Arin Murphy-Hiscock „Księga urody czarownicy”

Żyjemy w nieustannym biegu, w coraz większym stresie i niepokojem,brakuje nam czasu, by prawidłowo o siebie zadbać. Społeczna presja młodego wyglądu i nienagannej sylwetki dodatkowo wzbudza nasz niepokój. Wmawia nam się, że uleganie konsumpcjonizmowi wypełni jakąś lukę w naszym życiu i sercu, a jeśli jest inaczej – coś jest z nami nie tak. Reklamy w mediach nieustannie nas atakują i zachęcają do zakupu kolejnej zbędnej rzeczy czy w ramach relaksu kuszą wizytami w spa i skorzystaniu z ekskluzywnych zabiegów. Dbanie o siebie powinno być na pierwszym miejscu, ale niekoniecznie poprzez nadmierny konsumpcjonizm. Wystarczy sięgnąć po to, co oferuje nam Matka Natura, czerpać z jej siły i dodać odrobinę magii do codziennego życia.

„Księga urody czarownicy” inspiruje do tego, żeby zacząć pielęgnować ciało i duszę za pomocą tego, co oferuje nam natura. Dowiemy się między innymi jak korzystać z dobroczynnej energii natury, ziół, kamieni i żywiołów; pielęgnować w sobie spokój, cierpliwość i miłość do świata oraz samej sobie; wspierać swoją więź z naturą i w pełni korzystać z jej darów; jak zadbać o ciało dzięki prostym przepisom i kojącym kąpielą. Poza tym, dowiemy się o właściwościach niektórych ziół, a także znajdziemy receptury na domowe masło do ciała, sposoby na spokojny sen oraz przepisy zdrowe i pyszne dania. Autorka zachęca swoje czytelniczki, by zadbały o siebie w czarujący (dosłownie) sposób.

Tytuł książki bardzo intryguje, jednak należy traktować go z przymrużeniem oka. To praktyczny poradnik o tym, jak dbać o higienę zdrowia psychicznego, emocjonalnego i kondycji zdrowotnej. Książka podzielona jest na pięć rozdziałów, które dotyczą najważniejszych sfer życia: wsparcie kondycji psychicznej i emocjonalnej, umysł, ciało, dom, duch. W każdym z nich znajduje się cała masa porad oraz „zaklęć” na to, jak np. zniwelować stres, skutecznie planować i organizować swoje życie, jak dbać o życie duchowe czy odnaleźć równowagę i harmonię. Niektóre z tych „zaklęć” mogą wydawać się nieco wyolbrzymione i infantylne, ale co szkodzi spróbować? Może jednak dzięki tajemnej wiedzy czarownic, nasze życie będzie lepsze? Ja z wielką chęcią wypróbuję wiele z tych czarodziejskich zaklęć. W końcu sama poniekąd jestem czarownicą – pochodzę z rejonu, w którym każdego roku na szczycie góry odbywa się sabat 😉

Za książkę dziękuję:

W. Wawrzkowicz-Nasternak, M. Stacewicz-Paixão „Lizbona. Miasto, które przytula”

Każdy z nas ma takie miejsce, do którego uwielbia powracać, albo jakieś nieznane moce do niego przyciągają. Dla Weroniki  i Marty Stacewicz-Paixão takim miejscem jest Lizbona. Efektem ich zachwytów jest książka „Lizbona. Miasto, które przytula”, w której dzielą się z czytelnikami swoimi osobistymi wrażeniami dotyczącymi tego miasta.

Weronika Wawrzkowicz-Nasternak jest dziennikarką radiową i telewizyjną. Lizbona sprawiła, że stała się człowiekiem bumerangiem – raz rzucona w przestrzeń Lizbony, nieustannie do niej wraca. Natomiast Marta Stacewicz-Paixão pochodzi z rodziny wielokulturowej. Do Portugalii miała wyjechać na rok, by wzbogacić swój język, a została na kilkanaście lat. Jest filologiem, designerem i trenerem komunikacji. W swojej wspólnej książce opowiadają o ukochanym mieście, jakim jest Lizbona. Nie jest to jednak zwykła opowieść – to spacer po kulturalnej, artystycznej i kulinarnej stronie stolicy Portugalii.

Lizbona uruchamia wszystkie zmysły. Oferuje znacznie więcej niż tylko wiatr znad oceanu, dzwonki tramwajów czy codzienne pogaduchy mew. Żeby ją zrozumieć, warto poznać tamtejszych ludzi, wsłuchać się w szelest ich rozmów. To miasto pozwala na smakowanie życia całym sobą. W opisywaniu tego miasta pozwala autorkom nie tylko fascynacja, ale przede wszystkim znajomość tego miejsca. Weronika przybywa do Lizbony każdego roku na kilka tygodni, dzięki temu bardzo dobrze zna miasto, dodatkowo jej dziennikarskie umiejętności i doświadczenie pozwoliły stworzyć tak barwną opowieść. Z kolei Marta przybyła by studiować język, zaś jej pobyt w Portugalii przedłużył się o kilkanaście lat. Każda z nich wniosła do książki coś innego. Marta opowiada o zwyczajach, kulturze czy języku, które dogłębnie zdążyła poznać. Natomiast Weronika przeprowadza wywiady z mieszkańcami stolicy Portugalii, zarówno z samymi mieszkańcami, jak i polskimi imigrantami, którzy na stałe osiedli się w Lizbonie.

