Paulina Młynarska „Zmierzch lubieżnego dziada”

„Zmierzch lubieżnego dziada” to zbiór felietonów, które Paulina Młynarska napisała po słynnej akcji #metoo, wywołał dużo zamieszania w wielu dziedzinach. I dobrze, bo powoli kończy się czas lubieżnych dziadów.  Książka porusza w nich wiele tematów, głównie komentuje bieżące wydarzenia z kraju, ale bardzo często ocierają się o kwestię nierównego traktowania kobiet i mężczyzn czy szowinizmu. Na swój specyficzny, dowcipny i ironiczny sposób podsumuje i komentuje naszą absurdalną codzienność.

Poza  książce pojawia się też dużo tekstów o życiu osobistym samej autorki, między innymi o jodze, traumach z dzieciństwa, drodze do wyjścia na prostą, swojej relacji z tatą oraz tym, jak długo i ciężko pracowała na swoją obecną pozycję. Po wielu życiowych perturbacjach w końcu odnalazła swoje miejsce na ziemi. Zdecydowała się sprzedać dom, w którym wykreowała piękne wspomnienia i przenieść na drugi kraniec Europy, na magiczną grecką wyspę. Chociaż nie był to łatwy krok, musiała podjąć taka decyzję – dla dobra swojego komfortu psychicznego. Teraz przez pół roku spędza w Azji na kursach jogi oraz realizuje się jako organizatorka tego typu wyjazdów dla kobiet. Poza tym nadal sukcesywnie pisze książki oraz felietony do magazynów i portali internetowych. Wydaje się, że w końcu dobiła do swojego portu.

Lubię poczucie humoru i ironiczny styl Pauliny Młynarskiej. Dobrze się to czyta. Przyznam szczerze, że taka dawka „aktualnych” (czyli sprzed 2-3 lat) wydarzeń na raz skutecznie podnosi ciśnienie. Chociaż swego czasu na bieżąco śledziłam wszystkie najnowsze informacje na temat sytuacji w kraju, to czytając je wszystkie naraz powoduje, że krew człowieka zalewa. To bardzo ważna lektura, bardzo ważny głos w dyskusji o współczesnym świecie i wartościach, którymi powinniśmy się kierować. Pokazuje, że przed nami bardzo długa droga, zanim staniemy się społeczeństwem ludzi równych, którzy dobrze czują się zarówno ze sobą, jak i z innymi.

Za książkę dziękuję:

„Unorthodox”

Ostatnio swoją premierę na Netflixie miał miniserial „Unorthodox”. Słyszałam wiele opinii na temat tej produkcji, wszyscy polecają ja obejrzeć. No więc i ja zasiadłam przed telewizorem. Serial powstał na podstawie autobiograficznej książki Deborah Friedman „Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów”.

USA, Nowy Jork, Brooklyn, Williamsbourg, XXI wiek. Esther (Shira Haas) to dziewczyna wychowywana w chasydzkim społeczeństwie – ultraortodoksyjnej żydowskiej mniejszości. Chociaż mieszka w jednym z najbardziej otwartych miast świata, uwięziona zostaje we własnym domu. Jako nastolatka pozbawiona jest wszelkich rozrywek: książek, kina, teatru, koncertów czy spotkań z rówieśnikami. Nie chodzi nawet do szkoły, a jedyną nauką jaką pobiera to ta przygotowująca ją na bycie przykładną żoną, matką oraz Żydówką. Co więcej, nie może nawet posługiwać się angielskim, bo społeczność uważa, że to język zepsucia i zła. Poddana zostaje opresyjnej tradycji i religii ortodoksyjnej społeczności. W wieku 18 lat zostaje wydana za mąż za Yakova Shapiro (Amit Rahav), z którym ma spłodzić jak najwięcej dzieci.

W dniu ślubu zmienia się jej całe życie – w momencie, kiedy tradycyjnie zostaje ogolona na łyso. Esther nie ma zielonego pojęcia o pożyciu małżeńskim, więc zostaje poddana przyspieszonej lekcji dojrzewania seksualnego – starsza kuzynka udziela jej kilku rad w sprawach seksu. Niestety dziewczyna ma pewne problemy i psychiczne opory, więc długo nie mogą skonsumować małżeństwa  i zajść w ciążę. Cała rodzina niepokoi się tym stanem i uważnie śledzi ich poczynania- skoro nie może zajść w ciążę, na pewno jest wybrakowana. W pewnym momencie Esther dochodzi do wniosku, że nie chce dłużej żyć w tym społeczeństwie, nie tego pragnie w życiu. Postanawia uciec przed mężem i opresyjnym społeczeństwie. Wyjeżdża do Berlina, gdzie  mieszka jej matka. Dziwnym zrządzeniem losu poznaje grupkę przyjaciół, którzy pomagają odnaleźć się w nowej sytuacji. Starając się prowadzić świeckie życie, zaczyna naukę w konserwatorium muzycznym. Nie wie jednak, że zdesperowany mąż wyrusza za nią, by pokornie sprowadzić ją do domu.

Nie mogę sobie wyobrazić, że w XXI wieku, w samym centrum Nowego Jorku dzieją się takie rzeczy. Nie potrafię zrozumieć, że wraz z rozwojem świata, od setek lat mentalność niektórych grup społecznych stoi w miejscu. I nie chodzi już tylko o samych chasydów, ale o wyznawców wszystkich religii. Jeśli podoba im się życie w mentalnym średniowieczu, to dlaczego zamieszkują w ogromnych światowych metropoliach, w dużych domach oraz korzystają z dobrodziejstw cywilizacyjnych? Przecież mogą mieszkać i żyć skromnie tak jak ich przodkowie. Nic dziwnego, że młode dziewczyny – tak jak Esther – nie wytrzymują tej presji i w końcu się buntują. Trudno uwierzyć, że w XXI wieku dziewczyna mieszkająca w Nowym Jorku nie może posługiwać się angielskim, bo to język zepsucia i zła oraz więziona jest we własnym domu.

Szczerze przyznam, że miałam wielkie oczekiwania względem serialu „Unorthodox”. Sądziłam, że będzie to mocne widowisko, które wgniecie mnie w oparcie kanapy. No niestety, tak się jednak nie stało. Czegoś mi zabrakło, odniosłam wrażenie, że producenci skupili się na czymś zupełnie innym niż powinni. Serial liczy tylko 4 odcinki i jak dla mnie to zdecydowanie za mało. Akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach: w Berlinie oraz powraca do wydarzeń, które zadecydowały o ucieczce Esther. Przymierzam się do przeczytania autobiografii Deborah Friedman i liczę, że może ona mnie powali na kolana. Nie mniej jednak warto obejrzeć ten miniserial, chociaz po to, żeby mieć pogląd na to, co dzieje się w zamkniętych społecznościach w centrum Nowego Jorku.

Książki z alternatywną rzeczywistością. Co się stanie, jeśli kobiety zostaną pozbawione swoich praw?

Nie miałam w planach napisać tego posta, taka spontaniczna decyzja, miało być o czym innym. Jednak patrząc na to, co dzieje się w kraju w ostatnich dniach, nie da się siedzieć cicho. Od wczoraj na ulice wyszli przeciwnicy (bo to nie tylko kobiety strajkują) zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, która ma być dzisiaj czytana w sejmie. Jej celem jest całkowity zakaz przeprowadzania aborcji, nawet jeśli ciąża stanowi zagrożenie dla życia przyszłej matki. Jako kobieta nie mogę siedzieć cicho, bo ta ustawa uderza w moje fundamentalne prawa człowieka i pozbawia mnie prawa do decyzji o własnym zdrowiu a nawet życiu.

