Gangster i Królowa w Warszawie!

Długo wyczekiwany koncert za nami. Gwiazdorska para spisała się na medal. W końcu nie na darmo zyskali status power couple  showbiznesu. O warszawskim koncercie państwa Carter mówiło się od jakiegoś czasu. Do stolicy Polski przyjechali w ramach trasy koncertowej „On The Run II”.

Występ zaczął się od krótkiego wideo promującego trasę. Potem wielokrotnie jeszcze mogliśmy obejrzeć  tego typu filmiki, z jednej strony w gangsterskim klimacie, a z drugiej obserwowaliśmy sielankę w rodzinnym gronie. „Raper and the Queen” – jak się przedstawili na jednym z nich – rozpoczęli występ zjeżdżając windą na scenę piosenką „Holy Grail”. Przez całe show towarzyszyło im mnóstwo tancerzy (głównie w trakcie występów Beyonce) kolorowa i dynamiczna oprawa sceniczna, a nawet ruchoma scena, która co jakiś czas przesuwała się w głąb, na środek stadionu. Co ciekawe, na sam koniec występu, Beyonce nie mogła zejść po drabinie z tej sceny, która znajdowała się właśnie na środku  🙂 Mała wpadka na koniec na pewno nie przyćmi całego koncertu.

fot. The Times Polska

Można było usłyszeć hity, które razem wyprodukowali: „Drunk in love”, „Deja vu”, „Crazy in love”, „Bonnie & Clyde, „Upgrade U” oraz piosenki z ich najnowszej płyt „Everything is love”. Poza tym zagrali nowe wersje swoich największych przebojów: „Naughty girl”, „Run the world”, „Niggas in Paris, „Formation”, „99 problems”, Baby boy”, „Show me what you’ve got”. Na koniec występu zrobiło bardzo romantycznie, a para zaśpiewała piosenkę „Forever Young”  w otoczeniu kilkunastu tysięcy stadionowych świecidełek, a w tle leciały filmiki z życia prywatnego pary, między innymi z dziećmi pary. Szkoda tylko, że Queen B. nie zaśpiewała ani jednej piosenki w całości.

Stadion Narodowy pękał w szwach. Fani przygotowali kilka niespodzianek dla Carterów: były kartki z napisem „LOVE”, tysiące światełek w trakcie wykonywanych piosenek oraz żółte, również rozświetlone balony. Te gesty nie pozostały obojętne wobec piosenkarzy, gdyż zachwyceni dziękowali swoim fanom za tak miłą niespodziankę i dobrą energię.

Jay Z był zdecydowanie w lepszym humorze niż diva, co z resztą było widać. Raper przez cały czas się uśmiechał i wchodził w interakcję z publicznością. Dziękował i piał z zachwytu nad warszawską publicznością 🙂 W pewnym momencie zaczął nawet mówić po polsku! Wkraczając na scenę pod koniec występu z jego ust kilkukrotnie padło słowo „jedziemy!” 🙂 Beyonce pozostała w cieniu swojego męża. Owszem, także się uśmiechała i dziękowała, ale wydawała się nieco przygaszona, to Jay zdecydowanie zdominował warszawską scenę. Przez cały występ czuć było miedzy nimi chemię. Chociaż różne plotki krążą na ich temat, to przez cały wieczór para pokazywała jak bardzo się kocha i jak ważna dla nich jest rodzina. Beyonce była wpatrzona w Jay’z jak w obrazek, z kolei ten nie mógł oderwać oczu od swojej seksownej żony.

Wydawało mi się, że gwiazdorzy przyjadą do Warszawy, bez żadnych większych emocji „odbębnią” kolejny koncert i pojadą dalej, szybko zapominając, że byli w Polsce. Artyści bawili się równie dobrze co i publiczność. Nie był to pierwszy koncert Beyonce, w którym uczestniczyłam. Pięć lat temu diva przyjechała do Warszawy w ramach trasy „Mrs Carter World Tour”, ale wtedy nie zachwycił mnie jej występ. Oczywiście zrobiła show na najwyższym poziomie, ale wtedy wyszłam z pewnym niedosytem, liczyłam na coś więcej. Wczorajszy koncert odebrałam zupełnie inaczej. Być może to spora zasługa Jay’a, bo bawiłam się znakomicie. Przed ich występem nie za bardzo przepadałam za raperem. Owszem lubiłam może kilka jego piosenek, ale jego osoba mnie wręcz odpychała. No cóż – teraz to się z pewnością zmieni, bo tryskała od niego pozytywna energia 🙂 To, że mam wręcz obsesje na punkcie Beyonce, wiedzą chyba wszyscy 🙂 To moja wielka idolka, jeszcze z lat wczesnej młodości J Plakaty z jej podobizną wisiały na ścianie mojego pokoju, znałam każdy tekst jej piosenki, nic zatem dziwnego, że nie mogło mnie tam wczoraj zabraknąć 🙂 Byłam na kilkunastu koncertach w swoim życiu i szczerze powiem, że był to jeden z lepszych i trudno go będzie przebić.

W ostatniej chwili znalazłam takiego screena. To są słowa stylistki Beyonce, więc takie same wrażenia po koncercie były obustronne 🙂

Dlaczego jestem feministką?

Bycie feministką w dzisiejszych czasach nie jest proste. Bycie feministką kojarzy się dzisiaj z czymś bardzo negatywnym. No bo jak to? Feministka w dzisiejszych czasach? Toż to jakaś chora fanaberia i głupia zachcianka znudzonych dziewuch! Po co tak krzyczeć i robić zamieszanie? Przecież mamy równy dostęp do edukacji. Przecież pracujemy na takich samych stanowiskach. Przecież mamy prawa wyborcze. Przecież uprawiamy takie same sporty. Przecież możemy ubierać się jak mężczyźni. Przecież przeklinamy tak jak mężczyźni. To o co mi do cholery chodzi?

Nie będę przytaczać definicji i historii feminizmu, bo nie taki jest mój cel. Tutaj wszystko znajdziesz. Zanim jednak stwierdzisz, że mój post to stek bzdur i kolejny bełkot ryczącej pseudo-feministki, przeczytaj go do końca nim zaszufladkujesz mnie w roli zdesperowanej i zgorzkniałej starej panny oraz wrzucisz do jednego wora z innymi oszołomami 🙂

Jaki jest stereotyp współczesnej feministki? Według opinii (większości) społeczeństwa, taka kobieta postrzegana jest jako rycząca, zdesperowana baba, której żaden facet nie chce tknąć, nawet kijem. Co więcej, przez to zostaje lesbijką, no bo z braku laku i kit dobry. Przestaje depilować nogi, bo i po co ma to robić? W głowie ma tylko zakodowaną nienawiść do płci męskiej oraz szereg kompleksów, z którymi nie może sobie poradzić. Ponadto zaczyna ubierać się i wyglądać jak chłop, a z czasem nawet zachowywać się jak przedstawiciel odmiennej płci. W związku z tym nie ma wyboru, jak tylko wstąpić do tej „sekty”, bo co jej innego w życiu pozostało?

fot. kwejk.pl

Tak, jestem feministką i nie boję się do tego przyznać. Jednak nie jestem zdesperowaną babą, która całymi dniami krzyczy, że nienawidzi mężczyzn za to, że istnieją. Nie jestem lesbijką – co prawda potrafię docenić kobiece piękno (ach, Beyonce ❤ ), jednak do kobiet wcale mnie nie ciągnie. Nie narzekam na brak powodzenia u płci przeciwnej. Lubię mężczyzn, mimo że kilku z nich wyrządziło sporo szkód w moim życiu. Nie wyglądam jak facet – od lat jestem posiadaczką długich włosów i nie wydaje mi się, żeby się to kiedykolwiek zmieniło.  Wiem, jak należy używać kosmetyków i robię to w granicach rozsądku i z wyczuciem estetyki. Nogi regularnie depiluję. Nie ubieram się jak babochłop – wręcz przeciwnie. Uważam, że jestem kobiecą kobietą, momentami zastanawiam się czasem czy nie za bardzo. Lubię dostawać kwiaty, być komplementowana i przepuszczana w drzwiach. Zdobyłam wykształcenie i uważam się za inteligentną i obytą kobietę. Na dodatek – powiem nieskromnie – jestem zaradną, samodzielną i silną osobą, która (czasem lepiej, czasem gorzej) potrafi sobie w życiu poradzić. A swojego tatę uważam za superbohatera i wzór prawdziwego mężczyzny. Co więc zatem jest ze mną nie tak?

fot. pudelek.tv

A jak naprawdę wyglądam:

