Amman. Stolica kurzu, hałasu i korków

Amman… Na samą myśl o tym mieście przechodzą mnie dreszcze. Do tej pory nie byłam jeszcze w tak brudnym, hałaśliwym i zatłoczonym mieście. Zawsze marzyłam, by przemierzać ulice magicznych, egzotycznych bliskowschodnich miast rodem z „Baśni 1001 nocy”. Jak się okazało, Amman nie wliczał się do tego marzenia. Niestety nie dało rady ominąć na mojej trasie, bo przylot i wylot odbywał się właśnie ze stolicy Jordanii. Chcąc nie chcąc, musiałam się tam pojawić. Muszę powiedzieć, że Amman to najbrzydsze miasto, w jakim kiedykolwiek byłam. Poza tym, ciekawskie, wścibskie i momentami złowrogie spojrzenia mieszkańców sprawiały, że czułyśmy się tam bardzo niepewnie.

Stolica Jordanii zamieszkiwana jest przez co najmniej 2,5 mln mieszkańców, ale łącznie z terenami podmiejskimi liczba ta może wynosić nawet 4 mln! Oznacza to, że Amman jest nie tylko największym miastem w kraju, ale gromadzi też ponad połowę mieszkańców całej Jordanii. Czuć to na każdym kroku: niekończące się korki, gwar i hałas, tłumy ludzi na ulicach. Amman zazwyczaj traktowany jest jako baza wypadowa do centralnej Jordanii, np. nad Morze Martwe, Dżaraszu czy Madaby.

Tak naprawdę historia miasta sięga czasów biblijnych. W Starym Testamencie przeczytamy o mieście Rabbath Ammon, stolicy Ammonitów, w której rządził Król Dawid. Około trzysta lat przed narodzinami Chrystusa miasto podbili Egipcjanie, którzy zmienili jego nazwę na Filadelfię. Następnie po przejęciu terenów przez Bizancjum, Nabatejczycy zaczęli stosować nazwę Amman. Od 635 roku Amman pozostawał pod panowaniem Arabów. Znaczenie Ammanu stopniowo spadało od chwili nadejścia islamu, szczególnie po przeniesieniu stolicy kalifatu z Damaszku do Bagdadu. W końcu od XVI wieku pozostawał Amman pod panowaniem tureckiego imperium osmańskiego. Od tego czasu aż do modernizacji i rozwoju w XX wieku, dzisiejsza stolica Jordanii pozostawała nikomu nieznaną, małą i nic nie znaczącym punktem na mapie.

Amman wyrósł niemal od postaw po I wojnie światowej na pustyni, na stromych zboczach i w głębokich dolinach okresowych rzek. To właśnie dzięki temu położeniu miasto może być dumne z wielu oryginalnych punktów widokowych. Właśnie z tego powodu nie ma tu praktyczne prostych ulic, a stromość zboczy może przyprawić o zawrót głowy i palpitacje serca. Co chwila pomiędzy budynkami przeciskają się wąskie przejścia i schody, skracające drogę między tarasowo ułożonymi ulicami. Przybywając do Ammanu zobaczymy głównie ogromne osiedla mieszkaniowe, które przecinają dziesiątki zatłoczonych dróg. Patrząc na panoramę miasta odnosi się wrażenie, że te wszystkie domy zbudowane są dykty, a w najlepszym przypadku z gliny. Miasto nie może poszczycić się wieloma zabytkami. Miłośnicy wielkich miast, tym bardziej egzotycznych, mogą czuć się zawiedzeni. Jeśli jednak znajdziecie się w Ammanie, jest kilka wartych uwagi miejsc do zobaczenia.

Co warto zobaczyć w Ammanie?

Teatr antyczny

To chyba najbardziej znana zabytkowa budowla Ammanu, która jest doskonale zachowana i robi wrażenie. Obiekt prawdopodobnie powstał za czasów Marka Aureliusza. Leży u podnóża cytadeli i jest dobrze widoczny z jej szczytu. Jego obecny wygląd to efekt rekonstrukcji podjętej w latach 50-tych ubiegłego wieku. Odsłonięto wtedy widownię przysypaną gruzem i pyłem, ale także odtworzono znaczne fragmenty oraz część proscenium. Warunki terenowe pozwoliły, by widownię wykuto w skałach stromego zbocza doliny. Mogło tu zasiąść co najmniej 6 tysięcy widzów, najzamożniejsi mieli miejsce w dolnych rzędach, a górne zajmowali biedniejsi. Niegdyś u stóp teatru znajdowała się niewielka świątynia, w której odkryto fragment posągu bogini Ateny, który obecnie przechowywany jest w Muzeum Jordańskim.

Na wyższe poziomy prowadzą strome schodki, na których trzeba zachować szczególną ostrożność, ponieważ wypolerowane stopnie są bardzo śliskie. Obiekt usytuowano względem stron świata, bo przez znaczną część dnia widownia pozostaje w cieniu, natomiast scena jest lepiej oświetlona.

Cytadela

Od strony północnej miasta dominuje wyniosłe wzgórze Dżabal al-Kalat, czyli cytadela. To właśnie tutaj przed wiekami znajdowała się forteca, nazywana Rabbat Ammon – dawna stolica państwa Ammonitów. Z murów roztaczają się piękne widoki na sąsiednie wzniesienia i doliny. To najwyższy punkt miasta położony na wysokości 850 metrów nad poziomem morza. Ze szczytu doskonale widać teatr oraz ogromne tereny miasta, które okazuje się nie mieć końca. Na obszarze cytadeli znajduje się kilka interesujących pozostałości budynków.