Nie jest to zwyczajny przewodnik po mieście, wręcz przeciwnie. Nie znajdziemy w nim żadnych informacji na temat najważniejszych zabytków czy utartych tras, które każdy turysta powinien przemierzyć. Zamiast tego pokazuje, co można tam przeżyć, poczuć, posmakować i usłyszeć. Kolorowe zdjęcia znajdujące się w środku dodatkowo zachęcają do takiej formy eksplorowania miasta. Autorki zachęcają do tego, żeby nie biegać po mieście do wszystkich miejsc „must see”, tylko spokojnie przemierzać uliczkami Lizbony i oddawać się urokom, jakie oferuje to miasto. To poznawanie Lizbony na zupełnie innej płaszczyźnie. Fakt, nie jest to obiektywny opis miasta, bo autorki są w nim totalnie zauroczone i opiewa samymi pozytywami. Ja do Lizbony mam mieszane uczucia. Z jednej strony miasto jest urzekające i bardzo przyjemne, z drugiej zaś nie mam zbyt miłych wspomnień z nim związanych. Jednak po lekturze tej książki chciałabym tam wrócić i wchłonąć to wszystko,, o czym piszą autorki, spojrzeć na miasto z innej perspektywy. Kto wie, może i ja zmienię zdanie i zakocham się w nim tak bardzo jak one?

Macie ochotę na inną nieoczywistą podróż? Zapraszam do Sztokholmu: Katarzyna Tubylewicz „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą”

A może chcecie więcej poczytać o Lizbonie? Marcin Kydryński „Muzyka moich ulic. Lizbona”

 

Za książkę dziękuję:

Eve Ensler „Monologi waginy”

Wagina – źródło życia, rozkoszy i wstydu. Jeszcze do niedawna posiadanie waginy było powodem do wstydu. Jeszcze jakiś czas temu nie wolno było jej nazywać po imieniu, a w zamian wołano na nią: pusia, broszka, szparka, pizda, myszka, pipcia, dziura czy brzoskwinka. Tak, to wszystko działo się na początku XXI wieku. Dzisiaj jest nieco lepiej, ale  kobiety na całym świecie nadal muszą walczyć o swoją seksualność, intymność i prawo do decydowania o swojej waginie.

„Każdego roku w Stanach zgwałconych zostaje pięćset tysięcy kobiet. Sto milionów kobiet na całym świecie obrzezano. Lista zdaje się nie mieć końca. Wypowiadam na głos słowo „wagina”, bo chcę, żeby te okropieństwa się skończyły. A wiem, że nie skończą się, dopóki w pełni nie przyjmiemy do wiadomości, że nadal się zdarzają. A jedynym sposobem, żeby to osiągnąć, jest pozwolić kobietom mówić – bez strachu, bez obawy przed karą czy zemstą” – pisze Eve Ensler. „Dziś, dwadzieścia lat później, bardzo chciałabym móc powiedzieć, że radykalny, antyrasistowski feminizm zwyciężył. Ale patriarchat, podobnie jak biała supremacja, to nawracająca epidemia. Wegetuje sobie, uśpiony w organizmie politycznym, jakim jest nasze społeczeństwo, do momentu, aż nie pojawią się aktywizujące go toksyczne warunki” – kontynuuje pisarka.

Eve Ensler jest znaną na całym świecie autorką bestsellerów i dramatopisarką, zdobywczynią nagrody Tony Award. Wśród jej tekstów teatralnych znajdują się między innymi kultowych „Monologów waginy”, który został zaadaptowany na deski teatrów na całym świecie. Ensler jest także twórczynią V-Day, globalnego ruchu na rzecz zakończenia przemocy wobec kobiet i dziewcząt. W ramach V-Day zebrano ponad sto milionów dolarów, które przekazano lokalnym grupom i aktywistkom na całym świecie. Jest także pomysłodawczynią One Billion Rising, największej w historii ludzkości globalnej kampanii na rzecz zakończenia przemocy wobec kobiet, odbywającej się w ponad dwustu krajach. Ensler jest także współzałożycielką Miasta Radości w Demokratycznej Republice Konga, rewolucyjnego centrum ofiar przemocy domowej ze względu na płeć, kształcącego przyszłe liderki.

„Monologi waginy”, najpierw jako monodram, odniosły ogromny sukces na Broadwayu i zostały określone przez „New York Times” „prawdopodobnie najważniejszym zaangażowanym politycznie tekstem teatralnym ostatniej dekady”. Książka została przyjęta równie entuzjastycznie i przetłumaczono ją na kilkadziesiąt języków. Po raz pierwszy ukazała się w Polsce w 2003 roku. Po dwudziestu latach od premiery, powstało specjalne wydanie na dwudziestolecie książki, poszerzone o sześc nowych historii. To zapis niezliczonych rozmów autorki z kobietami – szczerymi do bólu i łamiącymi wszelkie tabu. Bohaterki otwarcie opowiadają o radości, którą niesie kontakt z ciałem, dumie z kobiecości, ale i wątpliwościach, obawach i osobistych dramatach. Każdego roku w Stanach zgwałconych zostaje pięćset tysięcy kobiet. Sto milionów kobiet na całym świecie obrzezano. Przedstawicielki ofiar zabierają głos w tej ważnej książce.

Wbrew pozorom „Monologi waginy” nie są o seksie i przyjemności z niego płynącej, wręcz przeciwnie. To nie jest po prosu monolog, to nie jest po prostu sztuka, tylko potężny katalizator przemian dążących do pełnej świadomości oraz sprawiedliwości wobec kobiet. To donośny i ważny głos przeciwko przemocy wobec kobiet, gwałtom, okaleczeniom i napaściom seksualnym. „Monologi waginy” to książka-fenomen, książka-zjawisko, książka-manifest. To kultowy zbiór bezpruderyjnych i szczerych tekstów o seksualności i traumatycznych przejściach kobiet poszerzony o nowe historie. To głos w obronie kobiet, przeciwko przemocy we wszelkich postaciach; takie przesłanie potrzebne jest w Polsce akurat teraz, kiedy ich prawa są zagrożone i trzeba o tym głośno mówić. „Monologi waginy” to zarazem piękne i przerażające opowieści o kobiecości, które poruszają. Żałuję, że wcześniej nie sięgnęłam po tę książkę. „Monologi waginy” powinna stać się obowiązkową lekturą każdej kobiety.

