Chiwa. Błękitna perełka Uzbekistanu

Znana również jako Khiva lub Xiva. To pierwszy przystanek w trakcie mojej tegorocznej podróży po Uzbekistanie. I chyba właśnie dlatego mam do Chiwy największy sentyment, a na samą myśl serce mocniej mi bije. Pamiętam, kiedy po długiej i uporczywej podróży oraz krótkim śnie, następnego dnia rano wyruszyłam na „podbój” tego miasta i zobaczyłam fortecę, to dosłownie zamurowało mnie z wrażenia i doznałam przypływu ogromnego szczęścia – spełniłam swoje kolejne marzenie. Wiecie jak to jest, prawda? 🙂

Chiwa to miasto, które powstało w czasach świetności Jedwabnego Szlaku i niemal prawie wszystkie zabudowania z tamtego okresu przetrwały do dnia dzisiejszego! Obecnie jest także jednym z najważniejszych ośrodków miejskich zachodniego Uzbekistanu. Pośród niezliczonych medres, meczetów czy minaretów toczy się zwykłe, codzienne życie. Ja przeznaczyłam na to miasto dwa pełne dni, co okazało się nierozsądne, ponieważ można je spokojnie przejść w jeden dzień. Chociaż nadal zauroczona miastem przyznam szczerze, że drugiego dnia snułam się bez celu albo ponownie odwiedzałam te same miejsca. Miasto zamknięte za murami nie jest duże, a wszystkie atrakcje znajdują się obok siebie.

Jedna z legend o powstaniu miasta mówi, że zbudowano je wokół studni, którą kazał wykopać Sem – syn biblijnego Noego. Podobno jest to ta sama studnia, która aktualnie znajduje się w północno-wschodniej części Chiwy. Archeolodzy nie potrafią oszacować czas powstania pierwszych osiedli. Wiadomo jednak, że nazwę miasta oraz region Chorozemu wymieniono w irańskiej inskrypcji z VI w. p.n.e. jako jeden jeden z okręgów podlegający władzy słynnego perskiego króla Dariusza I Wielkiego. Na tej podstawie można stwierdzić, że Chiwa liczy co najmniej 2500 lat!

Chiwa warta jest tego, aby przemierzyć piaski i żwiry pustyni Kyzyl-kum i poczuć namiastkę przeszłości Chorozemu. Iczan Kala, czyli chiwańska twierdza to najlepiej zachowana i największa spośród pustynnych twierdz.Wiele uliczek nada przypomina miasto z przeszłości, to iluzję podróży do przeszłości coraz częściej zakłócają np. kable elektryczne i anteny satelitarne na dachach. Nie mniej jednak tę architektoniczną perełkę doceniono w 1990 roku, kiedy to chiwańska twierdza Iczan Kala (jako pierwszy uzbecki obiekt) została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto przepełnione jest medresami, meczetami i minaretami. Nie będę się o nich wszystkich rozpisywać, bo musiałabym stworzyć swoisty esej, którego i tak nikt by zapewne nie doczytał nawet do połowy 🙂 Wymienię kilka najważniejszych i najatrakcyjniejszych (dla mnie) atrakcji, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Żeby wejść do miasta, już u jego bram trzeba kupić bilet. Ważny jest przez dwa dni od zakupu, a najlepiej jest kupić łączony, który uprawnia do wejścia do wszystkich budynków i muzeów. Koszt takiego biletu to 150 000 sum, czyli około 15 euro. A mówi się, że szczęścia nie można kupić za żadne pieniądze 🙂

Pierwsze, co rzuca się w oczy po przekroczeniu bramy to wielki, błękitny i zachwycający minaret Kalta Minor. Jest to swoisty symbol miasta, a jego nazwa oznacza „krótki minaret”. Jego średnica u podstawy ma około 15 m, zaś aktualna wysokość wynosi 30 m. Docelowo miał on sięgać aż 110 m, by z jego szczytu można było zobaczyć Bucharę. Wokół minaretu krąży wiele legend, a jedna z nich mówi, że w trakcie budowy doszło do protestu robotników, zaś niepokorny przywódca strajku miał zostać żywcem pochowany pod fundamentem jego konstrukcji. Dlatego jego budowa do tej pory nie została ukończona. Mimo to, że minaret jest niedokończony, robi oszałamiające wrażenie. W całości pokryty jest glazurą i majoliką, pewnie dlatego nie można oderwać od niego oczu. Niestety w trakcie mojej wizyty nie było możliwości wejścia na szczyt, nad czym bardzo ubolewam. Znaczy można było, ale tylko wybrańcom, jak tym muzykom 🙂

Tak jak w każdym mieście, również w Chiwie znajdują się punkty widokowe, na które koniecznie trzeba się wdrapać. Rozpościera się z nich fantastyczny i zapierający widok na panoramę miasta. Jednym z nich jest pałac i twierdza Kunja Ark. Forteca została zniesiona w XII wieku, ale rozbudowano ją dopiero w siedemnastym stuleciu. Przez bardzo długo była ona sercem Chiwy; właśnie w niej znajdowała się siedziba chanów i ich harem. Kompleks służył też za arsenał i strażnicę, a na jego terenie działała mennica. Dzisiaj turyści mogą podziwiać jej architekturę oraz oszałamiającą panoramę, bez wątpienia jeden z najwspanialszych widoków na miasto.

Innym punktem widokowym, na który koniecznie trzeba wejść, to minaret znajdujący się w pobliżu kompleksu Islam Chodża. Piękna, monumentalna i zgrabna budowla została wybudowana w XIX wieku i liczy 57 m. By się dostać na sam szczyt, trzeba pokonać setki wąskich, krętych i stromych schodów. Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza, że w środku (przez większość wspinaczki) panują kompletne ciemności. Żeby nie stracić zębów i przy okazji nie skręcić karku, trzeba solidnie wspierać się rękoma. Jednak widok z góry wynagradza trud i wysiłek włożony w niezbyt bezpieczną i mało komfortową wspinaczkę.

Warto też przespacerować się po murach otaczających miasto, które wyglądają jak ulepione z gliny. Tam również rozpościera się przyjemny widok na Chiwę. Liczą one łącznie dwa kilometry długości i mają cztery bramy – po jednej na każdą ze stron świata. Grubość murów dochodzi miejscami do sześciu metrów, a wysokość – do dziesięciu. Spacerując po nich zastanawiałam się, czy gdyby nagle spadł deszcz, to czy czasami nie rozmyło by tej pozornie solidnej fortecy…

Miasto przypomina trochę jedno wielkie targowisko różności. Na ulicach wszędzie stoją stragany z typowymi pamiątkami i innymi nietypowymi rzeczami. Można tam znaleźć niemal wszystko: przepiękną i kolorową ceramikę, puszyste dywany, dziergane wełniane swetry i czapki, jedwabne szale, a nawet lodówki z lodami i chłodnymi napojami. Sprzedawcy nie są w ogóle nachalni, czasami jednak zdarzyło się, że ktoś podszedł z uśmiechem i grzecznie zaoferował swój produkt. Nikt jednak nic nie wciskał na siłę przekonując, że ma towar najlepszej jakości, który przetrwa do końca świata i o jeden dzień dłużej. Co ciekawe, wracając nocą do hostelu rozglądałam się wokoło i nie mogłam wyjść z podziwu, że handlarze zostawili swoje towary niezabezpieczone, ba, nawet niczym nie zakryte! Tak jak stały w dzień, również w nocy pozostały nienaruszone. Ciekawe było również to, że pośród największych atrakcji Chiwy – w środku medres – handel również kwitł w najlepsze.

Odcienie błękitu wylewają się z każdego zakamarka miasta. Chociaż pozornie Chiwa sprawia wrażenie twierdzy ulepionej z gliny w kolorze beżu, to nad miastem górują przepiękne błękitne i turkusowe kopuły meczetów i minaretów. Poza tym, wystarczy wejść w jakikolwiek zakątek, żeby zobaczyć błękitno-białe mozaiki. Momentami kręci się w głowie i można oczopląsu dostać 🙂 Z resztą – sami zobaczcie.

Tak jak wspomniała na samym początku, do Chiwy mam ogromny sentyment. Chociaż miasto jest maleńkie w porównaniu z Samarkandą, to jednak pozostanie moim ulubionym. To moje pierwsze zetknięcie z Uzbekistanem i mitem Jedwabnego Szlaku, a samo miasto wywarło na mnie piorunujące i niezapomniane wrażenie. Z całą pewnością jeszcze tam powrócę.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.