Zapiski podróżne: Jordania

Właśnie wróciłam z Jordanii. Mistyczna Petra, bezkresna pustynia Wadi Rum, kąpiel w Morzu Martwym, rafa koralowa w Morzu Czerwonym – te wszystkie niesamowite atrakcje czekały tam na mnie. Spełniłam jedno ze swoich podróżniczych marzeń! Do tej pory nie widziałam piękniejszych widoków. Jordania posiada wiele wspaniałych miejsc, które kuszą turystów z całego świata. Pomimo tego, że znajduje się w konfliktowym rejonie świata (na północy Syria ogarnięta wojną; od zachodu Izrael i Palestyna), wbrew pozorom jest bezpiecznym krajem.

Mam kilka przemyśleń na temat tego kraju, którymi chciałabym się z Wami podzielić, póki buzują we mnie jeszcze wszystkie emocje.

Drożyzna

Jordania jest drogim krajem. Wszystko jest kilka razy droższe niż w w naszym kraju. Dodatkowo o wszystko trzeba się targować (czego szczerze nienawidzę), czy to w sklepie, czy na bazarze. Najgorsi są oczywiście taksówkarze. Ci nie mają żadnych skrupułów, żeby ogołocić przeciętnego turystę. Nawet jeśli wydaje nam się, że utargowałyśmy „good price” za przejazd, potem dowiadujemy się, że i tak dwukrotnie przepłaciłyśmy. Za wszystko trzeba płacić, niestety nie ma nic za darmo. A ceny zaczynają się od 1 JOD (5,6 zł) za butelkę wody, a za piwo można zapłacić nawet 6 JOD!

Jest bezpiecznie, ale…

To było moje pierwsze zetknięcie z Bliskim Wschodem, taki szok kulturowy. Okej, nie licząc jednodniowej wizyty w Stambule 10 lat temu, po której obiecałam sobie, że nigdy więcej nie pojadę do Turcji. Jordania to zupełnie inna kultura, religia, obyczaje czy nawet klimat. Nie chcę oceniać, ale to zdecydowanie nie moja bajka. We wszystkich turystycznych rejonach czułam się bardzo bezpiecznie, a Jordańczycy byli bardzo życzliwi i pomocni, wszyscy zawsze witali nas słowami „Welcome to Jordan”. Poza tym, funkcjonuje tam specjalna policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo turystów. Jednak pewien niesmak pozostał.

Już pierwszego dnia po wylądowaniu w Ammanie,  postanowiłyśmy się udać się do miasta na kolację. Nasz hotel znajdował się 20 minut od centrum, więc zdecydowałyśmy przejść się piechotą. To był pierwszy i ostatni raz, potem brałyśmy już tylko taksówki. Czułam się jak małpka w zoo – każdy się na nas gapił, jakby pierwszy raz widział białą, blondwłosą kobietę. Mężczyźni lustrowali nas wzrokiem w taki sposób, że prawie nas pożarli żywcem. Poza tym gwizdy i wyznania miłości były na porządku dziennym. Z kolei kobiety patrzyły z pogardą na „roznegliżowane” paniusie (roznegliżowane – czyt. w długich dżinsach i t-shirtach). Turystki nie mają tam obowiązku zakrywania ciała abajami i hidżabami, a my miałyśmy zakryte wszystko, co było konieczne. Dziwię się, że w stolicy kraju, który żyje z turystyki, blondwłosa i biała kobieta nadal wywołuje tyle emocji i sensacji.

Amman – najbrzydsza stolica, w której byłam

Kontynuując wątek o Ammanie. Zwiedziłam wiele stolic, mniejszych czy większych, i stwierdzam, że stolica Jordanii jest najbrzydszym miastem, jakie do tej pory odwiedziłam. Mieszka tam prawie 4 miliony ludzi, korki są niemiłosierne, a miliony samochodów robią niebywały hałas. Architektura miasta pozostawia wiele do życzenia – domki wyglądają jak z kartonu i poukładane są jeden na drugim. Chaos, kurz, brak jakiegokolwiek zorganizowania i reguł – tak mogę opisać Amman. Do tego śmieci walające się po ulicach – coś obrzydliwego. A przejście przez ulice graniczy z cudem. Tak jak pisałam, że w Uzbekistanie z trudem przechodzi się przez jezdnię, to Amman bezapelacyjnie wygrywa w tej konkurencji. Nie za bardzo jest też co tam specjalnie robić. Owszem, jest kilka zabytków, ale o samym mieście napiszę osobny post. Do tego codzienna pobudka o 4:30 rano, bo z objęć Morfeusza wybudzało nas głośne nawoływanie muezina z pobliskiego meczetu… Niestety zmuszone byłyśmy spędzić tam prawie 3 dni, bo była to nasza baza wypadowa do innych miejsc, no i tam też miałyśmy loty z/do Warszawy. Jedno jest pewne – nie chciałabym tam więcej powrócić.

Przepiękne widoki

Tak, jak Amman mnie od siebie zraził, tak w południowej części kraju kryje się wiele fantastycznych perełek. Zaczynając od zachwycającej Petry, przez kosmiczną pustynię Wadi Rum, aż po rafę koralową w Akabie.  Do tej pory nie widziałam nic piękniejszego od Petry, a trochę miejsc w swoim życiu już zobaczyłam. Aż ciężko pojąć, że w jednym kraju kryje się tyle skarbów natury i ślad  starożytnych cywilizacji. Jest jeszcze wiele miejsc, których nie odwiedziłam z powodu braku czasu czy zamknięcia niektórych obiektów. Tydzień to zdecydowanie za mało, ale mam przynajmniej po co tam wracać, co nieco zostawiłam na później 🙂

Przepyszne jedzenie

Odkąd pamiętam, jestem fanką hummusu, falafeli i innych bliskowschodnich specjałów. Dlatego też wizyta w tym kraju była dla mnie kulinarnym rajem. Wszystko świeże, pachnące i aromatyczne – na samą myśl ślinka cieknie 🙂 Hummus na śniadanie, obiad i kolację, czasami przegryzany falafelem (albo po prostu – falafel maczany w hummusie) – tak mniej więcej wyglądała moja jordańska dieta. Nie wnikałam, w jakich warunkach sanitarnych przygotowywano to jedzenie, ale najważniejsze, że nie złapałyśmy żadnej „klątwy faraona” i innych przykrych dolegliwości 😀  Jednak po tygodniowej uczcie, na hummus nie spojrzę przez kilka kolejnych tygodni, pomimo mojego zamiłowania do tej bliskowschodniej przekąski 🙂

Hummus, falafel, baba ganush, pieczony bakłażan, świeże warzywa i herbata – weganizm pełną gębą

Jeszcze więcej hummusu 🙂

Jordańskie piwo nie było zbyt smaczne, ale za to miało moc

 

Rachunek za naszą kolację 🙂

Jordańczycy nie dbają o zwierzęta

Niestety, zwierzęta w tym kraju nie są dobrze traktowane. Wiele razy widziałam, jak właściciele chłostali swoje konie czy wielbłądy. W Petrze osiołki wnosiły na grzbietach grubych i leniwych ludzi, którym nie chciało się wejść po schodach, albo stały przywiązane na sznurach pozostawione w pełnym słońcu, bez miski wody. Dorożki z pędzącymi, spoconymi i ledwo zipiącymi końmi co rusz prawie tratowały grupy pieszych. Właściciele tych zwierząt pieszczotliwie nazywając ich „beduin ferrari” czy „camel taxi”, nagabywali do skorzystania z tego typu transportu gwarantując, że zamiast 2 godzin, na szczyt dostaniemy się w przeciągu 40 minut. Ja nawet nie chciałam wsiąść na 2 minuty na wielbłąda, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie, mimo tego, że jego właściciel ochoczo mnie do tego zachęcał. Nie potrafię tego zrozumieć, bo przecież zwierzęta to źródło ich zarobku, więc powinni traktować je z szacunkiem, a nie znęcać się nad nimi. Ale to wszystko wina leniwych turystów, którzy korzystają z tego typu „usług”, bo przecież gdyby nie oni, nie byłoby tego zjawiska. Nie wspomnę już o wygłodniałych, wychudzonych psach i wyleniałych kotach, na które nikt nie zwraca tam najmniejszej uwagi.