W związku z cała tą sytuacją, chciałam Wam przedstawić kilka propozycji książkowych, które wydawać się mogą nieco oderwane od rzeczywistości, ale prawda jest taka, że ich fabuła wcale nie jest taka niemożliwa. W tytule posta piszę „alternatywną rzeczywistością”, ale niektóre sceny opisane na kartach tych książek mogą ziścić się w najbliższej przyszłości lub dzieją się na naszych oczach. Chcecie wiedzieć, co się stanie, jeśli kobiety zostaną całkowicie stłamszone i pozbawione jakichkolwiek praw? Uprzedzam jednak, że to kawał ciężkiej, mocnej i przerażającej literatury.

Ewa Podsiadły-Natorska „Wściekłe”

Będąca u progu totalitaryzmu Polska realizuje pionierskie Programy Udoskonalania Rodziny. W Polsce rządzą tylko mężczyźni, jedyną kobietą w rządzie jest minister od spraw rodziny, która jest tylko twarzą kolejnych PUR-ów. Kwitnie propaganda. Każdy przejaw niesubordynacji jest surowo karany, a donosicielstwo nagradzane. Nad głowami latają rządowe drony, a propagandowe spoty reklamowe permanentnie robią wodę z mózgu całemu społeczeństwu. Rządząca partia polityczna pragnie przywrócić tradycyjny model rodziny, czyli sprowadzić kobietę do roli strażniczki domowego ogniska, kochającej żony i matki Polki. Prawa kobiet ograniczone są do minimum, zaś obowiązki jasno określone: rodzić jak najwięcej dzieci oraz usługiwać swoim mężom. Inaczej mówiąc: mają być inkubatorami i służącymi. Matematyka jest prosta: im więcej dzieci, tym więcej pieniędzy z rządowej kasy ląduje na ich koncie. Co więcej, gdy kobieta dobrowolnie zrezygnuje z pracy i poświęci się swojej rodzinie, dostanie dodatkowe dochody od naszego wspaniałomyślnego rządu. Brzmi znajomo?

Pojawia się jeden problem: kobiety, które się buntują panującemu systemowi. Niezamężne przedstawicielki płci pięknej są napiętnowane: nie mogą samotnie wyjechać za granicę, kupić dużego mieszkania, zameldować się w hotelu czy po godzinie 22 wyjść z domu, ponieważ na ulicach grasują bojówki. Pojawia się także plan, żeby wprowadzić rejestrację wszystkich singielek po 18. roku życia, by mieć kontrolę na panującym „problemem” i znaleźć dla nich rozwiązanie, czyli męża. Tak – według rządu singielki stanowią ogromny problem dla społeczeństwa.

Nie da się ukryć, że za kilka lat taki scenariusz jest jak najbardziej realny. Zamroczone darmową kasą społeczeństwo zapewne skusiłoby się na tego typu rozwiązania. Zresztą już widać, co się dzieje. Światem rządzi pieniądz, nieważne za jaką cenę. A jeśli przy okazji uda się uprzedmiotowić kobiety, sprowadzając je do bezmózgiego inkubatora i pokornej służącej, to będzie znakomicie. Jeśli się w porę nie ogarniemy, za kilka lat będziemy żyć właśnie w takiej Polsce. „Wściekłe” to książka kierowana do każdego racjonalnego człowieka, nie tylko do kobiet. Powinien ją przeczytać każdy, ku przestrodze.

Więcej o książce tutaj

Christina Dalchner „Vox”

Człowiek wypowiada dziennie średnio 16 tysięcy słów. Wyobraź sobie, ze żyjesz w świecie, w którym możesz wypowiedzieć ich tylko 100. Na ręku masz zaciśniętą bransoletkę, która liczy każde słowo. Przekroczenie limitu uaktywnia silny ładunek elektryczny wymierzony w dłoń. Licznik resetuje się o północy. Słowo pisane także ograniczono do minimum. Nie masz dostępu do komputera, telefonu i książek. Nie mówisz i nie możesz pisać, nawet język migowy jest zabroniony. Nie masz prawa podejmować żadnej aktywności zawodowej, a twoje córki uczą się w szkole, jak zostać przykładną gospodynią domową. Inne umiejętności są bowiem zbędne. Co więcej, związki homoseksualne kobiet to największe zło karane zesłaniem do obozu pracy. Jak odnaleźć się w takim świecie?

Christina Dalcher w swojej powieści „Vox” wykreowała przerażającą wizję świata – istnego piekła dla kobiet, która wbrew pozorom nie jest tak niemożliwa. To inteligentna i prowokująca powieść. Jest to bardzo ważny głos w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet. „Vox” pokazuje, jak mógłby wyglądać świat, w którym dominuje skrajna dyskryminacja. Poza tym powieść daje dużo do myślenia. Wydaje się, że taka wizja codzienności jest niemożliwa, a wręcz absurdalna, ale przecież historia już niejednokrotnie udowodniła, że czasem wystarczy jedynie kilka złych decyzji czy kilka złych osób, by zabić w nas wszystko to, co wrażliwe i ludzkie. Musimy mieć na uwadze co dzieje się w naszym społeczeństwie i reagować w odpowiednim momencie zanim będzie za późno.

Więcej o książce tutaj

Ninni Holmqvist „Jednostka”

Bezdzietni nie są przydatni w starzejącym się społeczeństwie. W pewnym wieku stają się zbędni. Kiedy staje się ten moment, trafiają do specjalnych ośrodków zwanych Jednostkami. Tam bezdzietny staje się użyteczny: bierze udział w badaniach naukowych, służy testom medycznym oraz stopniowo oddaje swoje organy osobom, które społeczeństwu są bardziej potrzebne. W zamian za to dożywa swoich dni w luksusowych warunkach: znakomite jedzenie, świetna opieka medyczna, bogata oferta sportowa i kulturalna. A do tego można realizować swoje pasje, poszerzać zainteresowania i bezpłatnie korzystać ze wszystkich dóbr aż do dnia ostatecznej donacji. Czy nie jest to znakomity układ dla bezdzietnych, którzy przecież są zbędni?

Gdy Dorrit przybywa do Jednostki, jest pogodzona ze swoim losem. Nie udało jej się założyć rodziny ani urodzić dzieci, straciła ukochanego psa i swój mały dom. Mężczyzna, z którym była związana, coś do niej czuł, ale postanowił, że nie będzie jej ratował. Pod koniec życia kobieta pragnie tylko odrobiny spokoju, nic więcej jej nie zostało. Sytuacja się zmienia, gdy niespodziewanie dla siebie Dorrit się zakochuje, coś w niej ożywa. Chce dla siebie szczęścia, postanawia więc dokonać zaskakującego wyboru.

To opowieść o niedalekiej, pełnej okrucieństwa przyszłości. Wizja cywilizacji, w której każdy ma odegrać narzuconą rolę aż do końca, wydaje się niepokojąco realistyczna. „jednostka” to jedna z najbardziej przerażających powieści dystopijnych ostatnich lat. W trakcie lektury tej książki nie można oprzeć się wrażeniu, że opisane w niej rozwiązania ustrojowe wzięły swój początek ze współczesnych regulacji prawnych. Sprawia to, że niepokój i groza towarzyszą czytelnikom tej opowieści i rosną z każda kolejną przeczytaną stroną.

Margharet Atwood „Opowieść podręcznej”

Wyobrażacie sobie świat, w którym płeć żeńska zostaje pozbawiona wszelkich praw? Świat, w którym kobiety traktowane są jak chodzące macice, a ich jedyną powinnością jest wydanie na świat jak największej liczby dzieci? Wyobrażacie sobie, że Wasz Pan regularnie Was gwałci, a Wasza Pani lepiej zna Wasz cykl menstruacyjny lepiej niż Wy same? Natomiast za każdy przejaw nieposłuszeństwa wobec kraju i swoich Panów grozi surowa kara. Brzmi irracjonalnie? Taki scenariusz wcale nie jest niemożliwy.

Władze Republiki Gileadu zmagając się z rekordowo niskim przyrostem naturalnym, wprowadzają w życie nowe zasady: ubezwłasnowolniają kobiety zdolne do urodzenia dzieci, oddając je na służbę rządzącym krajem komendantom. Jako podręczne mają one co miesiąc oddawać się swoim panom celem spłodzenia nowych obywateli – dzieci narodu. Po urodzeniu im potomka, zostają przekazane kolejnej rodzinie. Pod przykrywką religii i wiecznej chwały Pana, by przetrwać muszą poddać się nowym zasadom, inaczej zostaną zesłane do tajemniczej kolonii, albo ich ciała zawisną na murze, ku przestrodze innym. Muszą, choć niekoniecznie wszystkie chcą poddać się tym zasadom. Niektóre z nich rozpoczynają walkę z niesprawiedliwym systemem.

Podręczne nie są konkubinami, są chodzącymi macicami; traktowane jak zwierzęta, zadaniem których jest wydawanie na świat nowych potomków. Wszystkie wyglądają tak samo: ubrane w czerwone długie sukienki, z białymi czepkami na głowach, bez grama makijażu mają wyglądać nieatrakcyjnie, by nie wzbudzać męskiego pożądania. Książki, telewizja, gry i inne rozrywki są surowo zabronione. Jedyną ich uciechą są codzienne zakupy i spotkania z innymi podręcznymi w Czerwonym Centrum. Ubezwłasnowolnione, tracą pracę, rodzinę a nawet tożsamość. Przyjmują nowe imiona, które są damskim odpowiednikiem imienia głowy rodziny, np. Freda, Daniela czy Warrena. Akt seksualny pomiędzy podręczną, komendantem i jego żoną, nazywany inaczej ceremonią, nie ma na celu zaspokojenia potrzeb seksualnych czy czerpania przyjemności, ma charakter czysto prokreacyjny – odbywa się on w ciszy, bez żadnych emocji czy nawet dotyku. Jak wspomniałam, żona komendanta także jest obecna w trakcie aktu, co niewątpliwie dla obu pań jest upokarzającym momentem.

Opowieść Margaret Atwood jest szokującym i przerażającym obrazem przyszłości, która wcale nie jest taki niemożliwa. Patrząc na obecną sytuację w naszym kraju niewykluczone, że taki scenariusz może kiedyś wejść w życie. Czytając (i oglądając) „Opowieść podręcznej” odczuwa się wielki niepokój, ale również niewyobrażalny gniew, że można traktować kobietę jak krowę rozpłodową, a jej ciało jest tylko zwykłym inkubatorem. Jak to powiedział komendant Waterford – nie ma nic piękniejszego niż wydanie na świat nowej istoty. Poza spełnieniem obowiązku swojego gatunku nic innego nie istnieje.

Na podstawie książki Margharet Atwood powstał serial „Opowieść podręcznej„, który szczerze polecam – ku przestrodze.

Klementyna Suchanow „To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze”

Jest jeszcze jednak książka, której na razie nie przeczytałam, ale jest już w drodze do mnie. Słyszałam o niej wiele opinii. Nie jest to żadna fikcja i alternatywna rzeczywistość, ale autorka opisuje wszystkie zjawiska, które dzieją się tu i teraz, odnosząc się do tego, co wydarzyło się w przeszłości. Nie będę się o niej jeszcze wypowiadać, więc kopiuję opis wydawcy. Nie mogę się jednak doczekać, kiedy paczka z książką do mnie przyjdzie, przeczytam ją i podzielę się swoją osobistą opinią.

Czujesz się zagubiona, zagubiony w tym, co się dzieje z naszą rzeczywistością? Zaskakuje cię to, jak bardzo się upodabnia do świata „podręcznych” z powieści Margaret Atwood? Masz rację, od kilku lat dzieje się coś bez precedensu. Czytasz wiadomości z Polski, Argentyny, ze Stanów Zjednoczonych czy Włoch i widzisz te same średniowieczne pomysły, krążące niebezpiecznie szybko po całym globie. Ktoś chce ci odebrać prawo do decydowania o intymności, o twoim ciele, o tym, jak kochać i kogo, i w ogóle jak żyć.

Ta książka opowiada o źródłach tego ciemnego, fundamentalistycznego nurtu, śledzi, kto za nim stoi. Klementyna Suchanow, autorka m.in. głośnej biografii Witolda Gombrowicza, dowodzi, że tu nic nie dzieje się przypadkiem, a kobiece ciała stały się dziś przedmiotem wielkiej politycznej rozgrywki o losy świata. Równolegle „To jest wojna” opowiada historię międzynarodowego buntu kobiet. To pisany na gorąco dziennik protestów, najnowsza historia feminizmu, który narodził się na nowo w Czarny Poniedziałek 3 października 2016, kiedy Polki, przerażone pomysłem karania za aborcję, wyszły na deszczowe ulice, by walczyć o swoje prawa. A potem szybko okazało się, że muszą tak naprawdę walczyć o wszystko.

„Mówią: „to jest wojna”. Ale kto ją wygra? Im dłużej się przyglądam temu zjawisku, tym bardziej rośnie we mnie przekonanie, że wygra wolność. Dbajcie o siebie i nie dawajcie się ani cudacznym rycerzom zła, ani zwątpieniu. Do zobaczenia na ulicy.”

Wadi Rum. Jeden dzień na czerwonej planecie

To był mój pierwszy raz na pustyni. Czy tak go sobie wyobrażałam? Chyba nie. Po pierwsze kolor piasku był nietypowy (czyli inny niż na filmach), chociaż byłam na to przygotowana. Miedziano-pomarańczowa barwa sprawiała wrażenie jakbyśmy wylądowaliśmy na Marsie. I nie byłoby to wcale kłamstwem, bo widoki były iście kosmiczne. Wydawało mi się, że po intensywnym dniu w Petrze, zasiądę na pace swojego jeepa i jak rasowa damulka będę podziwiać piękno pustynnego krajobrazu, a jedynym wysiłkiem miało być robienie zdjęć. No cóż, rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię, bo już na pierwszym przystanku poprzeczka została wysoko postawiona. Potem było coraz ciekawiej. Tak jak wtedy sądziłam, że wspinaczka na wzgórze do Monastyru była ekstremalna, to muszę sprostować swoje zeznania – Petra przy Wadi Rum to pikuś. Dawno nie miałam takich zakwasów jak po wizycie na tej pustyni. Zaś w nocy zamiast podziwiania rozgwieżdżonego nieba, obserwowaliśmy gromadzące się chmury, by w końcu podający deszcz rozgonił nas do swoich namiotów. Beduini mówili, że opady zdarzają się tylko kilka razy w ciągu roku. Tak, pierwszy raz na pustyni i musiałyśmy trafić na deszcz… No cóż, taka karma.

Mówią, że Wadi Rum robi bardziej spektakularne wrażenie od samej Petry i najlepiej spędzić tam co najmniej 3 dni, z czym ja pozwolę się nie zgodzić. Byłoby okrutnym kłamstwem, gdybym powiedziała, że pustynia mnie nie urzekła, ale jednak Petra pozostaje dla mnie numerem 1. Poza tym, po całym dniu jeżdżenia rozklekotanym jeepem po czerwonym piasku i wspinaniu się po skałach stwierdzam, że pod koniec dnia każdy następny głaz i kamień nie różnił się od poprzednich. Co więcej – nawet zdjęć nie chciało mi się robić, a to już nie było dobrą oznaką. Według mnie jeden cały dzień na pustyni z noclegiem jest optymalną opcją na spędzenie czasu na Wadi Rum.

Pustynię można zwiedzać na 3 sposoby: samochodem terenowym (najpopularniejszy i najszybszy), na wielbłądach, albo… pieszo. Tak, widzieliśmy po drodze śmiałków przemierzających bezkres pustyni na własnych nogach. Jednak zawsze muszą być z nami lokalni przewodnicy, czyli Beduini. Od stuleci zamieszkiwali oni tereny pustynne Wadi Rum, a ich dziedzictwo kulturowe jest ważnym elementem tego krajobrazu. Jeszcze niespełna 50 lat temu wiedli oni koczowniczy tryb życia, pędząc przez pustynię stada wielbłądów i kóz. Dzisiaj Beduini żyją przede wszystkim z turystyki, organizując wycieczki z noclegami dla spragnionych wrażeń turystów. Naszym gospodarzem był niejaki Hilal, którego wujek miał 34 dzieci – tyle zdołałam o nim zapamiętać 🙂

Pustynne tereny Doliny Wadi Rum są oszałamiająco piękne i spektakularne krajobrazy, które zmieniają swój wygląd zależnie od pory dnia – inaczej wyglądają oświetlone wschodzącym słońcem, inaczej w ciągu dnia, ale najpiękniej pustynia prezentuje się wieczorem, kiedy ostatnie promienie słońca jeszcze bardziej podkreślają miedzianą barwę piasku. Sceneria przypominająca powierzchnię obcej planety sprawiła, że obszar Wadi Rum „zagrał” w wielu hollywoodzkich produkcjach, m.in. w „Marsjaninie” czy „Gwiezdnych wojnach”. Chociaż na pierwszy rzut oka pustynia wydaje się niegościnna, pusta i sucha, to wcale tak nie jest. O pradawnych mieszkańcach świadczą do dziś w wielu miejscach rezerwatu inskrypcje i rysunki naskalne, a niektóre z nich liczą nawet 12 tys. lat. Przez wieki żyły tu  plemiona koczowników, a niezwykła dolina pośród pustynnych formacji pozostawała nieznana. Na Zachodzie rozsławił ją dopiero Lawrence z Arabii – angielski podróżnik, archeolog i szpieg, który razem z szarifem Mekki w trakcie I wojny światowej poderwał arabskie plemiona do walki przeciwko Turkom władającym tymi ziemiami. Także on przyczynił się do przybliżenia Europie świata arabskiego.

W trakcie wędrówki po Wadi Rum można zauważyć nie tylko Beduinów z wielbłądami i kozami, ale także wiele innych stworzeń tu zamieszkujących. Na terenie rezerwatu żyją także dzikie stworzenia, które  z uwagi na ekstremalnie wysokie temperatury w ciągu dnia prowadzą nocny tryb życia. A żyje tu sporo małych ssaków, jak pustynne jeże, góralki, wilki, szakale, antylopy, a także jadowite węże i skorpiony. My na szczęście nie miałyśmy przyjemności obcowania z dzikimi mieszkańcami pustyni.

Wadi Rum – jakie atrakcje czekają na spragnionego wrażeń turysty?

No cóż, jak wspomniałam wcześniej, przejażdżka po pustyni to żaden relaks, a wręcz przeciwnie – porządna dawka gimnastyki i wspinaczki. Beduini dbają, żeby ich goście się zbytnio nie nudzili. Już na pierwszym przystanku Hilal kazał się nam wspinać po stromym, niemalże pionowym bloku skał i głazów. Ponoć na szczycie bije niewielkie źródło Lawrence’a, którego jednak tam nie dostrzegłam. Jednak widok z góry był bardzo urzekający. Najśmieszniejsze jest to, że razem z nami wspinał się Azjata, który na nogach miał ubrane… japonki i skarpetki 🙂

Nieco dalej nad równinnym dnem doliny wyrasta ogromna formacja skalna w kształcie siedmiu coraz wyższych kolumn zwana Siedmioma Filarami Mądrości. Jej nazwa pochodzi od tytułu autobiograficznej książki Thomasa Lawrence’a.

Kolejnym przystankiem na trasie była czerwona wydma i chociaż wdrapanie się na nią wydaje się nie za bardzo wymagające, uwierzcie – dojście na szczyt tej usypanej kopy piachu było mega wyzwaniem. Aczkolwiek wspinaczka warta była tego wysiłku, ponieważ widoki były powalające.

Hilal dbał, żebyśmy się przypadkiem nie nudzili. Następnym punktem wycieczki był piękny, naturalny skalny most Umm Fruth. Most robił ogromne wrażenie, ale droga do niego już nie za bardzo – prostopadłe wejście po skale z lekko wyżłopanymi „schodkami. Oczywiście ci odważniejsi weszli po tej pionowej ścianie, ale ja nie chciałam ryzykować. Potem stwierdziłam, że jednak dałabym radę, no ale trudno się mówi.

Najciaśniejszy kanion w okolicy to wąska szczelina skalna nazywana Kanionem Khazali (Siq Khazali).  Znany jest z imponującej liczby starożytnych petroglifów i napisów na skalnych ścianach. Pierwsze 100 metrów jest dostępne dla wszystkich odwiedzających, ale dalsza eksploracja wymaga posiadania sprzętu wspinaczkowego. Po opadach deszczu jest trudno się tam poruszać, bo jego dno wypełnia woda. Nawet, gdy kanion jest suchy, trudno jest się po nim przemieszczać – wąskie szczeliny umożliwiały przejście tylko jednej osobie, która na dodatek musiała wykazywać się niebywałą gibkością i sprawnością ruchową.

Inny kanion, który znajduje się na terenie Wadi Rum jest Siq Burrah, który jest piękniejszy i znacznie dłuższy od Khazali. Spacer po nim jest bardzo przyjemny, można rzec, że to niemal swego rodzaju oaza, bo można się skryć przed prażącym słońcem na pustyni.

Niedaleko kanionu Khazali znajduje się masyw skalny, na grzbiecie którego znajduje się najmniejszy z naturalnych skalnych mostów w Wadi Rum, zwany Małym Mostem. Sam most nie robi tak wielkiego wrażenia, ale widoki z niego są powalające. W pewnym momencie zaczęło tak mocno wiać, że Beduini zabronili nam po nim chodzić.

Na sam koniec wycieczki Hilal zabrał nas do ostatniego punktu naszej wycieczki – podziwianie zachodu słońca. Nie powiem, widok był urzekający, ale zmęczenie sprawiło, że nie potrafiłam się nim cieszyć, tak jak powinnam. Ale było to bardzo miłe zakończenie pełnego przygód dnia.

Jak wygląda nocleg na Wadi Rum?

Pustynia Wadi Rum kryje w sobie nie tylko miliony ton miedzianego piasku i piękne formacje skalne, ale także mnóstwo tzw. campów. Generalnie standard jest do siebie zbliżony, ale jest kilka dosłownie kosmicznych beduińskich namiotów. Do wyboru, do koloru. My nie zdecydowałyśmy się na jakąś super ekskluzywną opcję noclegową, bo po prostu uważam to za zbędny wydatek. Nasz camp był bardzo przyzwoity, mieliśmy własne namioty z wygodnymi łóżkami, a nawet znajdowała się łazienka z prysznicem  (bez ciepłej wody, ale to nie przeszkadzało) w murowanym budyneczku, natomiast jedzenie było przepyszne.

No właśnie jak to jest z tym jedzeniem? Kolacja na pustyni jest spektakularnym show, ponieważ… wyciągana jest z ziemi. A dokładniej ze specjalnego metalowego pojemnika, który przez kilka godzin utrzymuje w cieple dwu- lub trzypoziomową konstrukcję z siatki. Na każdym z poziomów umieszcza się mięso i warzywa. Całość przykrywa się srebrną folią i zasypuje piaskiem. Posiłek spożywa się w wielkim namiocie, w którym też można się ogrzać – wieczory na pustyni są chłodne. Na kolację jest  grillowane mięso i warzywa (ziemniak, cukinia, cebula, marchew), potrawka warzywna w sosie pomidorowym, ryż, sałatka warzywna, a do tego hummus, świeży chlebek i deser (lokalne słodkości). Och, jakież to wszystko było przepyszne, lepsze niż z grilla!

Niezbędnik pustynnego odkrywcy

Przed przyjazdem na Wadi Rum musimy się zaopatrzyć w kilka niezbędnych rzeczy, które pozwolą przetrwać intensywny i pełen wrażeń dzień na pustyni:

  • woda – koniecznie trzeba zrobić zapasy wody, bo potem nie będzie jej gdzie kupić przez cały dzień, a trzeba się nawadniać. Woda na pustyni to towar deficytowy. Jedynie wieczorem w trakcie kolacji dostaniemy nieograniczoną ilość herbaty.
  • wygodne buty – to podstawa, najlepiej stabilne i z grubszą podeszwą. Nie muszą to być buty trekkingowe, ale na pewno zrezygnujcie z sandałów i japonek (chyba, że jesteście tak odważni jak wspomniany wcześniej Azjata 🙂 ).  Na pustyni jest co robić, a na niemal wszystkie atrakcje trzeba się było wdrapać. Ja miałam tenisówki i spokojnie dałam radę.
  • strój – jeśli chcecie uniknąć poparzenia słonecznego (ja byłam tam w listopadzie, a po całym dniu na pustyni byłam cała czerwona – nie dało się tego uniknąć), to ubierzcie długie spodnie, t-shirt i koniecznie jakąś zwiewną koszulę do ochrony przed słońcem. Po drugie – dziewczyny – jeśli nie chcecie być zaczepiane przez Beduinów, to lepiej unikajcie szortów. Ja miałam długie spodnie, a mimo to kilka razy otrzymałam ofertę matrymonialną. No i zrezygnujcie z białych ubrań, bo po powrocie z pustyni będą miały kolor miedziano-pomarańczowy.
  • chusta, okulary przeciwsłoneczne i olejek z filtrem – nie trzeba chyba dodawać, że pustynia rządzi się swoimi prawami, a słońce nieustannie tam świeci. Okulary i olejek to konieczność, natomiast chusta ochroni nie tylko głowę przed słońcem, ale także zakryjemy nią twarz w czasie jazdy jeepem – przejażdżka bardzo zawiewa piach z pustyni, a przecież nie chcemy nabawić się pylicy.
  • przekąski – nie trzeba zabierać ze sobą tony jedzenia, żeby przetrwać, bo obiad na pustyni mamy zapewniony (oczywiście jeśli wcześniej dogadamy ofertę wycieczki z Beduinem). Wystarczy wrzucić do plecaka jakieś batoniki i inne energetyzujące przekąski, żeby móc zająć czymś żołądek, gdy dopadnie nas mały głód.
  • dobry humor, dystans i otwartą głowę – wycieczka po Wadi Rum to prawdziwa przygoda, nie ma co do tego wątpliwości. Beduini dbają o atrakcje dla turystów, ale mają oni inne podejście do życia. Są bardzo mili i pomocni, ale jednak ich kultura jest zupełnie odmienna od naszej. Wszystkie ich zaczepki trzeba traktować z przymrużeniem oka. Poza tym, na trasie spotka się wiele ludzi z różnych zakątków świata, więc trzeba mieć otwartą głowę na nowe znajomości.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Lene Wold „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę”

Czym w dzisiejszych czasach jest miłość? Czy można ją zdefiniować jednym słowem? Przecież nie da się wybrać, kogo kochamy a kogo nie. Nie mamy wpływu na to, czy kochamy kobietę czy mężczyznę, tacy po prostu jesteśmy. Natomiast w Jordanii można, a nawet trzeba rozważnie lokować własne uczucia. W kraju, który szczyci się, że jest proeuropejski, liberalny, otwarty i tolerancyjny, dzieją się bestialskie rzeczy. Lena Wold w swojej książce „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę” opowiada historię miłosnego trójkąta Rahmana, Aiszy i Aminy , która skończyła się tragicznie.

Rahman to postępowy i nowoczesny muzułmanin, który nawet nie wymagał od swoich córek noszenia hidżabu. Aisza i Amina to siostry, które były niemalże nierozłączne, zawsze wszędzie razem chodziły i wszystko robiły razem. Ich życie zmieniło się w momencie, w którym do ich domu zawitała Maram. Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Aisza zapłaciła życiem za to, że zakochała się w innej kobiecie. Seks pozamałżeński oraz homoseksualizm to w religii muzułmańskiej największe przestępstwa przynoszące hańbę całej rodzinie. Natomiast zbrodnią Amina było to, że ukrywała prawdę o swojej siostrze. Jedynym sposobem na przywrócenie utraconego honoru jest zabójstwo niepokornych córek. Jakimś cudem młodszej córce udało się ująć z życiem, ale teraz musi ukrywać się z dala od swojego rodzinnego domu.

Lena jest norweską dziennikarką śledczą. Napisała tę książkę z trzech perspektyw: kata, ofiary i obserwatora. Jak sama mówi, początkowo miała to być wyłącznie historia Aminy, jednak by w móc zrozumieć temat, musiała spotkać się i porozmawiać z Rahmanem. Zależało jej, aby była to obiektywna opowieść, chociaż trudno w takiej sytuacji zachować jakikolwiek obiektywizm. Chciała wiedzieć, jakie uczucia kierują ojcem, który w imię honoru zmuszony jest zabić własne córki. Lena pracowała nad tą książką ponad 4 lata, kilkukrotnie przyjeżdżając do Jordanii, rozmawiając z wieloma ludźmi, wielokrotnie ryzykując własne życie, zgłębiając tamtejsze prawo oraz poznając prawdy głoszone przez Koran. Niejednokrotnie spotkała się z samym Rahmanem, by poznać tragiczną historię jego rodziny. Jednak tylko raz udało jej się spotkać i porozmawiać z Aminą, ukrytą gdzieś daleko w bezkresach pustyni Wadi Rum.

Swego czasu naczytałam się wielu historii kobiet, które skazane były na śmierć z rąk najbliższych, na jednak jakimś cudem udało im się przeżyć. Było to wówczas jedno z zagadnień mojej pracy licencjackiej. Szerzej o tym bestialskim obyczaju pisałam tutaj.To, co mną tym razem głęboko wstrząsnęło to fakt, że takie okrutne rzeczy nadal dzieją się w XXI-wiecznej Jordanii – w kraju, który nie tak dawno temu sama odwiedziłam. Byłam w tych wszystkich miejscach, o których pisze Lena. To, co mnie tam wtedy urzekło to oczywiście zjawiskowa Petra, cudowna pustynia Wadi Rum, ale także gościnność i przyjazne nastawienie mieszkańców tego kraju. Jak widać świetnie zachowane są tam pozory. Nigdy nie przypuszczałabym, że w kraju, który aspiruje do tego, by być europejski i jest oazą spokoju na Bliskim Wschodzie, nadal praktykuje bestialski obyczaj, jakim jest honorowe morderstwo kobiet. Szok i niedowierzanie. „Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę” to wstrząsająca historia nie tylko Aminy i jej siostry, ale także o sytuacji wszystkich jordańskich kobiet.

 

Za książkę dziękuję:

Souad Mekhennet „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu”

Mówią, że wojna nie ma nic wspólnego z kobietami, tak samo jak „prawdziwe” dziennikarstwo. A przecież największymi ofiarami każdej wojny są przecież kobiety. Souad Mekhennet jest pierwszą dziennikarką zachodnich mediów, której udało się wrócić zza linii dżihadu. Dokonała niemożliwego i dowiodła, że w męskim świecie wojny i informacji jest miejsce dla kobiet.

Souad Mekhennet to niemiecka dziennikarka muzułmańskiego pochodzenia. Jako córka Marokańczyka (sunnity) oraz Turczynki (szyitki) nigdy nie miała łatwo w życiu. Żyjąc w niemieckim społeczeństwie jako potomkini emigrantów zawsze była dyskryminowana. Ja sama twierdzi, zdecydowała się zostać dziennikarką, by głosić prawdę. Już jako studentka i początkująca stażystka miała pod górkę, ponieważ nie jest „niemiecką Niemką”. Ludzie z branży ostrzegali ją, że z jej pochodzeniem i nazwiskiem nie uda jej się zagrzać miejsca na tym stanowisku i lepiej, żeby od razu zrezygnowała. Souad się nie poddała i z uporem udowodniała, że rzetelnie i obiektywnie potrafi opracować dany temat. Po zamachach z 11 września na Stany Zjednoczone postanowiła, że zacznie zgłębiać ten temat. Chciała zrozumieć, dlaczego na świecie dzieją się tak okrutne rzeczy oraz dotrzeć do źródła współczesnego dżihadu.

Souad odbyła tysiące rozmów i przeprowadziła mnóstwo wywiadów. Nie wahała się jechać w najbardziej niebezpieczne rejony świata, by zrozumieć, co się tam dzieje. W swojej książce dziennikarka dokładnie analizuje najważniejsze wydarzenia ostatnich lat. Już jako mała dziewczynka bacznie śledziła doniesienia z okupowanej Bośni, z przejęciem oglądała informacje o zamachu na World Trade Center, po wkroczeniu amerykańskich wojsk do Iraku – już jako dziennikarka – pojechała na miejsce, by z pierwszego rzędu informować o wydarzeniach. Potem dotarła do państw Afryki Północnej, kiedy ziemiami tymi zatrzęsła Arabska Wiosna, nie wahała się pojechać do bombardowanej Syrii i bacznie obserwowała narodziny samozwańczego Państwa Islamskiego. Relacjonowała także skutki zamachów we Francji, Belgii czy Niemczech. W tych ostatnich doznała osobistej straty.

„Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” to obszerna, bezstronna i rzetelna relacja z samego środka punktów zapalnych na świecie. Była to długa, trudna i niebezpieczna droga, by ta książka w ogóle powstała. Souad dotarła do źródeł konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie – odwiedziła wszystkie tereny, w których toczył się lub nadal się toczy się konflikt zbrojny, między innymi Afganistan, Jordania, Iran, Pakistan czy Syria. Przeprowadziła setki wywiadów – także z niebezpiecznymi członkami Al-Kaidy czy ISIS, wielokrotnie ryzykując własne życie.  „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” nie jest ostrzeżeniem przed islamskim fanatyzmem. To swoista analiza problematyki globalnego dżihadu. Souad to niezwykle odważna kobieta, która nie bała się dotrzeć do prawdziwego piekła na ziemi, by poznać prawdę i w subiektywny sposób się nią podzielić.

 

Za książkę dziękuję:

Joanna Godecka „Przestań się zamartwiać”

Każdy z nas ma swoje troski i zmartwienia, to całkiem zrozumiałe. Jeśli jednak w naszej głowie zaczynamy kreować czarne scenariusze, przejmujemy się każdą drobnostką, z łatwością wpadamy w histerię albo obsesyjnie roztrząsamy rzeczy, które akurat nie mają żadnego już znaczenia to znak, że dzieje się coś złego. Pora poukładać sobie pewne rzeczy w głowie i zacząć zarządzać swoimi emocjami. Z pomocą przychodzi najnowszy poradnik Joanny Godeckiej „Przestań się zamartwiać” ze specjalistycznymi poradami i ćwiczeniami terapeutycznymi.

Joanna Godecka to terapeutka, konsultantka i komentatorka zagadnień związanych z praktyką obecności, relacjami, poczuciem własnej wartości i samooceną kobiet. Od lat z powodzeniem prowadzi własny gabinet terapeutyczny, ale także udziela porad w mediach. Jest autorką trzech innych poradników z tej serii: „Bądź pewna siebie”, „Nie odkładaj życia na później” oraz „Szczęście w miłości”. Teraz w swojej najnowszej książce „Przestań się zamartwiać” przekonuje i radzi, w jaki sposób zmienić swój sposób myślenia, by raz na zawsze uwolnić się od zamartwiania się, czarnowidztwa i pesymizmu.

Nieprzyjemne napięcie, dyskomfort, przewlekły stres, nerwica natręctw, a czasem nawet oznaki fobii i ataki paniki. Lęk ma różne oblicza, ale jedno jest pewne – każde z nich jest szkodliwy dla naszego zdrowia i psychiki. Nieustanny pośpiech, nadmiar obowiązków, gonienie za czymś, obsesja perfekcjonizmu – wszystko to sprawia, że permanentny stres staje się nieodłącznym elementem naszego codziennego życia. Za dużo mamy na głowie, za dużą presję na sobie samych wywieramy, za bardzo chcemy być najlepsi we wszystkim i niezastąpieni. Praca, rodzina, dom, przyjaciele, pasje i zainteresowania – trudno połączyć te wszystkie rzeczy, żebyśmy byli spokojni, zawsze ktoś będzie poszkodowany. A to z kolei odbija się na naszym zdrowiu zarówno fizycznym, jak i psychicznym.

Złe samopoczucie, zmęczenie, rozdrażnienie, bezsenność, uleganie nałogom, depresja, rozluźnianie więzi rodzinnych i towarzyskich – to tylko niektóre przykłady przykrych konsekwencji. Nieustające zamartwianie się, lęk przed oceną i potencjalną krytyką, obsesyjne myślenie o czymś, tkwienie w przeszłości i czarna wizja dotycząca przyszłości, a także ataki paniki to podstawowe rodzaje stanów lękowych, które wielokrotnie doświadczamy w swoim życiu. Kumulacja tych wszystkich stanów emocjonalnych  jest balastem czasami trudnym do udźwignięcia. Każdy stan lękowy ma swoje podstawy, może wynikać np. z utraty stabilności majątkowej albo emocjonalnej, niesprawiedliwości, która ma ogromny wpływ na naszą samoocenę.

Joanna Godecka pisze bardzo praktyczne i życiowe poradniki. Nic w tym dziwnego, skoro zawodowo zajmuje się psychologią – możecie rzec. Prawda, ale wiele innych psychologów również tworzy tego typu książki, a one nie są już tak bardzo wartościowe. Autorka – czerpiąc doświadczenia wyniesione z własnego gabinetu – podpowiada, w jaki sposób możemy zmienić własne słabości w siłę oraz zyskać poczucie bezpieczeństwa, spokój wewnętrzny i równowagę emocjonalną. W swoim najnowszym poradniku (ale także w poprzednich) porusza tematy uniwersalne, które w dużej mierze dotyczą nas wszystkich. „Przestań się zamartwiać” to napisany w zabawny sposób, z humorem i dystansem, ale także profesjonalny poradnik, który inspiruje i motywuje do zmiany sposobu myślenia.

Tutaj linki do recenzji pozostałych książek Joanny Godeckiej:

 

Za książkę dziękuję:

Samarkanda. W baśni z 1001 nocy

Na samo wspomnienie o Uzbekistanie robi mi się ciepło na sercu a na twarzy pojawia szczery uśmiech radości. Tęsknię za tym ciepłym, wiosennym słoneczkiem (na początku maja temperatury wynosiły tam ok. 30 stopni – nawet nie chcę wiedzieć, jak gorąco jest tam w środku lata!), za wspaniałymi, pomocnymi i gościnnymi mieszkańcami oraz kolorowymi mozaikami, od których można było oczopląsu dostać. Kiedy pomyślę, że jakiś rok temu przygotowywałam się do swojej „wyprawy życia”, a teraz siedzę zamknięta w czterech ścianach domu, płakać mi się chce. No trudno, jest jak jest, trzeba zacisnąć zęby i przeczekać to szaleństwo. Im szybciej się to skończy, tym szybciej wrócimy do normalności i zaczniemy podróżować, nie tylko palcem po mapie.

Samarkanda była moim przedostatnim przystankiem na trasie, najbardziej wyczekiwanym miejscem. Wszystko za sprawą „Aladyna”, „Baśni z 1001 nocy” i marzeń z dzieciństwa, a zdjęcia Registanu w przewodnikach podkręcały tylko temperaturę. Nie ma co się dziwić, bo na żywo robi piorunujące wrażenie, chociaż moim namber łan jest nekropolia Szah-i-Zinda. Bez dwóch zdań Samarkanda jest fascynującym miejscem, ale…

Kiedy przybyłam do miasta, byłam nieco rozczarowana. Moje pierwsze wrażenie było negatywne, a przecież najbardziej czekałam właśnie na Samarkandę. Nie tego się spodziewałam. Dwa poprzednie miasta miały swój niepowtarzalny urok i klimat, natomiast Samarkandzie czegoś zabrakło. Miała być egzotyka pełną gębą (chociaż sama nie wiem, co to miało wtedy oznaczać), tancerki brzucha kręcące biodrami na każdym rogu (zabawne, co nie? 😀 ), a Aladyn miał czekać na mnie ze swoim latającym dywanem (ach te dziewczęce marzenia). W zamian dostałam hałaśliwe, zakorkowane, śmierdzące i brudne miasto, z ogromnymi odległościami do przejścia. Miejsca, które warto odwiedzić są rozproszone na dużym obszarze, a do wielu z nich jesteśmy zmuszeni iść pieszo. W rezultacie nie zobaczyłam wszystkiego, co chciałam, bo po całodziennym „spacerze” w upale byłam zwyczajnie padnięta. A komunikacja miejska? No cóż, raz autobus jechał, a raz nie, albo spontanicznie zmieniał swoją trasę. Nie ma tego złego, ponieważ na 1000% tam jeszcze pojadę, a wtedy nadrobię wszystkie zaległości.

Głównym ośrodkiem południowo-wschodniego Uzbekistanu jest magiczna Samarkanda, która swoim dziedzictwem sięga czasów antycznych. Aktualnie obok Buchary i Chiwy jest to najbardziej turystyczne miejsce w Uzbekistanie, a śmiem powiedzieć, że to najważniejszy punkt na mapie tego kraju. Bardzo często porównuje się te trzy miasta, jednak prawda jest taka, że każde z nich ma zupełnie inny charakter i klimat. Samarkanda to miasto, gdzie na każdym kroku kryje się historia. To właśnie tutaj znajdziemy wszystko to, z czego słynie i kojarzy się Uzbekistan: pokryte niebieskimi kafelkami kopuły meczetów i medres za czasów Timurydów, uzbecką kuchnię czy nadal tętniące życiem bazary. Samarkanda to wizytówka Uzbekistanu, której nie wolno pominąć.

Krótka historia Samarkandy

Samarkanda to jedno z najstarszych osad w Azji Środkowej. Jej nazwa prawdopodobnie odnosi się do słów asmara (oznaczającego kamień lub skałę) oraz kand – tłumaczonego jako miasto, gród lub fort. Starożytne miasto pod nazwą Marakanda najprawdopodobniej powstało w VI wieku p.n.e. Przez teren miasta biegł starożytny Jedwabny Szlak, łączący Chiny z Europą. Dzięki niemu Samarkanda rozwinęła się gospodarczo i stanowiła ważny punkt komunikacyjny w ówczesnym świecie, a przez pewien czas była największym miastem w całej Azji Środkowej. Na początku VIII wieku Samarkanda została podbita przez Arabów, którzy wprowadzili na jej terenie religię muzułmańską.  Co więcej, od chińskich niewolników wydarli oni tajemną recepturę produkcji papieru i otworzyli tu pierwszą wytwórnię papieru w całym arabskim świecie.

W XIII wieku większa część Samarkandy uległa zniszczeniu w wyniku najazdu wojsk Czyngis-Chana. Potem odbudowano je w ciągu 36 lat, by w XIV wieku pełniło już funkcję stolicy państwa za sprawą  Timura Chromy. Władca odznaczał się wyjątkowym okrucieństwem.Historycy szacują, że zabił około 5 procent ówczesnej populacji świata. Za jego rozkazem sprowadzono do miasta architektów, artystów i rzemieślników, którzy zrobili wszystko, by miasto odzyskało dawną świetność i sławę. W rezultacie Samarkanda zaczęła przeżywać kolejny okres rozkwitu gospodarczego i politycznego, który trwał przez cały XV wiek. W następnym stuleciu została włączona w granice Chanatu Bucharskiego i utraciła funkcję stolicy. Kolejne wieki to okres powolnego upadku miasta, gdy przechodziło ono z rąk Iranu we władzę Rosji. W XIX i XX wieku status administracyjny miasta ustabilizował się i na długo zostało stolicą radzieckiego Uzbekistanu. W 2001 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę UNESCO.

Co ciekawe, w historię Samarkandy wpisany jest również polski akcent. Miasto było jednym z miejsc, do których zsyłano uczestników walk powstania listopadowego i styczniowego. To właśnie o tym mieście Ksawery Pruszyński napisał opowiadanie „Trębacz z Samarkandy”.

Jakie są obowiązkowe miejsca do odwiedzenia w Samarkandzie?

Plac Registan

Z tym kompleksem kojarzy się właśnie Samarkanda, to swoista wizytówka tego miasta, ikoniczne miejsce całego Uzbekistanu. Ba! Śmiem stwierdzić, że to najwspanialszy zespół architektoniczny w całej Azji Środkowej. Trzy strzeliste madrasy robią piorunujące wrażenie. Wyłożone od fundamentów po same szczyty połyskującymi płytkami ceramicznymi w odcieniach błękitu, wznoszą się wokół otwartej przestrzeni tworząc zespół o niesamowitej symetrii. Registan (dosłownie oznacza”piaszczyste miejsce”) pierwotnie był targowiskiem, na którym zbiegało się sześć głównych ulic Samarkandy. Później odbywały się tu parady wojskowe i publiczne egzekucje (z tego względu zasypywany był piaskiem), a bolszewicy urządzali polityczne wiece i procesy. Słowem registan określa także najważniejsze miejsca innych miast, coś takiego jak nasze dzisiejsze rynki. Aktualnie jest on odrestaurowany, a wieczorami odbywają się tu spektakle światła i dźwięku.

Przestrzeń Registanu wyznaczają fasady trzech monumentalnych medres. Pierwsza z nich, która stoi po zachodniej stronie w latach1417-1420 wybudował Uług Beg. Budynek wieńczą 33-metrowe minarety i bogato zdobią go motywy gwiazd, geometryczne ornamenty, mozaiki oraz ceramiczne płytki. W zamyśle fundatora medresy, miało to być miejsce nauczania nauk przyrodniczych, astronomii, matematyki i astronomii.

Dopiero po dwóch stuleciach zbudowano po wschodniej stronie, jako lustrzane odbicie tej pierwszej, madresę Szir Dar (1619-1636). Jej nazwa pochodzi od mozaikowych lwów w promieniach słońca (shir), które zdobią naroża wejścia i stanowią tradycyjny symbol Samarkandy. W tym przypadku architekci pogwałcili islamską zasadę nieprzedstawiania żywych istot (ludzi, zwierząt i roślin) w sztuce.

Ukoronowaniem zespołu jest trzecia madrasa Tillja Kari (1646-1660), szersza od poprzednich, z potężną turkusową kopułą i bogato złoconym wnętrzem.

Meczet Bibi Chanum

Jest to największy i jeden z najbardziej charakterystycznych meczetów w całej Samarkandzie. Powstał na cześć ukochanej żony Timura Bibi Chanum. W zamyśle miał być największym w całym muzułmańskim świecie. Do jego budowy zatrudniono architektów i budowniczych z całego imperium. Budowa została sfinansowana z łupów ostatniej kampanii w Delhi (1398 rok), a przy pracach wykorzystywano 95 sprowadzonych z Indii słoni. Potężny, 35-metrowy łuk wejściowy, flankowany 50-metrowymi minaretami, prowadzi na wyłożony marmurowymi płytami dziedziniec, przy którym znajdują się meczety. Kompleks wybudowano w pośpiechu (Timur osobiście rzucał robotnikom złote monety i kawałki pieczonego mięsa, aby przynaglić ich do pracy) i chwiejne ściany zaczęły się walić niemal natychmiast po ukończeniu. Aktualnie meczet czynny jest dla odwiedzających, a jego kopuła widoczna jest z wielu miejsc Samarkandy.

Gur-i Mir

Nazwa tego mauzoleum dosłownie oznacza „grób króla”, a w tym miejscu pochowano Timura Chromego – jedną z najważniejszych postaci historycznych Uzbekistanu. Początkowo mauzoleum było przeznaczone dla ulubionego wnuka Timura, Muhammada Sułtana (sam Timur zawsze chciał być pochowany w Shahrisabzie), ale to właśnie Samarkanda została uznana za bardziej odpowiednie miejsce ostatniego spoczynku wielkiego wodza. Obok Timura pochowano tu z czasem jego synów: Szach Ruch i Miranszch, a także wnuków: Muhammad Sułtan i Uług Beg. Głównym elementem zewnętrznej konstrukcji jest portal i charakterystyczna, turkusowa kopuła nad centralną, ośmioboczną salą.

Chciaż Gur-i Mur jest architektonicznym dziełem, w tamtych czasach tak naprawdę stanowił swego rodzaju prototyp innych powstających budowli, między innymi Tadż Mahal w Agrze. Z pochówkiem Timura związana jest pewna legenda, która do tej pory krąży pośród mieszkańców Samarkandy. Nawiązuje do inskrypcji znajdującej się na sarkofagu: „Ktokolwiek naruszy mój grobowiec, wyzwoli pogromcę straszniejszego niż ja”. Pod koniec lat 30-tych XX wieku radzieccy archeolodzy chcieli odrestaurować mauzoleum i otworzyć sarkofag wodza, ale mieszkańcy stanowczo się temu sprzeciwili. W czerwcu 1941 roku Józef Stalin wysłał do Uzbekistanu ekipę badaczy, która odważyła się otworzyć grób. Kilka dni później nastąpiła inwazja III Rzeszy na ZSRR.

Nekropolia Szah-i-Zinda

To chyba moje ulubione miejsce na mapie Samarkandy. Poszłam tam dwukrotnie w ciągu jednego dnia (chociaż znajdowało się na saaaaamym krańcu miasta): pierwszy raz pojawiłam się tam z rana, a potem wróciłam po południu, kiedy złote promienie zachodzącego słońca pięknie oświetlały cały kompleks. To swoiste dzieło sztuki, gdzie spoczywa timurydzka arystokracja (urzędnicy imperium i ważne osobistości sułtańskiego dworu). Groby i inne budowle funeralne pokrywają reliefy i płytki ceramiczne w różnych odcieniach błękitu, a całość zdobią motywy roślinne i kaligraficzne.

Cały zespół architektoniczny obejmuje 20 budowli, niemal tonących w błękicie i turkusie misternych mozaik. Wszystkie z nich są bogato zdobione oraz zwieńczone kopułą, z wielkimi portalami wejściowymi. Szah-i-Zinda z całą pewnością jest miejscem imponującym i gdybym mogła, zostałabym tam przez cały dzień. Nekropolia robi piorunujące wrażenie, ma coś hipnotyzującego w sobie. W 2001 roku kompleks Shah-i-Zinda wraz z innymi zabytkami Samarkandy, w pełni zasłużenie został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.