Jeśli interesuje Was tematyka szeroko rozumianej kobiecości, to zachęcam też do lektury tych książek:

Za książkę dziękuję:

Magda Omilianowicz „Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki”

Alkoholizm w Polsce to poważna choroba, która zbiera dramatyczne żniwo. Niestety w naszym społeczeństwie to nadal temat tabu. No bo żeby od razu wyzywać od alkoholików, tego kto od czasu do czasu lubi sobie wypić? Przecież po to wynaleziono alkohol, żeby się dzięki niemu wyluzować i odstresować. Jasne, zgadzam się z tym, ale nie wtedy, kiedy niewinne picie zamienia się w cug, z którego nie da się wytrzeźwieć przez kilka dni, albo tygodni. Magda Omilianowicz w swojej książce „Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki” pokazuje, jak alkoholizm niszczy życie nie tylko alkoholików, ale przede wszystkim ich rodzin.

Alkoholizm to nie tylko zatruwanie własnego ciała i umysłu. Wiąże się z nim wiele innych czynników – przemoc, bieda, zaniedbanie. Mężczyznom picie alkoholu jakoś uchodzi płazem, nie jest tak społecznie napiętnowane. Gorzej, jeśli kobieta popada w tę chorobę, wtedy odbija się to na całej rodzinie. Kobieta ma być opiekunką ogniska domowego i ma dbać o swoją rodzinę. Najgorzej jest oczywiście, kiedy oboje rodziców popada w skrajny alkoholizm, wtedy rodzina jest totalnie rozbita. Alkoholicy zakładają maskę przekonani, że nikt się nie domyśli, że piją. Problem w tym, że tak naprawdę wiedza wszyscy – dzieci, sąsiedzi, taksówkarz czy pani z osiedlowego sklepu.

Mówi się, że każdy alkoholik musi osiągnąć swoje dno, żeby w końcu zdecydować się na leczenie. Dla jednych będzie to utrata dzieci, dla drugich zwolnienie z pracy, a dla innych wypicie szklanki denaturatu. Nie można zmusić alkoholika, żeby zaczął się leczyć. Osoba uzależniona musi sama zrozumieć, że krzywdzi nie tylko siebie, ale wszystkich wokół. Dopiero wtedy jest szansa, że wyjdzie na prostą. Leczenie i terapia odstrasza alkoholików, ponieważ uświadamiają sobie, że czeka ich bardzo ciężka praca, a świadomość, że już nigdy się nie napiją może skutecznie odstraszać i przerażać.

W książce „Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki” autorka rozmawia głównie z kilkoma byłymi alkoholikami oraz ich dziećmi. Niestety zazwyczaj jest tak, że DDA przejmują wzorce wyniesione z domu i również popadają w alkoholizm, bo nie potrafią poradzić sobie nie tylko z rzeczywistością, ale też z brutalną przeszłością. Co gorsze, bardzo często wiążą się z kimś, kto również ma problemy z alkoholem, zakłada z taka osobą rodzinę, a dzieci skazuje na takie samo cierpienie, jakie samo miał. Błędne koło się zapętla. Niestety bardzo trudno się z niego wyrwać, ale nie jest to niemożliwe.

Magda Omilianowicz rozmawia z kobietami, których życiem zawładnął alkohol oraz z osobami z ich otoczenia. To także wywiady z terapeutami, którzy od lat pomagają uzależnionym i ich rodzinom. Z tych wstrząsających wywiadów i opowieści wyłania się prawdziwy obraz Polki w szponach destrukcyjnego nałogu. Książka „Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki” to wstrząsający obraz Polek w szponach destrukcyjnego nałogu. Kiedy picie staje się uzależnieniem? Dlaczego kobiety coraz częściej sięgają po alkohol i jak postrzegają same siebie? Czy ten problem może dotyczyć także i mnie? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdują się na kartach książki Magdy Omilianowicz.

Za książkę dziękuję:

Aleksandra Michta-Juntunen „Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki”

Skandynawia jest dla mnie ciągle nieznaną krainą. Jakoś do tej pory nie było mi po drodze, żeby dotrzeć w tamten rejonu Europy. Prawda jest taka, że jestem fanką południowej części kontynentu, ale czuję, że w końcu przyszedł czas na odkrycie piękna krajów skandynawskich. Plan był taki, że w tym roku na pierwszy ogień miała iść Finlandia. Wszechświat chciał, że prawdopodobnie jeszcze przez długi czas nie będziemy mogli nigdzie się ruszyć, więc nie pozostaje nam nic innego jak podróżowanie palcem po mapie i przygotowywanie się do swojej wyprawy. Dlatego też ochoczo sięgnęłam po książkę Aleksandry Michty-Juntunen „Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki”.

Co wiemy o Finlandii? Tak naprawdę to kraj owiany tajemnicą, ale zarazem wieloma błędnymi przekonaniami. To nie jest popularny kierunek podróżniczy, więc wiedza o nim jest znikoma. Z czym kojarzy nam się Finlandia? Na pewno z Laponią i Świętym Mikołajem, z przeszywającym zimnem i śniegiem oraz z sauną i całym rytuałem związanym z saunowaniem. Tak naprawdę ten nordycki kraj ma do zaoferowania znacznie więcej. Trzeba tylko odkryć piękno tego miejsca. I właśnie Aleksandra Michta-Juntunen w swojej książce odkrywa wszystko to, co powinniśmy wiedzieć o Finlandii.

Jak samo drugie nazwisko sugeruje, autorka książki wyszła za mąż za rodowitego Fina i przeprowadziła się do tamtego kraju. Wcześniej jednak wielokrotnie podróżowała do Finlandii i poznawała tamtejszą kulturę i obyczaje.  W jej książce możemy zachwycać się pięknem fińskiej przyrody, ciszą i spokojem, pragmatycznym podejściem mieszkańców. Oswajamy się z językiem fińskim, który podobno jest nie do opanowania. Poznajemy tamtejszą kuchnię, a na końcu książki znajdziemy  apetyczne przepisy na tradycyjne fińskie dania i smakołyki. Czymże byłaby książka o Finlandii, gdyby nie wspomnieć o tym, co najcenniejsze dla tego kraju – o saunie. Autorka poświęca temu obrzędowi cały rozdział zapoznając nas z tym świętym dla Finów rytuale. Natomiast tytułowe „sisu” kojarzy się z wysiłkiem, walką samym sobą i pokonywaniem własnych słabości, a nie ładnyie opakowanym sposobem na szczęście, jak wielu może się kojarzyć.

