Katarzyna Tubylewicz „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą”

Sztokholm to nadal nieznany mi teren. Do tej pory jakoś było mi nie po drodze, chociaż stolica Szwecji od dawna widnieje na mojej podróżniczej liście marzeń. Katarzyna Tubylewicz, która od lat mieszka w Sztokholmie, w swojej najnowszej książce pokazuje czytelnikowi zupełnie inne oblicze tego miasta.

Katarzyna Tubylewicz to kulturoznawczyni, tłumaczka języka szwedzkiego oraz pisarka. Autorka między innymi zbioru reportaży „Moraliści” oraz współautorka antologii rozmów na temat promocji czytelnictwa „Szwecja czyta. Polska Czyta”. W latach 2006-2012 pełniła funkcję dyrektorki Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Wraz ze swoim synem Danielem spędzają miesiące eksplorując nie tylko centrum miasta, ale także jego fascynujące przedmieścia. Jak sami piszą, Sztokholm to miasto pełne kontrastów, tematów tabu, ukrytych kodów społecznych i hierarchii. To fascynująca stolica, na ulicach której jest ciszej niż w pozostałych dużych miastach, to z całą pewnością nie jest ona nudna.

Ich opowieść o Sztokholmie jest inna niż wszystkie inne, które do tej pory powstały. Razem z nimi odkrywamy nie tylko nieznane miejsca, ale poznamy także ukryte fakty z historii tego miasta, miejskie snobizmy, interesujących ludzi oraz ideały (i ideologie), które miały znaczny wpływ na charakter i wygląd miasta zwanego Wenecją Północy.

Jednak „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” to nie laurka dedykowana Sztokholmowi, opiewająca doskonałość tego miasta. Katarzyna Tubylewicz porusza również ciężkie i drażliwe tematy, jak np. problem z uchodźcami, a także wspomina zamach terrorystyczny, który miał miejsce w kwietniu 2017 roku. Poza barwnymi opisami poszczególnych miejsc, znajdziemy tam również dużo kolorowych zdjęć, a także ciekawe wywiady z innymi Polakami związanymi ze Sztokholmem.

„Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” to osobista opowieść o mieście, które warto zobaczyć z innej perspektywy. W każdym słowie czuć wielką miłość Katarzyny Tubylewicz do tego miasta. Z fascynacją prowadzi nas przez klimatyczne uliczki, nietypowych dzielnicach, zielonych parkach oraz fascynujących muzeach. Chociaż autorka na każdym kroku  podkreśla, że nie jest to przewodnik, to w pewnym sensie nim jest. To osobisty przewodnik pisarki po ulubionych miejscach, które ją w sobie rozkochały. Teraz Katarzyna Tubylewicz rozkochuje czytelników w tym fascynującym mieście. Czuję się mocno zainspirowana 🙂

Za książkę dziękuję:

„Narodziny gwiazdy”

Kinowych wersji tego filmu było kilka. W najnowszej zobaczymy Bradleya Coopera i Lady Gagę w rolach głównych.
Jacksona Maine (Bradley Cooper) to gwiazdor muzyki country, który najlepsze lata swojej kariery ma już za sobą i powoli chyli się ku upadkowi. Pewnego wieczoru, w nietypowym barze poznaje Ally (Lady Gaga), która ma ogromny talent muzyczny, ale brak jej pewności siebie. Między muzykami wybucha płomienny romans. Jack nakłania Ally do wyjścia z cienia i pomaga jej osiągnąć sławę. Jednak gdy kariera dziewczyny rośnie w zawrotnym tempie i przyćmiewa dokonania Jacka, jest mu coraz trudniej poradzić sobie z własną gasnącą gwiazdą. Coraz bardziej zatraca się w alternatywnej rzeczywistości i boryka z demonami przeszłości. Czy uda mu się je pokonać?
Fabuła filmu jest prosta, schematyczna, banalna i przewidywalna. Jak dla mnie akcja za szybko się rozwinęła. W jednej chwili bohaterowie się poznają, ona dopiero układa sobie w głowie przebojową piosenkę, by za chwilę on ją na scenie zaśpiewał. Trzeba jednak przyznać, że cała oprawa muzyczna jest na bardzo wysokim poziomie, co jest ogromnym plusem. Chemia miedzy aktorami również jest widoczna. Para wypada rewelacyjnie zarówno w kameralnych, intymnych scenach jak i podczas występów przed tysiącami słuchaczy.
Nie lubię Lady Gagi. Dla mnie to sztuczna lalunia, a jej piosenki są po prostu durnowate. Co prawda talentu muzycznego nie można jej odmówić, ale za to z częścią aktorską jest tragicznie. Wykreowała pozbawioną klasy dresiarę, która bije się w barze z facetami. Według mnie jest mierną aktorką, a w tym filmie zagrała sztucznie. Jej mimika twarzy (z napompowanymi ustami na czele) co rusz sprawiała, że miałam ochotę wyłączyć ten film. Nie wspomnę już o tym, że jeszcze bardziej ją oszpecili pomimo, że urodą na co dzień nie grzeszy. Bradleya Coopera również nie darzę jakimś szczególnym uznaniem. Co prawda pod względem aktorskim nie można mu niczego zarzucić, bo jest dobrym artystą, ale nie znajduje się w gronie moich ulubionych aktorów. Co prawda widać chemię na ekranie między Cooperem a Gagą, ale mimo to nie przekonali mnie do siebie.
Pewnie będę jedną z niewielu osób, którym najnowsza wersja „Narodzin gwiazdy” nie przypadła do gustu. W trakcie, gdy wszyscy rozpływają się nad filmem i pieją z zachwytu, dla mnie ta historia była po prostu nudna i przede wszystkim – przewidywalna. Przyznam, że miałam duże oczekiwania, chociaż nie wiem, czy powinnam wiedząc, że Lady Gaga zagra w nim główną rolę. Cieszę się, że nie poszłam do kina i nie wydałam pieniędzy na bilet.

Och-Teatr: „8 kobiet”

Co się stanie, gdy  osiem kobiet o zupełnie różnych osobowościach spotka się w jednym miejscu? Taka mieszanka wybuchowa może niespodziewanie eksplodować w każdej chwili.

Odcięty od świata dom na pustkowiu. Osiem kobiet: matka, żona, szwagierka, siostra, dwie córki, dwie pokojówki – podejrzanych jest o zabójstwo pana domu. Każda z nich ma motyw, by zabić, ale z drugiej strony każda ma alibi. Każda z nich jest zupełnie inna: Luiza (Paulina Chruściel) to nowa pokojówka, która ma nadzieję na płomienny romans z panem domu; Gabi (Katarzyna Gniewkowska) – żona Marcela, stanowcza i temperamentna pani domu trzyma w ryzach pozostałe mieszkanki; Starsza Pani (Elżbieta Jarosik) seniorka rodu skrywa w tajemnicy nie tylko pieniądze; Zuza (Weronika Warchoł) starsza córka Gabi wraca do domu z kilkumiesięcznej podróży razem z wielką niespodzianką; Augusta (Izabela Dąbrowska) hipochondryczna i wiecznie nieszczęśliwa siostra Gabi to nie takie niewiniątko, na jakie wygląda; Maria (Maria Seweryn) to oddana pokojówka, która jak się okazuje nie jest tak lojalna jak wszyscy sądzą; Patrycja (Anna Smołowik) jako znienawidzona siostra Marcela swoją niespodziewaną obecnością wprowadza jeszcze więcej zamieszania; Katarzyna (Zofia Domalik) to młodsza córka Gabi, zbuntowana nastolatka, ale to ona wydaje się być najrozsądniejsza z nich wszystkich. Kobiety, próbując rozwiązać zagadkę tajemniczej śmierci, zaczynają prowadzić pełną zaskakujących zwrotów akcji, zabawnych dialogów, błyskotliwych ripost i kąśliwych uwag grę. Jakie sekrety zdemaskuje?

Najnowszy spektakl „8 kobiet” można oglądać na deskach Och-Teatru. To zabawna komedia, ale łącząca zarazem elementy grozy i dreszczyku emocji z ośmioma, jakże różnymi kobietami. To prawdziwy festiwal osobowości. Każda z nich reprezentuje różne pokolenie i różne poglądy na  życie. Aktorkom na scenie towarzyszy zespół muzyczny w składzie: Michał Łamża, Wojciech Gumiński i Szymon Linette.

„8 kobiet” w reżyserii Adama Sajnuka to spektakl, który łączy elementy powieści kryminalnej w stylu Agaty Christie, z komedią i melodramatem. Jest także, a może przede wszystkim, opowieścią o różnych typach, wymiarach i tajemnicach kobiecości. Osiem kobiet i osiem niesamowitych aktorek na scenie.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Zapiski podróżne: Uzbekistan

Uzbekistan nie widniał długo na mojej podróżniczej liście marzeń. Właściwie pojawił się na niej w czasie mojej zeszłorocznej wyprawy do Kazachstanu, w trakcie której poznałam dużo Polaków odbywających podróż po całej Azji Centralnej. Opowiadali oni, że kraj jest niesamowity, a Uzbecy są jeszcze bardziej przyjaźnie nastawieni niż Kazachowie, w co nie chciało mi się wierzyć. Właśnie wtedy powstał plan na 2019 rok: kierunek Uzbekistan.

Od początku tego roku mną miotało, jakby tu zaplanować wyprawę, ale żeby nie wydać miliona monet. Dostałam wręcz jakiejś obsesji, kombinowałam, myślałam, bo dostać się do Uzbekistanu nie było tak łatwo: mnóstwo formalności, dodatkowych opłat i papierkowej roboty, a ceny biletów lotniczych były astronomiczne. Zastanawiałam się nawet, czy nie pojechać na jakąś zorganizowaną (!) wyprawę. Aż tu nagle, 1 lutego 2019 roku świat obiegła informacja, że wizy i zaproszenia do Uzbekistanu zostały zniesione! To był znak od niebios, że powinnam działać. Kilka dni później kupiłam bilety i powoli planowałam swoją wojażkę.