Jak mam się godzić na to, że kobiety padają ofiarą przemocy domowej? Tylko i wyłącznie z powodu, że partner jest zestresowany, niezadowolony, pijany czy chorobliwie zazdrosny? Czy to daje pozwolenie, żeby agresję wyładowywać na mniejszej i słabszej fizycznie istocie, bo akurat jest „pod ręką”? Niestety przemoc fizyczna i psychiczna nadal jest problemem wielu kobiet w naszym kraju, które żyją w ciągłym strachu i nawet nie pomyślą, żeby zgłosić się z tym na policję, a tym bardziej zostawić swojego ukochanego. Wolą przemilczeć sprawę i żyć złudną nadzieją, że może partner się w kiedyś zmieni i zrozumie swój błąd. Tak, to prawda – nie jest łatwo się wyrwać z tego kręgu, ale im szybciej zdamy sobie sprawę i zakończymy toksyczną relację,  tym dla nas lepiej. Sama przez jakiś czas byłam psychicznie zastraszana, szantażowana i manipulowana. Podejrzewam, że jeśli wtedy nie zdecydowałabym się na ten krok, to do tej pory nie znalazłabym w sobie tyle siły i nadal tkwiłabym w tym chorym i pokręconym związku. Do tej pory, po ponad 5 latach od tamtych wydarzeń, mam traumę przed spotkaniem go w miejscu publicznym.

Jak mam się godzić na to, żeby kobieta sprowadzana była do roli sprzątaczki, kucharki i opiekunki? Żeby całymi dniami usługiwała swojemu mężowi/konkubentowi/chłopakowi/kochankowi? Jeśli inne kobiety uważają, że takie jest ich powołanie/dobrze się czują w tej roli – nic mi do tego, to ich wybór. Akceptuje taki stan rzeczy. Sama lubię sprzątać, bo pomaga mi się to zrelaksować, zaś gotowanie uwielbiam – tym bardziej przygotowanie posiłków dla kogoś innego sprawia mi ogromną satysfakcję i radość. Jednak  jeśli musiałabym to robić każdego dnia, bez wytchnienia, pod przymusem i presją – na to się nie godzę. Bo (podobno) taka jest moja rola społeczna. Czasy, w których kobiety nie wychodziły z kuchni i od pieluch dawno już minęły, teraz same decydujemy czy chcemy to robić, czy też nie.

Jak mam się godzić na to, żeby kobiety traktowane były przedmiotowo przez płeć przeciwną? W wielu kręgach kulturowych kobieta sprowadzana jest do roli seksualnej zabawki, którą facet bawi się do czasu, aż się znudzi. Dla niego kobieta to po prostu taki kawał atrakcyjnego mięsa, który po upływie „terminu przydatności” nagle nie jest już taka smaczna i ładna jak kiedyś. Potem bez żadnego najmniejszego problemu można ją wyrzucić i zastąpić nową, młodszą (i jędrniejszą) wersją. Ot tak, dla zasady. Bo mężczyzna to maczo i prawdziwy ogier, który swoją „męskość” musi  udowodniać na każdym kroku, zaliczając coraz to młodszą panienkę. No cóż, dla jednych „męskość”, a dla mnie świadczy to tylko o całej masie kompleksów. Prawdziwy mężczyzna potrafi skupić całą swoją uwagę na jednej kobiecie, tylko chłopczyki z maleńkim ego oglądają się za każdą spódniczką, wynagradzając sobie tym samym swoje braki – i fizyczne, i emocjonalne.

Jak mam się godzić na to, żeby kobieta była molestowana w miejscu pracy? Kiedy się słyszy historie takie ta , ta czy ta  to aż krew człowieka zalewa! Jak to jest możliwe, że w dzisiejszych czasach jest ciche przyzwolenie na molestowanie seksualne w miejscu pracy? Młode kobiety posiadające talent i urodę, stojące u progu kariery zmuszane są do robienia ohydnych i upokarzających rzeczy, aby tylko móc spełniać własne marzenie i realizować się zawodowo. Molestowanie seksualne nie jest powszechnym zjawiskiem tylko w showbiznesie, ale w każdym obszarze zawodowym. Jednak afera goni za kolejną aferą. Coraz więcej gwiazd decyduje się po latach upokorzeń wyznać prawdę, bo dopiero teraz mają odwagę o tym publicznie mówić. A co z tymi kobietami, które nie są żadnymi gwiazdami, tylko zwykłymi obywatelkami i nie mają w sobie tyle odwagi? Takich kobiet jest tysiące. I zapewne nigdy nie zdecydują się wyznać prawdę, bo boją się stracić posadę.

Jak mam się godzić na to, żeby ktoś – a w szczególności banda radykalnych, podstarzałych i smutnych panów w garniturach – mówił mi, co mam robić z własnym ciałem? Jakim prawem ktoś, kto nigdy nie znajdzie się skórze kobiety, ma decydować o jej ciele, zdrowiu czy życiu? Nikt mi nie będzie mówił, ile mam mieć dzieci, kiedy mam je mieć albo czy w ogóle powinnam je mieć. Jeśli nie jestem gotowa na posiadanie dziecka, albo wiem, że urodzi się ono niepełnosprawne lub upośledzone, mam prawo dokonać wyboru. Aborcja to trudny i bardzo delikatny temat, zwłaszcza w ostatnim czasie. Jednak moje ciało nie jest żadnym inkubatorem, które za wszelką cenę i dla zasady ma wydać na świat potomstwo. Niezależnie od tego czy będzie zdrowe, czy nie – bo taka jest rola kobiety. Moje ciało, mój wybór. Mam jednak ogromną nadzieję, że nigdy nie będę musiała się zmierzyć z tym wyborem. Mimo wszystko to sprawa tylko i wyłącznie mojego sumienia i nikomu nic do tego. Chcę mieć wolny wybór, a nie odgórnie narzucony nakaz czy zakaz.

Jak mam się godzić na to, żeby lekarz – wykształcony i „oświecony” człowiek nauki – miał decydować, jaka jest skala mojego bólu w trakcie porodu? Co prawda sama tego nie doświadczyłam (więc guzik tam wiem, jednak słyszałam różne historie od znajomych, znajomych znajomych i znajomych znajomych znajomych, więc co nieco mogę się wypowiedzieć na ten temat), ale słyszałam o przypadkach, że to lekarz (mówimy cały czas o płci męskiej) decydował czy kobiecie należy podać znieczulenie czy nie; czy trzeba ją naciąć czy tez może nie.  W skrajnych przypadkach potrafią nawet nakrzyczeć na rodzącą kobietę, żeby nie histeryzowała, bo przecież od początku świata kobiety rodzą i jakoś dają radę, to po co się „drzeć” i robić „scenę”? Nawet nie chcę myśleć, jak takie kobiety muszą czuć się upokorzone w takiej sytuacji.

Jak mam się godzić na to, żeby jakiś stary, obleśny dziad, bez grama mózgu i zdrowego rozsądku (przepraszam za wyrażenie, ale to i tak łagodne słowa w porównaniu z tym, co myślę o tej istocie) – rzekomo ekspert (ale tylko w swojej głupocie) – na forum publicznym wypowiadał takie słowa o protestujących kobietach: „Ładne laski to idą na dyskotekę, a takie brzydkie, których nikt bzykać nie chce, to idą na demonstrację. Bo ja stałem i patrzyłem, i mówię, którą bym bzyknął. Ta: O Jezus, o Boże, tę tylko nie, Jezus, i tak stałem, i wierzcie mi, że tak cały czas myślałem, kto to r*cha? Doszedłem do wniosku, że nikt. (…) Nikt nie chce się nad nimi ulitować, nikt nie chce pociągnąć za majtki”. Nie będę nawet tego komentować, bo musiałabym zniżyć się poziomem intelektualnym do tego „eksperta”. Jeśli nie wierzysz, że takie słowa zostały wypowiedziane publicznie, odsyłam tutaj: klik

Jak mam się godzić na to, żeby „ekspert” mówił, że „gwałt tylko początkowo jest straszny, potem kobieta staje się spokojna i się z niego cieszy”? (więcej tutaj: klik)  Czy komukolwiek w ogóle przystoi o czymś takim pomyśleć? Czy to, że zakładam krótką spódniczkę ma oznaczać przyzwolenie na gwałt? No bo w końcu ubierając się jak ladacznica prowokujesz facetów, czyli sama sobie jesteś winna.

Jak mam się godzić na to, że moje „siostry” po drugiej stronie globu cierpiały niewyobrażalne katusze z powodu jakiś durnych patriarchalnych obyczajów? Jak można pozwolić, żeby małe, niewinne dziewczynki zostały obrzezane w imię tradycji, a tym samym pozbawiając je swojej kobiecości? Nie wspomnę już o okropnych męczarniach w trakcie okresu, uprawiania seksu czy porodu, na które skazane są do końca życia. Tak wiem – to kobiety zgotowały sobie same ten los, ale robią to w imię rzekomej tradycji. Dlaczego? Bo wierzą, że jeśli dziewczynka nie zostanie obrzezana, to tym samym społeczeństwo uzna je za nieczyste i rozwiązłe dziewuchy, których żaden mężczyzna nie zechce poślubić. No i oczywista sprawa – robią to po to, żeby nie miała żadnej przyjemności w trakcie uprawiania seksu. Czyli wszystko sprowadza się do tego, aby mężczyzna miał całkowitą kontrolę nad kobietą. I nie – islam nie ma nic z tym wspólnego. Fakt, że obrzezanie dokonywane jest zazwyczaj na dziewczynkach w tamtejszym kręgu kulturowym, jednak w Koranie nie ma ani słowa na ten temat. Ta kwestia zakorzeniona jest głęboko w tradycji i w żadnym wypadku nie jest nakazem religijnym. Więcej na ten temat pisałam tutaj: Kobieta w Islamie: Obrzezanie

Jak mam się godzić na to, że kobieta  „za karę” oblewana jest kwasem albo podpalana żywcem?  Albo za gwałt karana jest śmiercią, bo uprawiała pozamałżeński seks? Przecież to hańba dla całej rodziny, a grzesznicę należy ukarać w najgorszy i najokrutniejszy sposób. Wspominam o tym pod wpływem jednego z ostatnich odcinków „Kobiety na krańcu świata”, w którym to Martyna spotyka się z kobietami bez twarzy w Pakistanie. Wiedziałam o tym barbarzyńskim „zwyczaju” już od dawna, przeczytałam mnóstwo książek– w końcu pisałam pracę licencjacką na ten temat. Jednak po emisji tego programu, który wstrząsnął mną do głębi, postanowiłam o tym wspomnieć. To nie nasza kultura i nie nasz biznes – zapewne powiecie. Jasne, ale co będzie jak któregoś dnia dopuścimy, żeby takie bestialskie rzeczy działy się w naszym kręgu kulturowym? To także nie będzie wtedy nasz biznes? Tutaj możecie obejrzeć wspomniany przeze mnie odcinek : „Kobiety na krańcu świata: Kobiety bez twarzy”

Jest jeszcze wiele trudnych i szokujących tematów, o których chciałam wspomnieć, ale zdecydowałam, że nie będę tworzyć żadnych długaśnych esejów. Nie wspominam o  takich sprawach jak wydawanie za mąż 9, 10, 11-letnich dziewczynek (kraje Bliskiego Wschodu), porywanie i sprzedawanie kobiet do domów publicznych (praktycznie cały świat) czy przerywanie ciąży tylko i wyłącznie dlatego, że na świat miałaby przyjść kolejna, bezwartościowa kobieta (takie rzeczy dzieją się w Chinach). A nie wspominam (chociaż bardzo mnie korci żeby o tym napisać) bo praktycznie mnie one nie dotyczą. Mam szczęście, że urodziłam się w tym rejonie świata, który uważany jest za cywilizowany z rzekomo uporządkowanymi i jasnymi zasadami. Nie zwalnia mnie to jednak z obowiązku poczucia solidarności z tamtymi kobietami. Jestem kobietą, co się nigdy nie zmieni i zawsze będę się solidaryzować z innymi przedstawicielkami swojej płci. Nigdy nie wiesz, czy problem obrzezania lub znieważania ze względu na płeć nie dotknie Cię bezpośrednio, albo kogoś z bliskich Ci osób.

