„Wdowa”

Demokratyczna Republika Konga – co wiemy o tym państwie? Chyba tylko tyle, że znajduje się gdzieś w Afryce. Akcja najnowszej produkcji „Wdowa” z Kate Beckinsale w roli głównej rozgrywa się właśnie w tym kraju.

Georgia Wells nie może poradzić sobie ze stratą męża, który ginie w katastrofie lotniczej gdzieś nad kongijską dżunglą. Trzy lata później wdowa otrzymuje tajemniczą wiadomość, która skłania ją do odkrycia prawdy o śmierci męża. Wyrusza do Kinszasy, stolicy Demokratycznej Republiki Konga, by tam zbadać sprawę nie do końca wyjaśnionej katastrofy samolotu. Na miejscu odkrywa, ze prawda jest zupełnie inna niż ta, oficjalnie podana przez kongijski rząd. Gdy zaczyna zgłębiać się w sprawę, bliskie osoby z jej otoczenia zaczynają ginąć, a ona sam otrzymuje liczne pogróżki. Krok po kroku odkrywa prawdę związana nie tylko z katastrofą, ale także o swoim małżeństwie.  Co tak naprawdę zdarzyło się w dniu katastrofy?

„Wdowa” to nie tylko opowieść sensacyjna, ale także krótki przekrój przez realia współczesnego Kongo. Kraj ten tak naprawdę pozostaje anonimowy, należy do jednych z najbiedniejszych państw świata, gdzie przemoc i bieda jest na porządku dziennym. Poznajemy też historię młodziutkiej Adidji, która została zwerbowana do armii, gdzie zasiliła szeregi dziecięcych żołnierzy. Mnóstwo tego typu przerażających obrazów przewija się przez 8 odcinków serialu.

Nigdy specjalnie nie byłam fanką Kate Beckinsale. Pamiętam jej rolę w „Pearl Harbor”, jednego z moich ulubionych filmów. Jako nastoletnia dziewczynka byłam nią totalnie oczarowana: grała taką delikatną, kruchą a jednocześnie odważną dziewczynę. W nowej produkcji pokazała zupełnie inne oblicze: twardej, rozgoryczonej, zdeterminowanej i przede wszystkim wściekłej kobiety. Odniosłam wrażenie, że rola była stworzona specjalnie dla niej, bo zagrała tam fenomenalnie. Chociaż czasami przeszkadzał mi jej zbyt brytyjski akcent.

Sam tytuł może zniechęcać wymagającego widza. Na szczęście nie jest to typowa ckliwa historia zrozpaczonej wdowy, tylko prawdziwy film akcji, przez cały czas trzymający w napięciu. Mnóstwo zaskakujących zwrotów akcji sprawia, że nie da się nudzić ani przez minutę oglądania serialu. Oby powstało więcej tego typu produkcji.

„Russian Doll”

Wyobraź sobie, że w dniu swoich 36-tych urodzin niechcący umierasz, ale za chwilę powracasz do świata żywych. Jak gdyby nic się nie stało. Potem jednak umierasz ponownie i ponownie powracasz na swoją imprezę urodzinową – cała i zdrowa. I tak jeszcze ze dwadzieścia razy. Brzmi fajnie? Na pewno nie dla głównej bohaterki „Russian Doll” – najnowszej produkcji Netflixa.

Nadia Volvokowa (Natasha Lyonne) to Amerykanka o korzeniach rosyjsko-żydowskich. Na życie zarabia jako programistka gier komputerowych. Jest kobietą inteligentną, nowoczesną, z wyjątkowym podejściem do życia, nie stroni od przygodnego seksu, wszelkiego rodzaju używek, ale zachowując przy tym dystans względem samej siebie. Papieros jest jej znakiem rozpoznawczym i nieodłącznym kompanem. W dniu swoich 36-tych urodzin wpada w pętlę czasu – każdego dnia umiera w najróżniejszych okolicznościach, czasem niezwykle zabawnych. Od tej pory Nadia będzie odradzać się na nowo i umierać jeszcze raz, a każda kolejna śmierć sprowadzi ją z powrotem do tego samego miejsca – łazienki w domu jej przyjaciółki, w której za każdym razem będzie przygrywać dokładnie ta sama piosenka i to samo spojrzenie w lustrze.

Zdezorientowana Nadia próbuje rozwikłać zagadkę beznadziejnej sytuacji, w której się znalazła. Pomiędzy jedną śmiercią a kolejnym odrodzeniem, kobieta poznaje Alana (Charlie Barnett), który podobnie, jak ona codziennie odchodzi z tego świata i codziennie powraca w tym samym momencie. Pomimo, że mężczyzna jest jej zupełnym przeciwieństwem, oboje starają się rozwikłać zagadkę zagiętej czasoprzestrzeni, w której oboje się znaleźli.

Początkowe odcinki „Russian Doll” mogą wydawać się nudne i bardzo przewidywalne, jednak z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej zgłębiamy się w przeszłość Nadii, tym samym poznając jej złożoną osobowość. Początkowo może się wydawać, że Nadia jest wyluzowaną imprezowiczką, ale z wraz kolejnymi odcinkami odkrywamy jej tajemnice, stopniowo dowiadując się o niej coraz więcej i badając jej przeszłość. Nadia to kobieta z pozoru mająca kontrolę nad każdym aspektem swojego życia, a w praktyce zmaga się z masą problemów i rozbitą na drobne kawałeczki osobowością, których poskładanie w całość okazuje się być nie lada wyzwaniem. To właśnie ona jest tytułową „matrioszką” – każda śmierć pozwala na to, by na światło dzienne wyszło jej głęboko skrywane oblicze,  aż u schyłku serialu stanie przed nami osoba zupełnie inna niż ta, którą poznaliśmy w pierwszych odcinkach.

Natasha Lyonne odegrała swoją rolę brawurowo, znakomicie wykreowała postać Nadii. Chociaż początkowo można czuć pewną niechęć do głównej bohaterki, to z każdym kolejnym odcinkiem zmieniłam o niej zdanie. Natasha z łatwością odnajduje się w swojej roli i w każdym ze skrajnych stanów psychicznych swojej bohaterki. Aktorka zachowuje się w tej roli niezwykle naturalnie, autentycznie i przekonująco. No i ta burza kręconych, rudych loków – aż zapragnęłam mieć taką fryzurę ❤

Chociaż fabuła wydaje się być banalna, przewidywalna i nieco oklepana, twórcy „Russian Doll”  sprawili, że serial okazuje się być poruszającą opowieścią o trudnym i bolesnym procesie poszukiwania szczęścia, ale także strachu przed życiem, depresją czy samotnością. Nie jest to jednak żaden melodramat, wręcz przeciwnie – czarna komedia z piekielnym poczuciem humoru.

„Bohemian Rhapsody”

Są tacy wokaliści, którzy nawet po swojej śmierci pozostają nieśmiertelni. To jedyne w swoim rodzaju ikony muzyczne, których dorobek artystyczny stał się nie tylko elementem popkultury, ale na zawsze zapisał się w świadomości ludzi na całym świecie. Bez wątpienia Freddy Mercury jest jedną z tych postaci. Teraz za sprawą filmu „Bohemian Rhapsody” powraca do świata żywych.

Londyn, rok 1975. Farrokh Bulsara – nieśmiały i zakompleksiony chłopak pochodzący z Zanzibaru marzy, by w życiu „coś” osiągnąć. Co wieczór chodzi od baru do baru w poszukiwaniu inspiracji, a tak naprawdę znajduje nową rodzinę: Bryana May, Rogera Taylora oraz Johna Deacon’a. Farrokh przemienia się we Freddiego Mercurego i tak oto powstaje zespół Queen. Talent i determinacja wszystkich członków zespołu grającego w podrzędnych londyńskich barach sprawiają, że niebawem „Królową” pokocha cały świat.

W rolę Freddiego Mercurego wciela się rewelacyjny Rami Malek. Ruchy sceniczne, mimika, najmniejsze gesty – wszystko to sprawia, że Malek nie gra lidera Queen – on nim jest w każdym calu.  Finałowa scena na Wembley po prostu powala – można odnieść wrażenie, za sprawą Maleka  Mercury zmartwychwstał. Jedyne, co mi przeszkadzało, to zbyt uwydatniona sztuczna szczęka, z która aktor momentami sobie nie radził. Miałam wrażenie, że zawzięcie walczy, by zęby nie wypadły mu przy kolejnym wypowiedzianym słowie 🙂 Reszta postaci pozostała w cieniu Maleka, ale za to w niektórych scenach aktorzy wyglądają jak klony legendarnych muzyków. Brawa dla reżysera Bryana Singera za to, że miał odwagę pokazać te niewygodne i trudniejsze chwile w zespole, samotność Freddiego, porzucenie kapeli i otoczenie fałszywych przyjaciół. W Bohemian Rhapsody” mamy przegląd wszystkich najważniejszych wydarzeń zespołu od czasu poznania się bandu z charyzmatycznym Freddiem Mercurym poprzez rozłam w latach osiemdziesiątych i chorobę wokalisty, aż po legendarny koncert dla głodujących w Etiopii Live Aid z 13 lipca 1985 roku. Może „Bohemian Rhapsody” nie jest idealnie odzwierciedloną biografią Queen. Z całą pewnością historia skupia się na Freddym i bez wątpienia to on jest główną postacią, a koledzy z zespołu stanowią jedynie tło dla jego osoby.