  • Świątynia Herkulesa

Do dnia dzisiejszego z budowli stojącej na kamiennym postumencie zachowały się tylko dwie całe kolumny z korynckimi kapitelami oraz pozostałości innych kolumn. Niegdyś była to najważniejsza świątynia w mieście. To najbardziej imponująca budowla na terenie Cytadeli. Robi duże wrażenie, zwłaszcza na tle zachodzącego słońca.

  • Pozostałości kościoła bizantyjskiego

Wykopaliska archeologiczne odsłoniły fundamenty i fragmenty kolumn bazyliki z V lub VI wieku.

  • Pałac Umajjadów

Pozostałości murów i ścian labiryntu różnych pomieszczeń, które były częścią wielkiej rezydencji kalifów z dynastii Umajjadów. Mury zostały wzniesione pod koniec VII lub w pierwszej połowie VIII wieku.

Meczet króla Abdullaha

Ten ogromny dom modlitwy muzułmanów upamiętnia pierwszego króla Jordanii, Abdullaha. Wyróżnia go błękitna kopuła o średnicy 35 m, zaś sala modlitewna jest w stanie pomieścić 7 tysięcy wiernych. Obiekt powstał w latach 80-tych XX wieku. Co ciekawe, po drugiej stronie ulicy, na wprost do meczetu, znajduje się kościół chrześcijański – główna świątynia ammańskiego patriarchatu Koptów egipskich. Takie sąsiedztwo nie byłoby tolerowane w innych krajach muzułmańskich, ale Jordania jest tolerancyjnym krajem i obie religie koegzystują pokojowo i są pod ochroną państwa.

Downtown – kolorowe oblicze Ammanu

No dobrze, żeby nie było – gdzieniegdzie w Ammanie pojawiają się jakieś kolory i przyjemniejsze miejsca. Samo centrum miasta to zbiorowisko licznych sklepów z pamiątkami, przepięknymi tradycyjnymi strojami oraz całą masą street foodów. Na straganach można kupić kosmetyki z minerałami z Morza Martwego, lokalne przysmaki, przyprawy, rękodzieło czy spróbować miejscowych smakołyków, np. słynną kuftę.

Hashem Restaurant – obowiązkowe miejsce na kulinarnej mapie Ammanu

Żeby zjeść prawdziwy jordański posiłek, koniecznie trzeba się wybrać do restauracji Hashem. To legendarne miejsce, znane zarówno wśród turystów, jak i miejscowych, gdzie serwowane są przekąski w stylu bliskowschodnim, między innymi falafele, hummus, mutabal czy baba ghanusz. Podobno nawet sam król Jordanii wraz z rodziną czasami pojawia się w tym miejscu. Restauracja nie robi piorunującego wrażenia, wręcz przeciwnie, a nazywanie tego miejsca restauracją to za dużo powiedziane. Szczerze przyznam, że sama z siebie bym tam nigdy nie weszła i ominęła szerokim łukiem, gdybym nie przeczytała tyle świetnych rekomendacji na jego temat. To nieco ponure i obskurne miejsce, z przezroczystą folią zamiast porządnej ceraty i bez posługiwania się sztućcami. Jednak potrawy tam serwowane rekompensują wszelkie niedogodności i łagodzą negatywne wrażenie – nigdzie nie jadłam lepszych falafeli i hummusu, a na samą myśl cieknie mi ślinka 🙂

Co z tym Ammanem?

Czy przybyłabym ponownie do stolicy Jordanii? Chyba nie. Nie – po prostu. O ile do samej Jordanii bardzo chciałabym jeszcze zawitać (kilka miejsc do zobaczenia jeszcze mi zostało), o tyle następnym razem zaplanuję swoją podróż w taki sposób, żeby ominąć Amman. A przynajmniej znaleźć się tam tylko przejazdem. Chociaż Jordańczycy z południa kraju są przemiłym narodem, to w samej stolicy miałam zupełnie inne odczucie. Przechadzając się ulicami robiłyśmy furorę i wzbudzałyśmy nie lada sensację – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Ludzie zachowywali się tam, jakby po raz pierwszy widzieli białą, blondwłosą kobietę. Kobiety patrzyły na nas z pogardą, mężczyźni zaś z agresywnym pożądaniem. Miałyśmy jeszcze kilka nieprzyjemnych i momentami niebezpiecznych sytuacji, ale o tym nie chcę pisać. Może kiedyś stworzę osobny post na ten temat.

Tutaj więcej postów na temat Jordanii:

Wadi Rum. Jeden dzień na czerwonej planecie

To był mój pierwszy raz na pustyni. Czy tak go sobie wyobrażałam? Chyba nie. Po pierwsze kolor piasku był nietypowy (czyli inny niż na filmach), chociaż byłam na to przygotowana. Miedziano-pomarańczowa barwa sprawiała wrażenie jakbyśmy wylądowaliśmy na Marsie. I nie byłoby to wcale kłamstwem, bo widoki były iście kosmiczne. Wydawało mi się, że po intensywnym dniu w Petrze, zasiądę na pace swojego jeepa i jak rasowa damulka będę podziwiać piękno pustynnego krajobrazu, a jedynym wysiłkiem miało być robienie zdjęć. No cóż, rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię, bo już na pierwszym przystanku poprzeczka została wysoko postawiona. Potem było coraz ciekawiej. Tak jak wtedy sądziłam, że wspinaczka na wzgórze do Monastyru była ekstremalna, to muszę sprostować swoje zeznania – Petra przy Wadi Rum to pikuś. Dawno nie miałam takich zakwasów jak po wizycie na tej pustyni. Zaś w nocy zamiast podziwiania rozgwieżdżonego nieba, obserwowaliśmy gromadzące się chmury, by w końcu podający deszcz rozgonił nas do swoich namiotów. Beduini mówili, że opady zdarzają się tylko kilka razy w ciągu roku. Tak, pierwszy raz na pustyni i musiałyśmy trafić na deszcz… No cóż, taka karma.

Mówią, że Wadi Rum robi bardziej spektakularne wrażenie od samej Petry i najlepiej spędzić tam co najmniej 3 dni, z czym ja pozwolę się nie zgodzić. Byłoby okrutnym kłamstwem, gdybym powiedziała, że pustynia mnie nie urzekła, ale jednak Petra pozostaje dla mnie numerem 1. Poza tym, po całym dniu jeżdżenia rozklekotanym jeepem po czerwonym piasku i wspinaniu się po skałach stwierdzam, że pod koniec dnia każdy następny głaz i kamień nie różnił się od poprzednich. Co więcej – nawet zdjęć nie chciało mi się robić, a to już nie było dobrą oznaką. Według mnie jeden cały dzień na pustyni z noclegiem jest optymalną opcją na spędzenie czasu na Wadi Rum.

Pustynię można zwiedzać na 3 sposoby: samochodem terenowym (najpopularniejszy i najszybszy), na wielbłądach, albo… pieszo. Tak, widzieliśmy po drodze śmiałków przemierzających bezkres pustyni na własnych nogach. Jednak zawsze muszą być z nami lokalni przewodnicy, czyli Beduini. Od stuleci zamieszkiwali oni tereny pustynne Wadi Rum, a ich dziedzictwo kulturowe jest ważnym elementem tego krajobrazu. Jeszcze niespełna 50 lat temu wiedli oni koczowniczy tryb życia, pędząc przez pustynię stada wielbłądów i kóz. Dzisiaj Beduini żyją przede wszystkim z turystyki, organizując wycieczki z noclegami dla spragnionych wrażeń turystów. Naszym gospodarzem był niejaki Hilal, którego wujek miał 34 dzieci – tyle zdołałam o nim zapamiętać 🙂

Pustynne tereny Doliny Wadi Rum są oszałamiająco piękne i spektakularne krajobrazy, które zmieniają swój wygląd zależnie od pory dnia – inaczej wyglądają oświetlone wschodzącym słońcem, inaczej w ciągu dnia, ale najpiękniej pustynia prezentuje się wieczorem, kiedy ostatnie promienie słońca jeszcze bardziej podkreślają miedzianą barwę piasku. Sceneria przypominająca powierzchnię obcej planety sprawiła, że obszar Wadi Rum „zagrał” w wielu hollywoodzkich produkcjach, m.in. w „Marsjaninie” czy „Gwiezdnych wojnach”. Chociaż na pierwszy rzut oka pustynia wydaje się niegościnna, pusta i sucha, to wcale tak nie jest. O pradawnych mieszkańcach świadczą do dziś w wielu miejscach rezerwatu inskrypcje i rysunki naskalne, a niektóre z nich liczą nawet 12 tys. lat. Przez wieki żyły tu  plemiona koczowników, a niezwykła dolina pośród pustynnych formacji pozostawała nieznana. Na Zachodzie rozsławił ją dopiero Lawrence z Arabii – angielski podróżnik, archeolog i szpieg, który razem z szarifem Mekki w trakcie I wojny światowej poderwał arabskie plemiona do walki przeciwko Turkom władającym tymi ziemiami. Także on przyczynił się do przybliżenia Europie świata arabskiego.

W trakcie wędrówki po Wadi Rum można zauważyć nie tylko Beduinów z wielbłądami i kozami, ale także wiele innych stworzeń tu zamieszkujących. Na terenie rezerwatu żyją także dzikie stworzenia, które  z uwagi na ekstremalnie wysokie temperatury w ciągu dnia prowadzą nocny tryb życia. A żyje tu sporo małych ssaków, jak pustynne jeże, góralki, wilki, szakale, antylopy, a także jadowite węże i skorpiony. My na szczęście nie miałyśmy przyjemności obcowania z dzikimi mieszkańcami pustyni.

Wadi Rum – jakie atrakcje czekają na spragnionego wrażeń turysty?

No cóż, jak wspomniałam wcześniej, przejażdżka po pustyni to żaden relaks, a wręcz przeciwnie – porządna dawka gimnastyki i wspinaczki. Beduini dbają, żeby ich goście się zbytnio nie nudzili. Już na pierwszym przystanku Hilal kazał się nam wspinać po stromym, niemalże pionowym bloku skał i głazów. Ponoć na szczycie bije niewielkie źródło Lawrence’a, którego jednak tam nie dostrzegłam. Jednak widok z góry był bardzo urzekający. Najśmieszniejsze jest to, że razem z nami wspinał się Azjata, który na nogach miał ubrane… japonki i skarpetki 🙂

Nieco dalej nad równinnym dnem doliny wyrasta ogromna formacja skalna w kształcie siedmiu coraz wyższych kolumn zwana Siedmioma Filarami Mądrości. Jej nazwa pochodzi od tytułu autobiograficznej książki Thomasa Lawrence’a.

Kolejnym przystankiem na trasie była czerwona wydma i chociaż wdrapanie się na nią wydaje się nie za bardzo wymagające, uwierzcie – dojście na szczyt tej usypanej kopy piachu było mega wyzwaniem. Aczkolwiek wspinaczka warta była tego wysiłku, ponieważ widoki były powalające.

Hilal dbał, żebyśmy się przypadkiem nie nudzili. Następnym punktem wycieczki był piękny, naturalny skalny most Umm Fruth. Most robił ogromne wrażenie, ale droga do niego już nie za bardzo – prostopadłe wejście po skale z lekko wyżłopanymi „schodkami. Oczywiście ci odważniejsi weszli po tej pionowej ścianie, ale ja nie chciałam ryzykować. Potem stwierdziłam, że jednak dałabym radę, no ale trudno się mówi.

Najciaśniejszy kanion w okolicy to wąska szczelina skalna nazywana Kanionem Khazali (Siq Khazali).  Znany jest z imponującej liczby starożytnych petroglifów i napisów na skalnych ścianach. Pierwsze 100 metrów jest dostępne dla wszystkich odwiedzających, ale dalsza eksploracja wymaga posiadania sprzętu wspinaczkowego. Po opadach deszczu jest trudno się tam poruszać, bo jego dno wypełnia woda. Nawet, gdy kanion jest suchy, trudno jest się po nim przemieszczać – wąskie szczeliny umożliwiały przejście tylko jednej osobie, która na dodatek musiała wykazywać się niebywałą gibkością i sprawnością ruchową.

Inny kanion, który znajduje się na terenie Wadi Rum jest Siq Burrah, który jest piękniejszy i znacznie dłuższy od Khazali. Spacer po nim jest bardzo przyjemny, można rzec, że to niemal swego rodzaju oaza, bo można się skryć przed prażącym słońcem na pustyni.

Niedaleko kanionu Khazali znajduje się masyw skalny, na grzbiecie którego znajduje się najmniejszy z naturalnych skalnych mostów w Wadi Rum, zwany Małym Mostem. Sam most nie robi tak wielkiego wrażenia, ale widoki z niego są powalające. W pewnym momencie zaczęło tak mocno wiać, że Beduini zabronili nam po nim chodzić.

Na sam koniec wycieczki Hilal zabrał nas do ostatniego punktu naszej wycieczki – podziwianie zachodu słońca. Nie powiem, widok był urzekający, ale zmęczenie sprawiło, że nie potrafiłam się nim cieszyć, tak jak powinnam. Ale było to bardzo miłe zakończenie pełnego przygód dnia.

Jak wygląda nocleg na Wadi Rum?

Pustynia Wadi Rum kryje w sobie nie tylko miliony ton miedzianego piasku i piękne formacje skalne, ale także mnóstwo tzw. campów. Generalnie standard jest do siebie zbliżony, ale jest kilka dosłownie kosmicznych beduińskich namiotów. Do wyboru, do koloru. My nie zdecydowałyśmy się na jakąś super ekskluzywną opcję noclegową, bo po prostu uważam to za zbędny wydatek. Nasz camp był bardzo przyzwoity, mieliśmy własne namioty z wygodnymi łóżkami, a nawet znajdowała się łazienka z prysznicem  (bez ciepłej wody, ale to nie przeszkadzało) w murowanym budyneczku, natomiast jedzenie było przepyszne.

No właśnie jak to jest z tym jedzeniem? Kolacja na pustyni jest spektakularnym show, ponieważ… wyciągana jest z ziemi. A dokładniej ze specjalnego metalowego pojemnika, który przez kilka godzin utrzymuje w cieple dwu- lub trzypoziomową konstrukcję z siatki. Na każdym z poziomów umieszcza się mięso i warzywa. Całość przykrywa się srebrną folią i zasypuje piaskiem. Posiłek spożywa się w wielkim namiocie, w którym też można się ogrzać – wieczory na pustyni są chłodne. Na kolację jest  grillowane mięso i warzywa (ziemniak, cukinia, cebula, marchew), potrawka warzywna w sosie pomidorowym, ryż, sałatka warzywna, a do tego hummus, świeży chlebek i deser (lokalne słodkości). Och, jakież to wszystko było przepyszne, lepsze niż z grilla!

Niezbędnik pustynnego odkrywcy

Przed przyjazdem na Wadi Rum musimy się zaopatrzyć w kilka niezbędnych rzeczy, które pozwolą przetrwać intensywny i pełen wrażeń dzień na pustyni:

  • woda – koniecznie trzeba zrobić zapasy wody, bo potem nie będzie jej gdzie kupić przez cały dzień, a trzeba się nawadniać. Woda na pustyni to towar deficytowy. Jedynie wieczorem w trakcie kolacji dostaniemy nieograniczoną ilość herbaty.
  • wygodne buty – to podstawa, najlepiej stabilne i z grubszą podeszwą. Nie muszą to być buty trekkingowe, ale na pewno zrezygnujcie z sandałów i japonek (chyba, że jesteście tak odważni jak wspomniany wcześniej Azjata 🙂 ).  Na pustyni jest co robić, a na niemal wszystkie atrakcje trzeba się było wdrapać. Ja miałam tenisówki i spokojnie dałam radę.
  • strój – jeśli chcecie uniknąć poparzenia słonecznego (ja byłam tam w listopadzie, a po całym dniu na pustyni byłam cała czerwona – nie dało się tego uniknąć), to ubierzcie długie spodnie, t-shirt i koniecznie jakąś zwiewną koszulę do ochrony przed słońcem. Po drugie – dziewczyny – jeśli nie chcecie być zaczepiane przez Beduinów, to lepiej unikajcie szortów. Ja miałam długie spodnie, a mimo to kilka razy otrzymałam ofertę matrymonialną. No i zrezygnujcie z białych ubrań, bo po powrocie z pustyni będą miały kolor miedziano-pomarańczowy.
  • chusta, okulary przeciwsłoneczne i olejek z filtrem – nie trzeba chyba dodawać, że pustynia rządzi się swoimi prawami, a słońce nieustannie tam świeci. Okulary i olejek to konieczność, natomiast chusta ochroni nie tylko głowę przed słońcem, ale także zakryjemy nią twarz w czasie jazdy jeepem – przejażdżka bardzo zawiewa piach z pustyni, a przecież nie chcemy nabawić się pylicy.
  • przekąski – nie trzeba zabierać ze sobą tony jedzenia, żeby przetrwać, bo obiad na pustyni mamy zapewniony (oczywiście jeśli wcześniej dogadamy ofertę wycieczki z Beduinem). Wystarczy wrzucić do plecaka jakieś batoniki i inne energetyzujące przekąski, żeby móc zająć czymś żołądek, gdy dopadnie nas mały głód.
  • dobry humor, dystans i otwartą głowę – wycieczka po Wadi Rum to prawdziwa przygoda, nie ma co do tego wątpliwości. Beduini dbają o atrakcje dla turystów, ale mają oni inne podejście do życia. Są bardzo mili i pomocni, ale jednak ich kultura jest zupełnie odmienna od naszej. Wszystkie ich zaczepki trzeba traktować z przymrużeniem oka. Poza tym, na trasie spotka się wiele ludzi z różnych zakątków świata, więc trzeba mieć otwartą głowę na nowe znajomości.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Petra. Tajemnicze królestwo Nabatejczyków

Ukryta w skalnych labiryntach Petra, znajduje się w południowej części Jordanii, nieopodal miasteczka Wadi Musa. Wpisane na listę UNESCO ( od 1985 r.) starożytne miasto, jeden z Siedmiu Cudów Świata (okrzyknięty tym mianem w 2007) jest najczęściej odwiedzanym miejscem w całej Jordanii.  To właśnie dla tego miejsca warto przyjechać do tego kraju, chociażby nawet na jeden dzień. Petra warta jest każdej spędzonej tam minuty. Nie ma się co dziwić, że tłumy turystów z całego świata przemieszczają się tędy każdego dnia – to absolutnie unikatowe miejsce na skalę ogólnoświatową. Trudno o bardziej spektakularne widoki: wykute w skałach ogromne grobowce, tajemnicze i głębokie na setki metry kaniony w skalnych rozpadlinach, ogromne góry stołowe oraz skały o fantastycznych kształtach i kolorach. Takie doznania oferuje Petra.

Będąc małą dziewczynką marzyłam, że któregoś dnia stanę u wrót Skarbca Faraona, niczym jak nieustraszony Indiana Jones sama rozwiążę jakąś zagadkę i uratuję świat przed szponami zła. Prawdę mówiąc stojąc przy Skarbcu nie odkryłam niczego nowego, ale za to utwierdziłam się w przekonaniu, że warto było ruszyć tyłek i przebyć te tysiące kilometrów, by spełnić swoje marzenie. I wiecie co? Perta mnie nie zawiodła – do tej pory, w całym swoim 31-letnim żywocie i 33 odwiedzonych krajach, nie widziałam piękniejszego miejsca.

Krótko o historii Petry

Kiedy w 1812 roku do wrót Petry dotarł podróżnik Johann L. Burckardt, miasto było zapomniane i owiane tajemnicą. By tam wejść, szwajcarski odkrywca musiał się solidnie przygotować. Wymagało to od niego nauki języka arabskiego, konwersji na islam a przede wszystkim zdobycie zaufania miejscowych Beduinów, którzy zaprzysięgli chronić tajemnicy istnienia starożytnego miasta. Burckardt zdołał wjechać do miasta pod pretekstem ślubowania, że złoży ofiarę przy grobie Aarona.

Petra była najważniejszym miastem niejakich Nabatejczyków – ludu pochodzenia arabskiego, który majątek zdobył na handlu karawanowym. Ściślej mówiąc kontrolował transport najbardziej pożądanych na szlaku śródziemnomorskim przypraw korzennych pochodzących z głębi Półwyspu Arabskiego i Azji. Dzięki temu Nabatejczycy założyli potężne królestwo w III w. p.n.e. oraz zbudowali stolicę ukrytą pośród niezwykłych formacji skalnych. Nazwa „Petra” wywodzi się ze starożytnej greki i oznacza „skałę”. Kres świetności królestwa zakończyli Rzymianie, którzy nie tylko przejęli kontrolę nasz szklakami morskimi, ale także w końcu zdobyli osłabione kryzysem królestwo nabatejskie, zmieniając je w rzymską prowincję.

W okresie wypraw krzyżowych rycerze wybudowali ad miastem niewielki fort i utworzyli biskupstwo podlegające łacińskiemu patriarchatowi w Jerozolimie. Jednak potem nad całą okolicą przejęły kontrolę niezależne i koczownicze plemiona Beduinów. Przez wieki strzegły one tajemnicy, nie dopuszczając do ruin miasta obcych. Ich członkowie uważali się za strażników i dziedziców dawnego państwa nabatejskiego. O tajemniczym mieście zapomniano w Europie, aż do początku XIX wieku i przybycia szwajcarskiego odkrywcy.

Achhh, ta Petra!…

… to najczęstszy okrzyk wydobywający się z moich ust. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tam jestem, że w końcu stanęłam u wrót Skarbca, że dotarłam na szczyt do Monastyru! Cały czas prosiłam Kamilę, żeby mnie uszczypała, czy to aby na pewno nie sen i czy naprawdę tutaj jestem. Zachwyt nad zachwytem, ochom i achom nie było końca. Ale może zacznę od początku. Czym tak bardzo się zachwyciłam?

Grobowiec Obelisków (Bab Al Siq)

Już na samym początku naszej wędrówki przenosimy się na… Księżyc. Tak, tak – dobrze czytacie. Wszystkie formacje skalne przypominają powierzchnię tej ziemskiej satelity (nie żebym tam była).  A pośród nich widnieje Grobowiec Obelisków oraz poniżej Triclinium, czyli wykute w skale pierwsze grobowce Nabatejczyków pochodzące z I w. n.e. Znajdują się tam bloki skalne wyraźnie obrobione ręką człowieka. Widać na nich cztery kamienne piramidy, a poniżej wnękę, w której spłonęło niegdyś pięć osób. Te foremne prostopadłościany to tzw. dżiny (w języku arabskim słowo to oznacza duchy), które mogą symbolizować ołtarze bóstw nabatejskich.

Wąwóz Siq

Idąc dalej, wchodzimy w spektakularny i zapierający dech wąwóz Siq, który ciągnie się przez ponad 1 km. To właśnie tędy przed wiekami wiodła ceremonialna droga do miasta. Wąwóz głęboki jest na ponad 100 m, o szerokości miejscami nieprzekraczającej 3 m. Ta skalna szczelina wbrew pozorom nie powstała przez płynącą tędy wodę – to tektoniczna rozpadlina, która jedynie została pogłębiona przez erozję wodną. Spacer wzdłuż tego kanionu, pośród wijących się alejek jest niesamowitym przeżyciem. Zaskakująca jest barwa skał oraz całkiem bujna roślinność.

Skarbiec Faraona (Al Khazna)

Na końcu dróżki biegnącej przez wąwóz, nieśmiało zza szczelin skalnych wyłania się najpopularniejsza budowla w Petrze, TA hipnotyzująca budowla – Skarbiec Faraonów. To chyba najbardziej obfotografowane miejsce w całej Petrze. Wysoka na 40 metrów fasada udekorowana jest korynckimi kolumnami, frazesami i licznymi figurkami. Wbrew pozorom ten imponujący wykutą w skale fasadą grobowiec nie ma nic wspólnego z władcami starożytnego Egiptu. Według jednej z beduińskich legend, w środku znajduje się ukryty złoty skarb jednego z faraonów. Niestety nie było mi dane to sprawdzić, ponieważ wstęp był zakazany 😦 Pomimo tłumu turystów, leżakujących po środku wielbłądów i agresywnie nagabujących Beduinów, byłam w siódmym niebie. W końcu ziściłam swoje marzenie, w końcu poczułam się jak Indiana Jones. Większość turystów kończy swoją wędrówkę właśnie przy Skarbcu. My jednak głodne wrażeń i kolejnych zachwytów, poszłyśmy dalej. Co  jeszcze na nas czekało?

Teatr

Idąc kawałek dalej od Skarbca, dojdziemy do wykutego w skale w I w. p.n.e. teatru. Kryjąca się u zboczy gór arena widowiskowa mogła pomieścić 4 tysiące widzów! W późniejszych wiekach został on rozbudowany przez Rzymian, którzy podbili miasto. Co ciekawe, teatr ten jest jedyną tego typu areną na świecie, który został wykuty w skale.

Grobowce Królewskie

Za teatrem, na górze po prawej stronie znajdują się cztery imponujące Grobowce Królewskie. Ich wspaniałe fasady całkowicie wykuto w kolorowych skałach. Wśród nich możemy wyróżnić:

  • Grobowiec Urnowy – z ogromną kamienną urną wieńczącą 25-metrową fasadą, poprzedzoną wielkim tarasem. W 446 roku n.e. grobowiec ten był zaadaptowany na kościół bizantyjski;
  • Grobowiec Jedwabny – nazwano go tak z powodu niezwykłych kolorów piaskowca, w których został wykuty;
  • Grobowiec Koryncki – przypomina kształtem fasady Skarbiec. Grobowiec jest połączeniem dwóch elementów architektonicznych: nabatejskiego oraz klasycznego stylu antycznego;
  • Grobowiec Pałacowy – górną część tego grobowca nadbudowano z kamiennych bloków, ponieważ skała w tym miejscu była za niska. Prawdopodobnie ta część służyła za salę bankietową lub pogrzebową.

Ulica kolumnowa

Idąc dalej szlakiem, ciągnie się ulica kolumnowa. Poprzedza ją typowy rzymski łuk triumfalny, wzniesiony na cześć cesarza Hadriana, który odwiedził miasto w 130 r. n.e. Prawdopodobnie była to główna ulica handlowa dawnej Petry.

Wielka Świątynia

Idąc ulicą kolumnową, po lewej stronie znajdują się majestatyczne pozostałości Wielkiej Świątyni, która reprezentuje jedną z najważniejszych architektonicznych i archeologicznych zabytków centralnej Petry. Znajduje się na obszarze 7 tysięcy metrów kwadratowych, wliczając południowe i północne wejścia oraz dolny i górny poziom Świątyni. Jej wysokość w przybliżeniu wynosi 15 metrów. Nabatejczycy lubili mieszać swój własny styl architektoniczny z duchem antycznego klasycyzmu, co doskonale przekłada się na unikatowość Wielkiej Świątyni.

Droga do Monastyru

To najtrudniejszy odcinek na całej trasie. Trzeba się wspiąć po kamiennych schodach na szczyt, by zobaczyć położony na pustkowiu klasztor. Szczerze przyznam, że wspinaczka nie była jakoś specjalnie trudna, nawet za bardzo się nie spociłam, chociaż nie jestem wielką miłośniczką gór i brak mi odpowiedniego przygotowania kondycyjnego 🙂 Jednak widoki po drodze zapierają dech. Z resztą sami zobaczcie.

Monastyr (Al Deir)

Trud (wydawać by się mogło) niekończącej się wspinaczki wynagradza widok położonej na pustkowiu pośród potężnych skalnych urwisk fasada Monastyru. Ta wysoka na 48 metrów i prawie tyle samo szeroka budowla pochodzi z I w. n.e. Wbrew nazwie był to kolejny grobowiec – największy w całej Petrze, ale nigdy całkowicie nieukończony. W środku miały miejsce spotkanie o charakterze religijnym. W późniejszych czasach sala została zaadaptowana na chrześcijańską kaplicę. Na szczycie znajduje się też niewielka restauracja serwująca nie tylko zimne napoje, ale także widok na ten imponujący cud architektoniczny.

Nadal, nawet pisząc tego posta, nie mogę uwierzyć, że tam byłam 🙂 Pięknie jest spełniać swoje marzenia, do czego ochoczo Was zachęcam 🙂

Garść informacji praktycznych

Generalnie Jordania jest droga (dla przypomnienia: 1 JOD= ok. 5,6 zł). Również sam wstęp do Perty jest drogi, ale zapewniam Was – wart każdej ceny 🙂 Najbardziej opłaca się kupić Jordan Pass, który poza wizą do kraju, zawiera także wejściówki do 40 atrakcji w całym kraju, w tym również do Petry. Cena za Jordan Pass uzależniona jest od tego, ile dni chcemy spędzić w samej Petrze:

Jeśli natomiast nie chcecie inwestować w Jordan Pass, wówczas cena za sam jednodniowy wstęp do Petry wyniesie 50 JOD plus do tego oczywiście wiza jordańska (ok. 40 JOD). Godziny otwarcia Petra Visitors Center w sezonie (maj-wrzesień) 6:00-18:00, a poza sezonem (październik-kwiecień) – 6:00-17:00.

Ile czasu poświęcić na zwiedzanie Petry? My zainwestowałyśmy w dwudniową wizytę w starożytnym mieście. Jednak główną trasę (czerwona), na której znajdują się wszystkie wymienione wyżej obiekty, można spokojnie przejść w jeden dzień, zaczynając wcześnie rano. Oczywiście w tym skalnym mieście znajduje się kilka różnych tras, także dla miłośników trekkingu, którzy chcą przebyć wszystkie szlaki, najlepszym rozwiązaniem będzie zakup dwu- albo trzydniowego Jordan Passa. Aha! Na „spacer” po Petrze załóżcie wygodne buty, z solidną podeszwą, bo jest kilka ładnych kilometrów do przejścia 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Zapiski podróżne: Jordania

Właśnie wróciłam z Jordanii. Mistyczna Petra, bezkresna pustynia Wadi Rum, kąpiel w Morzu Martwym, rafa koralowa w Morzu Czerwonym – te wszystkie niesamowite atrakcje czekały tam na mnie. Spełniłam jedno ze swoich podróżniczych marzeń! Do tej pory nie widziałam piękniejszych widoków. Jordania posiada wiele wspaniałych miejsc, które kuszą turystów z całego świata. Pomimo tego, że znajduje się w konfliktowym rejonie świata (na północy Syria ogarnięta wojną; od zachodu Izrael i Palestyna), wbrew pozorom jest bezpiecznym krajem.

Mam kilka przemyśleń na temat tego kraju, którymi chciałabym się z Wami podzielić, póki buzują we mnie jeszcze wszystkie emocje.

Drożyzna

Jordania jest drogim krajem. Wszystko jest kilka razy droższe niż w w naszym kraju. Dodatkowo o wszystko trzeba się targować (czego szczerze nienawidzę), czy to w sklepie, czy na bazarze. Najgorsi są oczywiście taksówkarze. Ci nie mają żadnych skrupułów, żeby ogołocić przeciętnego turystę. Nawet jeśli wydaje nam się, że utargowałyśmy „good price” za przejazd, potem dowiadujemy się, że i tak dwukrotnie przepłaciłyśmy. Za wszystko trzeba płacić, niestety nie ma nic za darmo. A ceny zaczynają się od 1 JOD (5,6 zł) za butelkę wody, a za piwo można zapłacić nawet 6 JOD!

Jest bezpiecznie, ale…

To było moje pierwsze zetknięcie z Bliskim Wschodem, taki szok kulturowy. Okej, nie licząc jednodniowej wizyty w Stambule 10 lat temu, po której obiecałam sobie, że nigdy więcej nie pojadę do Turcji. Jordania to zupełnie inna kultura, religia, obyczaje czy nawet klimat. Nie chcę oceniać, ale to zdecydowanie nie moja bajka. We wszystkich turystycznych rejonach czułam się bardzo bezpiecznie, a Jordańczycy byli bardzo życzliwi i pomocni, wszyscy zawsze witali nas słowami „Welcome to Jordan”. Poza tym, funkcjonuje tam specjalna policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo turystów. Jednak pewien niesmak pozostał.

Już pierwszego dnia po wylądowaniu w Ammanie,  postanowiłyśmy się udać się do miasta na kolację. Nasz hotel znajdował się 20 minut od centrum, więc zdecydowałyśmy przejść się piechotą. To był pierwszy i ostatni raz, potem brałyśmy już tylko taksówki. Czułam się jak małpka w zoo – każdy się na nas gapił, jakby pierwszy raz widział białą, blondwłosą kobietę. Mężczyźni lustrowali nas wzrokiem w taki sposób, że prawie nas pożarli żywcem. Poza tym gwizdy i wyznania miłości były na porządku dziennym. Z kolei kobiety patrzyły z pogardą na „roznegliżowane” paniusie (roznegliżowane – czyt. w długich dżinsach i t-shirtach). Turystki nie mają tam obowiązku zakrywania ciała abajami i hidżabami, a my miałyśmy zakryte wszystko, co było konieczne. Dziwię się, że w stolicy kraju, który żyje z turystyki, blondwłosa i biała kobieta nadal wywołuje tyle emocji i sensacji.

Amman – najbrzydsza stolica, w której byłam

Kontynuując wątek o Ammanie. Zwiedziłam wiele stolic, mniejszych czy większych, i stwierdzam, że stolica Jordanii jest najbrzydszym miastem, jakie do tej pory odwiedziłam. Mieszka tam prawie 4 miliony ludzi, korki są niemiłosierne, a miliony samochodów robią niebywały hałas. Architektura miasta pozostawia wiele do życzenia – domki wyglądają jak z kartonu i poukładane są jeden na drugim. Chaos, kurz, brak jakiegokolwiek zorganizowania i reguł – tak mogę opisać Amman. Do tego śmieci walające się po ulicach – coś obrzydliwego. A przejście przez ulice graniczy z cudem. Tak jak pisałam, że w Uzbekistanie z trudem przechodzi się przez jezdnię, to Amman bezapelacyjnie wygrywa w tej konkurencji. Nie za bardzo jest też co tam specjalnie robić. Owszem, jest kilka zabytków, ale o samym mieście napiszę osobny post. Do tego codzienna pobudka o 4:30 rano, bo z objęć Morfeusza wybudzało nas głośne nawoływanie muezina z pobliskiego meczetu… Niestety zmuszone byłyśmy spędzić tam prawie 3 dni, bo była to nasza baza wypadowa do innych miejsc, no i tam też miałyśmy loty z/do Warszawy. Jedno jest pewne – nie chciałabym tam więcej powrócić.

Przepiękne widoki

Tak, jak Amman mnie od siebie zraził, tak w południowej części kraju kryje się wiele fantastycznych perełek. Zaczynając od zachwycającej Petry, przez kosmiczną pustynię Wadi Rum, aż po rafę koralową w Akabie.  Do tej pory nie widziałam nic piękniejszego od Petry, a trochę miejsc w swoim życiu już zobaczyłam. Aż ciężko pojąć, że w jednym kraju kryje się tyle skarbów natury i ślad  starożytnych cywilizacji. Jest jeszcze wiele miejsc, których nie odwiedziłam z powodu braku czasu czy zamknięcia niektórych obiektów. Tydzień to zdecydowanie za mało, ale mam przynajmniej po co tam wracać, co nieco zostawiłam na później 🙂

Przepyszne jedzenie

Odkąd pamiętam, jestem fanką hummusu, falafeli i innych bliskowschodnich specjałów. Dlatego też wizyta w tym kraju była dla mnie kulinarnym rajem. Wszystko świeże, pachnące i aromatyczne – na samą myśl ślinka cieknie 🙂 Hummus na śniadanie, obiad i kolację, czasami przegryzany falafelem (albo po prostu – falafel maczany w hummusie) – tak mniej więcej wyglądała moja jordańska dieta. Nie wnikałam, w jakich warunkach sanitarnych przygotowywano to jedzenie, ale najważniejsze, że nie złapałyśmy żadnej „klątwy faraona” i innych przykrych dolegliwości 😀  Jednak po tygodniowej uczcie, na hummus nie spojrzę przez kilka kolejnych tygodni, pomimo mojego zamiłowania do tej bliskowschodniej przekąski 🙂

Hummus, falafel, baba ganush, pieczony bakłażan, świeże warzywa i herbata – weganizm pełną gębą

Jeszcze więcej hummusu 🙂

Jordańskie piwo nie było zbyt smaczne, ale za to miało moc

 

Rachunek za naszą kolację 🙂

Jordańczycy nie dbają o zwierzęta

Niestety, zwierzęta w tym kraju nie są dobrze traktowane. Wiele razy widziałam, jak właściciele chłostali swoje konie czy wielbłądy. W Petrze osiołki wnosiły na grzbietach grubych i leniwych ludzi, którym nie chciało się wejść po schodach, albo stały przywiązane na sznurach pozostawione w pełnym słońcu, bez miski wody. Dorożki z pędzącymi, spoconymi i ledwo zipiącymi końmi co rusz prawie tratowały grupy pieszych. Właściciele tych zwierząt pieszczotliwie nazywając ich „beduin ferrari” czy „camel taxi”, nagabywali do skorzystania z tego typu transportu gwarantując, że zamiast 2 godzin, na szczyt dostaniemy się w przeciągu 40 minut. Ja nawet nie chciałam wsiąść na 2 minuty na wielbłąda, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie, mimo tego, że jego właściciel ochoczo mnie do tego zachęcał. Nie potrafię tego zrozumieć, bo przecież zwierzęta to źródło ich zarobku, więc powinni traktować je z szacunkiem, a nie znęcać się nad nimi. Ale to wszystko wina leniwych turystów, którzy korzystają z tego typu „usług”, bo przecież gdyby nie oni, nie byłoby tego zjawiska. Nie wspomnę już o wygłodniałych, wychudzonych psach i wyleniałych kotach, na które nikt nie zwraca tam najmniejszej uwagi.

Dlatego też będąc w Petrze, proszę – nie korzystajcie z tego typu „usług”. Nie przykładajmy się do maltretowania i wyzyskiwania zwierząt dla chwili własnej wygody. Poza tym spacer po tym miejscu sprawia, że staje się ono jeszcze bardziej magiczne.

Słodziaczek ❤

I kolejny 🙂

Jeszcze więcej słodziaków 🙂

Wzorowe modelki

Wielodzietne rodziny

Jordańczycy są muzułmanami, a co za tym idzie – posiadają wielodzietne rodziny. Co więcej, mężczyzna może mieć do 4 żon, ale kobieta może posiadać tylko jednego męża. Ot, taka mała niesprawiedliwość. Ludzie, z którymi miałam styczność opowiadali, że posiadają np. 7 braci i 3 siostry, albo 6 sióstr i 4 braci. Każdy miał brata/kuzyna/wujka w swoim „biznesie”. Czy to Beduin mieszkający na pustyni, wożący nas po mieście taksówkarz czy właściciel hostelu, w którym mieszkałyśmy – każdy miał ogromną rodzinę. Jeden z nich opowiadała o swoim wujku, który posiada 4 żony i 34 dzieci!!! Jak tu spamiętać imiona wszystkich pociech? Co ciekawe, każdy z napotkanych „młodzieńców” był singlem, który nie znalazł jeszcze do tej pory „tej jedynej”. Zastanawiam się, czy  to prawda czy gadali tak, żeby poderwać i skusić na ożenek europejską turystkę 🙂

Jordański kawaler 😉

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.