Dwa lata temu cała Polska żyła historią podróżnika Mariusza Majewskiego,. W lutym 2024 r. podczas podróży po Demokratycznej Republice Konga został zatrzymany pod zarzutami szpiegostwa i sabotażu. Kongijski sąd wojskowy skazał go nawet na dożywocie. Na szczęście dla podróżnika jego sprawa zakończyła się szczęśliwie dzięki interwencji polskich służb dyplomatycznych. Historia Mariusza Majewskiego stała się głośna nie tylko w Polsce, ale także za granicą, ponieważ został uznany za więźnia politycznego i przez ponad trzy miesiące przebywał w kilku kongijskich więzieniach, zanim odzyskał wolność.
Mariusz Majewski to polski podróżnik, który odwiedził wszystkie 193 państwa członkowskie ONZ jeszcze przed ukończeniem 40. roku życia. Należy również do czołówki światowych podróżników w rankingu Most Traveled People. Najbardziej znanym jego osiągnięciem jest ustanowienie rekordu Guinnessa dotyczącego najdłuższej przeżytej doby. Dzięki starannie zaplanowanej podróży przez strefy czasowe i okolice Międzynarodowej Linii Zmiany Daty wydłużył swój dzień do 49 godzin. Według opisów rekord ten jest praktycznie niemożliwy do pobicia przy obecnych zasadach. W 2024 roku „zasłynął” z innej historii, a mianowicie z zatrzymania w Demokratycznej Republice Konga i skazaniem na dożywotnie więzienie. Książka „Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa” jest rozmową z Jarosławem Kocembą o przeżyciach oraz szczegółowo przedstawia swoje aresztowanie, pobyt w więzieniu i powrót do Polski.
Wyprawa polskiego podróżnika Mariusza Majewskiego do Demokratycznej Republiki Konga nagle zmieniła się w koszmar. Zatrzymany bez powodu przez kongijskich żołnierzy został aresztowany, a następnie trafił do więzienia Makala, jednego z najcięższych zakładów penitencjarnych w całej Afryce. Zostaje umieszczony w celi wraz z innymi osadzonymi, którzy spędzili tam dobre miesiące. Ciasnota, smród, brak wody, choroby, bezprawie, brutalna przemoc i śmierć były tam codziennością. Pół litra wody na dwa dni nie jest w stanie zaspokoić pragnienia, więc ludzie są odwodnieni. Liczne robactwo, które tam jest tylko pogarsza sprawę. Jak opisuje bohater książki to nie pięciocentymetrowe karaluchy były największym problemem tylko komary. Tam człowiek traci swoją godność oraz poczucie bezpieczeństwa. Bezpodstawnie oskarżony o szpiegostwo i sabotaż oczekiwał na wyrok, którym mogła być kara śmierci. Uwolniony dzięki zabiegom dyplomatycznym i nagłośnieniu sprawy przez media wrócił do kraju, ale więzienne przeżycia okazały się tak ciężkie, że dopiero półtora roku później był w stanie się nimi podzielić. Swoją historię opowiedział dziennikarzowi Jarosławowi Kocembie, co pozwoliło odtworzyć zapis tamtych dramatycznych wydarzeń.
Mam pewien problem z tą historią. W 2024 roku w mediach słyszałam o uwolnieniu podróżnika i szczęśliwego zakończenia tej historii, ale wtedy nie zagłębiałam się w nią. Sądziłam bowiem, że Mariusz Majewski po prostu znalazł się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie – ciekawy świata podróżnik wpadł w ręce bezwzględnych kongijskich służb i niesłusznie skazany na karę więzienia. Natomiast okazuje się, że to tytułowe „kongijskie piekło” zafundował sobie na własne życzenie. I może nie wiedział o wizycie ówczesnego prezydenta RP w sąsiednim i wrogim dla DRK kraju, który publicznie wsparł i kazał pomoc Rwandzie, ale nikt zdroworozsądkowy i myślący nie pcha się na tereny walk i do tego okupowanych przez terrorystów na własne życzenie. Do tego zmuszając inne osoby (kierowca wynajętego samochodu), które od samego początku mu odradzały tę „wycieczkę”. A wszystko w imię bicia durnowatych rekordów, żeby wzbudzać uznanie względem własnych wyczynów. Nie istotne, że rodzina poruszyła niebo i ziemię, żeby powiadomić odpowiednie osoby o jego losie, drżąc każdego dnia o jego życie. Nie wspominając już o polskich służbach wywiadowczych i dyplomatycznych, które ostatecznie wyciągnęły go z tego więzienia, za które zapłacił polski podatnik… Jednak Mariusz nie uczy się na własnych błędach, a prośby i błagania rodziny, która tyle przez niego wycierpiała na nic się zdają. W trakcie rozmowy z Jarosławem Kocembą wspomniał, że aktualnie przygotowuje się do kolejnej niebezpiecznej wyprawy do Syrii, a wspomina nawet – że chce powrócić do DRK, żeby popatrzeć na więzienie, w którym przebywał! Tylko egoista z wybujałym ego tak postępuje.
Opowieść Majewskiego brzmi jak scenariusz thrillera politycznego, ale wydarzyła się naprawdę. Mamy tutaj chyba całą gamę emocji: od strachu po radość, od nadziei do jej utraty, od bycia łatwowiernym do odczucia zawodu. Brak wody, głód, choroby, bezprawie, brutalna przemoc i śmierć na każdym kroku to było codziennością Mariusza przez 3 miesiące – przez tyle czasu trwała walka o przetrwanie i powrót do rodziny. Chociaż historia broni się sama a książkę czyta się dobrze i z zapartym tchem, to trudno czuć jakąkolwiek empatię do Mariusza Majewskiego. Mówi o sobie, że jest podróżnikiem, ale to raczej nałogowiec przebrany za podróżnika, który odhacza kolejne miejsca z mapy, bez ciekawości poznania ludzi czy lokalnego kolorytu. Człowieka ruszającego w podróż wbrew rozsądkowi czy komunikatom MSZ o miejscach uznanych za niebezpieczne nie można uznać za zdrowego psychicznie. Wszystko w imię jakichś bzdur i odhaczenia kolejnego punktu na mapie pcha się w potworne kłopoty. Mimo wszystko polecam przeczytać książkę „Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa”, ku przestrodze – może ktoś nauczy się na błędach Mariusza. To przede wszystkim świadectwo ekstremalnego doświadczenia człowieka uwikłanego w obcy system prawny i polityczny.

