Sylwia Majcher „Wykorzystuję, nie marnuję”

Nasza planeta jest tylko jedna. Niestety, coraz częściej zapominamy o tym i zamiast ją budować, niszczymy. Sylwia Majcher napisała poradnik „Wykorzystuję, nie marnuję”, który inspiruje do życia w zgodzie z naturą i pomaga mądrze korzystać z jej zasobów. Autorka jest absolwentką studiów nauk o odżywianiu. Prowadzi liczne warsztaty poświęcone niemarnowaniu jedzenia i ekologii. To także współtwórczyni i ambasadorka pierwszej w Polsce kampanii edukacyjnej #wroclawniemarnuje. Na swoim koncie ma już książkę „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku”, w której radzi, jak wykorzystać jedzenie, którego pozornie nie da się wykorzystać. Teraz powraca z nowym poradnikiem, w którym pokazuje, że w przyrodzie nic się nie marnuje.

Autorka porusza wiele ważnych i aktualnych kwestii. W morzach ląduje coraz więcej śmieci, które zatruwają je i zabijają niewinne stworzenia. Kupujemy ponad nasze potrzeby, marnujemy prąd i wodę, jemy coraz więcej mięsa. To tylko niektóre problemy, o których wspomina autorka. Jeśli tak dalej pójdzie, nasza planeta długo nie wytrzyma. Sylwia Majcher podsuwa mnóstwo pomysłów, by wykorzystać to, co już mamy, przyczyniając się jednocześnie do ochrony naszego środowiska. Możemy kupować ubrania z drugiej ręki, wymieniać się przeczytanymi książkami, robić własne konfitury, środki czystości czy hodować własne warzywa na balkonie. Udowadnia, że nawet deszczówkę można rozsądnie wykorzystać. Autorka podaje nam na tacy mnóstwo fantastycznych i banalnie łatwych rozwiązań, do których trzeba jedynie odrobinę motywacji i chęci do zmian.

Książka podzielona jest na cztery rozdziały pogrupowane względem pór roku, w których zawarte są 52 wyzwania zero waste. Autorka zachęca, aby w każdym tygodniu podjąć się jednego z nich. Nawet jeśli nie uda nam się w nich dotrwać, będziemy mieć poczucie, że chociaż spróbowaliśmy. Sama osobiście konsekwentnie stosuję niektóre wyzwania, inne mam zamiar podjąć w niedalekiej przyszłości. W jeszcze innych zapewne nie dotrwam, chociażby całkowite zrezygnowanie z jedzenia mięsa, ale będę się starać je ograniczać. Na pewno spróbuję zrobić własne kosmetyki (przepisy znajdują się w książce) na bazie produktów, które znajdują się w zasięgu ręki i przede wszystkim są naturalne.

„Wykorzystuję, nie marnuję” to pięknie wydana, kolorowa, inspirująca, a przede wszystkim mądra książka. W środku znajdziemy nie tylko wiele praktycznych i ekologicznych rozwiązań, ale także inspirujące wywiady ze specjalistami z rożnych dziedzin ekologii. Książka „Wykorzystuję, nie marnuję” autorstwa Sylwii Majcher powinna trafić w ręce każdego świadomego człowieka, który chce dbać i zmieniać naszą planetę na lepsze.

„Wykorzystuję, nie marnuję”

Catherine Blackledge „Wagina. Sekretna historia kobiecej siły”

Wagina. Źródło rozkoszy, życia, ale także wstydu. Jest przedmiotem pożądania oraz wielu kontrowersji. Od wieków istnieje przekonanie, że posiadanie waginy jest powodem do wstydu i nie powinno się o niej w ogóle mówić. Nie jest tajemnicą, że kobiety od zawsze były dyskryminowane i uważane za gorsze istoty. Na szczęście teraz to się zmienia. Cieszę się, że powstają takie odważne i szczere książki jak „Wagina. Sekretna historia kobiecej siły” autorstwa Catherine Blackledge.

Catherine Blackledge funduje nam podróż po historii kobiecej seksualności, zaczynając od czasów starożytnych, a kończąc na tych obecnych. Niegdyś nasi przodkowie wierzyli, że kobiecy narząd rozrodczy ma boskie znaczenie i może ocalić współtowarzyszy od wszelkich nieszczęść czy kataklizmów. Potem nastały wieki ciemne, gdzie ludzie wierzyli, że wagina to siedlisko pokusy, a nawet samego szatana. W przeszłości niedoceniana, a nawet dyskryminowana miała służyć tylko i wyłącznie w jednym celu – prokreacji. O żadnej przyjemności nie było mowy. Przykre jest to, że nawet teraz, w XXI wieku, niektórzy nadal tak uważają. Co więcej, w niektórych kręgach kulturowych nadal pozostaje tematem tabu. Mam wrażenie, że największy problem z kobiecym narządem płciowym mają mężczyźni. Z jednej strony pragną jej i namiętnie pożądają, ale z drugiej zaś zakazują o głośno mówić o rozkoszy i własnych potrzebach.

W środku znajdziemy mnóstwo informacji ze świata zwierząt, które czasami potrafią zadziwić. Autorka odnosi się do wielu legend i opowieści na temat kultu waginy. Masa rysunków z objaśnieniem poszczególnych części kobiecego narządu rozrodczego oraz wiele zdjęć autentycznych wagin, pomaga zrozumieć funkcjonowanie tego narząd. Podpowiada czytelniczkom, jak osiągnąć orgazm oraz ułatwia odnalezieniu mitycznego punktu G. Prawda jest taka, że Catherine Blackledge czasami szokuje i obala tabu, ale taki właśnie był jej cel. Pokazuje, że wagina to piękny narząd, który nie tylko sprowadza na świat nowe życie, ale służy także do osiągania przyjemności.

Książkę „Wagina. Sekretna historia kobiecej siły” powinna przeczytać każda z nas. To nie tylko podróż w czasie po kobiecej seksualności oraz doskonała lekcja anatomii, ale przede wszystkim swoiste kompendium wiedzy na temat narządu, który posiada ponad połowa ludzkości. Książka to nie tylko wspaniały portret najskrytszych tajemnic kobiecego ciała, ale także bezpruderyjny obraz kobiecej seksualności w każdym jej aspekcie. Autorka łamie wszelkie tabu i żywiołowo manifestuje swój kult kobiecości, radość, a przede wszystkim dumę z posiadania waginy.Każda z nas powinna brać przykład z Catherine Blackledge i być z tego równie dumna.

Za książkę dziękuję:

„Aladyn”

Ostatnimi czasy nastąpił wysyp filmowych adaptacji disnejowskich bajek z dzieciństwa. Nic w tym dziwnego, ponieważ cieszą się one ogromnym zainteresowaniem. Była „Piękna i Bestia”, „Kopciuszek” czy „Królewna Śnieżka”. Teraz przyszła kolej na egzotycznego „Aladyna”.

Aladyn (Mena Massoud) to przystojny i cwany złodziejaszek z nizin społecznych, którego domem są ulice miasta Agrabah i żyje z tego, co uda mu się ukraść. Zdaje sobie jednak sprawę, że nie jest to jego przeznaczenie i że został stworzony do wyższych celów. Po drugiej stronie miasta, w pałacowych murach mieszka księżniczka Dżasmina (Naomi Scott), która żyje swoimi marzeniami. Pragnie ona żyć poza pałacem i być dobrą władczynią dla swojego ludu. Jednak jej ojciec, sułtan, szykuje dla niej zupełnie inną przyszłość – szuka dla córki odpowiedniego męża, który w przyszłości odziedziczy i obejmie władzę. Wybór pada na Dżafara (Marwan Kenzari) – potężnego czarnoksiężnika, który czarami stara się wpłynąć na decyzję Sułtana i przejąć władzę w królestwie. Gdy w przypadkowych okolicznościach Aladyn spotyka Dżasminę zostaje zauroczony jej pięknem i temperamentem. Przez przypadek Aladyn zostaje uwikłany w spisek Dżafara, który pozornie chce pomóc mu w zdobyciu serca księżniczki. Złodziejaszek znajduje pewna lampę, w której jak się okazuje, uwięziony jest pewien Dżin (Will Smith) – barwna postać nie z tego świata. Właśnie wtedy dla wszystkich zaczyna się niezapomniana przygoda.

Bez wątpienia największym plusem filmowej wersji „Aladyna” jest egzotyczna scenografia i barwne kostiumy. Dzięki nim możemy przenieść się do świata rodem z „1001 nocy”, poczuć powiew orientu czy zatopić się w kolorowych krajobrazach arabskiej kultury. Efekty specjalne również maja ogromny wpływ na cały film, chociaż w moim odczuciu czasami są lekko przesadzone. Również kreacje aktorów wcielających się w role główne – Naomi Scott, Mena Massouda i Willa Smitha są mocnym ogniwem. Są oni mocno utalentowanymi artystami, co udowadniają swoim wokalem i tańcem. Z całą pewnością fragmenty śpiewane i tańczone są najlepszymi momentami filmu i nadają „Aladynowi” prawdziwie magicznej i bajkowej aury.

Filmowy „Aladyn” to w pewien sposób manifest feministyczny, czego dowodem jest postać księżniczki Dżasminy. Nie jest to kolejna księżniczka, która beznadziejnie czeka na swojego księcia z bajki, który uratuje ją z niedoli i będą żyli długo i szczęśliwie. Współczesna Dżasmina bierze sprawy w swoje ręce i sama pragnie rządzić ukochanym krajem, bez despotycznego męża u boku, gdzie będzie dla niego tylko zbędnym dodatkiem. Jest ona mocno wyemancypowana, co jest dosyć mocno zaskakujące, a może nawet i kontrowersyjne, bo w krajach arabskich nie ma mowy, żeby władzę sprawowała kobieta.

Jako mała dziewczynka, oglądając oryginalną bajkę, a potem serial o przygodach Aladyna, zawsze miałam wypieki na twarzy. Wtedy był to dla mnie świat z zupełnie innej planety – egzotyczna, tajemnicza i tak bardzo odległa arabska kultura oraz przepiękne stroje księżniczki Dżasminy. Dlatego też na premierę „Aladyna” czekałam z niecierpliwością i nie zawiodłam się. Chociaż momentami efekty wizualne były mocno przesadzone, to nie wpływają na całokształt filmu. Jest kolorowo, tanecznie, muzycznie i przede wszystkim egzotycznie, co chyba pociąga najbardziej. Obudziła się we mnie mała dziewczynka, która zdecydowanie chce więcej. Czekam na kolejne części o przygodach przystojnego Aladyna, niezależnej Dżasminy oraz szalonego Dżina.

„Aladyn”

Chiwa. Błękitna perełka Uzbekistanu

Znana również jako Khiva lub Xiva. To pierwszy przystanek w trakcie mojej tegorocznej podróży po Uzbekistanie. I chyba właśnie dlatego mam do Chiwy największy sentyment, a na samą myśl serce mocniej mi bije. Pamiętam, kiedy po długiej i uporczywej podróży oraz krótkim śnie, następnego dnia rano wyruszyłam na „podbój” tego miasta i zobaczyłam fortecę, to dosłownie zamurowało mnie z wrażenia i doznałam przypływu ogromnego szczęścia – spełniłam swoje kolejne marzenie. Wiecie jak to jest, prawda? 🙂

Chiwa to miasto, które powstało w czasach świetności Jedwabnego Szlaku i niemal prawie wszystkie zabudowania z tamtego okresu przetrwały do dnia dzisiejszego! Obecnie jest także jednym z najważniejszych ośrodków miejskich zachodniego Uzbekistanu. Pośród niezliczonych medres, meczetów czy minaretów toczy się zwykłe, codzienne życie. Ja przeznaczyłam na to miasto dwa pełne dni, co okazało się nierozsądne, ponieważ można je spokojnie przejść w jeden dzień. Chociaż nadal zauroczona miastem przyznam szczerze, że drugiego dnia snułam się bez celu albo ponownie odwiedzałam te same miejsca. Miasto zamknięte za murami nie jest duże, a wszystkie atrakcje znajdują się obok siebie.

Jedna z legend o powstaniu miasta mówi, że zbudowano je wokół studni, którą kazał wykopać Sem – syn biblijnego Noego. Podobno jest to ta sama studnia, która aktualnie znajduje się w północno-wschodniej części Chiwy. Archeolodzy nie potrafią oszacować czas powstania pierwszych osiedli. Wiadomo jednak, że nazwę miasta oraz region Chorozemu wymieniono w irańskiej inskrypcji z VI w. p.n.e. jako jeden jeden z okręgów podlegający władzy słynnego perskiego króla Dariusza I Wielkiego. Na tej podstawie można stwierdzić, że Chiwa liczy co najmniej 2500 lat!

Chiwa warta jest tego, aby przemierzyć piaski i żwiry pustyni Kyzyl-kum i poczuć namiastkę przeszłości Chorozemu. Iczan Kala, czyli chiwańska twierdza to najlepiej zachowana i największa spośród pustynnych twierdz.Wiele uliczek nada przypomina miasto z przeszłości, to iluzję podróży do przeszłości coraz częściej zakłócają np. kable elektryczne i anteny satelitarne na dachach. Nie mniej jednak tę architektoniczną perełkę doceniono w 1990 roku, kiedy to chiwańska twierdza Iczan Kala (jako pierwszy uzbecki obiekt) została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto przepełnione jest medresami, meczetami i minaretami. Nie będę się o nich wszystkich rozpisywać, bo musiałabym stworzyć swoisty esej, którego i tak nikt by zapewne nie doczytał nawet do połowy 🙂 Wymienię kilka najważniejszych i najatrakcyjniejszych (dla mnie) atrakcji, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Żeby wejść do miasta, już u jego bram trzeba kupić bilet. Ważny jest przez dwa dni od zakupu, a najlepiej jest kupić łączony, który uprawnia do wejścia do wszystkich budynków i muzeów. Koszt takiego biletu to 150 000 sum, czyli około 15 euro. A mówi się, że szczęścia nie można kupić za żadne pieniądze 🙂

Pierwsze, co rzuca się w oczy po przekroczeniu bramy to wielki, błękitny i zachwycający minaret Kalta Minor. Jest to swoisty symbol miasta, a jego nazwa oznacza „krótki minaret”. Jego średnica u podstawy ma około 15 m, zaś aktualna wysokość wynosi 30 m. Docelowo miał on sięgać aż 110 m, by z jego szczytu można było zobaczyć Bucharę. Wokół minaretu krąży wiele legend, a jedna z nich mówi, że w trakcie budowy doszło do protestu robotników, zaś niepokorny przywódca strajku miał zostać żywcem pochowany pod fundamentem jego konstrukcji. Dlatego jego budowa do tej pory nie została ukończona. Mimo to, że minaret jest niedokończony, robi oszałamiające wrażenie. W całości pokryty jest glazurą i majoliką, pewnie dlatego nie można oderwać od niego oczu. Niestety w trakcie mojej wizyty nie było możliwości wejścia na szczyt, nad czym bardzo ubolewam. Znaczy można było, ale tylko wybrańcom, jak tym muzykom 🙂

Tak jak w każdym mieście, również w Chiwie znajdują się punkty widokowe, na które koniecznie trzeba się wdrapać. Rozpościera się z nich fantastyczny i zapierający widok na panoramę miasta. Jednym z nich jest pałac i twierdza Kunja Ark. Forteca została zniesiona w XII wieku, ale rozbudowano ją dopiero w siedemnastym stuleciu. Przez bardzo długo była ona sercem Chiwy; właśnie w niej znajdowała się siedziba chanów i ich harem. Kompleks służył też za arsenał i strażnicę, a na jego terenie działała mennica. Dzisiaj turyści mogą podziwiać jej architekturę oraz oszałamiającą panoramę, bez wątpienia jeden z najwspanialszych widoków na miasto.

Innym punktem widokowym, na który koniecznie trzeba wejść, to minaret znajdujący się w pobliżu kompleksu Islam Chodża. Piękna, monumentalna i zgrabna budowla została wybudowana w XIX wieku i liczy 57 m. By się dostać na sam szczyt, trzeba pokonać setki wąskich, krętych i stromych schodów. Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza, że w środku (przez większość wspinaczki) panują kompletne ciemności. Żeby nie stracić zębów i przy okazji nie skręcić karku, trzeba solidnie wspierać się rękoma. Jednak widok z góry wynagradza trud i wysiłek włożony w niezbyt bezpieczną i mało komfortową wspinaczkę.

Warto też przespacerować się po murach otaczających miasto, które wyglądają jak ulepione z gliny. Tam również rozpościera się przyjemny widok na Chiwę. Liczą one łącznie dwa kilometry długości i mają cztery bramy – po jednej na każdą ze stron świata. Grubość murów dochodzi miejscami do sześciu metrów, a wysokość – do dziesięciu. Spacerując po nich zastanawiałam się, czy gdyby nagle spadł deszcz, to czy czasami nie rozmyło by tej pozornie solidnej fortecy…

Miasto przypomina trochę jedno wielkie targowisko różności. Na ulicach wszędzie stoją stragany z typowymi pamiątkami i innymi nietypowymi rzeczami. Można tam znaleźć niemal wszystko: przepiękną i kolorową ceramikę, puszyste dywany, dziergane wełniane swetry i czapki, jedwabne szale, a nawet lodówki z lodami i chłodnymi napojami. Sprzedawcy nie są w ogóle nachalni, czasami jednak zdarzyło się, że ktoś podszedł z uśmiechem i grzecznie zaoferował swój produkt. Nikt jednak nic nie wciskał na siłę przekonując, że ma towar najlepszej jakości, który przetrwa do końca świata i o jeden dzień dłużej. Co ciekawe, wracając nocą do hostelu rozglądałam się wokoło i nie mogłam wyjść z podziwu, że handlarze zostawili swoje towary niezabezpieczone, ba, nawet niczym nie zakryte! Tak jak stały w dzień, również w nocy pozostały nienaruszone. Ciekawe było również to, że pośród największych atrakcji Chiwy – w środku medres – handel również kwitł w najlepsze.

Odcienie błękitu wylewają się z każdego zakamarka miasta. Chociaż pozornie Chiwa sprawia wrażenie twierdzy ulepionej z gliny w kolorze beżu, to nad miastem górują przepiękne błękitne i turkusowe kopuły meczetów i minaretów. Poza tym, wystarczy wejść w jakikolwiek zakątek, żeby zobaczyć błękitno-białe mozaiki. Momentami kręci się w głowie i można oczopląsu dostać 🙂 Z resztą – sami zobaczcie.

Tak jak wspomniała na samym początku, do Chiwy mam ogromny sentyment. Chociaż miasto jest maleńkie w porównaniu z Samarkandą, to jednak pozostanie moim ulubionym. To moje pierwsze zetknięcie z Uzbekistanem i mitem Jedwabnego Szlaku, a samo miasto wywarło na mnie piorunujące i niezapomniane wrażenie. Z całą pewnością jeszcze tam powrócę.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Wanda Żółcińska „Ceremonia”

Bycie singelką nie jest łatwe. Tym bardziej, gdy ma się 35 lat na karku i żadnych perspektyw na zamążpójście. Wiem, bo sama muszę nasłuchać się filozoficzno-egzystencjalnych wywodów za każdym razem, kiedy odwiedzam swoją rodzinę. Co prawda nie mam jeszcze tylu lat, co bohaterka książki Wandy Żółcińskiej, ale i tak uszy mi więdną.

Liza (w pracy Elżbieta, w domu Bietka) właśnie rozpoczyna nową pracę. Jej zadaniem jest kontrolowanie firmowego działu, w którym dzieją się podejrzane rzeczy. Jeśli uda jej się coś znaleźć, otrzyma dużą premię. Przy okazji pomaga bratu w opiece nad synem Olafem, którego opuściła żona. Liza lubi też spotykać się ze swoimi przyjaciółkami. W pewnym momencie podjęła jednak decyzję, która odmieni jej życie. Decyduje się na sologamię, czyli postanawia wziąć wziąć ślub sama ze sobą. Odrzuca stereotypową rolę, potwierdza publicznie swoją samotność i pozostania być ze sobą na całe życie właśnie w takiej wersji.

Liza (albo Elżbieta czy też Bietka) ma zupełnie rożne osobowości, adekwatne do danego imienia. W pracy jest jedynie obserwatorką, chociaż powinna być chłodna i obiektywna, w domu zaś jest zbyt emocjonalna i wybucha gniewem, kiedy matka pyta o jej życie prywatne. Na każdym kroku porównuje się z innymi kobietami. Brak jej pewności siebie i ochoty do działania, by zmienić coś w swoim nudnym życiu.

Czym jest wspomniana sologoamia? To nic innego jak ślub samym ze sobą. To forma publicznej deklaracji, która nie niesie prawnych konsekwencji. ale daje światu sygnał, że dobrze nam ze sobą i nie szukamy partnera lub partnerki. To reakcja na społeczną presję posiadania męża lub partnera czy dzieci, swego rodzaju znak dla innych, że pytania o te sprawy są nie na miejscu. Zjawisko sologamii staje się coraz popularniejsze i wywołuje wiele dyskusji.

Zanim jednak Liza podejmie taką decyzję, musimy przebrnąć przez analizę jej życia, która momentami jest jak flaki z olejem. Fabuła jest nieco schematyczna i czasami wręcz nudna. Zbyt dokładny opis dosłownie każdej czynności Lizy (poszła do toalety, napisała maila, odbyła rozmowę, obejrzała film, zagrała w grę) naprawdę zanudza. Trochę trudno jest się utożsamić z bohaterką. Książka napisana jest językiem prostym, jest lekka i szybko się ją czyta. Ciekawy jest wątek na temat sologamii, która w naszym kraju jest ciągle nieznanym pojęciem. Branie ślubu samym ze sobą może budzić w społeczeństwie wiele kontrowersji. Nie mniej jednak warto mówić o nowych zjawiskach, które zapewne niebawem zyska wielu zwolenników.

Za książkę dziękuję:

Bożena Iliev „W bałkańskim kociołku. Opowieść o Bułgarii”

Bułgaria. Średniej wielkości kraj położony na Półwyspie Bałkańskim. Co tak naprawdę o nim wiemy? Jedynie z czym nam Polakom może kojarzyć się z ten kraj to wczasy w Złotych Piaskach czy Słonecznym Brzegu oraz Władysławie Warneńczyku – polskim królu, który zginął w bitwie pod Warną. Barbara Iliev w swojej najnowszej książce stara się nam uświadomić, że Bułgaria to coś znacznie więcej, niż beztroskie wczasy all inclusive nad Morzem Czarnym.

Na samym początku Barbara Iliev opisuję swoją historię, jak to chwilowy wakacyjny pobyt w Bułgarii zmienił się w niekończącą się przygodę. Okazuje się, że w trakcie wakacji autorka poznała swojego przyszłego męża – prawdziwe dziecko Bałkanów. Zdeycowała się tam osiąść na stałe i całym sercem pokochała swoją nową ojczyznę. Teraz, w swojej książce „Bałkański kociołek. Opowieść o Bułgarii” stara się zarazić czytelników tą bezgraniczną miłością.

Nie bez powodu jest tytuł książki. „Bałkański kociołek” to naczynie, w którym powstają różne potrawy i świadczą o charakterze i obyczajach lokalnych społeczności. Dlatego też autorka pokusiła się o wplecenie różnych przepisów kulinarnych, które z sukcesem możemy sami przygotować w domowym zaciszu. Przepisy jednak nie są tutaj najważniejsze, choć stanowią integralną część całego prozatorskiego monologu. W powieści Bożeny Iliev możemy, poza opisem słynnych bułgarskich miejsc, odnaleźć charakterystykę obywateli Bułgarii, ich zwyczajów i obyczajów, sposobów komunikowania się. Opisane są także ich narodowe święta, czy ich własne obyczaje, jak np. zachowanie się za kierownicą pojazdu. Każdy taki szczegół konstruuje całość, pozwala na poznanie tej nacji od całkiem innej strony.

Co ciekawe, na kartach książki autorka przybliża nie tylko samą Bułgarię, jak mógłby sugerować tytuł, ale znajdziemy tam także informacje o innych krajach bałkańskich, które mają z nią wiele cech wspólnych i ciężko wyraźnie oddzielić to, co jest typowo bułgarskie, od tego, co jest macedońskie lub greckie. Co więcej, autorka odnajduje także punkty wspólne między Bułgarami i Polakami, pokazuje, że choć dzielą nas zachowania i obyczaje, to jesteśmy do siebie w wielu aspektach podobni.

Przyznam szczerze, że Bułgaria nie jest moim wymarzonym krajem. Byłam tam kilka lat temu i niestety nie mam miłych wspomnień. Książka Barbary Iliev trochę zmieniła moje nastawienie do tego kraju i pokazała zupełnie inne oblicze. „W bałkańskim kociołku. Opowieść o Bułgarii” to swego rodzaju kompendium wiedzy o tym kraju. Autorka starała się opisać ważne z jej punktu widzenia rzeczy. Na kartach tej książki znajdziemy opis wielu tradycji, zagłębimy się w historię Bułgarii, posłuchamy miejscowych legend, poznamy przepisy na tradycyjne dania tego regionu czy przespacerujemy się po ulubionych miejscach autorki. To także zbiór przepięknych zdjęć, które jeszcze bardziej zachęcają do wizyty w tym kraju. Książka nie tylko dla wielbicieli Bułgarii, ale przede wszyskim dla miłośników podróży małych i dużych.

Za książkę dziękuję:

Marcin Margielewski „Była arabską stewardesą”

Historia rodem z filmu, a konkretniej horroru. Na początku zapowiadała się opowieść niczym z bajki o Kopciuszku i nic nie zwiastowało takiego końca. Z opowieści zawartych w książce Marcina Margielewskiego można napisać kilka odrębnych scenariuszy i nakręcić kilka dramatycznych filmów.

„Była arabską stewardesą ” to opowieść o Polce, która dostała (mogłoby się wydawać) wymarzoną pracę na pokładzie arabskich linii lotniczych. Anna (imię zostało zmienione), po skomplikowanym procesie rekrutacyjnym, przeprowadzce na drugą półkulę i żmudnym treningu przygotowawczym, w końcu rozpoczęła swoją podniebną przygodę. Jej życie wydawało się być fascynujące, a gdy w trakcie jednego z rejsów poznała przystojnego, szarmanckiego i obrzydliwie bogatego Araba, można powiedzieć, że wygrała na loterii.  Drogie prezenty, kolacje w ekskluzywnych restauracjach, namiętny seks, jeszcze bardziej egzotyczne podróże… Po prostu żyć nie umierać. Jej życie było niczym jak w bajce i nic nie zwiastowało nadchodzącej tragedii. Seria tajemniczych samobójstw, sekrety z przeszłości czy szereg niewyjaśnionych zdarzeń. Początkowo Anna nie dostrzegała dziwnych zwrotów akcji, nie widziała związku z pewnymi dziwnymi wydarzeniami i nie słuchała rad swoich przyjaciół. Gdy w końcu otworzyła oczy i zaczęło do niej docierać to, co się dzieje, nie było tak łatwo wyrwać się ze szponów swojego arabskiego księcia…

Swego czasu bycie stewardesą oznaczało pewien prestiż. Podniebna praca oznaczała nieustanne, bardzo często egzotyczne podróże, mieszkanie w ekskluzywnych hotelach czy obcowanie z różnymi kulturami. Dzisiaj to się zmienia, bo tak naprawdę personel pokładowy traktuje się po prostu jak zwykły serwis kelnerski i sprzątający. Tym bardziej, jeśli pracuje się dla przewoźnika o zupełnie odmiennej kulturze i obyczajach. Historia Anny i jej przyjaciół opisana w książce wydarzyła się naprawdę. Chociaż nikt nie chce o tym mówić, ona zdecydowała się ujawnić prawdę o tej „idealnej i prestiżowej” pracy. Oczywiście nie podaje dla której linii lotniczej pracowała oraz zmieniła imiona wszystkich bohaterów, by nie można było połączyć faktów. Jak sama mówi, praca w arabskich liniach lotniczych miała być spełnieniem jej marzeń, a okazała się największym horrorem w jej życiu.

W książce Marcina Margielewskiego dowiemy się wielu na temat obyczajów i kulturze w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i ich absurdalnym (dla nas) prawie. Tam do więzienia można iść za zwykłe przytulenie lub inną czułość okazaną w miejscu publicznym, ale już za pobicie nic nikomu nie grozi. Kobiety praktycznie nie mają żadnych praw, całkowicie są zależne od swojego męża/ojca/syna, więc tak naprawdę są więźniami we własnym domu. Przyznam szczerze, że czytając książkę byłam wściekła na Annę. No bo jak można być aż tak zaślepionym, żeby nie widzieć i nie słyszeć tego, co się wokół niej dzieje? Nawet jeśli każdy stara się uświadomić pewne sprawy, to i tak Anna potrafiła wmówić sobie, że coś sobie po prostu uroiła. Z drugiej jednak strony było mi jej strasznie przykro, że była taka naiwna, słaba a momentami po prostu głupia. Dobrze, że w porę się ocknęła i potrafiła wyplątać z tego koszmaru. Trudno nawet sobie wyobrazić, że mogą przydarzyć się takie rzeczy, a Anna i jej przyjaciele przeżyli to na prawdę.

„Była arabską stewardesą” Marcina Margielewskiego jest szokująca. Wszystkie historie, o których opowiada Anna wydarzyły się naprawdę, chociaż wydają się być fikcyjne. O niektórych nawet można było usłyszeć w mediach. Kiedy uświadomimy sobie, że to prawdziwe historie, przeraża jeszcze bardziej. Książkę połyka się w całości, bo jest szalenie intrygująca i trzyma w napięciu. Nie ma możliwości odstawić jej na potem. Nie da się obojętnie przejść obok historii Anny i jej towarzyszy, bo na długo pozostają w głowie. Książka jest również swego rodzaju przestrogą dla kobiet, żeby uważały na  przygody i romanse z mężczyznami pochodzącymi z innego obszaru kulturowego i nie dały się nim zmanipulować. „Była arabską stewardesą” to znakomita lektura nie tylko dla fanów tego rodzaju książek, ale także dla każdej z nas. Ku przestrodze.

Za książkę dziękuję:

Warszawa. Niewidzialna Wystawa

Chcecie doświadczyć czegoś nietypowego, a jednocześnie odkryć w sobie nowe umiejętności? Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, wybierzcie się na wystawę, żeby zobaczyć… ciemność. Nie, to nie jest żart. Warszawska „Niewidzialna Wystawa” to miejsce,  które każdy z nas powinien odwiedzić. I to czym prędzej.

Co to za wystawa?

Zmysł wzroku dostarcza nam około 80% informacji. Jak długo potrafilibyśmy bez niego przetrwać? Przez jedną godzinę możemy wczuć się w sytuację niewidomego. „Niewidzialna Wystawa” to wyjątkowa interaktywna podróż w niewidzialny świat, podczas której można sprawdzić swoje predyspozycje w codziennych sytuacjach bez możliwości posługiwania się narządem wzroku – tylko wyłącznie za pomocą zmysłu słuchu, węchu czy zachowaniu równowagi.

Pierwsza tego typu wystawa pojawiła się w Budapeszcie w 2007 roku i od tamtej pory odwiedziło ją kilkaset tysięcy osób. Licząc na podobny sukces, w 2011 roku otwarta została w Pradze, która stała się najpopularniejszym programem turystycznym tego miasta. Od 2011 roku „Niewidzialna Wystawa” działa również w Warszawie i nadal cieszy się dużą popularnością.

Pod opieką niezwykłych przewodników odwiedzimy specjalnie wyposażone i całkowicie zaciemnione pomieszczenia. Niesamowita kompozycja dźwięków, kształtów i zapachów dostarcza nam wielu niesamowitych wrażeń. Doświadczymy między innymi, jak poruszać się i przetrwać w miejskim zgiełku, jak zapłacić za napój w barze czy jak przemieszczać się po mieszkaniu w całkowitych ciemnościach. Ale to nie wszystkie atrakcje, które na nas tam czekają. Do dyspozycji są jeszcze trzy inne pokoje, w których doznamy kompletnie nowych i zaskakujących zmysłowych wrażeń.

Co w niej takiego wyjątkowego?

Przede wszystkim dlatego, że dogłębnie można wczuć się w sytuacje osób niewidomych. Na wystawie odbieramy informacje o świecie zewnętrznym tylko i wyłącznie za pomocą dotyku, słuchu i węchu oraz poczucia równowagi, które niejednokrotnie jest na nas testowane. W pomieszczeniach panuje całkowita ciemność, a nasze pozostałe zmysły od razu się wyostrzają. W taki sposób możemy sprawdzić się w nowej, mocno nietypowej sytuacji. Przy wadzie wzroku poznajemy nie tylko trudności, z jakimi na co dzień borykają się niewidomi, ale również mamy okazję stwierdzić, że nawet w ciemności świat może być piękny i fascynujący.

Jednak „Niewidzialna Wystawa” to nie tylko podróż po ciemnych pomieszczeniach. Tuz przy wejściu czeka na gościa wiele interesujących informacji i urządzeń ułatwiające codzienne funkcjonowanie niewidomym osobom. Na ścianie wisi wielka makieta z alfabetem brajla, a także przedmioty i narzędzia, których niewidomi  używają na co dzień.

To, co również czyni „Niewidzialną Wystawę” wyjątkową jest fakt, że przewodnikami są osoby niewidome lub w znacznym stopniu niedowidzące. Są to osoby niewidome od urodzenia, jak i takie, które straciły wzrok na pewnym etapie swojego życia. Każda z nich ma swoje pasje, ambicje, plany i marzenia. Jedno jest pewne – wszyscy są pełni pozytywnej energii i uwielbiają swoje zajęcie, co doskonale można wyczuć w trakcie tej niezwykłej wycieczki.

Niezwykłe doznanie dla każdego

„Niewidzialną wystawę” powinien odwiedzić każdy z nas. Nomen omen otwiera nam oczy na wiele istotnych kwestii. To niezwykłe doświadczenie pozwala nam spojrzeć inaczej na świat niewidomych osób, poznać i zaufać swoim własnym zmysłom, ale przede wszystkim uczy tolerancji i zrozumienia wobec drugiej osoby. Poza tym, można wejść w interakcję z niewidomym przewodnikiem, który na opowiada historie wzięte z własnego życia i przekonuje, że tak naprawdę utrata wzroku to żaden koniec świata. Wręcz przeciwnie – świat można intensywniej poznawać za pomocą wszystkich innych zmysłów, które działają z podwójną mocą.

Niestety nie posiadam wielu zdjęć ze środka, z wiadomych powodów 🙂 Nie mniej jednak koniecznie trzeba odwiedzić to miejsce. Wizyta na tej wystawie to znakomity pomysł na ciekawe spędzenie weekendowego popołudnia, zwłaszcza o tej porze roku 🙂

Adres: Aleje Jerozolimskie 123a, budynek Millenium Plaza, Warszawa

Cena biletu: 27 zł

Więcej info: https://niewidzialna.pl/