Szczeliniec Wielki. Między Piekiełkiem a niebem

Nigdy nie byłam miłośniczką gór. Nie przepadałam za tego typu wyprawami, a jak trzeba było wejść po jakimś wzniesieniu, to następowała czarna rozpacz, a co dopiero wspinaczka po prawdziwych górach! Brak kondycji, lęk wysokości, brak odpowiedniego przygotowania i sprzętu potrafił mocno demotywować. Natomiast ludzi uciekających w góry w każdej możliwej chwili uważałam za szaleńców. Cóż, nadal co niektórych uważam za takich, ale teraz już pod nieco innym względem. Bakcyla złapałam kilka lat temu, ale chyba tak naprawdę miętę do górskich klimatów poczułam w tamtym roku. Do tego chyba trzeba po prostu dorosnąć. W góry wkręciłam się do tego stopnia, że praktycznie każdy weekend września i października spędzę właśnie buszując po górach 🙂 A wszystko za sprawą mojej ostatniej wycieczki w przecudowne Góry Stołowe, w których się totalnie zakochałam. Dzisiaj opowiem o najwyższym szczycie tych gór, czyli o niesamowitym Szczelińcu Wielkim.

Jednym z najbardziej charakterystycznych piaskowych płaskowyżów  podciętych urwiskami skalnymi, a spłaszczonych od góry, jest Szczeliniec. Rozdzielony niewielką przełęczką na dwa płaskowyże – mniejszy i nieco niższy Szczeliniec Mały oraz najwyższy w Górach Stołowych Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.). Wraz z Błędnymi Skałami i Skalniakiem należą do jednych z najlepiej zachowanych fragmentów powierzchni skał piaskowych. Spękania w piaskowcu z czasem coraz bardziej się poszerzały i pogłębiały w wyniku działalności wody, a zróżnicowana odporność części skały sprawiła, że erozja wypreparowała w nich fantastyczne kształty. To właśnie one decydują o atrakcyjności gór, w tym trasy turystycznej na szczyt Szczelinca Wielkiego.

Sam Szczeliniec Wielki do końca XVIII wieku pozostał nieznany dla turystów. Przełom nastąpił po zakończeniu wojen śląskich, kiedy władze pruskie chciały zbudować na pograniczu sieci fortów, które miały chronić świeżo podbitą prowincję. Powstał wtedy Fort Wilhelma w Górach Bystrzyckich, fort w okolicach Kamiennej Góry oraz Fort Karola – naprzeciwko Szczelińca. Zainteresowaniem budowniczych cieszył się także Szczeliniec Wielki i postanowiono wysadzić w nim skały, tworząc przejścia. Dzięki temu można dzisiaj wejść pod schronisko. Pierwszym oprowadzającym po Szczelińcu, jeszcze w trakcie prac przy budowie fortu, był Franciszek Pabel. Przewodnictwem trudnił się do końca swojego życia, a poświęcił temu zajęciu 71 lat.

Droga na szczyt Szczelińca Wielkiego prowadzi po krętych kamiennych schodach (łącznie jest ich 665), w otoczeniu lasu i mniejszych formacji skalnych. Schodki te zostały ułożone w 1814 roku przez wspomnianego Franciszka Pabela, sołtysa pobliskiej wioski Karłów oraz pierwszego przewodnika i autora pierwszej broszury o Szczelińcu. Pokonanie tej okrężnej, jednokierunkowej trasy o długości około 5 km nie powinno zająć dłużej niż 30-40 min. Chociaż nieco obawiałam się drogi na górę, to zanim się obejrzałam a już byłam na szczycie. Przejście jest banalnie proste i nawet dziecko sobie da z nim radę.

Schodki prowadzą do Schroniska PTTK na Szczelińcu, który jest jednym z dwóch (drugie to Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach) w Polsce obiektów, do którego nie można dojechać samochodem. Nie prowadzi tu żadna droga, po której mógłby się poruszać jakikolwiek pojazd. Jedynym sposobem dotarcia jest wybranie się piechotą po wspomnianych kamiennych schodkach. To także jeden z najstarszych tego typu obiektów w Sudetach. Pierwsze całoroczne schronisko powstało już w 1845 roku i istnieje do dzisiaj. Po II wojnie światowej budynek przez wiele lat stał zaniedbany i popadł w ruinę. Dzisiaj nie przypomina budowli sprzed lat, odrestaurowano go i można tam zjeść ciepły posiłek albo napić się gorącej herbaty czy czekolady i odpocząć przed buszowaniem pośród fantastycznych formacji skalnych w labiryncie.

Nie trafiliśmy na pogodę, bo ze wszystkich stron Szczeliniec Wielki spowiła mgła. Muszę jednak przyznać, że miało to swój urok – niczym sceneria z podrzędnego horroru klasy B. Widoków ze szczytu nie mogliśmy niestety podziwiać, więc po prostu udaliśmy się w stronę Skalnego Labiryntu, gdzie klimat grozy czuć znacznie bardziej.

Trasa po Labiryncie Skalnych rozpoczyna się tuż przy schronisku. Za bilet wstępu trzeba zapłacić 12 zł (dokładny cennik znajduje się tutaj). Z uwagi na bardzo wąskie przejścia, zwiedzanie Labiryntu odbywa się jednokierunkowym szlakiem czerwonym. Trzymając się stricte szlaku, można wyruszyć w najbardziej efektowne rejony Szczelińca. Ścieżka biegnie po skałkach, doprowadzając do najwyższych partii masywu, gdzie dochodzimy na widokową skałkę o wdzięcznej nazwie „Tron Pradziada”. Wędrując dalej natykamy się na:

  • Wielbłąda,
  • Mamuta,
  • Słonia,
  • Kwokę,
  • Małpoluda,
  • Psa,
  • Żółwia,
  • Koński Łeb,
  • Sowę

Jednak największe wrażenie robi tzw. Piekiełko, gdzie ścieżka prowadzi przez głęboką rozpadlinę pomiędzy skałami. Niekiedy nawet wręcz trzeba przeciskać przez jego ciasne zakamarki i czołgać na kolanach. Wewnątrz licznych korytarzy Labiryntu panuje swoisty mikroklimat, a w niektórych miejscach śnieg utrzymuje się nawet do lipca. Co ciekawe, właśnie w Piekiełku powstały zdjęcia do filmu „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”.

Przejście przez ścieżkę na Szczelińcu Wielkim zajmuje około godziny, jednak w moim przypadku było to „nieco” dłużej, bo musiałam obfotografować każdą znajdującą się tam skałkę 🙂  Jedynym minusem tego spaceru były tłumy ludzi, a przez nich w niektórych miejscach nie dało się zatrzymać na dłużej, bo nie wiadomo czemu, ale spieszyło im się gdzieś 😦 Szkoda także, że nie udało się podziwiać widoków ze szczytu Szczelińca, ale to znaczy, że muszę tam wrócić, co z przyjemnością uczynię. Może jesień to będzie dobry czas na kolejną wizytę w Szczelińcu Wielkim? 🙂