Mój początek w tym kraju nie należał do najprzyjemniejszych. W podróży spędziłam 24 godziny i odbyłam 3 loty tego samego dnia. Kilka dni przed przyjazdem, poprosiłam w hostelu o transfer lotniskowy, bo miałam przylecieć dosyć późno, około godziny 23:00. Normalnie nie używam tego typu środków, bo zawsze korzystam z komunikacji miejskiej, ale za 5$ i po całym dniu podróży zdecydowałam – niechaj będzie, zafunduję sobie ten „ekskluzywny” przejazd. Hostel odpisał mi, że z wielką radością wyśle samochód i ktoś będzie na mnie czekać z karteczką z moim imieniem i nazwiskiem. „Wow! Jak na filmach amerykańskich” – pomyślałam. Uradowana wyszłam z lotniska i skierowałam się w stronę zbiorowiska natrętnych taksówkarzy, którzy od razu mnie osaczyli, oferując swoje usługi. Nieco zdenerwowana i zdezorientowana musiałam na siłę ich odpychać i z „lekką” nutką irytacji oznajmić, że nie jestem zainteresowana, bo ktoś na mnie czeka. Rozglądając się dookoła i patrząc, jak kolejni kierowcy z piskiem opon odjeżdżali z tłumem turystów, a ja prawie sama stojąc pośrodku z walizą zdałam sobie sprawę, że osoby trzymającej kartkę z moim imieniem nie ma. Wpadłam w panikę, bo nawet nie sprawdziłam alternatywnego dojazdu (co ZAWSZE robię), a bez miejscowego internetu nic nie zdziałam. „No to pięknie, nocuję dzisiaj albo na lotnisku, albo na ulicy” – pomyślałam. W ostatniej chwili złapałam ostatniego taksówkarza i desperacko zapytałam za jaką kwotę zawiezie mnie pod wskazany adres. Nie mając wyboru wpakowałam bagaż do samochodu i ruszyliśmy w kierunku hostelu. Trafiłam na pana w podeszłym wieku, który nawet w okularach nie był w stanie przeczytać literek na potwierdzeniu mojej rezerwacji. Poprosił o przeczytanie adresu, a że ja nie umiem czytać płynnie po rosyjsku, powstała tragikomiczna sytuacja. W takim razie poprosił o podanie numeru telefonu, to zadzwoni do hostelu i sam ustali gdzie to jest. Podyktowałam numer, ale po drugiej stronie słuchawki nikt nie odbierał, a nawet słychać było dźwięk: nie ma takiego numeru.Wpadłam w panikę, ale kierowca zachował zimną krew. Powiedział, że podjedziemy do jakiegoś innego hotelu, to oni mu tam wszystko wytłumaczą. Siedząc w pustym samochodzie i czekając na starszego pana, rozpłakałam się jak dziecko. Pierwszy raz w życiu przestraszyłam się nie na żarty. Po całym dniu podróży, zmęczeniu, niewyspaniu i głodu, będąc samej w obcym kraju, ba – na innym kontynencie, w obcej kulturze, pierwszy raz w trakcie podróży puściły mi nerwy. Zawsze staram się zachować zimną krew, ale tym razem totalnie się rozkleiłam. Na szczęście taksówkarz dodzwonił się do mojego hostelu i wytłumaczyli mu, jak ma dojechać. Właściciel, widząc mnie zapłakaną przepraszał mnie potem przez dwa dni. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo próbuję wyprzeć z pamięci ten nieprzyjemny incydent. Na szczęście potem było tylko lepiej, ale o tym napiszę niebawem 🙂 Póki co, mam kilka przemyśleń związanych z Uzbekistanem, którymi chciałam się z Wami podzielić.

Uzbecy mówią po angielsku

Po zeszłorocznym pobycie w Kazachstanie i komunikacją w języku polsko-rosyjsko-kazachskim, przeplatanym z językiem ciała, nastawiłam się, że i tutaj będzie identycznie. Wychodząc z założenia, że skoro tam dałam radę się dogadać, to i w Uzbekistanie również sobie poradzę. A tu wielkie zaskoczenie, bo nie musiałam się wysilać – w Uzbekistanie mówią płynnie po angielsku! Na początku był szok i niedowierzanie, potem zaprzeczenie, aż wreszcie akceptacja i wielka radość 🙂 Spokojnie można się tam dogadać po angielsku w sklepie spożywczym, na bazarze, w restauracji czy nawet w aptece, co w tej części świata wcale nie jest takie oczywiste. Nawet jeśli ktoś nie umie mówić, chociaż rozumie prawie wszystko, to woła np. kolegę ze straganu obok albo 10-letnią wnuczkę, by przetłumaczyć konwersację.

Uzbecy są bardzo mili i pomocni

Już w Kazachstanie myślałam, że nie ma milszego narodu. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że jest – w Uzbekistanie. Mieszkańcy tego kraju są nie tylko bardzo gościnni, ale również uprzejmi i gotowi w każdej chwili pomóc. Widząc samotnie spacerującą białą turystkę, sami podchodzili i zagadywali, czy czegoś nie potrzebuję albo czy się nie zgubiłam. Co więcej, ludzie dawali mi rzeczy za darmo! Mój ząb mądrości postanowił o sobie przypomnieć akurat w trakcie mojej podróży życia, w związku z tym zmuszona byłam udać się do apteki po jakieś maści i żele. Farmaceutka dała mi w prezencie (chociaż usiłowałam zapłacić) chusteczki antybakteryjne do rąk, żebym koniecznie od razu zaaplikowała sobie maść. Z kolei sprzedawca na jednym straganie, zagadując mnie skąd jestem i co tutaj robię stwierdził, że chciałby mi coś podarować na pamiątkę i mam sobie coś wybrać z jego asortymentu. Po kilkuminutowej zażartej konwersacji, że nic nie chcę, albo zapłacę za tę rzecz, wybrałam sobie pocztówkę.

