Katarzyna Tubylewicz „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą”

Sztokholm to nadal nieznany mi teren. Do tej pory jakoś było mi nie po drodze, chociaż stolica Szwecji od dawna widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń. Katarzyna Tubylewicz, która od lat mieszka w Sztokholmie, w swojej najnowszej książce pokazuje czytelnikowi zupełnie inne oblicze tego miasta.

Katarzyna Tubylewicz to kulturoznawczyni, tłumaczka języka szwedzkiego oraz pisarka. Autorka między innymi zbioru reportaży „Moraliści” oraz współautorka antologii rozmów na temat promocji czytelnictwa „Szwecja czyta. Polska Czyta”. W latach 2006-2012 pełniła funkcję dyrektorki Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Wraz ze swoim synem Danielem spędzają miesiące eksplorując nie tylko centrum miasta, ale także jego fascynujące przedmieścia. Jak sami piszą, Sztokholm to miasto pełne kontrastów, tematów tabu, ukrytych kodów społecznych i hierarchii. To fascynująca stolica, na ulicach której jest ciszej niż w pozostałych dużych miastach, to z całą pewnością nie jest ona nudna.

Ich opowieść o Sztokholmie jest inna niż wszystkie inne, które do tej pory powstały. Razem z nimi odkrywamy nie tylko nieznane miejsca, ale poznamy także ukryte fakty z historii tego miasta, miejskie snobizmy, interesujących ludzi oraz ideały (i ideologie), które miały znaczny wpływ na charakter i wygląd miasta zwanego Wenecją Północy.

Jednak „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” to nie laurka dedykowana Sztokholmowi, opiewająca doskonałość tego miasta. Katarzyna Tubylewicz porusza również ciężkie i drażliwe tematy, jak np. problem z uchodźcami, a także wspomina zamach terrorystyczny, który miał miejsce w kwietniu 2017 roku. Poza barwnymi opisami poszczególnych miejsc, znajdziemy tam również dużo kolorowych zdjęć, a także ciekawe wywiady z innymi Polakami związanymi ze Sztokholmem.

„Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” to osobista opowieść o mieście, które warto zobaczyć z innej perspektywy. W każdym słowie czuć wielką miłość Katarzyny Tubylewicz do tego miasta. Z fascynacją prowadzi nas przez klimatyczne uliczki, nietypowych dzielnicach, zielonych parkach oraz fascynujących muzeach. Chociaż autorka na każdym kroku  podkreśla, że nie jest to przewodnik, to w pewnym sensie nim jest. To osobisty przewodnik pisarki po ulubionych miejscach, które ją w sobie rozkochały. Teraz Katarzyna Tubylewicz rozkochuje czytelników w tym fascynującym mieście. Czuję się mocno zainspirowana 🙂

Za książkę dziękuję:

„Narodziny gwiazdy”

Kinowych wersji tego filmu było kilka. W najnowszej zobaczymy Bradleya Coopera i Lady Gagę w rolach głównych.
Jacksona Maine (Bradley Cooper) to gwiazdor muzyki country, który najlepsze lata swojej kariery ma już za sobą i powoli chyli się ku upadkowi. Pewnego wieczoru, w nietypowym barze poznaje Ally (Lady Gaga), która ma ogromny talent muzyczny, ale brak jej pewności siebie. Między muzykami wybucha płomienny romans. Jack nakłania Ally do wyjścia z cienia i pomaga jej osiągnąć sławę. Jednak gdy kariera dziewczyny rośnie w zawrotnym tempie i przyćmiewa dokonania Jacka, jest mu coraz trudniej poradzić sobie z własną gasnącą gwiazdą. Coraz bardziej zatraca się w alternatywnej rzeczywistości i boryka z demonami przeszłości. Czy uda mu się je pokonać?
Fabuła filmu jest prosta, schematyczna, banalna i przewidywalna. Jak dla mnie akcja za szybko się rozwinęła. W jednej chwili bohaterowie się poznają, ona dopiero układa sobie w głowie przebojową piosenkę, by za chwilę on ją na scenie zaśpiewał. Trzeba jednak przyznać, że cała oprawa muzyczna jest na bardzo wysokim poziomie, co jest ogromnym plusem. Chemia miedzy aktorami również jest widoczna. Para wypada rewelacyjnie zarówno w kameralnych, intymnych scenach jak i podczas występów przed tysiącami słuchaczy.
Nie lubię Lady Gagi. Dla mnie to sztuczna lalunia, a jej piosenki są po prostu durnowate. Co prawda talentu muzycznego nie można jej odmówić, ale za to z częścią aktorską jest tragicznie. Wykreowała pozbawioną klasy dresiarę, która bije się w barze z facetami. Według mnie jest mierną aktorką, a w tym filmie zagrała sztucznie. Jej mimika twarzy (z napompowanymi ustami na czele) co rusz sprawiała, że miałam ochotę wyłączyć ten film. Nie wspomnę już o tym, że jeszcze bardziej ją oszpecili pomimo, że urodą na co dzień nie grzeszy. Bradleya Coopera również nie darzę jakimś szczególnym uznaniem. Co prawda pod względem aktorskim nie można mu niczego zarzucić, bo jest dobrym artystą, ale nie znajduje się w gronie moich ulubionych aktorów. Co prawda widać chemię na ekranie między Cooperem a Gagą, ale mimo to nie przekonali mnie do siebie.
Pewnie będę jedną z niewielu osób, którym najnowsza wersja „Narodzin gwiazdy” nie przypadła do gustu. W trakcie, gdy wszyscy rozpływają się nad filmem i pieją z zachwytu, dla mnie ta historia była po prostu nudna i przede wszystkim – przewidywalna. Przyznam, że miałam duże oczekiwania, chociaż nie wiem, czy powinnam wiedząc, że Lady Gaga zagra w nim główną rolę. Cieszę się, że nie poszłam do kina i nie wydałam pieniędzy na bilet.

Och-Teatr: „8 kobiet”

Co się stanie, gdy  osiem kobiet o zupełnie różnych osobowościach spotka się w jednym miejscu? Taka mieszanka wybuchowa może niespodziewanie eksplodować w każdej chwili.

Odcięty od świata dom na pustkowiu. Osiem kobiet: matka, żona, szwagierka, siostra, dwie córki, dwie pokojówki – podejrzanych jest o zabójstwo pana domu. Każda z nich ma motyw, by zabić, ale z drugiej strony każda ma alibi. Każda z nich jest zupełnie inna: Luiza (Paulina Chruściel) to nowa pokojówka, która ma nadzieję na płomienny romans z panem domu; Gabi (Katarzyna Gniewkowska) – żona Marcela, stanowcza i temperamentna pani domu trzyma w ryzach pozostałe mieszkanki; Starsza Pani (Elżbieta Jarosik) seniorka rodu skrywa w tajemnicy nie tylko pieniądze; Zuza (Weronika Warchoł) starsza córka Gabi wraca do domu z kilkumiesięcznej podróży razem z wielką niespodzianką; Augusta (Izabela Dąbrowska) hipochondryczna i wiecznie nieszczęśliwa siostra Gabi to nie takie niewiniątko, na jakie wygląda; Maria (Maria Seweryn) to oddana pokojówka, która jak się okazuje nie jest tak lojalna jak wszyscy sądzą; Patrycja (Anna Smołowik) jako znienawidzona siostra Marcela swoją niespodziewaną obecnością wprowadza jeszcze więcej zamieszania; Katarzyna (Zofia Domalik) to młodsza córka Gabi, zbuntowana nastolatka, ale to ona wydaje się być najrozsądniejsza z nich wszystkich. Kobiety, próbując rozwiązać zagadkę tajemniczej śmierci, zaczynają prowadzić pełną zaskakujących zwrotów akcji, zabawnych dialogów, błyskotliwych ripost i kąśliwych uwag grę. Jakie sekrety zdemaskuje?

Najnowszy spektakl „8 kobiet” można oglądać na deskach Och-Teatru. To zabawna komedia, ale łącząca zarazem elementy grozy i dreszczyku emocji z ośmioma, jakże różnymi kobietami. To prawdziwy festiwal osobowości. Każda z nich reprezentuje różne pokolenie i różne poglądy na  życie. Aktorkom na scenie towarzyszy zespół muzyczny w składzie: Michał Łamża, Wojciech Gumiński i Szymon Linette.

„8 kobiet” w reżyserii Adama Sajnuka to spektakl, który łączy elementy powieści kryminalnej w stylu Agaty Christie, z komedią i melodramatem. Jest także, a może przede wszystkim, opowieścią o różnych typach, wymiarach i tajemnicach kobiecości. Osiem kobiet i osiem niesamowitych aktorek na scenie.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Natalia Budzyńska „Dzieci nie płakały”

Wyobraź sobie, że przeglądając dawne zdjęcia rodzinne odkrywasz, że jeden z członków rodziny był zbrodniarzem wojennym, okrutnym katem, który dokonywał przerażających rzeczy i eksperymentował na niewinnych ludziach w obozach zagłady, jak np. Auschwitz. Takiego odkrycia dokonała Natalia Budzyńska, która w swojej książce „Dzieci nie płakały” opisuje dzieje jej wuja, lekarza-kata Alfreda Trzebinskiego.

Doktor Alfred Trzebinski w 1932 roku wstąpił do SS, a rok później został członkiem NSDAP, zapominając o polskim pochodzeniu swojego ojca. W 1941 roku został lekarzem w Auschwitz, potem na Majdanku, a w końcu w Neuengamme. W 1946 roku skazano go na karę śmierci przez powieszenie. Trybunałem najbardziej wstrząsnął udział Trzebinskiego w egzekucji dwadzieściorga żydowskich dzieci, które powieszono tuż przed wyzwoleniem obozu, by ukryć, że były poddawane okrutnym eksperymentom medycznym.

Zabawne, że pod koniec życia, w trakcie procesu Alfred Trzebinski uważał, że jest niewinny, niczego złego nie zrobił, a sam stał się ofiarą systemu. Tłumaczył się, że musiał wykonywać wszystkie rozkazy, inaczej sam straciłby życie. Nie poczuwa się do winy zabójstwa tych dzieci, a nawet był przekonany, że pomógł im umrzeć szybko i bezboleśnie. Uważał, że niesłusznie został skazany, nie rozumiał, do jakiego zła doprowadziła nazistowska ideologia. Przebywając na terenie brytyjskiego obozu jenieckiego z oburzeniem porównywał warunki tam panujące do tych w Auschwitz. Na chwilę przed śmiercią decyduje się napisać pamiętnik adresowany do jego ukochanej, maleńkiej córeczki. Przez cały czas nie wychodzi z roli nazisty. Prosi również córkę, żeby zachowała czystość rasy i krwi, by na ojca swoich dzieci wybrała Aryjczyka. List kierowany do swojego dziecka ozdabia swastykami i starożytnymi runami. Kiedy go wieszają, jego ostatnie słowa brzmią: „Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.

Przyznam szczerze, że książkę musiałam czytać partiami. Chociaż tak bardzo interesująca i wciągająca, musiałam ja sobie dawkować. Przerażające opisy zbrodni, których dokonywali nazistowscy lekarze w obozach zagłady skutecznie podnoszą ciśnienie krwi i na długo zapisują się w pamięci. Natalia Budzyńska, czytając pamiętnik wuja esesmana, próbuje zrozumieć jego motywację. Przede wszystkim jednak przywraca pamięć o zamordowanych dzieciach – niemych, niemal zapomnianych ofiarach. Książka jest wstrząsająca i przerażająca, ale to pozycja, którą powinno, a nawet trzeba przeczytać.

Za książkę dziękuję:

„Cała przyjemność po stronie kobiet”

Bycie kobietą nigdy nie było łatwe, nie jest łatwe i zapewne nigdy nie będzie łatwe. Niezależnie, w jakim kraju żyjemy, jaką religię wyznajemy czy w jakiej kulturze zostałyśmy wychowane. Kobiety na całym świecie żyją pod wielką presją społeczeństwa, które na każdym kroku dyktuje warunki, ocenia i potępia ich nieszablonowe zachowania.

Tak właśnie jest z bohaterkami filmu dokumentalnego „Cała przyjemność po stronie kobiet” („#Female Pleasure”) w reżyserii Barbary Miller. To niezwykle odważne kobiety, które wypowiedziały sprzeciw wobec posłuszeństu patriarchatowi. Rokudenashiko, japońska artystka, staje przed sądem za wydruki 3D swojej waginy. Deborah Feldman, ucieka wraz ze swoim synem z ortodoksyjnej społeczności chasydów na Brooklinie, by móc decydować o swoim losie. Leyla Hussein prowadzi w Londynie warsztaty dla sudańskich kobiet, by uświadomić im piekło, na jakie skazują swoje córki. Doris Wagner opowiada o molestowaniu przez księdza. Vithika Yadov uświadamia młodych Hindusów o kobiecej przyjemności seksualnej.

Każda z nich została wychowana w innej kulturze i wyznaje inną religię. Łączy je jedno: wszystkie są kobietami, które same nie mogły zadecydować o swoim losie. Rokudenashiko, kontrowersyjna artystka (według japońskiego społeczeństwa) nie potrafi zrozumieć, dlaczego kobieca wagina to temat tabu, podczas gdy Japończycy hucznie celebrują święto ku czci fallusa. Leyla Hussein, która w dzieciństwie sama została obrzezana (tutaj szerzej o tym pisałam), każdego dnia uświadamia inne kobiety, by nie wyrządzały krzywdy swoim córkom. Nie ma łatwego zadania, bo nie tylko kobiety trzeba przekonać, by zaprzestały tego barbarzyńskiego „obrządku”, ale przede wszystkim musi wpłynąć na mężczyzn, którzy tak naprawdę nie mają pojęcia, z czym wiąże się obrzezanie. Deborah Feldman została wygnana i okryta hańbą przez żydowskie społeczeństwo, ponieważ nie chciała być tylko maszynką do rodzenia dzieci. Jej własna rodzina namawia ją, by popełniła samobójstwo, wówczas oni z wielką radością zatańczą na jej grobie. Doris Wagner przed laty wstąpiła do zakonu, by poświecić życie i duszę Bogu. W trakcie przebywania w rzymskim seminarium, wielokrotnie została gwałcona przez księdza – swojego przełożonego, ale to ona musiała udźwignąć ciężar społecznej presji i oskarżeń. Natomiast Vithika Yadov, załozycielka portalu „Love Matters” uświadamia młode społeczeństwo, że uczucie pomiędzy dwiema osobami jest bardzo ważne, ślub powinien być brany z miłości, a nie aranżowany przez rodzinę. Nie godzi się na molestowanie i przemoc wobec kobiet i otwarcie toczy wojnę z hinduskim systemem obyczajowym.

Historie tych kobiet są wstrząsające. Zabawne, że o kobiecej seksualności od wieków decydują mężczyźni, a co więcej – mają obsesję na jej punkcie. Z jednej strony żądają, żeby kobieta była cnotliwa, potulna i skromna, ale z drugiej zaś pragną, żeby była wyuzdana i posiadała umiejętności niczym gwiazda z filmów porno. To właśnie ze względu na nich, kobiety robią okrutne rzeczy nie tylko sobie, ale również innym kobietom. Decydują się na bestialskie zabiegi, bo ślepo wierzą, że jeśli tego nie zrobią, nigdy w życiu nie znajdą sobie męża i zostaną wykluczone przez społeczeństwo.

Na całym świecie wciąż istnieje przyzwolenie na kulturę gwałtu, podrzędność kobiet w strukturach władzy największych religii, przekonanie o obsceniczności wizerunku waginy w przestrzeni publicznej (wobec całkowitej neutralności penisa) czy instytucję obrzezania kobiet. Na całym świecie miliony kobiet są wciąż okaleczane, gwałcone, molestowane czy karane, bo to mężczyźni decydują w ich imieniu.

Kiedy skończy się ta paranoja? Reżyserka dokumentu „Cała przyjemność po stronie kobiet” i jej bohaterki nie oceniają postaw społecznych – pokazują ułomności patriarchalnego układu sił, zakłamania społecznego i braku świadomości, którą swoją pracą u postaw, aktywizmem i działaniami edukacyjnymi próbują zmienić.

Film dokumentalny o pięciu aktywistkach w reżyserii Barbary Miller został wybrany najlepszym filmem 16. edycji Millennium Docs Against Gravity według publiczności. To film, który powinien obejrzeć każdy z nas, ale przede wszystkim powinien dotrzeć do świadomości każdego mężczyzny.

Tutaj link do strony #FemalePleasure.

Cat Flanders „Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów”

Znasz to uczucie, kiedy wchodzisz do sklepu po jedną konkretną rzecz, a wychodzisz z pełną torbą niepotrzebnych gadżetów? Masz skłonność do kolekcjonowania i chomikowania najróżniejszych bzdetów od długopisów zaczynając, przez próbki kosmetyków i książki, a na butach kończąc? Jeśli tak, to książka Cait Flanders to poradnik idealny dla Ciebie.

Historia Cait Flanders jest zaczyna się dramatycznie, ale na szczęście ma swój happy end. Autorka w doskonały sposób pokazuje, jak beznadziejnie pragnie bliskości i uznania drugiej osoby sprawia, że tak łatwo popadamy w obłęd. A przez to rodzi się masa kompleksów, które tylko nakręcają spiralę destrukcyjnych wydarzeń. W przypadku Cait były to zakupy, alkohol, złe towarzystwo, narkotyki. Brak samoakceptacji i niska samoocena doprowadziły ją do upadku. Obsesyjnie robiąc zakupy, imprezując na umór i zażywając dopalacz sądziła, że w ten sposób wynagrodzi sobie wszelkie życiowe niepowodzenia i porażki. Przez to, jako młoda dziewczyna popadła w niezłe tarapaty. Pewnego dnia postanowiła porzucić swoje destrukcyjne zwyczaje i pozbyć się zbędnych rzeczy, spłacić dług, wyjść z nałogów, a tym samym na zawsze odmienić swoje życie. Oczywiście nie przyszło jej to łatwo, miała po drodze wiele upadków i chwili zwątpienia, ale dzielnie wytrwała w swoim postanowieniu. Teraz udziela rad swoim czytelnikom i inspiruje ich, jak mają wybrnąć z błędnego koła konsumpcjonizmu i  czerpania przyjemności z życia bez zakupów.

„Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to nie jest zwykły poradnik. To przede wszystkim autobiografia, intymny pamiętnik autorki, która dzieli się z czytelnikiem osobistymi przeżyciami. Nie jest to jednak smętna opowiastka o ciężkim życiu i walce ze słabościami, wręcz przeciwnie. Cait w zabawny sposób rozprawia się ze swoją mroczną przeszłością i ostrzega czytelnika, że jedno uzależnienie prowadzi do drugiego, a jeden błąd potrafi nieźle się zapętlić. W 2014 roku rozpoczęła eksperyment „rok bez zakupów”, który ostatecznie stał się jej sposobem na życie.

Szczerze przyznam, że na początku sądziłam, że „Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to kolejny durny poradnik o oszczędzaniu, który nic nowego  do mojego życia nie wniesie. Naczytałam się wiele książek o oszczędzaniu i odpowiednim inwestowaniu swoich pieniędzy, ale żadna z nich nie dala mi takiego kopa. Właśnie dzięki temu, że autorka dzieli się swoimi intymnymi przemyśleniami, w pewien sposób jest mi bliższa i mogę się z nią w pewien sposób utożsamić.

„Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to niezwykle szczera, piękna i inspirująca opowieść o tym, że uwolnienie się od potrzeby kupowania pozwala nie tylko oszczędzać, ale przede wszystkim umożliwia czerpanie większej radości z życia.

Za książkę dziękuję:

Och-Teatr: „MaminSzymek”

Odkąd pamiętam, zawsze mam słabość do Szymona Majewskiego. Co tydzień z wypiekami na twarzy zasiadałam przed telewizorem i namiętnie oglądałam jego program „Szymon Majewski Show”. Już jako studentka, co jakiś czas jeździłam na nagrania tegoż programu. Miałam okazję poznać go osobiście i zamienić z nim kilka zdań. Muszę przyznać, że to jedna z niewielu osób w polskim show biznesie, która jest tak sympatyczna i serdeczna.

Szymon Majewski już kiedyś występował na deskach Och-Teatru ze swoim monologiem „One Mąż Show”, gdzie opowiadał o swojej żonie i pożyciu z nią. Teraz powraca z nowym tym razem opisuje swoje relacje z Jego ukochaną mamą.  Jest to rodzaj intymnego, ale też z ogromna dawka humoru i inteligencji pożegnania z rodzicielką. „MamiSzymek” porusza wiele ważnych spraw: relacja Matki z Synem, PRL w tle, wojsko, szkoła i punk rock.

Szymon opowiada wiele zabawnych anegdotek ze swojego życia. Zaczynając od problemów ze zdrowiem w dzieciństwie, przez okres buntu i czasów wojska, na dorosłym życiu kończąc. Widać w nim cały wachlarz emocji: czasem żałuje pewnych, czasem rozczula się nad czasami uroczej beztroski, a czasami narzeka na ingerencję rodzicielki w sprawy prywatne. Nie jest to jednak relacja maminsynka, jak sugeruje tytuł, wręcz przeciwnie. To zdrowa relacja między matką a synem, który mimo zbyt opiekuńczej rodzicielki, stara się zachować dystans i zdrowy rozsądek. Niektóre opowieści wydają się wręcz surrealistyczne, a historią swojego życia mógłby obdarzyć co najmniej kilka osób. Jednak wszystko wydarzyło się naprawdę.

W zabawny, czasami ironiczny, ale zawsze w inteligentny sposób, Szymon Majewski wprowadza widza w tajniki swojego prywatnego życia. Czasami w dosadny i bezpośredni sposób przytacza zabawne przypadki Szymona M. Co więcej, jest okazja, żeby zobaczyć osobiste fotografie z przeszłości, nie tylko sławnego komika, ale również jego ukochanej mamy. Jako wielbicielka Szymona Majewskiego nie mogłam przegapić okazji, by na żywo posłuchać kolejnych historii jego życia. Jeśli macie ochotę na sporą dawkę dobrego i inteligentnego humoru, koniecznie udajcie się do Och-Teatru na jego najnowszy, autorski monolog „MaminSzymek”.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Paula Anna Gierak „Kenia. Hakuna Kurudi”

Kenia od zawsze widnieje wysoko na mojej podróżniczej liście marzeń. Już jako mała dziewczynka marzyłam, że któregoś dnia będę przemierzać bezkresne pustynie, obserwować dzikie zwierzęta na safari i rozkoszować się afrykańskim słońcem. Nic się nie zmieniło, nadal mam to w planach, tyle że nieco odłożone w czasie 🙂

Paula Anna Gierak z wykształcenia jest biochemikiem. Od lat marzyła o wyprawie do Afryki. Napisała pracę magisterską na temat afrykańskich parków narodowych. Potem ciężko pracuje, odkłada każdy grosz, a w końcu kupuje bilet do Nairobi. Z ekscytacją, ale także lekką nutką niepewności, pakuje plecak i zupełnie sama przenosi się do Afryki, do innej rzeczywistości i (wydawać by się mogło) innego wymiaru czasowego.

Z zapartym tchem  obserwuje żyrafy i słonie, a w rezerwacie głaska gepardy. Targuje się z miejscowymi kierowcami taksówek, gotuje pierogi dla goszczących ja Kenijczyków, kąpie się w Oceanie Indyjskim oraz „podziwia” Jezioro Wiktorii, które w rzeczywistości jest inne niż się spodziewała – tubylcy myją tam swoje samochody. Wszechobecna bieda rzuca się w oczy, czasami trudno powstrzymać emocje. Jednak ta podróż to znacznie więcej niż samo zwiedzanie pięknego kraju. To poznawanie nowych ludzi, nowych zwyczajów, czas zabawy i refleksji, ale przede wszystkim to podróż w głąb siebie samej.

W trakcie swojej podróży po tym kraju miała wiele chwil zwątpienia. Białej kobiecie na afrykańskiej ziemi nie jest łatwo. Wielokrotnie płakała i wmawiała sobie, że kompletnie nie pasuje do tego miejsca. Zwątpienie, zmęczenie i nieustanne szarpanie się z rzeczywistością, która zupełnie inaczej sobie wyobrażała. Nie poddała się jednak i wytrwale realizowała swój plan. Jednak jej miesięczna wyprawa do Kenii całkowicie ja odmieniła, jej światopogląd i przewartościowała swoje życie. Ostatecznie zdecydowała się pozostać na kenijskiej ziemi, gdzie podjęła próbę osiedlenia się tam na stałe.

Jak widać na przykładzie autorki książki „Kenia. Hakuna Kurudi”, jedna podróż może odmienić całe życie. Z zapartym tchem przeczytałam opowieści z afrykańskiej ziemi, a przepiękne kolorowe zdjęcia przyspieszały bicie mojego serca. Kiedyś i ja tam zawitam i kto wie – może również napisze książkę o swojej wyprawie? 🙂

Za książkę dziękuję:

Karolina Bednarz „Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet”

Kultura japońska nigdy specjalnie nie zaliczała się do mojego kręgu zainteresowań. Nigdy też nie marzyłam, żeby polecieć do Japonii. Za to jestem wielką miłośniczką reportaży, dlatego z zainteresowaniem sięgnęłam po książkę Karoliny Bednarz. Tym bardziej, że jest to książką napisana przez kobietę o innych kobietach. Szczerze powiem, że jestem nią przerażona.

Japonia – kraj samurajów, gejsz i  supernowoczesnych technologii. To jeden z najbardziej rozwiniętych państw świata. Jednak tamtejsze kobiety nie mają łatwego życia. Wydawać by się mogło, że w życie w tym kraju jest lekkie, społeczność zmaga się z innymi problemami niż my, a maszyny ułatwiają każdą czynność. Nic bardziej mylnego. Na każdym kroku Japonki muszą zmagać się z dyskryminacją, podwójnymi standardami i nierównością płci.  Kobiety, które nie spełniają społecznych wymogów, nazywa się różnie: „przegranymi psami”, „kobietami kamieniami” czy „świątecznym ciastem”. Do niedawna ideałem było wychowanie „córek w pudełkach” – ukrytych przed zewnętrznym światem, przechodzących z domu rodziców do domu męża. Umierające z przemęczenia kobiety z przędzalni były „kwiatami narodu”, zaś kobiety w biurach nazywano „kwiatami biurowymi”, które przez długi okres czasu traktowane były jak dekorację, którą zmienia się wraz z nową porą roku. Od małego wpaja się dziewczynkom, bez względu na pochodzenie, że mają być grzeczne, łagodne, dyskretne, czyste, pracowite, a przede wszystkim posłuszne swojemu przyszłemu mężowi. Kobiety, które pragną mieć wpływ na rodzinne decyzje, które nie chcą dać się wtłoczyć w ramy, które potrafią odejść od męża, pokłócić się z szefem i tworzyć własne zasady w labiryncie społecznych konwenansów nazywa się „mięsożernymi”. Takich kobiet obawiają się nie tylko sami mężczyźni, ale także inne Japonki. Obawiają się ich siły i determinacji.

Japoński minister zdrowia, pracy i opieki społecznej sam głośno mówi, że kobiety od piętnastego do pięćdziesiątego roku życia nazwał „maszynami do rodzenia dzieci” i stwierdził, że powinny postarać się wyprodukować więcej dzieci na głowę. Molestowanie uznawano za „małą przemoc”, za „coś przykrego”, za „kłopot”. Dopiero w 1994 roku po raz pierwszy odważono się napisać, że molestowanie to przemoc. W szkołach nie prowadzi się edukacji seksualnej – dzieci uczone są podstaw biologii i na tym koniec.  Nico o chorobach wenerycznych, antykoncepcji czy seksualnej przemocy. Były premier stwierdził, że młodzież nawet jeśli nie będzie się o tym uczyć, to jak przyjdzie czas, będzie o tym naturalnie wiedzieć. W 2014 roku japoński rząd zabronił posiadania pornografii dziecięcej, ale dopiero w 2017 roku ratyfikował konwencję ONZ przeciwko międzynarodowej przestępczości zorganizowanej. Do tej pory Japonia znajdowała się w jednej lidze z takimi państwami jak Somalia, Iran czy Sudan Południowy. Istne El Dorado, nieprawdaż?

Japonia to tak naprawdę kraj pozorów i udawania. Każdy problem zamiatany jest pod dywan, żeby tylko się nie wydało i nie przyniosło wstydu, czy to konkretnej rodzinie, czy całemu społeczeństwu. Z pracy nie wolno wyjść wcześniej niż szef, bo to przecież nie wypada. Kobiety i młode dziewczynki w drodze do pracy czy szkoły są molestowane, ale nikt się tym za bardzo nie przejmuje. Trędowaci (mimo, że chorobę już dawno pokonali) izolowani są i zamykani w obozach, które nazywane są japońskim Auschwitz. Ofiary zatrucia rtęcią przez wielki koncern muszą milczeć i w samotności zmagać się z własnymi dolegliwościami. Jeśli zaczną ubiegać się o własne prawa czy zadośćuczynienie, zostaną społecznie wykluczone. Aha, no i pod żadnym pozorem nie wolno się przyznawać, że jest się ofiarą. Błędne koło, z którego ciężko się wyrwać.

Jak widać, nie jest to reportaż przeznaczony tylko do miłośników Kraju Kwitnącej Wiśni. Zanim sięgniecie po „Kwiaty w pudełku”, przygotujcie się na mocną i szokującą treść. Ja jestem przerażona. Japonia zawsze jawiła mi się, jako kraj dobrobytu, sprawiedliwości i równości. Może tak jest, ale tylko wtedy, kiedy urodzisz się mężczyzną. Kobiety mają ograniczone prawa, a presja społeczna sprawia, że nie mogą podążać własnym życiem, tylko ścieżka, którą wyznaczyli rodzice.  Kobiety  pozostają ofiarami dyskryminacji systemowej, seksualnej i ekonomicznej. Są twarzami Cool Japan, symbolem „tradycyjnej” Japonii, ale lepiej, żeby na co dzień pozostawały w cieniu. Są jak kwiaty wyrwane z korzeniami, zamykane w pudełkach, wystawione na pokaz tylko po to, żeby wylądować chwilę później w koszu. Zapomniane błyskotki, chwilowe miłostki. Cholernie to smutne, że w kraju „pierwszego świata” takie rzeczy są na porządku dziennym i póki co, nie widać zmian na horyzoncie.

Za książkę dziękuję:

„Maria, królowa Szkotów”

Kostiumowo-historyczna hollywoodzka produkcja. O rywalizacji Marii, królowej Szkocji, i Elżbiety, królowej Anglii, czyli o dwóch silnych kobietach u władzy, próbujących udowodnić swoją wartość w świecie zdominowanym przez mężczyzn, pełnym intryg i wojen.

Wielka Brytania, druga połowa XVI wieku. Na tronie Anglii władzę sprawuje Elżbieta (w tej roli Margot Robbie), do Szkocji zaś powraca owdowiała 18-letnia Maria Stuart (Saoirse Ronan), która chce objąć władzę w imię dziedzictwa. I tutaj pojawia się problem, ponieważ Maria jest zagorzałą katoliczką, zaś kraj pod jej nieobecność stał się protestancki. Pojawiają się kłamstwa, akty zdrady i wbijanie noża w plecy (zarówno dosłownie, jak i w przenośni). Nie można ufać nikomu, nawet własnemu bratu. Chociaż początkowo Maria wykazuje lekceważący, a nawet nieco pogardliwy stosunek do Elżbiety, w pewnym momencie zwraca się o pomoc do swojej kuzynki władającej angielskim tronem. Pomimo, że sobą otwarcie ze sobą rywalizują, to mają jednak do siebie wzajemny szacunek i nić porozumienia. Obie są u władzy, mają siłę, ale w głębi czują się opuszczone i niezrozumiałe w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

Miały ze sobą dużo wspólnego, ale były jak dwa przeciwieństwa. Podczas, gdy jedna plotkuje z damami dworu o miłosnych doznaniach, druga w obawie przed spiskowcami i skrytobójcami czyhających na chwilę jej słabości, odmawia kochankowi zbliżenia. Maria jest szczera, delikatna, inteligentna i wyrozumiała. Z drugiej strony mamy zgorzkniałą i niestabilną psychicznie Elżbietę – rozdartą między obowiązkami a miłością, między pragnieniem pozostania niezależną a chęcią bycia matką. Kiedy szkocki reformator John Knox buntuje lud przeciwko katoliczce Marii, otwarcie nazywając ją dziwką, protestantka Elżbieta buduje wizerunek królowej dziewicy. Zderzenia charakterów dwóch władczyń, które w męskim świecie starają się pokazać siłę i udowodnić własną wartość.

Obie aktorki świetnie się spisały. Historia skupia się na postaci Marii Stuart, co daje ogromne pole do popisu Soairse Ronan, traci na tym rola Elżbiety, grana przez fenomenalną Margot Robbie. Pod toną charakteryzacji, która mocno oszpeca urodę australijskiej aktorki, Margot jest nie do poznania. Ogromnym plusem są także kostiumy, dopracowane w każdym calu. No i oczywiście scenografia, zwłaszcza urzekające i malownicze szkockie plenery oraz majestatyczne zamki.

Może „Maria, królowa Szkotów” nie jest jakimś wybitnym dziełem, mimo wszystko warto poświęcić dwie godziny i obejrzeć tę produkcję. Chociażby dla samych widoków i gry aktorskiej na wysokim poziomie. Zapewne miłośnicy tego gatunku z cała pewnością będą usatysfakcjonowani produkcją w reżyserii Josie Rourke.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję: