Dominika Zaręba „Katalonia. Travel&Style”

Odkąd pierwszy raz 6 lat temu pojawiłam się w Barcelonie, zakochałam się w tym mieście bez pamięci. Po latach, chociaż zwiedziłam wiele innych pięknych miejsc, stolica Katalonii nadal pozostaje moim numerem 1. Nic w tym dziwnego, ponieważ sama Barcelona, jak i cała Katalonia, to wyjątkowe i szczególne miejsce na mapie Hiszpanii.

Region szczyci się wielowiekową niezależnością, żywymi lokalnymi tradycjami oraz bogatą historią, której świadectwem są liczne są liczne zabytki od czasów prehistorycznych po współczesność. Na turystów czekają usiane licznymi zatokami wybrzeża Costa Brava i Costa Dorada z tętniącymi życiem ośrodkami wakacyjnymi, urocze miasteczka interioru oraz szlaki w Pirenejach. Miłośnicy sztuki na pewno wybiorą się w podróż śladami wielkich katalońskich twórców: Antoniego Gaudiego, Salvadora Dalego czy Joana Miro. Jednym słowem: Katalonia jest fascynująca, a każdy turysta znajdzie coś dla siebie.

Przewodnik podzielony jest na kilka części, w których każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli jesteśmy amatorami lokalnych smaków, dobrze jest się przyjrzeć informacjom oznaczonym ikoną travel&food. Jeśli pasjonuje nas życie i historia mieszkańców danego regionu, warto skupić się na informacjach oznaczonych travel&culture. Propozycje aktywnego spędzania czasu znajdziemy pod ikoną travel&active. Jeśli kochamy przyrodę, w poszukiwaniu spokoju pośród natury pomoże nam zakładka travel&nature. Jeśli marzy nam się bardziej spokojny odpoczynek, atrakcji szukajmy pod znakiem travel&relax. Natomiast jeśli chcemy zapewnić ciekawe atrakcje naszym małym pociechom, warto poczytać strony opatrzone frazą travel&family.

Seria „Travel&Style” właśnie stała się moją ulubioną serią Wydawnictwa Bezdroża. Mnóstwo przepięknych zdjęć, kolorowych map, praktycznych informacji i cała masa ciekawostek sprawia, że nie można się od niego oderwać. Ten przepięknie wydany przewodnik sprawia, że aż chce się pakować walizkę i wyruszyć z nim na podbój Katalonii. A mam co odkrywać, bo w tym rejonie Hiszpanii byłam jedynie w cudownej Barcelonie, a tyle piękna jeszcze na mnie tam czeka. Z całą pewnością przewodnik Dominiki Zaręby będzie niezastąpionym towarzyszem mojej podróży po Katalonii.

Za książkę dziękuję:

Natalia Kraus „Slow life w wielkim mieście”

W dzisiejszych czasach żyjemy w ciągłym biegu. Wmawia się nam, że szybciej, dalej i więcej są synonimami słowa lepiej. Że musimy nieco więcej pracować, szybciej się przemieszczać i komunikować, a planami sięgać dalej niż tylko do przyszłego tygodnia. Jacy się w końcu staniemy, jeśli ciągle będziemy gonić za niedościgniętymi lun wyimaginowanymi ideałami? Szczęśliwi, spełnieni, a może godni podziwu? XXI wiek zmusza nas do wielu wyzwań, ale to nie oznacza, że musimy ślepo pędzić niczym chomik w swoim zakręconym i pustym kołowrotku życia.

Natalia Kraus w swojej książce „Slow life w wielkim mieście” przekonuje nas, żeby nieco zwolnić, wyluzować i przystopować z pracą, konsumpcjonizmem czy nadmiarem spotkań towarzyskich. Doskonale wie, o czym pisze i zna się na rzeczy. Natalia Kraus regularnie publikuje w mediach artykuły dotyczące minimalizmu, slow life i jogi. Jest instruktorką jogi z uprawnieniami państwowymi i stworzyła swoją własną metodę dla przemęczonych i zapracowanych osób. Sama niegdyś ugrzęzła w kołowrotku i zatracała się w pędzie donikąd, dlatego postanowiła zmienić i przewartościować swoje dotychczasowe życie. Teraz w swoim poradniku „Slow life w wielkim mieście” dzieli się swoim doświadczeniem i zachęca wszystkich, by nieco przystopowali.

Chociaż zdecydowana większość ludzi mieszkających w dużych miastach jest zabiegana, to tak naprawdę, w głębi duszy pragnie spokoju. Chcemy się zatrzymać, chociaż na moment stanąć pewnie na własnych nogach, wciągnąć w płuca świeże powietrze, zamknąć oczy i poczuć, jak przepływa przez nas energia. Chcemy, żeby wystarczyło nam do życie to, co aktualnie posiadamy, albo nawet i mniej. Pragniemy pozbyć się nadmiaru obowiązków, przedmiotów oraz dążeń, bo czujemy, że wszystko powoli zaczyna nas przytłaczać. Marzymy, żeby uwolnić się od nich, ale tak naprawdę nie wiemy jak to zrobić. Nie chcemy żyć, by nieustannie pracować, ale pracować z rozwagą, żeby zacząć prawdziwie żyć.

Natalia Kraus porusza wiele istotnych kwestii. Slow life nie tylko dotyczy pracy, ale także wielu innych aspektów naszego życia. Oczywiście to właśnie głównie przez pracę nie potrafimy znaleźć równowagi pomiędzy życiem prywatnym. Jednak znalezienie balansu dotyczy także innych obszarów, jak w domu, w relacjach, w modzie i urodzie czy zdrowiu. Autorka przekonuje nas, żeby zaprzestać podążać za konsumpcjonizmem i wylicza zalety minimalizmu. Radzi, w jaki sposób zarządzać domowym budżetem, żeby starczał nam i na bieżące rachunki, oszczędności oraz na niespodziewane wydatki. Zwraca uwagę, że należy cieszyć się z małych rzeczy i sprawiać sobie małe przyjemności. Ciągle podkreśla, że dzięki zgłębianiu tajników jogi i medytacji można skutecznie odnaleźć równowagę życiową. Zachęca, by coraz częściej wylogować się z sieci i doceniać otaczające nas piękno prawdziwego życia.

Chociaż w dzisiejszych czasach może brzmieć to abstrakcyjnie, warto wypróbować metody proponowane przez Natalię Kraus. Książka „Slow life w wielkim mieście” nie zrewolucjonizuje od razu naszego życia, ale małymi kroczkami pokaże, że taka zmiana jest możliwa. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że wszystko, co dobre i wartościowe wymaga czasu. Poradnik Natalii Kraus na pewno wspomoże nas w odnalezieniu spokoju i podążaniu własną ścieżką, również w wielkim mieście.

Za książkę dziękuję:

Mikołaj Buczak „Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii”

Nigdy nie ukrywałam, że Hiszpania to moja obsesja, moja fascynacja, moja druga ojczyzna. Kiedyś spełnię swoje marzenie i przeprowadzę się do magicznej Barcelony, upalnej Sewilli albo królewskiego Madrytu. Jeśli nie na stałe, to chociaż na chwilę. Póki co pozostają mi częste, aczkolwiek krótkie wizyty albo wirtualne podróże po tym słonecznym kraju. W moje ręce wpadła niedawno książka Mikołaja Buczaka „Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii”, która wywołała u mnie szybsze bicie serca. Coraz bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że Hiszpania to kraj idealny dla mnie.

„Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii” nie jest żadnym przewodnikiem. Nie jest także typowym reportażem, od których uginają się księgarniane półki. Mikołaj Buczak skupił się na nieco innych aspektach tego kraju. Jak sam przyznaje, chciał napisać książkę, która nieco będzie się różnić od tych, które dostępne są na rynku wydawniczym, ale niektóre zagadnienia i tematy pokrywają się z dostępnymi już pozycjami. Jednak autor skupia się w głównej mierze na teraźniejszym życiu Hiszpanów, które oczywiście powiązane jest z przeszłością, nie tak z resztą odległą. Porusza tematy dotyczące masowej turystyki i to, jak Hiszpanie mają dosyć turystów atakujących ich kraj każdego roku. Mikołaj Buczak pisze również o tym, dlaczego Hiszpanie tak słabo mówią po angielsku i dogłębnie wyjaśnia genezę i przyczyny takiego stanu rzeczy. Z tej książki dowiemy się także o hiszpańskim współczesnym feminizmie oraz tym, dlaczego Hiszpania to dobry kraj do życia. Pojawiają się również nieco mnie przyjemne tematy, jak wielki kryzys ekonomiczny, z którym nadal Hiszpanie nie potrafią sobie poradzić czy fala emigrantów zalewająca każdego roku ten kraj.

Jednak to, co najbardziej fascynuje w „Sobremesie” to rozdział o różnorodności Hiszpanii i jej mieszkańców. Tak naprawdę Hiszpania nie jest spójnym krajem o jednolitym języku, kulturze i obyczajach. Jeszcze nie tak dawno temu  Katalończycy wykazywali zapędy niepodległościowe, a Baskowie im w tym wtórowali.  Z drugiej strony ta różnorodność językowo-kulturowa sprawia, że kraj ten jest tak bardzo fascynujący.  W rozdziale „Już tacy jesteśmy” Mikołaj Buczak opisuje różnice pomiędzy Andaluzyjczykami, Baskami, Katalończykami, Galisyjczykami i mieszkańcami Madrytu. Dokładnie pisze o stereotypach, przywarach i zaletach poszczególnych mieszkańców danego regionu. W dowcipny sposób autor przedstawia różne oblicza mieszkańców Hiszpanii, wyjaśnia dlaczego tak często śmieją się z siebie samych oraz jak radzą sobie z historycznymi podziałami.

Książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy. Chociaż 95% informacji zawartych w tym reportażu były mi znane, nie mniej jednak „Sobremesę” z przyjemnością przeczytałam. Zastanawiam się, dlaczego ja nie napiszę tego typu książki. Przecież często goszczę w Hiszpanii – mojej drugiej ojczyźnie i posiadam pewną wiedzę na temat tamtejszej kultury, geografii czy obyczajów. No cóż, muszę przemyśleć sprawę – może i ja kiedyś napiszę swoją książkę? 🙂 Póki co serdecznie polecam książkę Mikołaja Buczaka, która za sprawą fascynującego tekstu i przepięknych, kolorowych fotografii przeniesie nas do słonecznej Hiszpanii. Ja mam ochotę kupić bilet,  spakować walizkę i wyruszyć po raz któryś do mojego ukochanego kraju, by odkryć kolejne regiony, po raz kolejny zatracić się w tej specyficznej atmosferze oraz zajadać się przepysznym hiszpańskim jedzeniem.

Za książkę dziękuję:

Katarzyna Borowska, Anna Matusiak-Rześniowiecka „Molestowane. Historie bezbronnych”

Dzieciństwo to okres beztroski, zabawy, niewinności i wyrażania własnej kreatywności. Tak przynajmniej powinno być w normalnie funkcjonującej i kochającej rodzinie. Niestety nie każdemu dziecku dane było żyć w takiej właśnie rodzinie. Wiele z nich przeszło prawdziwe piekło i do tej pory borykają się z traumami, a koszmary z dzieciństwa będą prześladować je do końca życia. Takimi dziećmi z dysfunkcyjnych rodzin są bohaterki reportażu „Molestowane. Historie bezbronnych”, które odważyły się opowiedzieć o swoich przerażających przeżyciach.

Katarzyna Borowska to coach, pedagog i nauczyciel. Ukończyła Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Autorka literatury faktu i licznych felietonów poświęconych relacjom i skierowanych przede wszystkim do kobiet. Natomiast Anna Matusiak-Rześniowiecka to absolwentka filologii polskiej i teatrologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Pracuje jako dziennikarka, prezenterka radiowa i telewizyjna. Wykłada również dziennikarstwo, pisze felietony. Autorki mają już na koncie wspólną publikację. Ich poprzednia książka „Skazane” to opowieści więźniarek. Teraz w swojej najnowszej książce „Molestowane. Historie bezbronnych” oddają głos kobietom, które w dzieciństwie przeżyły piekło.

To wstrząsające historie czternastu kobiet. Chociaż każda z nich jest inna, dzisiaj idą własnymi ścieżkami i często są kobietami sukcesu, to wszystkie łączy jedno – w dzieciństwie były molestowane przez bliskie im osoby: ojca, wujka, ojczyma, dziadka, kuzynkę, siostrę albo kogoś obcego. Miały po 3 latka, 5 lat czy 12 lat… Niektóre z nich były uwodzone, mamione obietnicą opieki, namiastką miłości, przekonaniem, że są ważne. Inne mają za sobą brutalne i zbiorowe gwałty. Wmawiano im, że to nie molestujący, nie gwałciciele byli winni, ale one same – winne rozpadu rodziny czy wstydu przed sąsiadami. Bo dobrych dzieci przecież nie spotykają złe rzeczy… Teraz odważyły się opowiedzieć o tym, że w dzieciństwie były wykorzystywane seksualnie, a nikt nie dawał wiary im słowom.

Każda z tych historii poraża. W każdej opowieści  Najgorsze w tym wszystkim jest to, że matki/babki/siostry doskonale wiedziały, co dzieje się pod ich dachem, a niekiedy nawet dawały ciche przyzwolenie na molestowanie swojej córki/wnuczki/siostry… Wiele z tych matek nie uwierzyło swoim córkom, gdy te przyszły im się zwierzyć z bolesnej tajemnicy. Wiele z nich mimo, że wiedziały i tego nie „pochwalały”, kazały milczeć, żeby nie przynieść wstydu rodzinie, albo żeby tata/ojczym/wujek nie odszedł od nich. Zastanawiam się, jakim złym człowiekiem trzeba być, by pozwolić na to, żeby własne dziecko tak cierpiało. Wiele z tych kobiet ma na swoim koncie kilka nieudanych prób samobójczych. Jedne z nich zdążyły już uporać się z upiorami i traumami z dzieciństwa, inne nadal walczą o uporządkowanie swojego życia. Wiele z tych kobiet wybaczyło swoim oprawcom oraz osobom, które mogły zapobiec tej tragedii, ale nie wszystkie potrafiły to zrobić. Jedno jest pewne, oparcie w kochającej i współczującej osobie oraz dobra psychoterapia złagodzą nieco krzywdę wyrządzoną w dzieciństwie przez osoby, które przecież miały się opiekować bezbronnymi istami, a nie skazywać je na piekło na ziemi.

„Molestowane. Historie bezbronnych” to kawał mocnej i przerażającej lektury, która niestety nie jest fikcją literacką. To  odważna i bardzo ważna książka, która otwiera oczy i może uchronić dzieci przez wykorzystywaniem seksualnym. Na końcu każdej historii znajduje się komentarz psychologa, który uświadamia, jak z jak traumatycznymi przeżyciami borykają się te kobiety. Lektura „Molestowanych” nie należy do łatwych, trzeba robić przerwy, bo nagromadzenie zła zamkniętego na kartach tej książki po prostu przerasta i wywołuje bezsilność. To reportaż dla ludzi o stalowych nerwach.

Za książkę dziękuję:

Zalipie. Najpiękniejsza polska wieś

Zalipie – mała wioska znajdująca się w województwie małopolskim, gdzieś pomiędzy Tarnowem, Krakowem a Kielcami. Ciągnęło mnie tam od pewnego czasu, w końcu udało się tam dotrzeć. Wioska znana jest na całym świecie i przyciąga wielu turystów. To jedna z atrakcji województwa małopolskiego. Co jest w niej takiego niezwykłego? Zalipie słynie z kolorowych domków, a konkretniej ręcznie dekorowanymi niezwykłymi i misternymi wzorkami domków. Można powiedzieć, że to swego rodzaju sztuka uliczna, a jeśli nie uliczna to na 100% jest to sztuka – i to jedyna w swoim rodzaju. Zalipie uznawane jest za najpiękniejszą i najbardziej kolorową wioskę w Polsce. Trudno się dziwić, bo malowane budynki to unikat, a turyści ochoczo przybywają podziwiać malunki miejscowych ludzi. Ja totalnie oszalałam i piałam z zachwytu nad ozdobionymi domkami, aczkolwiek spodziewałam się czegoś innego, no i pojawił się pewien szkopuł, ale o tym później.

Chociaż wioska jest popularna i przyjeżdżają do niej turyści z całego świata, to nie przypomina typowych turystycznych miejsc i tak naprawdę trudno doszukać się tam jakiejkolwiek komercji. Zalipie nie jest żadnym skansenem, a w domach mieszkają zwyczajni ludzie. Mieszkańcy malują swoje domy nie dla turystów, ale dla siebie.

Jak dostać się do Zalipia?

Zalipie znajduje się około 40 minut od Tarnowa oraz 1,5 h od Krakowa i Kielc. Nie ma się co oszukiwać – najlepiej i najwygodniej będzie przyjechać własnym autem. Trudno powiedzieć, czy znajduje się tam jakaś miejscowa komunikacja. Tego dnia, kiedy tam byliśmy, razem z nami byli turyści, którzy przyjechali wynajętymi busami. Poza tym, wioskę najlepiej zwiedzać właśnie samochodem albo rowerem, ponieważ – jak się potem okazało – odległości są dość duże. My natomiast postanowiliśmy zrobić sobie kilkukilometrowy spacer, co nie było takie złe. Autem na pewno byłoby szybciej, ale nie sądzę, żebyśmy wtedy tak wnikliwie i dogłębnie zobaczyli wszystkie atrakcje.

Skąd wzięła się tradycja malowania domów?

Na początku XX wieku w wiejskich domach, w centralnej izbie dominowały wielkie piece. Były one nieco problematyczne dla domowników, ponieważ sadza pokrywała ściany, a to dla ówczesnej gospodyni domowej było nie do zaakceptowania. Sprytne panie domu znalazły jednak sposób, by zamaskować uciążliwe zabrudzenia: najpierw wybieliły wapnem wszystkie ściany a za pomocą pędzla wykonanego z prosa lub żyta malowały nieregularne plamki. Z czasem tego typu dekoracja ścian zagościła w kolejnych domach zdobywając coraz większą popularność. Wtedy też panie zaczęły tworzyć ozdoby z motywem roślinnym, głównie w odcieniach brązu i beżu.

Jednak prawdziwy szał nastąpił po II Wojnie Światowej. Wtedy też piece odeszły do lamusa i zaczęto budować murowane domy. W raz z rozwojem techniki pojawiało się więcej kolorowych i trwalszych barwników, a dzięki temu nie trzeba było malować domu każdego roku. Na ścianach zaczęło pojawiać się coraz więcej barwniejszych i artystycznych ozdób.

Co ciekawe, każdego roku, w pierwszy weekend po Bożym Ciele odbywa się rozstrzygnięcie  – szalenie istotnego dla zalipiańskiej społeczności – konkursu na najbardziej kreatywną i kolorową zagrodę. Jury ocenia zarówno pierwszy raz zdobione gospodarstwa, jak i te przemalowane przez kreatywnych twórców. Jest nawet kategoria dziecięca, któa ma zachęcać najmłodszych do kontynuowania tej tradycji.

 

Co trzeba zobaczyć w Zalipiu?

Dom Malarek

Od tego miejsca zaczęliśmy nasze zwiedzanie. To swoiste centrum Zalipia, a jednocześnie lokalny Dom Kultury. Odbywają się tam różne warsztaty plastyczne, podczas których można zglebić wiedzę i odkryć talent artystyczny. Wejście jest bezpłatne, w środku znajduje się wystawa zdjęć z całej okolicy oraz sklepik z lokalnymi pamiątkami.

Na zewnątrz zaś znajdują się pokazowe „rekwizyty”, które mają zachęcić do dalszej wędrówki po okolicy.  Naprzeciwko wejścia jest pokazowa mała chata ze studnią i rowerem, zegar słoneczny oraz bogato zdobione stoły.

Strona internetowa: Domu Malarek

 

Muzeum Felicji Curyłowej

Za prekursorkę sztuki ozdabiania zalipiańskich domów uważa się Felicję Curyłową. Muzeum jej imienia to jedna z największych atrakcji tej wioski. W Zagrodzie Felicji Curyłowej znajdują się 3 chaty, a za opłatą można zwiedzić je w środku i posłuchać o malowanej kulturze Zalipia.

Nam jednak nie było to dane. W związku z szalejącym koronawirusem,do muzeum jednocześnie mogło wejść 10 osób na godzinę. Jednak trzeba mieć wcześniej rezerwację, ale o tym już nie wiedzieliśmy. Poza tym, przez najbliższe 3 godziny nie dało rady wejść, bo miały przyjechać wycieczki. Niepocieszeni i lekko zdezorientowani (a ja nawet zrozpaczona), musieliśmy opuścić teren zagrody. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie sposób, w jaki pani przewodniczka się z nami obeszła. Przegoniła nas jak jakieś natrętne komary krążące nad bezbronną ofiarą…

Strona internetowa Muzeum Felicji Cyryłowej

Kościół parafialny pod wezwaniem św. Józefa

Nie jestem fanką sztuki sakralnej i zwiedzania kościołów, ale muszę przyznać, że ten wyjątkowo mnie uwiódł. Z zewnątrz wygląda niepozornie, a wewnątrz urzeka swoim artystycznym wykonaniem. Nie ma przepychu, nie ma kiczu i ociekającego złotem ołtarza. Jest za to prostota, umiar oraz charakterystyczne zalipiańskie ozdoby.

Co poza tym?

Przegonieni z zagrody Curyłowej, nieco zniesmaczeni (oraz ja zrozpaczona :)) poszliśmy przed siebie, ale kierując się do punktu wyjścia.  Już straciłam nadzieję, że uda mi się wejść do środka którejś chaty, aż tu nagle okazało się, że na samym końcu (albo na początku – w zależności, od której strony się idzie :)) znajdowały się najpiękniejsze „okazy”. W rzędzie ustawione były domy, do których można było normalnie wejść, nawet panie same zapraszały do środka. Zazwyczaj jednak okazywało się, że to jedynie budynek na pokaz z jedną przyozdobiona izbą, zaś w drugiej znajdował się sklepik z pamiątkami. Nie mniej jednak warto było tam zajrzeć.

 

 

Idąc dalej, przyglądając się przypadkowemu gospodarstwu z ogromnym domem, staruszka siedząca na ławce na podwórku powiedziała, że mogę wejść na posesję i tam na spokojnie zrobić zdjęcia. Nie wahając się ani sekundy, weszłam i znalazłam się w artystycznym raju. Okazało się, że nie tylko dom był ozdobiony, ale także doniczki, buda dla psa, kamień oraz… drzewo! Co więcej, staruszka zaprosiła mnie do środka, do prawdziwego, autentycznego domu, do swojej kuchni i sypialni.  Starsza pani ma niesamowitą cierpliwość i niebywały talent, bo maluje wszystko, co się da 🙂 Ja po prostu oszalałam do końca 🙂

Zalipie – czy warto?

Powiem tak – oczywiście, że warto. To piękna, jedyna w swoim rodzaju wieś z własną tradycją kulturową, którą trzeba odwiedzić. Jednak przyjeżdżając tam, nastawiłam się, że będzie to coś w rodzaju skansenu, a wszystkie budynki znajdują się w jednym miejscu. Tak niestety nie jest. Trzeba przejść (albo przejechać) całą wioskę, żeby zobaczyć wszystkie malowane domki. I nie jest tak, że każdy dom jest barwnie przyozdobiony. Zalipie liczy ponad 200 domów, a jedynie kilkadziesiąt z nich jest pomalowanych. Trzeba mieć również na uwadze, że w większości domów mieszkają ludzie i nie wolno wejść na teren ich posesji, chyba że sami nas do siebie zaproszą. I nie – Zalipie nie jest przereklamowane, jak niektórzy twierdzą.

 

Candance Bushnell „Seks w wielkim mieście… i co dalej?”

W latach 90. serial „Seks w wielkim mieście” był prawdziwą rewolucją. Chyba nie każdy sobie zdaje sprawę, że telewizyjna produkcja powstała na podstawie książki Candance Bushnell o tym samym tytule. Dzisiaj autorka powraca do historii sprzed ponad dwudziestu lat i opisuje aktualne trendy dotyczące randkowania i poszukiwania miłości.

Ponad dwadzieścia lat temu na ekranach telewizorów emitowano kultowy serial „Seks w wielkim mieście”, który był rewolucyjny i nieco kontrowersyjny jak na tamte czasy. Perypetie miłosne czterech przyjaciółek: Carrie, Samanthy, Mirandy i Charlotte znają niemal wszyscy. Bohaterki na stałe zapisały się w naszej kulturze. Serial jest ponadczasowy i głosi uniwersalne prawdy na temat randkowania, miłości, związków. Dziewczyny przeżyły wiele wzlotów i upadków, zaliczyły wiele wpadek i niepowodzeń, ale też wykreowały piękne relacje partnerskie ze swoimi mężczyznami. Jednak dzisiejszy świat randek i miłości zdecydowanie różni się od tego w latach 90-tych ubiegłego wieku.

Candance Bushnell i bohaterka jej kultowej książki – Carrie Bradshaw – maja tyle samo lat, więc autorka utożsamia się z nią pod każdym względem. W wyniku zawirowań życiowych, jakimi była niespodziewana śmierć ukochanego psa czy zaskakujący rozwód, pisarka musi odnaleźć się w zupełnie nowych realiach randkowych. Autorka opisuje rzeczywistość dojrzałych kobiet, które muszą się zmierzyć z brutalnym światem, w którym liczy się przede wszystkim gładka cera i metryka. W świecie, gdzie nowoczesne technologie, pieniądze są ważniejsze od miłości. W swojej najnowszej powieści Candance Bushnell opowiada o własnych przeżyciach oraz opowiada historię sześciu przyjaciółek, które spotyka po latach. To taki swoisty przegląd życiowych doświadczeń (rozwodów, bolesnych rozstań i śmierci) i opis wyzwania, jakim jest podjęcie próby i ryzyka poukładania życia od początku.

Sęk w tym, że zarówno sama autorka, jak i jej koleżanki są grubo po 50-tce, a świat stał się brutalnym polem walki. Poszukiwanie miłości przez 50-letnią singielkę w dzisiejszych czasach staje się przyczyną wielu pytań i budzi wiele wątpliwości. Czy kobiety z odzysku w średnim wieku powinny się w to bawić? Czy to wypada? Czy ktokolwiek zechce związać się z dojrzała kobietą? Jak się okazuje – chętnych nie brakuje. I to nie tylko starszych mężczyzn, ale przede wszystkim młodych chłopaków, którzy gustują w doświadczonych kobietach. W tym wieku łóżkowe przygody nie są już tak niewinne, jak kiedyś, ale aby do nich w ogóle doszło, należy pokonać drogę najeżoną trudnościami, choćby nauczyć się obsługiwać aplikacje takie jak Tinder. Poza tym trzeba zainwestować grube pieniądze, by wyglądać pięknie, promiennie i młodo. W tym wieku trzeba sporo napracować, by odnaleźć nową miłość i osiągnąć szczęście, ale autorka zapewnia, że warto.

„Seks w wielkim mieście… i co dalej?” to zbiór błyskotliwych i intymnych felietonów, które są szczere do bólu. Bez ogródek opisuje społeczne postrzeganie dojrzałych osób, przede wszystkim kobiet. Zadaje odważne pytania i podsuwa odpowiedzi, na które wiele osób nie ma odwagi nawet pomyśleć. Chociaż Candance na swój własny, żartobliwy i ironiczny sposób opisuje rzeczywistość, w jej felietonach wyraźnie można dostrzec poważniejsze, dojrzalsze i głębokie rozważania. „Seks w wielkim mieście… i co dalej?” to obowiązkowa lektura dla wszystkich miłośniczek serialu, ale także kobiet, które po latach powracają na rynek matrymonialny, podejmują ryzyko i próbują stoczyć tę walkę.

Candance Bushnell „Seks w wielkim mieście… i co dalej?”

Katarzyna Czyż „Miej wyje**ne, będzie ci dane”

Na rynku wydawniczym pojawiło się wiele książek coachingowo – rozwojowych, ale takiej jak ta jeszcze nie było.

Katarzyna Czyż pochodzi z tzw. „dobrej” rodziny, w której rodzice dbali o nią i której niczego w życiu nie brakowało. Minusem takiej sytuacji było to, że to właśnie rodzice zaplanowali jej całe dorosłe życie: wysłali na studia prawnicze za granicę i wspierali w osiąganiu zawodowych celów. Potem naturalnie miał być ślub, dzieci oraz stała posadka w jakiejś prawniczej kancelarii. Wszystko zaplanowane od A do Z. Katarzyna Czyż zdobyła porządne wykształcenie z tytułem doktora, ukończyła studia MBA, biegle włada dwoma językami obcymi, odbyła mnóstwo ważnych staży, ciężko pracowała na swoją karierę prawniczą by w jednej chwili uświadomić sobie, że to nie jest to, o czym marzy. Któregoś dnia postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i zmienić swoje życie. Z prawnika przekwalifikowała się na coacha i psychologa. A to już nie spodobało się jej rodzicom. Dzisiaj z sukcesem organizuje i prowadzi liczne szkolenia motywacyjne, które gromadzą tysiące ludzi. Od lat praktykuje jogę i, jak twierdzi, dzięki niej zaczął się przełom w jej życiu.

Książka podzielona została na 3 główne rozdziały. W pierwszej części autorka opowiada historię swojego – wydawać by się mogło – idealnego życia. Wspomina o tym, jak zdecydowała się zmienić całe swoje dotychczasowe życie i ciężką pracą dążyć do osiągnięcia szczęścia i sukcesu zawodowego. W drugim rozdziale autorka skupia się na technikach coachingowych wraz z krótkimi ćwiczeniami, które mają zachęcić nas do działania. Znajdziemy tam wiele różnych metod relaksacyjnych, motywacyjnych, które pozwolą na wprowadzanie zmian w naszym życiu i sprawią, że będziemy mieli wyje**ne na pewne sprawy. To typowe narzędzia, o których mówi na szkoleniach i warsztatach. Trzeci rozdział przeznaczony jest dla tych, którzy niczego dla siebie nie wybrali z poprzednich etapów książki. To elementy wiedzy zaczerpnięte z tzw. literatury Wschodu, z różnych szkoleń, warsztatów i książek, które autorka przeczytała i na własnej skórze sprawdziła.

Poza oryginalnym stylem autorki, książka wydana jest w nietypowy sposób. Zamiast standardowego tekstu, strona podzielona jest na dwie kolumny tekstowe, co momentami sprawia, że ciężko się to czyta. Poza tym na kartach poradnika znajdziemy wiele rysunków motywacyjnych, czerwonych wyróżnień, tabelki, wykresy, itp. Jest to przyjemna metoda dla oka, bo nie skupiamy się tylko i wyłącznie na samym tekście.

„Miej wyje**ne, będzie ci dane” to nietypowy poradnik coachingowy. Już sam tytuł może być dla kogoś kontrowersyjny i bulwersujący. Tytuł tego poradnika nawiązuje do popularnego i starego powiedzenia, które faktycznie działa. W ten nietypowy sposób chce zachęcić do wprowadzania zmian w naszym życiu i dzięki temu odnaleźć własną drogę do szczęścia i spełnienia. Poradnik napisany jest w nieco innej formie niż pozostałe tego typu książki, ponieważ Katarzyna Czyż nie owija w bawełnę, a kiedy trzeba potrafi nawet przekląć. Jest to jakaś metoda motywacji do działania, chociaż nie wszystkim się on może spodobać. Osobiście mi nie przeszkadza, a nawet intryguje w pewien sposób. Poradnik Katarzyny Czyż jest na pewno oryginalny i nietuzinkowy, łączy w sobie między innymi mądrość psychologii i uważność jogi. Warto sięgnąć po „Miej wyje**ne, będzie ci dane”, może tego typu porady do kogoś przemówią i zachęcą do wprowadzania zmian w swoim życiu.

Katarzyna Czyż „Miej wyje**ne, będzie ci dane