W Bucharze trafiłam na przemiłego właściciela hostelu, który na wieść, że mam problem z zakupem biletu pociągowego do Samarkandy, postanowił wkroczyć do akcji. Zadzwonił na stację z zapytaniem czy są bilety na ten konkretny pociąg, po czym nie pytając mnie o zdanie, zamówił taksówkę, wpakował mnie do samochodu i pojechał ze mną kupić ten bilet. To nic, że w hostelu czekała spora grupa turystów na zameldowanie, on powiedział, że jeśli nie pojedziemy od razu, to bilety się wyprzedadzą i zostanę w Bucharze. A że ja nie mówię po rosyjsku, on wszystko załatwił, ja tylko zapłaciłam. Prawda, że anioł? 🙂

Dla wszystkich byłam Rosjanką

Każdy, dosłownie KAŻDY, kogo napotkałam na swojej drodze myślał, że pochodzę z Rosji. Nie lubię być porównywana do Rosjanek, chociaż powinnam już do tego przywyknąć. Wszędzie, gdzie nie podeszłam, czy to na straganie z pamiątkami, czy w restauracji, czy na ulicy i lotnisku zawsze ktoś zagadywał mnie po rosyjsku. Co zrozumiałam, to zrozumiałam, ale gdy wdawał się w głębszą konwersację, od razu uprzedzałam, że nie mówię w tym języku. Zawsze padała odpowiedź: „Och, wybacz, myślałam/em, że jesteś Rosjanką, bo tak wyglądasz”. Gdy mówiłam, że pochodzę z Polski, następowało powszechne oburzenie, no bo jak to tak – z Polszy i nie gawari pa ruski?!? O ile na początku wspólne heheszki, uśmieszki i tłumaczenie, dlaczego Polka nie mówi po rosyjsku było zabawne, o tyle pod koniec mojego pobytu miałam ochotę ich wszystkich rozszarpać. Ja wiem, że dla niektórych Rosja jest całym wszechświatem, ale czasy, w których obywatele mieli obowiązek nauki rosyjskiego w szkołach, dawno już minęły.

Przechodzenie przez ulicę to sport ekstremalny

To chyba sport narodowy Uzbeków. Żeby przejść przez ulicę trzeba posiadać umiejętności godne superbohaterów. Nawet przemierzając jezdnię na zielonym świetle na pasach trzeba biec, bo światło zmienia się z zawrotną prędkością. Czasami nawet samochody ruszają jeszcze na czerwonym sygnale. A co, jeśli świateł nie ma w pobliżu? Ano, trzeba cierpliwe czekać na swoją kolej, aż jakiś uprzejmy kierowca raczy się zatrzymać. Może to potrwać nawet i godzinę. Wiem to z autopsji – tyle zdarzyło mi się czekać na łaskę, prażąc się w piekielnym skwarze uzbeckiego słońca.

Linia lotnicza Uzbekistan Airways jest całkiem przyzwoita

Przyznam szczerze, że miałam obawy, żeby wsiąść na pokład lokalnych linii lotniczych. Głównie z tego względu, że najwięcej katastrof następuje właśnie na regionalnych trasach, samolotami podrzędnej klasy. Za każdym razem wsiadałam do samolotu z duszą na ramieniu, bo nie wiedziałam jaki czeka mnie los. Mimo wszystko zdecydowałam się na podróż Uzbekistan Airways przede wszystkim ze względu na ograniczony czas, a jak wiadomo, podróż samolotem jest szybka. Odbyłam łącznie 5 lotów tą linią i nadal żyję 🙂 Co więcej, uważam, że to całkiem przyzwoita linia lotnicza, z profesjonalną obsługą, monitorami pozwalającymi śledzić trasę lotu, a także zapewnia nawet niewielki darmowy poczęstunek. Uzbekistan Airways lata do wielu miejsc w kraju, wszystkie główne miasta znajdują się na trasie, a loty trwają około godziny. Za swoje bilety (z miesięcznym wyprzedzeniem) zapłaciłam ok. 60 zł za każdy. Jest to więc znaczna oszczędność czasu i pieniędzy 🙂

Uzbekistan to bezpieczny kraj

Na kilka dni przed wyjazdem zawładnął mną stres i panika, ale to żadna nowość. Miałam obawy (jak zawsze z resztą), że może samotna podróż blondwłosej białaski na inny kontynent, do innej kultury nie była najlepszym pomysłem. Teraz śmiem stwierdzić, że Uzbekistan jest bardzo bezpiecznym krajem. Ulice i okolice najważniejszych zabytków patroluje policja turystyczna, która dba o bezpieczeństwo przyjezdnych. W razie jakiejkolwiek nietypowej sytuacji, w każdej chwili można zgłosić incydent. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Zdarzyło mi się parokrotnie wracać do hostelu po zmroku, ale nawet wtedy nie odczuwałam żadnego zagrożenia. Nawet sprzedawcy pamiątek na ulicy w Khivie nie chowali swojego towaru na noc – stragany były pełne i nikt nawet nie odważył się wyciągnąć ręki. O tym, że jestem panikarą niejednokrotnie już wspominałam, ale powinnam się jednak jakoś ogarnąć i utemperować swoją wyobraźnię 🙂 Pomimo histerii przed samym wyjazdem, wróciłam w jednym kawałku, cała i zdrowa, z obiema nerkami, a na dodatek zachwycona i szczęśliwa 🙂

Najazd zagranicznych turystów

Nie wiem co się stało, ale chyba po zniesieniu wiz nastąpił najazd zagranicznych turystów. Dosłownie tłumy ciekawskich urlopowiczów napływało do miast każdego dnia, atakując i osaczając każdy zabytek. Hiszpanie, Polacy, Portugalczycy, Azjaci, Niemcy… Multi – kulti pełną gębą. Sądziłam, że napływ turystów nastąpi za kilka, kilkanaście miesięcy. W maju nawet się sezon jeszcze nie zaczyna, nawet nie chcę wiedzieć, co się dzieje później!

Jest czysto i spokojnie

Muszę przyznać, że dawno nie miałam tak przyzwoitych warunków w hostelach. Było schludnie, przytulnie i przede wszystkim – czysto! Na ulicach nie widziałam żadnych śmieci, nawet bezpańskie psy się nie błąkały. Nie widziałam tam żadnego bezdomnego, żadnego kloszarda, nikt do mnie nie podszedł i nie poprosił o pieniądze. Nikt mnie nie zaczepiał w nieprzyjemny sposób i nikt nie gwizdał za mną na ulicy. Nie spotkałam pijanych ludzi na ulicy, nawet nie widziałam nikogo z butelką alkoholu w ręce w miejscu publicznym. Jeśli Uzbecy piją, to robią to w bardzo dyskretny sposób.

Jedzenie jest ciężkostrawne

Będąc w podróży zawsze próbuję lokalnej kuchni i tradycyjnych produktów. Tak również było i w tym przypadku. Kuchnia uzbecka obfituje w grillowane mięso, tłuste makarony noodle oraz (ku mojemu zaskoczeniu) różnego rodzaju pierogi. Nie mówię, że jedzenie było niedobre, wręcz przeciwnie, jednak taka ilość tłuszczu dała się we znaki mojemu organizmowi. Już po trzech dniach mój żołądek wołał o coś lekkostrawnego, a pod koniec wyjazdu jadłam już tylko sałatki warzywne 🙂 Za to śniadania były przepyszne, „na bogato”, a te z widokiem na miasto smakowały najlepiej 🙂

Tamtejsi panowie są bardzo kulturalni 🙂

Muszę przyznać, że panowie w Uzbekistanie są bardzo dżentelmeńscy. Miałam okazję (nie nazwę tego przyjemnością) przemieszczać się komunikacją publiczną, co było, hmmm… ciekawym doświadczeniem. Ledwo wsiadłam do autobusu, a pewien młodzieniec do razu wzdrygnął się i pospiesznie udostępnił mi swoje miejsce siedzące… Tak – pierwszy raz w życiu ktoś ustąpił mi miejsca  😀 Zawsze sądziłam, że ten moment nastąpi za jakieś 40-50 lat, a tu taka niespodzianka 😀

Uzbecy nie żerują na turystach

Może śmiesznie to zabrzmi, ale Uzbecy nie czyhają tylko na pieniądze naiwnych turystów. Oczywiście zdarzają się i tacy, ale są w znacznej mniejszości. W kraju oficjalną walutą jest uzbecki sum, 100000 som to w przeliczeniu ok. 10 euro. Wymieniając tamtejsze pieniądze warto mieć ze sobą jakiś neseser na pokaźny zastrzyk gotówki. Niejednokrotnie od tych zer kręciło mi się w głowie i kilkanaście razy przepłaciłabym za obiad czy bilet wstępu do muzeum. Zamiast kilku tysięcy, rzucałam na ladę setkami tysięcy. Za każdym razem reakcja była taka sama: kelner/kasjer łapał się za głowę i mówił: „Madam, to zdecydowanie za dużo!”. Po czym brał wyznaczoną kwotę, a resztę pieniędzy oddawał. Za każdym razem nie mogłam uwierzyć, że w tak łatwy sposób mogłam od razu pozbyć się swojego „majątku” 🙂 W innym kraju, w innej kulturze, sprzedawca/kelner wziąłby pieniądze od nieświadomej turystki, nawet by się nie zająknął, że to za dużo i cieszył w duchu, że zdobył ekstra „napiwek”.

Natalia Budzyńska „Dzieci nie płakały”

Wyobraź sobie, że przeglądając dawne zdjęcia rodzinne odkrywasz, że jeden z członków rodziny był zbrodniarzem wojennym, okrutnym katem, który dokonywał przerażających rzeczy i eksperymentował na niewinnych ludziach w obozach zagłady, jak np. Auschwitz. Takiego odkrycia dokonała Natalia Budzyńska, która w swojej książce „Dzieci nie płakały” opisuje dzieje jej wuja, lekarza-kata Alfreda Trzebinskiego.

Doktor Alfred Trzebinski w 1932 roku wstąpił do SS, a rok później został członkiem NSDAP, zapominając o polskim pochodzeniu swojego ojca. W 1941 roku został lekarzem w Auschwitz, potem na Majdanku, a w końcu w Neuengamme. W 1946 roku skazano go na karę śmierci przez powieszenie. Trybunałem najbardziej wstrząsnął udział Trzebinskiego w egzekucji dwadzieściorga żydowskich dzieci, które powieszono tuż przed wyzwoleniem obozu, by ukryć, że były poddawane okrutnym eksperymentom medycznym.

Zabawne, że pod koniec życia, w trakcie procesu Alfred Trzebinski uważał, że jest niewinny, niczego złego nie zrobił, a sam stał się ofiarą systemu. Tłumaczył się, że musiał wykonywać wszystkie rozkazy, inaczej sam straciłby życie. Nie poczuwa się do winy zabójstwa tych dzieci, a nawet był przekonany, że pomógł im umrzeć szybko i bezboleśnie. Uważał, że niesłusznie został skazany, nie rozumiał, do jakiego zła doprowadziła nazistowska ideologia. Przebywając na terenie brytyjskiego obozu jenieckiego z oburzeniem porównywał warunki tam panujące do tych w Auschwitz. Na chwilę przed śmiercią decyduje się napisać pamiętnik adresowany do jego ukochanej, maleńkiej córeczki. Przez cały czas nie wychodzi z roli nazisty. Prosi również córkę, żeby zachowała czystość rasy i krwi, by na ojca swoich dzieci wybrała Aryjczyka. List kierowany do swojego dziecka ozdabia swastykami i starożytnymi runami. Kiedy go wieszają, jego ostatnie słowa brzmią: „Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.

Przyznam szczerze, że książkę musiałam czytać partiami. Chociaż tak bardzo interesująca i wciągająca, musiałam ja sobie dawkować. Przerażające opisy zbrodni, których dokonywali nazistowscy lekarze w obozach zagłady skutecznie podnoszą ciśnienie krwi i na długo zapisują się w pamięci. Natalia Budzyńska, czytając pamiętnik wuja esesmana, próbuje zrozumieć jego motywację. Przede wszystkim jednak przywraca pamięć o zamordowanych dzieciach – niemych, niemal zapomnianych ofiarach. Książka jest wstrząsająca i przerażająca, ale to pozycja, którą powinno, a nawet trzeba przeczytać.

Za książkę dziękuję:

„Cała przyjemność po stronie kobiet”

Bycie kobietą nigdy nie było łatwe, nie jest łatwe i zapewne nigdy nie będzie łatwe. Niezależnie, w jakim kraju żyjemy, jaką religię wyznajemy czy w jakiej kulturze zostałyśmy wychowane. Kobiety na całym świecie żyją pod wielką presją społeczeństwa, które na każdym kroku dyktuje warunki, ocenia i potępia ich nieszablonowe zachowania.

Tak właśnie jest z bohaterkami filmu dokumentalnego „Cała przyjemność po stronie kobiet” („#Female Pleasure”) w reżyserii Barbary Miller. To niezwykle odważne kobiety, które wypowiedziały sprzeciw wobec posłuszeństu patriarchatowi. Rokudenashiko, japońska artystka, staje przed sądem za wydruki 3D swojej waginy. Deborah Feldman, ucieka wraz ze swoim synem z ortodoksyjnej społeczności chasydów na Brooklinie, by móc decydować o swoim losie. Leyla Hussein prowadzi w Londynie warsztaty dla sudańskich kobiet, by uświadomić im piekło, na jakie skazują swoje córki. Doris Wagner opowiada o molestowaniu przez księdza. Vithika Yadov uświadamia młodych Hindusów o kobiecej przyjemności seksualnej.

Każda z nich została wychowana w innej kulturze i wyznaje inną religię. Łączy je jedno: wszystkie są kobietami, które same nie mogły zadecydować o swoim losie. Rokudenashiko, kontrowersyjna artystka (według japońskiego społeczeństwa) nie potrafi zrozumieć, dlaczego kobieca wagina to temat tabu, podczas gdy Japończycy hucznie celebrują święto ku czci fallusa. Leyla Hussein, która w dzieciństwie sama została obrzezana (tutaj szerzej o tym pisałam), każdego dnia uświadamia inne kobiety, by nie wyrządzały krzywdy swoim córkom. Nie ma łatwego zadania, bo nie tylko kobiety trzeba przekonać, by zaprzestały tego barbarzyńskiego „obrządku”, ale przede wszystkim musi wpłynąć na mężczyzn, którzy tak naprawdę nie mają pojęcia, z czym wiąże się obrzezanie. Deborah Feldman została wygnana i okryta hańbą przez żydowskie społeczeństwo, ponieważ nie chciała być tylko maszynką do rodzenia dzieci. Jej własna rodzina namawia ją, by popełniła samobójstwo, wówczas oni z wielką radością zatańczą na jej grobie. Doris Wagner przed laty wstąpiła do zakonu, by poświecić życie i duszę Bogu. W trakcie przebywania w rzymskim seminarium, wielokrotnie została gwałcona przez księdza – swojego przełożonego, ale to ona musiała udźwignąć ciężar społecznej presji i oskarżeń. Natomiast Vithika Yadov, załozycielka portalu „Love Matters” uświadamia młode społeczeństwo, że uczucie pomiędzy dwiema osobami jest bardzo ważne, ślub powinien być brany z miłości, a nie aranżowany przez rodzinę. Nie godzi się na molestowanie i przemoc wobec kobiet i otwarcie toczy wojnę z hinduskim systemem obyczajowym.

Historie tych kobiet są wstrząsające. Zabawne, że o kobiecej seksualności od wieków decydują mężczyźni, a co więcej – mają obsesję na jej punkcie. Z jednej strony żądają, żeby kobieta była cnotliwa, potulna i skromna, ale z drugiej zaś pragną, żeby była wyuzdana i posiadała umiejętności niczym gwiazda z filmów porno. To właśnie ze względu na nich, kobiety robią okrutne rzeczy nie tylko sobie, ale również innym kobietom. Decydują się na bestialskie zabiegi, bo ślepo wierzą, że jeśli tego nie zrobią, nigdy w życiu nie znajdą sobie męża i zostaną wykluczone przez społeczeństwo.

Na całym świecie wciąż istnieje przyzwolenie na kulturę gwałtu, podrzędność kobiet w strukturach władzy największych religii, przekonanie o obsceniczności wizerunku waginy w przestrzeni publicznej (wobec całkowitej neutralności penisa) czy instytucję obrzezania kobiet. Na całym świecie miliony kobiet są wciąż okaleczane, gwałcone, molestowane czy karane, bo to mężczyźni decydują w ich imieniu.

Kiedy skończy się ta paranoja? Reżyserka dokumentu „Cała przyjemność po stronie kobiet” i jej bohaterki nie oceniają postaw społecznych – pokazują ułomności patriarchalnego układu sił, zakłamania społecznego i braku świadomości, którą swoją pracą u postaw, aktywizmem i działaniami edukacyjnymi próbują zmienić.

Film dokumentalny o pięciu aktywistkach w reżyserii Barbary Miller został wybrany najlepszym filmem 16. edycji Millennium Docs Against Gravity według publiczności. To film, który powinien obejrzeć każdy z nas, ale przede wszystkim powinien dotrzeć do świadomości każdego mężczyzny.

Tutaj link do strony #FemalePleasure.

Szczecin: Be Happy Sweet Art & Illusion Museum

Podobno szczęścia nie można kupić. Nieustannie za nim gonimy, tak naprawdę nie wiedząc, czym ono dla nas jest. Mówią, że szczęście jest bezcenne i nie łatwo je odnaleźć. Bzdura, bo można kupić bilet do Muzeum Szczęścia, a to prawie to samo 🙂 W sumie przez przypadek odkryłam, że jest takie nietypowe miejsce w odległym Szczecinie. Od razu jednak wiedziałam, że to jeden z głównych punktów mojego weekendowego wypadu do tego miasta. Zabawne, jak kawałek kolorowego plastiku może wywołać taką dziecięcą radość 🙂 Eksplozja endorfin gwarantowana, uśmiech nie schodził mi z twarzy przez dwa dni. Dlatego też niezwłocznie musiałam się z Wami podzielić wrażeniami z tego magicznego miejsca.

Be Happy Museum to miejsce gdzie marzenia się spełniają a wyobraźnia zamienia się w słodkie i kolorowe doznania. To miejsce, gdzie iluzja wprawia w osłupienie i rozbawia do łez. Misją tego miejsca jest kultywowanie szczęścia, dzielenie się dobrymi wspomnieniami i uczynienie świata jeszcze bardziej słodkim!

Już na samym wejściu wita nas lada pełna pachnących słodyczy i kolorowych gadżetów. Dalej jest tylko lepiej. Wszechobecny róż doprowadził mnie do eksplozji szaleństwa i radości. Jako, że mam obsesję na punkcie tego koloru (to mój ulubiony), czułam się tam wspaniale, jakbym znowu miała 10 lat.

W kolejnych pomieszczeniach spotkamy takie osobistości jak flamingi, jednorożca czy też zmienimy się w piękną lalkę Barbie z limitowanej kolekcji. Możemy „popływać” w basenie wypełnionym piankami Marshmallow, pobujać się na bananowej huśtawce, zawisnąć na bambusie ze słodką pandą czy zakręcić kołem fortuny.

Jak trafić do Be Happy Museum?

Muzeum znajduje się w centrum Szczecina, 100 m od C.H. KASKADA. Dokładny adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 3-4

Jednak Szczecin to nie tylko Be Happy Museum, to również przepyszne jedzenie. Chciałam Wam polecić kilka knajpek z obłędnym jedzeniem. Ja na samo ich wspomnienie dostaję ślinotoku 🙂 Pragnę na wstępie zaznaczyć, że przyjeżdżając do Szczecina pragnęłam rozkoszować się smakiem najróżniejszych ryb i innych morskich stworzeń. Dlatego też, jeśli ktoś nie jest miłośnikiem tego typu dań, muszę go rozczarować, bo skupiłam się na konkretnych kulinarnych doznaniach 🙂 Jeśli kiedyś będziecie w stolicy województwa Zachodniopomorskiego i chcecie spróbować dobrych dań rybnych, koniecznie idźcie do tych restauracji. Zlokalizowane są w centrum miasta, więc łatwo można je odnaleźć.

Paprykarz

Z czym najbardziej kojarzy się Szczecin? Oczywiście z paprykarzem! Szczerze przyznam, że nigdy nie byłam jakąś wielką fanką tego smakołyku. Od czasu do czasu zajadałam się nim, głównie w trakcie niskobudżetowych wakacji w czasach liceum 🙂 Dawno też nie jadałam paprykarzu, ale skoro przejechałam taki kawał drogi, grzechem byłoby nie spróbować tego regionalnego przysmaku. I wiecie co? Doznałam kulinarnego orgazmu, a to był dopiero początek kulinarnej rozpusty 😀 Na danie główne zamówiłam tagiatelle z krewetkami w sosie ziołowym, zaś Aga wybrała pieczoną rybę. Prawda, że apetyczne? 🙂

Adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 42

Spiżarnia Szczecińska

Weszłyśmy tam z lekką nutą niepewności. Na piętrze restauracja świeciła pustkami, a to nie zachęcało do stołowania się tam. Na szczęście to w podziemiach ukryła się cała magia tego miejsca. Na przystawkę zamówiłyśmy paprykarz z żelem z kiszonych ogórków i przyznaję, że był on jeszcze lepszy niż w „Paprykarzu” 🙂 Tym razem byłyśmy zgodne, bo danie główne wybrałyśmy takie samo: rybę z puree z białych warzyw w sosie z zielonej herbaty. Brzmi egzotycznie, tak też smakowało. Pierwsze wrażenie: dziwne, bo sos był słodki. Jednak z każdym kolejnym kęsem smakowało nam coraz bardziej, a na sam koniec stwierdziłyśmy, że jednak było pyszne 🙂

Adres: plac Hołdu Pruskiego 8

Bananowa Szklarnia

Na śniadanie udałyśmy się do uroczego miejsca, nieopodal „Paprykarza”. Knajpka specjalizuje się w śniadaniach, które serwowane jest przez cały dzień. Wszystkie pozycje w menu wyglądały smakowicie, dlatego też miałam dylemat, co wybrać. Po długim namyśle zdecydowałam się (w końcu) na placuszki bananowe z musem mango, bitą śmietana, nutellą i świeżymi owocami. Tak, wiem – niezła bomba kaloryczna na sam początek dnia, ale kto by się tym przejmował, gdy takie pyszności czekają na talerzu 🙂 Szakszuka mojej towarzyszki podobno też była wyborna, na pewno smakowicie wyglądała 🙂

Adres: Aleja Papieża Jana Pawła II 45

Cat Flanders „Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów”

Znasz to uczucie, kiedy wchodzisz do sklepu po jedną konkretną rzecz, a wychodzisz z pełną torbą niepotrzebnych gadżetów? Masz skłonność do kolekcjonowania i chomikowania najróżniejszych bzdetów od długopisów zaczynając, przez próbki kosmetyków i książki, a na butach kończąc? Jeśli tak, to książka Cait Flanders to poradnik idealny dla Ciebie.

Historia Cait Flanders jest zaczyna się dramatycznie, ale na szczęście ma swój happy end. Autorka w doskonały sposób pokazuje, jak beznadziejnie pragnie bliskości i uznania drugiej osoby sprawia, że tak łatwo popadamy w obłęd. A przez to rodzi się masa kompleksów, które tylko nakręcają spiralę destrukcyjnych wydarzeń. W przypadku Cait były to zakupy, alkohol, złe towarzystwo, narkotyki. Brak samoakceptacji i niska samoocena doprowadziły ją do upadku. Obsesyjnie robiąc zakupy, imprezując na umór i zażywając dopalacz sądziła, że w ten sposób wynagrodzi sobie wszelkie życiowe niepowodzenia i porażki. Przez to, jako młoda dziewczyna popadła w niezłe tarapaty. Pewnego dnia postanowiła porzucić swoje destrukcyjne zwyczaje i pozbyć się zbędnych rzeczy, spłacić dług, wyjść z nałogów, a tym samym na zawsze odmienić swoje życie. Oczywiście nie przyszło jej to łatwo, miała po drodze wiele upadków i chwili zwątpienia, ale dzielnie wytrwała w swoim postanowieniu. Teraz udziela rad swoim czytelnikom i inspiruje ich, jak mają wybrnąć z błędnego koła konsumpcjonizmu i  czerpania przyjemności z życia bez zakupów.

„Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to nie jest zwykły poradnik. To przede wszystkim autobiografia, intymny pamiętnik autorki, która dzieli się z czytelnikiem osobistymi przeżyciami. Nie jest to jednak smętna opowiastka o ciężkim życiu i walce ze słabościami, wręcz przeciwnie. Cait w zabawny sposób rozprawia się ze swoją mroczną przeszłością i ostrzega czytelnika, że jedno uzależnienie prowadzi do drugiego, a jeden błąd potrafi nieźle się zapętlić. W 2014 roku rozpoczęła eksperyment „rok bez zakupów”, który ostatecznie stał się jej sposobem na życie.

Szczerze przyznam, że na początku sądziłam, że „Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to kolejny durny poradnik o oszczędzaniu, który nic nowego  do mojego życia nie wniesie. Naczytałam się wiele książek o oszczędzaniu i odpowiednim inwestowaniu swoich pieniędzy, ale żadna z nich nie dala mi takiego kopa. Właśnie dzięki temu, że autorka dzieli się swoimi intymnymi przemyśleniami, w pewien sposób jest mi bliższa i mogę się z nią w pewien sposób utożsamić.

„Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów” to niezwykle szczera, piękna i inspirująca opowieść o tym, że uwolnienie się od potrzeby kupowania pozwala nie tylko oszczędzać, ale przede wszystkim umożliwia czerpanie większej radości z życia.

Za książkę dziękuję: