górny Zamek”), została ukończona w 1207 r. W kolejnych latach osada stopniowo rozrastała się, a wokół cypla zbudowano wiele domów mieszkalnych i pozostałych fortyfikacji. U podstawy formacji zbudowano zespół kościelny, kaplicę Panagia Theoskepasti oraz mały port. Do czasu przejęcia wyspy przez Republikę Wenecką w 1336 roku, osada liczyła ponad 200 domów i kilkuset mieszkańców. Ponieważ Skaros było największą osadą na wyspie, twierdza stała się stolicą weneckiego Santorini. Przez kolejne wieki wyspa stała się celem najazdów wielu wrogich wojsk, między innymi tureckich. Podczas gdy inne osady ucierpiały, fortyfikacje Skaros i położenie tego punktu wysoko na klifach zachodniego Santorini chroniły miasto przed najeźdźcami.

Skaros był znaczącą osadą do momentu, kiedy wulkan zaczął o sobie dawać znać – stał się aktywny, a pierwszy wybuch nastąpił w 1650 roku. Erupcja ta spowodowała kilka silnych trzęsień ziemi, które skutkowały zawaleniem się znacznej części miasta do morza. Wulkan kontynuował okresy aktywności: od 1701 do 1711 i ponownie od 1866 do 1870. Erupcje z XVIII wieku miały znaczący wpływ, ponieważ spowodowały, że większość mieszkańców Skaros w strachu przeniosła się do Firy (obecnej stolicy wyspy) lub pobliskiej wioski Imerovigli. Stara wenecka forteca została później opuszczana i na początku XIX wieku składała się z zaledwie kilku zniszczonych ruin, które możemy do dzisiaj podziwiać. 

Skała z widokiem na całą kalderę

Spacerując po czerwonawej skale, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś było tam ważne miasto z murami obronnymi. Teraz pozostał jedynie skrawek lądu, po którym trzeba balansować, a przy wietrznej pogodzie (czyli zawsze) trudno utrzymać równowagę. Z dawnych licznych mieszkań pozostało tylko kilka ruin. Na cyplu wiało niemiłosiernie, a spódnica powiewała mi na wszystkie strony. Dodam, że była to spódnica sięgająca samych kostek, którą próbowałam trzymać z ze wszystkich stron, ale i tak dzięki kapryśnej pogodzie co niektórzy mogli podziwiać moje majtki.

Na samym szczycie znajduje się najwyższy punkt widokowy na wyspie, ale przy tak silnym wietrze nie miałam odwagi wspiąć się na samą górę. Już przy samych schodzeniu w dół po schodkach wiatr miotał mną jak szalony. Mimo, że zrezygnowałam z wdrapywania, to widok z niższych partii skały był całkiem zacny. Co do jednego Wenecjanie mięli rację, bo widok jest zdumiewający – ze skały widać niemal całą zatokę.

Skarb ukryty u podnóża skały

Jednak to, co najcenniejsze znajduje się u stóp Skaros Rock. Gdy dotarłam (jak mi się wydawało) na kraniec skały, postanowiłam wracać na górę, ale coś mnie zastanowiło – schodki prowadzące jeszcze niżej. Niepewnym krokiem ruszyłam w dół, chociaż doskonale zdawałam sobie sprawę, że czeka mnie podwójna ilość schodów prowadzących w górę do pokonania w drodze powrotnej. Zaufanie intuicji było dobrym pomysłem. U podnóża skały znajduje się uroczy kościółek niewielkich rozmiarów, z którego widok jest jeszcze lepszy niż ze szczytu skały.

Budynek z niebieską kopułą i dzwonnicą nazywany jest Chapel of Panagia Theoskepasti. Nie jest to znana atrakcja turystyczna, słabo widać go z góry – dopiero jak się wychyli, to wtedy można go dostrzec. W związku z tym, że nie jest on popularny i nie każdemu chce się zejść na sam dół skały, niewielu turystów tam dociera. Ja miałam farta, bo kiedy się tam pojawiłam, jakaś para robiła sobie artystyczne zdjęcia, więc i ja się na takie załapałam 🙂

Jak się tam dostać?

Szlak prowadzący do tego miejsca prowadzi przez strome kręte schody z miasteczka Imerovigli, tuż pod hotelem Grace. Ścieżka zaczyna się betonowymi schodami prowadzącymi w dół i cienką drucianą poręczą, która przechodzi w żwirową ścieżkę bez żadnej barierki. Przy samym wejściu na skałę znajduje się klimatyczny kościółek Agios Georgios oraz betonowa platforma, z której również można podziwiać widok na kalderę i wulkan. Wiele osób wybiera się na skałę na krótką wycieczkę podczas wędrówki szlakiem z Firy do Oia.  Wizyta na Skaros powinna zająć co najmniej godzinę w jedną stronę, a jeśli – tak jak ja – chcemy zrobić zdjęcie każdemu kamieniowi, to spacer zajmie znacznie więcej czasu. Zdecydowanie lepiej jest wybrać się tam po południu, tak po godzinie 17:00, bo trasa w pełnym słońcu jest dość uciążliwa. Droga powrotna w górę jest męcząca, bo trzeba pokonać setki kamiennych schodów, a upał daje się we znaki. Jednak widok ze skały wart jest każdego wysiłku.

Powiedziano mi, żebym na wędrówkę po skale założyła sportowe buty, bo będzie wygodniej i bezpieczniej. Absolutnie nie neguję tego, ale na wakacje zazwyczaj nie zabieram sportowych butów, więc  jedynym „sportowym” obuwiem jakie spakowałam do walizki były baleriny 🙂 Akurat tego dnia miałam na sobie sandałki i mimo wszystko zdecydowałam się tam pójść, chociaż ostrzegali mnie, że nie dam rady w nich nigdzie dojść. No cóż, nogi nie złamałam, zębów nie wybiłam, nawet żadnego siniaka nawet nie nabiłam, a i sandałki ocalały 🙂 Aczkolwiek rozsądek podpowiada, że lepiej jest założyć jakieś stabilniejsze buty.

Skała najpiękniej prezentuje się o zachodzie słońca. Tutaj pisałam więcej o santoryńskich zachodach słońca.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Pozostałe posty o Santorini:

Warszawa. Osiedle Przyjaźń – kolorowe oblicze stolicy

Istnieje takie miejsce w Warszawie, które jest wyjątkowe. Nie tylko ze względu na swój unikatowy styl i urok, umiejscowienie pośród pięknej i zadbanej zieleni, ale przede wszystkim na burzliwą historię. Co ciekawe, miejsce to znajduje się o „rzut beretem” od mojego obecnego domu. A żeby było jeszcze zabawniej, przez około 2 lata mieszkałam w bezpośrednim sąsiedztwie Osiedla Przyjaźń – bo o nim właśnie mowa. Wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, żeby udać się tam na spacer. Jak to mówią – pod latarnią najciemniej. W końcu, po latach kręcenia się w pobliżu, dotarłam tam w pewne jesienne, słoneczne, pandemiczne popołudnie.

Osiedle Przyjaźń mieści się między największymi ulicami na Bemowie/Woli: Górczewską, Jana Olbrachta, Powstańców Śląskich oraz trasą kolejową. Pomimo tego, że umiejscowione jest pomiędzy ruchliwymi trasami samochodowymi i tramwajowymi, skręcając w boczną uliczkę odnosi się wrażenie, że przenieśliśmy się na obrzeża stolicy, na spokojną wioskę, ukrytą perełkę z dala od miejskiego zgiełku. Przechadzając się pomiędzy uliczkami miałam wrażenie, że znalazłam się w warszawskiej wiosce Smerfów, a tamtejsze budynki kojarzyły mi się z  cerkwiami na Podlasiu, chyba przez te kolory 🙂 To ewenement zarówno w skali Warszawy jak i całego kraju. Na próżno szukać drugiego takiego osiedla.

Burzliwa historia „Przyjaźni”

Niegdyś Jelonki – teren, na którym znajduje się dzisiejsze osiedle – były osobną wsią, która została przyłączona do Warszawy w 1951 roku. Rok później wybudowano tam barakowe osiedle „Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”, które miało zasiedlić kilka tysięcy radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki wraz ze swoimi rodzinami.  Właścicieli ziem, którzy tam mieszkali w przyspieszonym tempie eksmitowano, a w zamian zaoferowano grunty zamienne pod Warszawą lub na Ziemiach Odzyskanych.

Na osiedlu wybudowano dwa rodzaje drewnianych pawilonów: hotelowe dla robotników oraz domki jednorodzinne dla kadry kierowniczej i technicznej. Elementy konstrukcji zostały przywiezione spoza Warszawy i zmontowano je na miejscu. Niektóre z nich przypominają staropolskie dworki, a inne zaś typowe baraki. Jak się okazuje, część z nich zostało zbudowane z materiałów pochodzących  z rozbiórki obozu jenieckiego Stalag I-B „Hohenstein” koło Olsztynka. Gdyby było za mało skojarzeń z obozem, to pikanterii doda fakt, że osiedle otaczał drut kolczasty, a bramy strzegli wartownicy. Inna część domków przybyła z Finlandii – pierwsza dostawa dotarła do Polski rok po zakończeniu wojny. Polska zawarła kontrakt: domki za narodowy węgiel, a pomysłodawcą transakcji wiązanej z Finami był Jan Mitręga, ówczesny minister górnictwa i energetyki.

Początkowo domki malowano jedynie w dwóch wariantach kolorystycznych: niebiesko-białym oraz czerwono-białym, ale dzisiaj widać tam cała paletę barw i odcieni. Na terenie osiedla znajdowały się wszystkie niezbędne obiekty, między innymi: siłownia, kino, łaźnia, dom kultury, biblioteka, przychodnia lekarska,  kotłownia oraz dwa boiska sportowe. Dodatkowo wybudowano ponad 8 km osiedlowych dróg i ulic, posadzono około 4 tysiące drzew i 40 tysięcy krzewów, a w celu odprowadzania ścieków w 1952 roku oddano do użytku Stację Pomp Kanałowych „Jelonki”. W szczytowym czasie budowy Pałacu Kultury i Nauki na osiedlu mieszkało około 4,5 tys. osób. Odbywały się tam również festyny, spotkania młodzieży radzieckiej i polskiej, okolicznościowe akademie i zawody sportowe. Takie trochę miasto w mieście.

Ku chwale nauki

Po zakończeniu budowy Pałacu Kultury i Nauki w maju 1955 roku, z polecenia Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, osiedle przekazano z zamysłem przekształcenia je na domy studenckie warszawskich uczelni. We wrześniu tego samego roku domki zamieszkiwało już około 3 tysiące studentów oraz pracowników naukowych. To właśnie wtedy osiedlu nadano nazwę „Przyjaźń”. Na terenie o powierzchni 32 ha powstały 33 domy studenckie, 9 hoteli asystenckich, 19 bloków asystenckich, 77 domów jednorodzinnych dla pracowników uczelni oraz 2 hotele robotnicze. Każdego roku odbywało się święto studenckie nazywane „Jelonkaliami”.

Do dnia dzisiejszego osiedle funkcjonuje jako akademiki studenckie. Dawne osiedle budowniczych Pałacu Kultury i Nauki składa się z dwóch części: budynki wielorodzinne pełnią funkcje domów studenckich, a w domkach jednorodzinnych mieszkają pracownicy naukowi lub ich potomkowie. Aktualnie funkcjonuje 25 domków studenckich, 35 domków mieszkalnych, 77 domków jednorodzinnych, 3 nowe akademiki studenckie, Ratusz Gminy Bemowo oraz wspomniane obiekty socjalne, kulturalne i administracyjne. Mieszka tu obecnie około 1300 studentów. Osiedle Przyjaźń jest własnością Skarbu Państwa. Mają tam swoje siedziby Klub Karuzela, Biblioteka Publiczna Warszawa-Bemowo z czytelnią oraz sala zabaw dla dzieci Kolorado.

Wylęgarnia celebrytów

Przechadzając się po uliczkach w ogóle nie odczuwa się, że znajdujemy się w stolicy kraju, w obrębie ruchliwych i zatłoczonych ulic. Pomimo położenia w dużej dzielnicy, można poczuć się jak na  spokojnych przedmieściach, albo leniwej wiosce, gdzie czas płynie własnym tempem. Jesienna sceneria drzew i krzewów daje przyjemne ukojenie i wytchnienie od zatłoczonego miasta. Drewniana zabudowa, momentami podniszczona i zbutwiała, przypomina trochę klimaty jak z westernu. Jednak pomimo całego mojego zachwytu nad tym miejscem, nie chciałabym tutaj mieszkać. Można odczuć, że brakuje tutaj anonimowości, którą bardzo sobie cenię. Pochodzę z dużo mniejszej miejscowości niż stolica i wiem, czym jest spoufalanie się i plotkowanie z sąsiadami – to prawie nigdy nie kończy się happy endem.

Wracając do tego wątku. Na Osiedlu Przyjaźń mieszkało wielu znanych dzisiejszych celebrytów, między innymi: Leszek Balcerowicz (były Minister Finansów), Tomasz Borecki (rektor SGGW), Andrzej Walicki (historyk), Andrzej podsiadło (Prezes PKO BP), Jerzy Bralczyk (językoznawca) oraz Krzysztof Tyniec (aktor).

Poza tym Osiedle Przyjaźń pojawiło się jako główna lokalizacja w etiudzie Jana Komasy „Fajnie, że jesteś” (2003), która została nagrodzona na Festiwalu Filmowym w Cannes w 2004 roku.

Niepewna przyszłość

W związku z tym, że osiedle jest własnością Skarbu Państwa, jego losy są niepewne. Mieszkańcy sami do końca nie wiedzą, jak przyszłość ich czeka – od kilkunastu lat słyszą sprzeczne informacje o likwidacji osiedla, a tym samym nie mogą wykupić tych mieszkań i domów na własność. Wyraźnie widać przemijający czas, bo niektóre budynki są w złym stanie, np. z odklejającą się farbą ze ścian, starymi oknami, z coraz częstszymi problemami z kanalizacją i instalacją elektryczną. Poza tym część działek objętych jest roszczeniem potomków mieszkańców, których wywłaszczono z tego terenu w latach 50. ubiegłego wieku.

Plan zagospodarowania Warszawy niestety nie jest jasno sprecyzowany. Nieopodal „Przyjaźni” powstało nowoczesne, ogromne osiedle mieszkaniowe „Przyjaciół”, niewykluczone zatem, że jakiś deweloper w najbliższej przyszłości nie położy łapy na tym obszarze. Jedynym rozwiązaniem jest wpisanie Osiedla przyjaźń do rejestru zabytków, o co mieszkańcy walczą od lat. Oby im się udało, bo Warszawa straci unikalną, kolorową idyllę.

Jak dojechać do Osiedla Przyjaźń?

Dojazd do osiedla nie jest skomplikowany, ale może zająć nieco czasu – w zależności z którego krańca Warszawy przybywamy. Od ul. Górczewskiej należy wysiąść na przystanku Konarskiego, zaś od ul. Powstańców Śląskich na przystanku Czumy.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

„Marco Polo”

Jesień w pełni, pogoda za oknem nie rozpieszcza. Netflix oferuje coraz to więcej filmów i seriali, starszych i nowszych. W czeluściach tej nieskończoności wygrzebałam produkcję, która pochłonęła mnie od razu – serial „Marco Polo” z 2014 roku. Jaka szkoda, że nie ma więcej takich perełek, a może są tylko jeszcze ich nie odkryłam?

Młody Marco Polo wraz ze swym ojcem i stryjem przemierzają Jedwabny Szlak. Docierają do imperium wielkiego władcy mongolskiego – Kubilaj Chana, wnuka potężnego Chingis Chana. Młody, niedoświadczony i strachliwy Marco zostaje sprzedany przez własnego ojca i zdany na łaskę groźnego władcy Imperium. Aby przeżyć na dworze okrutnego azjatyckiego cesarza, musi wykorzystać swoje umiejętności w walce i politycznej grze. Nazywany pogardliwie przez mieszkańców stolicy Łaciennikiem lub Krągłookim, stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości i uczy brutalnych reguł panujących na dworze. A wszystko to okraszone dużą dawką intryg, skandali, sztuk walki i imponujących bitew, przeplatane z pięknymi krajobrazami i fantastycznymi kostiumami.

Netflixowa produkcja nie skupia się na samej postaci wybitnego podróżnika, a przedstawia jedynie pewien epizod z jego życia. A szkoda, bo przecież był on pierwszym odkrywcą i kupcem z Zachodu, który zawitał do Państwa Środka. Serialowa postać Marco Polo (Lorenzo Richelmy) jest bez charakteru i polotu, a momentami wręcz irytująca. Na tle innych występujących tam postaci jest po prostu nijaka, chociaż to tytułowy bohater. W porównaniu z charyzmatycznym i bezwzględnym Kubilaj Chanem (Benedict Wong) oraz jego mądrą i piękną żoną Cesarzową Chabi (Joan Chen), Łąciennik jest ledwo dostrzegalny. Równie dobrze fabuła poradziłaby sobie świetnie bez wątku weneckiego kupca. Jednak bez wątpienia najlepszą postacią jest Stu Oki/Setka Oczu (Tom Wu), który jest po prostu genialnym mędrcem i niepokonanym mistrzem sztuk walki. Natomiast waleczni synowie wielkiego Chana, zarówno ci prawdziwi, jak i przyszywani, sprawiają, że jest na kogo popatrzeć 🙂

Ja jestem zachwycona serialem „Marco Polo”. Chociaż nie skupia się na samej postaci podróżnika, to podglądanie tego, co najprawdopodobniej działo się w trzynastowiecznym Imperium Mongolskim kupiło mnie całkowicie. Nie mówiąc już o przecudownej scenerii i plenerach kazachskiego stepu, Kanionu Szaryńskiego i chińskich miast. A przecież ja tam byłam. Na samo wspomnienie serce mi mocniej bije.  Dzięki „Marco Polo” mamy okazję przyjrzeć się kulisom polityki i wojny między wielkimi imperiami, która działa się w tamtych czasach. Uwielbiam tego typu produkcje. Niestety serial „Marco Polo” zakończył swój żywot po dwóch sezonach, kończąc się zupełnie bez sensu – widz ma nadzieje, że pojawi się kolejny, a historia będzie kontynuowana. No niestety, pozostaje cieszyć się i rozkoszować tym co jest, czyli dwoma dziesięcioodcinkowymi sezonami.

Dean Village. Tajemnicza wioska ukryta w centrum Edynburga

Lubicie nieoczywiste atrakcje danego miejsca czy wolicie zwiedzać utartym szlakiem? Ja lubię jedno i drugie. Przybywając do Edynburga wiedziałam, co chcę zobaczyć, a Dean Village było w moim planie. Dean Village zalicza się do nieoczywistych atrakcji Edynburga, o którym nie każdy wie. W konsekwencji miejsce to omijane jest przez turystów, co jest dużym plusem, bo nie ma tam tłumów ciekawskich weekendowiczów. Dean Village to urocza i malownicza dzielnica mieszkaniowa Edynburga położona w dolinie rzeki Water of Leith. Jest idealnym miejscem na krótki spacer pośród bardzo atrakcyjnych widoków. To swoista oaza spokoju, zieleni oraz z kamiennymi domami rozciągającymi się tuż nad rzeką.

O samym Edynburgu napiszę innym razem 🙂

Dean Village – co nieco o historii tego miejsca

Kiedyś była to osobna wieś, położona w niewielkiej odległości od centrum miasta, która przez ponad 800 lat stanowiła centrum lokalnego młynarstwa. W czasach średniowiecznych na przepływającej tędy rzece Water of Leith funkcjonowało aż 11 młynów, które czerpały z jej silnych nurtów. Dean Village przestało być oddzielną miejscowością dopiero na początku XIX wieku, po tym jak w 1833 roku otwarto nowy most nad wąwozem Dean, łącząc wioskę z edynburską dzielnicą West End. Z czasem, ze względu na rozwój znacznie większych i nowocześniejszych młynów nad rzeką Leith, handel Dean Village znacznie się zmniejszył. Wieś przez wiele lat kojarzona była jedynie z brudem i biedą, a około 1960 roku osiągnęła krytyczny punkt. W kolejnej dekadzie rozpoczęto rewitalizację tych terenów. Dopiero od połowy lat siedemdziesiątych XX wieku, dzielnica ta została uznana za oazę spokoju – z jednej strony znajduje się na uboczu, a z drugiej bardzo blisko centrum miasta. Rozpoczęto przebudowę i renowację, przekształcając chaty robotnicze, magazyny i budynki młyńskie na domy mieszkalne. 

Obecnie obszar ten stał się najbardziej pożądanym  i drogim obszarem mieszkalnym w Edynburgu – mieszkanie z 2 sypialniami kosztuje około 300 000 funtów. Dzisiaj można przemierzać pozostałości po dawnej wsi, między innymi XVII-wieczną wiejską zabudowę, malowniczo kontrastującą z Nowym Miastem, które znajduje się nieopodal.

Dean Bridge – ważny węzeł komunikacyjny

Dean Village miało strategiczne położenie komunikacyjne – biegała tędy główna droga z Edynburga na północny-zachód. Jednak nieco później, bo najprawdopodobniej w XVI wieku, wybudowano wąski kamienny mostek, którym można przejść do dziś. Wtedy za przekroczenie mostka pobierano opłatę, a wąska i kręta uliczka biegła na dno dolinki, a następnie stromo prowadziła po przeciwnej stronie rzeki.

Dopiero w latach 80-tych XVIII wieku postanowiono wybudować Dean Bridge, a przeprawa przez ten most była znacznie łatwiejsza, bezpieczniejsza i mniej stroma. Istnieje plotka, że most został ukończony przed czasem, ale zarządca budowy odmówił oddania go do użytku przed wyznaczonym terminem. W międzyczasie pozwolił korzystać z niego zwiedzającym, ale pobierał przy tym opłatę w wysokości pensa od osoby za możliwość przejścia po tej niezwykłej budowli i podziwiania rozciągających się z niego widoków. Most został oficjalnie otwarty na początku 1832, ale konie i powozy mogły poruszać się po nim dopiero od 1834.

Dean Bridge to imponująca konstrukcja, która liczy 136 metrów długości, wsparta jest na 4 przęsłach o wysokości sięgającej 32 metry. Most znacznie ułatwił przeprawę na drugą stronę rzeki. Wiadukt jest używany do dnia dzisiejszego i biegnie nim główna droga z centrum do północno – zachodniej części Edynburga. Dzięki niemu Edynburg mógł się rozwijać – powstały kolejne dzielnice Nowego Miasta. Ze względu na swoją wysokość, Dean Bridge zyskał niechlubną sławę mostu samobójców. Aby uniemożliwić tego typu działań, podniesiono balustradę mostu, co może stanowić problem dla niskich osób, które chcą podziwiać z niego panoramę miasta.

Well Court – niecodzienny prezent od pewnego magnata

Spacerując po Dean Village uwagę przykuwa jeden budynek, który znacznie wyróżnia się na tle innych – Well Court. Został on ufundowany w 1880 roku przez Johna Findlay’a, właściciela gazety „The Scotsman„. Wykupił on kawałek ziemi w Dean Village, wyburzył stare i rozpadające się domy, zaś na ich miejscu postawił Well Court. Ten czworokątny budynek mieszkalny skonstruowany z czerwonego piaskowca (rzadko spotykanego w Edynburgu budulca) został zaprojektowany przez Sydney’a Mitchell’a.

Kamienica z wewnętrznym dziedzińcem i wieżą zegarową stanowiła mieszkania komunalne dla miejscowych robotników. Lokale dobrze wyposażone, ale mieszkańcy musieli przestrzegać ścisłych reguł. W wieży zegarowej mieściła się świetlica, gdzie odbywały się msze, wykłady i inne imprezy dla wszystkich lokatorów. W 2007 budynek został odrestaurowany. Obecnie można tam wynająć mieszkanie z 1 sypialnią lub apartament na czas pobytu w mieście.

Nieoczywista atrakcja Edynburga

Spacerując po Dean Village można poczuć, że znaleźliśmy się w zupełnie innym miejscu Szkocji. Odnosi się wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał. Chociaż to centrum dużego miasta, to jest tam cicho, pusto i spokojnie. Nawet nie miał mi kto zrobić zdjęcia 😀 Co ciekawe, w Dean Village nie znajdują się żadne sklepy, toalety ani restauracje, ale w okolice tłocznej i pełnej sklepów Princess Street można stąd dotrzeć piechotą w zaledwie 10 minut.

Jak się dostać do Dean Village?

Najlepiej przybyć tam piechotą. Samochodem trudno się tam poruszać, bo wąskie i kręte uliczki uniemożliwiają wjazd do każdego miejsca. Poza tym nie ma tam publicznych miejsc parkingowych, a te nieliczne zarezerwowane są dla mieszkańców. Sam spacer po tym miejscu będzie obfitował w wiele ciekawych miejsc, pięknych widoków i interesujących budynków.

Najprościej dostać się tam od zachodniej strony Princes Street. Wystarczy kierować się na północ Queensferry Street i iść w dół aż do miejsca, wktórym  zaczyna się Dean Bridge. Można przekroczyć most albo od razu zejść w dolinę rzeki skręcając w lewo w Bells Brae. Idąc w dół tą stromą uliczką dojdziemy się w samym centrum osady. Czas dojścia z West End to około 10 minut.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Katarzyna Byrtek „Walia. Travelbook”

Wielka Brytania nigdy szczególnie nie była obiektem moich podróżniczych zainteresowań. Chociaż doskonale wiem, że ten kraj ma wiele do zaoferowania, zarówno pod względem atrakcji, zabytków i historii, to jakoś go do tej pory omijałam. Do czasu, kiedy nie pojawiłam się w Szkocji, która skradła moje serce. Teraz, kiedy pandemia się nieco uspokoi, pragnę wyruszyć do innego rejonu, a mianowicie do Walii.

Krajobrazy w Walii mogą zapierać dech w piersiach kilka razy dziennie: ciągnące się po widnokrąg łąki, łagodne zbocza gór porośnięte cienką warstwą mchu, jeziora osnute mgłą lub nisko wiszącymi chmurami, wysokie klify i malownicze plaże. Nie bez powodu ta część Wielkiej Brytanii kilkakrotnie znalazła się w renomowanych rankingach jako jedna z najpiękniejszych destynacji na świecie. Uroku dodaje jej kapryśna i nostalgiczna pogoda.

A dlaczego warto jechać do Walii? Na terenie Walii można naliczyć około 600 zamków, a cztery z nich znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Chociaż Walia położona jest na obrzeżach Europy, posiada bogatą historię. Można tu znaleźć ślady człowieka datowane na 6 tys. lat p. n. e., a także dowody obecności starożytnych Rzymian. Poza tym w niektórych częściach Walii łatwiej spotkać owcę niż człowieka – nawet najpopularniejsze miejsca nie są przeładowane turystami i zachowują swój lokalny charakter. Walijskie wybrzeże to tysiące kilometrów malowniczych klifów, piaszczystych, żółtych i dziewiczych plaż oraz niesamowitych widoków. Jeśli jednak znudzą nam się widoki wybrzeża, w każdej części Walii odwiedzić można kopalnie z czasu rewolucji przemysłowej – jednego z najważniejszych okresów w historii tego kraju.

Nie ukrywam, że osobiście bardzo lubię odkrywać sekrety miasta i poszukiwać ciekawych atrakcji danego miejsca z przewodnikami z serii „Travelbook” wydawnictwa Bezdroża. Są świetnie wydane, zawierają przydatne i pomocne informacje z dużą ilością kolorowych zdjęć najważniejszych atrakcji oraz mieszczą się w plecaku czy torebce. Dzięki niemu będę mogła zaplanować swoją idealną podróż po Walii. Ach, już nie mogę się doczekać, kiedy tam zawitam. A „Travelbook” będzie moim nieodłącznym towarzyszem podróży 🙂

Za książkę dziękuję: