Świątynia Wang w Karpaczu. Kościółek z niesamowitą historią w tle

Do tej pory nigdy nie byłam w Karpaczu (shame on me), ale dużo słyszałam o tej miejscowości. Właściwie nie tyle o samej miejscowości, ale o jednym z niezwykłych obiektów znajdujących się tam, a mianowicie norweskiej Świątyni Wang. Kościół ten stanowi swoistą atrakcję turystyczną Karpacza. Nic dziwnego, bo brzmi oraz wygląda egzotycznie i tajemniczo, a historia tego miejsca również jest nieszablonowa. I chociaż nie jestem wielbicielką obiektów sakralnych (z kilkoma wyjątkami), to ten enigmatyczny obiekt bardzo przypadł mi do gustu. Nie widziałam jeszcze tak oryginalnego kościoła z tak interesującą historią w tle.

Norweski skarb narodowy w sercu polskich Karkonoszy

Jednym ze skarbów narodowych Norwegii jest grupa średniowiecznych drewnianych kościółków. Charakteryzują się one nietypową  konstrukcją wykonaną z pionowych słupów umocowanych w podwalinie i wieńcu, a stabilizowanych krzyżulcami. Prawdopodobnie są to najstarsze budowle drewniane w Europie, które zachowały się w całości. Część elementów dekoracyjnych pokryta została skomplikowanymi plecionkami, wśród których wyrzeźbiono smoki, ptaki i wojujących rycerzy.

Tego typu kościółki przetrwały dzięki surowemu klimatowi północy, ale też solidnemu wykonaniu i dobrej opiece nad nimi. Najstarszy z nich pochodzi z połowy XIII wieku, ale większość jednak zbudowano w kolejnym stuleciu. Obecnie pozostało ich już niewiele, dlatego też norwescy konserwatorzy zabytków obchodzą się z nimi jak z najcenniejszymi klejnotami.

Dziwnym trafem jeden z tych kościółków, za sprawą norweskiego malarza, króla pruskiego oraz pewnej śląskiej hrabinie, znalazł się w polskim Karpaczu. Świątynia malowniczo komponuje się z surową, górską przyrodę u podnóża masywu Karkonoszy. Bez wątpienia ten średniowieczny norweski kościółek Wang jest największą atrakcją Karpacza.

Co norweska świątynia robi w śląskich górach?

Świątynię wzniesiono na początku XIII-wieku i przez ponad 600 lat służyła początkowo katolickiej, a później luterańskiej ludności mieszkającej  na dalekiej północy, w południowej części Norwegii w regionie Valdres, nad otoczonym wysokimi górami jeziorem Vangsmjøsa. Stąd też wywodzi się jego nazwa. W XIX wieku kościółek okazał się za mały i wymagał kosztownej naprawy. Gmina postanowiła go sprzedać, by zdobyć pieniądze potrzebne na budowę nowej, znacznie większej świątyni. Dzięki staraniom zamieszkałego w Dreźnie norweskiego malarza Jana Christiana Dahla, zabytek został zakupiony przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV. Po sporządzeniu dokumentacji architektonicznej kościół rozebrano na części i w 1841 roku przewieziono w skrzyniach statkiem do Szczecina, a następnie do Muzeum Królewskiego w Berlinie.

Ostatecznie król jednak się rozmyślił i zrezygnował z postawienia kościoła w skansenie na Wyspie Pawiej koło Berlina. Zaprzyjaźniona z królem hrabina Fryderyka von Reden przekonała go, by świątynie przewieść do Karkonoszy, by mogła służyć tamtejszym ewangelikom. Miejsce pod budowę na zboczu Czarnej Góry (885 m n.p.m.), które leży w połowie drogi z dolnego Karpacza na Śnieżkę, ofiarował hrabia Christian Leopold von Schaffgotsch. Okazało się, że znaczna część oryginalnych elementów kościoła nie nadawała się do użytku, a z Norwegii przewieziono jedynie jedną piętnastą jego fragmentów. Brakujące części dorabiano w trakcie budowy na podstawie rysunków.  2 sierpnia 1842 roku król Fryderyk Wilhelm IV osobiście położył kamień węgielny, a dwa lata później nastąpiło uroczyste otwarcie i poświęcenie kościoła przy udziale króla i jego małżonki oraz wielu innych znanych i ważnych osobowości.

Czy to faktycznie kościół katolicki czy pogańskie miejsce kultu?

No właśnie, o co tutaj chodzi? Bo to kościół katolicki, a jednak wiele elementów na elewacji i ołtarzu temu zaprzecza. Świątynia wykonana jest z sosny norweskiej, która – nasycona żywicą – wykazuje niezwykłą trwałość, dlatego też nieliczne tylko elementy wymagały podczas odbudowy napraw i uzupełnień. Zrekonstruowano otaczające kościół podcienia, zwane w Polsce sobotami. Służyły one jako izolacja przed zimnem ścian nawy i prezbiterium oraz jako miejsce oczekiwania na rozpoczęcie nabożeństwa. Co ciekawe, konstrukcja kościoła wykonana jest bez użycia gwoździ, a wszystkie połączenia wykonano przy pomocy drewnianych złączy ciesielskich. Tutaj też przed wejściem do kościoła zostawiano broń. Wysokie, pokryte gontem dachy zdobią przy kalenicach sterczyny w kształcie otwartych smoczych paszcz, przypominające dzioby długich łodzi wikingów. Do bocznej ściany dostawiono wieżę-dzwonnicę, zbudowaną już ze śląskiego granitu, która chroni drewniany kościółek przed ostrymi podmuchami wiatru wiejącego od strony Śnieżki.

Główny portal, przez który wchodzi się do wnętrza, ozdobiony jest półkolumienkami ozdobioną gęstą plecionką wężów i roślin. Wyrzeźbione twarze wojowników w szpiczastych hełmach – z wysuniętymi, rozdwojonymi jak u wężów językami – mają symbolizować przekazywanie wiedzy i mądrości kolejnym pokoleniom. Na kolumienkach stoją stylizowane lwy, które występują w symbolicznej roli strzegących bram. W górnych narożnikach XIII-wiecznych portali umieszczono uskrzydlone smoki, trzymające w paszczach poziomo położoną ósemkę, czyli pętlę nieskończoności. Są też na nich znaki pisma runicznego.

Runy to znaki pisma zgłoskowego, którego używali na początku naszej ery przez ludy Europy północnej i północno-zachodniej. Znaki te ryto zazwyczaj w kamieniu, metalu, kości i drewnie. Wzorowano je na alfabecie greckim lub łacińskim. Aż do XIX wieku utrzymywały się one pośród narodów skandynawskich jako pismo chłopskie i zdobnicze. Podobno w samej Norwegii znajduje się około 1600 napisów runicznych.

W kościele nie brakuje jednak typowo chrześcijańskich odniesień. Kolumny stojące przed ołtarzem przedstawiają zwycięstwo Dawida nad Goliatem oraz proroka Daniela w jaskini lwów. Elementy te zostały zrekonstruowane w trakcie odbudowy kościoła przez rzeźbiarza Jakuba z Janowic. Także krucyfiks wykonany w 1844 roku z jednego pnia dębowego, jest dziełem tego samego artysty. Ambona – chociaż wykonana na miejscu – powstała z drewna sprowadzonego z Norwegii. Jedynie barokowa chrzcielnica jest miejscowym elementem i pochodzi z rozebranego kościoła z okolic Wałbrzycha.

Niestety wtedy, kiedy tam byłam Świątynia była zamknięta, dlatego też zdjęcia wnętrza pochodzą z internetu 😦

Kościół to nie wszystko

Sam kościół jest nie lada atrakcją, ale także plac, na którym znajduje się Świątynia stanowi nie lada atrakcję. Na przykościelnym cmentarzu pochowani zostali zarówno wierni z miejscowej parafii (np. Henryk Tomaszewski) oraz ich duszpasterze, jak również osoby, które zginęły w górach (np. Julianne Caroline Korber – właścicielka Riesenbaude, zmarła 22 listopada 1884 i pochowana 6 dni później). 29 kwietnia 2014 roku na cmentarzu przy świątyni Wang został pochowany Tadeusz Różewicz – polski poeta, dramaturg, prozaik i scenarzysta, autor m. in. „Niepokoju”, „Szarej strefy” czy „Kartoteki”.

Informacje praktyczne

Adres: ul. Na Śnieżkę 8, 58-540 Karpacz

Godziny otwarcia: w okresie od 15.04 do 31.10 zwiedzanie w godz. 9.00 – 18.00, w okresie od 1.11 do 14.04 zwiedzanie w godz. 9.00 – 17.00. W niedziele i święta zwiedzanie rozpoczyna się o godzinie 11.30.

Ceny biletów: normalny – 10 zł , ulgowy – 5 zł, wstęp na plac kościelny – 2 zł.

Strona www: http://wang.com.pl/

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Warszawa. Osiedle Przyjaźń – kolorowe oblicze stolicy

Istnieje takie miejsce w Warszawie, które jest wyjątkowe. Nie tylko ze względu na swój unikatowy styl i urok, umiejscowienie pośród pięknej i zadbanej zieleni, ale przede wszystkim na burzliwą historię. Co ciekawe, miejsce to znajduje się o „rzut beretem” od mojego obecnego domu. A żeby było jeszcze zabawniej, przez około 2 lata mieszkałam w bezpośrednim sąsiedztwie Osiedla Przyjaźń – bo o nim właśnie mowa. Wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, żeby udać się tam na spacer. Jak to mówią – pod latarnią najciemniej. W końcu, po latach kręcenia się w pobliżu, dotarłam tam w pewne jesienne, słoneczne, pandemiczne popołudnie.

Osiedle Przyjaźń mieści się między największymi ulicami na Bemowie/Woli: Górczewską, Jana Olbrachta, Powstańców Śląskich oraz trasą kolejową. Pomimo tego, że umiejscowione jest pomiędzy ruchliwymi trasami samochodowymi i tramwajowymi, skręcając w boczną uliczkę odnosi się wrażenie, że przenieśliśmy się na obrzeża stolicy, na spokojną wioskę, ukrytą perełkę z dala od miejskiego zgiełku. Przechadzając się pomiędzy uliczkami miałam wrażenie, że znalazłam się w warszawskiej wiosce Smerfów, a tamtejsze budynki kojarzyły mi się z  cerkwiami na Podlasiu, chyba przez te kolory 🙂 To ewenement zarówno w skali Warszawy jak i całego kraju. Na próżno szukać drugiego takiego osiedla.

Burzliwa historia „Przyjaźni”

Niegdyś Jelonki – teren, na którym znajduje się dzisiejsze osiedle – były osobną wsią, która została przyłączona do Warszawy w 1951 roku. Rok później wybudowano tam barakowe osiedle „Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”, które miało zasiedlić kilka tysięcy radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki wraz ze swoimi rodzinami.  Właścicieli ziem, którzy tam mieszkali w przyspieszonym tempie eksmitowano, a w zamian zaoferowano grunty zamienne pod Warszawą lub na Ziemiach Odzyskanych.

Na osiedlu wybudowano dwa rodzaje drewnianych pawilonów: hotelowe dla robotników oraz domki jednorodzinne dla kadry kierowniczej i technicznej. Elementy konstrukcji zostały przywiezione spoza Warszawy i zmontowano je na miejscu. Niektóre z nich przypominają staropolskie dworki, a inne zaś typowe baraki. Jak się okazuje, część z nich zostało zbudowane z materiałów pochodzących  z rozbiórki obozu jenieckiego Stalag I-B „Hohenstein” koło Olsztynka. Gdyby było za mało skojarzeń z obozem, to pikanterii doda fakt, że osiedle otaczał drut kolczasty, a bramy strzegli wartownicy. Inna część domków przybyła z Finlandii – pierwsza dostawa dotarła do Polski rok po zakończeniu wojny. Polska zawarła kontrakt: domki za narodowy węgiel, a pomysłodawcą transakcji wiązanej z Finami był Jan Mitręga, ówczesny minister górnictwa i energetyki.

Początkowo domki malowano jedynie w dwóch wariantach kolorystycznych: niebiesko-białym oraz czerwono-białym, ale dzisiaj widać tam cała paletę barw i odcieni. Na terenie osiedla znajdowały się wszystkie niezbędne obiekty, między innymi: siłownia, kino, łaźnia, dom kultury, biblioteka, przychodnia lekarska,  kotłownia oraz dwa boiska sportowe. Dodatkowo wybudowano ponad 8 km osiedlowych dróg i ulic, posadzono około 4 tysiące drzew i 40 tysięcy krzewów, a w celu odprowadzania ścieków w 1952 roku oddano do użytku Stację Pomp Kanałowych „Jelonki”. W szczytowym czasie budowy Pałacu Kultury i Nauki na osiedlu mieszkało około 4,5 tys. osób. Odbywały się tam również festyny, spotkania młodzieży radzieckiej i polskiej, okolicznościowe akademie i zawody sportowe. Takie trochę miasto w mieście.

Ku chwale nauki

Po zakończeniu budowy Pałacu Kultury i Nauki w maju 1955 roku, z polecenia Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, osiedle przekazano z zamysłem przekształcenia je na domy studenckie warszawskich uczelni. We wrześniu tego samego roku domki zamieszkiwało już około 3 tysiące studentów oraz pracowników naukowych. To właśnie wtedy osiedlu nadano nazwę „Przyjaźń”. Na terenie o powierzchni 32 ha powstały 33 domy studenckie, 9 hoteli asystenckich, 19 bloków asystenckich, 77 domów jednorodzinnych dla pracowników uczelni oraz 2 hotele robotnicze. Każdego roku odbywało się święto studenckie nazywane „Jelonkaliami”.

Do dnia dzisiejszego osiedle funkcjonuje jako akademiki studenckie. Dawne osiedle budowniczych Pałacu Kultury i Nauki składa się z dwóch części: budynki wielorodzinne pełnią funkcje domów studenckich, a w domkach jednorodzinnych mieszkają pracownicy naukowi lub ich potomkowie. Aktualnie funkcjonuje 25 domków studenckich, 35 domków mieszkalnych, 77 domków jednorodzinnych, 3 nowe akademiki studenckie, Ratusz Gminy Bemowo oraz wspomniane obiekty socjalne, kulturalne i administracyjne. Mieszka tu obecnie około 1300 studentów. Osiedle Przyjaźń jest własnością Skarbu Państwa. Mają tam swoje siedziby Klub Karuzela, Biblioteka Publiczna Warszawa-Bemowo z czytelnią oraz sala zabaw dla dzieci Kolorado.

Wylęgarnia celebrytów

Przechadzając się po uliczkach w ogóle nie odczuwa się, że znajdujemy się w stolicy kraju, w obrębie ruchliwych i zatłoczonych ulic. Pomimo położenia w dużej dzielnicy, można poczuć się jak na  spokojnych przedmieściach, albo leniwej wiosce, gdzie czas płynie własnym tempem. Jesienna sceneria drzew i krzewów daje przyjemne ukojenie i wytchnienie od zatłoczonego miasta. Drewniana zabudowa, momentami podniszczona i zbutwiała, przypomina trochę klimaty jak z westernu. Jednak pomimo całego mojego zachwytu nad tym miejscem, nie chciałabym tutaj mieszkać. Można odczuć, że brakuje tutaj anonimowości, którą bardzo sobie cenię. Pochodzę z dużo mniejszej miejscowości niż stolica i wiem, czym jest spoufalanie się i plotkowanie z sąsiadami – to prawie nigdy nie kończy się happy endem.

Wracając do tego wątku. Na Osiedlu Przyjaźń mieszkało wielu znanych dzisiejszych celebrytów, między innymi: Leszek Balcerowicz (były Minister Finansów), Tomasz Borecki (rektor SGGW), Andrzej Walicki (historyk), Andrzej podsiadło (Prezes PKO BP), Jerzy Bralczyk (językoznawca) oraz Krzysztof Tyniec (aktor).

Poza tym Osiedle Przyjaźń pojawiło się jako główna lokalizacja w etiudzie Jana Komasy „Fajnie, że jesteś” (2003), która została nagrodzona na Festiwalu Filmowym w Cannes w 2004 roku.

Niepewna przyszłość

W związku z tym, że osiedle jest własnością Skarbu Państwa, jego losy są niepewne. Mieszkańcy sami do końca nie wiedzą, jak przyszłość ich czeka – od kilkunastu lat słyszą sprzeczne informacje o likwidacji osiedla, a tym samym nie mogą wykupić tych mieszkań i domów na własność. Wyraźnie widać przemijający czas, bo niektóre budynki są w złym stanie, np. z odklejającą się farbą ze ścian, starymi oknami, z coraz częstszymi problemami z kanalizacją i instalacją elektryczną. Poza tym część działek objętych jest roszczeniem potomków mieszkańców, których wywłaszczono z tego terenu w latach 50. ubiegłego wieku.

Plan zagospodarowania Warszawy niestety nie jest jasno sprecyzowany. Nieopodal „Przyjaźni” powstało nowoczesne, ogromne osiedle mieszkaniowe „Przyjaciół”, niewykluczone zatem, że jakiś deweloper w najbliższej przyszłości nie położy łapy na tym obszarze. Jedynym rozwiązaniem jest wpisanie Osiedla przyjaźń do rejestru zabytków, o co mieszkańcy walczą od lat. Oby im się udało, bo Warszawa straci unikalną, kolorową idyllę.

Jak dojechać do Osiedla Przyjaźń?

Dojazd do osiedla nie jest skomplikowany, ale może zająć nieco czasu – w zależności z którego krańca Warszawy przybywamy. Od ul. Górczewskiej należy wysiąść na przystanku Konarskiego, zaś od ul. Powstańców Śląskich na przystanku Czumy.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Szczeliniec Wielki. Między Piekiełkiem a niebem

Nigdy nie byłam miłośniczką gór. Nie przepadałam za tego typu wyprawami, a jak trzeba było wejść po jakimś wzniesieniu, to następowała czarna rozpacz, a co dopiero wspinaczka po prawdziwych górach! Brak kondycji, lęk wysokości, brak odpowiedniego przygotowania i sprzętu potrafił mocno demotywować. Natomiast ludzi uciekających w góry w każdej możliwej chwili uważałam za szaleńców. Cóż, nadal co niektórych uważam za takich, ale teraz już pod nieco innym względem. Bakcyla złapałam kilka lat temu, ale chyba tak naprawdę miętę do górskich klimatów poczułam w tamtym roku. Do tego chyba trzeba po prostu dorosnąć. W góry wkręciłam się do tego stopnia, że praktycznie każdy weekend września i października spędzę właśnie buszując po górach 🙂 A wszystko za sprawą mojej ostatniej wycieczki w przecudowne Góry Stołowe, w których się totalnie zakochałam. Dzisiaj opowiem o najwyższym szczycie tych gór, czyli o niesamowitym Szczelińcu Wielkim.

Jednym z najbardziej charakterystycznych piaskowych płaskowyżów  podciętych urwiskami skalnymi, a spłaszczonych od góry, jest Szczeliniec. Rozdzielony niewielką przełęczką na dwa płaskowyże – mniejszy i nieco niższy Szczeliniec Mały oraz najwyższy w Górach Stołowych Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.). Wraz z Błędnymi Skałami i Skalniakiem należą do jednych z najlepiej zachowanych fragmentów powierzchni skał piaskowych. Spękania w piaskowcu z czasem coraz bardziej się poszerzały i pogłębiały w wyniku działalności wody, a zróżnicowana odporność części skały sprawiła, że erozja wypreparowała w nich fantastyczne kształty. To właśnie one decydują o atrakcyjności gór, w tym trasy turystycznej na szczyt Szczelinca Wielkiego.

Sam Szczeliniec Wielki do końca XVIII wieku pozostał nieznany dla turystów. Przełom nastąpił po zakończeniu wojen śląskich, kiedy władze pruskie chciały zbudować na pograniczu sieci fortów, które miały chronić świeżo podbitą prowincję. Powstał wtedy Fort Wilhelma w Górach Bystrzyckich, fort w okolicach Kamiennej Góry oraz Fort Karola – naprzeciwko Szczelińca. Zainteresowaniem budowniczych cieszył się także Szczeliniec Wielki i postanowiono wysadzić w nim skały, tworząc przejścia. Dzięki temu można dzisiaj wejść pod schronisko. Pierwszym oprowadzającym po Szczelińcu, jeszcze w trakcie prac przy budowie fortu, był Franciszek Pabel. Przewodnictwem trudnił się do końca swojego życia, a poświęcił temu zajęciu 71 lat.

Droga na szczyt Szczelińca Wielkiego prowadzi po krętych kamiennych schodach (łącznie jest ich 665), w otoczeniu lasu i mniejszych formacji skalnych. Schodki te zostały ułożone w 1814 roku przez wspomnianego Franciszka Pabela, sołtysa pobliskiej wioski Karłów oraz pierwszego przewodnika i autora pierwszej broszury o Szczelińcu. Pokonanie tej okrężnej, jednokierunkowej trasy o długości około 5 km nie powinno zająć dłużej niż 30-40 min. Chociaż nieco obawiałam się drogi na górę, to zanim się obejrzałam a już byłam na szczycie. Przejście jest banalnie proste i nawet dziecko sobie da z nim radę.

Schodki prowadzą do Schroniska PTTK na Szczelińcu, który jest jednym z dwóch (drugie to Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach) w Polsce obiektów, do którego nie można dojechać samochodem. Nie prowadzi tu żadna droga, po której mógłby się poruszać jakikolwiek pojazd. Jedynym sposobem dotarcia jest wybranie się piechotą po wspomnianych kamiennych schodkach. To także jeden z najstarszych tego typu obiektów w Sudetach. Pierwsze całoroczne schronisko powstało już w 1845 roku i istnieje do dzisiaj. Po II wojnie światowej budynek przez wiele lat stał zaniedbany i popadł w ruinę. Dzisiaj nie przypomina budowli sprzed lat, odrestaurowano go i można tam zjeść ciepły posiłek albo napić się gorącej herbaty czy czekolady i odpocząć przed buszowaniem pośród fantastycznych formacji skalnych w labiryncie.

Nie trafiliśmy na pogodę, bo ze wszystkich stron Szczeliniec Wielki spowiła mgła. Muszę jednak przyznać, że miało to swój urok – niczym sceneria z podrzędnego horroru klasy B. Widoków ze szczytu nie mogliśmy niestety podziwiać, więc po prostu udaliśmy się w stronę Skalnego Labiryntu, gdzie klimat grozy czuć znacznie bardziej.

Trasa po Labiryncie Skalnych rozpoczyna się tuż przy schronisku. Za bilet wstępu trzeba zapłacić 12 zł (dokładny cennik znajduje się tutaj). Z uwagi na bardzo wąskie przejścia, zwiedzanie Labiryntu odbywa się jednokierunkowym szlakiem czerwonym. Trzymając się stricte szlaku, można wyruszyć w najbardziej efektowne rejony Szczelińca. Ścieżka biegnie po skałkach, doprowadzając do najwyższych partii masywu, gdzie dochodzimy na widokową skałkę o wdzięcznej nazwie „Tron Pradziada”. Wędrując dalej natykamy się na:

  • Wielbłąda,
  • Mamuta,
  • Słonia,
  • Kwokę,
  • Małpoluda,
  • Psa,
  • Żółwia,
  • Koński Łeb,
  • Sowę

Jednak największe wrażenie robi tzw. Piekiełko, gdzie ścieżka prowadzi przez głęboką rozpadlinę pomiędzy skałami. Niekiedy nawet wręcz trzeba przeciskać przez jego ciasne zakamarki i czołgać na kolanach. Wewnątrz licznych korytarzy Labiryntu panuje swoisty mikroklimat, a w niektórych miejscach śnieg utrzymuje się nawet do lipca. Co ciekawe, właśnie w Piekiełku powstały zdjęcia do filmu „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”.

Przejście przez ścieżkę na Szczelińcu Wielkim zajmuje około godziny, jednak w moim przypadku było to „nieco” dłużej, bo musiałam obfotografować każdą znajdującą się tam skałkę 🙂  Jedynym minusem tego spaceru były tłumy ludzi, a przez nich w niektórych miejscach nie dało się zatrzymać na dłużej, bo nie wiadomo czemu, ale spieszyło im się gdzieś 😦 Szkoda także, że nie udało się podziwiać widoków ze szczytu Szczelińca, ale to znaczy, że muszę tam wrócić, co z przyjemnością uczynię. Może jesień to będzie dobry czas na kolejną wizytę w Szczelińcu Wielkim? 🙂

 

Zalipie. Najpiękniejsza polska wieś

Zalipie – mała wioska znajdująca się w województwie małopolskim, gdzieś pomiędzy Tarnowem, Krakowem a Kielcami. Ciągnęło mnie tam od pewnego czasu, w końcu udało się tam dotrzeć. Wioska znana jest na całym świecie i przyciąga wielu turystów. To jedna z atrakcji województwa małopolskiego. Co jest w niej takiego niezwykłego? Zalipie słynie z kolorowych domków, a konkretniej ręcznie dekorowanymi niezwykłymi i misternymi wzorkami domków. Można powiedzieć, że to swego rodzaju sztuka uliczna, a jeśli nie uliczna to na 100% jest to sztuka – i to jedyna w swoim rodzaju. Zalipie uznawane jest za najpiękniejszą i najbardziej kolorową wioskę w Polsce. Trudno się dziwić, bo malowane budynki to unikat, a turyści ochoczo przybywają podziwiać malunki miejscowych ludzi. Ja totalnie oszalałam i piałam z zachwytu nad ozdobionymi domkami, aczkolwiek spodziewałam się czegoś innego, no i pojawił się pewien szkopuł, ale o tym później.

Chociaż wioska jest popularna i przyjeżdżają do niej turyści z całego świata, to nie przypomina typowych turystycznych miejsc i tak naprawdę trudno doszukać się tam jakiejkolwiek komercji. Zalipie nie jest żadnym skansenem, a w domach mieszkają zwyczajni ludzie. Mieszkańcy malują swoje domy nie dla turystów, ale dla siebie.

Jak dostać się do Zalipia?

Zalipie znajduje się około 40 minut od Tarnowa oraz 1,5 h od Krakowa i Kielc. Nie ma się co oszukiwać – najlepiej i najwygodniej będzie przyjechać własnym autem. Trudno powiedzieć, czy znajduje się tam jakaś miejscowa komunikacja. Tego dnia, kiedy tam byliśmy, razem z nami byli turyści, którzy przyjechali wynajętymi busami. Poza tym, wioskę najlepiej zwiedzać właśnie samochodem albo rowerem, ponieważ – jak się potem okazało – odległości są dość duże. My natomiast postanowiliśmy zrobić sobie kilkukilometrowy spacer, co nie było takie złe. Autem na pewno byłoby szybciej, ale nie sądzę, żebyśmy wtedy tak wnikliwie i dogłębnie zobaczyli wszystkie atrakcje.

Skąd wzięła się tradycja malowania domów?

Na początku XX wieku w wiejskich domach, w centralnej izbie dominowały wielkie piece. Były one nieco problematyczne dla domowników, ponieważ sadza pokrywała ściany, a to dla ówczesnej gospodyni domowej było nie do zaakceptowania. Sprytne panie domu znalazły jednak sposób, by zamaskować uciążliwe zabrudzenia: najpierw wybieliły wapnem wszystkie ściany a za pomocą pędzla wykonanego z prosa lub żyta malowały nieregularne plamki. Z czasem tego typu dekoracja ścian zagościła w kolejnych domach zdobywając coraz większą popularność. Wtedy też panie zaczęły tworzyć ozdoby z motywem roślinnym, głównie w odcieniach brązu i beżu.

Jednak prawdziwy szał nastąpił po II Wojnie Światowej. Wtedy też piece odeszły do lamusa i zaczęto budować murowane domy. W raz z rozwojem techniki pojawiało się więcej kolorowych i trwalszych barwników, a dzięki temu nie trzeba było malować domu każdego roku. Na ścianach zaczęło pojawiać się coraz więcej barwniejszych i artystycznych ozdób.

Co ciekawe, każdego roku, w pierwszy weekend po Bożym Ciele odbywa się rozstrzygnięcie  – szalenie istotnego dla zalipiańskiej społeczności – konkursu na najbardziej kreatywną i kolorową zagrodę. Jury ocenia zarówno pierwszy raz zdobione gospodarstwa, jak i te przemalowane przez kreatywnych twórców. Jest nawet kategoria dziecięca, któa ma zachęcać najmłodszych do kontynuowania tej tradycji.

 

Co trzeba zobaczyć w Zalipiu?

Dom Malarek

Od tego miejsca zaczęliśmy nasze zwiedzanie. To swoiste centrum Zalipia, a jednocześnie lokalny Dom Kultury. Odbywają się tam różne warsztaty plastyczne, podczas których można zglebić wiedzę i odkryć talent artystyczny. Wejście jest bezpłatne, w środku znajduje się wystawa zdjęć z całej okolicy oraz sklepik z lokalnymi pamiątkami.

Na zewnątrz zaś znajdują się pokazowe „rekwizyty”, które mają zachęcić do dalszej wędrówki po okolicy.  Naprzeciwko wejścia jest pokazowa mała chata ze studnią i rowerem, zegar słoneczny oraz bogato zdobione stoły.

Strona internetowa: Domu Malarek

 

Muzeum Felicji Curyłowej

Za prekursorkę sztuki ozdabiania zalipiańskich domów uważa się Felicję Curyłową. Muzeum jej imienia to jedna z największych atrakcji tej wioski. W Zagrodzie Felicji Curyłowej znajdują się 3 chaty, a za opłatą można zwiedzić je w środku i posłuchać o malowanej kulturze Zalipia.

Nam jednak nie było to dane. W związku z szalejącym koronawirusem,do muzeum jednocześnie mogło wejść 10 osób na godzinę. Jednak trzeba mieć wcześniej rezerwację, ale o tym już nie wiedzieliśmy. Poza tym, przez najbliższe 3 godziny nie dało rady wejść, bo miały przyjechać wycieczki. Niepocieszeni i lekko zdezorientowani (a ja nawet zrozpaczona), musieliśmy opuścić teren zagrody. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie sposób, w jaki pani przewodniczka się z nami obeszła. Przegoniła nas jak jakieś natrętne komary krążące nad bezbronną ofiarą…

Strona internetowa Muzeum Felicji Cyryłowej

Kościół parafialny pod wezwaniem św. Józefa

Nie jestem fanką sztuki sakralnej i zwiedzania kościołów, ale muszę przyznać, że ten wyjątkowo mnie uwiódł. Z zewnątrz wygląda niepozornie, a wewnątrz urzeka swoim artystycznym wykonaniem. Nie ma przepychu, nie ma kiczu i ociekającego złotem ołtarza. Jest za to prostota, umiar oraz charakterystyczne zalipiańskie ozdoby.

Co poza tym?

Przegonieni z zagrody Curyłowej, nieco zniesmaczeni (oraz ja zrozpaczona :)) poszliśmy przed siebie, ale kierując się do punktu wyjścia.  Już straciłam nadzieję, że uda mi się wejść do środka którejś chaty, aż tu nagle okazało się, że na samym końcu (albo na początku – w zależności, od której strony się idzie :)) znajdowały się najpiękniejsze „okazy”. W rzędzie ustawione były domy, do których można było normalnie wejść, nawet panie same zapraszały do środka. Zazwyczaj jednak okazywało się, że to jedynie budynek na pokaz z jedną przyozdobiona izbą, zaś w drugiej znajdował się sklepik z pamiątkami. Nie mniej jednak warto było tam zajrzeć.

 

 

Idąc dalej, przyglądając się przypadkowemu gospodarstwu z ogromnym domem, staruszka siedząca na ławce na podwórku powiedziała, że mogę wejść na posesję i tam na spokojnie zrobić zdjęcia. Nie wahając się ani sekundy, weszłam i znalazłam się w artystycznym raju. Okazało się, że nie tylko dom był ozdobiony, ale także doniczki, buda dla psa, kamień oraz… drzewo! Co więcej, staruszka zaprosiła mnie do środka, do prawdziwego, autentycznego domu, do swojej kuchni i sypialni.  Starsza pani ma niesamowitą cierpliwość i niebywały talent, bo maluje wszystko, co się da 🙂 Ja po prostu oszalałam do końca 🙂

Zalipie – czy warto?

Powiem tak – oczywiście, że warto. To piękna, jedyna w swoim rodzaju wieś z własną tradycją kulturową, którą trzeba odwiedzić. Jednak przyjeżdżając tam, nastawiłam się, że będzie to coś w rodzaju skansenu, a wszystkie budynki znajdują się w jednym miejscu. Tak niestety nie jest. Trzeba przejść (albo przejechać) całą wioskę, żeby zobaczyć wszystkie malowane domki. I nie jest tak, że każdy dom jest barwnie przyozdobiony. Zalipie liczy ponad 200 domów, a jedynie kilkadziesiąt z nich jest pomalowanych. Trzeba mieć również na uwadze, że w większości domów mieszkają ludzie i nie wolno wejść na teren ich posesji, chyba że sami nas do siebie zaproszą. I nie – Zalipie nie jest przereklamowane, jak niektórzy twierdzą.