Zastanów się, czy nadal uważasz, że bycie feministką oznacza nienawiść do całego męskiego świata; że feministki to kobiety, których „nikt nie chce pociągnąć za majtki”; że te kobiety celowo zachodzą w ciążę, by potem ostentacyjnie w Wigilię dokonać aborcji? Jasne, jest wiele takich oszołomów, które niestety dają zły przykład i negatywnie wpływają na wizerunek współczesnej feministki. Z całą pewnością każda z nas miała do czynienia z szowinistycznymi i seksistowskimi zagrywkami ze strony mężczyzn i zastanów się, czy było to dla Ciebie przyjemne doświadczenie (choćby nawet gapienie się Twojego rozmówcy na Twój biust, a nie prosto w oczy). Rozważ, czy w trakcie wydawania na świat potomstwa chcesz być upokorzona i sprowadzona do roli kawałka mięsa, który histeryzuje? Pomyśl, czy chcesz, aby kiedyś Twoja córka była traktowana przedmiotowo przez jakiegoś faceta. Wyobraź sobie, że za każdym razem zakładając krótką spódnicę/sukienkę jesteś narażana, że ktoś Cię może zgwałcić, no bo przecież sama tego chcesz, prowokatorko! Zastanów się, czy chcesz żyć w takim świecie. I czy chcesz, żeby Twoje siostry/córki/wnuczki żyły w takim świecie.  I czy się na to godzisz. Bo ja z całą pewnością NIE!

P.S. Czy uważasz, że Beyonce wygląda jak babochłop?

fot. billboard.com

Albo sądzisz, że nie jest feministką, bo ma męża i dzieci? Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, to zobacz jej najnowszy teledysk.

fot. cosmopolitan.pl

Happy B’Day Beyonce!

Dzisiaj Beyonce obchodzi swoje 33. urodziny. Mrs Carter jest jedną z najpopularniejszych, najbogatszych i najbardziej wpływowych gwiazd show biznesu. Karierę piosenkarki rozpoczęła pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku w zespole Destiny’s Child. Grupa składała się z trzech członkiń:  Kelly Rowland, Michelle Williams oraz Beyonce Knowles. Gdy zespół był u szczytu swojej kariery, wokalistki postanowiły rozwiązać grupę i rozpocząć solowe kariery. Poza tym, że Beyonce jest znakomita piosenkarką, to sprawdza się również jako aktorka. Najsłynniejszy film z jej udziałem to „Dreamgirls”, za który otrzymała nominację do Złotego Globu.

W 2003 roku Beyonce wydała swój debiutancki album „Dangerously in Love„, z hitami „Crazy In Love„, „Baby Boy” czy „Naughty Girl„, który odniósł spektakularny sukces i dzięki niemu Bey zdobyła 5 statuetek Grammy. Trzy lata później ukazuje się jej drugi krążek zatytułowany „B’Day„, który w pierwszym tygodniu sprzedaje się w nakładzie 542 tys. egzemplarzy. Pośród piosenek znajdują się „Irrepleceable„, „Deja Vu” oraz „Beautiful Liar” nagrany w duecie z Shakirą.  W 2008 roku Beyonce wychodzi za mąż za swojego długoletniego partnera, rapera Jay’a-Z. Para poznała się w 2002 roku podczas współpracy przy nagrywaniu wspólnej piosenki „Bonnie and Clyde„. W tym samym czasie na rynku ukazuje sie kolejny krążek artystki „I am… Sasha Fierce” z „Single Ladies„, „Halo” i „If I Were a Boy” na czele.

W 2001 roku Bey wydaje kolejny album zatytułowany „4„. Na płycie znalazły się takie przeboje, jak „Run The World„, „1+1„, „Best Thing I Never Had„. Liczba 4 jest szczególna w życiu wokalistki. Beyonce uważa, że przynosi jej szczęście.

Rok 2012 jest dla niej przełomowy. Wszystko za sprawą tego, że na świat przychodzi jej pierwsza córka, którą razem z Jay’em nadali imię Blue Ivy. Nie obyło się bez kontrowersji wokół tego wydarzenia. Krążą plotki, że to surogatka urodziła małą Blue, ponieważ diva nie chciała zrujnować swojej sylwetki. Ile w tym prawdy wie tylko sama Beyonce.

Pod koniec 2013 roku Beyonce funduje swoim fanom wielką niespodziankę. Niespodziewanie pojawia się 5 płyta piosenkarki zatytułowana po prostu „Beyonce„. Nie byloby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że diva wydała krążek bez żadnej zapowiedzi. Oczywiście „Beyonce” okazał się  wielkim hitem, zaś piosenkarkę okrzyknięto mianem królowej popu.

Zobaczmy, jak przez ten czas zmieniała się Beyonce.

1

43rd Annual Grammy Awards

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

11-2011

20

21

22

23

26

27

24

25

28

29

fcca73b7f2c68727a7655657bb6dfd1ce8a9978b