Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk „Daj się pokochać dziewczyno”

Każda z nas ma własne wyobrażenie o szczęściu. Niezależnie czy odnajdziemy je u boku wymarzonego mężczyzny czy postanowimy realizować swoje życiowe pasje w pojedynkę. Katarzyna Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk odpowiada na pytania, które wiele z nas zadaje sobie każdego dnia.

Katarzyna Miller to psycholożka, psychoterapeutka i filozofka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną. Autorka i współautorka wielu bestsellerowych poradników, miedzy innymi „ Życie jest fajne”, „Instrukcja obsługi kobiety”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Chcę być kochana tak jak chcę”. Z kolei Joanna Olekszyk jest absolwentką polonistyki i dziennikarstwa UW oraz redaktorką naczelną miesięcznika „Sens”.

Autorki w swoich rozmowach przypominają na czym polega zdrowy egoizm oraz różnice pomiędzy egotyzmem i egocentryzmem, z którymi bardzo często jest mylony. Wspominają, jakie różnice w związkach i relacjach z partnerami miały kiedyś ich babki oraz… rozprawiają nad bohaterkami powieści Jane Austen, które wbrew pozorom mają ogromne znaczenie. Według nich zdrowy rozsądek i rady dla poszukujących miłości kobiet w książkach Austen są zaskakująco bardziej aktualne niż przed laty. Miller i Olekszyk podkreślają przede wszystkim, by całkowicie zaakceptować i pokochać najpierw siebie, by potem dać miłość innej osobie oraz przyjąć od niej ich uczucie. To jest właśnie podstawa budowania trwałej, szczerej i zdrowej relacji z drugim człowiekiem.

„Daj się pokochać dziewczyno” to mądre i zabawne rozmowy Katarzyny Miller z dziennikarką Joanną Olekszyk. W środku znajdziemy odpowiedzi na wiele nurtujących pytań, takich jak np. jak odnaleźć prawdziwe uczucie, jak wskrzesić ogień w związku czy jak pozbierać  się po zdradzie i na nowo uwierzyć w miłość. Z drugiej jednak strony Katarzyna Miller nie podaje prostych odpowiedzi oraz nie składa pustych obietnic, a wręcz skłania do myślenia i refleksji. Przekonuje, że prawdziwa miłość nie ma nic wspólnego z cierpieniem, podporządkowaniem drugiej osobie oraz nie znosi poświęceń. Jest za to prawdziwym zachwytem nad światem, nad sobą i innymi ludźmi.

Katarzyna Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk bez owijania w bawełnę, z brutalną szczerością rozprawia nad relacjami damsko-męskimi. Jest przy tym niezwykle bezpośrednia i nie boi się przekląć, kiedy zajdzie taka potrzeba. Katarzyna Miller to kobieta, która niejedno w życiu widziała, niejedno słyszała i niejednego doświadczyła. To mądra psychoterapeutka, która podpowiada współczesnym kobietom, jak radzić sobie w związku z drugim człowiekiem oraz przede wszystkim jak pokochać samą siebie i żyć w zgodzie z własnymi zasadami.

„Daj się pokochać dziewczyno”

 

Stephane Garnier „Żyć jak kot!”

Koty to niesamowite stworzenia. Chodzą własnymi ścieżkami, potrafią same o siebie zadbać, są niezależne i mają 9 żyć. 70% swojego życia przesypiają, a pozostały czas jedzą albo bawią się – jeśli akurat mają na to ochotę. Dlaczego zatem mamy nie brać z nich przykładu?

Na podstawie obserwacji zachowania i charakteru swojego kota Ziggy’ego, Stephane Garnier postanowił napisać poradnik o dobrym życiu. Na pierwszy rzut oka widać, że kotom żyję się zdecydowanie lepiej niż nam. Kot nie musi cały czas miauczeć, wyskakiwać z każdego kąta, czy robić z siebie przedstawienia, by zwrócono na niego uwagę. Czujemy jego obecność od razu gdy tylko się pojawi. Nie musi się popisywać, sama charyzma wystarcza, by został zauważony. Jego osobowość i takt sprawiają, że musimy odwrócić głowę w jego stronę zawsze, gdy przechadza się po pokoju.