Dlatego też będąc w Petrze, proszę – nie korzystajcie z tego typu „usług”. Nie przykładajmy się do maltretowania i wyzyskiwania zwierząt dla chwili własnej wygody. Poza tym spacer po tym miejscu sprawia, że staje się ono jeszcze bardziej magiczne.

Słodziaczek ❤

I kolejny 🙂

Jeszcze więcej słodziaków 🙂

Wzorowe modelki

Wielodzietne rodziny

Jordańczycy są muzułmanami, a co za tym idzie – posiadają wielodzietne rodziny. Co więcej, mężczyzna może mieć do 4 żon, ale kobieta może posiadać tylko jednego męża. Ot, taka mała niesprawiedliwość. Ludzie, z którymi miałam styczność opowiadali, że posiadają np. 7 braci i 3 siostry, albo 6 sióstr i 4 braci. Każdy miał brata/kuzyna/wujka w swoim „biznesie”. Czy to Beduin mieszkający na pustyni, wożący nas po mieście taksówkarz czy właściciel hostelu, w którym mieszkałyśmy – każdy miał ogromną rodzinę. Jeden z nich opowiadała o swoim wujku, który posiada 4 żony i 34 dzieci!!! Jak tu spamiętać imiona wszystkich pociech? Co ciekawe, każdy z napotkanych „młodzieńców” był singlem, który nie znalazł jeszcze do tej pory „tej jedynej”. Zastanawiam się, czy  to prawda czy gadali tak, żeby poderwać i skusić na ożenek europejską turystkę 🙂

Jordański kawaler 😉

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Zapiski podróżne: Uzbekistan

Uzbekistan nie widniał długo na mojej podróżniczej liście marzeń. Właściwie pojawił się na niej w czasie mojej zeszłorocznej wyprawy do Kazachstanu, w trakcie której poznałam dużo Polaków odbywających podróż po całej Azji Centralnej. Opowiadali oni, że kraj jest niesamowity, a Uzbecy są jeszcze bardziej przyjaźnie nastawieni niż Kazachowie, w co nie chciało mi się wierzyć. Właśnie wtedy powstał plan na 2019 rok: kierunek Uzbekistan.

Od początku tego roku mną miotało, jakby tu zaplanować wyprawę, ale żeby nie wydać miliona monet. Dostałam wręcz jakiejś obsesji, kombinowałam, myślałam, bo dostać się do Uzbekistanu nie było tak łatwo: mnóstwo formalności, dodatkowych opłat i papierkowej roboty, a ceny biletów lotniczych były astronomiczne. Zastanawiałam się nawet, czy nie pojechać na jakąś zorganizowaną (!) wyprawę. Aż tu nagle, 1 lutego 2019 roku świat obiegła informacja, że wizy i zaproszenia do Uzbekistanu zostały zniesione! To był znak od niebios, że powinnam działać. Kilka dni później kupiłam bilety i powoli planowałam swoją wojażkę.

Mój początek w tym kraju nie należał do najprzyjemniejszych. W podróży spędziłam 24 godziny i odbyłam 3 loty tego samego dnia. Kilka dni przed przyjazdem, poprosiłam w hostelu o transfer lotniskowy, bo miałam przylecieć dosyć późno, około godziny 23:00. Normalnie nie używam tego typu środków, bo zawsze korzystam z komunikacji miejskiej, ale za 5$ i po całym dniu podróży zdecydowałam – niechaj będzie, zafunduję sobie ten „ekskluzywny” przejazd. Hostel odpisał mi, że z wielką radością wyśle samochód i ktoś będzie na mnie czekać z karteczką z moim imieniem i nazwiskiem. „Wow! Jak na filmach amerykańskich” – pomyślałam. Uradowana wyszłam z lotniska i skierowałam się w stronę zbiorowiska natrętnych taksówkarzy, którzy od razu mnie osaczyli, oferując swoje usługi. Nieco zdenerwowana i zdezorientowana musiałam na siłę ich odpychać i z „lekką” nutką irytacji oznajmić, że nie jestem zainteresowana, bo ktoś na mnie czeka. Rozglądając się dookoła i patrząc, jak kolejni kierowcy z piskiem opon odjeżdżali z tłumem turystów, a ja prawie sama stojąc pośrodku z walizą zdałam sobie sprawę, że osoby trzymającej kartkę z moim imieniem nie ma. Wpadłam w panikę, bo nawet nie sprawdziłam alternatywnego dojazdu (co ZAWSZE robię), a bez miejscowego internetu nic nie zdziałam. „No to pięknie, nocuję dzisiaj albo na lotnisku, albo na ulicy” – pomyślałam. W ostatniej chwili złapałam ostatniego taksówkarza i desperacko zapytałam za jaką kwotę zawiezie mnie pod wskazany adres. Nie mając wyboru wpakowałam bagaż do samochodu i ruszyliśmy w kierunku hostelu. Trafiłam na pana w podeszłym wieku, który nawet w okularach nie był w stanie przeczytać literek na potwierdzeniu mojej rezerwacji. Poprosił o przeczytanie adresu, a że ja nie umiem czytać płynnie po rosyjsku, powstała tragikomiczna sytuacja. W takim razie poprosił o podanie numeru telefonu, to zadzwoni do hostelu i sam ustali gdzie to jest. Podyktowałam numer, ale po drugiej stronie słuchawki nikt nie odbierał, a nawet słychać było dźwięk: nie ma takiego numeru.Wpadłam w panikę, ale kierowca zachował zimną krew. Powiedział, że podjedziemy do jakiegoś innego hotelu, to oni mu tam wszystko wytłumaczą. Siedząc w pustym samochodzie i czekając na starszego pana, rozpłakałam się jak dziecko. Pierwszy raz w życiu przestraszyłam się nie na żarty. Po całym dniu podróży, zmęczeniu, niewyspaniu i głodu, będąc samej w obcym kraju, ba – na innym kontynencie, w obcej kulturze, pierwszy raz w trakcie podróży puściły mi nerwy. Zawsze staram się zachować zimną krew, ale tym razem totalnie się rozkleiłam. Na szczęście taksówkarz dodzwonił się do mojego hostelu i wytłumaczyli mu, jak ma dojechać. Właściciel, widząc mnie zapłakaną przepraszał mnie potem przez dwa dni. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo próbuję wyprzeć z pamięci ten nieprzyjemny incydent. Na szczęście potem było tylko lepiej, ale o tym napiszę niebawem 🙂 Póki co, mam kilka przemyśleń związanych z Uzbekistanem, którymi chciałam się z Wami podzielić.

Uzbecy mówią po angielsku

Po zeszłorocznym pobycie w Kazachstanie i komunikacją w języku polsko-rosyjsko-kazachskim, przeplatanym z językiem ciała, nastawiłam się, że i tutaj będzie identycznie. Wychodząc z założenia, że skoro tam dałam radę się dogadać, to i w Uzbekistanie również sobie poradzę. A tu wielkie zaskoczenie, bo nie musiałam się wysilać – w Uzbekistanie mówią płynnie po angielsku! Na początku był szok i niedowierzanie, potem zaprzeczenie, aż wreszcie akceptacja i wielka radość 🙂 Spokojnie można się tam dogadać po angielsku w sklepie spożywczym, na bazarze, w restauracji czy nawet w aptece, co w tej części świata wcale nie jest takie oczywiste. Nawet jeśli ktoś nie umie mówić, chociaż rozumie prawie wszystko, to woła np. kolegę ze straganu obok albo 10-letnią wnuczkę, by przetłumaczyć konwersację.

Uzbecy są bardzo mili i pomocni

Już w Kazachstanie myślałam, że nie ma milszego narodu. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że jest – w Uzbekistanie. Mieszkańcy tego kraju są nie tylko bardzo gościnni, ale również uprzejmi i gotowi w każdej chwili pomóc. Widząc samotnie spacerującą białą turystkę, sami podchodzili i zagadywali, czy czegoś nie potrzebuję albo czy się nie zgubiłam. Co więcej, ludzie dawali mi rzeczy za darmo! Mój ząb mądrości postanowił o sobie przypomnieć akurat w trakcie mojej podróży życia, w związku z tym zmuszona byłam udać się do apteki po jakieś maści i żele. Farmaceutka dała mi w prezencie (chociaż usiłowałam zapłacić) chusteczki antybakteryjne do rąk, żebym koniecznie od razu zaaplikowała sobie maść. Z kolei sprzedawca na jednym straganie, zagadując mnie skąd jestem i co tutaj robię stwierdził, że chciałby mi coś podarować na pamiątkę i mam sobie coś wybrać z jego asortymentu. Po kilkuminutowej zażartej konwersacji, że nic nie chcę, albo zapłacę za tę rzecz, wybrałam sobie pocztówkę.

W Bucharze trafiłam na przemiłego właściciela hostelu, który na wieść, że mam problem z zakupem biletu pociągowego do Samarkandy, postanowił wkroczyć do akcji. Zadzwonił na stację z zapytaniem czy są bilety na ten konkretny pociąg, po czym nie pytając mnie o zdanie, zamówił taksówkę, wpakował mnie do samochodu i pojechał ze mną kupić ten bilet. To nic, że w hostelu czekała spora grupa turystów na zameldowanie, on powiedział, że jeśli nie pojedziemy od razu, to bilety się wyprzedadzą i zostanę w Bucharze. A że ja nie mówię po rosyjsku, on wszystko załatwił, ja tylko zapłaciłam. Prawda, że anioł? 🙂

Dla wszystkich byłam Rosjanką

Każdy, dosłownie KAŻDY, kogo napotkałam na swojej drodze myślał, że pochodzę z Rosji. Nie lubię być porównywana do Rosjanek, chociaż powinnam już do tego przywyknąć. Wszędzie, gdzie nie podeszłam, czy to na straganie z pamiątkami, czy w restauracji, czy na ulicy i lotnisku zawsze ktoś zagadywał mnie po rosyjsku. Co zrozumiałam, to zrozumiałam, ale gdy wdawał się w głębszą konwersację, od razu uprzedzałam, że nie mówię w tym języku. Zawsze padała odpowiedź: „Och, wybacz, myślałam/em, że jesteś Rosjanką, bo tak wyglądasz”. Gdy mówiłam, że pochodzę z Polski, następowało powszechne oburzenie, no bo jak to tak – z Polszy i nie gawari pa ruski?!? O ile na początku wspólne heheszki, uśmieszki i tłumaczenie, dlaczego Polka nie mówi po rosyjsku było zabawne, o tyle pod koniec mojego pobytu miałam ochotę ich wszystkich rozszarpać. Ja wiem, że dla niektórych Rosja jest całym wszechświatem, ale czasy, w których obywatele mieli obowiązek nauki rosyjskiego w szkołach, dawno już minęły.

Przechodzenie przez ulicę to sport ekstremalny

To chyba sport narodowy Uzbeków. Żeby przejść przez ulicę trzeba posiadać umiejętności godne superbohaterów. Nawet przemierzając jezdnię na zielonym świetle na pasach trzeba biec, bo światło zmienia się z zawrotną prędkością. Czasami nawet samochody ruszają jeszcze na czerwonym sygnale. A co, jeśli świateł nie ma w pobliżu? Ano, trzeba cierpliwe czekać na swoją kolej, aż jakiś uprzejmy kierowca raczy się zatrzymać. Może to potrwać nawet i godzinę. Wiem to z autopsji – tyle zdarzyło mi się czekać na łaskę, prażąc się w piekielnym skwarze uzbeckiego słońca.

Linia lotnicza Uzbekistan Airways jest całkiem przyzwoita

Przyznam szczerze, że miałam obawy, żeby wsiąść na pokład lokalnych linii lotniczych. Głównie z tego względu, że najwięcej katastrof następuje właśnie na regionalnych trasach, samolotami podrzędnej klasy. Za każdym razem wsiadałam do samolotu z duszą na ramieniu, bo nie wiedziałam jaki czeka mnie los. Mimo wszystko zdecydowałam się na podróż Uzbekistan Airways przede wszystkim ze względu na ograniczony czas, a jak wiadomo, podróż samolotem jest szybka. Odbyłam łącznie 5 lotów tą linią i nadal żyję 🙂 Co więcej, uważam, że to całkiem przyzwoita linia lotnicza, z profesjonalną obsługą, monitorami pozwalającymi śledzić trasę lotu, a także zapewnia nawet niewielki darmowy poczęstunek. Uzbekistan Airways lata do wielu miejsc w kraju, wszystkie główne miasta znajdują się na trasie, a loty trwają około godziny. Za swoje bilety (z miesięcznym wyprzedzeniem) zapłaciłam ok. 60 zł za każdy. Jest to więc znaczna oszczędność czasu i pieniędzy 🙂

Uzbekistan to bezpieczny kraj

Na kilka dni przed wyjazdem zawładnął mną stres i panika, ale to żadna nowość. Miałam obawy (jak zawsze z resztą), że może samotna podróż blondwłosej białaski na inny kontynent, do innej kultury nie była najlepszym pomysłem. Teraz śmiem stwierdzić, że Uzbekistan jest bardzo bezpiecznym krajem. Ulice i okolice najważniejszych zabytków patroluje policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo przyjezdnych. W razie jakiejkolwiek nietypowej sytuacji, w każdej chwili można zgłosić incydent. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Zdarzyło mi się parokrotnie wracać do hostelu po zmroku, ale nawet wtedy nie odczuwałam żadnego zagrożenia. Nawet sprzedawcy pamiątek na ulicy w Khivie nie chowali swojego towaru na noc – stragany były pełne i nikt nawet nie odważył się wyciągnąć ręki. O tym, że jestem panikarą niejednokrotnie już wspominałam, ale powinnam się jednak jakoś ogarnąć i utemperować swoją wyobraźnię 🙂 Pomimo histerii przed samym wyjazdem, wróciłam w jednym kawałku, cała i zdrowa, z obiema nerkami, a na dodatek zachwycona i szczęśliwa 🙂

Najazd zagranicznych turystów

Nie wiem co się stało, ale chyba po zniesieniu wiz nastąpił najazd zagranicznych turystów. Dosłownie tłumy ciekawskich urlopowiczów napływało do miast każdego dnia, atakując i osaczając każdy zabytek. Hiszpanie, Polacy, Portugalczycy, Azjaci, Niemcy… Multi – kulti pełną gębą. Sądziłam, że napływ turystów nastąpi za kilka, kilkanaście miesięcy. W maju nawet się sezon jeszcze nie zaczyna, nawet nie chcę wiedzieć, co się dzieje później!

Jest czysto i spokojnie

Muszę przyznać, że dawno nie miałam tak przyzwoitych warunków w hostelach. Było schludnie, przytulnie i przede wszystkim – czysto! Na ulicach nie widziałam żadnych śmieci, nawet bezpańskie psy się nie błąkały. Nie widziałam tam żadnego bezdomnego, żadnego kloszarda, nikt do mnie nie podszedł i nie poprosił o pieniądze. Nikt mnie nie zaczepiał w nieprzyjemny sposób i nikt nie gwizdał za mną na ulicy. Nie spotkałam pijanych ludzi na ulicy, nawet nie widziałam nikogo z butelką alkoholu w ręce w miejscu publicznym. Jeśli Uzbecy piją, to robią to w bardzo dyskretny sposób.

Jedzenie jest ciężkostrawne

Będąc w podróży zawsze próbuję lokalnej kuchni i tradycyjnych produktów. Tak również było i w tym przypadku. Kuchnia uzbecka obfituje w grillowane mięso, tłuste makarony noodle oraz (ku mojemu zaskoczeniu) różnego rodzaju pierogi. Nie mówię, że jedzenie było niedobre, wręcz przeciwnie, jednak taka ilość tłuszczu dała się we znaki mojemu organizmowi. Już po trzech dniach mój żołądek wołał o coś lekkostrawnego, a pod koniec wyjazdu jadłam już tylko sałatki warzywne 🙂 Za to śniadania były przepyszne, „na bogato”, a te z widokiem na miasto smakowały najlepiej 🙂

Tamtejsi panowie są bardzo kulturalni 🙂

Muszę przyznać, że panowie w Uzbekistanie są bardzo dżentelmeńscy. Miałam okazję (nie nazwę tego przyjemnością) przemieszczać się komunikacją publiczną, co było, hmmm… ciekawym doświadczeniem. Ledwo wsiadłam do autobusu, a pewien młodzieniec do razu wzdrygnął się i pospiesznie udostępnił mi swoje miejsce siedzące… Tak – pierwszy raz w życiu ktoś ustąpił mi miejsca  😀 Zawsze sądziłam, że ten moment nastąpi za jakieś 40-50 lat, a tu taka niespodzianka 😀

Uzbecy nie żerują na turystach

Może śmiesznie to zabrzmi, ale Uzbecy nie czyhają tylko na pieniądze naiwnych turystów. Oczywiście zdarzają się i tacy, ale są w znacznej mniejszości. W kraju oficjalną walutą jest uzbecki sum, 100000 som to w przeliczeniu ok. 10 euro. Wymieniając tamtejsze pieniądze warto mieć ze sobą jakiś neseser na pokaźny zastrzyk gotówki. Niejednokrotnie od tych zer kręciło mi się w głowie i kilkanaście razy przepłaciłabym za obiad czy bilet wstępu do muzeum. Zamiast kilku tysięcy, rzucałam na ladę setkami tysięcy. Za każdym razem reakcja była taka sama: kelner/kasjer łapał się za głowę i mówił: „Madam, to zdecydowanie za dużo!”. Po czym brał wyznaczoną kwotę, a resztę pieniędzy oddawał. Za każdym razem nie mogłam uwierzyć, że w tak łatwy sposób mogłam od razu pozbyć się swojego „majątku” 🙂 W innym kraju, w innej kulturze, sprzedawca/kelner wziąłby pieniądze od nieświadomej turystki, nawet by się nie zająknął, że to za dużo i cieszył w duchu, że zdobył ekstra „napiwek”.

Czego warto nauczyć się od Hiszpanów?

O tym, że mam „lekką” obsesję na punkcie Hiszpanii wiedzą już chyba wszyscy 🙂 Z resztą niejednokrotnie  o tym pisałam. Kiedy tylko mogę, bez wahania kupuję bilet, pakuję walizkę i lecę na dłuższy weekend do ulubionego miasta, albo odkrywać nowe terytoria na hiszpańskiej ziemi. Co więcej, jeśli co najmniej raz w roku tam nie polecę, to jestem chora 🙂 Usnułam nawet teorię, że w poprzednim życiu zdecydowanie byłam Hiszpanką 🙂

Hiszpania jest dla mnie wyjątkowym krajem, mam do niego wielki sentyment. Co więcej, dla mnie jest jak druga ojczyzna 🙂 Jeśli kiedykolwiek miałabym się przeprowadzić za granicę, to właśnie tam. Inspiruje mnie w Hiszpanii niemal wszystko: architektura miast, wspaniała natura, wyśmienite tapas, ale przede wszystkim ludzie. I to o nich chcę dzisiaj co nieco napisać. Miałam okazje poznać wielu Hiszpanów, zarówno w samej Hiszpanii, jak i Warszawie. Oczywiście nie będę pisać eseju o ich wspaniałości, bo nikt nie jest idealny. Trochę rozprawię o tym,  jakie nawyki warto od nich przejąć, by żyło się lepiej i przyjemniej.

Radość z jedzenia i przebywania z przyjaciółmi

Hiszpanie nie jedzą tylko po to, żeby się najeść. Dla nich jedzenie to pewien rytuał, a nawet świętość. Kolacja to dla nich najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Wieczorami umawiają się z tuzinem znajomych na mieście, by celebrować tę najprzyjemniejszą porę dnia. Jednak wyjście na tapas to nie tylko samo jedzenie. To raczej wydarzenie społeczno-towarzyskie, styl bycia, pretekst do spotkań ze swoimi przyjaciółmi. I nie jest to przesiadywanie w jednej knajpie, wręcz przeciwnie. Po każdej spożytej przekąsce i napoju, udają się do następnego baru spróbować tamtejszych smakołyków.

Istnieje nawet określenie w języku hiszpańskim „ir de tapas”, co dosłownie oznacza „wyjście na tapas”. Czynność ta polega na spożywaniu przekąsek na stojąco i popijaniu ich winem lub piwem. Idea jedzenia i picia na stojąco ma proste wyjaśnienie: tak można łatwiej konwersować z większą ilością osób w mniej formalny sposób.

Sjesta

Kiedyś uważałam, że Hiszpanie wymyślili sjestę, bo są… leniwi. Tak, tak – kiedyś miałam wąskie, ograniczone horyzonty i myślałam bardzo stereotypowo. Po latach zrozumiałam, że nie mogli oni wymyślić niczego lepszego! No, może poza tapasami 🙂 Czym zatem jest ta sjesta? To niezwykle ważna część codziennego życia każdego Hiszpana,a także obcokrajowca mieszkającego w Hiszpanii. Między godziną 14:00 a 17:00 bary, agencje, urzędy, mniejsze sklepiki czy biura są zamknięte. Jest to czas przeznaczony na posiłek, który traktuje się jak świętość. Nie ma takiej możliwości żeby coś załatwić w tym czasie czy też chwilę przed sjestą, dlatego też ważne sprawy najlepiej załatwiać z rana. Sjesta to przede wszystkim pora lunchu i najważniejszego posiłku w ciągu dnia, więc dla Hiszpanów niezwykle ważny czas dnia. W tym czasie spożywa się posiłek w restauracji w tapas barze lub w domu. Ale oczywiście czas sjesty to także czas na kilkunastuminutową, poobiednią drzemkę.

Hiszpanie tłumaczą, że sjesta zrodziła się w związku z klimatem panującym w ich kraju. Najgorętsze temperatury osiągane w ciągu dnia nie są produkcyjne i wydajne dla nikogo. Sjesta rodzi się zupełnie naturalnie, iż kiedy przychodzi największy upał trzeba przestać pracować, zjeść coś chłodnego i po prostu odpocząć. W Hiszpanii dzień pracy wydłuża się i trwa wiele godzin po zachodzie słońca, kiedy nie ma już upału i znośniej jest wyjść na ulicę.

Ile ja bym dała, żeby u nas panował zwyczaj sjesty! Nie musiałoby to być kilka godzin, ale maksymalnie godzinna przerwy w pracy na szybką drzemkę i regenerację. Albo chwilowy odpoczynek czy spacer w ciągu dnia, zwłaszcza latem, by móc cieszyć się słońcem i pogodą. Albo zimą ulepić bałwana 🙂

Otwartość

W jaki sposób Polacy witają się z nowo poznaną osobą? Przedstawiają się i podają prawą dłoń. W jaki sposób Hiszpanie witają się z nowo poznaną osobą? Pierwsze padają słowa „Hola! Cómo estás?”, a za chwilę serdeczne „buziaczki” po obu stronach policzka. Co niektórzy nawet robią typowego „niedźwiedzia”, ściskając mocno, niczym dawno niewidzianego, najlepszego przyjaciela. Poza tym, wchodząc z Hiszpanami w dłuższą konwersację, możemy spodziewać się przelotnych dotyków w ramię czy inną górną część ciała. I nie, nie są to tanie sposoby na kiepski podryw, oni po prostu już tacy są. Czują, że nawiązują lepszą relację z drugim człowiekiem nie tylko przez samą rozmowę, ale także przez subtelny, serdeczny i spontaniczny dotyk.

Początkowo była to dla mnie bariera nie do pokonania. Wręcz uciekałam i z wielkim oburzeniem lamentowałam, że naruszają oni moją strefę intymną. Zachowywałam się jak typowa Polka, oschle podając na przywitanie jedynie prawą dłoń. Na dłuższą metę ich mania bliskości i kontakt cielesny może być męczące. Co prawda już nie jestem takim towarzyskim dzikusem, jak choćby jeszcze pięć lat temu, ale przyznaję, że czasami nadal mi to przeszkadza. Dzisiaj jednak nie wyobrażam sobie, żebym witała się z kimś w inny sposób jak „buziaczki” w policzek, to dla mnie jak chleb powszedni 🙂

Podejście do życia

Hiszpanie uważani są za wyluzowany naród, który czerpie z życia pełnymi garściami. Warto poznać te hiszpańskie słowa: „tranquila” (spokojnie) oraz „mañana” (jutro), bo to ulubione słowa każdego Hiszpana 🙂 Trzeba coś załatwić? Spokojnie, załatwimy to jutro. Trzeba coś kupić? Spokojnie, kupimy to jutro. Trzeba iść do lekarza? Spokojnie, możemy iść jutro 🙂 Okej, na dłuższą metę zdecydowanie może to być uciążliwe, gdy trzeba załatwić jakąś ważną sprawę w urzędzie czy banku. Chodzi jednak o to, że nie trzeba się tak spinać i brać wszystkiego na serio, gonić ślepo za wszystkim. Można chwilę odczekać, nabrać powietrza, pomyśleć dokładnie, a potem zacząć działać. To czyni ich wyluzowanych, ze zdrowym podejściem do życia.