Finlandia to fascynujący kraj. Mieszkańcy świętują tam Dzień Porażki, a dla nich nie ma złej pogody, tylko jest nieodpowiednie ubranie. To właśnie cisza jest najlepszą formą komunikowania się, a w pracy można chodzić bez butów, zaś smak cukierków „salmiakki” zna każdy. Mieszkańcy Finlandii to niezwykle zróżnicowane i wielobarwne społeczeństwo. Wbrew wszelkim stereotypom Finowie obdarzeni są niebanalnym (wręcz specyficznym) poczuciem humoru i lubią śmiać się z siebie. Niemalże każda rodzina posiada domek pośród lasu, w którym chętnie spędza weekendy i wakacje, odcięta od świata, delektując się ciszą i spokojem. Wiedzieliście, że Finlandia zajmuje pierwsze miejsce pod względem konsumpcji kawy? No właśnie, ja też nie miałam pojęcia.

„Finlandia. Sisu, sauna i salmakki” to mini kompendium wiedzy o tym fascynującym i pięknym kraju. Dlaczego mini? Bo czuję niedosyt, a chcę chłonąć więcej informacji. Chociaż autorka przekazała solidną wiedzę na temat tego państwa, to i tak mi czegoś zabrakło. Na pewno powinno znaleźć się więcej kolorowych zdjęć i mapa Finlandii z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami, o których wspomina Aleksandra Michta-Juntunen. Nie jest to jednak piękna laurka o tym kraju, autorka porusza także niewygodne i smutne fakty o kraju i jego mieszkańcach. Nie mniej jednak książkę pochłonęłam niemalże od razu. Gdyby to było możliwe, spakowałabym walizkę i poleciała do tego kraju, choćby nawet i dzisiaj. Dziękuję autorce za tę fascynującą podróż po Finlandii.

Za książkę dziękuję:

 

Paulina Młynarska „Zmierzch lubieżnego dziada”

„Zmierzch lubieżnego dziada” to zbiór felietonów, które Paulina Młynarska napisała po słynnej akcji #metoo, wywołał dużo zamieszania w wielu dziedzinach. I dobrze, bo powoli kończy się czas lubieżnych dziadów.  Książka porusza w nich wiele tematów, głównie komentuje bieżące wydarzenia z kraju, ale bardzo często ocierają się o kwestię nierównego traktowania kobiet i mężczyzn czy szowinizmu. Na swój specyficzny, dowcipny i ironiczny sposób podsumuje i komentuje naszą absurdalną codzienność.

Poza  książce pojawia się też dużo tekstów o życiu osobistym samej autorki, między innymi o jodze, traumach z dzieciństwa, drodze do wyjścia na prostą, swojej relacji z tatą oraz tym, jak długo i ciężko pracowała na swoją obecną pozycję. Po wielu życiowych perturbacjach w końcu odnalazła swoje miejsce na ziemi. Zdecydowała się sprzedać dom, w którym wykreowała piękne wspomnienia i przenieść na drugi kraniec Europy, na magiczną grecką wyspę. Chociaż nie był to łatwy krok, musiała podjąć taka decyzję – dla dobra swojego komfortu psychicznego. Teraz przez pół roku spędza w Azji na kursach jogi oraz realizuje się jako organizatorka tego typu wyjazdów dla kobiet. Poza tym nadal sukcesywnie pisze książki oraz felietony do magazynów i portali internetowych. Wydaje się, że w końcu dobiła do swojego portu.

Lubię poczucie humoru i ironiczny styl Pauliny Młynarskiej. Dobrze się to czyta. Przyznam szczerze, że taka dawka „aktualnych” (czyli sprzed 2-3 lat) wydarzeń na raz skutecznie podnosi ciśnienie. Chociaż swego czasu na bieżąco śledziłam wszystkie najnowsze informacje na temat sytuacji w kraju, to czytając je wszystkie naraz powoduje, że krew człowieka zalewa. To bardzo ważna lektura, bardzo ważny głos w dyskusji o współczesnym świecie i wartościach, którymi powinniśmy się kierować. Pokazuje, że przed nami bardzo długa droga, zanim staniemy się społeczeństwem ludzi równych, którzy dobrze czują się zarówno ze sobą, jak i z innymi.

Za książkę dziękuję:

Książki z alternatywną rzeczywistością. Co się stanie, jeśli kobiety zostaną pozbawione swoich praw?

Nie miałam w planach napisać tego posta, taka spontaniczna decyzja, miało być o czym innym. Jednak patrząc na to, co dzieje się w kraju w ostatnich dniach, nie da się siedzieć cicho. Od wczoraj na ulice wyszli przeciwnicy (bo to nie tylko kobiety strajkują) zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, która ma być dzisiaj czytana w sejmie. Jej celem jest całkowity zakaz przeprowadzania aborcji, nawet jeśli ciąża stanowi zagrożenie dla życia przyszłej matki. Jako kobieta nie mogę siedzieć cicho, bo ta ustawa uderza w moje fundamentalne prawa człowieka i pozbawia mnie prawa do decyzji o własnym zdrowiu a nawet życiu.

W związku z cała tą sytuacją, chciałam Wam przedstawić kilka propozycji książkowych, które wydawać się mogą nieco oderwane od rzeczywistości, ale prawda jest taka, że ich fabuła wcale nie jest taka niemożliwa. W tytule posta piszę „alternatywną rzeczywistością”, ale niektóre sceny opisane na kartach tych książek mogą ziścić się w najbliższej przyszłości lub dzieją się na naszych oczach. Chcecie wiedzieć, co się stanie, jeśli kobiety zostaną całkowicie stłamszone i pozbawione jakichkolwiek praw? Uprzedzam jednak, że to kawał ciężkiej, mocnej i przerażającej literatury.

Ewa Podsiadły-Natorska „Wściekłe”

Będąca u progu totalitaryzmu Polska realizuje pionierskie Programy Udoskonalania Rodziny. W Polsce rządzą tylko mężczyźni, jedyną kobietą w rządzie jest minister od spraw rodziny, która jest tylko twarzą kolejnych PUR-ów. Kwitnie propaganda. Każdy przejaw niesubordynacji jest surowo karany, a donosicielstwo nagradzane. Nad głowami latają rządowe drony, a propagandowe spoty reklamowe permanentnie robią wodę z mózgu całemu społeczeństwu. Rządząca partia polityczna pragnie przywrócić tradycyjny model rodziny, czyli sprowadzić kobietę do roli strażniczki domowego ogniska, kochającej żony i matki Polki. Prawa kobiet ograniczone są do minimum, zaś obowiązki jasno określone: rodzić jak najwięcej dzieci oraz usługiwać swoim mężom. Inaczej mówiąc: mają być inkubatorami i służącymi. Matematyka jest prosta: im więcej dzieci, tym więcej pieniędzy z rządowej kasy ląduje na ich koncie. Co więcej, gdy kobieta dobrowolnie zrezygnuje z pracy i poświęci się swojej rodzinie, dostanie dodatkowe dochody od naszego wspaniałomyślnego rządu. Brzmi znajomo?

Pojawia się jeden problem: kobiety, które się buntują panującemu systemowi. Niezamężne przedstawicielki płci pięknej są napiętnowane: nie mogą samotnie wyjechać za granicę, kupić dużego mieszkania, zameldować się w hotelu czy po godzinie 22 wyjść z domu, ponieważ na ulicach grasują bojówki. Pojawia się także plan, żeby wprowadzić rejestrację wszystkich singielek po 18. roku życia, by mieć kontrolę na panującym „problemem” i znaleźć dla nich rozwiązanie, czyli męża. Tak – według rządu singielki stanowią ogromny problem dla społeczeństwa.

Nie da się ukryć, że za kilka lat taki scenariusz jest jak najbardziej realny. Zamroczone darmową kasą społeczeństwo zapewne skusiłoby się na tego typu rozwiązania. Zresztą już widać, co się dzieje. Światem rządzi pieniądz, nieważne za jaką cenę. A jeśli przy okazji uda się uprzedmiotowić kobiety, sprowadzając je do bezmózgiego inkubatora i pokornej służącej, to będzie znakomicie. Jeśli się w porę nie ogarniemy, za kilka lat będziemy żyć właśnie w takiej Polsce. „Wściekłe” to książka kierowana do każdego racjonalnego człowieka, nie tylko do kobiet. Powinien ją przeczytać każdy, ku przestrodze.

Więcej o książce tutaj

Christina Dalchner „Vox”

Człowiek wypowiada dziennie średnio 16 tysięcy słów. Wyobraź sobie, ze żyjesz w świecie, w którym możesz wypowiedzieć ich tylko 100. Na ręku masz zaciśniętą bransoletkę, która liczy każde słowo. Przekroczenie limitu uaktywnia silny ładunek elektryczny wymierzony w dłoń. Licznik resetuje się o północy. Słowo pisane także ograniczono do minimum. Nie masz dostępu do komputera, telefonu i książek. Nie mówisz i nie możesz pisać, nawet język migowy jest zabroniony. Nie masz prawa podejmować żadnej aktywności zawodowej, a twoje córki uczą się w szkole, jak zostać przykładną gospodynią domową. Inne umiejętności są bowiem zbędne. Co więcej, związki homoseksualne kobiet to największe zło karane zesłaniem do obozu pracy. Jak odnaleźć się w takim świecie?

Christina Dalcher w swojej powieści „Vox” wykreowała przerażającą wizję świata – istnego piekła dla kobiet, która wbrew pozorom nie jest tak niemożliwa. To inteligentna i prowokująca powieść. Jest to bardzo ważny głos w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet. „Vox” pokazuje, jak mógłby wyglądać świat, w którym dominuje skrajna dyskryminacja. Poza tym powieść daje dużo do myślenia. Wydaje się, że taka wizja codzienności jest niemożliwa, a wręcz absurdalna, ale przecież historia już niejednokrotnie udowodniła, że czasem wystarczy jedynie kilka złych decyzji czy kilka złych osób, by zabić w nas wszystko to, co wrażliwe i ludzkie. Musimy mieć na uwadze co dzieje się w naszym społeczeństwie i reagować w odpowiednim momencie zanim będzie za późno.

Więcej o książce tutaj

Ninni Holmqvist „Jednostka”

Bezdzietni nie są przydatni w starzejącym się społeczeństwie. W pewnym wieku stają się zbędni. Kiedy staje się ten moment, trafiają do specjalnych ośrodków zwanych Jednostkami. Tam bezdzietny staje się użyteczny: bierze udział w badaniach naukowych, służy testom medycznym oraz stopniowo oddaje swoje organy osobom, które społeczeństwu są bardziej potrzebne. W zamian za to dożywa swoich dni w luksusowych warunkach: znakomite jedzenie, świetna opieka medyczna, bogata oferta sportowa i kulturalna. A do tego można realizować swoje pasje, poszerzać zainteresowania i bezpłatnie korzystać ze wszystkich dóbr aż do dnia ostatecznej donacji. Czy nie jest to znakomity układ dla bezdzietnych, którzy przecież są zbędni?

Gdy Dorrit przybywa do Jednostki, jest pogodzona ze swoim losem. Nie udało jej się założyć rodziny ani urodzić dzieci, straciła ukochanego psa i swój mały dom. Mężczyzna, z którym była związana, coś do niej czuł, ale postanowił, że nie będzie jej ratował. Pod koniec życia kobieta pragnie tylko odrobiny spokoju, nic więcej jej nie zostało. Sytuacja się zmienia, gdy niespodziewanie dla siebie Dorrit się zakochuje, coś w niej ożywa. Chce dla siebie szczęścia, postanawia więc dokonać zaskakującego wyboru.

To opowieść o niedalekiej, pełnej okrucieństwa przyszłości. Wizja cywilizacji, w której każdy ma odegrać narzuconą rolę aż do końca, wydaje się niepokojąco realistyczna. „jednostka” to jedna z najbardziej przerażających powieści dystopijnych ostatnich lat. W trakcie lektury tej książki nie można oprzeć się wrażeniu, że opisane w niej rozwiązania ustrojowe wzięły swój początek ze współczesnych regulacji prawnych. Sprawia to, że niepokój i groza towarzyszą czytelnikom tej opowieści i rosną z każda kolejną przeczytaną stroną.

Margharet Atwood „Opowieść podręcznej”

Wyobrażacie sobie świat, w którym płeć żeńska zostaje pozbawiona wszelkich praw? Świat, w którym kobiety traktowane są jak chodzące macice, a ich jedyną powinnością jest wydanie na świat jak największej liczby dzieci? Wyobrażacie sobie, że Wasz Pan regularnie Was gwałci, a Wasza Pani lepiej zna Wasz cykl menstruacyjny lepiej niż Wy same? Natomiast za każdy przejaw nieposłuszeństwa wobec kraju i swoich Panów grozi surowa kara. Brzmi irracjonalnie? Taki scenariusz wcale nie jest niemożliwy.

Władze Republiki Gileadu zmagając się z rekordowo niskim przyrostem naturalnym, wprowadzają w życie nowe zasady: ubezwłasnowolniają kobiety zdolne do urodzenia dzieci, oddając je na służbę rządzącym krajem komendantom. Jako podręczne mają one co miesiąc oddawać się swoim panom celem spłodzenia nowych obywateli – dzieci narodu. Po urodzeniu im potomka, zostają przekazane kolejnej rodzinie. Pod przykrywką religii i wiecznej chwały Pana, by przetrwać muszą poddać się nowym zasadom, inaczej zostaną zesłane do tajemniczej kolonii, albo ich ciała zawisną na murze, ku przestrodze innym. Muszą, choć niekoniecznie wszystkie chcą poddać się tym zasadom. Niektóre z nich rozpoczynają walkę z niesprawiedliwym systemem.

Podręczne nie są konkubinami, są chodzącymi macicami; traktowane jak zwierzęta, zadaniem których jest wydawanie na świat nowych potomków. Wszystkie wyglądają tak samo: ubrane w czerwone długie sukienki, z białymi czepkami na głowach, bez grama makijażu mają wyglądać nieatrakcyjnie, by nie wzbudzać męskiego pożądania. Książki, telewizja, gry i inne rozrywki są surowo zabronione. Jedyną ich uciechą są codzienne zakupy i spotkania z innymi podręcznymi w Czerwonym Centrum. Ubezwłasnowolnione, tracą pracę, rodzinę a nawet tożsamość. Przyjmują nowe imiona, które są damskim odpowiednikiem imienia głowy rodziny, np. Freda, Daniela czy Warrena. Akt seksualny pomiędzy podręczną, komendantem i jego żoną, nazywany inaczej ceremonią, nie ma na celu zaspokojenia potrzeb seksualnych czy czerpania przyjemności, ma charakter czysto prokreacyjny – odbywa się on w ciszy, bez żadnych emocji czy nawet dotyku. Jak wspomniałam, żona komendanta także jest obecna w trakcie aktu, co niewątpliwie dla obu pań jest upokarzającym momentem.

Opowieść Margaret Atwood jest szokującym i przerażającym obrazem przyszłości, która wcale nie jest taki niemożliwa. Patrząc na obecną sytuację w naszym kraju niewykluczone, że taki scenariusz może kiedyś wejść w życie. Czytając (i oglądając) „Opowieść podręcznej” odczuwa się wielki niepokój, ale również niewyobrażalny gniew, że można traktować kobietę jak krowę rozpłodową, a jej ciało jest tylko zwykłym inkubatorem. Jak to powiedział komendant Waterford – nie ma nic piękniejszego niż wydanie na świat nowej istoty. Poza spełnieniem obowiązku swojego gatunku nic innego nie istnieje.

Na podstawie książki Margharet Atwood powstał serial „Opowieść podręcznej„, który szczerze polecam – ku przestrodze.

Klementyna Suchanow „To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze”

Jest jeszcze jednak książka, której na razie nie przeczytałam, ale jest już w drodze do mnie. Słyszałam o niej wiele opinii. Nie jest to żadna fikcja i alternatywna rzeczywistość, ale autorka opisuje wszystkie zjawiska, które dzieją się tu i teraz, odnosząc się do tego, co wydarzyło się w przeszłości. Nie będę się o niej jeszcze wypowiadać, więc kopiuję opis wydawcy. Nie mogę się jednak doczekać, kiedy paczka z książką do mnie przyjdzie, przeczytam ją i podzielę się swoją osobistą opinią.

Czujesz się zagubiona, zagubiony w tym, co się dzieje z naszą rzeczywistością? Zaskakuje cię to, jak bardzo się upodabnia do świata „podręcznych” z powieści Margaret Atwood? Masz rację, od kilku lat dzieje się coś bez precedensu. Czytasz wiadomości z Polski, Argentyny, ze Stanów Zjednoczonych czy Włoch i widzisz te same średniowieczne pomysły, krążące niebezpiecznie szybko po całym globie. Ktoś chce ci odebrać prawo do decydowania o intymności, o twoim ciele, o tym, jak kochać i kogo, i w ogóle jak żyć.

Ta książka opowiada o źródłach tego ciemnego, fundamentalistycznego nurtu, śledzi, kto za nim stoi. Klementyna Suchanow, autorka m.in. głośnej biografii Witolda Gombrowicza, dowodzi, że tu nic nie dzieje się przypadkiem, a kobiece ciała stały się dziś przedmiotem wielkiej politycznej rozgrywki o losy świata. Równolegle „To jest wojna” opowiada historię międzynarodowego buntu kobiet. To pisany na gorąco dziennik protestów, najnowsza historia feminizmu, który narodził się na nowo w Czarny Poniedziałek 3 października 2016, kiedy Polki, przerażone pomysłem karania za aborcję, wyszły na deszczowe ulice, by walczyć o swoje prawa. A potem szybko okazało się, że muszą tak naprawdę walczyć o wszystko.

„Mówią: „to jest wojna”. Ale kto ją wygra? Im dłużej się przyglądam temu zjawisku, tym bardziej rośnie we mnie przekonanie, że wygra wolność. Dbajcie o siebie i nie dawajcie się ani cudacznym rycerzom zła, ani zwątpieniu. Do zobaczenia na ulicy.”

Lene Wold „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę”

Czym w dzisiejszych czasach jest miłość? Czy można ją zdefiniować jednym słowem? Przecież nie da się wybrać, kogo kochamy a kogo nie. Nie mamy wpływu na to, czy kochamy kobietę czy mężczyznę, tacy po prostu jesteśmy. Natomiast w Jordanii można, a nawet trzeba rozważnie lokować własne uczucia. W kraju, który szczyci się, że jest proeuropejski, liberalny, otwarty i tolerancyjny, dzieją się bestialskie rzeczy. Lena Wold w swojej książce „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę” opowiada historię miłosnego trójkąta Rahmana, Aiszy i Aminy , która skończyła się tragicznie.

Rahman to postępowy i nowoczesny muzułmanin, który nawet nie wymagał od swoich córek noszenia hidżabu. Aisza i Amina to siostry, które były niemalże nierozłączne, zawsze wszędzie razem chodziły i wszystko robiły razem. Ich życie zmieniło się w momencie, w którym do ich domu zawitała Maram. Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Aisza zapłaciła życiem za to, że zakochała się w innej kobiecie. Seks pozamałżeński oraz homoseksualizm to w religii muzułmańskiej największe przestępstwa przynoszące hańbę całej rodzinie. Natomiast zbrodnią Amina było to, że ukrywała prawdę o swojej siostrze. Jedynym sposobem na przywrócenie utraconego honoru jest zabójstwo niepokornych córek. Jakimś cudem młodszej córce udało się ująć z życiem, ale teraz musi ukrywać się z dala od swojego rodzinnego domu.

Lena jest norweską dziennikarką śledczą. Napisała tę książkę z trzech perspektyw: kata, ofiary i obserwatora. Jak sama mówi, początkowo miała to być wyłącznie historia Aminy, jednak by w móc zrozumieć temat, musiała spotkać się i porozmawiać z Rahmanem. Zależało jej, aby była to obiektywna opowieść, chociaż trudno w takiej sytuacji zachować jakikolwiek obiektywizm. Chciała wiedzieć, jakie uczucia kierują ojcem, który w imię honoru zmuszony jest zabić własne córki. Lena pracowała nad tą książką ponad 4 lata, kilkukrotnie przyjeżdżając do Jordanii, rozmawiając z wieloma ludźmi, wielokrotnie ryzykując własne życie, zgłębiając tamtejsze prawo oraz poznając prawdy głoszone przez Koran. Niejednokrotnie spotkała się z samym Rahmanem, by poznać tragiczną historię jego rodziny. Jednak tylko raz udało jej się spotkać i porozmawiać z Aminą, ukrytą gdzieś daleko w bezkresach pustyni Wadi Rum.

Swego czasu naczytałam się wielu historii kobiet, które skazane były na śmierć z rąk najbliższych, na jednak jakimś cudem udało im się przeżyć. Było to wówczas jedno z zagadnień mojej pracy licencjackiej. Szerzej o tym bestialskim obyczaju pisałam tutaj.To, co mną tym razem głęboko wstrząsnęło to fakt, że takie okrutne rzeczy nadal dzieją się w XXI-wiecznej Jordanii – w kraju, który nie tak dawno temu sama odwiedziłam. Byłam w tych wszystkich miejscach, o których pisze Lena. To, co mnie tam wtedy urzekło to oczywiście zjawiskowa Petra, cudowna pustynia Wadi Rum, ale także gościnność i przyjazne nastawienie mieszkańców tego kraju. Jak widać świetnie zachowane są tam pozory. Nigdy nie przypuszczałabym, że w kraju, który aspiruje do tego, by być europejski i jest oazą spokoju na Bliskim Wschodzie, nadal praktykuje bestialski obyczaj, jakim jest honorowe morderstwo kobiet. Szok i niedowierzanie. „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę” to wstrząsająca historia nie tylko Aminy i jej siostry, ale także o sytuacji wszystkich jordańskich kobiet.

 

Za książkę dziękuję:

Souad Mekhennet „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu”

Mówią, że wojna nie ma nic wspólnego z kobietami, tak samo jak „prawdziwe” dziennikarstwo. A przecież największymi ofiarami każdej wojny są przecież kobiety. Souad Mekhennet jest pierwszą dziennikarką zachodnich mediów, której udało się wrócić zza linii dżihadu. Dokonała niemożliwego i dowiodła, że w męskim świecie wojny i informacji jest miejsce dla kobiet.

Souad Mekhennet to niemiecka dziennikarka muzułmańskiego pochodzenia. Jako córka Marokańczyka (sunnity) oraz Turczynki (szyitki) nigdy nie miała łatwo w życiu. Żyjąc w niemieckim społeczeństwie jako potomkini emigrantów zawsze była dyskryminowana. Ja sama twierdzi, zdecydowała się zostać dziennikarką, by głosić prawdę. Już jako studentka i początkująca stażystka miała pod górkę, ponieważ nie jest „niemiecką Niemką”. Ludzie z branży ostrzegali ją, że z jej pochodzeniem i nazwiskiem nie uda jej się zagrzać miejsca na tym stanowisku i lepiej, żeby od razu zrezygnowała. Souad się nie poddała i z uporem udowodniała, że rzetelnie i obiektywnie potrafi opracować dany temat. Po zamachach z 11 września na Stany Zjednoczone postanowiła, że zacznie zgłębiać ten temat. Chciała zrozumieć, dlaczego na świecie dzieją się tak okrutne rzeczy oraz dotrzeć do źródła współczesnego dżihadu.

Souad odbyła tysiące rozmów i przeprowadziła mnóstwo wywiadów. Nie wahała się jechać w najbardziej niebezpieczne rejony świata, by zrozumieć, co się tam dzieje. W swojej książce dziennikarka dokładnie analizuje najważniejsze wydarzenia ostatnich lat. Już jako mała dziewczynka bacznie śledziła doniesienia z okupowanej Bośni, z przejęciem oglądała informacje o zamachu na World Trade Center, po wkroczeniu amerykańskich wojsk do Iraku – już jako dziennikarka – pojechała na miejsce, by z pierwszego rzędu informować o wydarzeniach. Potem dotarła do państw Afryki Północnej, kiedy ziemiami tymi zatrzęsła Arabska Wiosna, nie wahała się pojechać do bombardowanej Syrii i bacznie obserwowała narodziny samozwańczego Państwa Islamskiego. Relacjonowała także skutki zamachów we Francji, Belgii czy Niemczech. W tych ostatnich doznała osobistej straty.

„Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” to obszerna, bezstronna i rzetelna relacja z samego środka punktów zapalnych na świecie. Była to długa, trudna i niebezpieczna droga, by ta książka w ogóle powstała. Souad dotarła do źródeł konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie – odwiedziła wszystkie tereny, w których toczył się lub nadal się toczy się konflikt zbrojny, między innymi Afganistan, Jordania, Iran, Pakistan czy Syria. Przeprowadziła setki wywiadów – także z niebezpiecznymi członkami Al-Kaidy czy ISIS, wielokrotnie ryzykując własne życie.  „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” nie jest ostrzeżeniem przed islamskim fanatyzmem. To swoista analiza problematyki globalnego dżihadu. Souad to niezwykle odważna kobieta, która nie bała się dotrzeć do prawdziwego piekła na ziemi, by poznać prawdę i w subiektywny sposób się nią podzielić.

 

Za książkę dziękuję:

Joanna Godecka „Przestań się zamartwiać”

Każdy z nas ma swoje troski i zmartwienia, to całkiem zrozumiałe. Jeśli jednak w naszej głowie zaczynamy kreować czarne scenariusze, przejmujemy się każdą drobnostką, z łatwością wpadamy w histerię albo obsesyjnie roztrząsamy rzeczy, które akurat nie mają żadnego już znaczenia to znak, że dzieje się coś złego. Pora poukładać sobie pewne rzeczy w głowie i zacząć zarządzać swoimi emocjami. Z pomocą przychodzi najnowszy poradnik Joanny Godeckiej „Przestań się zamartwiać” ze specjalistycznymi poradami i ćwiczeniami terapeutycznymi.

Joanna Godecka to terapeutka, konsultantka i komentatorka zagadnień związanych z praktyką obecności, relacjami, poczuciem własnej wartości i samooceną kobiet. Od lat z powodzeniem prowadzi własny gabinet terapeutyczny, ale także udziela porad w mediach. Jest autorką trzech innych poradników z tej serii: „Bądź pewna siebie”, „Nie odkładaj życia na później” oraz „Szczęście w miłości”. Teraz w swojej najnowszej książce „Przestań się zamartwiać” przekonuje i radzi, w jaki sposób zmienić swój sposób myślenia, by raz na zawsze uwolnić się od zamartwiania się, czarnowidztwa i pesymizmu.

Nieprzyjemne napięcie, dyskomfort, przewlekły stres, nerwica natręctw, a czasem nawet oznaki fobii i ataki paniki. Lęk ma różne oblicza, ale jedno jest pewne – każde z nich jest szkodliwy dla naszego zdrowia i psychiki. Nieustanny pośpiech, nadmiar obowiązków, gonienie za czymś, obsesja perfekcjonizmu – wszystko to sprawia, że permanentny stres staje się nieodłącznym elementem naszego codziennego życia. Za dużo mamy na głowie, za dużą presję na sobie samych wywieramy, za bardzo chcemy być najlepsi we wszystkim i niezastąpieni. Praca, rodzina, dom, przyjaciele, pasje i zainteresowania – trudno połączyć te wszystkie rzeczy, żebyśmy byli spokojni, zawsze ktoś będzie poszkodowany. A to z kolei odbija się na naszym zdrowiu zarówno fizycznym, jak i psychicznym.

Złe samopoczucie, zmęczenie, rozdrażnienie, bezsenność, uleganie nałogom, depresja, rozluźnianie więzi rodzinnych i towarzyskich – to tylko niektóre przykłady przykrych konsekwencji. Nieustające zamartwianie się, lęk przed oceną i potencjalną krytyką, obsesyjne myślenie o czymś, tkwienie w przeszłości i czarna wizja dotycząca przyszłości, a także ataki paniki to podstawowe rodzaje stanów lękowych, które wielokrotnie doświadczamy w swoim życiu. Kumulacja tych wszystkich stanów emocjonalnych  jest balastem czasami trudnym do udźwignięcia. Każdy stan lękowy ma swoje podstawy, może wynikać np. z utraty stabilności majątkowej albo emocjonalnej, niesprawiedliwości, która ma ogromny wpływ na naszą samoocenę.

Joanna Godecka pisze bardzo praktyczne i życiowe poradniki. Nic w tym dziwnego, skoro zawodowo zajmuje się psychologią – możecie rzec. Prawda, ale wiele innych psychologów również tworzy tego typu książki, a one nie są już tak bardzo wartościowe. Autorka – czerpiąc doświadczenia wyniesione z własnego gabinetu – podpowiada, w jaki sposób możemy zmienić własne słabości w siłę oraz zyskać poczucie bezpieczeństwa, spokój wewnętrzny i równowagę emocjonalną. W swoim najnowszym poradniku (ale także w poprzednich) porusza tematy uniwersalne, które w dużej mierze dotyczą nas wszystkich. „Przestań się zamartwiać” to napisany w zabawny sposób, z humorem i dystansem, ale także profesjonalny poradnik, który inspiruje i motywuje do zmiany sposobu myślenia.

Tutaj linki do recenzji pozostałych książek Joanny Godeckiej:

 

Za książkę dziękuję: