Buchara. W krainie meczetów, medres i minaretów

Siedziałam na tarasie restauracji, popijając aromatyczną uzbecką herbatę i rozkoszując się widokiem Po-i Kalon, rozświetlonego złotymi promieniami zachodzącego słońca, gdy nagle zjawił się on. Przepraszając nieśmiało zapytał, czy może zrobić mi zdjęcie, bo moja sukienka, uroda i ogólnie ten moment idealnie wtapiają się w tło. Rzadko zgadzam się, by ktoś obcy robił mi zdjęcia na własny użytek, ale biła od niego jakaś szczerość i wzbudził moje zaufanie. Zgodziłam się. Efektem naszego spotkania jest to zdjęcie.

Uwielbiam te momenty w podróży, kiedy zupełnie przez przypadek, niespodziewanie poznajesz kogoś, kto okazuje się być fascynującą osobą. Nasze spotkanie miało miejsce w Bucharze, która była moim drugim przystankiem w trakcie podróży po Uzbekistanie. To chyba moje ulubione miejsce, bo w przeciwieństwie do Chiwy nie było to miasto na 3 godziny zwiedzania i w odróżnieniu od zatłoczonej i rozległej Samarkandy, było w sam raz – nie za duże, nie za małe. Buchara to jedno z najstarszych miast Uzbekistanu. Jeszcze w czasach antycznych istniała tu osada z centrum w twierdzy Ark. Miasto znajdowało się na Jedwabnym Szlaku i było ważnym centrum gospodarczym Azji Środkowej. Swego czasu nazywane było „muzeum pod gołym niebem” i uznawane za święte miasto kraju. Zachowało się bardzo dużo zabytków architektonicznych tworzonych przez tysiące lat. Można tu zobaczyć prawie w całości zachowane centrum historyczne i poczuć klimat średniowiecznego islamskiego miasta. W 1993 roku zabytkowe centrum Buchary zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto pęka w szwach od meczetów, medres i minaretów, od których po pewnym czasie zaczyna kręcić się w głowie. Wszystkie z nich są do siebie bardzo podobne. Medresy (szkoły muzułmańskie) budowane były w oparciu o taki sam schemat, wyłożone mozaikami we wszystkich odcieniach koloru niebieskiego. Większość z nich to pięknie zachowane zabytki, ale dużo jest też podupadłych i zaniedbanych. Wiecie, że uwielbiam płytki, mozaiki i azulejos, ale takie nagromadzenie na jednym obszarze sprawia, że można oczopląsu dostać 🙂

Plac Po-i Kolon

Jednym z najpiękniejszych miejsc w Bucharze jest wspomniany wcześniej kompleks Po-i Kolon, czyli najbardziej charakterystyczny plac, który wytaczają ustawione frontami do siebie medresa Mir-i Arab oraz meczet Kalon, z górującym nad nimi minaretem Kalon o wysokości 47 m. Ciekawostka jest, że swego czasu był on najwyższą budowlą w całej Azji Środkowej i pełnił funkcję swego rodzaju drogowskazu dla karawan przemierzających Jedwabny Szlak. Jak dla mnie to najpiękniejsze miejsce w całej Bucharze.

Obok minaretu znajduje się nadal działająca medresa Mir-i Arab, w której mieści się ponad 100 pokoi dla studentów. Została wybudowana w latach 30-tych XVI wieku. W czasach Związku Radzieckiego medresa ta była jedną działającą na całym sowieckim terytorium. Nauki pobierali nie tylko uczniowie z Azji Centralnej, ale także z Kaukazu i rejonów dzisiejszej Rosji. Nad budynkiem górują dwie zachwycające turkusowe kopuły, między którymi znajduje się monumentalne wejście.

Naprzeciwko medresy znajduje się XVI-wieczny meczet Kolon, który może pomieścić nawet 10 tysięcy osób. Wewnątrz znajduje się 209 kolumn. Dach meczetu wydaje się być płaski, ale w rzeczywistości pokrywa go aż 288 kopuł. Co ciekawe, w czasach radzieckich meczet wykorzystywany była jako magazyn, a jego funkcje modlitewne przywrócono w 1991 roku.

Cytadela Ark

Ark to najstarsza budowla w Bucharze, która stanowi swego rodzaju miasto w mieście. Twierdza ma powierzchnię 3,9 ha. Jest to  prostokątny budynek otoczony charakterystycznym murem, który mierzy do 20 m. Pierwsze fortyfikacje w tym miejscu powstały w czasach antycznych, a przez kolejne stulecia Ark pełnił funkcję rezydencji emirów Buchary.

Mauzoleum Samanidów

Jest to najstarszy zachowany muzułmański budynek Buchary – wzniesione na przełomie IX i X wieku. Nie jest ono typowym tradycyjnym muzułmańskim grobowcem, ponieważ elementy jego konstrukcji wywodzą się ze struktur zoroastyryjskich. Wzniesiono je w z wypalonych cegieł w piaskowym kolorze układanych naprzemiennie poziomo i pionowo. Całość sprawia wrażenie misternie plecionego koszyka.

Czor Minor

Dalej od centrum miasta, ukryty w labiryncie mało urzekających uliczek, kryje się Czor Minor. Kiedyś pełnił funkcję bramy wejściowej do nieistniejącej już medresy, ale aktualnie znajduje się tam mały sklepik z pamiątkami. Za niewielką opłatą można wejść na górę, zobaczyć turkusowe minarety z bliska i zobaczyć okolicę, ale widok nie jest urzekający. Sam budynek jest ciekawy, ale okolica z całą pewnością do najprzyjemniejszych nie należy.

Lab-i Hauz

To duży miejski staw ze wszystkich stron otoczony medresami, i meczetami. Stanowi serce starego miasta i centralny punkt Buchary. Niegdyś był elementem systemu zaopatrzenia miasta w wodę. To tutaj toczy się życie towarzyskie miasta. Mieszkańcy Buchary bardzo chętnie spędzają tu czas wolny, np. grając w szachy. Wieczorami Lab-i Hauz zamienia się w tętniące życiem miejsce, a w restauracjach rozbrzmiewa rosyjskie disco lub muzyka na żywo. Ja akurat trafiłam na uzbecki koncert, co było bardzo interesującym doświadczeniem 🙂

Lab-i Hauz to także jeden wielki stragan z pamiątkami, można tam kupić niemal wszystko: aromatyczne przyprawy, kolorowe szale czy przepiękną ceramikę, przez którą wręcz oszalałam. Ja oczywiście przywiozłam ze sobą wszystkie wymienione suveniry, w tym dwa zestawy do serwowania herbaty i do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że dowiozłam je w jednym kawałku 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Wokół Baku. Gobustan, Yanar Dag i Wulkany Błotne

Ostatnio na pewnej imprezie urodzinowej poznałam świetną dziewczynę, która pochodzi z Baku. Tak mi się ciepło na sercu zrobiło i naszło mnie na wspomnienia. Zorientowałam się, że przecież nie opowiedziałam Wam o wszystkim, czego doświadczyłam w trakcie swojej podróży po Azerbejdżanie. Bo wbrew pozorom – jak wielu ludzi sądzi – Azerbejdżan to nie tylko Baku, to także przepiękne parki narodowe i niezwykłe zjawiska przyrodnicze. Dzisiaj napiszę o trzech miejscach, które znajdują się w okolicach Baku, jednak są one od siebie nieco oddalone.

W związku z tym, że są one rozsiane po okolicy, bez samochodu trudno będzie to zorganizować w jeden dzień. Chciałam to zrobić na własną rękę, ale kosztowałoby mnie to zbyt wiele energii i nerwów, dlatego zdecydowałam się pójść na łatwiznę – wykupiłam całodniową wycieczkę z przewodnikiem polecanym w moim hostelu. Nie żałuję tej decyzji, bo wszystko, co chciałam zobaczyć udało się objechać w kilkanaście godzin, z podwózką pod same atrakcje. Bez nerwów, biegania i szukania transportu 🙂

Wulkany Błotne

Pierwszym przystankiem były wulkany błotne. Pamiętam, że wiało tam niemiłosiernie, myślałam, że głowę mi urwie. Trudno było podziwiać tamtejsze zjawisko, kiedy silny wiatr dosłownie zwalał z nóg. Trzeba było się mocno nagimnastykować, żeby się nie poślizgnąć i nie zaliczyć kąpieli błotnej 🙂 O robieniu zdjęć już nie wspomnę – toż to  sport ekstremalny był, ale coś tam się udało pstyryknąć 🙂

Krajobraz przypominał powierzchnię księżyca. Wulkany błotne to jedna z największych atrakcji turystycznych w Azerbejdżanie – znajduje się tam połowa z 800 wulkanów błotnych, które występują na świecie w 36 krajach. Ich występowanie jest ściśle związane z obecnością złóż gazu i ropy. Gaz zalegający zwykle na bardzo dużych głębokościach unosi się ku górze, napotyka na przeszkodę w postaci wód podziemnych, ta „wybuchowa” mieszkanka wody i gazu porywa iły, dolomity, łupki oraz piasek i unosi ku górze, by na koniec wyrzucić je na zewnątrz z ogromną siłą. I tak właśnie powstają tego typu zjawiska jakim są wulkany błotne.

Co ciekawe, wulkany błotne podobno posiadają właściwości lecznicze i upiększające. Można się nim śmiało wysmarować, a potem położyć na słońcu, żeby „maseczka” wyschła. Przewodnik powiedział, że taki „zabieg” znakomicie działa na skórę. Nie wiem, nie sprawdzałam, ale zrobię to przy najbliższej okazji 🙂

Rezerwat Petroglifów Gobustan (albo Qobustan)

To miejsce zrobiło na mnie największe wrażenie. Rezerwat wpisany jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, gdzie objęto ochroną rysunki wyryte w skale które liczą około 12 tys. lat. Ich tematyka związana jest ze zwierzętami dzikimi i gospodarskim, polowaniem oraz szamanami. Nie ma większego problemu z rozpoznaniem ich. Prawdopodobnie zdobiły one ściany jaskiń, które w ciągu tysięcy lat rozpadły się, tworząc skaliste rumowisko.

Przyznam szczerze, że czasami nie dowierzałam, że owe rysunki naskalne mają ileś tam tysięcy lat… Nie są one chronione w żaden szczególny sposób, niczym nie odgrodzone, jedynie ochroniarz krąży wokół nich i świdruje oczami ciekawskich turystów. Jednak chwila jego nieuwagi i każdy może sobie wyskrobać swój petroglif… Ale ok, nie będę taka czepialska – wierzę, że to pamiątka po przodkach sprzed kilku tysięcy lat 🙂

Nie da się pozostać obojętnym wobec niesamowitego krajobrazu Gobustanu, a także widoków ze wzgórz obejmujących odległe szyby naftowe i turkusowe wody Morza Kaspijskiego. Przewodnik powiedział, że kilkanaście tysięcy lat temu w miejscu, w którym staliśmy znajdowało się wspomniane morze. Widoki zapierają dech, a kiedy zdajemy sobie sprawę, że stoimy na dnie morza, które kiedyś się tu było jest niesamowite. Z resztą – sami zobaczcie.

Yanar Dag

Kojarzycie może płonącą, gigantyczną dziurę w Turkmenistanie, miejsce zwane Wrotami Piekieł? Robi ona ogromne wrażenie, jakby faktycznie ziemia się rozstąpiła i zapraszała grzeszników na imprezę do piekła. BTW – Turkmenistan to mój cel na przyszły rok 😉 Azerskie płonące wzgórza zwane Yanar Dag również reklamowane są jako coś niezwykłego, coś ŁAŁ, coś co wprawi w osłupienie przeciętnego turystę. W rzeczywistości byłam nimi rozczarowana, a nawet bardzo zniesmaczona – może dlatego, że nie jestem przeciętym turystą, który łyka wszystko jak młody pelikan. Obiecywali nam co najmniej widok samego diabła, góry pokryte ogniem ciągnące się bez końca, a tak naprawdę to kawałek niskiego pagórka, który w niektórych miejscach płonie 🙂

O co chodzi z tymi płomieniami? Yanar Dag dosłownie oznacza „płonące wzgórze”. Tuż pod powierzchnią ziemi znajdują się złoża gazu i ropy, a wiec przez szczeliny w piaskowcu wydobywają się etan i propan, które ulegając samozapłonowi, tworzą fantastyczne płomienie rozprzestrzeniające się na zboczach całego wzgórza. A jak to się stało, że zaczęły płonąć? Przyczyną takiego stanu rzeczy była nieumyślność jednego z pasterzy, kiedy to przypadkowo wyrzucił w ich okolicę niedopałek papierosa…  Płoną one od lat 50-tych ubiegłego wieku przez cały czas, niezależnie od pogody. ja byłam tam w styczniu, więc mogę potwierdzić, że śnieg i mróz im nie straszne. Co ciekawe, Yanar Dag było celem pielgrzymek czcicieli ognia – zoroastrian, którzy przybywali do tego miejsca aż z Iranu oraz Indii i prawdopodobnie (chociaż w nieco mniejszym stopniu) robią to do dzisiaj.

Chyba jedynym plusem wizyty w tym miejscu było to, że przy styczniowej temperaturze i po całodniowej tułaczce można było się nieco przy nich ogrzać 🙂 Okej, nie będę taka sroga – marketing zrobił swoje i pobudził moją wyobraźnię oraz zaostrzył apetyt. Przyznaję, że Yanar Dag to bardzo rzadko spotykane zjawisko i jak najbardziej warto zobaczyć je na własne oczy, jednak nie spodziewajcie się nie wiadomo czego – na pewno nie tego, co Wam obiecują przewodnicy 🙂 Czekam na Wrota Piekieł w Turkmenistanie – mam nadzieję, że one spełnią moje oczekiwania 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Zapiski podróżne: Uzbekistan

Uzbekistan nie widniał długo na mojej podróżniczej liście marzeń. Właściwie pojawił się na niej w czasie mojej zeszłorocznej wyprawy do Kazachstanu, w trakcie której poznałam dużo Polaków odbywających podróż po całej Azji Centralnej. Opowiadali oni, że kraj jest niesamowity, a Uzbecy są jeszcze bardziej przyjaźnie nastawieni niż Kazachowie, w co nie chciało mi się wierzyć. Właśnie wtedy powstał plan na 2019 rok: kierunek Uzbekistan.

Od początku tego roku mną miotało, jakby tu zaplanować wyprawę, ale żeby nie wydać miliona monet. Dostałam wręcz jakiejś obsesji, kombinowałam, myślałam, bo dostać się do Uzbekistanu nie było tak łatwo: mnóstwo formalności, dodatkowych opłat i papierkowej roboty, a ceny biletów lotniczych były astronomiczne. Zastanawiałam się nawet, czy nie pojechać na jakąś zorganizowaną (!) wyprawę. Aż tu nagle, 1 lutego 2019 roku świat obiegła informacja, że wizy i zaproszenia do Uzbekistanu zostały zniesione! To był znak od niebios, że powinnam działać. Kilka dni później kupiłam bilety i powoli planowałam swoją wojażkę.

Mój początek w tym kraju nie należał do najprzyjemniejszych. W podróży spędziłam 24 godziny i odbyłam 3 loty tego samego dnia. Kilka dni przed przyjazdem, poprosiłam w hostelu o transfer lotniskowy, bo miałam przylecieć dosyć późno, około godziny 23:00. Normalnie nie używam tego typu środków, bo zawsze korzystam z komunikacji miejskiej, ale za 5$ i po całym dniu podróży zdecydowałam – niechaj będzie, zafunduję sobie ten „ekskluzywny” przejazd. Hostel odpisał mi, że z wielką radością wyśle samochód i ktoś będzie na mnie czekać z karteczką z moim imieniem i nazwiskiem. „Wow! Jak na filmach amerykańskich” – pomyślałam. Uradowana wyszłam z lotniska i skierowałam się w stronę zbiorowiska natrętnych taksówkarzy, którzy od razu mnie osaczyli, oferując swoje usługi. Nieco zdenerwowana i zdezorientowana musiałam na siłę ich odpychać i z „lekką” nutką irytacji oznajmić, że nie jestem zainteresowana, bo ktoś na mnie czeka. Rozglądając się dookoła i patrząc, jak kolejni kierowcy z piskiem opon odjeżdżali z tłumem turystów, a ja prawie sama stojąc pośrodku z walizą zdałam sobie sprawę, że osoby trzymającej kartkę z moim imieniem nie ma. Wpadłam w panikę, bo nawet nie sprawdziłam alternatywnego dojazdu (co ZAWSZE robię), a bez miejscowego internetu nic nie zdziałam. „No to pięknie, nocuję dzisiaj albo na lotnisku, albo na ulicy” – pomyślałam. W ostatniej chwili złapałam ostatniego taksówkarza i desperacko zapytałam za jaką kwotę zawiezie mnie pod wskazany adres. Nie mając wyboru wpakowałam bagaż do samochodu i ruszyliśmy w kierunku hostelu. Trafiłam na pana w podeszłym wieku, który nawet w okularach nie był w stanie przeczytać literek na potwierdzeniu mojej rezerwacji. Poprosił o przeczytanie adresu, a że ja nie umiem czytać płynnie po rosyjsku, powstała tragikomiczna sytuacja. W takim razie poprosił o podanie numeru telefonu, to zadzwoni do hostelu i sam ustali gdzie to jest. Podyktowałam numer, ale po drugiej stronie słuchawki nikt nie odbierał, a nawet słychać było dźwięk: nie ma takiego numeru.Wpadłam w panikę, ale kierowca zachował zimną krew. Powiedział, że podjedziemy do jakiegoś innego hotelu, to oni mu tam wszystko wytłumaczą. Siedząc w pustym samochodzie i czekając na starszego pana, rozpłakałam się jak dziecko. Pierwszy raz w życiu przestraszyłam się nie na żarty. Po całym dniu podróży, zmęczeniu, niewyspaniu i głodu, będąc samej w obcym kraju, ba – na innym kontynencie, w obcej kulturze, pierwszy raz w trakcie podróży puściły mi nerwy. Zawsze staram się zachować zimną krew, ale tym razem totalnie się rozkleiłam. Na szczęście taksówkarz dodzwonił się do mojego hostelu i wytłumaczyli mu, jak ma dojechać. Właściciel, widząc mnie zapłakaną przepraszał mnie potem przez dwa dni. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo próbuję wyprzeć z pamięci ten nieprzyjemny incydent. Na szczęście potem było tylko lepiej, ale o tym napiszę niebawem 🙂 Póki co, mam kilka przemyśleń związanych z Uzbekistanem, którymi chciałam się z Wami podzielić.

Uzbecy mówią po angielsku

Po zeszłorocznym pobycie w Kazachstanie i komunikacją w języku polsko-rosyjsko-kazachskim, przeplatanym z językiem ciała, nastawiłam się, że i tutaj będzie identycznie. Wychodząc z założenia, że skoro tam dałam radę się dogadać, to i w Uzbekistanie również sobie poradzę. A tu wielkie zaskoczenie, bo nie musiałam się wysilać – w Uzbekistanie mówią płynnie po angielsku! Na początku był szok i niedowierzanie, potem zaprzeczenie, aż wreszcie akceptacja i wielka radość 🙂 Spokojnie można się tam dogadać po angielsku w sklepie spożywczym, na bazarze, w restauracji czy nawet w aptece, co w tej części świata wcale nie jest takie oczywiste. Nawet jeśli ktoś nie umie mówić, chociaż rozumie prawie wszystko, to woła np. kolegę ze straganu obok albo 10-letnią wnuczkę, by przetłumaczyć konwersację.

Uzbecy są bardzo mili i pomocni

Już w Kazachstanie myślałam, że nie ma milszego narodu. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że jest – w Uzbekistanie. Mieszkańcy tego kraju są nie tylko bardzo gościnni, ale również uprzejmi i gotowi w każdej chwili pomóc. Widząc samotnie spacerującą białą turystkę, sami podchodzili i zagadywali, czy czegoś nie potrzebuję albo czy się nie zgubiłam. Co więcej, ludzie dawali mi rzeczy za darmo! Mój ząb mądrości postanowił o sobie przypomnieć akurat w trakcie mojej podróży życia, w związku z tym zmuszona byłam udać się do apteki po jakieś maści i żele. Farmaceutka dała mi w prezencie (chociaż usiłowałam zapłacić) chusteczki antybakteryjne do rąk, żebym koniecznie od razu zaaplikowała sobie maść. Z kolei sprzedawca na jednym straganie, zagadując mnie skąd jestem i co tutaj robię stwierdził, że chciałby mi coś podarować na pamiątkę i mam sobie coś wybrać z jego asortymentu. Po kilkuminutowej zażartej konwersacji, że nic nie chcę, albo zapłacę za tę rzecz, wybrałam sobie pocztówkę.

W Bucharze trafiłam na przemiłego właściciela hostelu, który na wieść, że mam problem z zakupem biletu pociągowego do Samarkandy, postanowił wkroczyć do akcji. Zadzwonił na stację z zapytaniem czy są bilety na ten konkretny pociąg, po czym nie pytając mnie o zdanie, zamówił taksówkę, wpakował mnie do samochodu i pojechał ze mną kupić ten bilet. To nic, że w hostelu czekała spora grupa turystów na zameldowanie, on powiedział, że jeśli nie pojedziemy od razu, to bilety się wyprzedadzą i zostanę w Bucharze. A że ja nie mówię po rosyjsku, on wszystko załatwił, ja tylko zapłaciłam. Prawda, że anioł? 🙂

Dla wszystkich byłam Rosjanką

Każdy, dosłownie KAŻDY, kogo napotkałam na swojej drodze myślał, że pochodzę z Rosji. Nie lubię być porównywana do Rosjanek, chociaż powinnam już do tego przywyknąć. Wszędzie, gdzie nie podeszłam, czy to na straganie z pamiątkami, czy w restauracji, czy na ulicy i lotnisku zawsze ktoś zagadywał mnie po rosyjsku. Co zrozumiałam, to zrozumiałam, ale gdy wdawał się w głębszą konwersację, od razu uprzedzałam, że nie mówię w tym języku. Zawsze padała odpowiedź: „Och, wybacz, myślałam/em, że jesteś Rosjanką, bo tak wyglądasz”. Gdy mówiłam, że pochodzę z Polski, następowało powszechne oburzenie, no bo jak to tak – z Polszy i nie gawari pa ruski?!? O ile na początku wspólne heheszki, uśmieszki i tłumaczenie, dlaczego Polka nie mówi po rosyjsku było zabawne, o tyle pod koniec mojego pobytu miałam ochotę ich wszystkich rozszarpać. Ja wiem, że dla niektórych Rosja jest całym wszechświatem, ale czasy, w których obywatele mieli obowiązek nauki rosyjskiego w szkołach, dawno już minęły.

Przechodzenie przez ulicę to sport ekstremalny

To chyba sport narodowy Uzbeków. Żeby przejść przez ulicę trzeba posiadać umiejętności godne superbohaterów. Nawet przemierzając jezdnię na zielonym świetle na pasach trzeba biec, bo światło zmienia się z zawrotną prędkością. Czasami nawet samochody ruszają jeszcze na czerwonym sygnale. A co, jeśli świateł nie ma w pobliżu? Ano, trzeba cierpliwe czekać na swoją kolej, aż jakiś uprzejmy kierowca raczy się zatrzymać. Może to potrwać nawet i godzinę. Wiem to z autopsji – tyle zdarzyło mi się czekać na łaskę, prażąc się w piekielnym skwarze uzbeckiego słońca.

Linia lotnicza Uzbekistan Airways jest całkiem przyzwoita

Przyznam szczerze, że miałam obawy, żeby wsiąść na pokład lokalnych linii lotniczych. Głównie z tego względu, że najwięcej katastrof następuje właśnie na regionalnych trasach, samolotami podrzędnej klasy. Za każdym razem wsiadałam do samolotu z duszą na ramieniu, bo nie wiedziałam jaki czeka mnie los. Mimo wszystko zdecydowałam się na podróż Uzbekistan Airways przede wszystkim ze względu na ograniczony czas, a jak wiadomo, podróż samolotem jest szybka. Odbyłam łącznie 5 lotów tą linią i nadal żyję 🙂 Co więcej, uważam, że to całkiem przyzwoita linia lotnicza, z profesjonalną obsługą, monitorami pozwalającymi śledzić trasę lotu, a także zapewnia nawet niewielki darmowy poczęstunek. Uzbekistan Airways lata do wielu miejsc w kraju, wszystkie główne miasta znajdują się na trasie, a loty trwają około godziny. Za swoje bilety (z miesięcznym wyprzedzeniem) zapłaciłam ok. 60 zł za każdy. Jest to więc znaczna oszczędność czasu i pieniędzy 🙂

Uzbekistan to bezpieczny kraj

Na kilka dni przed wyjazdem zawładnął mną stres i panika, ale to żadna nowość. Miałam obawy (jak zawsze z resztą), że może samotna podróż blondwłosej białaski na inny kontynent, do innej kultury nie była najlepszym pomysłem. Teraz śmiem stwierdzić, że Uzbekistan jest bardzo bezpiecznym krajem. Ulice i okolice najważniejszych zabytków patroluje policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo przyjezdnych. W razie jakiejkolwiek nietypowej sytuacji, w każdej chwili można zgłosić incydent. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Zdarzyło mi się parokrotnie wracać do hostelu po zmroku, ale nawet wtedy nie odczuwałam żadnego zagrożenia. Nawet sprzedawcy pamiątek na ulicy w Khivie nie chowali swojego towaru na noc – stragany były pełne i nikt nawet nie odważył się wyciągnąć ręki. O tym, że jestem panikarą niejednokrotnie już wspominałam, ale powinnam się jednak jakoś ogarnąć i utemperować swoją wyobraźnię 🙂 Pomimo histerii przed samym wyjazdem, wróciłam w jednym kawałku, cała i zdrowa, z obiema nerkami, a na dodatek zachwycona i szczęśliwa 🙂

Najazd zagranicznych turystów

Nie wiem co się stało, ale chyba po zniesieniu wiz nastąpił najazd zagranicznych turystów. Dosłownie tłumy ciekawskich urlopowiczów napływało do miast każdego dnia, atakując i osaczając każdy zabytek. Hiszpanie, Polacy, Portugalczycy, Azjaci, Niemcy… Multi – kulti pełną gębą. Sądziłam, że napływ turystów nastąpi za kilka, kilkanaście miesięcy. W maju nawet się sezon jeszcze nie zaczyna, nawet nie chcę wiedzieć, co się dzieje później!

Jest czysto i spokojnie

Muszę przyznać, że dawno nie miałam tak przyzwoitych warunków w hostelach. Było schludnie, przytulnie i przede wszystkim – czysto! Na ulicach nie widziałam żadnych śmieci, nawet bezpańskie psy się nie błąkały. Nie widziałam tam żadnego bezdomnego, żadnego kloszarda, nikt do mnie nie podszedł i nie poprosił o pieniądze. Nikt mnie nie zaczepiał w nieprzyjemny sposób i nikt nie gwizdał za mną na ulicy. Nie spotkałam pijanych ludzi na ulicy, nawet nie widziałam nikogo z butelką alkoholu w ręce w miejscu publicznym. Jeśli Uzbecy piją, to robią to w bardzo dyskretny sposób.

Jedzenie jest ciężkostrawne

Będąc w podróży zawsze próbuję lokalnej kuchni i tradycyjnych produktów. Tak również było i w tym przypadku. Kuchnia uzbecka obfituje w grillowane mięso, tłuste makarony noodle oraz (ku mojemu zaskoczeniu) różnego rodzaju pierogi. Nie mówię, że jedzenie było niedobre, wręcz przeciwnie, jednak taka ilość tłuszczu dała się we znaki mojemu organizmowi. Już po trzech dniach mój żołądek wołał o coś lekkostrawnego, a pod koniec wyjazdu jadłam już tylko sałatki warzywne 🙂 Za to śniadania były przepyszne, „na bogato”, a te z widokiem na miasto smakowały najlepiej 🙂

Tamtejsi panowie są bardzo kulturalni 🙂

Muszę przyznać, że panowie w Uzbekistanie są bardzo dżentelmeńscy. Miałam okazję (nie nazwę tego przyjemnością) przemieszczać się komunikacją publiczną, co było, hmmm… ciekawym doświadczeniem. Ledwo wsiadłam do autobusu, a pewien młodzieniec do razu wzdrygnął się i pospiesznie udostępnił mi swoje miejsce siedzące… Tak – pierwszy raz w życiu ktoś ustąpił mi miejsca  😀 Zawsze sądziłam, że ten moment nastąpi za jakieś 40-50 lat, a tu taka niespodzianka 😀

Uzbecy nie żerują na turystach

Może śmiesznie to zabrzmi, ale Uzbecy nie czyhają tylko na pieniądze naiwnych turystów. Oczywiście zdarzają się i tacy, ale są w znacznej mniejszości. W kraju oficjalną walutą jest uzbecki sum, 100000 som to w przeliczeniu ok. 10 euro. Wymieniając tamtejsze pieniądze warto mieć ze sobą jakiś neseser na pokaźny zastrzyk gotówki. Niejednokrotnie od tych zer kręciło mi się w głowie i kilkanaście razy przepłaciłabym za obiad czy bilet wstępu do muzeum. Zamiast kilku tysięcy, rzucałam na ladę setkami tysięcy. Za każdym razem reakcja była taka sama: kelner/kasjer łapał się za głowę i mówił: „Madam, to zdecydowanie za dużo!”. Po czym brał wyznaczoną kwotę, a resztę pieniędzy oddawał. Za każdym razem nie mogłam uwierzyć, że w tak łatwy sposób mogłam od razu pozbyć się swojego „majątku” 🙂 W innym kraju, w innej kulturze, sprzedawca/kelner wziąłby pieniądze od nieświadomej turystki, nawet by się nie zająknął, że to za dużo i cieszył w duchu, że zdobył ekstra „napiwek”.

Baku. Kraina szklanych domów

Pamiętacie „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego? Pojawia się tam mit szklanych domów, który jest jednym z najważniejszych symboli pojawiających się w tej książce,  będący wyobrażeniem marzenia o idealnym kształcie nowej Polski. Historię o szklanych domach opowiada Cezaremu Baryce jego ojciec w trakcie podróży z Baku do ojczyzny. Seweryn Baryka tłumaczy synowi, że Polska to kraj o najwyższym poziomie cywilizacyjnym, w którym buduje się domy ze szkła. Surowiec ten jest wytwarzany w nadmorskich fabrykach, a następnie wykorzystywany do konstrukcji nowoczesnych budowli. Domy wykonane ze szkła są czyste, niezwykle wygodne i higieniczne. Zostały wyposażone w specjalny system grzewczy i chłodzący. Stanowią więc idealne połączenie estetyki i komfortu. Mit o szklanych domach w pierwszej kolejności można więc odczytywać jako synonim postępu cywilizacyjnego, a Baku z całą pewnością jest miastem, które w szaleńczym tempie zalicza rozwój technologiczny i architektoniczny. Dlaczego wspominam o szklanych domach, które miały przecież znajdować się w Polsce? W stolicy Azerbejdżanu szklane domy nie są żadnym mitem, a rzeczywistością.

Przed wyjazdem wielu moich znajomych pukało się w czoło i zastanawiało, co ja znowu wymyśliłam. Pytali: „Ale, że gdzie?”, „Nie ma takiego kraju” albo „Gdzie Ciebie znowu niesie?”. Dla mnie tajemniczy, fascynujący i egzotyczny kraj. Dla innych niebezpieczny, zacofany i dziki koniec świata. Jak to jest z tym Azerbejdżanem?

Azerbejdżan nazywany jest „Krainą Ognia” i z całą pewnością jest państwem pełnym kontrastów i przeciwieństw, zawieszone gdzieś pomiędzy Europa a Azją. Można w nim znaleźć zarówno ślady starożytnych imperiów, jak i nowoczesny naród, ulegający ekspresowej transformacji dzięki ogromnym dochodom z ropy naftowej. Stolica kraju – Baku – to kosmopolityczne miasto położone nad Morzem Kaspijskim. Niewiele jest miast  na świecie, które zmienia się w tak szaleńczym tempie. W ostatnim dziesięcioleciu w Baku „wyrosło” wiele drapaczy chmur, które zastępują lub zasłaniają ponure bloki mieszkalne z czasów ZSRR. Swoje miejsca maja też zakochani spacerujący po zielonych parkach czy promenadzie nad brzegiem Morza Kaspijskiego, którego zielono-błękitne wody pozwalają szybko zapomnieć o tym, że miasto otaczane jest przez rozległe pustynie.

Stare Miasto

Zabytkowym sercem Baku jest Stare Miasto, które widnieje na liście UNESCO. To właśnie tam znajdują się najciekawsze zabytki, klimatyczne restauracje z lokalnym jedzeniem i całe rzesze barwnych sklepów z dywanami, od których można oczopląsu dostać. Krążąc po zaułkach i uliczkach Starego Miasta, wielu sprzedawców zachęcało mnie, żebym kupiła od nich jedwabny dywan za 16 tys. euro, ale akurat nie miałam  przy sobie drobnych 😉 A tak na serio, to miałam wielka ochotę kupić jakiś dywan, bo były cudowne, ale niestety nie dałabym rady go ze sobą zabrać – tylko bagaż podręczny wchodził w rachubę 😦 Kiedy w odpowiedzi na pytanie skąd jestem, odpowiadałam zgodnie z prawdą, że z Polski, to zapraszali mnie na herbatkę do siebie do sklepu 🙂 Z jednej propozycji nawet skorzystałam, miło spędzając czas i plotkując przy aromatycznym caju o mojej podróży, o moim kraju i Azerbejdżanie. Zaskakujące było to, że Azerowie posiadają dużą wiedzę o Polsce i z fascynacją opowiadają o swoich doświadczeniach. Każdy, z kim zamieniłam kilka zdań, albo pracował kiedyś w moim kraju, albo był na wycieczce, albo ktoś z rodziny tam wyjechał. Bardzo miłe i rzadko spotykane zjawisko.

Strzelista kamienna wieża o wysokości 29 m i licząca ponad 1000 lat to jeden z najbardziej znanych zabytków Baku. Ze szczytu rozpościera się widok na Zatokę Bakijską i stare Miasto. Jej nazwa tłumaczona jest jako „Baszta Dziewicza” i wiąże się z tym, że była niedostępna dla wrogich wojsk, które miały problem z jej zdobyciem. Dokładnie naprzeciwko Baszty Dziewiczej znajdują się liczne wykopaliska archeologiczne. Idąc dalej natkniemy się na Meczet „Piątkowy” zbudowany w 1899 r., ozdobiony misternymi płaskorzeźbami. Do dnia dzisiejszego służy mieszkańcom miasta.

Promenada

Do Starego Miasta najlepiej (i najprzyjemniej) dostać się piechotą, przechadzając się po tamtejszej promenadzie, która ma się wrażenie – ciągnie się przez pół miasta. Po jednej stronie możemy podziwiać liczne parki, karuzele i malutkie kawiarenki, zaś po drugiej rozciąga się widok na Zatokę Bakijską. Na końcu bulwaru można wsiąść do Funtrain, czyli kolejki, która zawiezie nas na wzgórze w okolice Ognistych Wież. Tam rozpościera się przepiękny widok na miasto i całą Zatokę.

Ogniste Wieże

Ogniste Wieże to najbardziej charakterystyczne drapacze chmur w Baku. Trzy faliste wieże z błękitnego szkła tworzą architektoniczną wizytówkę tego miasta. Mają od 28 do 33 pięter wysokości i są tak potężne, że największe wrażenie robią, gdy się je podziwia z odległości. W jednej wieży znajduje się hotel, w drugiej biurowce, a w trzeciej ekskluzywne apartamenty. Najpiękniej prezentują się nocą, tworząc ogromny ekran, na którym odbywa się pokaz świateł. O ile mi się wydaje, to mają 5 albo 6 animacji, na pewno zapamiętałam flagę Azerbejdżanu, krople wody, ale najpiękniejsza gra świateł to płomienie.

Muzeum Dywanów

Na uwagę zasługuje nietypowe muzeum, a mianowicie Muzeum Dywanów. Niestety nie udało mi się wejść do środka, bo akurat wtedy było zamknięte 😦 Z zewnątrz wygląda przekomicznie: muzeum zostało zaprojektowane na wzór zawiniętego  dywanu 🙂 Mnie osobiście przypominał ogromnego naleśnika 😀 Można tam obejrzeć zbiór (ponoć przepiękny) azerskich dywanów, a także poznać ich niezwykłą historię.

„Szklane domy”

Na koniec powracam do wspomnianego wcześniej wątku o szklanych domach. Mowa o bakijskich drapaczach chmur, które co prawda z tradycyjnym domem nie mają nic wspólnego, ale z całą pewnością należą do czołówki najnowocześniejszych budynków świata. Różne kształty i rozmiary przyprawiają o zawrót głowy.

Centrum Kuturalne im. Hejdara Alijewa

Do najnowocześniejszych budynków zalicza się Centrum Kulturalne im. Hejdara Alijewa. To przeogromny budynek zaprojektowany przez muzułmankę, znakomitą architekt  Zahę Hadid. Jest to doskonały przykład bryły charakterystycznej dla XXI wieku. Mnie osobiście przypominał ogromny statek kosmiczny. W środku organizowane są koncerty i wystawy. Podobny gdy się patrzy na budynek z lotu ptaka, można zauważyć, że kształtem przypomina sygnaturę podpisu Hadid.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Xinaliq. Kaukaskie Machu Picchu

Gdzieś w Azerbejdżanie, na jego końcu świata, ukryta wysoko w górach znajduje się maleńka wioska, w której ludzie żyją skromnie i mówią własnym, nikomu niezrozumiałym językiem. Wioska ta nosi nazwę Xinaliq (lub Hinalug lub Khinalug). Planując swoją wyprawę do tego kraju wiedziałam, że koniecznie muszę tam pojechać. Właściwie poza Baku, to był drugi punkt mojej podróży po Azerbejdżanie.

Kilka godzin jazdy autobusem lub samochodem od miasta Quby, miasta znajdującego się w północnym Azerbejdżanie, gdzie droga wiedzie przez malownicze wąwozy i ośnieżone szczyty gór, na wysokości około 2300 m n.p.m. leży jedyna w swoim rodzaju wioska – Xinaliq. Do niedawna nieznana i niedostępna była nawet dla większości Azerów. Jest to nie tylko najwyżej położona wieś w Azerbejdżanie, ale również w Europie. Mieszkańcy wioski wierzą, że ich przodkowie wysiedli tutaj prosto z Arki Noego, która miała zatrzymać się na płaskim wierzchołku góry. Można odnieść wrażenie, że Xinaliq leży na szczycie jakby ściętego wierzchołka góry, przypomina twierdzę, a niektórzy nazywają go kaukaskim Machu Picchu.

fot. Trip Advisor

Starożytna wioska Xinaliq to miejsce, które bez wątpienia robi piorunujące wrażenie. Jednak sama trasa z Quby, która jest niezwykle malownicza, również stanowi atrakcję sama w sobie. Droga wiedzie najpierw lasem, a następnie prowadzi wąwozami, by w końcu wyłonić się w oszałamiającej i zapierającej dech górskiej dolinie. Muszę przyznać, że całą tę trasę (w obie strony) jechałam z nisko opadnięta szczęką. Mało rzeczy robi na mnie szczególne wrażenie, ale trasa do Xinaliq totalnie mnie zachwyciła. Momentami nie jest zbyt bezpieczna, śliska, pełna zwężeń i skarp. W pewnym momencie musieliśmy zmienić samochód na „terenowy”, który miałam wrażenie, że rozpadnie się po drodze na drobne kawałki, a kierowca jechał jak opętany. Na w obie strony szczęście dotarliśmy w jednym kawałku 🙂

Aktualnie dojazd do celu jest prosty, ale jeszcze niespełna pół wieku temu Xianliq było górską wioską praktycznie odciętą od świata. By dostać się do cywilizacji trzeba było pokonać ponad 20 kilometrów pieszo lub konno po trudnym, wysokogórskim terenie. Położenie wioski sprawiło, że przez około 2000 (niektóre źródła podają, że nawet 5000) lat mieszkańcy Xinaliq żyli w odosobnieniu, pielęgnując odrębne, pradawne zwyczaje i tradycje – uznano ich za osobne plemię. Język którym posługują się tubylcy jest niepodobny do żadnego innego na Ziemi. Nawet sami Azerowie nie są w stanie go zrozumieć. Składa się z siedemdziesięciu siedmiu głosek i ma siedemnaście przypadków.

Wioska liczy obecnie nieco ponad 300 domów, a populacja w 2007 roku wynosiła 2075 ludzi. Niektóre z domów mają ponad 200 lat. Tamtejsza architektura jest bardzo charakterystyczna –  dach jednego domu służy również jako dziedziniec domu położonego wyżej na wzgórzu. Wszędzie wokół suszy się krowi nawóz wykorzystywany jako opał. Prawie nie ma ulic, tylko strome ścieżki prowadzące do kamiennych gospodarstw. Mieszkańcy żyją z wypasania owiec, które są niezwykle dla nich ważne – dają nie tylko mleko i mięso, ale także wełnę. W Xinaliq znajduje się jedna szkoła dla wszystkich dzieciaków, maleńkie muzeum, w którym jest wszystko i nic 🙂  Mieszkańcy tego rejonu mają również swoją bazę wojskową, umiejscowioną opodal, na skraju wzgórza.

Xinaliq staje się miejscem coraz bardziej znanym i popularnym, dlatego teraz mieszkańców nie dziwi widok licznie przybywających turystów. Jednak jeszcze pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku, obcy przybysze wzbudzali nie lada sensację. Przełom nastąpił w drugiej połowie 2006 roku, gdy w związku z przyjazdem prezydenta Ilhama Alijewa , droga z Quby została wyasfaltowana.

Co ciekawe, na tym azerskim końcu świata, w wiosce ukrytej wysoko w górach, gdzie nie dociera praktycznie żadna cywilizacja, spotkałam dwunastoletnie dziewczynki, które sprzedawały własnoręcznie wydziergane rękawiczki i skarpetki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dziewczynki te płynnie mówiły… po angielsku! Nie jest to takie oczywiste, gdyż nawet w Baku – stolicy kraju nie każdy znał ten język. Gospodarz, do którego zawitaliśmy na obiad, również posługiwał się angielskim, jednak nie w tak  zaawansowanym stopniu, jak napotkane dziewczynki. Zabawne było, kiedy kazał nam odgadnąć ile ma lat. Wszyscy szacowaliśmy przedział wiekowy 60-70 lat (bo na tyle wyglądał), a okazało się, że liczy… 47 wiosen! 🙂 Surowy, górski klimat i ostre słońce sprawiają, że ludzie szybciej się tam starzeją, czego przykładem był sympatyczny gospodarz 🙂

Czuję wielki niedosyt, gdyż nie zdołałam nasycić się tymi oszałamiającymi widokami. Zbyt mało czasu tam spędziliśmy, bo jednodniowa wycieczka to zdecydowanie za krótko. Plan na następny raz: pojechać do Xinaliq na co najmniej jedną noc i obudzić się w pokoju z widokiem na te cudowne góry 🙂 Już nie mogę się doczekać 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Ałtyn Emel. Dziki wschód Kazachstanu

Co mi się kojarzyło z Kazachstanem zanim się tam pojawiłam? Przede wszystkim z ogromnymi przestrzeniami. I miałam rację, bo odległości – nie tylko w miastach i między miastami – ale również na łonie natury są przeogromne. Znajdujący się na południu kraju Park Narodowy Ałtyn Emel jest tego żywym dowodem.

Na pierwszy rzut oka Ałtyn Emel przypomina powierzchnię księżyca. Wydaje się, że poza żwirową „drogą”, jakimiś pojedynczymi suchymi badylami po poboczach oraz oddalonymi szczytami górskimi nic nie ma. Sceneria rodem z amerykańskich westernów. Park wygląda na miejsce surowe i nieprzyjazne do zamieszkania, ale to tylko pozory, ponieważ obfituje w zamieszkujące go istoty –  około 270 gatunków zwierząt. Miałyśmy szczęście, bo w trakcie podróży widziałyśmy stado dziko żyjących wielbłądów 🙂 Moje współtowarzyszki widziały również węże i setki myszoskoczków (?), które niczym torpedy uciekały przed naszym samochodem.

No właśnie, bez własnego środka transportu ani rusz. Park zajmuje powierzchnię 4600 km kwadratowych, dlatego warto przyjechać tu na dłużej niż jeden dzień. Tym bardziej, że główne atrakcje dzielą spore odległości. Park leży na wysokości 1000–1200 m n.p.m. i prawie ze wszystkich stron otaczają go góry. Na jego obszarze występują pustynie, półpustynie, kamieniste i gliniaste równiny, a także wszechobecny step. Co ciekawe, w czasach sowieckich wstęp na teren Ałtyn Emel był zabroniony, a Park Narodowy utworzono dopiero w 1996 roku, zaś 6 lutego 2002 roku został zgłoszony do wpisania na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nazwa „Ałtyn Emel” oznacza Złote Sidło, a jego nazwę nadał sam Chingis Chan. Wielkiemu wodzowi najprawdopodobniej skojarzyła się ona z nim którąś z przełęczy, ale do dzisiaj nie jest wiadomo z którą.

Na terenie parku znajdują się 3 obozy campingowe. My korzystałyśmy z dwóch (a na każdym z nich nie chcieli od nas żadnej zapłaty!). Na pierwszym campingu tzw. „rangersi” (czyli strażnicy parku) urządzili nam powitanie godne samej Królowej Elżbiety. Na „dzień dobry” przynieśli nam po kieliszeczku wysokoprocentowego lokalnego trunku (ichniejsza wódka), a potem przepyszne, świeże warzywa do kolacji. Ci bardziej dżentelmeńscy pomogli nawet rozbić namiot naszym współtowarzyszkom. Potem zafundowali nam niebanalną atrakcję jaką było podziwianie karpiowatych ryb w ich stawiku 🙂 Na sam koniec urządzili huczne „przyjęcie” w postaci ogniska pod rozgwieżdżonym niebem. Alkohol lał się strumieniami, meteoryty spadały z nieba, a śpiewom nie było końca. „Rangersi” śpiewali swoje ludowe pieśni, co było bardzo miłym i pozytywnym doświadczeniem, po czym na nasze nieszczęście kazali nam śpiewać jakieś polskie przyśpiewki. Na nieszczęście, ponieważ żadna z nas nie znała do końca całego tekstu piosenki, co wcale nie jest żadnym powodem do dumy… Następnego dnia rano spakowałyśmy nasze manatki i pognałyśmy przed siebie, a konkretniej ku czekającej nas przygodzie  – ku Śpiewającej Wydmie!

Śpiewająca Wydma

Pojawiłyśmy się tam z samego rana, około godziny 9:00. Myślałyśmy, że będziemy jako pierwsze, ale nasze zdziwienie nie miało końca, gdy na miejscu okazało się, że niemal cały parking jest zastawiony samochodami, a ludzie już nawet schodzili ze szczytu. Nie chodziło już tylko o wszechobecne tłumy turystów, ale przede wszystkim o temperaturę. W sierpniu, na południu Kazachstanu żar leje się z nieba, a chcąc uniknąć udaru w trakcie wspinaczki, postanowiłyśmy zdobyć szczyt z samego rana. Jak się okazało, im wyżej się wspinałyśmy, tym temperatura proporcjonalnie wzrastała. A wchodzenie do góry po rozżarzonym piasku nie jest najłatwiejszym zadaniem 🙂 Na szczęście udało się wejść na szczyt, mimo palpitacji serca i prawie wyplutych po drodze płuc 🙂 Widok na szczycie był oszałamiający – wydma jest długa na 2–3 km i wysoka na 120 m. Niestety, nie miałam okazji usłyszeć jak śpiewa 😦 Może wszystko przez to, że w trakcie wspinaczki nasypał mi się piasek do uszu? 🙂

A dlaczego nazywana jest śpiewającą? W odpowiednio wietrznych warunkach (podobno) emituje charakterystyczny, dudniący odgłos, który powstaje w wyniku wibracji wywołanych przez osypujący się piasek. Natomiast według legendy są to dźwięki wydawane przez dusze pochowanych pod piaskami wojowników, w tym samego Czyngis Chana!

Góry Aktau

Gdy stoczyłyśmy się z wydmy, dalej pognałyśmy w kierunku niezwykłego pasma górskiego Aktau. „Aktau” oznacza białe góry, ale wzgórza wyglądają tak jedynie z daleka. To perełka Parku Narodowego Ałtyn Emel. Obszar rozciągający się na ok. 50 km kwadratowych pełny jest kanionów i różnokolorowych skał. Z bliska dolina mieni się całą paletą barw: żółtą, rudą, czerwoną, a nawet błękitną i zieloną. Kolorowe skały tworzą niesamowity efekt. Nie da się ukryć, że tamtejsze tereny są piękne, ale także bardzo niegościnne. Ze względu na piekielne temperatury, na spękanej słońcem ziemi nic tam nie rośnie.

Zanim dojechałyśmy na miejsce, żar lał się z nieba, było chyba z 1000 stopni Celsjusza. Nawet oddychać było trudno, a co dopiero wspinać się po kolorowych górach. Nie chcąc ryzykować udarem, pokręciłyśmy się chwilę w kółko robiąc kilka zdjęć oraz próbując nie usmażyć się w promieniach kazachskiego słońca. Wyjechałam stamtąd z pewnym niedosytem i żalem, że nie udało się wejść wyżej i popatrzeć na te cuda natury z innej perspektywy. No cóż, mam powód, żeby tam jeszcze wrócić, chociaż zapewne o innej porze roku niż sam środek lata 😉

Drugi nocleg spędziłyśmy na innym campingu, sporo oddalonym od poprzedniego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że publiczny obóz znajdował się na prywatnej posesji kazachskiej rodziny! Oczywiście oni również nie chcieli od nas żadnej zapłaty za nocleg. Nie oczekiwałyśmy żadnych luksusów, jak to na campingach bywa, ale spocona i oblepiona piaskiem, marzyłam tylko o prysznicu. Naturalnie bieżącej wody tam nie było, a tym bardziej żadnego prysznica –  jedynie staw, do którego spływały wszystkie brudy i pomyje. Na szczęście obok płynęło sobie źródełko z krystalicznie czystą i lodowatą wodą. Nie pozostało nam nic innego, jak napełnić dużą butelkę, wziąć kubek do polewania i udać się w ustronne miejsce schowane w krzakach. Muszę przyznać, że pierwszy raz w taki sposób „brałam prysznic”, ale desperacja sięgnęła zenitu 🙂 Lodowata woda ze źródełka przedostała się nawet do mojego szpiku kostnego 🙂 Jak się potem okazało, mieszkańcy tamtejszej wsi mają swój prysznic, a jakże! Przecież jaki wstyd byłoby nie mieć. Następnego ranka młody chłopak zaprowadził nas do tej „łazienki”. Prysznic wyglądał następująco: przez pękniętą (i zardzewiałą) rurę wydostawała się wątpliwego koloru woda, która wpadała wprost do kolejnego (również wątpliwego) bajorka. Sądziłam, że temperatura wody będzie zbliżona do tej w źródełku i po raz kolejny moje wewnętrzne organy zostaną zamrożone. Ale nie – o dziwo czynność higieniczna odbywała się w iście ekskluzywnych warunkach: wokół otaczała nas dzika natura, woda okazała się cieplutka, a dodatkowo posiadała jakieś cenne składniki mineralne. Aż tak bardzo ciekawa nie byłam, więc nie wnikałam co tam w niej siedzi – na pewno wyczułam siarkę 🙂 Mało tego, całe przedsięwzięcie odbywało się nieopodal domowego gospodarstwa, a więc z dodatkowymi atrakcjami w postaci kilku wpatrzonych w nas ciekawskich par oczu 🙂 Ale wiecie co? Miałam totalnie gdzieś, że mogę być podglądana. Taki „prysznic” na łonie natury był niesamowitym przeżyciem, które z sentymentem zawsze będę wspominać 🙂

Następnego dnia rano, spakowawszy nasz dobytek, wysuszyłyśmy w stronę  zachodzącego słońca. A konkretniej –  do innych atrakcji, jakie oferował nam Kazachstan. Ale o nich opowiem w kolejnym poście 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Kanion Szaryński. Kazachski cud natury

Niewiele jest miejsc, które potrafią mnie zachwycić do tego stopnia, że na sam widok zapiera mi dech. Kanion Szaryński był jednym z punktów „must see” w trakcie wizyty w Kazachstanie. Właściwie nie – to był główny cel mojej tej wyprawy. Zanim jeszcze zaplanowałam cała trasę, wiedziałam, że koniecznie muszę tam pojechać.

Kazachowie są bardzo dumni i szczycą się Kanionem. Trudno się dziwić, gdyż Matka Natura podarowała im cenny dar. Nazywają go młodszym bratem amerykańskiego Wielkiego Kanionu. To jedno z najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Kazachstanie. Znajduje się on około 200 km na wschód od miasta Ałmaty, dawnej stolicy kraju. Rozciąga się na długości 120 km i liczy aż 12 mln lat. Został wyżłobiony przez rzekę Szaryn. Szerokość waha się od 20-80 metrów a wysokość od 80 do 300 metrów.

Żeby dostać się do Kanionu, najlepszym środkiem transportu będzie samochód. Oczywiście z Ałmaty jeżdżą marszrutki w tamtym kierunku, ale nie dowożą pod sam kanion – czeka nas jeszcze 10 km „spacer” 🙂 Wstęp do Kanionu jest płatny, około 700 tenge za osobę, czyli w przeliczeniu jakieś 8 zł! Co do samochodu, to najlepiej mieć wyposażony w napęd 4×4, gdyż będzie nim można zjechać na sam dół Kanionu. Niestety nasza „limuzyna” nie nadawała się do ekstremalnej i wyboistej „drogi” pomiędzy przepaściami, więc musiałyśmy iść pieszo. Spakowałyśmy najpotrzebniejszy dobytek, zarzuciłyśmy na plecy  sprzęt i pognałyśmy w dół, obładowane niczym cygański tabor.

Najpiękniejsze miejsce Kanionu to tzw. Dolina Zamków, czyli duże i rozciągające się na obszarze ok. 3 km skupisko skał i kamieni o fantazyjnych kształtach. Niektóre z nich faktycznie przypominają zamki, wieże i grzyby, inne zaś maja dziwne i do niczego nieporównywalne kształty. Podążając nim możemy podziwiać ciekawe formy powstałe ze skał podatnych na działanie wody, wiatru i temperatury. Za sprawą zachodzącego słońca, skały mienią się na pomarańczowo i czerwono, ale zmieniają odcienie w zależności od padających promieni. Właśnie ten widok sprawił, że zaparło mi dech.  Dla takich chwil warto podróżować.

Na samym końcu Kanionu, tuz przy rzece znajduje się Eco Park. Można wypożyczyć na noc jurtę lub bungalow, ale jest również opcja darmowego rozbicia namiotu na kempingu, z której my skorzystałyśmy. Jest tam również restauracja i bar, gdyby ktoś chciał wieczorem posiedzieć i zrelaksować się przy piwku. Właśnie tam, wracając do namiotu natknęłam się na spacerującego skorpiona 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Astana. Stolica kiczu i tandety

Podróż do Kazachstanu była moją pierwszą wyprawą do Azji. Zachwyciłam się tam cudowną i zniewalająco piękną naturą, poznałam wspaniałych i przemiłych ludzi, ale mimo wszystko mam mieszane uczucia co do tego kraju. Wróciłam trochę rozbita i zmęczona fizycznie. Sama nie wiem, czy chciałabym tam wrócić. Uważam jednak, że Kazachstan jest państwem, które doskonale przygotowuje nas do zderzenia z innym kontynentem, religią oraz kulturą i mimo wszystko – warto tam zawitać.

Astana. Na samą myśl o tym miejscu mam mdłości. To nie tak, że miasto jest brzydkie i brudne, albo ludzie są nieuprzejmi. Nie. Po prostu czułam się tam mocno przytłoczona tą supernowoczesną architekturą, zaś  liczba piechotą przebytych tam kilometrów sprawiła, że na długo po powrocie do Warszawy nogi dawały mi znać o tamtejszym „spacerze”. Astana jest ogromnym miastem, w sumie nie ma się co dziwić, w końcu cały Kazachstan jest ogromny i rozległy. Odległości do pokonania, czy to w mieście czy na trasie, są niesamowicie długie. Po wizycie w macedońskim Skopje nie sądziłam, że jakieś inne miasto może odebrać mało zaszczytny tytuł tandetnego i kiczowatego, ale jednak Astana znacznie przebiła Skopje. Pompatyczna architektura, drapacze chmur, centra handlowe rodem z kosmosu, nowe pomniki, luksus, blichtr i patos – tak w jednym zdaniu można opisać stolicę Kazachstanu. Byłam przytłoczona wizytą w tym mieście jeszcze przez długi czas po powrocie do Polski. Pewnie dlatego tak długo zeszło mi zebranie się w sobie i napisanie tego postu.

Stolica Kazachstanu to miasto przyszłości, które ma pokazać światu, że kraj ten aspiruje do miana wielkiego mocarstwa. Niewiele istnieje państw na świecie zbudowanych w takim tempie i determinacją. Mówi się, że kazachska stolica i Dubaj ścigają się w zdobyciu tytułu supernowoczesnego miasta. Co prawda nie byłam w Dubaju, ale co do Astany to mogę potwierdzić. Jest stosunkowo młodą stolicą, bo w ubiegłym roku świętowano 20-lecie jej ustanowienia. Co prawda nie jest jeszcze w pełni ukończona, ciągle jest w budowie i wszędzie widać wiszące nad miastem żurawie budowlane.

Symbolem nie tylko Astany, ale całego Kazachstanu jest Wieża Bajterek. Zaprojektowana została przez architekta Normana Fostera i powstała na początku XXI wieku. Sięga 97 m – na pamiątkę 1997 roku, w którym to Astana została mianowana stolicą kraju. Na szczycie wieży umieszczono szklaną kulę , a jej wnętrzu jest się taras widokowy. Na najwyższym poziomie znajduje się odcisk dłoni do spełnienia życzeń. Legenda głosi, że jest to odcisk dłoni samego prezydenta Nazarbajewa, zaś inna mówi – jednego z budowniczych wieży.

Wokół Bajtereku powstał cały zespół pompatycznych i przytłaczających swą wielkością (i wysokością) budynków ze szkła i betonu, zwany kazachskim Manhattanem. Na mnie nie zrobiło to szczególnego wrażenia. Ilość tych drapaczy chmur, ale również ich zróżnicowanie architektoniczne powodowało, że chciałam stamtąd czym prędzej uciekać. Z jednej strony szklane, niekiedy nawet kosmiczne budynki, z innej ociekające złotem, a obok nich chińska „świątynia”. Zdecydowanie dla mnie za dużo tego wszystkiego na raz.

Nieopodal, czyli jakaś 1-1,5 godziny spaceru (a tak naprawdę tylko dwie przecznice) znajduje się rezydencja ich ukochanego prezydenta Nazarbajewa, Ak-Orda oraz siedziba ministerstw. Pośród nich jest wyróżniający się swa długością, ponad kilometrowy budynek, w którym mieszczą się wszystkie ministerstwa Kazachstanu.

Meczet Nur-Astana to piękna budowla z 2005 roku, zaprojektowana przez libańskiego architekta, zbudowana przez tureckich pracowników, a sfinansowana przez bogobojnego emira Kataru. Duża sala meczetu mieści 5 tys. mężczyzn, zaś balkon na piętrze 2 tys. kobiet.

Przyznaję, że było to jedyne miejsce w całym Kazachstanie, w którym poczułam się nieswojo. Mimo tego, że miałyśmy na sobie długie szaty i zasłonięte włosy, to mężczyźni modlący się tam patrzyli na nas groźnie, a wręcz wrogo. Fakt, że nie miałyśmy pojęcia, że sala dla kobiet znajdowała się na górze, ale razem z nami było kilka innych zagubionych kobiecych duszyczek i tylko na nas patrzyli się w taki sposób. Niesmak pozostał i miałyśmy obawy, żeby pójść do innego meczetu znajdującego się w Astanie, który moim zdaniem jest nie tylko większy, ale przede wszystkim bardziej interesujący.

Poza tym, w całym mieście znajduje się masa tandetnych budowli, jak np. szklana piramida (do tej pory nie wiem, co znajduje się w jej wnętrzu) czy centrum handlowe, które swym kształtem przypomina pojazd kosmiczny. Znalazła się także kazachska wersja Pałacu Kultury 😊

Czym byłoby miasto z tytułem tandetnego i kiczowatego bez mnóstwa pomników, figurek i innych bajerów poustawianych i wciśniętych gdzie się tylko da? 😊

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Chinkali, chaczapuri i inne churchele, czyli odkrywając gruzińskie smaki

To, co najbardziej urzekło mnie w Gruzji, to z całą pewnością jedzenie. Na samo wspomnienie aż cieknie mi ślinka. Mimo to mój (jak się okazało – delikatny) żołądek nie był w stanie znieść tyle pyszności na raz i po powrocie do Polski bardzo cierpiałam. Przyczyny mogą być dwie: albo za dużo dobrego na raz próbowałam, albo po takiej kulinarnej rozpuście polskie jedzenie było po prostu nie do przetrawienia 🙂

IMG_0360

Na gruzińskich stołach królują potrawy składające się głównie z mąki, serów, ziemniaków, kukurydzy, bakłażanów i ogromnych ilości kolendry. Ja na szczęście jestem fanką kolendry, ale wszyscy ci, którzy nie są jej zwolennikami, mogą nie zasmakować w tamtejszych potrawach. Oczywiście jednym z głównych składników jest mięso: wołowina, wieprzowina, baranina. No i oczywiście wino, które leje się hektolitrami.

Zależnie od regionu, każda potrawa przyrządzana jest na swój sposób i inaczej smakuje. Niekiedy nawet taka sama nazwa potrawy serwowanej w Adżarii, może oznaczać zupełnie co innego w Kachetii.

Niestety nie udało mi się spróbować wszystkich gruzińskich specjałów, nad czym bardzo ubolewam. Jednak na całe szczęście, w Warszawie funkcjonuje dużo gruzińskich restauracji, dlatego będę miała namiastkę tego, co moje podniebienie zaznało w Gruzji. Mam cichą nadzieję, że jeszcze będę miała okazję odbyć kulinarną podróż po tym kraju i poznać inne specjały 🙂

Chinkali

Te niepozorne pierożki o charakterystycznym kształcie „sakiewek”, z pogrubioną końcówką skrywają niesamowite wnętrze. Zazwyczaj serwowane są mięsem mielonym (wołowym lub wieprzowym), cebulą oraz ze sporą ilością aromatycznej kolendry. Co więcej, całość zatopiona jest w pysznym sosem-rosołem. Występują również w wersji wegetariańskiej z serem, grzybami czy warzywami. Ja osobiście uzależniłam się od tego gruzińskiego specjału do tego stopnia, że jadłam go każdego dnia w ogromnych ilościach. Po prostu niebo w gębie.

Oczywiście chinkali je się w odpowiedni sposób. Profanacją jeść je sztućcami, jednak jako nieobyta turystka z odległej Polski, początkowo posługiwałam się właśnie nożem i widelcem. Sztuką jest złapać odpowiednio sakiewkę, najpierw wyssać rosół, a dopiero potem spożyć pieroga z całą zawartością. Trzeba być ostrożnym, gdyż pierożki są gorące i mogą poparzyć dłonie. Dlatego warto odczekać chwilę aż ostygną. Konsumowanie chinkali w taki sposób jest kwestią wprawy 🙂

IMG_0309

20150912_121148

Chaczapuri

Jest to najpopularniejsze danie kuchni Gruzińskiej. Co prawda brzmi bardzo egzotycznie, ale z egzotyką nie ma nic wspólnego. Chaczapuri to nic innego jak zapiekany placek (skład: mąka, drożdże, jajko, woda/mleko, szczypta soli), który w środku ma słony ser. Zazwyczaj podawany jest w formie okrągłego placka wielkości średniej pizzy i występuje pod kilkoma postaciami: wspomniany już z serem w środku, podwójnym serem (w środku i na wierzchu) oraz podłużne w formie łódki z dodatkowym składnikiem – jajkiem.

Jeśli chodzi o moje doświadczenia z tym gruzińskim rarytasem, to przy pierwszym kęsie o mało się nie zakrztusiłam z obrzydzenia 🙂 Wszystko za sprawą słonego sera, które dosłownie wypaliło moje gardło. Jednak po chwili namysłu doszłam do wniosku, że skoro jestem w Gruzji, to nie ma możliwości żebym nie zasmakowała się w lokalnej kuchni. Małymi kroczkami zaczęłam skubać placek, aż w końcu przy ostatnim kęsie jadłam, aż mi się uszy trzęsły 🙂 Jednak najlepsze chaczapuri, które miałam okazję konsumować było przyrządzone przez gospodynię, u której mieszkaliśmy. Pani była tak uprzejma, że pokazała nam krok po kroku, w jaki sposób zrobić placek. Zapewne niejednokrotnie wykorzystam jej porady 🙂

IMG_0348

Kupati

To nic innego jak rodzaj gruzińskiej kiełbasy. Nadziewane są drobno posiekaną wieprzowiną, wołowiną i baraniną, przeplataną papryką i berberysem (rodzaj krzewu). Nie jestem fanką kiełbas, ale ta „potrawa” została polecona przez naszego lokalnego przewodnika, więc nie miałam wyboru i musiałam spróbować. W moim odczuciu nie ma się czym zachwycać – kiełbasa jak każda inna.

p1080066fot. artsofadventure.com

Odżakhuri

Jest to rodzaj gruzińskiej zapiekanki, w skład której wchodzą ziemniaki, mięso oraz warzywa. Wydaje się niezbyt skomplikowanym daniem, ale w rzeczywistości trzeba się trochę nad nim napracować. Mięso (zazwyczaj wieprzowe lub cielęce) marynowane jest w zalewie z białego wina, octu winnego, przypraw (liść laurowy, kolendra, sól/pieprz/papryka), suszonych pomidorów, cebuli i śmietany. Następnie tak przygotowane mięso podsmaża się, również pokrojone w łódeczki ziemniaki przyrumienia się na patelni. Wszystko układa się w warstwy w glinianych płaskich naczyniach, przekłada krążkami cebuli i zapieka w piecu. Palce lizać!

DSC_6592-blog1-e1407396303909fot. exploration.com.pl

Chleb

Gruziński chleb, to najlepszy chleb jaki kiedykolwiek jadłam. Zero sztucznych składników, zero chemii, same świeże produkty. Miękki, chrupiący i jeszcze ciepły, o kształcie łódki, pakowany w miejscowe gazety. Pycha!

11380878_841667755928020_1398968093_n
fot. gdzienaweekend.pl

Churczele

Mój pierwszy kontakt z tym (niepozornie wyglądającym) dziwactwem nie był najlepszy. Wiszące na straganach bliżej niezidentyfikowane COŚ wyglądało jak kiełbasy albo jakieś wyroby z wosku. Jak się okazało, jest to rodzaj gruzińskiej słodkiej przekąski. Churchele to nic innego jak nawleczone na nitkę orzechy (np. laskowe czy włoskie), oblane zagęszczonym sokiem z winogron lub karmelem, a następnie ususzone. Nie wyglądają apetycznie, za to nadrabiają smakiem.

????????????????????????????????????

Tklapi

Kolejna egzotyczna nazwa, równie egzotycznej przekąski. Są to rozwałkowane albo sprasowane owoce. Wybór jest ogromny, gdyż wykonane są z żurawiny, winogron, jabłek czy derenia. Mus wylewa się na jakąś płaską powierzchnię, wałkuje i zostawia przez tydzień na słońcu. Później traktuje mąką, żeby się nie kruszyły i gotowe. Ciekawa konsystencja i smak.

tklapifot. smakolykialergika.pl

Lemoniady

No cóż… Będąc w Gruzji trzeba spróbować tamtejszych napojów gazowanych. Mi nie posmakował tamtejszy trunek, mimo różnorodności smaków: winogronowe, anyżowe, brzoskwiniowe, jabłkowe czy waniliowe. Jak dla mnie to były sztuczne i zdecydowanie za słodkie.

IMG_0346

Wino

Dopełnieniem gruzińskiej uczty jest doskonałe lokalne wino. Do wyboru są białe i czerwone wytrawne, spośród których każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście najlepsze są te domowe, ale również wina pochodzące z masowej produkcji również są znakomite. W tym momencie warto by było wspomnieć o gruzińskiej tradycji wznoszenia toastów, ale o tym napiszę w osobnym poście 🙂

IMG_0650

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Gruzińskiej wędrówki ciąg dalszy: Wardzia, Gori i Mccheta

Zapraszam na dalszą wędrówkę po Gruzji. Program naszego wyjazdu był bardzo napięty, a tryb naszego zwiedzania ekspresowy – dzięki temu mogliśmy dużo zobaczyć. Tym razem chciałam Was zabrać do trzech, zupełnie różnych miejsc: Gori, Wardzi oraz Mcchety.

Wardzia

Obowiązkowe miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć będąc Gruzji. Jest to skalne miasto, które znajduje się w południowej części kraju, na zboczu góry Eruszeli i stanowi największą atrakcję turystyczną w regionie Mesheti. Do dnia dzisiejszego zachowało się około 250 komnat umiejscowionych na 13 poziomach oraz fragmenty tuneli, korytarzy, schodów i systemu wodno-kanalizacyjnego. W mieście zainstalowano system nawodnień pól uprawnych, zaś dostęp do klasztoru zapewniało kilka dobrze ukrytych tuneli blisko rzeki Kura. Przez wiele lat miejsce to stanowiło jedno z głównych ośrodków kulturalno-religijnych monarchii gruzińskiej.

IMG_0512

Początki tego skalnego miasta sięgają 1185 roku. Budowę rozpoczęto za czasów rządu króla Jerzego III, a ukończono pod rządami jego córki – królowej Tamary w roku 1213. W niektórych świątyniach możemy podziwiać wspaniałe freski przedstawiające m. in. założycieli Wardzi, które zachowały się do dnia dzisiejszego. W 1289 roku, miasto nawiedziło trzęsienie ziemi, które zniszczyło ponad 2/3 jego części. Światło dzienne ujrzały imponujące struktury, które do tej pory skrywało wnętrze góry. Jednak to najazd Persów w 1551 roku spowodował, że miasto dostało mocny cios. Wojska wrogów zrabowały lub zniszczyły wszystkie ważniejsze ikony i dorobek materialny mieszkańców miasta. Większość miejscowych Gruzinów została wymordowana a część uprowadzono jako niewolników.

Aktualnie w Wardzi zamieszkuje kilku mnichów. Za niewielką opłatą skalne miasto jest dostępne dla turystów. W pobliżu znajdują się gorące źródła, więc można zażywać relaksujących kąpieli. Jednak nie wyobrażajcie sobie nie wiadomo czego. W kolejnym poście napiszę (i pokażę) jak wyglądają gruzińskie termy 🙂

IMG_0548

IMG_0554

IMG_0563

Gori

Miasto położone jest we wschodniej części Gruzji i liczy ok 47 tys. mieszkańców. Właśnie tutaj urodził się Józef Stalin, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. W centrum miasta znajduje się jego dom, który został zaaranżowany na muzeum. Niestety skansen jest miejscem jego gloryfikacji… Można tam zobaczyć jak mieszkał i pracował Stalin. Jest również dom zbrodniarza, w którym mieszkał jako dziecko a także wagon którym podróżował Stalin bojąc się latać samolotem z obawy przed zamachem. Ja nie miałam ochoty na oglądanie i wspieranie tej instytucji, dlatego zrezygnowałam ze wstępu. W samym centrum, do 2010 roku dumnie prezentował się wielki pomnik wodza, jednak prezydent Michaił Saakaszwili nakazał jego demontaż. Operacja usunięcia pomnika odbyła się pod osłoną nocy, w tajemnicy przed mieszkańcami, którzy nie pozwoliliby tak łatwo zlikwidować monumentu najsławniejszego z ich krajan. Mimo to, mieszkańcy Gori nalegają, by pomnik Stalina wrócił do centrum. Przedstawiciele Komunistycznej Partii Gruzji zebrali podpisy, a pod petycją podpisało się 10 tysięcy osób, czyli co piąty mieszkaniec miasta….

IMG_0608

Muszę przyznać, że jest to nieco kontrowersyjne miejsce. Każdy doskonale wie, że Stalin był jednym z największych zbrodniarzy XX wieku, a jednak do dnia dzisiejszego jest on wielbiony i wynoszony na ołtarze. Co więcej, mieszkańcy Gori są dumni, że właśnie tutaj urodził się „wielki przywódca”. W sklepach z pamiątkami nie było możliwości by kupić coś, co nie było z podobizną Stalina: magnesy na lodówkę, długopisy, pocztówki, breloki, a nawet kopie jego munduru…

Na miejscu zlikwidowanego pomnika Stalina, miał powstać inny: pomnik ofiar wojny rosyjsko-gruzińskiej z 2008 roku. Powstał, ale znajduje się w innym miejscu.

IMG_0614

IMG_0619

Co więcej można zobaczyć będąc w Gori? Na wzgórzu znajduje się forteca, która zdecydowanie lepiej prezentuje się z zewnątrz. No cóż, w środku nie ma nic fascynującego. Oczywiście poza widokiem na panoramę miasta.

IMG_0639

IMG_0637

Mccheta

To urokliwe i niewielkie miasteczko niegdyś było stolicą Gruzji i w przeciągu kilkudziesięciu lat nic się nie zmieniło. Aktualnie liczy ok. 7500 mieszkańców. Nie można ominąć tego miejsca decydując się na odwiedziny w tym kraju. A w szczególności, że znajduje się kilka kilometrów od Tbilisi. W przeszłości Mccheta była areną najważniejszych wydarzeń w historii Gruzji i Gruzinów. Z tym miastem wiążą się początki gruzińskiego państwa. Właśnie tutaj Gruzini przyjęli chrzest. Pamiątkami minionych czasów świetności są monumentalne świątynie i klasztory, warownie oraz grobowce gruzińskich monarchów. Mccheta to starożytna stolica Gruzji, która dziś jest kulturową stolicą Gruzinów i „miastem-muzeum”.

IMG_0770

IMG_0783

IMG_0805

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.