Zdrowy styl życia pozwala im żyć bez stresu, a ich jedynym celem jest dobre samopoczucie. Wzorując się na nich i próbując choć częściowo przybliżyć się do ich sposobu funkcjonowania, możemy otworzyć się na nową perspektywę, inne spojrzenie na świat, a także na nowo, głębiej i pełniej zrozumieć samych siebie. Warto więc spojrzeć na świat oczami kota, wkraść się w jego myśli, poznać jego filozofię, by nauczyć się cieszyć życiem tak jak on. Koty dają nam wspaniałe wskazówki, trzeba je tylko dostrzec. Trzeba po prostu być.

Stephane Garnier uważa, że zarówno w naszym życiu zawodowym, jak i osobistym możemy się wiele nauczyć od kotów. Możemy czerpać wiele z charakteru kotów, by osiągnąć zamierzone cele. Pomiędzy kolejnymi rozdziałami znajdziemy dokładnie co do minuty rozpisany koci plan dnia, tak, alby nie tracić czasu na niepotrzebne czynności. Ponadto każdy rozdział rozpoczyna się od przysłowia czy cytatu słynnych ludzi właśnie o kotach. Co więcej, w książce „wypowiada się” nawet sam Ziggy 🙂 Z przymrużeniem oka zachęca, aby spojrzeć z dystansem na swoją codzienność oraz odnaleźć uśmiech i zadowolenie z każdej chwili.

Za książkę dziękuję:

Joanna Godecka „Nie odkładaj życia na później”

Jeśli czujesz, że dopadła cię rutyna, stres nie pozwala normalnie funkcjonować, a świat jawi się jako bezwzględna dżungla, to znak, że pora na emocjonalny detoks. Joanna Godecka napisała skuteczny poradnik, który pomaga powrócić na właściwe tory.

Joanna Godecka, terapeutka i coach, pomaga wprowadzić pozytywne zmiany w życiu, aby przynosiło więcej radości, przyjemności, spełnienia i sukcesów. Zwraca także uwagę na najczęściej popełniane błędy oraz pułapki radząc przy tym, jak ich unikać. Podaje kilka propozycji rozwiązań, które pomagają ocenić, co jest w życiu nie działa tak jak powinno oraz krok po kroku budować zadowolenie ze swojego losu.

Stres jest jednym z czynników, które uniemożliwiają nam normalne funkcjonowanie. Pozostałe z nich to między innymi pracoholizm, samotność, rozpamiętywanie przyszłości czy życie w ciągłej prowizorce. Wszystkie z nich sprawiają, że nie potrafimy poukładać naszej codzienności i  nie pozwalają ruszyć dalej, trzymają nas w ciągłej niemocy. Dzięki swojej wieloletniej praktyce, Joanna Godecka pomaga uporać się z tymi zmartwieniami. W swojej książce „Nie odkładaj życia na później”  autorka diagnozuje problemy i pomaga oczyścić życie z tego, co jest w nim zbędne. Poradnik zawiera także wiele praktycznych ćwiczeń, które pokazują, jak należy cieszyć się każdą chwilą i pokazują, jakie zmiany warto wprowadzić w życie, by zaczęło przynosić więcej przyjemności, radości i satysfakcji.

Książka kierowana jest do osób, które odczuwają, że życie codzienne nie daje im już satysfakcji, odmierzają czas od weekendu do weekendu albo od urlopu do urlopu i beznadziejnie trwają w przeświadczeniu, że to co najlepsze dawno już za nimi. Ich sposób na życie to bardziej strategia przetrwania niż spełnienie. Jeśli odczuwacie marazm, zmęczenie czy wypalenie, warto sięgnąć po poradnik Joanny Godeckiej. Może od razu nie zdziała cuda, ale krok po kroku wprowadzając w życie rady autorki wyjdziemy z własnej strefy komfortu i zaczniemy czerpać z niego jak najwięcej.

Za książkę dziękuję:

„Russian Doll”

Wyobraź sobie, że w dniu swoich 36-tych urodzin niechcący umierasz, ale za chwilę powracasz do świata żywych. Jak gdyby nic się nie stało. Potem jednak umierasz ponownie i ponownie powracasz na swoją imprezę urodzinową – cała i zdrowa. I tak jeszcze ze dwadzieścia razy. Brzmi fajnie? Na pewno nie dla głównej bohaterki „Russian Doll” – najnowszej produkcji Netflixa.

Nadia Volvokowa (Natasha Lyonne) to Amerykanka o korzeniach rosyjsko-żydowskich. Na życie zarabia jako programistka gier komputerowych. Jest kobietą inteligentną, nowoczesną, z wyjątkowym podejściem do życia, nie stroni od przygodnego seksu, wszelkiego rodzaju używek, ale zachowując przy tym dystans względem samej siebie. Papieros jest jej znakiem rozpoznawczym i nieodłącznym kompanem. W dniu swoich 36-tych urodzin wpada w pętlę czasu – każdego dnia umiera w najróżniejszych okolicznościach, czasem niezwykle zabawnych. Od tej pory Nadia będzie odradzać się na nowo i umierać jeszcze raz, a każda kolejna śmierć sprowadzi ją z powrotem do tego samego miejsca – łazienki w domu jej przyjaciółki, w której za każdym razem będzie przygrywać dokładnie ta sama piosenka i to samo spojrzenie w lustrze.

Zdezorientowana Nadia próbuje rozwikłać zagadkę beznadziejnej sytuacji, w której się znalazła. Pomiędzy jedną śmiercią a kolejnym odrodzeniem, kobieta poznaje Alana (Charlie Barnett), który podobnie, jak ona codziennie odchodzi z tego świata i codziennie powraca w tym samym momencie. Pomimo, że mężczyzna jest jej zupełnym przeciwieństwem, oboje starają się rozwikłać zagadkę zagiętej czasoprzestrzeni, w której oboje się znaleźli.

Początkowe odcinki „Russian Doll” mogą wydawać się nudne i bardzo przewidywalne, jednak z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej zgłębiamy się w przeszłość Nadii, tym samym poznając jej złożoną osobowość. Początkowo może się wydawać, że Nadia jest wyluzowaną imprezowiczką, ale z wraz kolejnymi odcinkami odkrywamy jej tajemnice, stopniowo dowiadując się o niej coraz więcej i badając jej przeszłość. Nadia to kobieta z pozoru mająca kontrolę nad każdym aspektem swojego życia, a w praktyce zmaga się z masą problemów i rozbitą na drobne kawałeczki osobowością, których poskładanie w całość okazuje się być nie lada wyzwaniem. To właśnie ona jest tytułową „matrioszką” – każda śmierć pozwala na to, by na światło dzienne wyszło jej głęboko skrywane oblicze,  aż u schyłku serialu stanie przed nami osoba zupełnie inna niż ta, którą poznaliśmy w pierwszych odcinkach.

Natasha Lyonne odegrała swoją rolę brawurowo, znakomicie wykreowała postać Nadii. Chociaż początkowo można czuć pewną niechęć do głównej bohaterki, to z każdym kolejnym odcinkiem zmieniłam o niej zdanie. Natasha z łatwością odnajduje się w swojej roli i w każdym ze skrajnych stanów psychicznych swojej bohaterki. Aktorka zachowuje się w tej roli niezwykle naturalnie, autentycznie i przekonująco. No i ta burza kręconych, rudych loków – aż zapragnęłam mieć taką fryzurę ❤

Chociaż fabuła wydaje się być banalna, przewidywalna i nieco oklepana, twórcy „Russian Doll”  sprawili, że serial okazuje się być poruszającą opowieścią o trudnym i bolesnym procesie poszukiwania szczęścia, ale także strachu przed życiem, depresją czy samotnością. Nie jest to jednak żaden melodramat, wręcz przeciwnie – czarna komedia z piekielnym poczuciem humoru.

Tomas Navarro „Kintsugi. Jak czerpać siłę z życiowych trudności”

W dzisiejszych czasach panuje moda na bycie fit, eko, zdrowym oraz stabilnym emocjonalnie. Prawda jest taka, że większość ludzi, chociaż nie pokazuje tego na co dzień,  wewnętrznie boryka się  z wieloma przeciwnościami losu. Społeczeństwo oczekuje, że będziemy cierpieć w milczeniu i nie okazywać bólu publicznie, bo to oznaka słabości. Tomas Navarro jest całkowicie innego zdania. W swojej książce „Kintsugi” udowadnia, że ból jest katalizatorem do życiowych zmian.

Tomas Navarro jest zawodowym psychologiem z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem. Jego specjalizacja to tematyka siły emocjonalnej, którą traktuje jako przeciwieństwo odporności na cierpienie czy życiowe trudności. Podkreśla, że jego życiowym celem jest popularyzacja psychologii, wprowadzenie jej z gabinetów terapeutycznych i sal akademickich, by coraz silniej zakorzeniała się w samoświadomości każdego człowieka.

W swojej książce „Kintsugi. Jak czerpać z życiowych trudności” pisze, że ból emocjonalny gra kluczową rolę w osiąganiu szczęścia, ponieważ jest nieodłącznym elementem naszego istnienia. Jest przecież znakiem tego, że coś w naszym życiu wymaga zmiany i nie można tego ignorować. Tytułowe kintsugi to japońska sztuka naprawiania potłuczonej porcelany, która jest odbiciem teorii wykorzystywania bólu emocjonalnego jako narzędzia do rozwoju. Gdy ceramika ulega uszkodzeniu, mistrzowie kintsugi naprawiają ją używając złota. Celowo pozostawiają ślady swoich działań – ich zdaniem taki przedmiot jest jednocześnie symbolem kruchości, siły i piękna. Autor wykorzystuje tę metaforę do przedstawienia współczesnej wiedzy terapeutycznej, dostarczenia narzędzi potrzebnych do pokonania przeciwności oraz odbudowy naszego życia, jakbyśmy byli prawdziwymi mistrzami kintsugi.

W „Kintsugi. Jak czerpać siłę z życiowych trudności” znajdziemy opisy trudnych sytuacji życiowych oraz narzędzia potrzebne do pokonania przeciwności i odbudowy życia. To idealna propozycja nie tylko dla tych, którzy borykają się z osobistą tragedią, ale również dla wszystkich osób, które poszukują w życiu czegoś więcej, ale brak im odwagi i świadomości na wykonanie pierwszego kroku. To książka o tym, jak pokonać przeszkody, wyciągnąć z nich naukę i zyskać siłę oraz poczucie, że jest się w stanie stawić czoła wszystkiemu, co przyniesie nam los.

Za książkę dziękuję:

Nadia Hamid „Dzieci szariatu”

Nadia Hamid napisała już dwie powieści o swoim małżeństwie z Libijczykiem oraz jego tragicznych  konsekwencjach: „Gorzka pomarańcza” oraz „Jarzmo przeszłości”. Teraz powraca z nową książką, w której opowiada historie dzieci wychowanych w polsko-libijskiej rodzinie. I nie są to jednak szczęśliwe opowieści, które kończą się happy endem…

Autorka opisuje cztery historie, w tym również własnego syna. Jako owoc miłości dwóch różnych kultur, w Polsce chłopak jest dyskryminowany i napiętnowany ze względu na swoja rasę oraz religię. Zdesperowany postanawia emigrować, a gdy traci ukochaną dziewczynę, nie waha się ani chwili i opuszcza kraj. Zosia zachodzi w ciążę i zostaje porzucona przez Hamida, po kilku latach daje mu jednak kolejną szansę. Mężczyzna obiecuje jej gwiazdkę z nieba, dlatego Zosia wraz z ich córką Marysią wyjeżdżają do Libii. Tam mężczyzna pokazuje swoje drugie oblicze – brutalność, ignorancję i nienawiść. Czar pryska, zostaje trudna i bolesna codzienność oraz choroba, która zabija kobietę. Co stanie się z 13 letnią Marysią, która zdana jest tylko na łaskę ojca? Historia Fauda – chłopca którego wrażliwość i dobre serce zostało stłamszone przez ojca. Od najmłodszych lat wpajano mu nienawiść do innowierców i pokazywano, że męczeństwo to droga do nieba. Czy chłopiec straci resztki dobra i zostanie zamachowcem samobójcą? A może wiara i kochające oczy matki pozwolą mu przeżyć? Joasia jest nastoletnią córką muzułmanina, który wyjeżdżając z Polski obiecał byłej żonie, że któregoś dnia upomni się o córkę. W bardzo przebiegły i okrutny sposób udało mu się osiągnąć swój cel. Jak skończy się historia dziewczyny, która oczarowana swoim biologicznym ojcem, wyjeżdża z nim z Polski? Historia Joasi jest bardzo brutalna, chyba najbardziej wstrząsająca z nich wszystkich.

Każda historia jest inna, ale każda z nich kończy się tragicznie. Nadia po raz kolejny udowadnia, że kulturze jej męża nie ma miejsca na szacunek, równość, a tym bardziej miłość. Liczą się tylko nakazy, zakazy, przesądy i wszechmocny Allah. Życie ludzkie nie ma tam żadnej wartości, tym bardziej, gdy jest się kobietą. Nadia ostrzega kobiety, by trzykrotnie zastanowiły się za kogo wychodzą za mąż. W przypływie emocji podejmują nieracjonalne decyzje, kierowane ideą prawdziwej miłości. W rezultacie popełniają największy błąd w życiu, za który płacą wysoką cenę, nawet długo po rozwodzie.

Ukazane w książce dzieci to niewinne ofiary miłości rodziców wywodzących się z dwóch różnych i tak odległych od siebie światów. Polsko-libijskie pochodzenie stanie się dla nich przekleństwem. Muzułmańscy ojcowie odbiorą im wszystko: dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, wolność, a nawet życie. Po stronie mężczyzn stoi prawo, religia i obyczaje panujące w ich kraju, po stronie krzywdzonych dzieci – jedynie bezradne matki. Nadia pisze, że dzieciom wychowywanym w Libii, od najmłodszych lat wpaja się nienawiść do ludzi wyznających inne religie. Nauczyciele robią im pranie mózgu i sieją okrutną propagandę.

Przyznam szczerze, że niewiele książek wstrząsnęło w moim życiu. „Dzieci szariatu” należy do tych, o których nie da się łatwo zapomnieć. Wszystkie historie są bolesne i rozrywają serce. Chociaż Nadia opisuje ekstremalne sytuacje, to mimo wszystko dzieją się one, niekiedy nawet pod naszym nosem. Wszystkie publikacje Nadii mają być przestrogą dla kobiet, które decydują się na związek z człowiekiem odmiennej kultury, wyznania czy mentalności, bo to wiąże się także z innym postrzeganiem i rozumieniem spraw dotyczących małżeństwa oraz rodziny.

Za książkę dziękuję:

Małgorzata Rejmer „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”

Żyjemy w XXI wieku, w pozornie poukładanym i bezpiecznym świecie. Chociaż w Europie czasy komunizmu to przeszłość, na świecie nadal ten system funkcjonuje. O polskim komunizmie wiemy dużo z lekcji historii i opowieści rodziców, ale ile wiemy na temat komunizmu w Albanii? Reportaż Małgorzaty Rejmer to zbiór tragicznych opowieści, które ukazują kulisy najczarniejszego okresu w historii tego kraju.

Życie w czasach panowania Envera Hoxhy w Albanii było prawdziwym koszmarem. W zamieszkanej przez niespełna dwa miliony ludzi Albanii, co czwarty obywatel donosił władzy. Ponad dwieście tysięcy osób współpracowało z bezpieką. Blisko sześćdziesiąt tysięcy ludzi zostało internowanych. Za kratami przetrzymywano trzydzieści cztery tysiące więźniów politycznych. Z rozkazu partii zamordowano sześć tysięcy osób. Blisko tysiąc zmarło w więzieniach. Siedem tysięcy zginęło w obozach pracy albo na zesłaniu. Tysiące cierpiących i borykających się z depresją, niską samooceną oraz poczuciem zmarnowanego życia.  Takie są statystyki za czasów komunistycznej Albanii Envera Hoxhy.

Reżim terroryzował obywateli a tych, którzy ośmielili się protestować lub myśleć inaczej – skazywał na zesłanie, więzienie albo śmierć. Nikomu nie można było ufać, nawet własnemu bratu, bo szerzyło się donosicielstwo. Trzeba było uważać na każde wypowiedziane słowo, bo nawet za krytykę czerstwego chleba otrzymywało się kilkuletni wyrok. Jeśli urodziłeś się w nieodpowiedniej rodzinie, która znieważyła system, twoje życie skazane było na porażkę i cierpienie od samego początku. Co więcej, kaci i ofiary komunistycznego reżimu w Albanii do dnia dzisiejszego mijają się na ulicy, robią zakupy w jednym sklepie, budują wspólnie nowy kraj. Do tej pory sprawiedliwość nigdy nie została wymierzona.

„Błoto słodsze niż miód” to opowieść o kraju udręczonym terrorem Envera Hoxhy, dyktatora, który po zerwaniu sojuszy z Jugosławią, Związkiem Radzieckim i Chinami uwierzył, że Albania może stać się samowystarczalną twierdzą komunizmu. O ludziach z dnia na dzień skazywanych na zesłanie, tylko dlatego że urodzili się w niewłaściwej rodzinie lub szeptem w czterech ścianach próbowali samodzielnie myśleć. O krwawych buntach w obozach pracy, tragicznych ucieczkach z kraju zamienionego w bunkier, o życiorysach ofiarowanych na ołtarzu ideologicznego raju i o tych, którzy je miażdżyli, nie bacząc na konsekwencje.

Chociaż urodziłam się w 1988 roku, to mam szczęście, że nie dane mi było długo żyć w tym absurdalnym systemie, jakim był komunizm. Chociaż słyszałam wiele opowieści od swoich rodziców, jak ciężkie i niedorzeczne było życie w tamtych czasach. Ile to musieli się nakombinować by cokolwiek dostać, bo w sklepach widniały tylko puste półki. Przez reżim komunistyczny Polska wycierpiała swoje, to mimo wszystko powinniśmy się zainteresować historią innych krajów, np. Albanii. W porównaniu z tym państwem, u nas było jak w raju.

W swojej najnowszej książce Małgorzata Rejmer przedstawia tragedię i cierpienie zwykłych ludzi, a przy tym posługuje się pięknym językiem. Materiał zbierała przez kilka lat, nauczyła się nawet albańskiego, zaś bohaterowie zostali starannie dobrani. Ich dramatyczne przeżycia na długo pozostają w pamięci czytelnika. Książka nie tylko dla fanów bałkańskich klimatów, ale dla wszystkich, którzy lubią odkrywać mało znana historię.

Za książkę dziękuję:

Manal asz-Szarif „Saudyjka za kierownicą”

Arabia Saudyjska jest jednym z najbardziej konserwatywnych muzułmańskich krajów, w którym kobiety nie mają łatwego życia. Tak naprawdę, to nie maja go wcale, gdyż całkowicie podporządkowane jest męskiemu opiekunowi: ojcu, mężowi, synowi. Bez ich pisemnej zgody nie mogą nawet iść do szkoły czy zameldować się w hotelu. Na szczęście istnieją kobiety, które pragną zmienić nie tylko swój los, ale również innych kobiet, które nie mają na tyle odwagi, by przeciwstawić się systemowi. Jedną z nich jest Mana lasz-Szarif.

Mana lasz-Szarif dorastała w tradycyjnej saudyjskiej rodzinie w Mekce, w czasie kiedy Arabia Saudyjska pozostawała pod silnym wpływem islamskich fundamentalistów. Sama także uległa indoktrynacji radykałów – jako nastolatka niszczyła kolorowe magazyny matki, kasety brata, paliła rodzinne fotografie i własne szkicowniki zawierające zabronione rysunki istot żywych. Wtedy nic na to nie wskazywała, że w niedalekiej przyszłości Manal przeciwstawi się tyrańskim rządom i stanie się znaną na całym świecie aktywistką walcząca o prawa saudyjskich kobiet.

Rozpoczęła studia na uniwersytecie, a później pracę w koncernie Aramco, zajmując się bezpieczeństwem systemów komputerowych. Coraz częściej padała ofiarą dyskryminacji ze względu na swoja płeć. Bez zgody męskiego opiekuna nie mogła wynająć pokoju, złożyć wniosku w urzędzie, korzystać z pomocy medycznej. Najbardziej bolało ja to, że mimo posiadania własnego samochodu i prawa jazdy otrzymanego podczas pobytu za granicą nie mogła samodzielnie kierować pojazdem i zdana była na łaskę taksówkarzy i własnego brata. Któregoś dnia postanowiła się zbuntować i ogłosiła w Internecie, że w dniu swoich 32. urodzin usiądzie za kierownicą i wyjedzie na ulice miasta, tworząc tym samym historię godna zapamiętania.

„Saudyjka za kierownicą” to nie tylko historia życia Manal, ale także przekrój przez historię Arabii Saudyjskiej. Jak mała dziewczynka całym sercem wierzyła, że nie ma nic lepszego poza rządom w jej ukochanym kraju, a Zachód jest zgniły do szpiku kości. Dopiero po 11 września 2001 roku i ataku na WTC coś w niej pękło. Skoro jej kraj i religia jest taka wspaniała, to dlaczego jej rodacy mordują niewinnych ludzi? Kiedy wyjechała za granicę na szkolenie zdała sobie sprawę, co tak naprawdę dzieje się w jej kraju. Że jednak zachód nie jest taki zły i zgniły, jak wmawiali jej to przez lata. Postanowiła wyrwać się z sideł manipulacji i propagandy, walcząc o prawa swoje i innych Saudyjek. Dlatego, wielu pomimo gróźb zdecydowała się wsiąść za kierownicę. Wiedziała, że nie ujdzie jej to na sucho, ale pozostała nieugięta.  Za swój protest oczywiście została aresztowana. Zwolniono ją dopiero po nagłośnieniu sprawy przez międzynarodowe media i organizacje.

Manal stała się ikoną walki o prawa kobiet w Arabii Saudyjskiej. Magazyn „Time” umieścił ją na liście stu najbardziej wpływowych osób 2012 roku, a organizatorzy Oslo Freedom Forum zaprosili ją do wygłoszenia przemówienia podczas dorocznej konferencji. Występuje na licznych spotkaniach dotyczących praw człowieka, pisze artykuły do gazet i na bloga. „Saudyjka za kierownicą” jest jej pierwszą książką, po którą zdecydowanie trzeba sięgnąć. Warto czytać o tak odważnych i inspirujących kobietach, nawet jeśli nie pochodzą z naszego kręgu kulturowego, a ich problemy nas nie dotyczą. Dobrze, że są na świecie tak waleczne kobiety, które nie boją się zmieniać historii.

Za książkę dziękuję:

„Bohemian Rhapsody”

Są tacy wokaliści, którzy nawet po swojej śmierci pozostają nieśmiertelni. To jedyne w swoim rodzaju ikony muzyczne, których dorobek artystyczny stał się nie tylko elementem popkultury, ale na zawsze zapisał się w świadomości ludzi na całym świecie. Bez wątpienia Freddy Mercury jest jedną z tych postaci. Teraz za sprawą filmu „Bohemian Rhapsody” powraca do świata żywych.

Londyn, rok 1975. Farrokh Bulsara – nieśmiały i zakompleksiony chłopak pochodzący z Zanzibaru marzy, by w życiu „coś” osiągnąć. Co wieczór chodzi od baru do baru w poszukiwaniu inspiracji, a tak naprawdę znajduje nową rodzinę: Bryana May, Rogera Taylora oraz Johna Deacon’a. Farrokh przemienia się we Freddiego Mercurego i tak oto powstaje zespół Queen. Talent i determinacja wszystkich członków zespołu grającego w podrzędnych londyńskich barach sprawiają, że niebawem „Królową” pokocha cały świat.

W rolę Freddiego Mercurego wciela się rewelacyjny Rami Malek. Ruchy sceniczne, mimika, najmniejsze gesty – wszystko to sprawia, że Malek nie gra lidera Queen – on nim jest w każdym calu.  Finałowa scena na Wembley po prostu powala – można odnieść wrażenie, za sprawą Maleka  Mercury zmartwychwstał. Jedyne, co mi przeszkadzało, to zbyt uwydatniona sztuczna szczęka, z która aktor momentami sobie nie radził. Miałam wrażenie, że zawzięcie walczy, by zęby nie wypadły mu przy kolejnym wypowiedzianym słowie 🙂 Reszta postaci pozostała w cieniu Maleka, ale za to w niektórych scenach aktorzy wyglądają jak klony legendarnych muzyków. Brawa dla reżysera Bryana Singera za to, że miał odwagę pokazać te niewygodne i trudniejsze chwile w zespole, samotność Freddiego, porzucenie kapeli i otoczenie fałszywych przyjaciół. W Bohemian Rhapsody” mamy przegląd wszystkich najważniejszych wydarzeń zespołu od czasu poznania się bandu z charyzmatycznym Freddiem Mercurym poprzez rozłam w latach osiemdziesiątych i chorobę wokalisty, aż po legendarny koncert dla głodujących w Etiopii Live Aid z 13 lipca 1985 roku. Może „Bohemian Rhapsody” nie jest idealnie odzwierciedloną biografią Queen. Z całą pewnością historia skupia się na Freddym i bez wątpienia to on jest główną postacią, a koledzy z zespołu stanowią jedynie tło dla jego osoby.

Grzechem jest nie wspomnieć o muzyce, która pełni tutaj kluczową rolę. W filmie możemy zobaczyć, jak działa branża muzyczna od zaplecza oraz ujrzeć kulisy powstawania takich hitów jak tytułowa ‚Bohemian Rhapsody’, ‚Another One Bites the Dust’, ‚We Will Rock You’ i wiele innych. Przez cały film możemy usłyszeć fragmenty całego dorobku muzycznego Queen, która pojawia się w odpowiednich momentach. Jednym z nich jest scena, w której Freddy dowiaduje się, że choruje na AIDS, a w tle słyszymy utwór „Who Wants To Live Forever” – jedna z najbardziej wzruszających scen w całym filmie.

Grupa Queen nigdy nie należała do moich ulubionych. Fakt, że to nie moje pokolenie i to raczej moi rodzice mogą nazywać się ich wielbicielami, ale niektóre zespoły z tamtej dekady (jak Bon Jovi czy Aerosmith) po prostu ubóstwiam. Owszem, bardzo lubię niektóre kawałki Queen, ale nie jestem fanką wszystkich utworów. Nie mniej jednak z wielka przyjemnością wybrałam się na produkcję „Bohemian Rhapdy” i przyznam, że wyszłam oniemiała. Film wywarł na mnie tak ogromne wrażenie, że do tej pory nie potrafię przestać o nim myśleć. A końcowa scena koncertu Live AID na Wembley sprawiła, że miałam ciarki na plecach. Odwzorowany został niemal idealnie do oryginału, choć odrobinę go skrócili. Poczułam się jak na prawdziwym koncercie. Show Must Go On, a królowa jest tylko jedna. Bezapelacyjnie.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

Helen Russell „Atlas szczęścia”

Każdy z nas dąży do osiągnięcia szczęścia. Definicji tego słowa jest tyle, ilu ludzi na świecie. Czym ono zatem jest? Dla jednego będzie to duża rodzina, dla drugiego nieograniczone bogactwo, a dla jeszcze innego nieustanne podróże.

Hellen Russell w swojej książce „Atlas szczęścia” zabiera nas w podróż po 33 państwach świata, by pokazać czym dla mieszkańców poszczególnych krajów jest szczęście. Przeniesiemy się między innymi do: Australii, Brazylii, Hiszpanii, Butanu, Danii, Syrii czy Kostaryki. Dzięki takiej podróży odkryjemy sekrety szczęścia z różnych zakątków świata i przekonamy się, jak dzięki nim można zmienić swoją codzienność.

Każdy kraj, każda kultura posiada w sobie piękne i cenne walory. Każda z nich posiada unikatowe wartości, możemy czerpać z nich same pozytywy i wiele się nauczyć. Jeśli kiedykolwiek pogubiliśmy się w życiu, warto sprawdzić, jak w takiej sytuacji radzą sobie Chińczycy. Według nich trzeba odnaleźć swoje xingf, czyli cel, który nada naszym działaniom głębszy sens. Zbyt wiele spraw znajduje się na twojej głowie? Z pomocą przyjdą Włosi oraz opanowana przez nich do perfekcji sztuka słodkiego nicnierobienia, czyli dolce far niente. Jeśli czujemy nostalgię w związku z jakimś minionym wydarzeniem z przeszłości  albo tęsknimy za kimś bliskim – tak jak Brazylijczycy – pozwólmy sobie na saudade. Określenie to oznacza poczucie tęsknoty i melancholii za minionym szczęściem lub szczęściem, na które liczyliśmy. Biorąc przykład z Hiszpanów, od czasu do czasu urządźmy sobie tapeo – nieformalne spotkanie z przyjaciółmi i chodzenie po barach, żeby napić się drinka i coś przegryźć. Dla mieszkańców tego kraju to uświęcona tradycja oraz synonim szczęścia.

Wszystkie kraje skandynawskie znalazły się w „Atlasie szczęścia” Hellen Russell. Znaczy to tyle, że mieszkańcy Danii, Finlandii, Norwegii, Islandii czy Szwecji należą do jednych z najszczęśliwszych narodów na naszej planecie. Jednak dla obywateli tych krajów szczęście ma różne definicje. I tak dla Islandczyków najważniejsze jest betta reddast, czyli przeświadczenie, że wszystko się jakoś ułoży i na pewno doda wiary we własne możliwości. Duńczycy wyznają zasadę arbejdsglaede, co dosłownie oznacza szczęście w pracy. Finowie są miłośnikami uprawiania relaksu z kalsarikannit, czyli siedzenia i picia alkoholu bez zamiaru wychodzenia z domu. Natomiast Szwedzi lubują się w amultronstalle, czyli chowaniu się przed światem w ulubionym miejscu, w którym zapomina się o wszelkich problemach. Z kolei Norwegowie odnajdują szczęście w friluftsliv, czyli życiu na świeżym powietrzu i spędzaniu czasu w odległych miejscach.

Co ciekawe, w podróży Hellen Russell nie znalazły się żadne kraje Europy południowo-wschodniej. No cóż, wiele nam jeszcze brakuje w porównaniu z Hiszpanami czy Skandynawami. Dlatego dobrze, że powstała taka książka jak „Atlas szczęścia”, dzięki której możemy znaleźć sposób na odnalezienie szczęścia, biorąc przykład z innych narodów. A gdy już zdobędziemy teoretyczną wiedzę na ten temat, zawsze możemy wyruszyć w prawdziwą podróż po wybranych krajach i na własnej skórze zobaczyć, jak to szczęście wygląda w praktyce.

Hellen Russell „Atlas szczęścia”