Grzechem jest nie wspomnieć o muzyce, która pełni tutaj kluczową rolę. W filmie możemy zobaczyć, jak działa branża muzyczna od zaplecza oraz ujrzeć kulisy powstawania takich hitów jak tytułowa ‚Bohemian Rhapsody’, ‚Another One Bites the Dust’, ‚We Will Rock You’ i wiele innych. Przez cały film możemy usłyszeć fragmenty całego dorobku muzycznego Queen, która pojawia się w odpowiednich momentach. Jednym z nich jest scena, w której Freddy dowiaduje się, że choruje na AIDS, a w tle słyszymy utwór „Who Wants To Live Forever” – jedna z najbardziej wzruszających scen w całym filmie.

Grupa Queen nigdy nie należała do moich ulubionych. Fakt, że to nie moje pokolenie i to raczej moi rodzice mogą nazywać się ich wielbicielami, ale niektóre zespoły z tamtej dekady (jak Bon Jovi czy Aerosmith) po prostu ubóstwiam. Owszem, bardzo lubię niektóre kawałki Queen, ale nie jestem fanką wszystkich utworów. Nie mniej jednak z wielka przyjemnością wybrałam się na produkcję „Bohemian Rhapdy” i przyznam, że wyszłam oniemiała. Film wywarł na mnie tak ogromne wrażenie, że do tej pory nie potrafię przestać o nim myśleć. A końcowa scena koncertu Live AID na Wembley sprawiła, że miałam ciarki na plecach. Odwzorowany został niemal idealnie do oryginału, choć odrobinę go skrócili. Poczułam się jak na prawdziwym koncercie. Show Must Go On, a królowa jest tylko jedna. Bezapelacyjnie.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Jestem taka piękna!”

Piękno to pojęcie względne. Na przestrzeni wieków klarowały się różne kanony piękna. To, co dla jednych może wydawać się piękne, dla drugich jest okropne. I na odwrót.

By dzisiaj zostać uznaną za piękność, trzeba mieć wymiary supermodelki przechadzającej się po wybiegu. W latach 60-tych ubiegłego wieku krągła Marilyn Monroe wyznaczała standardy piękna. W czasach Rubensa z kilkunastoma nadmiarowymi kilogramami i widocznym cellulitem. Bohaterka filmu „Jestem taka piękna!” łamie wszelkie stereotypy i udowadnia, że piękno pochodzi od wewnątrz.

Reene (Amy Schumer) to przeciętna znudzona życiem kobieta, wykonująca mało satysfakcjonującą i kreatywną pracę.  Z jej kilkunastoma nadmiarowymi kilogramami czuje się niepewnie. Wszystko zmienia się, gdy na zajęciach fitness spada z rowerka treningowego, uderza się w głowę i traci przytomność. Kiedy odzyskuje świadomość i spogląda w lustro, wprost nie może uwierzyć. Jej nogi są szczupłe i opalone, włosy jedwabiste, a podbródek idealnie ukształtowany. Jednym słowem – jest zjawiskowo piękna! Problem w tym, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. Dla całego świata Renee nadal wygląda tak samo. Jednak bohaterka, przekonana o rzekomym cudzie, przechodzi totalną metamorfozę. Z szarej myszki staje się wyzwoloną i pewną siebie kobietą, której śmiałość i energia robią piorunujące wrażenie na wszystkich, nawet na atrakcyjnej szefowej – Avery Leclair (Michelle Williams). Z czasem Renee, która dzięki awansom pnie się w górę w firmie kosmetycznej, zaczyna spoglądać z wyższością na świat i innych ludzi.

Może nie jest to komedia najwyższych lotów, ale daje do myślenia. Czy faktycznie musimy uderzyć się w głowę, żeby przestawiła się nam klepka? Czy tylko dopiero wtedy możemy uważać się za piękne, pewne siebie i świadome kobiety? Przecież każda z nas na swój własny sposób jest piękna, niezależnie, czy ważymy 45 kg, mierzymy 140 cm wzrostu czy mamy 70 lat. Wydaje się to szalenie trudne, by na każdym kroku nie porównywać się z innymi i w pełni się zaakceptować. Czasami trzeba nad tym ciężko pracować, ale efektem końcowym powinna być pełna samoakceptacja i pewność siebie . Prawda jest taka, że nie ma żadnej definicji piękna, to wszystko znajduje się w naszej głowie.

„Mamma Mia: Here We Go Again!”

Pamiętacie filmowy musical z piosenkami szwedzkiego zespołu ABBA w roli głównej sprzed ponad dekady? Na ekranach kin gości kontynuacja filmowego hitu „Mamma Mia: Here we go again!” W rolach głównych ponownie zobaczymy Amandę Seyfried, Pierce’a Brosnana, Colina Firtha, Meryl Streep oraz  Stellana Skarsgarda. To jednak nie wszyscy aktorzy. Na ekranie pojawi się również wiele nowych, zaskakujących postaci.

Pierwsza część filmu okazała się globalnym sukcesem, nic w tym dziwnego, że producenci postanowili nakręcić jego kontynuację. Film tak naprawdę powtarza i rozbudowuje historię, którą poznaliśmy w oryginale, dodając do niej tylko drobne elementy. Akcja toczy się na dwóch płaszczyznach, ale właściwie to „Mamma Mia: Here we go again” jest bardziej prequelem niż sequelem, czyli akcja toczy się głównie przed wydarzeniami z pierwszej części filmu. Twórcy przenoszą nas w czasie, do roku 1979, kiedy to młoda Donna wdaje się w romans z trzema mężczyznami: Samem, Harrym oraz Billem. Oczywiście akcja drugiej części musicalu rozgrywa się w przepięknej i słonecznej scenerii greckich wysp.

No właśnie, przenosząc się w czasie mamy okazję poznać młodą Donnę i jej trzech amantów, również w odmłodzonej wersji. Zgłębiamy się w jej historię; staramy się zrozumieć, dlaczego zdecydowała się zamieszkać na greckiej wyspie, w zupełnie innej i obcej dla niej kulturze. Druga część musicalu odsłania kulisy młodzieńczych fascynacji i szalonych przygód Donny. No i w końcu dowiadujemy się, kto jest biologicznym ojcem Sophie (Amanda Seyfried). Z kolei w teraźniejszości, twórcy skupili się na historii Sophie, jej związku, nowopowstałym biznesie oraz tym, że spodziewa się dziecka.

W młodą Donne brawurowo wcieliła się Lily James. Energia i urok granej przez nią postaci sprawia, że nie da się usiedzieć spokojnie w fotelu. Jej werwa powoduje, że razem z nią chce się śpiewać, skakać i tańczyć. Wtórują jej – w rolach miłosnych partnerów Donny – Josh Dylan, Hugh Skinner i Jeremy Irvine, czyli piękne, młode i… spontaniczne wersje Sama (Pierce Brosnan), Harry’ego (Colin Firth) i Billa (Stellan Skarsgård). W „Mamma Mia:Here We Go Again” zobaczymy również Cher i Andy’ego Garcię!

Może produkcja nie należy do gatunku ambitnego kina, ale dostarcza wiele rozrywki. Jest wesoło, kolorowo, wakacyjnie, momentami trochę melodramatycznie i nastrojowo. Do tego, chociaż mniej znane piosenki szwedzkiego zespołu (ale pojawiają się także i największe przeboje ABBY) sprawiają, że chce się tańczyć razem z bohaterami. Jedno jest pewne: „Mamma Mia: Here we go again!” to najgorętszy i długo wyczekiwany hit tego lata!

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Żona czy mąż?”

Lubicie włoskie kino komediowe? Jeśli tak, to komedia „Żona czy mąż?” z Kasią Smutniak i Pierfrancesco Favino w rolach głównych to dla Was idealną rozrywką na zbliżające się długie, szare, jesienne wieczory.

Sofia i Andrea to wieloletnie maleństwo przeżywające kryzys. Ona pracuje w telewizji i lada dzień ma zadebiutować na ekranie telewizorów w charakterze prezenterki popularnego porannego programu. On jest utalentowanym neurochirurgiem, który skonstruował tajemniczą maszynę o nazwie „Charlie”, która ma umożliwić czytanie myśli. W wyniku nieudanego eksperymentu bohaterowie zamieniają się ciałami – umysł męża przenosi się do ciała żony i na odwrót. Małżeństwo i tak boryka się z licznymi problemami zawodowymi, finansowymi i osobistymi, a nieoczekiwana zamiana miejsc pogłębia wszystkie te kryzysy, stając się przy tym źródłem wielu komicznych sytuacji. Z drugiej jednak strony, nowa sytuacja sprawia, że nie tylko lepiej poznają szczegóły z codziennej egzystencji małżonka, ale będą mogli również inaczej spojrzeć na swój związek.

Zamiana miejsc pełna jest przekomicznych sytuacji. Zachowanie Pierfrancesco Favino jako Sofii zamkniętej w ciele męża przypomina (delikatnie mówiąc) mocno zniewieściałego mężczyznę. Bardzo często się wzrusza czy mimowolnie poprawiając włosy, kokieteryjnie zakręcając je na palcach. Z kolei Kasia Smutniak jako mąż uwięziony w ciele żony rozwala system. Piękna kobieta, która na własne życzenie oszpeca się i kompromituje na oczach widzów z całego kraju, wywołuje niekontrolowane wybuchy głośnego śmiechu. Nie da się nie lubić obu postaci. Oboje bardzo mocno zamieszają w karierze swojego małżonka. Swoją drogą ciekawa jestem, jak ja bym się zachowywała, gdybym zamieniła się ciałem z jakimś mężczyzną.

Filmów o tego typu filmów nakręcono całe dziesiątki. W sumie powstała banalna historia, z przewidywalnym zakończeniem, mimo to z całą pewnością dostarcza rozrywki. Włoska produkcja w reżyserii Simone Godano jest lekka i zabawna, w sam raz idealna na długie, jesienne wieczory. Może film nie wnosi nic nowego do światowej kinematografii, za to można przyjemnie spędzić czas w trakcie jej seansu. Jeśli nie macie planów na leniwy wieczór, sięgnijcie po komedię „Żona czy mąż?”. Dobra zabawa gwarantowana.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Zimna wojna”

Jeszcze dobrze film nie wszedł na ekrany polskich kin, a już świat się nim zachwycał. Delikatny i z ludową nutką, rozśpiewany i roztańczony, z wielką historią w tle – taka jest najnowsza produkcja Pawła Pawlikowskiego. „Zimna wojna” to polska wersja Romea i Julii.

Paweł Pawlikowski przenosi nas do Polski lat 50-tych. Wiktor(Tomasz Kot) i Irena (Agata Kulesza) pragną stworzyć zespół, który miałby kultywować polską tradycję i kulturę. Jeżdżą po kraju, szukając młodych i utalentowanych osób do nowopowstającego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”. Wśród kandydatów jest charyzmatyczna i utalentowana Zula (Joanna Kulig). Już od samego początku pomiędzy Zulą a Wiktorem iskrzy. Chociaż dzieli ich duża różnica wieku, zakochują się w sobie bez pamięci. Jednak ich związek nie należy do najłatwiejszych. Na drodze do szczęścia stoi wiele przeszkód. Ogromne uczucie, które zostaje na przestrzeni lat wystawione na wiele prób, nie tylko wynikających ze społecznych norm i zasad prawnych, ale przede wszystkich z silnych charakterów kochanków. Zula i Wiktor nie potrafią być ze sobą, a jednocześnie nie mogą bez siebie żyć.

Wraz z „Mazurkiem” wędrujemy przez kolejne sceny nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Znajdujemy się w klubach wypełnionych muzyką jazzową w Paryżu, Berlinie czy byłej Jugosławii. Muzycznym motywem jest piosenka „Dwa serduszka, cztery oczy”, którą można usłyszeć w różnych aranżacjach, także jazzowych. „Zimna wojna” przepełniony jest muzyką już od pierwszej sceny. Widzimy w niej górali grających na instrumentach i śpiewających ludowe pieśni. Potem widzimy Joannę Kulig występującą najpierw w zespole, a potem solo. W międzyczasie przemyka się Tomasz Kot, który gra muzyka-artystę, komponującego jazzowe utwory, tworząc magiczną atmosferę.

Choć historia jest burzliwa i spektakularna to jednak opowiedziana prosto, minimalistycznie, bez wielkich scen i patosu. Chociaż Joanna Kulig bez wątpienia odegrała świetną rolę, nie polubiłam jej bohaterki. Dla mnie była zbyt egoistyczna, pokręcona i zagubiona. Sama do końca nie wiedziała, czego tak naprawdę chce. Ona i Tomasz Kot wykreowali brawurową ekranową parę, pośród której jest chemia i pasja, o której nie da się zapomnieć. Ich bohaterowie doskonale się uzupełniają: on jest powściągliwy, nieco wycofany; ona pełna energii i trochę nieokrzesana. Filmowi bohaterowie na zmianę przyciągają się i odpychają, padają ofiarą własnych lęków, ambicji i uczuć. A także wyborów, które mają wpływ ich wspólne życie i przyszłość. Jednak nie tylko Joanne Kulig i Tomaszowi Kot należą się oklaski. Także Agata Kulesza wykreowała ciekawą i elektryzującą postać. Borys Szyc wciela się w przedstawiciela Partii, który swoim niewymuszonym dowcipem inteligentnie wplata się w humor sytuacyjny. Bez wątpienia wszyscy oni są pierwszoligowymi polskimi aktorami.

Świat dosłownie zakochał się w „Zimnej wojnie”. „The Hollywood Reporter” napisał, że „Zimna wojna” to „prawdziwa rozkosz dla znawców muzyki”, a „The Guardian” ocenił, że to „wizualnie porywająca epicka opowieść o uwięzieniu i ucieczce ze świata totalitaryzmu”. Jury Festiwalu w Cannes przyznało Pawlikowskiemu Złotą Palmę za reżyserię. Warto dodać, że jest to pierwszy Polak, który  otrzymał nagrodę w tej kategorii. Sama Cate Blanchett zachwycała się rolą, urodą i talentem Joanny Kulig. Czy potrzeba lepszych recenzji?

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Opowieść podręcznej”

Wyobrażacie sobie świat, w którym płeć żeńska zostaje pozbawiona wszelkich praw? Świat, w którym kobiety traktowane są jak chodzące macice, a ich jedyną powinnością jest wydanie na świat jak największej liczby dzieci? Wyobrażacie sobie, że Wasz Pan regularnie Was gwałci, a Wasza Pani lepiej zna Wasz cykl menstruacyjny lepiej niż Wy same? Natomiast za każdy przejaw nieposłuszeństwa wobec kraju i swoich Panów grozi surowa kara. Brzmi irracjonalnie? Taki scenariusz wcale nie jest niemożliwy.

Władze Republiki Gileadu zmagając się z rekordowo niskim przyrostem naturalnym, wprowadzają w życie nowe zasady: ubezwłasnowolniają kobiety zdolne do urodzenia dziecka, oddając je na służbę rządzącym krajem komendantom. Jako podręczne mają one co miesiąc oddawać się swoim panom celem spłodzenia nowych obywateli – dzieci narodu. Po urodzeniu im potomka, zostają przekazane kolejnej rodzinie. Pod przykrywką religii i wiecznej chwały Pana, by przetrwać muszą poddać się nowym zasadom, inaczej zostaną zesłane do tajemniczej kolonii, albo ich ciała zawisną na murze, ku przestrodze innym. Muszą, choć niekoniecznie wszystkie chcą poddać się tym zasadom. Niektóre z nich rozpoczynają walkę z niesprawiedliwym systemem.

Podręczne nie są konkubinami, są chodzącymi macicami; traktowane jak zwierzęta, zadaniem których jest wydawanie na świat nowych potomków. Wszystkie wyglądają tak samo: ubrane w czerwone długie sukienki, z białymi czepkami na głowach, bez grama makijażu mają wyglądać nieatrakcyjnie, by nie wzbudzać męskiego pożądania. Książki, telewizja, gry i inne rozrywki są surowo zabronione. Jedyną ich uciechą są codzienne zakupy i spotkania z innymi podręcznymi w Czerwonym Centrum. Ubezwłasnowolnione, tracą pracę, rodzinę a nawet tożsamość. Przyjmują nowe imiona, które są damskim odpowiednikiem imienia głowy rodziny, np. Freda, Daniela czy Warrena. Akt seksualny pomiędzy podręczną, komendantem i jego żoną, nazywany inaczej ceremonią, nie ma na celu zaspokojenia potrzeb seksualnych czy czerpania przyjemności, ma charakter czysto prokreacyjny – odbywa się on w ciszy, bez żadnych emocji czy nawet dotyku. Jak wspomniałam, żona komendanta także jest obecna w trakcie aktu, co niewątpliwie dla obu pań jest upokarzającym momentem.

Posłuszeństwo i wyrzeczenie się wszelkich rozrywek dotyczy nie tylko podręcznych, ale także pozostałych kobiet, również żon komendantów. Zmagające się z bezpłodnością kobiety, ale marzące o potomstwie muszą znosić całą sytuację z godnością. Serena Joy Waterford (Yvonne Strahovski) była kobietą czynu, można rzec – feministką. Głośno walczyła o prawa kobiet, wydałą książkę i głosiła wykłady na wszelakich uczelniach i w różnych organizacjach. Po reformie prawa, którego również sama była twórczynią, z pokorą poddała się nowym zasadom. Ona również nie może czytać książek czy nakładać makijażu. Także żony komendantów mają jeden uniform, w różnych odcieniach turkusu, chociaż mają nieco większe pole do popisu niż podręczne.

Niestety główna bohaterka Freda/June (Elisabeth Moss) źle została dobrana do tej roli. Przez większość filmu pokazywana jest jej twarz z jednym i tym samym, nijakim grymasem twarzy. Nie jest wiadome, czy na jej obliczu maluje się strach, niepokój, radość czy może ma problemy z wypróżnieniem się. Jej postać jest po prostu nieciekawa, nijaka, a nawet irytująca. Niemrawa gra aktorki bardzo razi. W porównaniu z innymi podręcznymi (które również pozbawione są makijażu i znalazły się w takiej samej sytuacji) Elisabeth Moss wypada po prostu źle. Całe szczęście, że inni aktorzy, tacy jak Alexis Bledel, Joseph Fiennes, Max Minghella, Samira Wiley, Madeline Brewer czy wspomniana Yvonne Strahovski są znacznie bardziej utalentowani i nadrabiają swoją grą. Ich postacie są wyraziste, z charakterem, które mimo beznadziejnej sytuacji starają się istnieć, nie tylko ciałem ale i duchem.

Serialowa produkcja oparta na powieści Margaret Atwood jest szokującym i przerażającym obrazem przyszłości, która wcale nie jest taki niemożliwa. Patrząc na obecną sytuację w naszym kraju niewykluczone, że taki scenariusz może kiedyś wejść w życie. Oglądając „Opowieść podręcznej” odczuwam niepokój, ale również zdenerwowanie, że można traktować kobietę jak krowę rozpłodową, a ich ciało jest tylko inkubatorem. Jak to powiedział komendant Waterford, nie ma nic piękniejszego niż wydanie na świat nowej istoty. Poza spełnieniem obowiązku swojego gatunku nic innego nie istnieje. Słuchając takich wypowiedzi krew się w środku gotuje. Jak to możliwe, że kobiety mogą zgotować taki los innym kobietom, bez żadnego współczucia. Jedynie podręczne mają poczucie solidarności i wspierają się na każdym kroku.

„Opowieść podręcznej” zdecydowanie nie jest pozycją dla feministek. Nie mniej jednak zdecydowałam się ją obejrzeć z czystej ciekawości, jak kiedyś może wyglądać świat. Jak wspomniałam, nie jest to taki utopijny scenariusz, bo stopniowo odbierane są nam pewne prawa, czy nam się to podoba, czy nie.. Mimo wszystko polecam serial wszystkim kobietom, by mieć świadomość, jaki los może nas kiedyś czekać.

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara”

Wygląda na to, że postać Pablo Escobara, kolumbijskiego barona narkotykowego lat 80-tych ubiegłego wieku nieustannie fascynuje filmowców. W przeciągu kilku lat powstało kilka produkcji o tym człowieku. Najnowsza z nich „Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” z Javierem Bardem i Penelope Cruz w rolach głównych opowiada historię romansu pomiędzy mafiosem a kolumbijską dziennikarką – Virginią Valejo.

Historia ukazana tutaj widziana jest z perspektywy kobiety, która pokochała samego diabła. Wielka gwiazda kolumbijskiej telewizji wdaje się w romans z baronem narkotykowym. Początkowo zafascynowana i pełna podziwu jego osobą pomaga mu w zdobyciu pewnego statusu społecznego. Wiedziała czym się zajmuje, a mimo to weszła w ten związek. Oczywiście mafioso nie pozostawał jej dłużny, dziennikarka opływała w luksusy i miała wszystko czego zapragnęła. Postawa kobiety stopniowo ulega demoralizacji – zaczyna latać na zakupy do Nowego Jorku z walizami wypchanymi narko-forsą, a kiedy gangster rozpętuje prywatną wojnę z aparatem państwowym, przy kochanku trzyma ją wyłącznie zwierzęcy strach. Tutaj zaczyna się walka o życie zdesperowanej kobiety, która zrobi wszystko, by nie skończyć jako kolejna ofiara na liście Pablo Escobara.

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” oparta jest na biograficznej książce Virginii Valejo o takim samym tytule. Po znakomitym serialu „Narcos”, produkcja kolejnych filmów o Escobarze to bardzo ryzykowne zagranie. Aby udźwignąć taką produkcję, trzeba było zaangażować pierwszoligowych aktorów z Oscarem na koncie, a gwiazdorska para Bardem-Cruz zdołała udźwignąć ten ciężar. Bardem miał ten obłęd w oczach, przez który widz ma ciarki na plecach w trakcie całego seansu. Javier Bardem gra z dużym wyczuciem psychopatycznej podwójności Escobara – rodzinny konserwatyzm kontra sadystyczny narcyzm. To taki swoisty przekrój z życia samozwańczego króla Kolumbii.  Mamy tutaj wszystko, co uczyniło z Escobara figurę globalnej popkultury: brutalną przemoc i ojcowską łagodność; skorumpowaną politykę i biznesowe narady przy basenie; społeczną wrażliwość i orgie z prostytutkami.

Przyznam szczerze, że czułam pewien niedosyt; dwugodzinny seans nie był dla mnie wystarczający, chciałam więcej. Film jest brutalny, może nie w takim stopniu jak „Narcos”, ale scena z piłą mechaniczną czy z psem uwiązanym na plecach na długo zapadają w pamięci. Brak poszanowania dla ludzkiej godności i życia jest tutaj widoczny na każdym kroku.  Aktorska para (na ekranie i w życiu prywatnym) znakomicie się spisała, chociaż przed seansem sądziłam, że nie podołają temu aktorskiemu zadaniu. No, ale nie za darmo zostali obsypani Oscarami.

 

„Geniusz: Picasso”

Historia jednego z najsłynniejszych artystów XX wieku, słoneczna Hiszpania i nieziemsko przystojny Antonio Banderas – czy może być jakieś lepsze połączenie? Wszystko to znajdziemy w najnowszym serialu National Geographic „Geniusz: Picasso”.

Kobieciarz, awanturnik i zabawiaka – takie łatki przylgnęły do najsłynniejszego hiszpańskiego malarza. Pablo Picasso, a właściwie to Pablo Diego José Francisco de Paula Juan Nepomuceno María de los Remedios Cipriano de la Santísima Trinidad Ruiz y Picasso był prekursorem kubizmu, który żył i działał na przełomie XIX i XX wieku, w niespokojnych czasach obu wojen światowych. Niewielu artystów pozostawiło po sobie tak bogaty dorobek, jak on. Był jednym z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych artystów ubiegłego stulecia, którego kariera trwała nieprzerwanie przez 80 lat. Szacuje się, że dorobek Picassa, który dożył 91. roku życia, obejmuje około 50 tysięcy prac. Jego porywczy temperament i niezwykła wena twórcza były nierozerwalnie związane z pełnym zawirowań życiem prywatnym – burzliwymi małżeństwami, licznymi romansami, zmieniającymi się sympatiami politycznymi i przelotnymi fascynacjami. Picasso nieustannie kreował siebie na nowo, wyznaczał nowe trendy w sztuce i przesuwał granice.

Akcja serialu toczy się na dwóch płaszczyznach jednocześnie. Retrospekcje w pewnym stopniu ilustrują i argumentują zachowania Picasso z bieżącej fabuły (Antonio Banderas), by za chwile przenieść się do czasów młodego Picasso (Alex Rich). Na początku widzimy Picasso jako grzecznego chłopca obserwującego z tatą corridę, następnie jako ciekawego świata młodzieńca, który coraz chętniej odwiedza domy publiczne by zasmakować życia, a wreszcie, jako mężczyznę, który decyduje się postawić wszystko na jedną kartę i iść właśnie w kierunku sztuki. W fabule retrospektywnej nie zabrakło również osobistych traum, które wpłynęły na to, jakim człowiekiem stał się Pablo.  Miał wiele muz, między innymi: Marie-Thérèse Walter (Poppy Delevingne) – matkę jego córki Mai,  piękną fotografkę Dorę Maar (Samantha Colley) czy Francise Gilot (Clémence Poésy).

Produkcja powstała między innymi w Paryżu, Barcelonie, Malcie oraz Maladze – mieście, w którym urodził się nie tylko sam artysta, ale także Antonio Banderas. To właśnie w tym andaluzyjskim mieście obserwujemy dorastanie młodzieńca w pięknej, słonecznej Hiszpanii, gdzie na arenach widowiskowo walczą torreadorzy, a elewacje budynków pokryte są kwiatami. Scenografia produkcji jest rzeczywiście dopięta na ostatni guzik – klimat Malagi bije z ekranu z niezwykłą siłą, hipnotyzując widokami. W tle słychać delikatne gitarowe brzmienia  autorstwa genialnego Hansa Zimmera. W zestawieniu z malowanymi farbami kadrami wypada to fantastycznie.

Przyznam szczerze, że o Pablo Picasso nie wiedziałam zbyt wiele. Oczywiście znałam kilka jego prac, ale o życiu i działalności nie miałam pojęcia. A jako miłośniczka Hiszpanii i wielka fanka Antonio Banderasa nie mogłam nie obejrzeć tego serialu 🙂 „Geniusz: Picasso” jest nieszablonowym, pełnym zawirowań życiorys i wciągający dobry serial. Obejrzeć go powinni nie tylko ci, którzy znają dzieła Picassa, ale przede wszystkim dla takich laików jak ja, które wiedziały jedynie, że Picasso istniał. W serialu znajdziemy wszystko, czego trzeba: świetne kreacje aktorskie, znakomitą realizację i przepiękne krajobrazy.